Rozdział 2
Zaczyna się od dźwięków i na nich się kończy.
Krzyki, wrzaski, uderzenia, płacz.
Szklanki rozbijane o ścianę.
Meble przewracane na ziemię i rzucane po pokoju.
Kopanie w drzwi, również do naszego pokoju.
Mocno przytulam młodszego brata. Zakrywam mu uszy, aby nie musiał tego wszystkiego słyszeć. Ale jego oczy błyszczą z przerażenia. Jego oddech ma metaliczny zapach. Ugryzł się w policzek.
Słychać trzaskanie drzwiami. Schodzenie po schodach. Cisza.
W końcu zapada cisza.
Krew dudni mi w uszach. Oddech mojego brata jest szybki.
Z ulicy dochodzą nas dźwięki. Przejeżdżający autobus. Przechodzący ludzie, którzy ze sobą rozmawiają. Śmieją się. Odgłos karetki w oddali.
Ale w naszym mieszkaniu jest całkiem cicho. Wstrzymuję oddech i wytężam słuch.
Gdzieś w budynku skrzypi podłoga. Ktoś słucha muzyki. Gra na gitarze. Ale z salonu i kuchni... nie dobiega najmniejszy dźwięk.
Umarła? Czy tym razem ją zabił?
W końcu ktoś się porusza, dysząc. Ciągnie się po podłodze. Powoli się do nas zbliża. Słyszymy, jak opiera się dłońmi o drzwi, żeby się podnieść.
- Walizki - szepcze ktoś ochryple zza zamkniętych drzwi. Nie brzmi jak głos mamy.
Klamka porusza się w dół - a potem w górę. Czy to on chce nas oszukać, żebyśmy otworzyli mu drzwi? Nie. Nikt poza mamą nie wie, że przygotowałam dla nas dwie walizki. Wpadłam na ten pomysł, czytając książkę o kobiecie, która przez całe życie miała spakowaną walizkę. Chciała być gotowa do wyjazdu, kiedy będzie miała wszystkiego dość.
Dla nas ten dzień właśnie nadszedł.
Zeskakujemy z łóżka i otwieramy drzwi. Mama niemal wpada do pokoju. Jej twarz i ubranie są pokryte krwią. Ma spuchnięte usta. Jedno oko jest zamknięte. Na całym jej ciele widać zadrapania i rozcięcia. Mój brat wstrzymuje oddech i zaczyna płakać.
- Nie jest tak źle, jak to wygląda - szepcze mama i głaszcze go po policzku.
Wyciągam walizki z szafy. Nie dalej jak wczoraj wymieniłam część ubrań. Jesteśmy gotowi.
Zbiegamy w dół tylnymi schodami. Na podwórze. Bagaże na tylne siedzenie. Dłonie mamy drżą tak mocno, że muszę pomóc jej włożyć klucz do stacyjki.
Najpierw auto nie chce ruszyć.
Potem mama nie może wrzucić wstecznego biegu.
W końcu jej się udaje. Gwałtownie rusza do tyłu i w coś uderza. Mój brat krzyczy.
- Cii - uciszam go. To go uspokaja.
- To tylko kosz na śmieci - mówię. - Nic się nie stało.
Mama zawraca samochód i wyjeżdża na podjazd. Reflektory oświetlają drogę przed nami.
W tym samym momencie widzimy go idącego po chodniku. Chwieje się. Zatacza.
- Zablokujcie drzwi - szepcze mama.
To stary samochód. Nie ma w nim centralnego zamka.
Rygluję drzwi z przodu, a mój brat - z tyłu.
- Schylcie się - mówi szeptem mama.