Poezje TOM I - Maria Konopnicka

Kup ebooka

12.50 zł
10.25 zł (9,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Za ostatnim poetą zamknęła się brama. Trudno się skarżyć; cześć im oddali ziomkowie. Charmides, z wieńcem lauru na wzniesionej głowie I w płaszczu purpurowym, wyglądał, jak drama Z wlokącym się poza nią długim epilogiem. Menander takoż w wieńcu, który mu na czoło Dali ateńscy męże, piał pieśnię wesołą, Jakby mu Dyonizos bratem był - nie bogiem; A wiedząc, że się sława rychło zmienia w marę, Niósł z niedbalstwem wspaniałem pełną wina czarę, By pić zdrowie ojczyzny - za ojczyzny progiem. Eutydem niósł lirę, brząkając w nią z cicha, A pierś jego wezbrana, co smutkiem oddycha, Tak pełna jest tęsknoty - i łez - i zadumy, Że za każdem ust tchnieniem unoszą się tłumy Mar powiewnych, przejrzystych i wiązanką płową, Jako wieniec róż bladych, lecą mu nad głową. Filebus, z olimpijskim spokojem na twarzy,

Szedł, jak mąż, który dźwiga na barkach Hezjoda; A za nim w niewidzialnej postępują straży: Kunsztowna antystrofa, rzeźbiona epoda, I orzeł Zeusowy nad głową się waży I otacza go grecki błękit i pogoda. Timeus kroczył blady, obuty w koturny, Niosąc z dzieł swych tragicznych popiołów dwie urny; A gałąź cyprysowa, owinięta kołem, Zdawała się ze zgrozy wstawać mu nad czołem. Milczał; jeśli wychodząc nie rzucał przekleństwa Na miasto obłąkane i pełne szaleństwa, To jedynie dlatego, by ziemia pobladła, Nim on przestąpi bramę, w przepaść nie zapadła. Dajmon zamykał pochód i wybuchem śmiechu Żegnał Ateny, pieśń swą przekazując echu... I zaraz też podgórza dzieliły się wiernie Spadkiem poety, rapsod skandując misternie, Coraz to przeźroczyściej, coraz ciszej... ciszej... Tak, że ostatnie dźwięki Zeus ledwo słyszy. Plato odetchnął. Odtąd poezya zdradziecka Umysłów wytrzeźwionych oczadzać nie będzie,

I żadna już od pieśni nie zadrży pierś grecka... Ostatnią lirę, w kącie rzuconą na śmiecie, Po jakimś zapomnianym włóczędze-poecie, Strzaskano, jak bezbożne, przeklęte narzędzie. Pierzchły już bezcielesne, urojone mary, Których nikt nie przykroi do rozsądnej miary; Odtąd mieszkańcy miasta, stojąc na swych progach, O tem, co rzeczywiste, radzić będą zimnie, I nikt przy jakimś grzmiącym, pełnym ułud hymnie Nie będzie roił baśni o chwale i bogach. Epos przestanie kłamać i drażnić umysły: Na wzruszenia jest wymiar ogólny i ścisły I nikt pod wpływem pieśni, omamiony słuchem, Nie będzie śnił, że leci nad światy gdzieś duchem... Ludzkość, wolna od rodu wieszczów i rapsodów, Przestanie pragnąć zdrojów żywych i ogrodów I nie będzie roiła o cudach dziwacznie I na byt swój powszedni trzeźwo baczyć zacznie. Cóż jest pieśń? - Dźwięk słów pusty, jako wiatru szelest. Poezja najpiękniejsza jeszcze prawdą nie jest, I, jako płonne zielska, po drogach zarasta... Lecz dziś wszystkie wyrwano! Poza bramy miasta Odprowadzono wieszczów z wieńcami na czole I przed poezją wrota do Aten zaparto. - Tak dumał prawodawca. - Cóżto za pacholę, Z głową wzniesioną w niebo, źrenicą rozwartą Szeroko, patrząc w błękit ten, czysty, jak fala Egejska, gdy w niej jutrznia łuny swe rozpala, Stoi w cichym zachwycie? Nad niem szumią drzewa, Ptak wędrowny skrzydłami bije i pieśń śpiewa, Olimp w mgłach gubi czoło, jak senny atleta... Echo pieśni Homera w błękitach gdzieś kona,

A wokoło powstają bohaterów cienie I ojcowie o wielkiem sercu idą smutni... Zadumanemu chłopcu pierś chwyciło drżenie; Spłonął i wyciągając młodzieńcze ramiona, Głosem czystym, jak kryształ, wołał: "Lutni... lutni..." - Jakto, wielcy bogowie! - czyż znowu poeta!?

Przedmowa

Ona mówi i śpiewa, zarówno za istoty, jak i za rzeczy, które albo nie umieją uświadamiać własnego bytu, albo są nieme. To znaczy naprzód, że wszyscy wydziedziczeni, a więc starce, wdowy, sieroty, którym głodno, chłodno, pusto i źle na świecie - wszyscy, którzy jęczą pod przemocą praw naturalnych i społecznych, pod pogardą i niemiłosierdziem możnych, gdyby mogli i umieli wypowiadać w pieśni swoją niedolę i swoje bóle, wypowiadaliby je Jej słowami. Ona jest ich skargą wobec nieba i orędowniczką wobec sytych. Zdarzało się też Jej czasem podnosić oczy pełne łez, albo nawet gniewu ku górze i pytać: Czemu tak jest? dlaczego istnieje tyle zła, tyle nędzy, tyle męki, tyle rozpaczy? Brzmiało to nieraz, jak wyrzut, i z tego powodu krytyka, ta mianowicie, która jest więcej surową, niż wyrozumiałą i dobrotliwą, zarzucała jej niejednokrotnie brak wiary i zgody z wyrokami Opatrzności. Zapominano przytem, że takie pytania stawia Bogu w imieniu nieszczęsnych - nie filozoficzny umysł, ale rozdarte serce. Zapominano, że podobnych skarg pełno jest n. p. w Starym Testamencie, i że zostały one niezmiernie uświęcone w Nowym słowami: "Panie, Panie! czemuś mnie opuścił?" - Biedota, wtłoczona w kolej nędzy i niedoli, cierpi najczęściej bez szemrania, mniemając, że to jest przyrodzona kolej rzeczy ludzkich; ale gdy serce poety odczuje ból zbiorowy, wówczas musi się skarżyć - i ta skarga nie jest niewiarą, ale raczej modlitwą. Więc poetka pyta, boleje, śpiewa i mówi - za poddasza miejskie i za chaty wieśniacze - ale głównie i szczególnie za tę polską wieś, z którą się zrosła i która Ją sobie na chwałę wykołysała. Niewola społeczna chłopska to rzecz przeszłości; to już minęło i nie wróci, ale po staremu chłop został w niewoli u ciemnoty, w zależności od gleby, od urodzaju i nieurodzaju, od wiatru, deszczu, od gradowej burzy, od braku lub dostatku pracy - został w jarzmie starości, choroby, biedy, śmierci. W tej kądzieli, z której się przędzie szara nić chłopskiego życia, więcej węzłów i paździerzy, niż gładkiego wątku, a często także rwie się ta nić w sposób okrutny i tragiczny. Więc tej doli i niedoli, temu ubóstwu, temu sieroctwu, tym komorniczym głodom, tym łzom rzęsistym, temu naturalnemu przytwierdzeniu do matki ziemi, która czasem okazuje się macochą, tej niemal mistycznej zależności od słońca, chmur, deszczów i gradów, tym nawpół świadomym siebie myślom, uczuciom, instynktom daje Konopnicka wyraz tak potężny, jakiego nikt przed Nią dać nie zdołał. W Jej poezyi tkwi dusza chłopa i bije chłopskie serce; słychać w niej dzwony wiejskie i kołatki trzód, i brzęk kos i sierpów, i rodzinną nutę śpiewów wiejskich, a słychać z taką siłą i prawdą, że wobec artystycznej doskonałości tych sielskich ech otrzymuje się takie wrażenie, jakby ktoś grał na wysokim szczycie Parnasu, na fujarce, wykręconej z polskiej wierzbiny. Ale wspomniałem, że Ona mówi nie tylko za ludzi. Jakoż ode wsi - prosta droga do natury. Tu znów poetka wkłada w nią własne serce i śpiewa za nią: za rolę żywicielkę i łany zbóż i za pachnące łąki i za mokre "niezabudki", które "kupką całą tworzyły modre oczy", jakby zdziwione, że ktoś potrafi tak za nie czuć i myśleć - i za wierzby nadwodne i za brzozy, które płaczą co rano "perłami rosy". A jest w tem ogromna szczerość - i rozległość pól, jest moc i światło, i barwa, i woń, i takie życie, taki niepojęty dar zlewania się z naturą, iż mimowoli wydaje ci się, że gdyby wiatr mógł poświstywać, a bór szumieć mową ludzką, to wiatr musiałby wiać, a las szumieć tylko Jej słowami. I w tem tkwi ogromne znaczenie poetki i pieśni. Jeden z krytyków słusznie powiedział o Konopnickiej, że umieszcza Ona swe serce w centrum wszystkiego. Innemi słowy, można rzec, że przez Nią wypowiada się ziemia i lud, który ją zamieszkuje. Zaiste, wzniosłe zadanie poety! A w ostatnich czasach nasi pieśniarze przyzwyczaili nas do czego innego. Niektórzy wystawiali na pokaz swoje nagie dusze, których nie byliśmy ciekawi, każąc nam je podziwiać, niby jako pustynie, tratowane przez dzikie i wyuzdane tabuny instynktów - ale nie było w tem ani szczerości, ani siły. Dusze były wprawdzie dość puste, lecz nie rozległe, a natomiast dzikie wrzekomo tabuny podobniejsze były do robactwa, mrowiącego się w nawozie, niż do rozkiełznanych rumaków. Inni analizowali starannie swoje myśli i uczucia, swój stosunek do świata, swe zwątpienia, swe nastroje swe wyprawy w krainę piękna, w świat refleksyi lub marzeń i tworzyli liryki częstokroć bardzo misterne, często przyodziane w formę tak wykwintną, że aż przeważającą nad treścią - więc nieco puste. "Szumny lot olbrzymich ptaków" przeszedł do wspomnień. Po większej części nie było tam nie tylko szumnego, ale żadnego lotu. "Artifex" zdarzał się znakomity - "vates" ustąpił z oblicza literatury. I z tej drobiazgowości analizy, z tych miniaturowych sposobów malowania, ze zbyt starannego doboru słów, jak kamieni do mozaiki, z tego kolekcyonerstwa podobnych do cacek uczuć, myśli i wrażeń wiało coś chłodnego i starczego. Nadewszystko zaś był niezmierny egotyzm, który poniekąd także jest cechą starości, albowiem młodość radziej zajmuje się światem zewnętrznym, niż własnemi dolegliwościami. W znacznej części taką była nowa poezya ostatnich lat - prócz tej, jeszcze nowszej, która w pogoni za jakiemś pralechickiem samobytnictwem rozsadziła i popsuła wyrobioną przez wieki uprawy formę, a spękane naczynie napełniła treścią tak mętną, że nikt nie może wyrozumieć, o co chodzi. Lecz przeważnie poeta sobek przepuszczał świat przez filtr własnego ja, tworząc sobkowską analizę i sobkowską lirykę. Uchodzi to zresztą doskonale i wzbogaca skarb powszechny, jeśli takiemu ja na nazwisko Mickiewicz, Słowacki lub Krasiński - ale gdy tak nie jest, rodzą się rzeczy zbyt błahe, jakby bezpłciowe - i pieśni malutkie, któremi "nie odetchnie pierś szeroka". Jest zaś rzeczą dziwną, a zarazem niezmiernie charakterystyczną, że z owym prądem sobkowskim nie popłynęły właśnie kobiety. Bo gdy poeci-mężczyżni wpatrywali się w siebie, jak Budda we własny pępek, one snuły dawną złotą nić takiej twórczości, która miała prawo zwać się "milion". I oto jedna tka jedwabiem, złotem i tęczą na olbrzymich krosnach prawdziwe epos, w którem połyskują zbroje husarzy i król olbrzym rzuca groźny cień na władztwo Moslemina; druga, choć niewiązaną mówi mową, życie całe poświęca służbie dla swego społeczeństwa, dla jego duszy, ku jego pokrzepieniu i wydobywa z mroków zapoznanych ludzi i zapoznane losy; trzecia unosi się, jak łabędź na ogromnych skrzydłach, nad nami, a w krzyku tego wielkiego ptaka słychać krzyk ziemi i ludu. Ziemia i lud są w Niej, a Ona w nich. I ten związek nie rozrywa się nigdy, bo jeśli ów łabędź pożegluje śnieżnemi pióry aż gdzieś na krańce ziemi, nad niezgłębione puszcze brazylijskie, to dlatego, że w tych puszczach huczy polska siekiera i płyną polskie łzy. Jeśli buja pod włoskiem niebem, to i tam na widok blasków drgających "wśród lazurowych staj", na widok tego ogromnego słońca, na widok dnia, który "nie wstaje, lecz bucha", przypomina sobie swą północną krainę i cała wzruszona mówi, jakby z żalem serdecznym:

"Ale ja z krain idę, kędy na dnia progu "Świt, We łzach cały, długo wyprasza się Bogu, "By mu patrzeć nie kazał na stary ból świata.

Choć zresztą, mimo chwil żalu, tęsknoty, a nawet goryczy, dobrze Jej w tej słonecznej krainie. Dodaje ona Jej otuchy, krzepi Ją, rozgrzewa Jej skrzydła. Łączy poetkę z Włochami Jej aryjska dusza. Odczuwa Ona tam to, co odczuwa każde dziecko łacińskiej kultury: czuje się wnuczką Italii. Rozumie, że rodzona jej matka wyssała z tamtej piersi wiarę, wiedzę, kult piękna, słowem, całą cywilizacyę. A że serce poetki bije zawsze jednem wielkiem kochaniem, że jej oczy zdolne są tylko przez owo kochanie na świat patrzeć, więc to poczucie bezpośredniego związku między duszą rodzicielki a tamtą słoneczną kulturą, tamtejszem niezrównanem pięknem napełnia ją radością i uniesieniem. Drga zaś to poczucie w każdym wierszu, zaostrza wrażliwość poetki i uzdalnia Ją do odczuwania z wielką siłą włoskiego życia i natury. Więc lateraneński dzwon brzmi Jej, jak coś swojskiego i już słyszanego niegdyś. Uroczystą chwilę, w której "Cimabue pendzle złożył z twarzą cichą, uśmiechniętą", będzie odczuwała, jak Florentynka z XIII wieku. Rozrzewnią Ją też ogromnie "skrzypaczkowie anielscy" starego Vivariniego, Belliniego lub nowszego Carpaccia. Natura, zabytki, spowinięte w bluszcze i dzikie wino, pinie na tle zórz rzymskich, cmentarne cyprysy w Fiesole, błękitne przezrocza San Miniato, wielkie rozlewy weneckie, wspaniałe gmachy, genialne utwory dłuta i pendzla - wszystko to będzie póty trącało struny Jej duszy, póki się nie odezwą rozgłośnie a gorąco wieczystemu pięknu i nie wyśpiewają, co odczuły. W miarę zaś tych przelotów, czy to za Atlantyk, czy pod niebo włoskie, czy w stronę starego Avignonu, rozszerzały się widnokręgi poetki, poezya Jej nasiąkała coraz nową życiową treścią, a forma stawała się coraz doskonalsza. Serce Jej, lecąc za chłopskim wyrajem do brazylijskich lasów, cierpiało tam i odczuwało niedolę całej gromady tak mocno, że spotęgowawszy potężną i bez tego wyobraźnię, dało jej dar niemal jasnowidzenia oceanów i puszcz. Kto je zna, musi przyznać, że tam tak jest, jak Ona widzi. To morze, gdy je rozpęta burza, tak się piętrzy i takimi rzeczywiście ryczy głosami; podzwrotnikowa puszcza takim istotnie śmiertelnym tchnie oddechem. Prawda! - wszystko prawda! I z tej to odgadniętej prawdy, z tego niezgłębionego współczucia dla zabłąkanej gromady, z tych jasnowidzeń - z takiego tylko niepojętego daru wnikania w naturę żywiołów i ludzi mogła powstać ta poprostu przedziwna pieśń o panu Balcerze, w której świetna strofa goni jeszcze świetniejszą, z każdej bije piękność, prawda i siła, wszystkie zaś razem są tak proste, jak dusza chłopa, i tak szlachetne i doskonałe, jak greckie kolumny.Toż samo zaś można powiedzieć o cyklu "Italia". Jest w nim włoskie słońce i włoski lazur i włoski krajobraz, tak pełen ciszy i poezyi, jak w obrazach Boecklina - i prostota Quattrocento i wspaniałość Odrodzenia i odczucie całej tej głębokiej a wytwornej kultury tak żywe i wyśmienite, na jakie zdobyć się może tylko dziecko narodu, który przez długie wieki był jej chorążym na najdalej wysuniętej rubieży.A jednak ten ogromnie prawdziwy obraz Włoch ma pewne właściwe sobie zabarwienie, jakie mu nadało odbicie się w polskiej źrenicy - a może w polskich łzach. Jest w tych pieśniach jakieś echo, które nadlatuje jakby z bardzo daleka, które coś przypomina i które pyta: "Znasz-li ten kraj?". Jest jakaś szeroka polna tęsknota, a gdy naprzykład w przepysznych dźwiękach naśladowniczych: "Lateran?ński Jana dzw?n na ave bije", zaczyna się jakby nieszpór rzymski, masz mimowoli złudzenie, że gdy ów dzwon bić przestanie, to wówczas wśród ciszy, pod złotą i liliową zorzą ozwą się głosy w dobrze ci znanym i drogim języku:

"Zdrowaś Marya, łaskiś pełna, Pan z Tobą". ................

I oto przypomni ci się ta szara kraina, w której uderza serce poetki i za którą ona mówi. I ta to właśnie zdolność przedziwnego a zarazem prawdziwego śpiewania za ziemię i ludzi, zdolność, dana tylko wybranym, jest głównem znamieniem poetki i Jej poezyi.Ale to jeszcze nie wszystko. Żeby wyśpiewać wiosnę, noc majową, światło księżyca, cichy spokój nocy i zapach bzów i jaśminów - trzeba się urodzić słowikiem. Im większy ogarnia poeta obszar życia, im wyższe uczucia chce wyrazić, im więcej pragnie, im górniej myśli, tem więcej musi mieć strun na lutni. Więc też, jak mówi Słowacki:

"Chodzi mi o to, aby język giętki "Powiedział wszystko, co pomyśli głowa, "A czasem był, jak piorun, jasny, prędki, "A czasem smutny, jako pieśń stepowa, "A czasem, jako skarga Nimfy, miękki, "A czasem piękny, jak aniołów mowa; "Aby przeleciał wszystko ducha skrzydłem, "Strofa być winna taktem, nie wędzidłem. "Z niej wszystko dobyć, zamglić ją tęsknotą, "Potem z niej łyskać błyskawicą cichą, "Potem w promieniach ją pokazać złotą, "Potem nadętą dawnych przodków pychą, "Potem ją utkać Arachny robotą, "Potem ulepić z błota, jak pod strychą "Gniazdo jaskółcze, przybite do drzewa, "Co w sobie słońcu wschodzącemu śpiewa.

I właśnie Ona to umie i posiada w stopniu tak wysokim, jak mało kto z dziś piszących. Język Jej potrafi istotnie "głosić się" po rosie, jak fujarka pastusza, i kląskać, jak słowik, i krakać, jak orzeł, i huczeć, jak burza, i być w pieśniach wiejskich, jak dziecko, które płacze, albo chłopka, która zawodzi, a w pieśniach biblijnych być, jak łoskot gromu. Ona ci, czytelniku polski, i twoją ziemię i twoje uczucia wyrazi i wyśpiewa w twej cudnej mowie z taką mocą i ozdobą, że aż sam zadziwisz się bogactwem tej mowy. Zna też Ona nawskróś ten wielki skarbiec, wie, gdzie jakie leżą klejnoty, i czerpie z niego obu rękoma i rozrzuca i sypie, ale rozrzucając i sypiąc - jeszcze przysparza.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Podniosłem tylko dodatnie strony Jej pieśni. Zresztą, kto wie, czy nie jest rzeczą słuszną czynić tak przeważnie, gdy się mówi o twórcach tej miary. Ptak to szerokoskrzydły, drzewo, które wysoko wystrzeliło w rodzimym lesie, sława wielka i jasna, pieśniarka, sercem miłująca, duchem i mową władna, jedna z prawych dziedziczek i spadkobierczyń po wielkiej epoce narodowej poezyi. Twórczości takiej krótkiemi słowy nie można objąć, ani jej w nie zamknąć - ale godzi się i należy złożyć hołd poetce, której już niema między nami. Henryk Sienkiewicz.

Echa majowe

Na gałązce wierzbiny

TEKST DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI.

Zaklinam ciebie

TEKST DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI.

Senne róże

TEKST DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI.

W wiosenny dzionek

TEKST DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI.

Nie miejże urazy

TEKST DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI.

W górach

Przygrywka

Wkoło mnie otoczyły moje równie senne, Pasmem jednakiem... Ale ja sobie lecę w krainy odmienne - Umiem być ptakiem! Błękitna przestrzeń mruga, zaprasza do siebie, Skrzydeł nie nuży... Pędzim sobie we trójkę: ja, obłok na niebie, I listek róży. Listek najpierwszy upadł na wioskowym kopcu Cudzej granicy, Jak rzucone słóweczko drogiemu mi chłopcu Mdłej obietnicy... A obłok powiał dalej... Pod słonko się stroi W biel i we złoto, Aż u chaty ostatniej, co w kraju mym stoi, Zadrżał tęsknotą... Wiatr szarpnął go za szatę, rozrzucił mu włosy; Toż łzami leci Na łączkę, gdzie pod gruszą siedzi dziaduś bosy I kupka dzieci... Nie chce odlecieć dalej! Z tej mgły urodzony, Z oparów rzeki: Gdzież mu zwiedzać świat obcy, inne jakieś strony I kraj daleki? Więc sama lecę... sama, choć serce mnie boli I smutno wróży... Czemuż nie chciał obłoczek podzielić mej doli, Ni listek róży? Z obłoczka jabym sobie wieczorem pod głowę Zwiła posłanie; A z listka zasię róży - toć czary gotowe Na zakochanie. Lecz sina dal pociąga i wabi i nęci, Jak cud nieznany... Ej! ujrzę raz na oczy insze sianożęci, Insze kurhany! Ej! posłyszę ja przecież, jakto ludzie gwarzą Obcym mi gwarem... I wypatrzę miesiączek, z jaką wstaje twarzą Nad cudzym jarem... I dowiem się raz wreszcie, gdzie tęcza podziewa Wstążek swych końce I jakie tam piosenki o zmroku rozbrzmiewa Echo mdlejące. U nas w wiosce znam wszystko... wszystkiegom już syta, Aż do znudzenia... Codzień z za tego wzgórza słońce rankiem świta, Nic się nie zmienia. Wiem, gdzie rosną dziewanny, a gdzie niezabudki W przydrożnym rowie; Wiem, gdzie szary słowiczek zwił domek malutki W naszej dąbrowie; Wiem, gdzie ojciec łan orze, gdzie matka wybiela Cieniutkie płótna; Wiem, jak w święto wieczorem grzmi wiejska kapela, Jak fletnia smutna... Lasek, cmentarz, kościółek, starego plebana, Znam już z pamięci... Tęskno mi! - Hej, pociąga dal sina, nieznana, Wabi i nęci!

Na Dunajcu

Wąziutkie nasze łodzie, przepięte łańcuchem, Lekko mkną po Dunajcu sennym jakimś ruchem I tak modrawą falę przecinają gładko, Jakby ptastwa wodnego żeglujące stadko... Z lewej i prawej strony dwie ściany skaliste Wyciągają się ku nam w cienie długie, mgliste, A Dunajec drga lekko w migotliwe skręty, Sunąc, jako wąż w trawie piersiami wygięty. Wiosło uderza miękko, niby pieszczotliwie, A człowiek ledwo wierzy, że na ziemi żywie, Bo świat tam, z drugiej strony, do skał gdzieś przyparty, A widok tylko w niebo błękitne otwarty. Lecz fala w węższy parów głębiej się już wkrawa, Aż na skrytym niedźwiedziu nagle dęba stawa, Ciska pianę, jak rumak wstrzymany wędzidłem, I jako górski orzeł, skałę bije skrzydłem I jak tur, wściekłem czołem dno przepaści bodzie I z stromych barków gniewnie zrzuca nasze łodzie I w kółko się okręca i zżyma i krztusi... Ejże! zwróci się w biegu i niedźwiedzia zdusi! - Lecz patrz! góry cofnęły swe kamienne czoła... Zaśmiała się nad brzegiem góralka wesoła I kąpiąc w złotym żwirze bose swoje nóżki, Wbród podaje pachnące groszki i ostróżki... Zebrała je porankiem w Leśnicy na Rusi; Nim zwiędną, szumnym Laszkom rozprzedać je musi. A tuż nad nią źródełko żywej wody bije, Więc czerpie śniadą ręką i do gości pije... Ej, Dunajcu! rozmarszcz się, jeśli twoja łaska, I nie mąć odbitego w twej fali obrazka, Niechże ja się napatrzę tej bosej góralce! Niedźwiedź już tylko z dala mruczy coś po walce... Plusnęły wązkie wiosła w lewą, w prawą stronę; Łodzie się przytuliły, jak ptaki spłoszone, A cisza rozmarzona, skrzydlata, pieściwa, Dunajec, nas i góry w swe rąbki okrywa. Fala niby się modli, jak harfa zaklęta: To przed dziczą uchodzi nasza Kinga święta I stopy swe, znużone podróżą niezwykłą, Myje w jasnem źródełku, co z skały wynikło... Orzeł zerwał się z turni, jak tatarska strzała... Z boku tuli się trwożnie jakaś mniszka biała... Grzmiąca pogoń kopytem po wierchach rozbrzmiewa... A za siewcą - łan pszenny w oczach się dojrzewa... Jak cicho! Róg góralski echa gdzieś potrąca; Do snu kładzie się fala u brzegów mdlejąca. Dzwon z Grywałdu roznosi uroczyste dźwięki... Wtem na skręcie padł wystrzał, a słowa piosenki Rozigrane, jak kozy skaczące ze skały, Z łodzią w zieleń przybraną mimo nas leciały... "Sława!" Rusin przewoźnik gromko się okrzyknął; Plusk i szum się podwoił, potem mdlał, aż zniknął. Tylko gniewny Dunajec srebrną brózdę gładzi I długie rozhowory z echem gór prowadzi.

W poranek

Z Jarmuty mgła spada, jak rąbek z dziewczyny, Po niebie obłoczek przewija się siny; Za chwilę wschodzące Spromieni go słońce, I tronem on będzie jutrzence... Wcześniejszy od świtu, ciemniejszy, niż zmierzchy, Wszedł góral w swej guni z siekierką na wierzchy; Nim dzionek rozbłyśnie, On zagrzmi, zaświśnie I echa rozbudzi w piosence. O, cicho... o, cicho! Schylony na skale, Utopił źrenice w powietrza krysztale I liczy, jak skarby, Omszone te garby, Rodzinnych gór swoich przyczoła... - Prehyba... Petrańczyk i Wilcze zielone... Tu moja sadyba i gniazdo rodzone... Jam z wiatrem tam latał I z orłem się bratał, Znam wszystkie smereki dokoła. Tu Kunia, Opołta, a tam Koszarisko... Ej! dalneż to wierchy, choć widzą się blizko!... Pieniażna, Czerteże, Gdzie skarbów złe strzeże, Gdzie rogi nie jęczą pastusze... Ej, byłoż mi świata pod skalne te ściany, Dopókim nie poznał wietrznicy Marany, Co miga mi w oczach Po łazach, uboczach, A śmiechem zabiera mi duszę!... Wróżyła cyganka: "Złe dnie z Sokolicy! Ej! nie chodź pod okno Marany wietrznicy, Bo serce wyśpiewasz I Boga zagniewasz, I pójdzie twa dola na marne". Nie chodzić?... a także! Od świtu się włóczę, Gdzie dziewczę zaplata warkocze swe krucze. Och! wróżby... wróżbity... Jam wesół i syty, Gdy w oczy popatrzę się czarne! Nie będzie mnie chciała? - Ej! znam ja wąwozy, Gdzie strzelcom z pod kulki z wichrami mkną kozy. Ot, Rogacz... Homole... Wybieram, co wolę... Przepaści, jak śmierć, tam głębokie! Ej, słońce ty, słońce! pośpieszaj ze wschodem, Bo trudnoż mi z sercem stęsknionem i młodem!... Och! ani pamięta, Ze ziemia ta święta, A nad nią - jest niebo wysokie!

Noc

Na tym kawałku ziemi Bóg położył dłonie I odjął - i stanęła tu piękność w osłonie Dziwnego majestatu. Smereki zielone Zaplotły jej na skroni szmaragdów koronę, A kształty jej przepysznie rzeźbionego ciała, Niby grecka draperja, mgła lekka owiała. U spodu szaty, jako taśma złotem szyta, Mienią się górskie pólka jęczmienia i żyta, A przepaska Dunajca, modra, falująca, Z pod piersi, szumiąc, spada i o stopy trąca.

Nagie ramię kamienne, wyciągnione w górę, Podtrzymuje zachodu królewską purpurę, I jako karjatyda, strop niebieski dźwiga, Aż blednie i w pomrokach liljowych zastyga. Cicho! Oto jej księżyc srebrne bajki plecie I majaczy tam dziwy niebywałe w świecie... Rozbudza duchy białe, co w szczelinach drzemią I rade o północy hasają nad ziemią... Zroszonym mchom rozplata brylantowe włosy I jako dziwożona, łechce senne wrzosy... Halny wiatr powiał chłodem... dzwonek się odzywa... Zbłąkana, za koszarem tęskni owca siwa... Juhas huknął, po turniach odhuknęły jary... Gdzieś czujny róg się ozwał, gdzieś drugi do pary, Okrzyknęły się wierchy, coraz słabiej - ciszej, Aż ostatni ich odgłos przepaść chyba słyszy... Zboczem drgnęła kozica w miesięcznej poświacie... Pomknęła na szczerbinę, stanęła na czacie I cicha, lekka, szyję podała w przestworze... Hej, strzelcze! chybaj z regli! Zaskoczysz ją może... Cisza... wioski rusińskie drzemią na siwarze... Rozbiegane świstaki wabią się po parze.

Watra gdzieś resztą żaru w oddali przebłyska, A biały dech z parowu wznosi się w kłębiska... Dunajec szumny przez sen pluszcze się i gada; Nad nim stoi w zadumie Sokolica blada... I dziwnie się do jedna schodzą w nocną ciszę: Tęsknota, co rozbudza - spokój, co kołysze. Kamiennym snem zasnęły Tatry, a nad głową, Zoraną w dziwne brózdy strzałą piorunową, Na skrzydłach górskich orłów ciche sny się ważą I stare pieśni nucą, stare dzieje gwarzą. - Słuchaj! to szumi morze spienione i sine... Przechyl się, jeśliś mężny, i spojrzyj w głębinę. Czy widzisz? Tam w muszelek drobniutkich koronie Najwyższy czub tatrzański w mętnych nurtach tonie. Wokół skalne przyczoła obsiadły drużyną I patrzą w błękit nieba poprzez falę siną; A zamkniętych w więzieniu twardem, kryształowem, Rzeki chyba pozdrowią powitania słowem I przyniosą im wieści z dalekiego kraju I słodkiej wody dadzą, niby korowaju... Smutno Tatrom wiek płynie! Ciężka jeńców dola! Choćby ci się wdzięczyły pereł ząbki białe, Choćby ci koral róże dawał skamieniałe, Ty zawsze tęsknisz, wzdychasz i szepczesz: "niewola!" Och! bracie! - Stój! czy słyszysz huk burzy złowrogi? Huragany, jak tury, wzięły się za rogi; Fale wrą, niby lawy arterje płomienne... Zatrzęsły się przepaści; grom leci po gromie, Ruszyły się z swych posad wód zręby widomie;

Powięź ziemi zapada w otchłanie bezdenne; Pożar błyskawic gore... morze pianę ciska, Cofa się, jak odyniec, ze swego łożyska, Pęka na grzbiecie Tatrów łańcuch kryształowy, Drżąc, pryskają im z ramion przejrzyste okowy... Ostatnich gromów echem rozgrzmiewają brzegi, Ostatnie bryzgi morskie lecą, jako śniegi, I do kamiennych skroni przymarzają białe... A jako z pękniętego pierścienia złuskany, Podniósł się Krywań siwy i otrząsnął z piany I twardą piersią odbił pierwszą słońca strzałę... .................. Hejnał! Spłonęły Tatry od posad do szczytu... Śpią niźnie: gór przyczoła pierwsze dojrzą świtu I w blaski spromienione, nim zmierzch pierzchnie siny, Łuną dnia wstającego rozbudza doliny.

Na Czorsztynie

Oj! zatęsknił Czorsztyn biały Na samotnej skale; Oj, wypuścił wzrok, jak strzały, Przez Dunajca fale. Tam na brzegu; jak dziewica W przeźroczystej bieli, Pluszcze stopy swe Niedzica W krysztalnej kąpieli... Oj, zmąciła modra woda Jasne swoje łoże; Zakipiała dusza młoda, Jako sine morze. - Lećcie, orły, lećcie w swaty, Przez błękitne tonie! Niech w jutrzennych zórz szkarłaty Luba ma zapłonie... Zwiń się, lesie, nad jej czołem W zielony wianeczek; Ty, Dunajcu, zwiń się kołem W złoty pierścioneczek. Mgły niech rańtuch jej uprzędą Powiewny, bieluchny; Sine wierchy niech jej będą Za drużby i druchny. W organ burza niech zahuczy, Wicher niech zaśpiewa; Niech rozplecie włos jej kruczy Błyskawic ulewa. Niech nam drogę umiatają Poświstami wiatry; Niech nam chleb i sól podają Pieniny i Tatry! Lećcie, orły, proście gości Na weselne gody: Mchy siwiutkie od starości, Żywych źródeł wody, Drobne, nikłe macierzanki Z pod Krupiańskich stoków, Mgły z Lechnicy, zwite w tkanki, I słonko z obłoków; Górską ścieżkę - tanecznicę, Górską dziatwę - jodły, Jasnookie błyskawice, Coby orszak wiodły. Gęślarz-echo się odzywa, Szumi las dokoła... Sokolico, matko siwa! Przeżegnaj nam czoła!

Na szczytach

Tatrzańskie stoki w ziołach toną I noszą odzież rozkwieconą, Na mchu stawiają stopy bose I traw oddechem piją rosę... A wyżej kamień nagi błyska, Szumiące zdroje wrą z urwiska, Lecąc ożywczą w dół kaskadą, Z jasnością świeżą, srebrną, bladą... Szczyt zasię białe pienią śniegi, Jak puhar, pełen aż po brzegi, Złamanym błyskiem słońca miga I wiecznym chłodem w lód zastyga... Wędrowiec w niźniach zrywa kwiaty I piersi krzepi świeżą wonią... Na połoninie zdrój skrzydlaty, Jak ptaka w locie, chwyta dłonią... Aż gdy lodowe gór widziadło Tchem swym zastudzi krew na szczycie, Wtedy się pyta z twarzą zbladłą: "Życie! Gdzie jesteś, ciepłe życie?" Wierchy! wy wierchy zamrożone, Na dyamentową gór koronę, Posępne siostry czarnej chmury, Wy nie jesteście sercem góry!... Prąd, co z rodzinnej bije ziemi Tętnami młodych sił żywemi, Wam nie przenika piersi drżeniem I nie zajmuje krwi płomieniem... Zastygłe w bieli, nizkim stokom Ciężycie masą granitową I zimną, trupią waszą głową Dech zamrażacie tym obłokom, Co deszcz wiosenny ziemi niosą I plony pracy krzepią rosą... Gdy burza siecze wasze ciało I piorunową kryje szatą - Lodowisk waszych płachtę białą Ponad góralską widzę chatą, I drżę, i pytam przerażony: Ach! naco górom te korony?

Rabsztyn

Słuchaj mnie, bracie! Nie ta jest ruina, Co gzemsy swoje osuwa zemdlone Na białych kolumn głowice pieszczone, Po których pająk sieć szarą rozpina... Nie ta, co skrzypi pod twemi stopami, Dech tłumi pyłem, rdzą surową plami, Z rąk się wilgotna ślizga, jak gadzina... Nie ta, gdzie straszy loch czarnemi usty, Gdzie strop przyćmiony grobowemi chusty Pleśni, zaledwie barwy swe wspomina... Nie ta, gdzie wiązań osłabłe ramiona Podźwignąć nie chcą baszty, która kona Boleścią matki nad mogiłą syna... Nie ta, gdzie duchy pokutne się włóczą, Nie ta, co dziatwę wychowuje kruczą, Nim wielka orłów wybije godzina... Gdzie kamień zdradza i z pod nóg ucieka, Gdzie się zniszczenie w ciało przyobleka, - Wierz mi, mój bracie, nie ta jest ruina! Czy widzisz tłum ten, co śmiechem znieważa Echa, drgające w zakątach zamczyska, Co przybiegł tutaj szukać widowiska I z za szkieł groby obliczać cmentarza? Ten tłum, co nędze swoje i śmieszności Aż tu, pod słupem dziejowym przeszłości Rozkłada nakształt miejskiego kramarza... Z myślą, motylej i treści i wagi, Palcem dotyka, gdzie skielet drży nagi I dźwięki bruków w świątyni powtarza. Ten tłum, którego piersi nie goreją Żadnem wspomnieniem i żadną nadzieją, Jako wygasłe ognisko nędzarza, Niezdolen chęci rozdmuchnąć w grom czynu, Nad gmin wzniesiony, a niższy od gminu, Wobec tradycyi i wobec ołtarza; Ten tłum, ze wzruszeń odarty, wyzuty, Pusty, przeżyty, wyczerpany, struty, Co szalę dziejów do zguby przeważa, W którym skrę ducha grom chyba rozpali - Ten jest ruiną!... Bracie, pójdźmy dalej!

W Jaworkach

Ej wy góry, sine góry, Zaklęte dokoła! Myśl orlemi leci pióry Na wasze przyczoła I z jaskółką skrzydła macza W srebrnej rozpadlinie, Z dziką kozą skok zatacza, Z echem w dali ginie... Mnieby zamek mieć kamienny, Jak Drubażka szumna! Jar pod koszar, jak Stos senny, Jak Litenbar - gumna! Kwiaty rwać mi na Podskalu, Paprocie na Graniu, Na Prehybie łzy z opalu Zbierać o zaraniu!... W niźnie szare już nie wrócę, Z orłami polecę... Z mgły przepaściom mosty rzucę, Wzrokiem je rozświecę, Mchy, stóp ludzkich nieświadome, Zgniotę w srebrne ślady. Pójdę, gdzie błyski znikome Wschód rozpala blady; Skąd ucieka, bijąc w skały, Potok rwący, dziki, Pójdę - będą mi śpiewały Brzęczące kamyki; Rozbłękitni się nad wodą Widnokrąg daleki, Górskie echa chór zawiodą, Zaszumią smereki. W przepaść rzucę bóle ziemi, Myśl skąpię w lazurze; Z obłokami słonecznemi Rozbłysnę się w górze. Róg mi dajcie, róg pastuszy - Pieśnią się zabawię... Niech połowę tęsknej duszy W górach tu zostawię!

Dunajec

1.

Pod moją chatą Dunajec biały Dziwną pieśń śpiewa, bijąc ze skały. Srebrne jej tony po żwirze pleszczą, Mienią się w tęczę - jak w harfę wieszczą, O siedmiu strunach wiązanych złotem. Od brzegu fale biją z łoskotem, A dalej płaczą - a dalej mgleją, Aż w toń najgłębszą rozbłękitnieją. I cicho... ciszej... wtóry pochwycą, Patrząc się w niebo modrą źrenicą. U mojej chaty Dunajec gada Prastare skazki mego pradziada, Jak jednolity szczyt ośnieżony Burza rozdarła na Trzy Korony; Jak na Gromadzkiej sejmują starzy; Jak na Krupiance czart gospodarzy; Jak Sucha góra z jeziora wstaje I słońcu białe czoło podaje; Jak na Gęsiówce w łabędzie puchy Śniegów rok cały chronią się duchy Zmarłych pacholąt góralskiej wioski; Jak na Rozdzieli kłótnie i troski Szlachtowski sołtys sądzi dostojnie; Jak ponad Stosem kometa płonie, Chodząc po niebie w ognia koronie, I jak Cyganka, wróżąc o wojnie; Jaką grań Księży stułę z mgły bierze; Jak się wiedźmami roją Czerteże; Jak król poluje na Sokolicy; Jak Zdżar na pluski chodzi w przyłbicy; Jak na Łysinach niema z ziół czepca; Jaka w Jarmucie puszcza zaklęta... I któż tam zliczy - i kto spamięta Te dziwne dziwy starego ślepca, Które mi w duszę padały młodą, A dziś z Dunajca pląsają wodą Pod moją chatą rodzinną, nizką, I szumem swoim, niby niechcący, Udają złudnie głos cichy, drżący, Co mi snuł bajki ponad kołyską.

2.

Lecz tam, gdzie w drobne zwija się krążki, Niby przepaska z błękitnej wstążki, Gdzie łuną wschodu krasi oblicze W jakieś rumieńce nagłe, dziewicze, Gdzie ciemnem okiem patrzy głęboko W moje tęsknotą omglone oko, Gdzie rąbkiem piany piersi zakrywa - Tam mi Dunajec inną pieśń śpiewa. Od niej się robi wokół błękitno, Dzikie mchy od niej w szczelinach kwitną; Na skrzydłach lecą w perły skroplone, Żyzne źródełka, w skałach uśpione; Od niej mi echo przynosi z dala Huk spóźnionego w jarze górala, Który stęskniony za swą jedyną, Wiedzie rozhowor z kosodrzewiną. Białe ramiona, ciche przyśpiewki, Różowe usta mej czarnobrewki, Jasne warkocze nad gładkiem czołem W plusku Dunajca wirują kołem. O falo szumna! o falo rwąca! Tu mi na piersiach rozbijaj wełny... Niech mi ochłodnie skroń pałająca, Bom pragnień pełny - i tęsknot pełny... Do mnie tu, do mnie, o falo pusta! Przez mgły srebrzystej widna zasłonę, Tu pocałunkiem ochłodź mi usta, Tutaj mi szeptaj słówko pieszczone!... Niema nikogo - ja, łódka cicha, Pluszczące wiosło i wiatr, co wzdycha. Niema nikogo! Już gwiazdy smętne Roztlały, gdzie toń najgłębsza szklana. Nikogo - słyszysz? O pójdź, namiętne Rapsody swoje grać mi do rana!

3.

Lecimy!.... on mnie w swoje pochwycił ramiona I runęliśmy w przepaść z skalistego proga... A fala, żarem piersi mojej przenikniona, Modrym słupem bryznęła, aż w niebo, do Boga, Skrytego za sklepieniem swojem tajemniczem... Za nią poleciał krzyk mój, pytaniem nabrzmiały, I potrącił błękity ciche, jak te skały, Które echa nie mają, i powrócił z niczem... I runęliśmy w przepaść... Najskrytsze szczeliny Rozdniały od strzał srebrnych, które puścił z sykiem Dunajec przez granitów zwalonych odłamy I wszystkie przemówiły dziwacznym językiem Jakiejś pełnej burz, wstrząśnień, przeddziejowej dramy, I zaczęły się skarżyć cicho, jako starce, Którym czci nie wyrządza wnucze pokolenie I o którym niewdzięczne zapomniały syny... Precz łódko! Precz ty wiosło! Niech w szalone harce Pochwycą mnie tej fali stalowe pierścienie! Jak delfin, w modrych toniach spławię grzbiet mój ślizgi, Czołem rozbiję pianę skroploną na bryzgi, I w powietrzu ustami zdmuchnę te opale!... Ha, co tak wre? - Krew moja, czy Dunajca fale?... Przylegam do wód piersią, jak strzała do łuku; Ich pośpiechem zdyszany, ich tętnem kipiący, Mieszam bezwiedny okrzyk do gromkiego huku, Od którego brzeg skalny drży, jako reduta, Ogniem podminowana i dymem zasuta. Tajne prądy nurtują do dna potok rwący, Jak pierś moją namiętne, tłumione porywy... I wyciągam ramiona, jak jeździec tej fali, I naglę ją do biegu i chwytam się grzywy Srebrnej mego rumaka i pędzimy dalej... O! dalej!... Chciałbym uciec od brzegów tych ciasnych I lecieć tam, gdzie księżyc wschodzi zadumany, I o rąbki tych chmurek, od gwiazd łuny jasnych, Oprzeć skrzydła - i spocząć, jak orzeł ścigany!