Pogoń - Pod przykrywką - Anne-Marie Donslund

Kup ebooka

7.99 zł
6.39 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

- Wiesz już, jak chcesz się nazywać? - pyta mama.

Odrywam wzrok od tabloidu i spoglądam w lustro. Prawie wszystkie moje włosy są pokryte folią aluminiową. Unosi się od nich ostry zapach.

- Mm - odpowiadam. Nie oznacza to ani "tak", ani "nie". Bo dlaczego w ogóle musimy się przeprowadzać? Przecież jest nam tu dobrze. Otaczają nas mili ludzie, którzy się nami opiekują. I ochroniarze przy drzwiach.

Oczy mamy napotykają moje. Zanurza pędzel w kubku i, jeden za drugim, pokrywa farbą kosmyki moich włosów. Następnie nakłada na nie folię i sięga po kolejny pukiel. Jej dłonie lekko drżą, ale nie tak mocno, jak kiedyś. Jej złamany palec już się zagoił. Blizny na ramionach zmieniły się w białe paski.

- Christian Eriksen! - wykrzykuje mój młodszy brat. Siedzi na krześle obok mnie z ręcznikiem na głowie. Na pożyczonym iPadzie ogląda piłkę nożną.

- Przecież dziewczynki nie mogą mieć na imię Christian - stwierdza mama.

- To ja chcę się nazywać Christian Eriksen - odpowiada brat.

- To piłkarz. - Wskazuję palcem na zdjęcie w gazecie. Prawdziwy Christian Eriksen jest na balu w zamku z kobietą w długiej, białej sukni. Na jej ramieniu widać tatuaż. Może mama mogłaby sobie taki zrobić, żeby zakryć nim blizny?

Z ust mamy wydobywa się dźwięk przypominający śmiech.

- Aha! A ja myślałam, że to imię na cześć duńskiego księcia Christiana. Wtedy ty mogłabyś się nazywać Isabella - mówi mama, ściskając mi ramię i uśmiechając się. To smutny uśmiech, ale od dawna na jej twarzy nie widzieliśmy podobnego.

- To wtedy ty mogłabyś być Mary, jak księżna, ha, ha - mówię.

- Mary - powtarza mama i milknie. Tym razem się nie śmieje.

Folia w moich włosach szeleści. Z korytarza dobiega nas odgłos płaczu. Mama unosi głowę, przysłuchując mu się. Po chwili moczy pędzel i dalej farbuje moje włosy.

Mój wzrok wędruje po pomieszczeniu. Zrobiło się tu ładnie. Jak w prawdziwym salonie fryzjerskim. Pozostali mieszkańcy są z niego zadowoleni. Personel również. Wszyscy chcą, aby mama obcięła im włosy.

- Albo Marianne - odzywa się w końcu mama. - Zawsze podobało mi się to imię.

- Marianne Eriksen - mówię.

- Eriksen?

- Jeśli on ma się nazywać Christian Eriksen, to my musimy nosić to samo nazwisko - stwierdzam, wskazując palcem na młodszego brata.

- Dzień dobry. Jesteśmy rodziną Eriksen - mówi mama, podając dłoń niewidzialnej postaci. - Marianne Eriksen, Isabella Eriksen i Christian Eriksen.

Rozdział 2

Zaczyna się od dźwięków i na nich się kończy.

Krzyki, wrzaski, uderzenia, płacz.

Szklanki rozbijane o ścianę.

Meble przewracane na ziemię i rzucane po pokoju.

Kopanie w drzwi, również do naszego pokoju.

Mocno przytulam młodszego brata. Zakrywam mu uszy, aby nie musiał tego wszystkiego słyszeć. Ale jego oczy błyszczą z przerażenia. Jego oddech ma metaliczny zapach. Ugryzł się w policzek.

Słychać trzaskanie drzwiami. Schodzenie po schodach. Cisza.

W końcu zapada cisza.

Krew dudni mi w uszach. Oddech mojego brata jest szybki.

Z ulicy dochodzą nas dźwięki. Przejeżdżający autobus. Przechodzący ludzie, którzy ze sobą rozmawiają. Śmieją się. Odgłos karetki w oddali.

Ale w naszym mieszkaniu jest całkiem cicho. Wstrzymuję oddech i wytężam słuch.

Gdzieś w budynku skrzypi podłoga. Ktoś słucha muzyki. Gra na gitarze. Ale z salonu i kuchni... nie dobiega najmniejszy dźwięk.

Umarła? Czy tym razem ją zabił?

W końcu ktoś się porusza, dysząc. Ciągnie się po podłodze. Powoli się do nas zbliża. Słyszymy, jak opiera się dłońmi o drzwi, żeby się podnieść.

- Walizki - szepcze ktoś ochryple zza zamkniętych drzwi. Nie brzmi jak głos mamy.

Klamka porusza się w dół - a potem w górę. Czy to on chce nas oszukać, żebyśmy otworzyli mu drzwi? Nie. Nikt poza mamą nie wie, że przygotowałam dla nas dwie walizki. Wpadłam na ten pomysł, czytając książkę o kobiecie, która przez całe życie miała spakowaną walizkę. Chciała być gotowa do wyjazdu, kiedy będzie miała wszystkiego dość.

Dla nas ten dzień właśnie nadszedł.

Zeskakujemy z łóżka i otwieramy drzwi. Mama niemal wpada do pokoju. Jej twarz i ubranie są pokryte krwią. Ma spuchnięte usta. Jedno oko jest zamknięte. Na całym jej ciele widać zadrapania i rozcięcia. Mój brat wstrzymuje oddech i zaczyna płakać.

- Nie jest tak źle, jak to wygląda - szepcze mama i głaszcze go po policzku.

Wyciągam walizki z szafy. Nie dalej jak wczoraj wymieniłam część ubrań. Jesteśmy gotowi.

Zbiegamy w dół tylnymi schodami. Na podwórze. Bagaże na tylne siedzenie. Dłonie mamy drżą tak mocno, że muszę pomóc jej włożyć klucz do stacyjki.

Najpierw auto nie chce ruszyć.

Potem mama nie może wrzucić wstecznego biegu.

W końcu jej się udaje. Gwałtownie rusza do tyłu i w coś uderza. Mój brat krzyczy.

- Cii - uciszam go. To go uspokaja.

- To tylko kosz na śmieci - mówię. - Nic się nie stało.

Mama zawraca samochód i wyjeżdża na podjazd. Reflektory oświetlają drogę przed nami.

W tym samym momencie widzimy go idącego po chodniku. Chwieje się. Zatacza.

- Zablokujcie drzwi - szepcze mama.

To stary samochód. Nie ma w nim centralnego zamka.

Rygluję drzwi z przodu, a mój brat - z tyłu.

- Schylcie się - mówi szeptem mama.