1986
Zapowiadał się słoneczny dzień. Wstałem wcześniej, spakowałem do plecaka niezbędne rzeczy i zszedłem do kuchni coś zjeść. Odkąd mama nas zostawiła, dom przestał być miejscem, w którym czułem się dobrze; pachnącym szarlotką i jej perfumami, pełnym gwaru i ciepła, które tu wnosiła. Czułem się w tej bezdusznej twierdzy jak intruz, dlatego większość czasu spędzałem na polu.
Tata rzadko tu bywał, wieczorami zamykał się w gabinecie. Pracował do późna, czasem słuchał muzyki z gramofonu. Jej dźwięki rozchodziły się pod stropem. Nie miał w zwyczaju informować mnie o tym, jak wygląda rozkład jego dnia - i tak mnie w nim nie uwzględniał.
Wyjrzałem przez okno. Samochód stał przed domem, więc ojciec nie pojechał jeszcze do pracy.
Napiłem się mleka i zrobiłem kanapkę z twarogiem i szczypiorkiem. W piątki odwiedzała nas znajoma mamy, pani Fela, i przynosiła nabiał własnej roboty. Nie wiem, czy nie kłamała, ale wyglądała tak, jakby rzeczywiście sama go wyrabiała; nosiła fartuch, chustkę na głowie, a zimą bezrękawnik obszyty futerkiem. Nie miała zębów, niewiele mówiła, za to twaróg smakował jak niebo w gębie. Rozpływał się w ustach.
Wybrałem się nad strumień pod lasem. Rozpościerająca się wokół łąka tętniła życiem. Potrafiłem przesiedzieć na brzegu pół dnia i gapić się na pływające pomiędzy kamieniami ryby. Uspokajały mnie. Latem nieraz wchodziłem do wody po kolana z naostrzonym kijem i próbowałem upolować pstrąga. Z marnym skutkiem. Ale tego dnia było za chłodno, by taplać się w wodzie.
Sięgnąłem do plecaka po słoik. W nakrętce wydrążyłem gwoździem kilkanaście otworów, na tyle małych, by żaden owad nie wydostał się na zewnątrz, i na tyle szerokich, żeby wpadło do środka trochę tlenu. Może chciałem w ten sposób zagłuszyć wyrzuty sumienia, skoro i tak pozbawiałem owady życia?
Łąka pachniała słońcem. W tle słyszałem rechot żab. Nie byłem orłem z biologii, ale dało się wyczuć w nim pewną nerwowość. Słyszałem, że ich rechot wzmagał się, kiedy w powietrzu wisiała burza. Wieczorami koncert się rozkręcał, samce przekrzykiwały się, rywalizując o względy samic. Latem nie mogłem przez nie zasnąć.
Kręciłem się wzdłuż strumienia i zaglądałem pod kamienie, budząc schowanych pod nimi lokatorów. Znajdywałem prosionki szorstkie, stonogi murowe i inne owady, które prowadziły nocny tryb życia i szukały w takich miejscach schronienia i wilgoci. Rozumiałem ich desperację; uciekały od światła, zaskoczone i zlęknione. Ja robiłem tak samo. Zapuszczałem się głębiej w las, ale tak naprawdę uciekałem od codzienności.
Zerkałem uważnie pod nogi. To tam toczy się życie, wmawiałem sobie, gdy za długo bujałem w obłokach. Ojciec powtarzał mi, bym zszedł na ziemię i twardo po niej stąpał. Tak jak on. W rozdeptywaniu złudzeń był prawdziwym mistrzem.
Skończyłem czternaście lat i teoretycznie nie musiałem się o nic martwić. Tata był "wysoko umocowany w strukturach partyjnych" - to określenie miało mi wystarczyć, gdy ktoś pytał o konkrety. Wolałem ich nie znać. Domyślałem się, że w razie problemów przybędzie mi z odsieczą. Jak książę na białym koniu, jeśli trzymać się baśniowej terminologii. Ale wiedziałem, że ta baśń nie skończy się dobrze. Gotów był stratować wszystkich, którzy stanęliby mu na drodze.
Przestałem się tym zadręczać, gdy zauważyłem dużego, opalizującego żuka. Przyglądałem mu się, a gdy zszedł ze ścieżki, zmierzając w stronę gęstych traw, położyłem słoik na ziemi i pozwoliłem, aby wgramolił się do środka. Był piękny i nieporadny. Uniosłem słój i obserwowałem, jak staje na tylnych odnóżach i usiłuje wdrapać się na górę. Miał solidny pancerz, a w jego odwłoku odbijało się światło.
Zdarzało się, że wkładałem do słoika kilka owadów i obserwowałem, co się stanie. Ciekawiło mnie, czy zaczną walczyć, czy przeciwnie, będą żyć obok siebie w tym szklanym więzieniu. Zrezygnowałem z tego typu obserwacji, gdy zacząłem je kolekcjonować. Zależało mi na tym, by trafiały do gabloty nienaruszone.
W pewnym momencie moją uwagę przykuła smużka dymu unosząca się nieopodal. Schowałem słój do plecaka, napiłem się wody z termosu i ruszyłem w tamtą stronę.
Z każdym krokiem siwy obłok stawał się gęstszy; czułem w nozdrzach smród spalenizny, ale miałem nadzieję, że ogień nie wedrze się do lasu. Od lat ktoś wypalał łąki i niszczył zamieszkujący je ekosystem. Przyroda potrzebowała czasu, by się odrodzić. Przechadzałem się wtedy po czarnych jak sadza zgliszczach, znajdując nadpalone szkło i truchła spopielonych zwierząt. Teraz naiwnie wierzyłem, że ogień zatrzyma się przy krawędzi lasu i skończy się na strachu. Jeżeli jęzor ognia liźnie suchą ściółkę, niczego nie da się uratować.
Na szczęście wiatr wiał w przeciwną stronę, do strumienia, i była szansa, że ogień zatrzyma się na naturalnej przeszkodzie. Przedzierałem się przez sięgającą kolan trawę, aż wreszcie zobaczyłem przed sobą płonący stos ułożony z gałęzi. Ktoś z premedytacją sklecił tę konstrukcję i podpalił, żeby łatwiej roznieść ogień po okolicy.
Swąd spalenizny i strzelające w płomieniach gałęzie sprawiały, że trzymałem się na dystans. Bijący od ogniska żar nie pozwalał podejść bliżej.
Nagle poczułem, że ktoś chwycił mnie za ramię. Odwróciłem się, a za moimi plecami wyrósł chudy chłopak z blond grzywką postawioną na cukier. Kojarzyłem go, był starszy ode mnie i kręcił się w pobliżu szkoły. Nosił brudne spodnie i glany, do tego pomięty podkoszulek i kurtkę z naszywkami i agrafkami.
- Nieźle się jara, co? - odezwał się, ściągnął kurtkę i przewiązał ją sobie wokół pasa.
- No - wydukałem tylko, zapominając języka w gębie. - To twoja sprawka?
- Moja, nie moja. Ważne, że jest na co popatrzeć, co nie? - rzucił i sięgnął do plecaka. Wyjął butelkę piwa, podważył kapsel scyzorykiem i upił kilka łyków. - Chcesz? - zaproponował, ale odmówiłem. - Nie to nie. Masz coś do żarcia? Od rana nie miałem nic w gębie. - Wytarł usta.
Nie wstydził się, jakbyśmy znali się od lat.
- Nie - odburknąłem tylko. - Po co to robisz?
- Pytasz o tego sikacza? - zaśmiał się, ale dobrze wiedział, co miałem na myśli.
- Nie. Czemu podpalasz łąki?
- Bo lubię przeglądać się w ogniu, patrzeć, jak wszystko niszczy. To jest żywioł, potężna siła, nikt go nie powstrzyma. Tylko nie próbuj mnie sypnąć, młody. Bo pożałujesz. - Pogroził mi. Mówił serio, widziałem to w jego spojrzeniu.
- Nie, no co ty. Nie zrobię tego - odparłem. Był wyższy i silniejszy ode mnie. Wolałem go nie prowokować. Słyszałem, do czego był zdolny, i nie chciałem tego sprawdzać. - Mieszkam niedaleko stąd. Z ojcem.
- Ten jebany aparatczyk, którego nienawidzi pół wsi, to twój stary?
Nie musiałem odpowiadać. Zdradzała mnie mowa ciała.
- Fajne ciuchy. Widzę, że nie szczędzi ci grosza - zauważył, przyglądając mi się.
Nie afiszowałem się z tym, że pochodzę z bogatej rodziny, ale ciężko to było ukryć. Żyłem w bańce. Trudno dostrzec z jej wnętrza prawdziwe problemy.
- A ty skąd jesteś? - zmieniłem temat, żeby przestał się gapić w taki sposób.
- Znikąd. Włóczę się tu i tam. Gdzie mnie nogi poniosą. Moja matka mieszka w sąsiedniej wsi i dawno straciła nadzieję, że będą ze mnie ludzie - śmiał się. Widziałem szpary w jego uzębieniu, tłuste włosy i brud, który kleił się do ciała. - Zawsze gdzieś przekimam, więcej mi nie potrzeba do szczęścia. A ciebie co tu przygnało?
- Nic. Łażę bez celu - odparłem szybko. Nie zamierzałem mu się spowiadać.
- Nie ściemniaj. - Dopił piwo i rzucił butelkę. - Chodź ze mną. Coś ci pokażę.
Nie miałem ochoty nigdzie z nim iść, ale domyśliłem się, że nie da za wygraną.
Spędziliśmy razem całe popołudnie. Szliśmy najpierw wzdłuż rzeki, potem przez las, całą drogę gadaliśmy o życiu i wszystkim, co nam przyszło do głowy. To zabrzmi naiwnie, ale zupełnie niespodziewanie poczułem się dobrze w jego towarzystwie. Był starszy, imponował mi pewnością siebie, brakiem hamulców i zasad. Do tego umiał słuchać. To rzadkość.
W szkole niemal wszyscy trzymali się na dystans, wiedząc, jaką pozycję zajmował mój ojciec. Miałem dwóch kumpli i z nimi spędzałem większość czasu. Śliski, bo tak chciał, żebym się do niego zwracał, miał gdzieś, kim jest mój stary. Twierdził, że każdy ma coś na sumieniu.
Wstydziłem się do tego przyznać, ale ciemna strona, na którą mnie z czasem wciągnął, wydawała się naprawdę kusząca. Pewnie dlatego, że nie sięgał tam cień taty.
Kiedy wróciłem, ojca nie było w domu. Nic nowego. Wciąż był zajęty i wolałem nie wiedzieć, czym się zajmuje. Zszedłem do pracowni, w której spędzałem wiele godzin. Lata temu mama urządziła to miejsce, dlatego wszędzie wokół stały sztalugi, pojemniki z farbami i pędzle. Pewnego dnia zostawiła to wszystko, odcięła się od dotychczasowego życia i urwała nić, która łączyła ją z tym miejscem. I z nami. Tata przez jakiś czas niczego tu nie ruszał, jakby wierzył, że kiedyś do nas wróci, albo się bał, że zaburzy w ten sposób jakąś równowagę. Zabawne - nie zorientował się, że zrobił to, zanim ją stracił. Kiedy odeszła, zniszczył część jej obrazów w ataku szału. Słyszałem, że teraz mama mieszka w Paryżu. Miałem nadzieję, że jest szczęśliwa. Nawet beze mnie.
Pomieszczenie było zadbane i jasne, przypominało warsztat, a nie pozbawioną światła kryptę. Na drewnianych regałach pod ścianą piętrzyły się pudła z farbami. Pracownia miała wyjście do ogrodu, ojciec zatrudnił ekipę, która spełniła życzenie jego żony. W słoneczne dni mama lubiła w nim przebywać. Mama. Wciąż nie pogodziłem się z tym, że nas zostawiła.
Poprosiłem kiedyś tatę, żeby załatwił mi biurko, przy którym mógłbym pracować. Nic nie odpowiedział, za to któregoś dnia po prostu zastałem je na dole. Zorganizował też styropian i gabloty. Czasem miałem wrażenie, że znalazł gdzieś zaczarowany ołówek, jak ten chłopiec z kreskówki. W rogu stała odpięta od zasilania zamrażarka. Kiedy mama wybrała życie bez nas, przestaliśmy jej używać i cała zawartość wylądowała w koszu. Tak śmierdziało, że tata wolał ją wyłączyć na dobre.
Pozwolił mi urządzić pracownię po swojemu. Zgodził się tylko dlatego, bym zszedł mu z oczu. Tak było wygodniej. Dla nas obu.
Byłem dumny z tego miejsca. Pomalowałem ściany i okleiłem je słomianymi matami. Wieszałem na nich plakaty i proporczyki klubów piłkarskich. W kącie stała stara szafa, opróżniłem ją i trzymałem w środku styropian oraz ramy.
Uczyłem się preparować owady. Wciąż szukałem skutecznej metody ich usypiania. Ostatnio zacząłem wyścielać dno słoików gazą nasączoną zmywaczem do paznokci. Kiedy owady robiły się sztywne, nakłuwałem je szpilką i układałem na styropianie. Dzięki temu wydawało się, że wciąż pozostają w ruchu. Podsuwałem koniec szpilki pod odnóża i układałem je wzdłuż tułowia. To wymagało cierpliwości i precyzji, starałem się robić to tak delikatnie, by nie oderwać ich od reszty korpusu.
Potrafiłem siedzieć do późnej nocy przy lampce, a gdy kończyłem pracę, wokół delikatnego truchła rozciągały się rzędy szpilek. Zapominałem o wszystkim. Zostawiałem owady w tej pozycji na tydzień lub dwa, a następnie wyciągałem szpilki i umieszczałem okaz w gablocie z karteczką i krótkim opisem.
Moi podopieczni śnili mi się po nocach. Musiałem wiedzieć o nich wszystko.
Gdy wróciłem do domu, wyjąłem słoik ze znalezionym na łące żukiem i przeglądałem leżący na biurku Wielki atlas owadów, którego autorem był V.J. Stan?k. Siedziałem nad nim z lupą, by nie przeoczyć drobnych różnic i właściwie zidentyfikować gatunek.
Trypocopris vernalis. Żuk wiosenny.
Zdjąłem nakrętkę. Owad był już martwy.