To spore uproszczenie, a jednak typowy dzień kobiety naprawdę oznacza wiele emocji, niekiedy skrajnych. Przyzwyczaiłam się już do tego, że nie zawsze są one rozumiane przez innych. Niekiedy w chwilach, gdy walił mi się świat, zdarzało mi się słyszeć, żebym "nie przesadzała" albo że "nic się nie stało". Z perspektywy innych osób moje przeżycia mogły wydawać się niezrozumiałe. Między wierszami odczytywałam wtedy komunikat wsączający się niczym trucizna powoli w moje myślenie o sobie: nie masz prawa tak
czuć. Nie bez powodu uważa się przecież część emocji za pozytywne, a inne za negatywne, czyli takie, którymi niechętnie dzielimy się ze światem. Płakać należy dyskretnie, a złość okazywać jedynie cichym liczeniem do dziesięciu, by nie wybuchnąć... Musiało minąć dużo czasu, zanim odkryłam, że właściwym pytaniem nie jest: "Czy mam prawo odczuwać w jakiejś chwili konkretne emocje?", ale raczej: "Co mam z nimi zrobić?". Zamiast zastanawiać się, czy wypada się złościć albo czy to nie jest głupie, że odczuwam lęk w sytuacji, która innych nie stresuje, powinnam przyjąć, że z jakichś powodów taka właśnie jestem i tak reaguję, a swoją energię spożytkować na to, by zobaczyć, co w tej chwili mogę z tym zrobić.
"Nie powinnam tak czuć" to słowa wypowiadane przez wiele kobiet przekonanych, że panowanie nad emocjami jest oznaką ich wyciszenia i że wystarczy wytłumaczyć sobie racjonalnie pewne sprawy, by opanować towarzyszące im uczucia. Próbowałaś kiedykolwiek wejść w negocjacje z garnkiem, w którym gotuje się makaron? Jeśli w przeciwieństwie do mnie nie doświadczasz na co dzień kuchennych katastrof wynikających z robienia piętnastu rzeczy naraz, tym razem spróbuj. Nalej do garnka dużo wody, wsyp sporo makaronu, przykryj pokrywką i nastaw na bardzo duży ogień. Gdy woda zacznie się gotować i pienić - nie, nie zmniejszaj gazu. Dociśnij pokrywkę - mocno. Mocniej! Pomaga?...
Jeśli kiedykolwiek gotowałaś się w sobie, doświadczając nie tylko ogromnej siły emocji, ale też poczucia winy wynikającego z samego faktu ich odczuwania, zapraszam cię w podróż po świecie, który każda z nas może dla siebie oswoić, do wędrówki w głąb siebie bez oceniania tego, co w tym czasie zobaczysz. Liczę, że wspólnie uda nam się odkryć, co kryje się w świecie kobiecych uczuć, i pojąć, że nie muszą być one zbędnym bagażem niesionym przez życie, lecz mogą być źródłem naszej siły. Mam również nadzieję, że wchodząc na drogę odkrywania tego, kim naprawdę jesteśmy i co wypełnia nasze serce, będziemy w stanie podejmować coraz lepsze decyzje dotyczące naszego życia i odważnie odpowiadać na zaproszenia, jakie kieruje do nas Bóg. Te zaproszenia zazwyczaj opatrzone są napisem "niespodzianka", Nadawca dodaje tam jednak drobnym druczkiem, że to właśnie takie przeżyte wspólnie z Nim przygody składają się na to, czego każdy z nas szuka - na prawdziwe szczęście i poczucie spełnienia.
Nie ruszamy w tę podróż same. Chciałabym, aby towarzyszył nam jeden z moich ulubionych świętych - Inigo, czyli Ignacy z Loyoli, urodzony w 1491 roku dzielny rycerz, którego celem była najpierw oszałamiająca kariera na dworze wicekróla Nawarry. Spragniony sławy i wielkości, oddawał się zarówno ćwiczeniom rycerskim, jak i dworskim rozrywkom. Nawrócenie przyszło w dwudziestym szóstym roku życia, a Pan Bóg musiał wtedy dosłownie zatrzymać Ignacego, rozpędzonego na co dzień i pchanego wielkimi pragnieniami, jakie miał w sercu. Unieruchomiony w czasie rekonwalescencji z powodu ran odniesionych w walce o Pampelunę, Ignacy spędzał czas na lekturze. Czytając Pismo Święte i żywoty świętych, stopniowo zaczynał odczuwać, że przedmiot jego pragnień się zmienia. Nadal pragnął rzeczy wielkich, pragnął też służby - jednak już nie u wicekróla Nawarry, ale u Kogoś znacznie większego. Zapragnął służyć pod sztandarem Jezusa. Nie pociągało go do tego, jak dawniej, pragnienie sławy i rozgłosu, lecz odkrycie ogromnej Miłości. I choć ten zdecydowany i konkretny Bask na pierwszy rzut oka wydawał się kimś na kształt Bożego komandosa, wcale nie stosował się do zasady "chłopaki nie płaczą". Pod koniec życia modlitwa poruszała go tak bardzo, że lekarz wręcz zakazywał mu płakać z obawy o utratę wzroku!
Jeśli chodzi o świat uczuć, Ignacy nie jest więc jedynie teoretykiem, lecz także praktykiem. Dzięki temu może nam podpowiedzieć, w jaki sposób przeżywać codzienność, w której przeplatają się ze sobą radości i smutki, a pogoda (ducha) okazuje się bardzo zmienna. Dla niego uczucia nie są jedynie niewygodnym bagażem, który musimy dźwigać przez życie albo ciągnąć za sobą jak kulę u nogi. W uczucia warto się wsłuchać, bo pokazują nam, co się w nas kryje. Pokazują prawdę. Przemawiają przez nie nasze pragnienia i potrzeby, nawet te, które próbujemy w racjonalny sposób zamknąć w klatce nakazów, powinności i mądrych słów. Towarzyszą nam również w przeżywaniu relacji z Bogiem, w której, jak łatwo możemy zauważyć, radość bycia blisko Niego przeplata się ze smutkiem spowodowanym przeciwnościami i własnymi słabościami.
Opisując to, co dzieje się w naszym życiu duchowym, św. Ignacy wyróżnił dwa stany, w których możemy się znajdować - duchowe pocieszenie oraz strapienie. Stan pocieszenia to okres doświadczania Bożej obecności. Modlitwa przychodzi nam wtedy z łatwością, a wszystkie trudności wydają się niewiele znaczącymi drobiazgami. W stanie strapienia jest zupełnie odwrotnie - mamy wrażenie oddalenia od Boga, czujemy się atakowani przez pokusy, a modlitwa to ostatnia rzecz, na jaką mamy ochotę. Brzmi znajomo?
Jeśli do tych dwóch stanów dodamy bogactwo kobiecej emocjonalności, trudno się dziwić, że zdarza nam się śmiać i płakać jednocześnie albo że nie wiemy do końca, czego chcemy, ale chcemy mieć to dokładnie teraz. Poniższe rozważania są jedynie nawiązaniem do pewnych elementów duchowości ignacjańskiej oraz nieśmiałą próbą podzielenia się z tobą tym, co niekiedy dzieje się w moim sercu. A w moim sercu czasem świeci słońce, dzięki czemu rozkwitam - jak kwiaty w maju. Niekiedy przetaczają się nad nim huragany i śnieżyce, by zaraz później zagrozić powodzią spowodowaną niepohamowanym płaczem. W tej pogodzie i niepogodzie jedno jest stałe - Boże zaproszenie, by wszystko przeżywać razem z Nim, a przez to wzrastać niezależnie od okoliczności.