Rozdział 10
Kilka dni. Kilka dni, które miały być początkiem nowego życia, spokoju i powrotu do normalności po tym nieszczęsnym epizodzie, jakim była obecność Andrei w jego życiu. Czemuż więc były dniem koszmarów?
Pierwszego dnia nic nie zapowiadało rozpaczy, kolejnego też nic się nie zdarzyło, ale już trzeciego po prostu nie mógł znieść. W sumie było jak dawniej, siedział w swoim pokoju i czasem ktoś do niego wpadał, ale o ile wcześniej Carlos Santa Maria cieszył się z tych wizyt i ich wypatrywał, to teraz marzył, aby jak najszybciej się kończyły. Męczyli go i nudzili ci wszyscy ludzie, a oni skrzętnie korzystali ze złego humoru właściciela domu. Nie wiedział, co mu dolega, w nocy nie sypiał, leżał tylko z otwartymi oczami, wpatrując się w sufit. Po tym, jak potargał notes, zarzucił pisanie, nie miał na nic ochoty, stracił apetyt i nic go nie cieszyło.
- Co się ze mną stało? - rozmyślał, patrząc przez okno. - Dlaczego nie mogę być taki, jaki byłem dawniej? Tak bardzo chciałbym...Sam nie wiem, co...Czegoś mi brakuje, ale czego? Chciałbym...chciałbym pójść do ogrodu, spojrzeć na słońce, porozmawiać o czymś interesującym, podzielić się uczuciami, dniem...Usłyszeć... O Boże...Usłyszeć twój głos, Andreo...
Ona go broniła. Dbała. Troszczyła się z takim ciepłem w oczach! Jak błyskawica przemknęły mu w mózgu zdarzenia tego feralnego dnia, gdy ją wyrzucił. Postawiła się jego żonie, pytała, dlaczego porzucili go samotnego w pokoju, zamiast nadal traktować jak normalnego człowieka, którym w końcu był! A jego oskarżenia? Dlaczego tak zareagował? Czy nieco nie przesadził? Czy czasem się po prostu nie pomylił? Czy nie skrzywdził niewinnej dziewczyny?
Nagle zrozumiał. Czuł się wtedy taki oszukany, bo mu na niej zależało! Jego reakcja była tak gwałtowna, bo tak bardzo się z nią związał, tak bardzo...co? Nie umiał - i może jeszcze nie chciał - nazwać tego uczucia, ale wiedział, że być może popełnił najstraszliwszy błąd w życiu.
- Viviana! Felipe! Sonya! Clara! Ktokolwiek! - jego krzyk rozniósł się po całym domu. Chciał krzyczeć, wrzeszczeć, wołać, by jak najszybciej ktoś przyszedł i pomógł mu naprawić to zło.
Viviana wbiegła pierwsza, za nią Felipe i Sonya, wszyscy liczyli, że Carlos umiera. On jednak był w dobrym zdrowiu, ale po prostu zrozpaczony, znów płakał, ale tym razem nad Andreą i nad swoją głupotą.
- Znajdźcie ją! Znajdźcie ją natychmiast i przyprowadźcie! Muszę z nią porozmawiać, muszę!
- Ale kogo? - Felipe patrzył zdegustowany na zdenerwowanego brata.
- Andreę! Ona musi tu wrócić! Po prostu musi!
- Musi? - odezwała się Viviana. - Czemu ci na tym tak zależy?
- Bo wszyscy mieliście rację! Ona jest niewinna! Muszę ją przeprosić, muszę!
- Zachowujesz się nieco dziwnie, tato - wtrąciła się Sonya. - Przecież to tylko służąca. Podejrzewałeś ją o próbę zabójstwa, a teraz chcesz ją tu z powrotem?
- Byłem idiotą! Felipe, ty ją przyjąłeś, na pewno wiesz, gdzie można ją znaleźć. Pomóż mi, bracie.
- Niestety, nie zostawiła adresu. Nie chciała mieć z nami nic wspólnego.
Darmowy fragment