Pogrom samobójców - Damian Ciesielski

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

nieporadni autorzy mają problem ze wstępem

Doczepiam się do stanowiska, iż rozpoczynanie książek, lub jakiejkolwiek innej formy wypowiedzi literackiej, od opowiadania snów, czy choćby przytaczania i odwoływania się do tego motywu, jest zabiegiem nader banalnym, a nawet impertynenckim i niestosownym wobec czytelnika. Niejednoznaczność tego frapującego zjawiska, zgadzam się owszem, jest nad wyraz kusząca, szczególnie we wstępie, gdy nieporadny autor musi stosować ten fortel w celu zachęcenia czytelnika do dalszej lektury, jednak wybranie takiej drogi, prawie zawsze skutkuje wniesieniem do przedstawianej historii elementów kiczu i tandety. Skutkiem tego osoba, która dumnie wśród swoich towarzyszy zwie się krytykiem, już na tak wczesnym etapie powinna rozważyć kontynuację lektury. Nie czyniąc tego, świadomie zgadza się na dalszy udział w tej prowokacji.

Nie wierzę w sny symboliczne! Nie wierzę w sny przełomowe! A już na pewno nigdy nie dam się przekonać, że istnieją jakieś sny prorocze! Sen jest jedną z tych rzeczy, nad którymi specjalnie się nie zastanawiam. Sądzę, iż jedyne, na co zasługują, to potraktowanie, jako ciekawostkę. Wszakże, jako człowiek zawsze ciekawy otaczającego go świata, nie ukrywam, iż z lubością śledzę najnowsze wyniki badań poświęconych tej tematyce, ale z przykrością stwierdzam, że ich przełomowość jest podobna jak snów samych w sobie.

Wszystko to stawia mnie w niezwykle kłopotliwej i niezręcznej pozycji, bowiem wobec braku odpowiednich umiejętności i ja zostałem zmuszony do zastosowania tego niezbyt chwalebnego manewru. Chciałbym zaznaczyć jednoznacznie, że choć przytoczony w dalszym fragmencie sen de facto nie ma wielkiego znaczenia dla samej treści, to jednak warto, chociaż pobieżnie, się z nim zaznajomić z zupełnie innych powodów. Dla wielu bohaterów i osób towarzyszących spisywaniu tej historii stanowi on nie tylko niezaprzeczalne źródło proroczych wizji zwiastujących dalsze wydarzenia, ale także zawiera całą masę ukrytych symboli, do których potem wielokrotnie się będziemy odnosić.

A to czy w tym śnie faktycznie można doszukać się czegoś więcej niż po prostu bałaganu w ludzkim umyśle, zostawiam już do indywidualnej oceny każdego czytelnika. Osobiście myślę, że jeśli ktoś chce się doszukiwać jakiś ukrytych znaczeń, zawsze je znajdzie.

sen po raz pierwszy

Było już dobrych kilka minut po północy, gdy jak wielokroć po trafnym wieczorze z książką i z piwem, odpłynąłem na mojej cieplutkiej kanapie...

Ocknąłem się w jakimś wielgachnym i całkowicie obcym mi pomieszczeniu. Najpierw czymś na wzór restauracji, a więc otaczali mnie zewsząd ludzie spożywający posiłek i zabiegani kelnerzy. Później pomieszczenie zamieniło się w salę balową, czyli pięknie ubrane damy i eleganccy gentlemani tańczący walca angielskiego, aż ostatecznie stało się czymś pomiędzy. Zgodnie z tym, co nabazgrałem wcześniej, sny rządzą się swoimi prawami, których próba zrozumienia jest istną stratą czasu.

Takich dziwacznych rozwiązań była cała masa. Przykładowo, gdy zawieszałem wzrok przez dłuższy czas na jednej z obecnych tam osób, rychło zamieniała się ona w kogoś mi bliskiego. Czy to w członków mojej rodziny ( jedna pani zamieniła się przez chwilę w moją od dawna nieżyjącą siostrę), innym razem w znajomych ze szkoły podstawowej, nauczycieli z tego i innych okresów, ale też ludzi sławnych i takich, których kojarzyłem tylko z widzenia. Uśmiechali się do mnie, machali, mniej lub bardziej uprzejmie pozdrawiali. I tyle. Reasumując, moje pojawienie się niewiele wniosło do samych wydarzeń, jako takich. Obecni na sali widzieli mnie, ale nie reagowali specjalnie na moją obecność. Za każdym razem kończyło się na zdawkowych gestach i krótkich powitaniach. Po prostu tam byłem, ale nikogo nie obchodziłem. Każdy z nich wydawał się skupiony na swoich sprawach.

Aż wreszcie w dalszej części snu, pojawia się, woli ścisłości nie weszła drzwiami, bo na tym etapie snu, jeszcze chyba ich nie było, ogromna - jej wielkość się zmieniała, co bądź - zakapturzona postać. Mój ograniczony przez wąski obszar kulturowy umysł, tak zapewne wygenerował moje wyobrażenie Śmierci, czyli takie coś, przypominające znaną wszystkim kostuchę. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to jej długie kościste dłonie, z charakterystyczną na górnej część rudą sierścią. Nie to jednak obrazowało potworność tego stworzenia. Pod jej kapturem kryła się na wskroś idealnie czarna otchłań. Zupełna pustka. Trudno było też pozostać obojętnym na egzemplaryczny głos, wydobywający się spod kaptura, który nie miał ani cech męskich, ani żeńskich. Te elementy kompozycji też pewnie mój umysł zapożyczył z jakiejś książki z dawnych lat.

Co było dalej? Sporo wspomnianego przeze mnie na początku kiczu i niedorzeczności. Otóż owa postać, czyli to moje wyobrażenie Śmierci, nieporadnie wgramoliła się na jeden ze stolików i oznajmiła:

- Witam! Jestem straszną, legendarną Śmiercią. Zaraz wszyscy, bez wyjątku, zginiecie!

Po krótkiej pauzie powtórzyła te słowa jeszcze raz:

- Po krótkiej pauzie powtarzam te słowa jeszcze raz, jestem straszną, legendarną Śmiercią i zaraz wszyscy, bez wyjątku, zginiecie!

Trudno przewidzieć, jakie miały być intencje takiego osobliwego przemówienia, ale można żywić przekonanie, że pożądany efekt nie tak miał wyglądać. Jedzący kontynuowali posiłek, tańczący taniec, a rozmawiający rozmowę. Jedna z kelnerek, śpiesząca do rozgniewanego klienta, który zgłosił chwilę wcześniej reklamację na spalonego kurczaka, w pewnym momencie nawet otarła się o Śmierć. A ktoś z drugiego końca sali krzyknął:

- Zamknij się cudaku, daj ludziom zjeść!

I wtedy - sam byłem pełen podziwu dla wyobraźni mojego umysłu, bo oczywiście go obarczałem za wszelkie rodzynki w scenariuszowym cieście - kwadratowo obrany kartofel przefrunął dobre pół sali i rozbił się na głowie niespodziewanego gościa. Wzburzona kostucha z obrzydzeniem strzepała resztki warzywa ze swojego idealnie wyprasowanego płaszcza.

- Jak śmiesz drwić ze Śmierci!? Zapłacisz za to głupcze! - syknęła i wzbiła się wysoko w górę, aż po samo sklepienie, gdzie lekko zahaczyła o lampy sufitowe, po czym dopadła do pozbawionego wyobraźni kałmuka i jednym cięciem kosy (w tym właśnie momencie pojawia się ten atrybut pierwszy raz) pozbawiła śmiałka głowy.

Na sali rozległy się piski i krzyki. Ktoś zaczął szlochać, a co wrażliwsze kobiety odwracały wzrok od turlającej się po podłodze głowy. Gdy zdawało się, że wreszcie zapanuje na sali ład i porządek, nieoczekiwanie głos zabrał jakiś szczerbaty delikwent.

- Ale to nie on to powiedział - wybuchnął oburzony - To przecież tamten - wyjaśnił z pełnym przekonaniem, wskazując na czarnoskórego faceta, wciąż jak gdyby nigdy nic wcinającego jajecznicę.

Nieuznająca braku subordynacji Śmierć wpadła teraz w taką furię, że tym razem bez popisowych lotów doskoczyła do nowego podejrzanego.

- Nie prawda! - spotkała się jednak z kolejnym protestem - On mnie wskazuje, bo jestem Czarny! - zaczął bronić się oskarżony - To rasista, a Śmierć powinna być równa wobec wszystkich!

Kostucha ze złości kilkukrotnie postukała bukowym drzewcem o dębową podłogę wydobywając przy tym z siebie sowi pisk. A potem cisnęła w tłum pierwszym lepszym przedmiotem, który wpadł jej w kościste ręce (kiełbasa wieprzowa) i w bliżej nieokreślonym celu chwyciła się za kaptur.

- Więc kto to powiedział? - wrzasnęła z dziką wściekłością na całą salę.

To musiało doprowadzić do kolejnego płaczu. Przerażana matka nieskutecznie próbowała udobruchać swojego bobasa.

- Mówcie, bo tracę cierpliwość! - starała się nie okazywać żadnej litości - Jak się nie przyznacie, zabiję was obu naraz. Tak też umiem - dodała z dumą.

Ale żaden z mężczyzn nie ustępował. Obaj wciąż uparcie tkwili w swoich oskarżeniach.

- Wasz wybór głupcy. W takim razie zginiecie obaj!

Śmierć znów pofrunęła, zrobiła zamaszysty zamach i ...

- Zaczekaj! To ja! - oznajmił ktoś inny wstrzymując jednocześnie kolejną egzekucję.

Wszyscy z niedowierzaniem spojrzeli na drobną staruszkę siedzącą przy jednym ze stolików na uboczu.

- Ja to powiedziałam - wyznała półszeptem, gdy już miała pewność, że cała uwaga zwróciła się wokół jej osoby.

- Mamo, jakikolwiek cel ci przyświeca, natychmiast odwołaj te słowa! - starał się ratować beznadziejną sytuację towarzyszący jej sporo młodszy, pulchny mężczyzna - Ona cię zabije! - powiedział głośno to, co wszyscy pomyśleli.

- Ale to ja syneczku! Naprawdę ja.

- Niech kochana Śmierć jej nie słucha, to starsza kobiecinka, nie wie co mówi - zdesperowany postawił już wszystko na jedną kartę - Głowa już nie ta, a pamięć woła o pomstę do nieba!

- Siedź misiu, to nie twoja sprawa - gromiła go w rewanżu.

- Mamo, bierz torebkę, zaraz wychodzimy - zadecydował w końcu.

- Ale co wy mówicie. To ten czarny! - odezwał się jeszcze inny głos - Też widziałem! Nie mam żadnych wątpliwości!

- Wcale nie, bo tak naprawdę to był on - zgłosił się jeszcze jeden nadgorliwiec, by wskazać jeszcze innego winowajcę.

- Przestańcie - wrzasnęła kostucha - Ludzie, dość! - zrezygnowana opadła na jedyne wolne krzesło, pomimo faktu, iż wszystkie miejsca były zajęte - Dawno już tak się nie zmęczyłam - przyznała z bólem.

I o to tym sposobem wreszcie na sali zapanowała totalna cisza. Uczestnicy snu z zatrwożeniem gapili się w czarną otchłań pod kapturem, a ci bliżej siedzący mogli nawet usłyszeć coś na wzór pomrukiwania odległej burzy.

- Oj ludzie, ludzie, śmieszne, małe istotki - w końcu zdołała na nowo zebrać swoje myśli - Nigdy się nie zmienicie. Z pokolenia na pokolenie jest z wami coraz gorzej. Wszyscy wiecie, że każdy musi umrzeć. Tak?

Kilka osób skinęło głową na znak, że wie.

- Niezależnie, kim się jest. Tak?

Jeszcze więcej głów przyznało jej rację.

- Ale nikt nie chce umierać pierwszy! - wybuchła w końcu - Nikt nie traktuje mnie poważnie, a jak potem przychodzi co do czego, macie pretensje do wszystkich. Pana Boga wzywacie, świat przeklinacie. Winny sąsiad, los, rząd, mąż, pieniądze. Wszyscy są winni, tylko nie wy! Jak ja mam was traktować poważnie. Przykro mi was poinformować, ale zapadł taki wyrok. Waszym przeznaczaniem jest ginąć dzisiaj, o tej porze. Musicie być posłuszni.

I po tych wyjaśnieniach rozpoczęła się prawdziwa rzeź. Bo nikt nie był posłuszny. Krotochwilny sen zamienił się w krwawą jatkę, niespotykaną nawet w amerykańskich horrorach kategorii B. Po białych obrusach latały ludzkie głowy, kończyny i wnętrzności. W międzyczasie zaczęły się pojawiać też drzwi, wiele par drzwi. Większość rzuciła się pędem w ich kierunku. Część obrała inną strategię i pobiegła do kuchni i świątyń dumania. Zgodnie z zapowiedzią, dla nikogo nie było litości. Starcy, dzieci, wszyscy szli po ostrze.

Aż zostałem tylko ja. Jako bierny obserwator wydarzeń byłem tym wszystkim oczywiście wstrząśnięty, zniesmaczony, zbulwersowany i takie tam inne, ale nie martwiłem się dotąd o własny los. Przecież to tylko idiotyczny sen. To tak, jakbym samotnie w sali kinowej oglądał najnowszą część Scream. Ale rychło przestałem się czuć bezpiecznie. W ułamku sennej sekundy wnet wszystko stało się bardzo realne. Poczułem nieprzyjemny ziąb, usłyszałem wciąż wydobywającego się z głośników walca, a w gardle ukłuła mnie suchość. Prawdziwy dyskomfort poczułem, gdy okazało się, że nie tylko jestem ostatnią żywą istotą na sali, ale kostucha z ciekawością patrzy w moim kierunku. Pozbawiając mnie jakiekolwiek szansy reakcji, sunąc kilka centymetrów nad ludzkimi ciałami, w mgnieniu oka zbliżyła się do mnie na trzy łokcie.

Żeby mieć możliwość podania więcej szczegółów tego osobliwego spotkania, wciągnąłem nosem powietrze. Stworzenie to jednak nie miało żadnego zapachu. Ale za to udało mi się dostrzec jej facjatę. W ciemnej przestrzeni pod kapturem dostrzegłem twarz dziecka. Dziecka, które miało łzy w oczach.

- Ty mnie rozumiesz, prawda? - zagaiła i zaraz potem w niewiadomym celu położyła swoją włochatą dłoń na moim ramieniu i zaczęła lekko poszczypywać. Co ona wyprawia? Czy spotkanie ze Śmiercią może mieć inny cel niż śmierć? Czyli mnie zabije? I co ją tak zaciekawiło w mojej osobie? To, że nie było nikogo innego? A może to, że byłem autorem tego snu. Cokolwiek było na rzeczy, za nic nie mogłem wydusić z siebie ani jednego słowa. Poczułem też dygoczące jak galareta nogi.

- Nic się nie martw, to tylko sen - zacząłem się pocieszać.

Żeby przyspieszyć proces budzenia, czym prędzej zamknąłem oczy. Zapadła ciemność. Straszny widok zniknął, ale wcale się nie budziłem! Gdy odważyłem się je w końcu powtórnie otworzyć, okazało się, że, co prawda już bez zmasakrowanych ciał dookoła, wciąż stałem w obliczu Śmierci. Podała mi zakrwawioną kosę mówiąc:

- Dobrze, że chociaż wy mnie odciążacie od mojej roboty.

- Wy? - wydusiłem z siebie - Nie rozumiem, o co chodzi.

- Wy, Samobójcy...