Rozdział pierwszy
Czy brak złudzeń księgować po stronie "ma"?
Stanisław Jerzy Lec, Myśli nieuczesane
Pani Jadzia pracowała jako starsza księgowa w biurze rachunkowym Kwity i Pity i nawet nazwa jej stanowiska pracy przypominała o upływie czasu.
Przyszła do biura jako pierwsza, włączyła ekspres do kawy i czekała, aż
się nagrzeje. Wcisnęła guzik dużej czarnej kawy i z ponurą miną
patrzyła, jak kubek powoli napełnia się płynem. Ostatnio nic jej nie
cieszyło. W przyszłym miesiącu jej mąż miał przejść na emeryturę, jej
samej został też już tylko rok pracy. Kiedyś wyobrażała sobie, że gdy
nadejdzie ten moment, będą mieli więcej czasu dla siebie i wreszcie
zaczną spełniać swoje marzenia. Oczami wyobraźni widziała siebie w kostiumie kąpielowym na plaży w Bułgarii, ewentualnie energicznie
maszerującą jakimś szlakiem górskim. Wreszcie pojedzie do Amsterdamu, do
Rijksmuseum i zobaczy na własne oczy Mleczarkę Johannesa Vermeera.
Miała tyle planów!
- Może pojedziemy do Bułgarii? - zapytała Jurka dwa dni temu, kiedy
mijał ją w drzwiach kuchni.
- Słucham? - zdziwił się niebotycznie, a brwi podjechały mu do góry.
- Do Bułgarii. Zawsze chciałam pojechać do Złotych Piasków - zaczęła,
ale urwała na widok miny męża. Spojrzał na nią z nieukrywanym
zaskoczeniem.
- Niby jak? - zapytał.
- Samolotem - odpowiedziała mu zuchwale, ale tylko prychnął z rozbawieniem.
- Ty masz pojęcie, ile to kosztuje? Poza tym teraz są jakieś szczegółowe
kontrole, prześwietlenia, podobno nawet przesłuchania! Nigdy nie
lecieliśmy samolotem. Co ci przyszło do głowy? Przecież my mówimy tylko
po polsku. Jak to sobie wyobrażasz? Wynajmiemy przewodnika? Za co?
Jadzia wzruszyła ramionami. Nie miała pojęcia, ile to może kosztować,
nie mówiła po angielsku i miała odłożone na czarną godzinę jedynie sześć
tysięcy. Bułgaria nie wchodziła w grę. Amsterdam w tej sytuacji również
nie.
- No to może pojedziemy w góry? Chociaż w Bieszczady, pamiętasz,
lubiliśmy tam jeździć.
- Co w ciebie wstąpiło? - Jurek pokręcił głową. - Ledwo dajesz radę
wejść po schodach z zakupami, a teraz nagle wybierasz się w góry? Tam
się wszystko pozmieniało! Nie będę spał przecież pod namiotem. A wiesz,
ile kosztuje hotel? I sama podróż tam i z powrotem? Butów nie mam,
kurtki nie mam, mam iść w góry w lakierkach i w płaszczu?
- No to może pojedźmy pociągiem, bo ja wiem, do Wrocławia? Zobaczymy
Panoramę Racławicką...
- Kosem, kosem i do dupy nosem - mruknął Jurek. - Do Panoramy to sobie
możesz podjechać autobusem. Przestań wymyślać, na miłość boską! Ja się
martwię, żeby na prąd i leki wystarczyło, a ty chcesz nagle rozrzucać
pieniądze?
Jadzia spojrzała na niego krzywo. Nie zamierzała rozrzucać żadnych
pieniędzy, chciała po prostu wyjść z domu i zobaczyć coś więcej niż
własną kuchnię.
- Już nie przesadzaj, coś tam mamy odłożone, a wyjazd do Wrocławia czy
Poznania nas nie zrujnuje!
- Jak ty będziesz tak gospodarować pieniędzmi, to za chwilę nie będziemy
mieli na jedzenie! Oszalałaś na stare lata? Przez całe życie muszę
pilnować wydatków, żeby jakoś koniec z końcem związać, a ty chcesz w dwa
tygodnie całe nasze oszczędności przeputać?
- Może trzeba było znaleźć lepiej płatną pracę - odcięła się pani
Jadzia, która wiecznie siedziała w jakichś papierach, bo dorabiała do
pensji, dodatkowo rozliczając prywatnie kilku mniejszych
przedsiębiorców.
- No pewnie! - zdenerwował się Jurek. - Nie dość, że haruję przez osiem
godzin jak wół, to jeszcze w domu wieczne pretensje!
Pani Jadzia powstrzymała się od komentarza, że nie nazwałaby harowaniem
spędzania ośmiu godzin w Urzędzie Dzielnicy Wola, w którym według niej
głównie pierdziało się w stołek i przekładało papiery z jednej strony
biurka na drugą. Och, jak ją wkurzał ten stary i skąpy dziad, w którego
zmienił się jej mąż. Kiedy to się stało? Kiedy ten fajny, młody chłopak,
który wysprejował komisariat, stał się tym łysym typem, ubranym w sraczkowatą kamizelkę z tysiącem kieszeni?
Łypnęła na niego okiem i poszła do łazienki, gdzie spojrzała w lustro.
Zobaczyła w nim jakąś mocno przywiędłą kobietę z siwymi włosami i z zaciśniętymi w linijkę ustami.
- Boże - powiedziała z przestrachem do lustra. - Wyglądam jak stara
wiedźma. Gorzej! JESTEM starą wiedźmą.
Rozdział drugi
Nie ma nic bardziej żałosnego od niespełnionych marzeń.
Mikołaj Gogol
Pani Jadzia wzięła swoją kawę i ciężko usiadła przy biurku. Włączyła
laptopa, wpisała hasło i poczekała, aż pojawi się wyszukiwarka. Wpisała
w nią frazę: "podstawowy kurs angielskiego dla kobiet pięćdziesiąt plus"
i poczekała na wyniki. Okazało się, że jest mnóstwo kursów
dofinansowywanych przez różnego rodzaju instytucje. Wybrała kurs
"komunikatywny senior" i wypełniła zgłoszenie. Odpowiedź przyszła po
kilku minutach. Zakwalifikowała się na zajęcia online, dwa razy w tygodniu. Wybrała dni tygodnia i potwierdziła swoją obecność w najbliższym możliwym terminie, który wypadał pojutrze, i wreszcie
uśmiechnęła się szeroko.
- Co się pani tak cieszy?
Pani Jadzia drgnęła nerwowo, bo nie usłyszała, kiedy do biura weszła
Lidka.
- Zapisałam się na kurs - powiedziała, trochę przestraszona własną
zuchwałością.
- Na jaki kurs? - zapytała Lidka, siadając przy własnym biurku i wypakowując z torby paczkę kabanosów chili i słoik przecieru z czerwonej
cebuli.
- Na kurs angielskiego - oznajmiła dumnie pani Jadzia, jakby właśnie
zdobyła szczyt Kilimandżaro.
- O! - zdziwiła się Lidka. - Będzie się pani uczyć angielskiego?
- Nie, będę tańczyć rumbę! - mruknęła pani Jadzia, otwierając skrzynkę
pocztową i przeglądając e-maile od klientów.
- Rumba to jest taki odkurzacz - odpowiedziała jej sucho Lidka i odgryzła kawałek kabanosa, logując się do własnego laptopa.
Po chwili do biura wpadła jak burza Michalina Poręba.
- Dzień dobry wszystkim! Ktoś chce kawy, bo idę zrobić? - zapytała,
rzucając na biurko torebkę.
- Nie, ja dziękuję, już mam. - Pani Jadzia wskazała kubek stojący na
biurku.
- A ja chętnie - wybełkotała Lidka, która już miała w ustach dość duży
kawałek kiełbasy.
- Dzień dobry! - zawołał Tomek, wchodząc do biura. - Lidka! Ty znowu
jesz przy komputerze? Nie jadłaś śniadania?
- Jadłam, oczywiście, że jadłam! Ja bym rano bez śniadania z domu nie
wyszła - oburzyła się Lidka. - To jest drugie śniadanie.
- A ile ich jesz przed obiadem? - zapytał Tomek z rezygnacją i westchnął.
- Każdy posiłek przed obiadem to jest śniadanie - pouczyła go Lidka,
strącając z biurka słoik z cebulą.
- Chryste! Lidka! - zdenerwował się Tomek, bo zawartość słoiczka
rozbryzgnęła się po wykładzinie.
- No zaraz posprzątam przecież, ale po co mnie było denerwować. -
Schyliła się i próbowała zebrać cebulę na czystą kartkę A4.
- Chyba tego nie zjesz? - zapytał Tomek podejrzliwie.
- Tam może być szkło! - uprzedziła Lidkę Michalina, która doskonale
wiedziała, że ta postara się uratować chociaż odrobinę cebulki. Lidka
bowiem uważała, że krótki pobyt jedzenia na podłodze nie zmienia jego
wartości smakowych.
- Tam mogą być promile! - zacytowała klasyka pani Jadzia, która dawno
temu nauczyła się, żeby nie brać od Lidki niczego, co chociażby w teorii
mogło się nadawać do jedzenia.
- I pewnie są, bo to cebulka karmelizowana czerwonym winem - mruknęła
Lidka i łypnęła na nią znad wykładziny.
Tomek wzniósł oczy ku niebu i kręcąc głową, poszedł do swojego pokoju,
nie wdając się w szczegóły karmelizowania czegokolwiek alkoholem. Lidka
i tak wiedziała lepiej.
Rozdział trzeci
Optymizm jest zawsze wynikiem niedostatecznych informacji.
Jacques Tati
Pani Jadzia porównywała zestawienie z poszczególnymi fakturami, bo nie
zgadzała jej się końcowa kwota brutto. Nie była to może jakaś wielka
różnica, bo wynosiła raptem sto siedemnaście złotych, ale szukałaby
rozbieżności, nawet gdyby kwota była groszowa. Znalazła w końcu,
odsapnęła z ulgą i przetarła szkła okularów.
- Michalina? - zaczęła niepewnie. - A twoja mama to w jakim biurze
podróży, znaczy, w jakim zakładzie pogrzebowym złożyła te swoje wytyczne
dotyczące pochówku?
- A co? Wybiera się pani gdzieś? - zapytała Lidka, raz za razem klepiąc
w enter, bo coś jej się zawiesiło.
- Nie wykluczam. Warto znać różne opcje - westchnęła pani Jadzia.
- To bardzo dobry dom pogrzebowy - zapewniła Michalina. - Trochę
nietypowy, ale fajni ludzie tam pracują. I ja, i mama byłyśmy bardzo
zadowolone. Naprawdę chce pani tam się wybrać? Mogę z panią pojechać.
- Naprawdę? Byłoby super - ucieszyła się pani Jadzia. - Obawiam się, że
jakbym odeszła pierwsza, to mąż pochowa mnie w kartonowym pudełku po
butach.
- A to tak można? - zdziwiła się Lidka. - Mnie też mogliby tak pochować,
ale pod warunkiem, że to byłoby pudełko po louboutinach.
- Po czym? - spytała pani Jadzia nieufnie. - To znowu coś do jedzenia?
Michalina i Tomek parsknęli śmiechem, ale Lidka prychnęła jak rozjuszona
kotka.
- To są takie buty! Bardzo, bardzo drogie! Ale i tak je sobie kupię, jak
Tomek da mi w końcu premię!
- Czyli nigdy! - rzucił Tomek. - Przypomnę ci, że ostatnio musiałem się
tłumaczyć, dlaczego klient nie zapłacił podatku, bo zapomniałaś
wprowadzić do systemu! Cztery razy składałem czynny żal, z czego trzy
razy klientowi!
Lidka się lekko naburmuszyła.
- No i wielkie mecyje. Przecież specjalnie tego nie zrobiłam. Takie
rzeczy się zdarzają najlepszym.
- Mnie nie - burknął Tomek.
- Przecież mówię, że najlepszym - odpyskowała Lidka, ale dość cicho, tak
że usłyszała ją tylko Michalina.
- I nie mówię już o tym, że mleczarni wprowadziłaś zbyt niską kwotę
podatku i musiałem sam zapłacić odsetki.
- Ale to był słowacki błąd! - zdenerwowała się Lidka. - Sześć zamiast
dziewięć. Najle... no dobra, już dobra - burknęła, bo zobaczyła, że
Tomek nabiera powietrza. Spojrzała znacząco na Michalinę i wzruszyła
ramionami. - I po co to się tak kukurzyć? - zapytała, kręcąc głową. -
Wystarczyło złożyć te gorzkie żale i już. Po sprawie. Prawda? -
Spojrzała w poszukiwaniu aprobaty na najstarszą koleżankę.
Pani Jadzia nie słuchała tych wywodów, bo musiała się skupić na własnej
robocie. Na uszach miała wielkie, puchate i niebieskie słuchawki i naliczała pensje w rytmie słów wyśpiewywanych przez Zbigniewa
Wodeckiego: "Lubię wracać, tam gdzie byłem już".
- Pod ten balkon pełen pnących róż - powiedziała życzliwie, spojrzawszy
na Lidkę, a Tomek zaczął się poważnie zastanawiać nad zmianą zawodu.
Wracając do domu, pani Jadzia zajrzała do drogerii. Wybrała farbę do
włosów, wahając się przez chwilę między blondem księżycowym a szampańskim i decydując się ostatecznie na ten pierwszy, odżywkę do
paznokci, regenerum do rzęs i krem dla dojrzałej i suchej cery. Po
namyśle dorzuciła jeszcze liftingującą maseczkę do twarzy, czekoladowy
balsam do ciała i serum do rąk. Potrzebowała zarówno odnowy
biologicznej, jak i mentalnej. Przy kasie nieco się skrzywiła, ale po
chwili doszła do wniosku, że przecież, zgodnie ze słowami jakiejś
reklamy, na pewno jest tego warta.
W domu rozpakowała zakupy i zamiast jak zwykle zająć się obiadem,
postanowiła poświęcić czas sobie i własnemu ciału. Rozebrała się i stanęła przed lustrem. Niestety, było niezbyt łaskawe, chociaż możliwe,
że to była również kwestia zimnego światła w łazience.
- Poczekaj, ja ci jeszcze pokażę - mruknęła wojowniczo i zaczęła
nakładać farbę na włosy.
Rozdział czwarty
Ludzie są na tyle szczęśliwi, na ile sobie pozwolą.
Abraham Lincoln
- Co pani tu robi? - zapytał ją następnego dnia Tomek, kiedy wszedł do
biura i zobaczył zupełnie obcą kobietę siedzącą przy biurku jego
najstarszej pracownicy.
- Pracuję - odpowiedziała lekko spłoszona, zapomniawszy o swoim nowym
wyglądzie.
Tomek otworzył usta i stał tak przez chwilę, wpatrując się w nią z mieszaniną zaskoczenia i jakby podziwu.
- Wygląda pani... - zaczął - inaczej - dokończył trochę kulawo i widać
było, że chciałby coś jeszcze dodać, ale wyraźnie nie umiał tego ubrać w słowa.
Tego problemu nie miała Lidka, która wpadła do biura i zaskoczona
zatrzymała się w progu.
- Ale wygląda pani zajebiście! - wykrzyknęła na widok pani Jadzi, która
spłonęła rumieńcem jak pensjonarka.
- Dziękuję!
- Była pani u kosmetyczki? U fryzjera? W salonie piękności? - zapytała
zaaferowana Lidka, rzucając torebkę na biurko.
- No chyba, że nie w salonie Mercedesa - mruknął Tomek, który powoli
wracał do siebie.
Pani Jadzia prychnęła do kubka z kawą i pomyślała, że dopiero by było,
gdyby sobie do tego wszystkiego kupiła samochód.
- Nigdy mnie nie będzie stać na mercedesa - westchnęła. - Nawet nie stać
mnie na poloneza.
- Na co? - zdziwiła się Lidka, a pani Jadzia machnęła ręką.
- Kiedyś był taki samochód. W głębokim Peerelu.
- A kiedy to było? - Lidka nie miała pojęcia, czy to było przed okresem
jury i kredy, czy później.
- Bardzo dawno temu - westchnęła pani Jadzia. - Jeszcze przed Google'em.
Lidka spojrzała na nią podejrzliwie, jakby nie potrafiła sobie wyobrazić
tak starych ludzi, którzy urodzili się przed pojawieniem się na świecie
Google'a.
Pani Jadzia zamyśliła się. W zamierzchłej przeszłości zrobiła prawo
jazdy, ale kiedy kupili z Jurkiem samochód, nigdy go nie prowadziła.
Jurek uważał, że mogłaby go obetrzeć albo nie daj Boże rozbić, więc to
zawsze on był kierowcą. Przyzwyczaiła się do tego i chociaż kilka razy
nieśmiało próbowała go namówić, żeby dał jej poprowadzić, zawsze
odpowiadał, że następnym razem. Teraz mieli wiekową skodę, którą na co
dzień Jurek jeździł do pracy, a w piątek albo w sobotę na zakupy. Nie
lubiła tych wspólnych wyjazdów do Biedronki, Kauflandu albo Lidla, gdzie
Jurek wiecznie polował na promocje i przez cały czas porównywał ceny.
Zamiast kupić wszystko w jednym sklepie, jeździli do kilku różnych, bo w każdym z nich co innego było najtańsze. Od dawna nie robiła listy
zakupów, bo Jurek pozwalał jej wkładać do koszyka jedynie te rzeczy,
które akurat były w promocji. Zwykle miały też bardzo krótki termin
ważności, więc posiłki planowała dopiero wtedy, gdy wypakowywała
produkty w domu.
Wpisując kolejne dane do naliczenia pensji, zastanawiała się, jak to się
stało, że na to wszystko pozwoliła. Kiedy skończyli studia, ona
ekonomię, a on pedagogikę, nigdzie nie wyjeżdżali, bo odkładali najpierw
na mieszkanie, potem na jego urządzenie, następnie na samochód, a wreszcie na czarną godzinę. Jurek ustalił, a ona się na to zgodziła, że
z jej pensji będą pokrywać bieżące wydatki, a on będzie oszczędzał na
poważne rzeczy.
- Otrzep buty ze śniegu - nakazywał jej sucho, kiedy wsiadali zimą do
auta. - Nie po to odkładałem przez tyle miesięcy, żebyś teraz naniosła
błota.
Obstukiwała posłusznie obcasy, żeby nie narobić plam na nowych
dywanikach, i nie prostowała, że przecież wspólnie odkładali. Nie mieli
w końcu wspólnego konta, każde rządziło się swoimi pieniędzmi. Pani
Jadzi wiecznie brakowało na te wszystkie bieżące wydatki, więc brała
każdą dodatkową robotę. Tylko raz powiedziała, że nie ma pieniędzy i wysłuchała wtedy długiego wykładu o braku odpowiedzialności,
rozrzutności i nieliczeniu się z wydatkami. Skarcona przez męża już
zawsze pilnowała, żeby trzymać buzię na kłódkę, a kiedy naprawdę
brakowało jej do pierwszego, pożyczała niewielkie sumy od znajomych,
które skrupulatnie oddawała po wypłacie. W ten sposób dość szybko
nauczyła się rezygnować z własnych przyjemności. Pierwszy poszedł w odstawkę fryzjer, potem co droższe kosmetyki, książki pożyczała w bibliotece i chodziła po kilka lat w jednej, coraz bardziej wyblakłej
kurtce.
Wieczorami siadała przy stole w kuchni i wyciągała albumy z obrazami
impresjonistów, przedstawicieli holenderskiego baroku, ekspresjonistów i abstrakcjonistów, które dostawała od znajomych i rodziny. Piła herbatę z sokiem malinowym własnej roboty i marzyła, że kiedyś zobaczy te obrazy
na własne oczy.
- Chciałabym kiedyś pojechać do Wiednia - powiedziała rozmarzonym głosem
do Jurka, kiedy siedzieli w domu pierwszego dnia świąt Bożego Narodzenia
2004, pół roku po tym, kiedy Polska znalazła się wreszcie w Unii
Europejskiej.
- Po co? - spytał.
- Chciałabym pojechać do Albertiny, wiesz, do tego muzeum... - zaczęła,
ale przerwała, bo Jurek parsknął śmiechem.
- Naprawdę ze wszystkich miejsc na świecie chciałabyś pojechać akurat
tam?
- A co jest nie tak z Wiedniem? - zapytała sucho, zatrzaskując album.
- W Wiedniu to akurat nie ma niczego ciekawego - stwierdził
autorytatywnie Jurek.
- A gdzie według ciebie jest coś ciekawego? - drążyła autentycznie
zainteresowana.
- Europa jest przereklamowana, ale ostatecznie może w Paryżu - Jurek był
łaskaw przyznać pierwszeństwo stolicy Francji.
- Jedźmy zatem do Paryża! - ucieszyła się pani Jadzia, ale Jurek
popatrzył na nią pobłażliwie.
- Pewnie, zastawmy mieszkanie, sprzedajmy samochód i jedźmy do Paryża! -
Pokiwał głową z politowaniem.
W pani Jadzi nadzieja natychmiast zgasła.
- Naprawdę nie możemy odkładać, bo ja wiem, nawet rok, dwa na taką
podróż? - zapytała cicho.
- Mamy ważniejsze wydatki. - Jurek spojrzał na nią surowo. - A jak ci
się popsuje pralka, to co? Będziesz prała ręcznie?
Pani Jadzia miała na końcu języka odpowiedź, że pralka jest wspólna i jak się popsuje, to im, a nie jej, a poza tym w takiej sytuacji, gdyby
każde z nich prało swoje gacie ręcznie, to na pewno byłaby gotowa na
takie wyrzeczenie, gdyby ceną była wycieczka do Paryża. Ale wiedziała,
że nawet gdyby kolejny rok prała na tarze, i tak nigdy nie namówi
swojego męża na żaden wyjazd zagraniczny. Wróć. W ogóle na żaden wyjazd
gdziekolwiek.
- Co? - Pani Jadzia ocknęła się nagle, bo Tomek zdjął jej niebieskie
słuchawki.
- Pani Jadziu, pytałem, czy pensje są gotowe? - Szef przyglądał się jej
z niepokojem.
- A, no tego, pensje. Pensje, pensje. No tak. Są gotowe - potwierdziła z roztargnieniem. - Ludzie muszą dostać pensje na czas. Może ktoś ciągnie
już ostatkiem sił i sprawdza co chwilę konto?
- Wszystko w porządku, pani Jadziu?
- No tak. Pensje. Pensje są w porządku. Jak najbardziej. Dlaczego pan
pyta?
Tomek podniósł ręce w geście poddania się i wycofał się do siebie,
myśląc, że nic mu nie zostało oszczędzone i dobrze mu tak, skoro uparł
się, że założy własną firmę.
Rozdział piąty
Nie być kochaną - to nieszczęście.
Nie być już kochaną - to zniewaga.
Monteskiusz
Pani Jadzia od mniej więcej dwudziestu lat starała się jak najrzadziej
patrzeć w lustro, ale teraz spojrzała z niekłamaną przyjemnością. Siwe,
przylizane kłaki zniknęły, a pojawiły się modnie obcięte i odżywione
włosy w pięknym kolorze księżycowego blondu. Maseczki i serum niemal
natychmiast poprawiły napięcie i jędrność skóry, jakby ta tylko czekała
na bodajże odrobinę kolagenu, witaminy C i kwasu hialuronowego.
Jedyną osobą, która nie zauważyła żadnej zmiany, był Jurek. Pani Jadzia
nie spodziewała się z jego strony jakiejś żywiołowej reakcji, ale miała
nadzieję, że przynajmniej powie jej coś miłego. Z tyłu głowy przebiegła
jej co prawda myśl, że pierwszymi jego słowami będzie pytanie: "Ile to
kosztowało?", ale i tak nie zamierzała podać mu prawdziwej kwoty. Po
dwóch dniach od spektakularnej zmiany wyglądu nie doczekała się jednak
ani jednej najdrobniejszej uwagi, co potwierdziło jej przypuszczenia, że
mąż po prostu w ogóle nie zwraca na nią uwagi.
Z własnej woli odzywał się do niej tak rzadko, że zaczęła liczyć
usłyszane od niego słowa w skali każdego tygodnia. Kiedyś nie odezwał
się przez tydzień ani jednym słowem, tylko kiwał głową w geście
przywitania. Rano jedno kiwnięcie brodą do dołu, mające znaczyć "dzień
dobry". Wieczorem szerokie ziewnięcie, które oznaczało pożegnanie. Kiedy
zaś mijali się w kuchni, przyglądała mu się i zauważyła, że zwyczajnie
omija ją wzrokiem. A jeśli już musi na nią spojrzeć, omiata ją jak nocną
szafkę. Bez żadnych emocji, jak dobrze znany przedmiot w mieszkaniu.
Była dla męża przezroczysta. Tak samo niewidoczna w księżycowym
blondzie, masce gazowej na twarzy, w przebraniu dinozaura czy sukni
balowej. Możliwe, że zwróciłby na nią uwagę, gdyby okleiła się gotówką,
ale na pewno by ją wtedy zdrowo ochrzanił za ewentualne uszkodzenie
banknotów.
Sama przyglądała się Jurkowi bez ograniczeń. Chodził po domu w starych,
rozciągniętych na kolanach granatowych spodniach dresowych i wyblakłym
T-shircie z reklamą mebli Forte, który dostał kiedyś w ramach ich akcji
promocyjnej. Według pani Jadzi musiało to być jeszcze w zeszłym wieku.
W kółko oglądał teleturnieje, pani Jadzia z ulgą zatem odstąpiła mu duży
pokój z telewizorem. Nie znosiła tych kół fortuny, milionów w rozumie,
awantur o kasę. Za to Jurek obsesyjnie je śledził i wzdychał z zazdrością za każdym razem, kiedy zawodnicy wygrywali.
Kilka dni po swojej metamorfozie wychodziła z mieszkania, przekręciła
klucz i odwróciła się, bo szczęknęły drzwi windy.
- Dzień dobry - przywitała się grzecznie, widząc sąsiadkę.
- Dzień dobry. A pani to na długo przyjechała?
- Pani Zosiu, to ja. Mieszkam tutaj. Nie poznała mnie pani?
Zosia sapnęła z niedowierzaniem i zmrużyła oczy, żeby się lepiej
przyjrzeć.
- Jakoś inaczej pani wygląda! - zgłosiła pretensję. - Ale buty ma pani
te same - dodała troszkę uspokojona.
Istotnie, buty pani Jadzi pamiętały zdecydowanie lepsze czasy. Nie były
to może czasy prehistoryczne, ale całkiem możliwe, że w tych butach
weszła do Unii Europejskiej. Uśmiechnęła się z zażenowaniem do pani Zosi
i pomyślała, że czas najwyższy wybrać się na zakupy. Najpierw
postanowiła odwiedzić wszystkie znane jej lumpeksy w okolicy.
Najbardziej lubiła ten najbliżej domu, reklamujący się hasłem: "Przyszła
pora na Diora". W każdy czwartek była świeżutka dostawa i czasami
naprawdę można było znaleźć prawdziwe perełki. Pani Jadzia weszła do
sklepu i po raz pierwszy skierowała się do wieszaka ze spodniami. Miała
już serdecznie dość tych szarych, bezkształtnych spódnic i beżowych
bluzeczek bez wyrazu. Zapragnęła czarnych, garniturowych spodni i czerwonej koszuli, najlepiej z żabotem. Przez głowę przeleciała jej co
prawda myśl, że trochę może przesadza, nie wybiera się ostatecznie na
walkę byków, ale po chwili machnęła ręką.
- A tam! Kiedy jak nie teraz? - zapytała sama siebie i ominąwszy bure
bluzki i spódnice, pewnym krokiem podeszła do kolorowych wieszaków. Po
godzinie stała przy kasie, trzymając wieszaki z dwiema parami spodni,
koszulą w kolorze indygo i dwiema dość odważnymi bluzkami, eksponującymi
biust, jedną karminową, a drugą w odcieniu butelkowej zieleni.
Zapłaciła, wyjęła własną siatkę i zapakowała ubrania, czując, że
przepełniają ją ambiwalentne uczucia. Coś jakby ekscytacja zabarwiona
delikatnymi wyrzutami sumienia.
- Nie zamierzam się katować żadnym poczuciem winy! - powiedziała na
głos, aż jakaś kobieta się za nią obejrzała. - Co więcej - dodała hardo
- wydam jeszcze trochę, bo muszę mieć do tego buty.
Spojrzała na swoje stopy i wypuściła głośno powietrze. Jak w ogóle mogła
w czymś takim chodzić przez tyle lat? Weszła do sklepu i powstrzymała
się od przeżegnania. Czegóż tam nie było! Chodząc między półkami, pani
Jadzia odsuwała od siebie myśli, że na własne życzenie zamknęła się w jakiejś bańce czasoprzestrzeni, w której panowały lata
dziewięćdziesiąte, podczas gdy świat spokojnie podążał własnym rytmem.
Wiedziała, że technologia idzie do przodu, korzystała z niej w pracy,
wielokrotnie w duchu dziękując za aplikacje i programy ułatwiające jej
codzienne funkcjonowanie. Dlaczego zatem z taką konsekwencją nie
przyjmowała do wiadomości, że świat się zmienia również w innych
aspektach? Nigdy nie goniła ślepo za modą, ale kiedy trzeba było, nosiła
rozszerzane dzwony, buty w szpic czy spódnice w kształcie bombki.
Dlaczego zatem od kilku lat chodziła w burych szmatach nadających się
najbardziej do klasztoru, ewentualnie do wykopywania ziemniaków? I w starych, powykrzywianych butach, pamiętających czasy prezydenta
Aleksandra Kwaśniewskiego?
W zasadzie to dobrze, że nie prezydenta Mościckiego, pomyślała z niesmakiem i zdecydowała się na eleganckie, czarne czółenka na
niewysokim słupku.
- To chyba była moja pokuta za to, co się stało z naszym małżeństwem -
mruknęła do siebie, wchodząc cichutko do domu, bo nie zamierzała się
nikomu tłumaczyć z zakupów. Dźwięk telewizora upewnił ją, że Jurek jest
w domu, przemknęła zatem jak duch do łazienki. Musiała wyprać swoje nowe
nabytki z lumpeksu, dopóki pralka jeszcze nie padła z wrażenia.
Rozdział szósty
Przeznaczenie rozdaje karty, my tylko gramy.
Arthur Schopenhauer
- Kierowniczko! Kierowniczko, dwa złote, kochaniutka! - zawołał za nią
bezdomny Aksel, który z nieznanych jej przyczyn tak kazał na siebie
mówić.
- Nie wydaj wszystkiego naraz - powiedziała pani Jadzia, wręczając mu
monetę.
- Kierowniczko Jadziu! - Aksel oniemiał w tym momencie, wpatrując się w nią z otwartymi ustami. - Kierowniczko! Na miłość boską, rozbiła
kierowniczka bank? Bo mnie to kierowniczka właśnie powaliła na kolana i oddaję ten mecz walkowerem. Całuję rączki i padam do nóżek. Kierowniczka
zawarła pakt z diabłem? Ale kierowniczka wygląda jak dwa miliony
dolarów. Co ja gadam, dwa? Trzy! Może nawet dałbym i pięć? - zawahał się
przez moment i spojrzał na panią Jadzię pod innym kątem.
- Łatwo dawać, kiedy i tak nie masz. - Pani Jadzia popukała się palcem w czoło, ale uśmiechnęła się pod nosem.
- Teraz nie mam - zgodził się Aksel. - Ale gdybym miał, tobym dał -
zapewnił ją żarliwie, gwizdnąwszy z podziwem.
- Masz ciągle nadzieję na tę nieoczekiwaną zmianę miejsc? - zapytała go
pani Jadzia.
- Marzenia nic nie kosztują - odpowiedział i wzruszył ramionami. - A co
ja bym robił bez marzeń? Już nie miałbym po co żyć.
Pani Jadzia przyjrzała mu się, przekrzywiając głowę na lewo i lekko
mrużąc oczy, bo nagle dotarła do niej przerażająca myśl, że
prawdopodobnie ona sama dawno już umarła i trafiła do piekła, jakim jest
jej obecne życie. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale po chwili
zamknęła je z powrotem. Aksel machał już na jakiś samochód, wskazując
kierowcy wolne miejsce do parkowania.
Pani Jadzia kiwnęła mu na pożegnanie i wsiadła do autobusu. Usiadła koło
okna i westchnęła.
- Coś się stało? - zapytał nagle obok niej głęboki, męski głos i zaskoczona pani Jadzia odwróciła głowę od okna. Tak bardzo
przyzwyczajona była do tego, że jest zupełnie niewidzialna nie tylko dla
mężczyzn, lecz także dla kobiet, że nawet przez chwilę nie pomyślała, że
to pytanie było skierowane do niej. Ale facet obok przypatrywał się jej
z troską i jakby czymś jeszcze. Gdyby pani Jadzia była młodsza, pewnie
rozpoznałaby bez pudła ten błysk w oku. Gdyby była młodsza i mniej
rozsądna. Ale teraz przecież była stara i zmurszała i jej życie chyliło
się ku końcowi. A przynajmniej tak jej się do tej pory wydawało.
- Słucham? - zapytała na wszelki wypadek.
- Pytałem, czy wszystko w porządku, bo westchnęła pani tak, że tej
kobiecie z przodu spadł kapelusz.
- Jezus! Ja bardzo przepraszam - wybąkała, rozglądając się w poszukiwaniu poszkodowanej.
- Żartowałem. - Uśmiechnął się do niej, pokazując urocze dołki w policzkach.
Pani Jadzia zachichotała nerwowo, a myśli jej galopowały w poszukiwaniu
jakiejś błyskotliwej riposty. Z jakiegoż to spektakularnego powodu tak
ciężko wzdychała?
- Eeeee - zaczęła zatem błyskotliwie. - Szykuję się na kurs nurkowy -
wykrztusiła w końcu, myśląc jednocześnie, że trudno będzie przebić
głupotę tej wypowiedzi.
- Czyli jeśli jutro będzie pani siedziała w płetwach, mam się temu nie
dziwić?
Pani Jadzia parsknęła śmiechem i niechcący opluła swojego interlokutora.
- Bardzo pana przepraszam - powiedziała ze skruchą, kiedy wyciągnął z kieszeni chusteczkę higieniczną i ze stoickim spokojem wytarł sobie
policzek. - Ale sam jest pan sobie winien. Wyobraziłam sobie, jak
próbuję wsiąść do autobusu w płetwach. A to na pewno nie jest taka
prosta sprawa!
- Nie darowałbym sobie, gdybym to przegapił!
Pani Jadzi tak dobrze rozmawiało się z nowym znajomym, że niewiele
brakowało, a sama przegapiłaby własny przystanek. Zorientowała się
nagle, że właśnie dojeżdża do miejsca pracy, urwała w pół słowa i zerwała się z miejsca.
- Do zobaczenia jutro! - zawołał za nią znajomy nieznajomy, wychylając
się z siedzenia.
Pani Jadzia poczekała, aż autobus odjedzie, stanęła przed najbliższą
witryną sklepową i obejrzała chciwie własne odbicie.
- Od biedy można zrozumieć to nagłe zainteresowanie moją osobą -
mruknęła pod nosem, oglądając się jeszcze z obu boków i wygładzając
fałdy płaszcza.