Pogoń za Jackiem - Kamil Rycerz

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (20,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Najprościej umierać na cmentarzu.

To miejsce nie zawierało choćby śladowej ilości polityczno-historycznej dyskrecji. Mężczyzna w czapce wykończonej daszkiem wszedł przez furtkę ogrodzenia, upstrzonego widocznymi z daleka czerwonymi gwiazdami. Miasto się nie krępowało. Dekoracje wspomagane lekkim powiewem wiatru i ciszą, ogłaszały, przy kim tak naprawdę trzymają wartę.

Najprościej umierać na cmentarzu, bo ziemia nekropolii, zapraszając w swoje skromne podwoje, nie chce słuchać odmowy. Proszę spocząć, proszę czuć się jak u siebie. W domu ludzie umierają, tak mówią. Tam jest zawsze komfort. I pachnie znajomo.

Właściciel czapki z daszkiem chciał ruszyć utkaną z kostki brukowej ścieżką, której strzegł symetryczny szpaler drzew o foremnej dostojności. Zmienił jednak zdanie. Skręcił w lewo, gdzie teren znakowały rzędy jednakowych pomników. Pod tą trawą - po raz pierwszy w tym sezonie przystrzyżoną równiutko jak murawę - zebrali się ci, którzy przesunęli gdzieś na zachód cień swastyki. Zaraz potem ci sami, bez chwili oddechu i możliwości ogrzania się choćby jednym promieniem wolności, okryli tę biedną ziemię czerwoną płachtą, przytrzymaną rogu ciężkim sierpem i jeszcze cięższym młotem, aby nie odleciała, przewiana wiatrem zmian.

Większość betonowych, masywnych nagrobków pozostawała bezimienna. Wzrok mężczyzny zatrzymał się przy numerze dziewiętnaście. Przeczytał napis: Bondarenko Iwan Nikitowicz, 1910 - 24.07.1944. Granitowa tablica wyryła nad nazwiskiem portret młodego mężczyzny o twardych rysach twarzy i poważnym spojrzeniu. Popatrzył na niego przez chwilę, a potem powoli ruszył chodnikiem w kierunku centrum. Rozejrzał się dookoła. Leśny teren za ogrodzeniem zdominowały ogródki działkowe. Nie sposób było się nie uśmiechnąć na skojarzenie, które przyszło mu do głowy. "Oto miejsce doczesnego i wiecznego odpoczynku", pomyślał.

Obelisk znajdujący się na środku cmentarza zwracał uwagę jasną szarością kamiennej podstawy. Na jej szczycie królowała urna, która zdawała się wmawiać, że to wszystko było ofiarą. Ofiarą mimo wszystko. Nie zapominajcie - mówiły, a wyblakła wiązanka kwiatów i znicz u spodu odpowiadały: nie, nie ma takiej możliwości.

Mężczyzna zdjął czapkę, pod którą nagromadziła się już spora wilgoć. Zerknął na zegarek. "Ci, którzy się spóźniają, nigdy nie osiągną żadnego sukcesu". Wzruszył ramionami. "Młodzi nigdy tego nie zrozumieją".

Minęło czternaście minut, zanim oczekiwany szczęśliwiec - nieliczący godzin i lat - zjawił się na miejscu. Mężczyzna przyjrzał mu się uważnie, próbując przeskanować go nie tylko z zewnątrz, jakby się zastanawiał: załatwił sprawę czy w ostatniej chwili schował się pod kocem tchórzostwa?

Trzy miesiące. Dokładnie tyle zajęła mężczyźnie formacja tego patykowatego okularnika. Znalazł go na Facebooku. Jako przewodniczący niedawno zarejestrowanego w KRS stowarzyszenia Zielony Janosik, potrzebował zdrowych ludzi, nieskalanych ciemną zmianą, wybitnie inteligentnych i o czystych płucach.

Mateusz De prezentował swe poglądy w mediach społecznościowych bez więzów, które winny go powstrzymywać z racji wykonywanej pracy: raz zdjęcie z błyskawicą, raz krótki film podpisany ośmioma gwiazdkami...

Fart zapewnił mu większe plecy, niż wynikałoby to z jego sylwetki. Miał jednak dość rozsądku, by nie ujawniać ani prawdziwego nazwiska, ani miejsca pracy, co utrudniało mężczyźnie jego namierzenie. Dopiero fakt, że Mateusz objawił się światu jako kibic miejscowej Pogoni Siedlce, ułatwił jego odnalezienie.

"Mamy cię".

Mężczyzna nauczył się na pamięć składu drużyny i kupił przez stronę internetową bilet na najbliższy niedzielny mecz, który Pogoń miała rozegrać na siedleckich włościach z Ruchem Chorzów.

W chłodny wieczór, okutany w szalik biało-niebieskich barw, stał pod stadionem i liczył na łut szczęścia w postaci wypatrzenia zagorzałego fanatyka wśród wchodzących. Ławica tłumu przepływającego przez bramki bezpieczeństwa okazała się jednak zbyt liczna. Mężczyzna postanowił wrócić do domu i spróbować przy okazji następnego meczu rozgrywanego u siebie.

Okazja nadarzyła się dwa tygodnie później. Pogoń podejmowała Wisłę Płock, a mężczyzna podjął drugą próbę. Tym razem dostrzegł chudzielca już na trybunach.

Młody człowiek wybrał miejsce w pierwszym rzędzie, które najwyraźniej chciał zmienić, bo stojące przy barierkach dzieci utrudniały mu widoczność płyty boiska. Rozglądał się po górnych krzesełkach niespokojnym wzrokiem. Mężczyzna z piątej kolumny wychwycił jego spojrzenie i pomachał ręką, wskazując na puste miejsce obok siebie. Chłopak przeskoczył w górę i bez namysłu skorzystał z zaproszenia.

- Dziękuję panu - wydyszał z trudem. - Nikt nie potrafi ujarzmić tych gówniarzy. Nie po to mam karnet, by patrzeć na ich piruety. Liczyłem, że przy takiej pogodzie będzie luźniej, no ale się przeliczyłem.

- Nic nie szkodzi. Miejsce obok jest puste, bo mój towarzysz się rozchorował i nie mógł przyjść. - Nie wspomniał o tym, że zawczasu kupił dwie wejściówki tylko dla siebie.

- Tutaj to inne życie. Jak pan myśli, co będzie?

- Będzie ciężko - odparł mężczyzna. - Ale ten Flis to dobry transfer. Pogryzą trawę. I nie pan, tylko Aleks - wyciągnął rękę.

- Zobaczymy. Mateusz Duszyński. - Odwzajemnił uścisk.

I działo się ciężko. I pogryźli trawę, dzięki której wyostrzyli sobie zęby, walcząc do utraty tchu z zacięciem godnym gladiatorów. Śpiewnym akordem tego wyrównanego, choć nieco ospałego koncertu była bramka - jak się później okazało, zwycięska - zdobyta (strzela się z łuku, nie nogą, to Aleks zapamiętał) przez Marcina Flisa na cztery minuty przed ostatnim gwizdkiem arbitra.

Koncert smutny przestał być żałobny; siedlczanie zawsze walczą tak, że piołun porażki przemienia się w bezowy krem tortu zwycięstwa.

- Masz czuja - pochwalił Mateusz, dokładając się do wzmożonej na cały stadion burzy oklasków.

Aleks uśmiechnął się szeroko.

- Nos starego kibica zawsze wywącha przyszłość.

Kolejny mecz, a potem kolejne spotkanie. Osobliwa znajomość rozrosła się do nieco szorstkiej, ale na pozór szczerej przyjaźni, podlewanej od czasu do czasu wytworem z dodatkiem chmielu. Duszyński okazał się młodszym inspektorem w Wydziale Komunikacji. Aleks ucieszył się - im niższe stanowisko, tym większe zaangażowanie w anarchiczną destrukcję.

Pewnego dnia Aleks poprosił nowego kolegę o pomoc przy dopełnieniu formalności związanych ze sprowadzeniem samochodu z zagranicy. Nie potrzebował tych informacji; chciał tylko sprawdzić, czy kandydat ubiera się w rzetelność przy każdej, nawet błahej sprawie.

Ubierał się.

Następne zadanie było nieco trudniejsze. Mateusz potrzebował więcej czasu, ale i tym razem sprawił się bez zarzutu. Zasłużył na awans, którego nie mógł się doczekać w swoich strukturach, uzależnionych od prawoskrętnych mocodawców i wszechobecnego nepotyzmu, wyczuwalnego w gęstym, pachnącym kawą powietrzu urzędniczych pokojów.

Organizacja Zielony Janosik, do której aspirował Duszyński, stawiała przede wszystkim na ideę wolności i sprawiedliwości w każdym aspekcie życia społecznego oraz ekonomicznego, udekorowaną zielonym sosem haseł ekologicznych, zachęcających do opieki nad Matką Ziemią.

Bełkot bywał istotny, bo robił ludziom pokroju Mateusza bigos z mózgu.

- Spóźniłeś się - zwrócił uwagę Aleks, gdy Duszyński dotarł pod obelisk, ocierając rękawkiem czarnego podkoszulka pot spływający z czoła.

- Przepraszam. - Podali sobie ręce. - Nie mogłem wyrwać się wcześniej z tego bajzlu.

- Wybaczę, jeśli masz to, co trzeba. - Aleks puścił oko, przepuściwszy pretensję przez filtr półżartu.

- Na mnie jak na Zawiszy. Zawiszy Ciemnoskórym.

Mateusz wręczył Aleksowi białą kopertę. Ten otworzył ją i zerknął: tyle wystarczyło, aby się upewnić.

Dwie litery. Cztery cyfry. Jedna litera.

Kod dostępu.

Schował podarunek do kieszeni, z której również wyjął pakunek dla Mateusza. Chłopakowi rozszerzyły się źrenice. W środku czaił się dokument.

- Pamiętaj, że tutaj nie chodzi tylko o pieniądze. Chodzi o wielką sprawę - wyjaśnił Aleks.

Duszyński poprawił owalne okulary na nosie.

- Jak wielką? - ośmielił się zapytać.

- Dowiesz się w swoim czasie. Zaufanie ma swoją zawyżoną cenę.

Mateusz pokiwał gorliwie głową. Rozumiał to.

- Kiedy wszystko będzie już gotowe, będziesz mógł zwolnić się z urzędu i otrzymasz u nas etat menadżera logistyki. W środku masz wszystkie szczegóły. Do tego czasu nie rób nic głupiego. Czekaj cierpliwie. Muszę lecieć. Skontaktuję się.

Jeszcze jedno kiwnięcie głową.

Aleks sięgnął do kieszeni i przez chwilę trzymał dłoń w bezruchu. Po chwili wyciągnął ją, aby podać do pożegnania. Nie rozgiął palców. Wykonał tylko ruch, jakby chciał odgonić owada większego niż mucha.

Mateusz nadal stał nieporuszony. Nie zareagował nawet wtedy, gdy fontanna krwi poczęła tryskać z jego tętnicy szyjnej. Wrósł stopami w ziemię jak te drzewa obok, a pozwolił się wykarczować jedynie po to, aby opaść - niby na trampolinę - w kierunku rozłożystych, przyciętych jałowców dekorujących dolną część pomnika.

Aleks otworzył dłoń, by bez pospiechu wytrzeć o koszulkę Mateusza dziesięciocentymetrowy nóż rzeźnicki. Schował go do kieszeni wraz z ubrudzoną szkarłatem kopertą, którą niedawno wręczył chłopakowi.

"Nie chodzi o żadną sprawę, młodziaku. Zawsze chodzi tylko o pieniądze. Tylko i aż o pieniądze. A ty nie jesteś godzien siedzieć w pierwszym rzędzie".

Rozejrzał się wokół. Nadal nikt nie zakłócał ciszy leśnego terenu. Wiatr wciąż drgał liśćmi, również nie czyniąc gwałtownych ruchów. Mateusz przygniatał krzewy. Okulary opadły mu na nos po raz ostatni. Póki co był niewidoczny, przypominał raczej wyrzucony worek ze śmieciami, ale Aleks liczył, że to się wkrótce zmieni. Założył czapkę i miał już opuścić cmentarz, gdy nagle coś sobie przypomniał.

Wrócił pod pomnik z numerem dziewiętnaście i położył obok niego dziesięciozłotowy banknot - zapłatę za udostępnienie miejsca. Miejsca, w którym gleba użyźniła się kościami walczących o Siedlce osiemdziesiąt lat temu.

Miejsca, w którym krew nasączyła korzenie drzew, aby teraz ich gałęzie przetransportowały wicher wolności i równości w kierunku tego bogobojnego miasta.

Zanim odszedł, popatrzył raz jeszcze na podobiznę żołnierza. Mógłby przysiąc, że rysy Iwana Nikitowicza Bondarenki zaokrągliły się ku górze w ledwie zauważalny uśmiech.

Rozdział 2

Na początku był chaos. Teraz powodem chaosu najczęściej bywał ogień.

Potwór ubarwiony żółcią przemieszaną z pomarańczą próbuje cię dorwać w swoje szpony; nie idzie, ale płynie. Nie ma szans, by cokolwiek stało się twoim hydrantem bezpieczeństwa... Wszystkie klamoty śpią w wozie, licząc na to, że do świtu nikt nie zakłóci im spokoju bazy... Chcesz wejść z szybkim, ale jedyne, co masz pod ręką, to pistolecik na wodę... Dym smali brwi, rozdziera nozdrza, przecina liny zmysłów... Dawajcie wentylator, wentylator! Syrena? Po co teraz syrena, już za późno...

Obudził się.

To nie była syrena, a o wiele bardziej natarczywy sygnał telefonu - dźwięku zawczasu nieunicestwionego. "Och, tylko nie Maksio". Kusiło go, by odrzucić połączenie, ale odebrał. "Lepiej mieć to za sobą". Maksio bywał godnym rywalem wszystkich płomieni świata.

- Cześć, Staszku! - zawołał z emfazą. - Jak dobrze, że cię złapałem! Jest temat do ogarnięcia. Świeża dzieciarnia od Green Stara naćpała się jakimś żenionym mefedronem i narobiła gnoju w hotelu, jakby była gwiazdą rocka. Znaleźli się, Rolling Stonesi spod Białegostoku. Nie dadzą rady ustać w pozycji homo sapiens nawet do udawania z taśmy, więc nie wyduszę z nich dzisiaj niczego. A mam event pod dachem MOK-u na Mokotowie. Pełna kulturka, żadnego chamstwa, nie jakieś Dni Kartofla w Zakalinkach. Publika bardziej do posłuchania niż drygania. W cztery godziny wejściówki miałem na sold out, taki popycik, stary. Będzie Marcin Miller z chłopakami i nie uwierzysz, kto... Shazza! Czaisz? Robimy na grubo. Koniecznie musisz wpaść! Start o dwudziestej, więc gdybyś mógł, ogarnij się trochę wcześniej.

- Dziękuję, ale wiesz, że...

- Pamiętam, pamiętam - przerwał Maksio. - Nie grasz w piątki. I dlatego, że nie grasz, to tylko ty jesteś jeszcze wolny. Daj spokój, to koncert, a nie dyskoteka. Damy ci dyszkę na czysto. Nie masz przecież daleko od tych swoich zafajdanych Siedlec.

- Jeszcze raz dziękuję, że o mnie pomyślałeś, ale muszę odmówić.

- Dobra, dorzucę trójkę... A niech tam! Czwórkę na paliwo i te bisy, które na pewno każą ci walnąć. Nie macie tam dzisiaj jakiegoś święta, które unieważni post? Albo poproś o tę... dyspensę. Masz przecież kontakty w tych kręgach.

Rozdrażniony nagłym przebudzeniem mężczyzna nie chciał tracić czasu na słowną wędrówkę bez celu. Jednocześnie nie zamierzał urazić Maksia, który - choć z manierą telemarketera od fotowoltaiki - potrafił załatwiać. A załatwianie to fundament.

- Innym razem, Maksiu. Dziś naprawdę nie mam możliwości, by ci pomóc.

Chłopak westchnął.

- Jasne, jasne. Pobuszuję jeszcze i jakoś załatam dziurę. Nie będę zamęczał gościa, który w szafie, obok gaci i podkoszulków, trzyma prawilną spluwę pod kluczem.

Staszek zaśmiał się.

- Wystrzałowe imprezy to przecież moja specjalność.

Maksio pomarudził jeszcze chwilę, po czym się pożegnał. Jego rozmówca z ulgą wcisnął magiczny, czerwony przycisk. Pokręcił głową. "Staszku?" - nie cierpiał takiego zdrobnienia. "Event? Sold out? Wydarzenie, wyprzedaż. Polska język być problem".

Nadciągało południe, a on spał tylko trzy godziny. Na szczęście noc przebiegła bez wezwań, mógł więc pozwolić sobie na drzemkę w trakcie zmiany. Paplanina organizatora koncertów nadawałaby się do reklamy jako dodatek do kawy, miałby kolejne zyski.

Poszedł do kuchni, aby uruchomić ekspres. W międzyczasie zrobił trzy serie po pięćdziesiąt pompek, co w pełni rozprowadziło przepływ prądu po całym obwodzie jego organizmu. Z pełnym kubkiem w garści wyszedł na balkon. Nie pochwalał siebie za nałóg z nikotyną, ale już dawno zrezygnował z kolejnych prób rzucenia, dochodząc do wniosku, że ogień musi być stale obecny w rozkładzie jego codziennej jazdy: "ogień na etacie, ogień w przerwie, ogień przy pracy dodatkowej".

Zaiste, bywał na scenie prawdziwym żywiołem. Uśmiech na twarzy zdawał się mieć przyklejony, ale nikt nigdy nie wątpił w szczerość jego oblicza, nawet o drugiej w nocy, przy cykaniu zdjęć z ostatnim wielbicielem kończącym długaśną kolejkę. Dawał ludziom radość, a ta radość odbijała się od ściany niczym piłka do squasha i wracała, by on sam mógł uzupełniać siły, które następnie wykorzystywał, żeby robić coś znacznie, znacznie zacniejszego: ratować ludzkie życie.

Muzyka to jeden z nielicznych napędzaczy w tym trudnym świecie - tak mówił jego ojciec. Zapisał go do Richard-Wagner-Konservatorium, prywatnej szkoły, którą ukończył z dyplomem artysty biegłego w sztuce fortepianu. Ku rozpaczy rodzica nie chciał ćwiczyć talentu w Wiedniu. Postanowił przyjechać do Siedlec, by tam nadal bawić się muzyką, choć w innym wydaniu. Tatę przerażała wizja syna zanurzonego w przaśności tudzież infantylizmie muzyki tanecznej.

- Wagner mawiał, że muzyka to początek i koniec wielkiej mowy - twierdził. - Czy olalalala, ja kocham ciebie, a ty mnie nie, ole, ole, sklecone naprędce z trzech klawiszy, to jest wielka mowa artyzmu?

- Nie - odparł Stanisław. - Olalalala to muzyka, którą kocha mnóstwo ludzi, a nie tylko banda pyszałkowatych koneserów.

Zrobił tak, jak postanowił. Odtąd Stanisław to nie tylko imię, to także brand muzyczny. Nie podobały mu się podobne do siebie nazwy zespołów, w dodatku - nie wiedzieć czemu - anglojęzycznych, chociaż śpiewali po polsku, takich jak na przykład After Party, Loverboy, Powerboy czy inny boy. Poszedł w ślady Sławomira, twórcy hitu prawiącego o rozgrzanym uczuciu do niewiasty w anturażu stolicy Tatr. Obaj panowie darzyli się przyjaźnią; nagrali nawet wspólną piosenkę pod tytułem Jutro się ogarnie, która - choć nie dokonała rewolucji - została przyjęta z aprobatą jako niespieszna, naprawdę idylliczna ballada.

Tutaj, dla odmiany, praca nie gasiła, ale paliła mu się w rękach. Sam pisał teksty i sam komponował. Przy kreowaniu aranżacji pomagał mu zmysł oraz doświadczenie wyniesione z austriackiej edukacji fortepianowej. Fakt, że w mieście wykształciła się uczciwa konkurencja, napędzał go do przysiadania fałdów. Już druga propozycja zaskoczyła, jak określił to Maksio, i stała się melodyjnym masażem dla uszu przy pomocy wibracji syntezatora. W prostocie słów siedlczanie wychwycili cząstkę hymnu dla swojej biesiady:

Ciszo, jesteś piękna! Nie martw się, kochanie.

Co działo się w Siedlcach, w Siedlcach niech zostanie.

Ojciec, wielki pianista Filip Waldstein, zrozumiał, że sam nigdy nie zgromadzi publiczności choćby w połowie tak licznej jak ta, która przychodziła na występy Stanisława. Czasy się zmieniają, stwierdził młody ze słusznością. Dziś ani Chopin, ani Mozart nie wypełniliby tłumem melomańskich głodomorów miejsc Stadionu Narodowego. Trzeba adaptować się do nowych czasów, by nie ugrzęznąć w bagnie, z którego, nawet wydostawszy się, można tylko wejść z powrotem w podwoje epoki średniowiecza, bez szansy na renesans.

Siedlce. Miasto, które sprzyjało życiu z muzyką. Nie tak hałaśliwe jak Wiedeń, nie tak pospieszne jak Warszawa. I chociaż mieniące się wszędzie taką samą bielą bloki przy ulicy Nowy Świat nie mogły równać się z wdziękiem Leopoldstadt, to tutaj skromność wymieszana ze spokojem zawsze przesyłała impuls o nazwie: uwielbienie życia.

Siedlce. Miasto, które dziś wezwało Stanisława, a dokładniej - Urząd Miasta, Wydział Komunikacji. Coś nie tak z rejestracją nowego samochodu, jakaś drobnostka. Mężczyzna otworzył bramę pilotem i wmieszał się w miejski tłum. Skoda Octavia - uwielbiał tę markę, choć nigdy nie umiał wyrazić dlaczego. Być może za regularne rysy. Nie był fanem motoryzacji, patrzył na auto jak na kobietę, choć jego narzeczona - o równie pięknym obliczu, jak i imieniu, Gabriela - mogłaby mieć w tej kwestii pewne obiekcje.

Przejechał obok Cmentarza Centralnego, a następnie ulicami Wojskową i Armii Krajowej, zawsze dumny, że nazewnictwo tych dróg aż prosiło o powstanie na baczność. Zaparkował na dostępnym parkingu przy Pułaskiego, skąd można już było poczuć oddech spokoju przylegającego do urzędu Skweru Niepodległości. Stanisław wszedł do najważniejszego budynku miasta. Przy okienku dowiedział się, że urzędnik, z którym się umówił, okazał się nieobecny, wobec czego wzruszył ramionami i wyszedł, by zaczerpnąć trochę powiewu niezależności.

Po kilku minutach wrócił do samochodu. Już miał wsiąść za kierownicę, gdy jakaś zmienna zwróciła uwagę jego oczu. Opuścił szybę i wychylił się. "Niech to szlag! Strzeliła lewa przednia opona".

Taka sytuacja jawiła mu się w wyobraźni za każdym razem, gdy otwierał auto. Dziś zjawa stała się sflaczałym ciałem. Co robić? Obok żadnych samochodów. Wielu kierowców wyminęło opłatę za postój, wybrawszy inne miejsca. Zresztą, głupio tak upokarzać własną męskość przy prostej, zdawałoby się, naprawie. Nigdy nie lubił naprawiać samochodów. Gaszenie pożarów to współpraca, a mechanika auta - praca w pojedynkę, jego zdaniem zbyt ryzykowna, by zajmował się nią laik.

Przymknął drzwi i wyciągnął telefon. Najbliższy warsztat - Auto-Tłumik na Formińskiego. Cztery minuty jazdy, w tym dwa ronda zmuszające do wolniutkiej jazdy. Nie miał wyjścia. Spróbował.

Udało się, choć nawet on zdawał sobie sprawę, że felga zapamięta tę podróż na długo. Mechanik na miejscu stwierdził, że jest zawalony robotą i teoretycznie nie ma szans na wepchnięcie go w grafik, ale dla gwiazdy zrobi wyjątek. Załatwił sprawę w pół godziny, a zarobił jak za trzy. Przy okazji zwrócił uwagę na przepaloną żarówkę; otworzył maskę i znów stała się światłość.

Stanisław podziękował, po czym wcisnął się w Brzeską ku wylotowi z miasta. "Gabrielo, pogratuluj".

Na wysokości budynków firmy Odmet, zajmującej się w Siedlcach stalą we wszelkich możliwych konfiguracjach, postanowił przetestować przyczepność auta. Zwiększył prędkość do sześćdziesięciu pięciu kilometrów na godzinę.

Ruch o tej porze dnia nie zdążył się jeszcze zagęścić, mimo to przed skodą Stanisława, wyrastając, jakby spod ziemi, pojawił się dostawczak. Stanisław sięgnął nogą ku pedałowi hamulca, gdy jego wzrok padł na coś na desce rozdzielczej. Coś tak ulotnego, że w ćwierć sekundy nie zdołało poruszyć resztek włosów na jego głowie.

Pomarańczowy okrąg wspomagany dwoma półkolami.

Kontrolka ABS.

Dostawczak, jakby przedawkował hormon wzrostu.

Na końcu znów był chaos.

Chaos barwy nocy.

Rozdział 4

Zbrodnia prowadzi wędrowny tryb życia. A to zajrzy do wielkiego miasta, a to znów po drodze wstąpi do małej wioski, której nawet nawigacja nie wychwyci. Jej to bez różnicy, wszędzie można pracować na swoje imię.

Toni klęczał. Wieczorna msza w katedrze skończyła się już kilka minut temu, ale on wciąż trwał w modlitwie. Słodkawa, żywiczna woń kadzidła nadal oczyszczała jego nozdrza z wszelkiego plugastwa. Spojrzał na duży krzyż zawieszony nad ołtarzem. Chrystus jakby chciał stąd widzieć wszystko, ale nie po to, aby się wywyższać, co to, to nie. Z góry widać wszystko i wszystkich. Stamtąd nie da się nikogo pominąć, nawet takiego skromnego grzesznika z piątej ławki.

Musiał przekazać Wszechmogącemu kilka swoich myśli. Oczywiście, On wszystko wiedział. Ale Toni potrzebował tej milczącej rozmowy, tak jak potrzebuje się drugiej osoby, by po prostu razem być, nie wypowiadając ani jednego słowa, bo słowa nie są potrzebne. Tutaj, w mroku świątyni rozświetlanej odbiciem barw witraży, cisza potrafiła mówić.

Lubił tutaj przychodzić. Przyciągały go strzeliste wieże widoczne z wielu zakątków miasta, zapraszające jak najpopularniejsza kopuła na świecie, zdobiąca Watykan. Wnętrze, choć przyćmione, uspokajało. Zarówno płaskorzeźby stacji Drogi Krzyżowej, jak i wszystkie obrazy zdawały się spoglądać nie surowym, lecz przymilnym wzrokiem.

Uwielbiał tę katedrę tak, jak uwielbiał bazylikę świętego Piotra. Tutaj czuł się jak w przedsionku nieba.

Zaprojektował swoje życie, choć nie obyło się bez skreśleń i nieudanych kresek. W latach dziewięćdziesiątych trzeba było podejmować trudne decyzje, ale on wybrał najlepiej, jak potrafił: opuścił Atrani jako dziewiętnastolatek ze łzami w oczach. Położona między błękitem Morza Tyrreńskiego a malowniczymi górami miejscowość jawiła się bajecznie. Ale nie dla niego, bo cóż mu przyszło z tego piękna, skoro nie miał z czego żyć. Mógł jedynie łowić ryby albo iść w stronę dopiero raczkującej na tych terenach turystyki.

Aby pójść jeszcze o krok dalej, trzeba było zdobyć się na odwagę i wyruszyć w świat.

Tak trafił do Polski.

Ojczyzna Jana Pawła II podpełzła mu pod palec na mapie niemal automatycznie. Kraj dopiero wstawał z kolan i otrzepywał się z kurzu; łaknął wszystkiego, czego wcześniej nie widział, przymglony zaćmą żelaznej kurtyny. Toni przywiózł ze sobą nie tylko zwyczaj niespiesznego aperitivo przed niedzielnym obiadem, ale również danie, które miało ubogacić kuchnię flaków i kapusty.

Przywiózł pizzę.

Początki nie oblewały go blaskiem jak wybrzeża Amalfi. Nie był kucharzem i jego pierwsze placki nie miały wiele wspólnego z Italią. Nie zaszkodziło mu to - z braku porównania, dla większości siedlczan była to najlepsza pizza, jaką kiedykolwiek jedli. Udało mu się rozkręcić interes. Klimat ciasnych alejek i pachnącego cytrusami powietrza potrafił przenieść na ulicę Piłsudskiego grą na gitarze. Lubił sobie porzępolić.

Pewnego dnia zauważył go kierownik zespołu muzycznego, czekający akurat na swoją margheritę. Zaproponował mu, żeby zagrał na najbliższym weselu. Toni nie miał pojęcia o specyfice polskiej biesiady, ale zgodził się bez wahania.

Wesele rozliczono skrzynką Komandosa na głowę. Toni, niezbyt ucieszony, z żalu wypił trzy butelki w drodze powrotnej do Siedlec. Ta dawka podłego wińska, połączona z rozcieńczanym spirytusem, który sączyli podczas przerw w graniu, spowodowała, że haftował jak kot po rowach Borków Siedleckich. Zgodnie z chórem kompanów, przeszedł chrzest bojowy bez zarzutu. Nigdy więcej nie tknął żadnego, nawet najbardziej wytrawnego wina, co niejeden Włoch uznałby za zdradę stanu.

Jednak weselna muzyka nie dała o sobie zapomnieć. Od czasu do czasu jeździł do Warszawy na Stadion Dziesięciolecia, by wzbogacić się o dostępne fanty. Cwaniacy w zdartych dżinsach gibali się tam w rytm muzyki chodnikowej wypuszczanej z kaset, zachęcając do powiększenia zbiorów.

- Jest Mydełko Fa?

- Panie, biorę dziesięć sztuk. I jeszcze Milano.

- O tak, Zagraj mi, piękny Cyganie.

Dzięki kontaktom w branży weselnej i gastronomicznej wiedział, że ta muzyka - może i nieskażona ambicją, ale taka, której nie pozbędziesz się z głowy tak łatwo, jak pięknej kobiety - będzie ludziom w dobie postkomunizmu potrzebna jak nigdy dotąd. Trzeba było podjąć kroki, by dopomóc w jej rozpowszechnieniu, a z czasem może i wprowadzić ją na salony.

Muzyka weselna pomogła mu także nauczyć się języka polskiego. A jako że pokochał ten kraj i jego mowę, postanowił odwdzięczyć się polskiej kulturze najlepiej, jak potrafił i założył wytwórnię muzyczną. Pierwszy zespół zespawał z weselnego klawiszowca, siebie jako gitarzysty i w razie potrzeby perkusisty, oraz z Włoszki, która pomagała mu w pizzerii i mimochodem podśpiewywała do taktu wygrywanych przez niego melodii. Niedługo potem ta dziewczyna została jego żoną.

Nagrali płytę, która preferowała kasetę. Podpis i logo producenta - Atrani Records - wywoływały w nich nieśmiałe łzy. Zagrali pierwszy duży koncert, później następny. Zgłaszały się kolejne zespoły, które do tej pory próbowały nagrywać materiał w garażach, nie mając pojęcia o akustyce. Toni im pomagał, sam rezygnując z grania. Wolał pozostać przy amatorskim melodyjkowaniu i zająć się profesjonalizacją branży.

Ciao, ciao, ciao, Siciliano.

W tym samym czasie w Białymstoku powstała konkurencja o nazwie Green Star. W tym wielkim, nieoficjalnym drafcie zespołów wyrastających spod piwnicznego podziemia, białostocka ekipa zebrała największy zbiór późniejszych - i nadal obecnych - gwiazd muzyki disco polo. Toniego to nie martwiło. Zawsze przedkładał jakość nad ilość. Nigdy nie miał pod opieką więcej niż trzech wykonawców. Dziś zajmował się tylko dwoma - nie tyle zespołami, co tutejszymi osobowościami, które w pełni mógł określić mianem swoich.

Stanisław. Wymarzony uczeń każdego mentora: pilny, utalentowany i bezproblemowy. Na scenie zawsze elegancki. Przyozdabiał swój zadziorny głos, od którego drżały serca pań. Muzykę do tańca przelał poza granicę kraju, a dzięki znajomości języków potrafił dogadać się w sprawie koncertu w Brześciu i w pół-polskim Wilnie.

Stanisław był przykładem sukcesu, który w równaniach matematycznych - przy odpowiednich rozliczeniach - zawsze dawał wynik dodatni.

Obok niego, w stajni Atrani, stał Pander.

Po prostu Pander.

Toni otrząsnął się z zamyślenia. Dobrze jest czasem wrócić do przeszłości, ale kościelny chrząkał znacząco. Zakończył już zamiatanie podłogi świątyni i czekał, gotowy dokończyć swą służbę Bogu i ludziom mopem.

"Jeszcze chwilka".

Jego wzrok spoczął na portrecie papieża usytuowanym przy bocznym ołtarzu, pod wizerunkiem Jezusa Miłosiernego. Przypomniał sobie upalny dzień, w którym Jan Paweł II odwiedził Siedlce. Było to dziesiątego czerwca. Tłumy, jakich nigdy nie zgromadził żaden muzyk, tylko Sługa Kościoła, lekko już przełamywany chorobą, a jednocześnie wypełniony pokorą, którą potrafił połączyć z charyzmą i siłą ducha.

Zbrodnia wybrała akurat to miejsce. Zachichotała i podała dłoń, otłuszczoną oliwą. Śmierdziała ropą.

W życiu zawodowym popełnił tylko jeden błąd.

A ten błąd ubierał tę swoją idiotyczną bluzę z pandą na piersi.

Nic nie zapowiadało katastrofy. Zresztą, to także kretyński slogan. Nic nigdy nie zapowiada katastrofy. Przychodzi nagle, z bezchmurnego nieba, gładkiej jak stół ulicy i ciszy, która odpina kabelki czujników własnego bezpieczeństwa. Pojawia się jak niedopity ojczym, którego nikt nie zapraszał na poprawiny.

Przymknął powieki.

"Siedlce. Moje Siedlce".

Miasto pełne nienachalnego majestatu: skromne, niezbyt głośne, ale tętniące życiem ducha i ciała. Miasto równowagi. Centrum zaanektowane przez czyściec więzienia i próbkę nieba w katedrze. Na dole ulice pełne nierówności, zmuszające do zwolnienia, jak krużganki piekła. Na górze zaś - fale Katolickiego Radia Podlasie, niosące sygnał w świat, zarówno wioskom, jak i miasteczkom: tutaj można żyć po ludzku i po Bożemu.

To samo miasto, pobłogosławione przez Ojca - naprawdę - Świętego, zostało skalane. Jerozolima naszej ojczyzny, miasto wybrane przez Boga, stało się wschodnio-mazowiecką Sodomą - siedliskiem zła, w którym zbrodnia urządziła sobie potańcówkę w rytmie disco.

Lewa-prawa-prawa-lewa.

Prawa-lewa-lewa-prawa.

Zapach siarki spuszczonej niechybnie przez Wszechmocnego na to przeklęte już miasto, sprawił, że jego ukochana żona musiała uciec. Dlaczego?

Wszystko przez jedno zło. Tylko jedno. I aż jedno.

Być może jego żona zasłużyła na to, co ją teraz spotyka. Być może ucieczka była jedynym, wąskim przejściem. Sama tak postanowiła, a on musi to uszanować, choć za tym przejściem mogą już być tylko zgliszcza.

Zgliszcza o zapachu benzyny.

Razem prawie trzydzieści lat. W zdrowiu i w chorobie, w radości, w morderstwie i w smutku. W biedzie i w bogactwie.

Małżeństwo musi trwać razem przez całe życie - tak przysięgali. Od przysięgi dezerterują tylko tchórze, a Toni nigdy nim nie był. Dlatego teraz jej pomoże.

Jeszcze wszystko będzie świetliste.

Na zgliszczach można jeszcze budować. Można wyprosić zbrodnię z parkietu. Przegonić ją bez wręczania ciasta na podziękowanie.

"Wytańczyłaś się? Odejdź".

Potrzeba tylko silnej ręki. Bezwzględnego wykidajły, który zrobi selekcję i wywiesi tablicę: tej klientki już nie obsługujemy.

Toni będzie tym ostatnim sprawiedliwym, który uratuje miasto. Potrzebuje do tego już tylko jednego. Czegoś, do czego w swej ułomności nie został stworzony.

Niech Bóg przebaczy Panderowi jego grzechy.

Toni nie miał zamiaru tego zrobić.

Rozdział 9

Sygnet, który Leszek otrzymał dziewiątego czerwca dwa tysiące siódmego roku w kościele świętego Józefa w Siedlcach, błyszczał w pomrokach wylogowanego ze świata dnia tak ostro, że sama woń dziewczęcej młodości starczyła mu za próbę wyrwania dłoni spod przewiązanej stuły.

Lona spała na kanapie, okryta kocem aż po podbródek. On próbował zasnąć na łóżku, ale gonitwa obrazów, a co gorsza - dźwięków, utrudniała odpoczynek gorzej niż najgłośniejszy sąsiad. Zbliżała się piąta, a wraz z nią sobota, której żadne z nich nie uzna za dzień rekreacji.

"Bez sensu gnić". Wstał, dopił resztkę gruszkowego cudu ze swojego kieliszka i dopiero potem zaparzył kawę; liczył, że w ten sposób przegoni sen, a wraz z nim chmury nabrzmiałe myślami. Spojrzał raz jeszcze na obrączkę.

"Złoto, złoto. O jakie złoto może chodzić?".

Przynajmniej część odpowiedzi kryła się wytłoczona w srebrze warstwy odbijającej kółkowatego nośnika CD. Niestety, Peron łez najwyraźniej wypuścił ostatni pociąg przed czasem.

Nie przyszła żadna nowa wiadomość od Doris, choć - biorąc pod uwagę porę - nie powinien się temu dziwić. "Spróbuję zadzwonić około ósmej", postanowił i zapadł się w fotelu z kubkiem w dłoni. Nim zdołał zasnąć, Lona zerwała się z kanapy. Pod powiekami miała dwa krążowniki, które były szerokie na długość palca, jakby zostały wykreślone węglem do brwi.

- Co ty tu robisz? - zapytała.

- Ja? Mieszkam tu. A ty?

Jęknęła i czym prędzej wydobyła się ze skrawka koca.

- Nie ma sensu się spieszyć - orzekł Leszek. - Nie ma nic do roboty. Nasze poszukiwania skończyły się, zanim w ogóle się zaczęły.

Lona spięła swe czarne jak smoła włosy w kok. Przez chwilę spozierała na Leszka ukosem, jakby zastanawiała się, czy wytrzeźwiał, a potem zapytała, o co mu właściwie chodzi.

Leszek wyjaśnił, że zostawiła przecież płytkę, która miała im podpowiedzieć, dlaczego Pander popełnił samobójstwo. Lona pochyliła się wtedy lekko do przodu, bynajmniej nie po to, aby pokazać gibkość ciała, lecz by wyrazić bezsilność.

- Nic dziwnego, że żona cię zostawiła, skoro jesteś tak bystry, że nie ufasz kobiecemu sprytowi.

Leszek nie odpowiedział.

- Przepraszam - skorygowała się szybko Lona. - Nie chciałam cię urazić. Nie wykorzystałeś pijanej dziewczyny. Jesteś naprawdę porządnym facetem. Dinozaurem naszych czasów. - Spojrzała na jego minę. - To znaczy, no... nie o wiek chodzi, tylko o dżentelmeństwo, którego dziś już nie ma. Wiesz, o co idzie. Nie patrz tak! To twoja żona jest idiotką.

Zdezorientowana mina Leszka przepoczwarzyła się w marszczące się brwi - głębokie, nierówne linie, które Lonie wydały się niemożliwe do wygładzenia nawet botoksem.

- Nigdy tak o niej nie mów - powiedział, wyraźnie akcentując każdą głoskę. - Nigdy.

Lona nie odpowiedziała. Otworzyła brązową torebkę, przesunęła zawartość w jeden kąt i rozsunęła ukrytą przegródkę. Wyjęła z niej znalezisko od Pandera.

- Tadam!

Laptop Leszka wciąż miał napęd na płyty, więc nie było problemu z uruchomieniem zawartości. Problem pojawił się dopiero wtedy, gdy na ekranie wyświetlił się komunikat: PODAJ HASŁO.

Lona zaklęła pod nosem.

- Chyba jednak miałeś rację: dalej nie ruszymy. Jakie hasło?

Kliknął znak zapytania umieszczony pod polem do wpisywania czarnych kropek, które miały ukrywać klucz dostępu. Podpowiedź zasugerowała dziewięć znaków. Podrapał się po policzku, następnie poruszył palcami obu rąk i wpisał: DISCOPOLO.

Hasło było błędne.

Spróbował jeszcze bardziej szaleńczego ciągu: PANDER123.

Znowu pudło. Napis pod oknem hasła informował, że pozostała już tylko jedna próba.

- Nie rozpędzaj się tak, bo zablokujemy - ostrzegła Lona.

Przejęła rysik i kliknęła jeszcze raz w znak zapytania.

PODPOWIEDŹ: NOWYSINGTONI

Wygięła splecione dłonie w łuk i zagwizdała.

- Bingo.

- Jakie bingo? Wiesz, czym jest singtoni i dlaczego nowy?

- Nowy sing to nowy singiel Pandera. Przebąkiwał ostatnio, że nagrał świeżynkę i zaznaczył, żebyśmy nie wyjeżdżali na wakacje na początku lipca, bo dogadał kręcenie teledysku. A Toni... no wiesz, kim jest Toni, nie muszę tłumaczyć.

Wszyscy w Siedlcach czy w Warszawie wiedzieli, kto był ojcem chrzestnym muzyki disco polo w Polsce. Mentor wielu młodych grajków marzących o wielkich karierach na jeszcze większych scenach. Szef wytwórni, która prowadziła zarówno Pandera, jak i Stanisława.

Antonio Russo, którego wszyscy zwali Toni.

Lona powróciła do towarzystwa koca.

- No, to wszystko wiadomo. O dziewiątej powinniśmy go złapać w biurze na Piłsudskiego. Tam się wszystkiego dowiemy. Mam skitraną w aucie jeszcze jedną butelkę dobroci dziadka, więc nie pójdziemy z gołą ręką. Komu jak komu, ale jemu prezent się spodoba. - Ziewnęła i ułożyła się wygodniej. - Idę spać. Obudź mnie o ósmej trzydzieści i nie waż się wcześniej.

***

Biuro Toniego przypominało bardziej pokój przyjęć agenta ubezpieczeniowego niż gabinet prezesa wytwórni muzycznej. Leszek spodziewał się stylu zbliżonego do mieszkania Pandera, oblepionego plakatami, dyplomami uznania i fotografiami z imprez pod patronatem Atrani Records. Tymczasem Toni sprawiał wrażenie człowieka surowego nie tylko pod względem rysów twarzy, jakby wyciętych nożem do pizzy, ale także pod względem ubioru: czarnych, flanelowych spodni i białej koszuli zapiętej pod samą szyję. Surowość biła również z jego spojrzenia - dwóch błękitów przebijających się znad okularów do czytania.

Przyjął ich z uprzejmym uśmiechem. Podziękował za prezent, z przykrością zaznaczając, że nie pija wina, ale z chęcią przekaże butelkę przyjaciołom, którzy wydadzą werdykt w jego imieniu.

- Leszek Major - przedstawił się towarzysz Lony.

- Kojarzę. Mam waszą telewizję, oglądam - odparł Toni. - Miło poznać. Proszę siadać. - Wskazał dwa fotele przed biurkiem. - W czym mogę pomóc?

Uzgodnili wcześniej, że to Lona poprowadzi rozmowę. Znała Włocha lepiej. Wiedziała, że gdyby zaczęli od pytania o nową piosenkę Pandera, Toni natychmiast porzuciłby przyjazny ton i wyrzucił ich za drzwi. Zaczęła więc spokojnie, od wyjaśnienia, że współpracuje z Leszkiem, który przygotowuje materiał o tragicznie zmarłym Panderze i zbiera wypowiedzi jego bliskich.

Leszek miał już przygotowany dyktafon w telefonie, ale Toni zastrzegł, że owszem, chętnie pomoże, jednak bez nagrywania. Na dźwięk kliknięcia rec

Rozdział 7

Wszystko, co zamknięto, da się otworzyć.

Podszedł do drzwi wejściowych mieszkania numer jedenaście. Obmacał kieszenie w poszukiwaniu kluczy, gdy korytarzem przeszedł chłopak z psem na smyczy. Znalazł ten właściwy, ale nie magiczny, o nie. Magia to tworzenie z niczego, a ten fant powstał z twardej, metalicznej materii.

Kiedy przyszedł tutaj po raz pierwszy, zdołał ocenić zamek wejściowy. Skorzystał z nieobecności lokatora i włożył na próbę kilka kluczy. Dopasował taki, który dało się wsunąć do połowy. Wystarczyło.

Przed drugim podejściem wziął ten sam trafiony klucz. Tuż za ostatnim ząbkiem obwiązał go kilkukrotnie zwyczajną gumką recepturką, tak, aby nie zahaczyć o płasko ścięty pin. Dzięki temu klucz nie wchodził zbyt głęboko, a jednocześnie pracował z elastycznością konieczną do delikatnego odbicia. Wystarczyło lekkie podbicie nasady rączką śrubokręta, by zapadki w bębenku stały się bardziej skore do współpracy.

W środku mieszkało tylko milczenie. Nawet żaden zegar nie chciał tykać. Zamknął drzwi od środka i, nie zapalając światła, skierował się ku otwartym drzwiom pokoju. Jak się okazało, niezamknięty był także balkon. Wyjrzał przez okno i dostrzegł policyjny samochód. Wiedział, że nikt go nie zauważy, więc przesunął coś w doniczce przypominającej kaktus i oparł się o parapet niczym wścibska sąsiadka na etacie monitoringu. Zaczął obserwować.

Dwoje ludzi rozmawiało z policjantem przy otwartych drzwiach auta. Dziewczyna gestykulowała gwałtownie, jak to dziewczyna. Mężczyzna stał nieruchomo, tylko od czasu do czasu wskazujący podbródkiem na teren z tej czy z drugiej strony.

Gość mieszkania odwrócił wzrok. W świetle latarni zauważył rozgardiasz na łóżku: rozrzucone płyty, komputer w stanie uśpienia, który jednak nadal mruczał z niezadowolenia niczym głodny, lecz zbyt leniwy kot.

Sprytni. Mieli talent.

Talent. Aleks też go posiadał.

Bez niego nie zostałby nielegałem.

Zrobili to, co trzeba. Wszystko zdawało się iść zgodnie z planem, dopóki Aleks nie dostrzegł zmiany w konfiguracji rozmówców przy radiowozie. Jeden z funkcjonariuszy wszedł do budynku wraz z dziewczyną.

"Dobrze, pora pokazać tę swoją smykałkę". Wyciągnął zza paska Bezszumnego. Wszyscy w Czternastym pukali się w czoło, że nadal używa tego reliktu, ale Aleks nie dawał się przekabacić. Kompaktowy kształt, przyjemny w dotyku jak zabawka dla dziecka, zapewniał wygodę zarówno noszenia, jak i używania. Dzięki tylnej części tłumika - zamocowanej na stałe w pistolecie - przednią część można było dokręcić z zamkniętymi, bądź tak jak teraz, zasłoniętymi ciemnością oczyma. Nie obawiał się hałasu. Subsoniczne naboje działały ciszej niż prędkość dźwięku.

Ukrył się za szafą od strony okna i czekał z gotową bronią.

Usłyszał chrzęst otwieranego zamka. Nikt jednak nie wszedł do środka. Drzwi zostały tylko otwarte, ale dało się usłyszeć przytłumiony głos policjanta:

- Zamek nie wygląda na sforsowany.

- Na pewno ktoś próbował się tu dostać! - krzyknęła dziewczyna.

- Może ten ktoś, tak jak pani, miał klucze?

- Nie wiem.

- Dlaczego zatem zakłada pani, że ktoś próbował się włamać?

- Słychać było majstrowanie przy drzwiach!

Nawet stąd Aleks usłyszał chrząknięcie policjanta.

- Sprawdzę w środku. Proszę zaczekać.

Kroki odbiły się od podłogi.

Funkcjonariusz zaczął od łazienki, później przeszedł do kuchni. Pokój Pandera zostawił sobie na koniec. Nacisnął stopą na próg, który głośno zatrzeszczał i spojrzał wprost na okno. Podszedł bliżej o dwa, trzy kroki. Obrócił się lekko w kierunku komputera. Nie wydawał dźwięków, ale Aleks wychwycił to znajome przeciążenie pod czaszką dobrodusznego stróża prawa, który właśnie układał sobie w głowie teorię o wariatce w czarnym kucyku. Wariatce, która ubzdurała sobie napaść na mieszkanie. Napaść, której nikt nie widział ani nie słyszał.

Z subtelnością słonia w składzie porcelany przeniósł swe kroki z powrotem ku korytarzowi.

- Czysto. Wracamy.

Dziewczyna próbowała bronić swoich racji, ale Aleks już tego nie słyszał, odgrodzony zamkniętymi drzwiami. Przestępczość zawsze była odwrotnie proporcjonalna do zaradności policjanta.

Rozkręcił Makarowa i schował.

"Przyjdzie na ciebie czas".

Odczekał dwie minuty, nim wyjrzał przez okno. Dwoje ludzi wsiadło do samochodu, który ruszył z impetem przed siebie. "Do zobaczenia".

Spoczął przy rozgardiaszu. Włączył latarkę w telefonie, aby przyjrzeć się płytom. Wziął kilka do ręki, obejrzał z obu stron, po czym rzucił z powrotem na łóżko. Nic ciekawego. Wcisnął przycisk na obudowie, aby wyłączyć światło. Otworzył aplikację z białym dymkiem komiksowym na niebieskim tle. Nie znał komunikatora lepiej chroniącego przesył danych niż Signal. Dzięki specjalnemu szyfrowaniu E2EE nikt - ani haker, ani służby specjalne, ani nawet patriarcha Moskwy - nie mógł odczytać żadnej wiadomości, nawet po przechwyceniu. Mógł to zrobić jedynie odbiorca, posiadający prywatny klucz ze swojego urządzenia.

Ksenia przysłała zdjęcie. Wraz z Igorem zajadali się lodami, zapewne czekoladowymi. Chłopiec zostawił na pyzatej buźce brązowawe ścieżki, które spływały ku jego pełnemu, jeszcze zazębionemu uśmiechowi.

Śmiał się, błyszcząc, choć połowę deseru miał już w brzuchu. Aleks odesłał w odpowiedzi serduszko i krótką wiadomość, że odezwie się jutro. Dodał jeszcze życzenia spokojnej nocy.

Igor i Ksenia. Ksenia i Igor.

Do daczy w rublówce mogli pojechać razem, ponieważ żona kandydata również przechodziła szkolenie. Wraz z nimi mieszkało trzech instruktorów. Miało to swoje zalety - dzięki temu szkolenie mogło odbywać się bez przerw, przez całą dobę. Igor był jeszcze zbyt mały, by uczestniczyć, ale nawet gdyby dorósł, nie podjąłby się tego kursu. Miał inne zadania, choć jeszcze o tym nie wiedział. Ni zdjęcie, ni rzeczywistość tego nie zdradzały, ale te dzisiejsze lody były tylko fragmentem przepustki, którą Natasza wykorzystała, by zobaczyć synka. W pozostałym czasie Igor pozostawał pod opieką ludzi z Centrali.

Dzieci zawsze są najpewniejszymi zakładnikami.

Pora robić swoje. Im szybciej się z tym upora, tym szybciej zjedzą wspólnie lody czekoladowe. Schował więc telefon do kieszeni i wyjął drugi - tańszy, zakupiony w sklepie z elektroniką w siedleckiej galerii. W holu przybytku konsumpcji znalazł konesera niewytrawnych trunków, który za pięćdziesiąt złotych zgodził się zarejestrować komórkę na swoje dane.

Sprzęt uruchomił się po chwili. Aleks wklepał numer i spróbował się połączyć. Zrezygnował po odczekaniu pięciu sygnałów. "Zaczekam", pomyślał. "Może jeszcze rozmawia z tymi durakami z policji".

Galeria Siedlce przywołała wspomnienia z czasów szkolenia; dni nafaszerowanych intensywnością, ale dzięki obecności bliskich łatwych do przetrwania. Już od pierwszego dnia musiał obcować nie tylko z językiem, ale również z nową codziennością. Ubierał się w koszulki z polskimi napisami. Na obiad do obrzydzenia jadał bigos, flaki i schaboszczaki. Oglądał, a później czytał Potop - w tej właśnie kolejności, bo tak robią ci Polacy, którzy chcą zagłębić się w bogatą twórczość Sienkiewicza. Słuchał też muzyki - najczulej łaskotała mu bębenki piosenka Niech żyje wolność grupy Boys.

Matka miała syna, syna jedynego.

"I nadal go ma".

Po roku zdał egzamin przed komisją. Dwa miesiące później Nataszą i Igorem zaopiekowali się ludzie z Centrali, on zaś, z dokumentami na nowe nazwisko, szykował się do wyjazdu. Imię radzono mu pozostawić, by w razie kontroli nie wsypał go automatyczny odruch. Data urodzenia również pozostała bez zmian. Nielegał nigdy nie kłamał, co najwyżej nie mówił całej prawdy.

Po ostatnim przeszkoleniu zabrał się z przewożącym dokumenty kurierem do Finlandii, potem do Tallinna, a stamtąd już do Polski: najpierw Kraków, później Bydgoszcz, Siedlce, Konin, Mrągowo, Kołobrzeg, a na końcu znów Siedlce.

"Misja już prawie zakończona. Jeszcze tylko kilka kroków... Pora wreszcie postawić następny".

Zadzwonił raz jeszcze. Tym razem odebrał po trzecim sygnale. Aleks nie bał się rozpoznania głosu. Nawet ten prosty telefon z Androidem pozwalał na zainstalowanie aplikacji zmieniającej głos i tłumiącej wszelkie ślady.

- Tak, słucham? - odezwał się głos w słuchawce.

Poznał go podczas przygotowań do wyjazdu do Siedlec, kiedy musiał zapoznać się z realiami miasta.

- Słuchaj... słuchaj uważnie - powiedział Aleks. - Słuchaj, bo nie będę mówił dwa razy. Jeśli jest przy tobie policja, nie szkodzi. Nie mają szans mnie wychwycić, więc niech nawet nie próbują. Gdy tylko znajdziesz złoto, zadzwoń pod ten numer. Ja będę czekał. Czas - pojutrze wieczorem. Jeżeli nie zadzwonisz, twoja niby już była, ale wciąż obecna, zdechnie razem z waszym bachorem.