Zamiast wstępu
W biurku dziadka, takim masywnym, starym, dębowym, którego solidny blat połyskiwał pełnym jakiejś zagadkowej i tajemniczej elegancji brązowym werniksem, odkąd tylko sięgam pamięcią, spoczywało czarne, wieczne pióro. Nie wiem, ile dokładnie wtedy miałem lat. Może sześć, może siedem? Pewne jest jednak to, że nosiłem jasne, kręcone włosy i uwielbiałem zakradać się do położonego na piętrze domu gabinetu, wypełnionego chyba wszystkimi rodzajami książek, jakie byłem sobie wtedy w stanie wyobrazić. To była moja pierwsza biblioteka - zaczarowana, magiczna kraina, pachnąca fajkowym tytoniem, skórą, jaką obity był wyliniały fotel, mocną kolońską wodą i kurzem grubych, atłasowych kotar, dzięki którym we wnętrzu zawsze panował przyjemny półmrok.
Pióro leżało w szufladzie biurka. Kusiło, wabiło, wołało, a czasami nawet uśmiechało się, patrząc na mnie niewidzialnym wzrokiem z głębokich otchłani niepoznanych, zaginionych światów, których obecność ledwie wówczas jeszcze przeczuwałem. Czasami, wiedziony jakąś instynktowną ciekawością, otwierałem dziadkowe biurko - z tym trochę może pretensjonalnym, wręcz nawet śmiesznym, pieczołowitym aż do bólu, nabożnym uniesieniem, które jest przecież treścią każdego beztroskiego dzieciństwa - i brałem pióro do ręki. Wciąż pamiętam ten cudowny, chłodny dotyk metalowego korpusu powleczonego antracytową farbą. Obok stał kałamarz z zaschniętym, ciemnozielonym atramentem i wiele innych rzeczy, których przeznaczenia wówczas zupełnie nie znałem. Mnie interesowało wtedy tylko i wyłącznie pióro. Ono jedno. Trzymałem je zawsze mocno i pewnie. Podnosiłem prawą rękę wysoko i ustawiałem swój magiczny rekwizyt mniej więcej na linii wzroku, w taki dostojny sposób, z pełnym przejęcia namaszczeniem. Potem siadałem na grubym, puchatym dywanie i zamykałem oczy. Wciąż mocno ściskałem moje już przecież wtedy pióro, które wydawało mi się drogocennym skarbem, czymś w rodzaju przepustki do innego świata, wytrychem do tajemniczego ogrodu, którego lawendowy zapach przecież tak wyraźnie czułem wszystkimi niemal zmysłami.
O czym wówczas myślałem? Czas na pewno pozacierał wiele szczegółów. Wiem jednak, że był jakiś zamek z wysoką, strzelistą, gotycką wieżą. Tam, w nieco posępnej komnacie, na ostatniej kondygnacji, z której roztaczał się budzący bezsprzeczny podziw widok na postrzępiony łańcuch częściowo schowanych w gęstej, mlecznobiałej mgle gór, była pracownia Czarodzieja. Tak go wtedy nazywałem. Czy był on alchemikiem, czy jakimś zagubionym w czasie i przestrzeni magiem, czy też oddanym bezgranicznie swemu powołaniu pisarzem, ciężko dzisiaj powiedzieć. Pewnie trochę tym, trochę tamtym. Fascynował, pociągał, zapraszał do swojego świata i długo nie chciał z niego wypuścić, oczywiście ku olbrzymiej radości małego chłopaka. Te moje wycieczki w krainę fantastycznej wyobraźni trwały tak długo, aż w końcu zaniepokojeni rodzice zaczynali poszukiwania swojej ukochanej pociechy, odnajdując ją ostatecznie w starym gabinecie dziadka. Wówczas pióro trafiało na miejsce, szuflada zamykała się z energicznym trzaskiem, a ledwie kilka chwil później chłopiec z kręconymi włosami zajadał świeżą bagietkę z chrupiącym, podsmażanym boczkiem, od której aż trzęsły mu się uszy.
Potem wiele się w życiu zdarzyło. Chłopiec podrósł, dojrzał, wreszcie zupełnie wydoroślał. Przeszedł wiele szlaków, nieraz ciężko się sparzył i rozczarował. Sporo na pewno zrozumiał, także to, iż na wiele nabrzmiałych jakąś palącą niewiadomą pytań nigdy już nie znajdzie się odpowiedzi. Zmieniał się. Właściwie nieustannie przekształcał się, gubił i odnajdywał, powracał, odnawiał i zaczynał na nowo. Jasne, kręcone włosy najpierw stały się proste i czarne, a potem, powoli, ale nieustępliwie, zaczęły wypadać coraz bardziej i bardziej, aż w końcu zostało ich doprawdy niewiele.
Życie czasami zaskakuje, najczęściej w zupełnie nieoczekiwany sposób i to właśnie wtedy, gdy najmniej się tego spodziewamy. Te nagłe, niespodziewane zwroty akcji, których w żaden sposób nie można przewidzieć i do których nie sposób się przecież przygotować, stanowią w gruncie rzeczy całą energię egzystencji, ten jeden jedyny, niepowtarzany smak bytowania.
Jakiś czas temu robiłem porządku w rodzinnym domu. Oczywiście gabinet dziadka był już od dawna przeszłością. Po kolejnym remoncie urządzono tam jasną, przestronną sypialnię. Książki, na które z taką pożądliwością spoglądały roziskrzone, dziecięce oczy, były teraz częścią mojej, dosyć sporej zresztą, latami skrzętnie powiększanej biblioteki. Z kolei biurko, nikomu niepotrzebne, trafiło na strych, a potem wszyscy o nim zapomnieli. Odkryłem je właściwie przypadkiem. Chyba przypadkiem. To znaczy w taką wersję chcę właśnie wierzyć. Po prostu pewnego rześkiego, jesiennego dnia, po ulewnym deszczu, padającym zawzięcie całą noc, by krótko po zamglonym poranku ustąpić miejsca słońcu, które chyba tylko w październiku potrafi z taką zmysłowością wydobywać półtony barw z pożółkłych, wciąż jednak trzymających się na drzewach liści, wyszedłem drewnianymi, skrzypiącymi schodami na zawalone najróżniejszymi gratami poddasze. Biurka w pierwszym momencie nie było widać. Spoczywało za staroświecką, inkrustowaną połyskującą żywicą komodą. Czemu moje kroki skierowały się właśnie w ten kąt strychu? Przecież tak naprawdę niczego konkretnego nie zamierzałem tutaj odnaleźć. Wyszedłem sobie tak po prostu, bez jakiegoś ustalonego, sprecyzowanego wcześniej celu i planu. Szósty zmysł? Możliwe. Na pewno zapomniana, ale przecież wciąż obecna we mnie pamięć tego najlepszego czasu, bezpiecznego, szczęśliwego, radosnego i absolutnie magicznego, pełnego pasji poznawania wszystkiego i wszystkich.
Mebel stał sobie, jakby nigdy nic. Długo dotykałem starego, popękanego blatu. Potem dłonią namacałem zimny, mosiężny uchwyt szuflady. Ta otworzyła się z pełną zwiewnej gracji lekkością i, wierzcie mi lub nie, w tym krótkim momencie, przez ułamek niewybrzmiałej, nieoczywistej sekundy, poczułem tak dobrze mi znany zapach. W końcu tyle razy rzucałem się dziadkowi na szyję, wtulałem w silne, męskie ramiona i czułem, że nic złego przy nim nigdy nie może mi się stać. W żaden sposób nie mogłem się teraz mylić. Cytrusowa, mydlana woń kremu do golenia niestety ulotniła się równie niespodziewanie, jak się pojawiła, a ja ocknąłem się z jakiegoś półsnu, konstatując ze zdumieniem, że trzymam w dłoni pióro. Właśnie tamto, dokładnie tamto pióro ściskałem teraz z tym samym rozkosznym drżeniem jak wtedy, przed prawie trzydziestu laty. Czas znowu zatrzymał się w miejscu, a ja, do końca nie wiedząc, gdzie tak naprawdę byłem, zszedłem z magicznego strychu dopiero późnym wieczorem, gdy wilgotny zmierzch tulił pobliski las do snu. Głodny oczywiście. Okropnie głodny. W kieszeni mojej ulubionej, flanelowej koszuli spoczywało emanujące jakimś ciepłym spokojem pióro. Odnaleziony klucz do magicznej krainy szczęścia. Dosłownie i w przenośni.
Co było dalej? Długo by można jeszcze opowiadać. Na pewno kilka dni później pobiegłem do sklepu papierniczego i zakupiłem atrament. Zielony. Właściwie to malachitowy. Ciepły, głęboki i idealnie niemal nasycony. Najpierw długo czyściłem pióro pod strumieniem bieżącej wody, a potem dokładnie osuszałem każdą jego część. Następnie wszystko precyzyjnie poskręcałem, napełniłem tłoczek atramentem i przyłożyłem końcówkę do przygotowanego wcześniej papieru. Pióro działało! Bez najmniejszego problemu zaczęło pisać i robiło to naprawdę znakomicie. Atrament spływał gładko, stalówka śpiewała subtelnie, wręcz melodyjnie, a dłoń sama wyrywała się do snucia opowieści. Tak po prostu, z jakieś głębokiej, wewnętrznej potrzeby. Ciężko opisać, co wtedy czułem. Było mi na pewno cudownie, a w środku zaczynała coraz mocniej drgać jakaś struna, o której istnieniu chyba zupełnie zapomniałem.
Pisać chciałem tak naprawdę zawsze. Ciągle jednak na przeszkodzie stawało jakieś dziwaczne, bezkształtne, nieokreślone "coś". Ta blokada, która przez lata skutecznie hamowała jakiekolwiek próby wyjścia poza mgliste fantazje, była w gruncie rzeczy we mnie samym. Wiele spraw musiało dojrzeć, wiele rzeczy przebrzmieć i zniknąć gdzieś w głuchej studni nieistnienia, by wreszcie mogła podziać się ta skrywana latami magia, dziecięca alchemia, pewna i prosta, bo przecież cudownie otwarta na każdą możliwą potencjalność. Chodziło o chcenie. To najprostsze chcenie. Wystarczył mały impuls, takie z pozoru wydawałoby się mało istotne, stare pióro, o którym ktoś mógłby powiedzieć, że jest tylko martwym, bezdusznym przedmiotem, by pękła kruszejąca latami tama. Słowa popłynęły wreszcie wartkim strumieniem, układając się w pierwsze zdania i akapity, które cieszyły tak bardzo, jak nigdy nic wcześniej. W ten sposób właśnie zaczęły spełniać się i materializować marzenia dorastającego młodzieńca o napisaniu i wydaniu swojej własnej książki.
Pragnę w tym miejscu gorąco podziękować tym wszystkim osobom, bez których nie byłoby niniejszych opowieści z pogranicza nieoczywistości. W pierwszej kolejności dziękuję moim cudownym Rodzicom, za wszelki trud, pomoc, dobre słowo i wiarę. Dziękuję Wam, Mamo i Tato. To właśnie Wy zabraliście mnie po raz pierwszy na jurajskie szlaki. Po drugie chciałem serdecznie podziękować mojemu niestety nieżyjącemu już, cudownemu poloniście i wychowawcy z liceum, Michałowi Walińskiemu, który gdzieś na początku drugiej klasy powiedział mi, że powinienem pisać i że kiedyś na pewno będę pisać. Wówczas miałem odmienne zdanie, jak w wielu innych kwestiach zresztą. Dzisiaj uczciwie muszę to wreszcie przyznać - tak, miał Pan, Panie Profesorze, rację.
Chcę też podziękować osobie, która przez ostatnie miesiące gorąco mnie wspierała, dodając siły i przede wszystkim wiary w to, że chcąc, tak szczerze, tak naprawdę i tak do końca, można spełnić każde, nawet to z pozoru najbardziej szalone marzenie. Dziękuję Ci, Wiedźmo, za to, że jesteś i proszę - po prostu bądź dalej i trzymaj mocno moją dłoń. Dziękuję też Tobie, Mały Gremlinie, bo bez Ciebie chyba nigdy bym nie wpadł na coś, co pomogło mi wybrnąć z pewnej ślepej drogi i ostatecznie znaleźć sposób na dokończenie całej książki. Proszę Cię, słuchaj Cioci i naucz się wreszcie porządnie czytać!
Ciebie zaś, drogi Czytelniku, proszę o zwykłą wyrozumiałość i odrobinę najprostszej życzliwości. Stań obok mnie i chodź. Wejdziemy razem na zaczarowany szlak. Chyba mniej więcej wiem, w którą stronę iść. Przynajmniej tak mi się wydaje. Zaufaj więc i uwierz - tam, gdzie patrzysz razem ze mną, głęboko w sosnowym lesie jest granica, za którą wszystko, absolutnie wszystko jest możliwe.