3: Rhett
W klubie było głośno i tłoczno, a w powietrzu unosił się zapach potu. Przytłaczała mnie poświęcana mi uwaga, dlatego wymknąłem się na papierosa, korzystając z wyjścia ewakuacyjnego. Potrzebowałem pobyć sam, choćby przez jedną cholerną sekundę.
Teraz cieszył mnie tłum stałych bywalców klubu, bo dawał mi pretekst, by chwycić ją za rękę. Odczuwałem też przyjemność z powodu panującego tu hałasu, bo dzięki niemu, by coś powiedzieć, kiedy szliśmy w stronę części dla VIP-ów, musiałem pochylić się tak blisko, że moje usta musnęły jej ucho.
Wyglądała tak seksownie w mojej koszulce, że aż trudno mi było racjonalnie myśleć. Cholera. Nawet nie znałem jej imienia. Ale co lepsze... ona nie znała mojego.
Musiałem się jednak opanować. Uciekała przed kimś, prawdopodobnie przed agresywnym chłopakiem. Tam, w uliczce, była kompletnie wystraszona, cała drżąca i taka drobna, patrzyła na mnie wzrokiem skrzywdzonego szczeniaczka. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowała, było to, żebym się teraz zaczął do niej przystawiać.
Nie było też sensu zostawać na głównej części parkietu, bo zaraz obstąpiłby mnie tłum. Czułem, że wtedy ta płochliwa laska dałaby nogę, a z jakiegoś powodu to mnie zmartwiło. Nie miałem dzisiaj jednak zamiaru tego roztrząsać.
Kierując się w stronę sektora dla VIP-ów, trzymałem ją blisko siebie. Nie umknął mi fakt, że cały czas obsesyjnie obserwowała otoczenie. Przemoc wobec kobiet doprowadzała mnie do furii, więc miałem nadzieję, że kimkolwiek był ten skurwiel, który chciał ją dopaść, pokaże tu dziś swoją cholerną mordę.
Z chęcią bym się trochę wyładował.
- Czekaj.
Mimo dudniących dźwięków dotarł do mnie jej miękki głos. Pociągnęła mnie za dłoń, zatrzymałem się i odwróciłem w jej stronę w oczekiwaniu na to, co chciała powiedzieć.
- Nie mogę tu być - powiedziała, potrząsając głową. Wpatrywała się we mnie uważnie, a ja żałowałem, że było tak ciemno. Zapragnąłem wiedzieć, jakiego koloru są jej oczy: nie były ani zielone, ani brązowe. Dostrzegałem w nich niezwykłe drobinki, które zdawały się współgrać z naturalnymi złotymi pasemkami w jej włosach.
- Dlaczego? - naciskałem, chcąc poznać jej historię.
- Narażam cię na niebezpieczeństwo. Muszę uciekać... Muszę się ukryć.
Wyglądała na bladą i wątłą, praktycznie tonęła w mojej koszulce. Pieprzonemu jaskiniowcowi w mojej głowie cholernie podobał się jej widok w moich ciuchach.
- Zostań na jednego drinka - poprosiłem. Nie miałem pojęcia, dlaczego nie byłem w stanie pozwolić jej odejść, ale nigdy nie ignorowałem swojej intuicji. Już nie. I dziś wieczorem to też ona zdecydowała, że wyciągnąłem dłoń do tej dziewczyny. - Zostań, a ja zapewnię ci bezpieczeństwo. Pozwól sobie pomóc.
Jej mina wyraźnie świadczyła o wewnętrznym rozdarciu, ale gdy głośno westchnęła, zrozumiałem, że zostanie, przynajmniej na razie. Z pewnością będę ją tego wieczoru musiał jeszcze wielokrotnie tak przekonywać, ale chociaż raz poskramianie czyichś demonów oznaczało, że moje własne siedziały cicho.
Bawiąc się kolczykiem w dolnej wardze, obrałem inną drogę, która poprowadziła nas do wielkiego głównego baru. Na drugim jego końcu, z dala od parkietu, siedziało mniej ludzi. Miejsce to było również niewidoczne dla osób w sektorze dla VIP-ów, dzięki czemu przez chwilę mogłem mieć nieznajomą tylko dla siebie.
Mój zespół stał się moją rodziną, ale ona z pewnością nie byłaby jedyną piękną dziewczyną, przez którą znalazłbym się na drugim miejscu. Niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nigdy nie skorzystał z nadarzającej się okazji.
Ze wszystkich stron czułem śledzące mnie ciekawskie spojrzenia, ale ignorowałem je. Całą swoją uwagę skupiałem na tej złotowłosej dziewczynie, która tak kurczowo trzymała mnie za rękę, że to aż bolało. Jej wahania były dla mnie torturą: z jednej strony chciała wiać, a z drugiej zdawała się trochę mi ufać. Jednak jej zachowanie było zrozumiałe, skoro uciekała przed agresywnym partnerem. Nienawidziłem facetów, którzy bili kobiety. Pieprzeni tchórze, każdy, co do jednego.
- Siądźmy tam - zaproponowałem, delikatnie popychając ją w kierunku sofy obitej aksamitem, na której właśnie zwolniło się miejsce. Puste szklanki wciąż zaśmiecały stolik, ale kiedy tylko usiedliśmy, sprawnie uprzątnęła je kelnerka.
Zamówiłem piwo, następnie zapytałem moją piękną towarzyszkę, czego chciałaby się napić. Zarumieniła się, mnąc w palcach rąbek mojej koszulki, i potulnie poprosiła o wodę.
Marszcząc czoło, uniosłem rękę, aby jeszcze raz przywołać kelnerkę.
- Tylko woda? Bez urazy, ale wydaje mi się, że przydałoby ci się coś mocniejszego po... - Wskazałem na swoją koszulkę, mając na myśli: po całym tym rozlewie krwi. - Chyba że nie pijesz? To wtedy spoko.
Skrzywiła się i wydała się jeszcze mniejsza.
- Nie, piję. Ale... nie mam kasy...
Przygryzłem wargę, bawiąc się kolczykiem, by nie powiedzieć czegoś głupiego i jej nie wystraszyć. Była bardzo ostrożna, zupełnie nie taka jak kobiety, które znałem.
- Przynieś nam, proszę, dwa piwa - zwróciłem się do kelnerki. - Nie otwieraj ich wcześniej, proszę.
Dziewczyna obok mnie wydała cichy odgłos, ale nie skomentowała mojej nieco nietypowej prośby. Kurwa, naprawdę, wydawała się należeć do takich, które boją się, że ktoś dosypie im czegoś do drinka. Jedyne, co mogłem zrobić, to oszczędzić jej chociaż zamartwiania się jeszcze i tym.
- Mam nadzieję, że lubisz piwo - wyszeptałem, kładąc dłoń na karku i nagle tracąc pewność siebie.
Jej uśmiech był krzywy i delikatny, ale, kurwa, przepiękny.
- Piwo będzie okej. Dziękuję.
Zmusiłem się do oparcia plecami o tył sofy i położyłem ramię na zagłówku, próbując wyglądać na wyluzowanego. Od lat nie byłem tak zdenerwowany zwyczajną rozmową z dziewczyną.
- Jak masz na imię? - zapytałem, bacznie się jej przyglądając. Znów bawiła się rąbkiem mojej koszulki, lecz teraz wyglądało to bardziej jak wiercenie się niż oznaka zdenerwowania.
Zwilżyła językiem swoje idealne usta i rzuciła mi kolejny nikły uśmiech.
- Chyba lepiej będzie, jeżeli ci nie powiem. No wiesz, nie będziesz musiał kłamać, jakby co.
Poczułem się dziwnie, gdy tak mnie spławiła.
- To jak mam się do ciebie zwracać?
- Jak chcesz. - Wzruszyła ramionami. - Nie ma to dla mnie znaczenia. Do rana będę po prostu kolejną w statystykach.
Kurwa, co miała na myśli? Czy właśnie powiedziała, że będzie martwa? Po moim, nomen omen, trupie.
Kelnerka przyniosła nam piwo, a moja bezimienna towarzyszka uważnie przyglądała się otwieraniu butelek.
- "Jak chcesz" to okropne imię - drażniłem się z nią, gdy kelnerka sobie poszła, rzuciwszy mi kilka zalotnych spojrzeń. - Muszę się jakoś do ciebie zwracać. Nie wyglądasz na taką, którą można by nazywać "kochanie", "kotku" czy "księżniczko".
Parsknęła śmiechem, krztusząc się piwem.
- Proszę, nigdy nie nazywaj mnie księżniczką. - Zdawała się zastanawiać, biorąc kolejny łyk. - Możesz mówić do mnie Thorn*. To dość trafne określenie mojej drażliwej osobowości.
Zaskoczony uniosłem brwi.
- Thorn? - wypróbowałem, jak to brzmi, patrząc w jej złoto-zielone oczy. - Podoba mi się.
Jej krzywy uśmieszek stał się szerszy, aż zaparło mi oddech.
- A jak ja mam się zwracać do ciebie? - zapytała, przenosząc wzrok na moją nagą klatę. Wciąż miałem niezapiętą kurtkę, więc mogła dostrzec pokrywające skórę tatuaże. Czy wyobraziłem sobie ten promień ciepła w jej oczach, gdy ponownie skierowała wzrok ku mojej twarzy?
Wziąłem łyk piwa, aby się czymś zająć.
- Jak mogłabyś się do mnie zwracać? - powtórzyłem nieco ochrypłym głosem. Cholera, nawet brzmiałem jak napalony.
Jakkolwiek chcesz, Thorn.
Odchrząknąłem, skanując otoczenie, wtedy zauważyłem, jak wielkie zainteresowanie budziliśmy. Mieliśmy ograniczony czas. Za chwilę znajdą nas albo moja ochrona, albo prasa, więc powinienem efektywnie wykorzystywać każdą minutę.
- Rhett - odparłem szczerze, czekając na choć najdrobniejszą oznakę tego, że mnie rozpoznała.
Przekrzywiła głowę.
- Rhett - wyszeptała, a moje imię zabrzmiało w jej ustach jak coś grzesznie seksownego. - Takie trochę w hollywoodzkim stylu. Nie spodziewałabym się po takim facecie jak ty.
Zaśmiałem się cicho, wygodnie sadowiąc się na sofie i pozwalając palcom muskać jej złote włosy.
- Naprawdę? A jakiego imienia się spodziewałaś? Pewnie czegoś beznadziejnego, bardziej jak Zeplin albo Razor, co nie?
- Jeżeli chcesz, to mogę ci mówić Zep. - Zaśmiała się delikatnie, wzruszając ramionami.
Wydając z siebie dramatyczny jęk, zasygnalizowałem kelnerce, aby przyniosła nam jeszcze po piwie. Thorn prawie skończyła swoje i miło było widzieć, że jej palce już nie miętosiły rąbka mojej koszulki. Zdawała się bardziej wyluzowana.
- Więc... powiesz mi, co się stało dziś wieczorem? - zapytałem delikatnie, przerywając krótkie milczenie.
Potrząsnęła głową. W porządku.
- Czy jesteś pewna, że to nie twoja krew? - drążyłem, bojąc się, że mogła mieć rany, których nie zauważyłem.
Tym razem jej skinięcie było stanowcze.
- Jestem pewna - wyszeptała, ale gdy jej bursztynowe oczy napotkały moje, widziałem w nich cień. - To krew mojej przyjaciółki. O-ona... - Podbródek jej drżał, a ja zadziałałem pod wpływem instynktu.
Zmniejszyłem dystans między nami i objąłem jej szczupłe plecy, przyciągając ją do siebie, jakbym był w stanie ochronić Thorn przed demonami w jej głowie.
- Hej - powiedziałem cicho, zbliżając usta do jej włosów. - Przepraszam, nie powinienem był naciskać. Nie musisz mówić.
Ramiona jej zadrżały, ale odsunęła się dopiero po chwili.
- Nie powinnam tu być - powtórzyła, potrząsając głową. - Jeśli mnie tu znajdzie...
- Nie znajdzie - mruknąłem. Nawet nie wiedziałem, kim jest ten on, ale, do cholery, już podjąłem się ocalenia jej przed nim. - Gdzie byś poszła, gdyby cię tu nie było? Dokąd uciekałaś, kiedy cię spotkałem? - dociekałem, pamiętając, że mówiła, że nie ma pieniędzy, niczego. A tego wieczoru było zimno.
Wciąż gładziłem ją dłońmi po plecach, co ewidentnie jej nie przeszkadzało, a sposób, w jaki w reakcji na moje pytania zmarszczyła nos, tylko potwierdził to, co już podejrzewałem. Nie miała pojęcia, dokąd pójść ani co robić. Ale w jednym się nie myliła. Gdybym teraz pozwolił jej odejść, do rana znalazłaby się w kostnicy, jako niezidentyfikowana ofiara przestępstwa lub z powodu wychłodzenia.
- Zrobimy tak - zacząłem, starając się, aby mój głos brzmiał uspokajająco. - Wrócisz ze mną do hotelu. Nie... po to, żeby, no wiesz... - chyba że chcesz, wtedy nie powiem "nie" - ale po to, żeby się przespać. Wziąć prysznic. Ogrzać się. Zjeść. A rano, jeżeli będziesz chciała mi opowiedzieć więcej o tym, przed kim uciekasz, być może będę w stanie ci pomóc.
Wzięła długi oddech, zmarszczyła zmartwiona brwi.
- A co, jeżeli nie będę chciała ci powiedzieć?
- Nie będę cię zmuszał. - Wzruszyłem lekko ramionami. - Ale przynajmniej będę mieć czyste sumienie, że nie zostawiłem cię na ulicy. Umowa stoi?
Czułem, że moje płuca odmawiają posłuszeństwa, gdy czekałem na jej odpowiedź. Prawdopodobnie nierozsądne było naciskać na nią tak mocno. Mogła przecież to wszystko zmyślić, aby zbliżyć się do mnie i później żerować na mojej sławie. Nie byłaby to najbardziej szalona rzecz, jaką kiedykolwiek widziałem, ale... jej strach wyglądał autentycznie. Ta dziewczyna bała się kogoś jak cholera, a ja musiałem jej pomóc. Musiałem, a nie tylko chciałem.
Wreszcie skinęła głową.
- Okej, umowa stoi. - Zarumieniła się. - Dzięki, Rhett.
Chryste, to było niczym strzała prosto w serce.
- Nie masz za co dziękować, Thorn. Chodźmy, muszę tylko dać znać znajomym, że wychodzę. W przeciwnym razie wyślą za mną cholerną ekipę poszukiwawczą.
Nie zważając na dopiero co przyniesione piwo, podałem Thorn rękę. Gdy pomogłem jej wstać, nasze palce się splotły. Podobało mi się to, jak jej dłoń dotyka mojej, jakbyśmy idealnie do siebie pasowali.
- Jeżeli jesteś tu z przyjaciółmi, nie chciałabym... - zaczęła protestować, kiedy prowadziłem ją do sektora dla VIP-ów.
Zatrzymałem się w pół kroku i skupiłem na niej całą swoją uwagę.
- Zaufaj mi. Naprawdę wyświadczasz mi ogromną przysługę, bo mam wymówkę, żeby się stąd urwać. To ja powinienem dziękować tobie.
W odpowiedzi posłała mi figlarny, niemal zalotny uśmiech. Bardzo mi się to spodobało.
- W takim razie czuję się lepiej, przyjmując twoją pomoc, Rhett.
Każdy krok przybliżający nas do sektora dla VIP-ów zdawał się błędem. Nie miała pojęcia, kim jestem, ale to wszystko przecież się zmieni, gdy pozna moich przyjaciół. Zrobiło mi się niedobrze, kiedy boleśnie znajoma piosenka rozbrzmiała w klubie, a stali bywalcy oszaleli. Jednakże gdy ponownie spojrzałem na Thorn, wyglądała jedynie na poirytowaną. Dziwne.
- Nie jesteś fanką Bellerose? - zapytałem, kciukiem głaszcząc jej nadgarstek, kiedy szliśmy przez klub.
- Zdecydowanie nie. - Potrząsnęła głową. - Ale nie pomyślę o tobie źle, jeżeli ty jesteś ich fanem. Musisz mieć przynajmniej jedną wadę charakteru.
Ja pierdolę.
Żartownisia z tej Thorn. Urocza do bólu. Wada charakteru. To sobie wymyśliła...
- No dobra, zabawna dziewczyno, powiedzmy moim pieprzonym znajomym, że żyję, i spadajmy stąd, zanim muzyka stanie się nie do zniesienia.
- Jeżeli w ogóle może być jeszcze gorsza - wymamrotała wystarczająco głośno, bym usłyszał. Auć.
Ochroniarze stojący przed sektorem dla VIP-ów odsunęli się bez słowa, by nas przepuścić. Moja prywatna ochrona była na górze i bez wątpienia chłopcy już zdążyli skomentować fakt, że się bez nich oddaliłem. Lecz dałem im już na tyle jasno do zrozumienia, że to oni pracują dla mnie, że pozwalali mi się wymykać, gdy potrzebowałem złapać oddech.
Tajemnicza dziewczyna, która mi towarzyszyła, szła teraz jeszcze bliżej mnie i mógłbym przysiąc, że moje serce waliło jak szalone. Tak, czas spędzony bez ochroniarzy był kuszący, ale ona... Ona była jeszcze bardziej kusząca.
Kiedy weszliśmy na najwyższy poziom, gdzie znajdowały się szpanerskie, obite aksamitem kanapy i kryształowe żyrandole, poczułem, że lekko zwolniła.
- Eee, Rhett? Kim ty jesteś? - zapytała, kiedy się odwróciłem. - To znaczy, najwidoczniej jesteś bogatszy, niż można by sądzić po twoim grunge'owym stylu, ale nawet bycie bogatym nie zawsze zapewnia dostęp do - machnęła ręką wokół - tego wszystkiego.
Rozbawiło mnie to.
- Moja droga, bycie bogatym daje ci wszystko.
Zmrużyła oczy i po raz pierwszy w jej wyglądzie nie było śladu tej zagubionej bidulki.
- Nie mnie - odparła, jakby sama nie mogła uwierzyć, że miała śmiałość odpowiedzieć mi w taki sposób.
No tak. Dwa kroki w głąb strefy dla VIP-ów i znów zachowywałem się jak totalny dupek. Żenujące, jak szybko mi poszło. Dzięki Bogu, wbiła szpilę w moje ego, zanim zdołałem coś jeszcze popsuć.
- Rhett! - rozbrzmiało donośnie, zanim zdążyłem zmienić zdanie co do przedstawienia Thorn swoim znajomym i opanować irytację. Mój najlepszy kumpel miał idealne wyczucie czasu.
Nie odwróciłem od niej wzroku, wciąż skupiałem uwagę dokładnie na tym, na czym chciałem - na tej zagadce, na którą wpadłem w uliczce.
- Olej go - powiedziałem, po czym zauważyłem, że nagle śmiertelnie zbladła. - Czekaj, wszystko w porządku? Wyglądasz... na przerażoną.
Zastanawiała się przez chwilę, czy rozpoznała specyficzną chrapliwą tonację naszego głównego wokalisty. Głos Jace'a był naprawdę charakterystyczny. Z drugiej strony, wkurzyłem się, że byłem na tyle głupi, aby wszystko zepsuć, przyprowadzając ją tutaj.
Jeżeli rozpoznała Jace'a, moja anonimowość prysła, jednak i tak prędzej czy później można się było tego spodziewać. Lepiej od razu rozprawić się z tym problemem, zanim zobaczy paparazzich koczujących przed hotelem.
Thorn próbowała się ode mnie odsunąć. Gwałtownie. Tyle że nasze dłonie nadal były splecione, a ja nie byłem gotów jej puścić... Nie teraz i prawdopodobnie nawet nie jutro, mimo swojej nonszalanckiej propozycji, by została tylko na jedną noc.
- Olej go, serio - powiedziałem szybko. - Zachowuje się, jakby był naszym szefem, kiedy gdzieś wychodzimy, ale tak naprawdę to jest maniakiem kontroli.
Usta jej zadrżały i zrobiła się tak bardzo blada, że gdy przestała się ze mną siłować, wystraszyłem się, że zemdleje. Może tylko udawała, że nie lubi tej muzyki, a w rzeczywistości była naszą wielką fanką? Cholerny efekt Jace'a na serio wkurzał. Wiele razy widziałem, jak dziewczyny mdleją u jego stóp, ale nie sądziłem, że Thorn zalicza się do tej kategorii.
- Gówno mnie obchodzi twoja groupie na tę noc, Rhett - warknął Jace, brzmiąc tak, jakby stał tuż za moimi plecami. - Właśnie szedłem ci powiedzieć, że twoja zajebiście droga tequila jest już na stole. A, i bliźniaki mięśniaki zaraz ci skopią tyłek za to, że znów sobie gdzieś polazłeś bez ochrony...
Przerwał swój monolog i zrobił gwałtowny wdech, kiedy podszedł na tyle blisko, by zobaczyć dziewczynę, którą starałem się ochronić własną piersią. Pojawiła się dramatyczna pauza, po której jego nastrój zmienił się na mroczny i przepełniony wściekłością. Na tyle, bym nawet ja mógł to odczuć. Co jest, kurwa?
Odrywając wzrok od Thorn, rozważałem walnięcie Jace'a w twarz w nadziei, że się odpieprzy, zanim ją odstraszy. Dziewczyna już była wystarczająco przerażona jak na jedną noc - ostatnim, czego potrzebowała, był kolejny agresywny i wściekły facet.
Cóż, na to już za późno, bo jej uwaga skupiła się wyłącznie na nim. Tyle tylko, że nie wpatrywała się w niego jak w bóstwo i nie wariowała w obecności takiej sławy, nie trzepotała nawet rzęsami ani się na niego nie rzuciła.
Była przerażona.
- Co ty tu, kurwa, robisz? - warknął Jace. Nawet nie zastanawiając się dlaczego, schowałem ją za siebie, by postawić się swojemu najlepszemu przyjacielowi, choć znałem Thorn od trzydziestu minut.
- Do cholery, Jace, lepiej się cofnij - ostrzegłem go, a w razie konieczności byłem gotów powalić go na ziemię. Jace może i miał prawie osiem centymetrów wzrostu więcej niż moje sto osiemdziesiąt pięć, ale ja dorastałem, walcząc o życie, więc w bójce szanse były wyrównane. A dzisiejszego wieczoru miałem też dodatkową motywację. Potrzeba, by chronić dziewczynę, działała na mnie jak żaden inny doping.
- Masz, kurwa, pojęcie, kogo bronisz? - rzucił twardo. Narastała w nim wściekłość, jego jasnobłękitne oczy wyraźnie pociemniały.
- Jestem pewien, że zaraz mnie oświecisz - warknąłem - ale i tak cię ostrzegam, żebyś się cofnął, do jasnej cholery. - W środku już się przygotowywałem na tę walkę.
Drobne dłonie Thorn wślizgnęły się pod moją kurtkę, a dotyk jej palców przyprawił mnie o dreszcze. Zastygłem na wypadek, gdyby atak na Jace'a mógł i ją jakoś zranić.
- Pójdę już - powiedziała cicho, ale stanowczo. - Nie wiedziałam... Gdybym przypuszczała... - Westchnęła ciężko, a jej dotyk był niemalże przepraszający. - Już sobie idę.
- Nie! - zaprotestowałem, sięgając po jej dłoń i mocno ją przytrzymując. - Nie pozwolę ci nigdzie iść tylko dlatego, że Jace zachowuje się...
- To ona, Rhett! - wrzasnął mój najlepszy kumpel. - To Billie.
Nasze spojrzenia się spotkały, gdy szok i niedowierzanie przeniknęły przez moje ciało. Rozpaczliwie chciałem wierzyć, że żartował, ale w głębi duszy wiedziałem... Jace by nie kłamał. Nie w takiej kwestii. Nie w jej kwestii.
Thorn wydała jęk pełen bólu, ponownie próbując uwolnić dłoń z mojego uścisku.
Billie.
Thorn to Billie Bellerose.
Ta Billie Bellerose.
Dziewczyna z sąsiedztwa, która niemalże doszczętnie zniszczyła Jace'a. To ona była powodem, dla którego nasz zespół nosił nazwę Bellerose. Dawna muza mojego najlepszego przyjaciela i jego nieustanne cierpienie.
Kurwa. Kurwa. Kurwa.
* Thorn (ang.) - Cierń (przyp. red.)