Ze wszystkich dworów
książęcych w Polsce, w drugiej połowie XIII wieku, nie było mniej
wystawnego, skromniejszego nad Kaliski, księcia Bolesława, zwanego
Pobożnym.
Wojak zawołany a razem mąż bogobojny, za żonę miał równie jak
sam, zacną i świątobliwą niewiastę Jolantę, siostrę Kingi, żony
Bolesława, krakowskiego książęcia. Nieustanne wojny go trapiły, to
z napadającemi na granice jego Brandeburczykami, to z książęty
Ślązkiemi, to z innemi powinowatemi chciwemi ziemi a nie mogącemi
usiedzieć spokojnie. Nie mógł więc prawie wytchnąć dnia jednego,
kręcąc się ciągle po rubieżach u Santoka i Drdzenia, zakładając i
zdobywając zameczki, później strzegąc już nie tylko swoich
posiadłości, ale i zdanego mu w opiekę młodego Przemysława
Pogrobka, który się był Poznańskiemu Przemysławowi już po jego
zgonie narodził. Losy tego sieroty obchodziły go tem mocniej, że
własnego syna nie miał, a trzy córki tylko, którym ziemi po sobie
oddać nie mógł, bo męzkiej dłoni potrzebowała.
Było więc co robić, i siąść pod dachem na wypoczynek nie
mógł ani pomyśleć książe Bolesław, ale to była krzepka i zdrowa
natura, do pracy i znoju stworzona, nie przykrząca sobie niemi,
zawsze wesołéj myśli, spokojnego oblicza, czystego serca, prostoty
wielkiej.
Wśród tych mnogich dworów ówczesnych książęcych w Krakowie,
Sieradzu, Poznaniu, Wrocławiu, Lignicy, Opolu, Płocku, Kaliski
najmniej oczy ściągał i nie starał się błyszczeć.
Ludzi do wojny sposobnych, Bolesław musiał mieć ciągle, bo
mu odetchnąć nie dawano, ale to byli jakby bracia młodsi, jak prawa
drużyna i dzieci. Wszyscy z nim żyli na stopie poufałości z
poszanowaniem połączonej, którą dobroduszność jego wyzywała i
cieszyła się nią. Kochali go bliżsi i dalsi, a choć czasy owe
wymagały aby wódz odznaczał się, budził cześć dla siebie, Bolesław
mało dbał o to, by się dumnie postawić.
Chodził jak prosty rycerz, nie dbając o piękne zbroje, ani o
drogie szkarłaty i bisiory, klejnotów nie lubił, a gdy w domu
siedział, nosił się w kożuszku prostym i skórzniach, w czapce
starej i wytartej, że go nieraz obcy przybywający poseł wziął za
urzędnika dworskiego; z czego on śmiał się tylko.
Wpatrzywszy się w jego niepozorną twarz ogorzałą, z żywemi
oczyma czarnemi, mógł jednak każdy domyśleć się w nim szlachetnej
krwi i pańskiego ducha. Wejrzenie miał śmiałe a bystre, uśmiech
przy łagodności pełen zaufania w sobie, czoło jasne a rozumne. Ale
postawą nie nadrabiał wcale, zdał się chrześciańską pokorą chcieć
pokryć swe pochodzenie a ludzi lubił, gdy mu zamiast bić czołem,
zbliżali się doń z zaufaniem jak do ojca.
Nie było litościwszego nadeń człowieka w powszednim życiu,
bo dobry chrześcianin w każdym widział brata swojego w Chrystusie;
choć na placu boju czy z pogany czy z Sasami a Brandeburczykami (bo
ci razem chodzili), żołnierz był zuchwały, niemal szalony.
Szedł do boju przeżegnawszy się, z modlitwą i ową starą
pieśnią do Bogarodzicy, niezapomnianą od czasów Chrobrego - ale
wpadłszy w zamęt i wrzawę bojową, gdy się w nim krew rycerska
ocknęła i zakipiała - stawał się strasznym dla wrogów.
Gdy potem ostygłszy poszedł na pobojowisko z księżmi, bo
miał ten zwyczaj, że do rannych i konających ich prowadził - łzy mu
się toczyły, patrząc na pokaleczonych i dogorywających. Łamał ręce
narzekając na te nieuchronne a nieustanne wojny.
- Nie będzie temu końca, - mawiał, - aż jednego pana dostaną
te ziemie, a nas drobnych los albo wymorzy lub wyżenie. Sami się my
wypleniamy i niszczym ten kraj, który Bóg opiece naszej poruczył.
Ale daremne to były narzekania, gdyż zamiast jednoczyć się,
dzieliły się ziemie polskie na coraz drobniejsze cząstki.
Mazowieccy się rozłamywali. Ślązcy rozradzali jak mrowie, Kraków z
Sandomierzem szedł osobno. Poznań z Gnieznem stały same przez się.
Im więcej przybywało dzieci, tem rosło więcej chciwych władzy
nieprzyjaciół. Brat bratu, synowiec stryjowi wydzierał, nie rzadko
syn powstawał na ojca. Niektórzy sami ku obronie i napaści nie
mając siły, przyzywali Prusaków i Litwę. Siedzieli już na karku
Mazowsza i Pomorza niemieccy panowie Krzyżowi; prawem i bezprawiem
zawojowując ziemie.
Czasy były zaprawdę ciężkie. Nikt nikomu nie wierzył.
Straszno było pojechać zaproszonemu w gościnę aby, jak to się
nieraz trafiło, nie zostać schwyconym, więzionym w klatce i
zmuszonym oddawać powiaty za życie. Wyruszyć do odleglejszego
kościoła bał się każdy bez silnego orszaku, bo i tam u ołtarza mógł
nań czyhać brat, swat albo jaki pokrewny.
Nie pomagały na to ani małżeństwa, ani kumania się i krwi
związki.
Namiętności były rozhukane. Pobożność posunięta do szału
niemal, rozpusta do bezwstydu, a obok wstrzemięźliwość do
klasztornego w małżeństwach odosobnienia. Gdy Bolesław Wstydliwy z
własną nie żył żoną, Mszczuj pomorski trzymał sobie mniszkę ze
Słupskiego klasztoru wziętą. Działy się rzeczy straszne, dzikie,
znamionujące naturę namiętną, ludzi nieokiełznanych, równie gorąco
goniących za złem i dobrem. Miary w niczem nie było. Niewiasty
ówczesne dawały przykład świątobliwości nadzwyczajnej, a mężczyźni
niektórzy szli pociągnięci za niemi.
Na Bolesława Pobożnego wpływała, choć łagodna i dobra, ale
jak siostra świątobliwa Jolanta, żona jego, która wzdychała przy
mężu do klasztoru. Bolesław we wszystkiem, oprócz wojennego szału,
umiarkowańszy, nie dał się jej jednak skłonić do naśladowania
szwagra Pudyka... Małżeństwo było przykładne, miłujące się, a
Bolesław wymógł na żonie, iż o Bogu zapominając o dzieciach i o nim
też pamiętała.
Siostra Kinga napominała ją ciągle do surowszego życia, do
przygotowania się, aby owdowiawszy razem z nią poszła resztę życia
w klasztorze poświęcić Bogu. Jolanta godziła pobożność swą z
obowiązkami.
Trzy córki wyrosły u boku troskliwej matki, wychowane
skromnie i pobożnie.
Książe Bolesław, gdy mu dawały spocząć Brandeburczyki, a
mógł posiedzieć trochę na Kaliskim zamku - prawdziwie był
szczęśliwy. Wojak nie stracił prostoty prawie dziecięcej. Siadał z
żoną i dziećmi u komina, bawił się rozmową z niemi i służbą, śmiał
się i rozkoszował życiem jakby prostego ziemianina.
Nie jeden zamożny panek może, więcej nad niego sadził się na
przepych, na stół i suknie. Książe Kaliski drugim pozwalał się tem
bawić, sam nie potrzebując żadnego zbytku.
Skarbiec był dostatni, ale też z niego córki trzeba było
wyposażyć i rycerstwo opłacać, dla siebie zaś oboje księztwo tak
mało potrzebowali, iż go wcale nie trwonili. Każda zaś wyprawa
łupem zdobytym go pomnażała.
Księżna Jolanta, wyjąwszy dni świąteczne, i gdy goście na
dwór zjechali - nosiła szaty wełniane, szare, klejnotów nigdy,
zasłonę białą na głowie. Dziewczęta chadzały w bieliźnie, albo zimą
w prostych sukniach wełnianych, Książe w swoim kożuszku, podpasany
rzemieniem, jedwabiu nie wkładał, chyba na wielkie święto do
kościoła, dla Boga nie dla siebie i ludzi.
Rozumie się, że przy takim panu i dwór bardzo się stroić nie
mógł, choć mu z tem czasem bywało markotno, gdy który z
powinowatych książąt nawykły do zbytków niemieckich, na dwór
zajechał.
W Kaliszu rzadko dobywano sreber i złocistych naczyń, lub
opon ze wschodu przywiezionych, chyba na uczczenie jakiego
dostojnika kościoła, lub na uroczystość domową.
Gdy książe Bolesław zmuszony był przybrać się i nawieszać
łańcuchy na siebie, chodził w nich jak w kajdanach, zrywając te
więzy co najrychlej.
Oboje księztwo pobożni byli bardzo, co nie przeszkadzało im
powszednie życie mieć w pamięci.
Kapelan, który razem kanclarskie pełnił obowiązki, ciągle
był u jego boku. Niekiedy drugi pobożny staruszek kapłan go
wyręczał. Miał Wojewodów, Podkomorzych, urzędników dworu ale ci jak
przyjaciele domowi stali przy nim. Padać przed sobą nie dawał
Bolesław nikomu, poufalszych najwięcej kochał, kłamstwem choć dla
poczczenia się brzydził.
Miał przy tem książe różne zamiłowania ziemianina. Konie i
stada swe lubił, o urodzaje u ludzi pilno się dowiadywał, z
prostemi zagrodnikami rozmawiał i żartował, jakby mu równi byli.
Nieraz ubogiego dziada na drodze spotkawszy, wiódł go z sobą,
śmiejąc mu się i wyzywając na gawędę.
Miał to szczęśliwe usposobienie, że wesołym rad był być,
czoła dla powagi nie chmurzył. Posępnych też ludzi podejrzywał, iż
chyba złego coś na myśli mieć musieli.
W ostatnich latach, Bolesław mało zażył spoczynku, bo go
szczególniej Brandeburczyki napastowali.
Zmarła była matka Przemysława Pogrobka, nad którego spadkiem
czuwać musiał jak nad własną ziemią. Ledwie Santok spalili
umyślnie, aby się nie dać w nim niemcom zagnieździć, ledwie Pobożny
trzy zameczki na granicy założył dla obrony, już Brandeburczycy
odbudowali twierdzę nadgraniczną i Suliniec jeszcze wznieśli, aby w
nim zasiadłszy się czatować.
Suliniec tedy odbierać im trzeba było, a że go rozpaczliwie
broniono, szli polacy jak mostem tarczami okryci pod świeże jego
ściany, toporami odbili glinę z nich i podpaliwszy, dopiero
opanowali.
Dostał się Sas Sabel w niewolę, ale Santoka odebrać nie
udało się. Następnego roku znowu Santockie trzeba było niszczyć,
aby Brandeburczykom i Sasom pokoju niedać, a do Soldyna po
drabinach się dobijać.
Z obu stron napadano się nieustannie, a o ten Santok nie
mało się krwi przelało.
Wychowaniec księcia Bolesława Przemysław Pogrobek, którego
doma poufale Przemkiem Sierotką zwano, dochodził lat szesnastu.
Chłopię było na podziw piękne, silne, postawne, żywe i rwało
się już z pod stryjowskiej opieki, nie dla władzy - bo dziecko było
powolne, ale dla rycerskich popisów.
Książe Bolesław zaś nie puszczał go zawcześnie na wojnę, bo
obawiał się i kochał go a jedyny u niego był. Wiedział, że młodego
puścić na swobodę, najniebezpieczniejsza rzecz. Wstrzymywał go jak
mógł - ale w szesnastu leciech młodzieniaszka naówczas od wojny
powściągnąć - gdy ta była każdego książęcia jedynem powołaniem -
nie mogła największa powaga.
Tym czasem wiosną 1272 roku, znowu ten Santok, aby się
niemcy w nim nie zagnieździli i nie zagospodarowali - trzeba było
albo im wyrwać z rąk koniecznie, lub przynajmnej nie dać im w nim
chwili pokoju.
Książe Bolesław sam się już na nich wybierał, gdy majowe
powietrze wilgotne, na które się rankiem naraził, sprowadziło
zimnicę. Zwołano zaraz baby, aby na to radziły, dały mu pić ziele
gorzkie okrutnie, zażegnywały, odprawił ksiądz nabożeństwo - a
zimnica nie chciała precz. Zawsze łatwiej jej dostać, niż się
pozbyć.
Książe na wszystkie cierpienia wytrzymały, że mu to
choróbsko okrutnie było nie na rękę, smucił się i niecierpliwił.
Najpiękniejsza pora roku do wyprawy mijała, rozścielały się
bujnie zielone trawy, pasza dla koni była wyborna, powietrze dla
żołnierzy ni skwarne, ni nadto zimne.
Wyprawić zaś ludzi bez siebie nie mógł książe, bo go nikt
przy nich zastąpić nie umiał. Gdy on wesoły swój, gruby, rubaszny
podniósł głos, leciało rycerstwo razem z nim, nie bacząc na nic.
Bądź co bądź tedy, a było to w drugiej Maja połowie, książe
już nawet z zimnicą wybierać się był gotów. Mówił, iż miał to
doświadczenie raz w życiu, że na koniu się dobrze wytrząsłszy i
spotniawszy, choroby pozbył pośród wojny.
Księżna Jolanta, która mu nigdy w niczem na zawadzie nie
stawała, opierać się nie śmiała, ale niespokojną była.
Pięknego wieczora majowego siedzieli w podsieniu zamku
Kaliskiego, Bolesław, Jolanta i córka jej najmłodsza.
Gród ten, choć na owe czasy dosyć warowny, wspaniałym wcale
nie był. Dworce w większej części stały z drzewa budowane i nizkie.
Książe właśnie w kożuszku za stołem siedząc, winem ciepłem
korzennem na zimnicę sobie radził, księżna mając córkę u boku,
zdala cicho z nią rozmawiała, gdy pachole dworskie wbiegło z
radosną twarzą, oznajmując, że z Poznania jechali goście.
A że Przemka Sierotkę kochali wszyscy, radość wybuchła
wielka.
- Mów, gość a nie goście! - zawołał książe do chłopca, który
stał z oczyma wesołemi, pewien, że mu za nowinę będą wdzięczni.
I kubek na stole postawił.
- Ależ goście, proszę miłości Waszej - dodało chłopię - bo
nie sam książe Przemko, a no z nim dużo jakichś panów.
Księżna Jolanta wstała trochę niespokojna, spoglądając na
męża.
- Przemko bo lubi - odezwał się książe - aby koło niego było
świetnie, ludno, błyszcząco, musiał już sobie dwór pański
przystroić, a temu się zda, że nie sam jedzie!
I wyszedł książe na spotkanie pod drugie drzwi ku podwórcom,
gdy goście właśnie z koni zsiadali.
W istocie orszak był ludny i świetny.
Na czele jego jechał młodziuchny, szesnastoletni, już bujno
wyrosły, z długiemi włosy złotawemi, z niebieskiemi oczyma,
zręczny, gibki, silny, dziwnie pańsko patrzący z góry Przemko.
Można mu było lat dać więcej, niż ich miał w istocie.
Bródka i wąsy już mu się wysypywały, a nietknięte jeszcze,
okrywały jakby puszkiem złocistym ładną jego twarzyczkę, wesoło się
uśmiechającą.
Chociaż w podróży, książe miał zbroję stalową, bogato
wysadzaną i złoconą, ubranie obcisłe, pas błyszczący, nożyk u pasa
jak cacko, ostrogi złocone, a na jednem ramieniu płaszcz lekki,
ciemno czerwony ze złotem.
Widać było, że się przystroić lubił, że dbał o to co miał na
sobie.
Hełm też w pasy złocone, skrzydłami błyskał w kamienie
sadzonemi.
W stroju tym, Przemko tak był w istocie piękny, tak wyglądał
pańsko, iż spojrzawszy nań, stryj ręce podniósł, dobrodusznie
wołając:
- Toś mi pan! toś mi piękny!
I po otaczających powiódłszy wzrokiem, przekonał się, że
chłopię słuszność miało, bo nie sam przybywał Przemko, ale z paradą
i dostojnemi gośćmi, jakby w uroczystem jakiemś poselstwie.
Na koniu okrytym obok jechał poważny mąż, także odziany i
zbrojny jak na gody, Przedpełk Wojewoda Poznański, za nim Mścibór
Kasztelan, i trzech ziemian starszych, dalej Nałęcz Pawełek i
Zaręba Michnem zwany, co się razem z księciem wychowywali.
Wszyscy oni na wzór pana byli poprzyodziewani świątecznie,
bo Przemko lubił i wymagał, aby koło niego wszystko pięknie
wyglądało.
Tej prostoty obyczaju, jaką miał stryj, nie nauczył się od
niego - a i po ojcu zamiłowania tego w blasku odziedziczyć nie
mógł, bo Przemyśl stary, pan pobożny, co noce spędzał na
modlitwach, także się w przepychu nie kochał, ani matka nieboszczka
Elżbieta wagi do niego nie przywiązywała.
Jak się to często zdarza, wziął może po pradziadach
skłonność tę Przemko, lub mu ją dała krew gorąca i fantazja
młodzieńcza.
U niego wszystko co go otaczało, aż do najprostszej
czeladzi, strojne być musiało. Konie też pobrzękiwały i
połyskiwały, a na głowach ich kity sterczały i na piersiach
chwostów było pełno i blaszek.
Cały orszak wielkopolskiego księcia połyskiwał i błyszczał.
On sam żywo z konia skoczywszy, hełm zdjął i do stryja podszedł
uniżenie, pokornie się kłaniając, a po rękach go całując.
Ten oburącz go chwycił za szyję i ściskał jak własne
dziecko, a gdy Przemko głowę podniósł, z rozkoszą mu się
przypatrywać począł.
- Szesnaście lat! Młokos! - zaśmiał się - a takie to już
wybujałe, zmężniałe, jak gdyby miał dwadzieścia! Co ci tak pilno!
- Pewno! pewno, pilno mi, stryju kochany, pilno! - odparł
Przemko wesoło - już bym w pole rad! Czas! Moi wszyscy w tych
latach co ja, już się ucierali, a ja muszę z kapelanem czytać i w
dziedzińcu do tarczy oszczepem ciskać, gdy mnie świerzbi dłoń użyć
go na tych Sasów lub..
- O! będziesz tej zabawki dosyć jeszcze miał - westchnął
Bolesław. - Niemców się nie przebierze tak prędko! Zaczekaj!
Przerwał mowę Wojewoda Przedpełk, przystępując dla
powitania.
Spojrzał nań Bolesław i uprzejmie go pozdrowił, a potem
innych przybyłych z synowcem witał poufale uśmiechając się do nich,
całą tę starszyznę pociągając za sobą, do dworu.
Że w izbach duszno było, zasiedli znowu w podsieniach, gdzie
już księżnej Jolanty nie było. Staruszek tylko ksiądz Malcher, stał
na uboczu.
Był to ulubiony obojgu księztwu, pobożny a jak oni łagodny
człowiek, spokojnego ducha, pokory wielkiej, która przy
świątobliwości zdała się ubłogosławieniem.
Przemko postąpił ku niemu, aby go, jak należało, w rękę
pocałować, a staruszek pobłogosławił go z rozrzewnieniem.
Książe Bolesław wnet biedę swą przypomniawszy, począł na
zimnicę narzekać.
- Gdyby to licho później choć przyszło! - zawołał. - Mnie tu
potrzeba iść na tych przeklętych zbójów, na Santok, na Strzelce...
a jam się do niczego nie zdał. Jeszcze dopóki trzęsie nie dbałbym o
nią, gdy zacznie palić łeb rzaska, i człowiek sobą nie władnie.
Przemko popatrzył na swego Wojewodę, przemówili do siebie
oczyma.
- Stryju kochany - rzekł - gdyby to nie był grzech i
niepoczciwość wielka, powiedziałbym, że się z tej choroby cieszę.
Zimnica przejdzie, a teraz ona tego dokazać może, iż mnie
pozwolicie iść na Santok za siebie.
Książe Bolesław ręce podniósł żywo do góry.
- Nie pozwolę - zawołał - nie pozwolę! Z temi zbójami nie
twoja rzecz się mierzyć, na pierwszą wyprawę ja cię sam będę
prowadził.
Przemko się zasępił i obrócił ku swemu Wojewodzie.
- Mówcież wy za mną! - zawołał - mówcie wy!
Wojewoda podszedł krok ku księciu Bolesławowi.
- Miłościwy panie! - odezwał się. - Naszemu młodemu księciu
czasby siły sprobować i trudno nam go utrzymać, rwie się strasznie!
- Ale nie pora dlań jeszcze! nie pora! - rzekł książe
Bolesław spokojnie. - Kiedy czas ma być, mnie do sądu zostawcie!
Jednego jego mamy!
I poszedł Przemka uścisnąć...
- Stryju miłościwy! Puść! puść mnie! wróciemy cali!
Przedpełk mi za kuma do tego chrztu krwi służyć będzie.. Mąż jest
doświadczony...
- Nie przeczę! - zawołał książe - ale i ja w kumy nie
gorszym od niego!
Wojewoda cofnął się schylając głowę.
- Ja bo sam chciałem cię w pole prowadzić, gdyby nie ta
nieszczęsna zimnica! - mówił stary. - A! w poręż ona mnie złapała!
w porę! Tym czasem Sasy i Brandeburgi okopują się, pale biją, zamki
klecą a coraz mocniejsi się stają.
Dać się im tu osiedzieć! później trudno będzie wykurzyć...
Ze spoczynku korzystają, a tu wiosna, a tu pasza, a tu ludek
wypoczęty!!
- Skińcież tylko! pozwólcie! na miłego Boga! My z Wojewodą
ruszym jutro!
Na to właśnie wszedł Jan Janko, kasztelan kaliski, poufały
księcia, przyboczny sługa i przyjaciel, mąż jak on nie młody, ale
zawiędły, krzepki, twarz spalona, aż brunatna, w marszczkach cała,
włos przerzedzony, ramiona szerokie, pierś duża, nogi krótkie i
jakby przegięte od konia.
Odzież miał domową, prostą, jak książe, dla tego może kwaśno
się oglądał po strojnym dworze młodego pana.
- W porę mi przychodzisz - zwrócił się do niego Bolesław -
ty, stary mój! pomożesz mi! Ten młokos, patrzaj go, wyrywa mi się.
Słyszysz? chce mu się na Santok!
Janko zadumany spojrzał na Przemka i na Wojewodę, ale co
miał wziąć stronę swego pana, ramionami ruszył.
- A! no! - zamruczał - książe pan został byś z zimnicą doma,
a my z księciem młodym i Wojewodą ruszylibyśmy Sasów nastraszyć.
Czemu nie?
- To i ty, niegodziwy zdrajco, przeciwko mnie? - rozśmiał
się zafrasowany książe.
Skłonił się kasztelan.
- Wasza miłość przebaczy, staremu słudze wydaje się, że to
by było nie zgorzej.
- Bezemnie się obchodzić! - dodał książe.
- Z Waszą miłością byłoby nam lepiej - odezwał się
prawdomówny przyjaciel - toć pewna! ale jak nam książe pojedziesz
słaby, a będziemy go musieli w drodze strzedz? to nas niemcy
strzepią!
Książe Bolesław obejrzał się do koła, a Wojewoda poznański
dodał:
- Naszemu panu, daj Boże zdrowie, juści też pora skosztować
pola... A od czegóż my we dwu z kasztelanem? Strzedz go będziemy
lepiej niźli oka w głowie, bo każdy z nas by zań oboje oczów oddał.
- Stryju! - odezwał się Przemko podchodząc ku niemu i
śmiejąc się wesoło - byłeś mi zawsze ojcem, bądźże dobrym i
łaskawym... Mnie już wnętrzności goreją, aby raz w pole wyciągnąć!
- Na te pierwociny jam właśnie sam chciał być z tobą - rzekł
stryj smutnie - a ty mi się wyrywasz! Należy mi się do twojego
rycerskiego pasa podać ci samemu rękę, kiedym cię chował i chuchał
nad tobą. Ty niewdzięczny dla pośpiechu i mnie się wyrzekasz!
Przemko aż pokląkł przed nim i ręce złożył.
Stary skłopotany, przysunął się ściskając go milczący. - Nie
odpowiedział nic. Sprawa młodego zdawała się wygraną, ale słowo
stanowcze wyrzeczone jeszcze nie było.
Wojewoda i kasztelan stali milczący spoglądając na księcia,
który zadumał się i coś jak łzę otarł z oka.
- Ale boś ty mi jedyny! - rzekł powoli i łagodnie. - Strach
mi o ciebie. Przy moim boku bezpieczniejszym byś był.
- My go też nie spuścimy z oka! - zawołał Janko czule. -
Waszej Miłości potrzebny spoczynek... Choróbsko to na wyprawę,
gdzie trzeba w polu na rosie spać, nie mając się gdzie ogrzać, a
uznoić, a znużyć.. to najgorsze utrapienie! Z zimnicą w pole iść
nie można, a w pole ciągnąć musiemy... Niechaj młody pan poprobuje!
- Niech probuje! - wstawił się Wojewoda Poznański.
Drudzy zdala stojący poczęli też mruczeć prosząc za nim.
Bolesław stał w niepewności, wahając się i raz jeszcze
uścisnął chłopca.
- A! a! - mówił - ja bo na tej twej głowie wszystkie
przyszłości złożyłem nadzieje! Śmieje mi się na niej więcej niż
książęca czapka... Kto wie? odrodzona korona może!..
Przemko się zarumienił, oczy mu się zaiskrzyły, wtem
Bolesław nagle umilkł, spuścił wzrok ku ziemi, posmutniał.
- Wola Boża! wola Boża! - szepnął cicho. Niech będzie jako
pragnie i jak wy żądacie, ale strzeżcie go! strzeżcie!
Przemko upadł na kolana i natychmiast porwał się rękę
podnosząc do góry, zwrócony ku swoim.
- Wojewodo! Kasztelanie! - krzyknął podniesionym głosem,
który brzmiał radością i zwycięztwem. - Na Santok! Na Santok..
choćby dziś jeszcze!!