Ona mówi i śpiewa, zarówno za istoty, jak i za rzeczy,
które albo nie umieją uświadamiać własnego bytu, albo są nieme. To
znaczy naprzód, że wszyscy wydziedziczeni, a więc starce, wdowy,
sieroty, którym głodno, chłodno, pusto i źle na świecie - wszyscy,
którzy jęczą pod przemocą praw naturalnych i społecznych, pod
pogardą i niemiłosierdziem możnych, gdyby mogli i umieli wypowiadać
w pieśni swoją niedolę i swoje bóle, wypowiadaliby je Jej słowami.
Ona jest ich skargą wobec nieba i orędowniczką wobec sytych.
Zdarzało się też Jej czasem podnosić oczy pełne łez, albo nawet
gniewu ku górze i pytać: Czemu tak jest? dlaczego istnieje tyle
zła, tyle nędzy, tyle męki, tyle rozpaczy? Brzmiało to nieraz, jak
wyrzut, i z tego powodu krytyka, ta mianowicie, która jest więcej
surową, niż wyrozumiałą i dobrotliwą, zarzucała jej niejednokrotnie
brak wiary i zgody z wyrokami Opatrzności. Zapominano przytem, że
takie pytania stawia Bogu w imieniu nieszczęsnych - nie
filozoficzny umysł, ale rozdarte serce. Zapominano, że podobnych
skarg pełno jest n. p. w Starym Testamencie, i że zostały one
niezmiernie uświęcone w Nowym słowami: "Panie, Panie! czemuś mnie
opuścił?" - Biedota, wtłoczona w kolej nędzy i niedoli, cierpi
najczęściej bez szemrania, mniemając, że to jest przyrodzona kolej
rzeczy ludzkich; ale gdy serce poety odczuje ból zbiorowy, wówczas
musi się skarżyć - i ta skarga nie jest niewiarą, ale raczej
modlitwą.
Więc poetka pyta, boleje, śpiewa i mówi - za poddasza
miejskie i za chaty wieśniacze - ale głównie i szczególnie za tę
polską wieś, z którą się zrosła i która Ją sobie na chwałę
wykołysała. Niewola społeczna chłopska to rzecz przeszłości; to już
minęło i nie wróci, ale po staremu chłop został w niewoli u
ciemnoty, w zależności od gleby, od urodzaju i nieurodzaju, od
wiatru, deszczu, od gradowej burzy, od braku lub dostatku pracy -
został w jarzmie starości, choroby, biedy, śmierci. W tej kądzieli,
z której się przędzie szara nić chłopskiego życia, więcej węzłów i
paździerzy, niż gładkiego wątku, a często także rwie się ta nić w
sposób okrutny i tragiczny. Więc tej doli i niedoli, temu ubóstwu,
temu sieroctwu, tym komorniczym głodom, tym łzom rzęsistym, temu
naturalnemu przytwierdzeniu do matki ziemi, która czasem okazuje
się macochą, tej niemal mistycznej zależności od słońca, chmur,
deszczów i gradów, tym nawpół świadomym siebie myślom, uczuciom,
instynktom daje Konopnicka wyraz tak potężny, jakiego nikt przed
Nią dać nie zdołał. W Jej poezyi tkwi dusza chłopa i bije chłopskie
serce; słychać w niej dzwony wiejskie i kołatki trzód, i brzęk kos
i sierpów, i rodzinną nutę śpiewów wiejskich, a słychać z taką siłą
i prawdą, że wobec artystycznej doskonałości tych sielskich ech
otrzymuje się takie wrażenie, jakby ktoś grał na wysokim szczycie
Parnasu, na fujarce, wykręconej z polskiej wierzbiny.
Ale wspomniałem, że Ona mówi nie tylko za ludzi. Jakoż ode
wsi - prosta droga do natury. Tu znów poetka wkłada w nią własne
serce i śpiewa za nią: za rolę żywicielkę i łany zbóż i za pachnące
łąki i za mokre "niezabudki", które "kupką całą tworzyły modre
oczy", jakby zdziwione, że ktoś potrafi tak za nie czuć i myśleć -
i za wierzby nadwodne i za brzozy, które płaczą co rano "perłami
rosy". A jest w tem ogromna szczerość - i rozległość pól, jest moc
i światło, i barwa, i woń, i takie życie, taki niepojęty dar
zlewania się z naturą, iż mimowoli wydaje ci się, że gdyby wiatr
mógł poświstywać, a bór szumieć mową ludzką, to wiatr musiałby
wiać, a las szumieć tylko Jej słowami.
I w tem tkwi ogromne znaczenie poetki i pieśni. Jeden z
krytyków słusznie powiedział o Konopnickiej, że umieszcza Ona swe
serce w centrum wszystkiego. Innemi słowy, można rzec, że przez Nią
wypowiada się ziemia i lud, który ją zamieszkuje. Zaiste, wzniosłe
zadanie poety! A w ostatnich czasach nasi pieśniarze przyzwyczaili
nas do czego innego. Niektórzy wystawiali na pokaz swoje nagie
dusze, których nie byliśmy ciekawi, każąc nam je podziwiać, niby
jako pustynie, tratowane przez dzikie i wyuzdane tabuny instynktów
- ale nie było w tem ani szczerości, ani siły. Dusze były wprawdzie
dość puste, lecz nie rozległe, a natomiast dzikie wrzekomo tabuny
podobniejsze były do robactwa, mrowiącego się w nawozie, niż do
rozkiełznanych rumaków. Inni analizowali starannie swoje myśli i
uczucia, swój stosunek do świata, swe zwątpienia, swe nastroje swe
wyprawy w krainę piękna, w świat refleksyi lub marzeń i tworzyli
liryki częstokroć bardzo misterne, często przyodziane w formę tak
wykwintną, że aż przeważającą nad treścią - więc nieco puste.
"Szumny lot olbrzymich ptaków" przeszedł do wspomnień. Po większej
części nie było tam nie tylko szumnego, ale żadnego lotu. "Artifex"
zdarzał się znakomity - "vates" ustąpił z oblicza literatury. I z
tej drobiazgowości analizy, z tych miniaturowych sposobów
malowania, ze zbyt starannego doboru słów, jak kamieni do mozaiki,
z tego kolekcyonerstwa podobnych do cacek uczuć, myśli i wrażeń
wiało coś chłodnego i starczego. Nadewszystko zaś był niezmierny
egotyzm, który poniekąd także jest cechą starości, albowiem młodość
radziej zajmuje się światem zewnętrznym, niż własnemi
dolegliwościami. W znacznej części taką była nowa poezya ostatnich
lat - prócz tej, jeszcze nowszej, która w pogoni za jakiemś
pralechickiem samobytnictwem rozsadziła i popsuła wyrobioną przez
wieki uprawy formę, a spękane naczynie napełniła treścią tak mętną,
że nikt nie może wyrozumieć, o co chodzi. Lecz przeważnie poeta
sobek przepuszczał świat przez filtr własnego ja, tworząc sobkowską
analizę i sobkowską lirykę. Uchodzi to zresztą doskonale i wzbogaca
skarb powszechny, jeśli takiemu ja na nazwisko Mickiewicz, Słowacki
lub Krasiński - ale gdy tak nie jest, rodzą się rzeczy zbyt błahe,
jakby bezpłciowe - i pieśni malutkie, któremi "nie odetchnie pierś
szeroka".
Jest zaś rzeczą dziwną, a zarazem niezmiernie
charakterystyczną, że z owym prądem sobkowskim nie popłynęły
właśnie kobiety. Bo gdy poeci-mężczyżni wpatrywali się w siebie,
jak Budda we własny pępek, one snuły dawną złotą nić takiej
twórczości, która miała prawo zwać się "milion". I oto jedna tka
jedwabiem, złotem i tęczą na olbrzymich krosnach prawdziwe epos, w
którem połyskują zbroje husarzy i król olbrzym rzuca groźny cień na
władztwo Moslemina; druga, choć niewiązaną mówi mową, życie całe
poświęca służbie dla swego społeczeństwa, dla jego duszy, ku jego
pokrzepieniu i wydobywa z mroków zapoznanych ludzi i zapoznane
losy; trzecia unosi się, jak łabędź na ogromnych skrzydłach, nad
nami, a w krzyku tego wielkiego ptaka słychać krzyk ziemi i ludu.
Ziemia i lud są w Niej, a Ona w nich. I ten związek nie
rozrywa się nigdy, bo jeśli ów łabędź pożegluje śnieżnemi pióry aż
gdzieś na krańce ziemi, nad niezgłębione puszcze brazylijskie, to
dlatego, że w tych puszczach huczy polska siekiera i płyną polskie
łzy.
Jeśli buja pod włoskiem niebem, to i tam na widok blasków
drgających "wśród lazurowych staj", na widok tego ogromnego słońca,
na widok dnia, który "nie wstaje, lecz bucha", przypomina sobie swą
północną krainę i cała wzruszona mówi, jakby z żalem serdecznym:
"Ale ja z krain idę, kędy na dnia progu
"Świt, We łzach cały, długo wyprasza się Bogu,
"By mu patrzeć nie kazał na stary ból świata.
Choć zresztą, mimo chwil żalu, tęsknoty, a nawet goryczy, dobrze
Jej w tej słonecznej krainie. Dodaje ona Jej otuchy, krzepi Ją,
rozgrzewa Jej skrzydła. Łączy poetkę z Włochami Jej aryjska dusza.
Odczuwa Ona tam to, co odczuwa każde dziecko łacińskiej kultury:
czuje się wnuczką Italii. Rozumie, że rodzona jej matka wyssała z
tamtej piersi wiarę, wiedzę, kult piękna, słowem, całą cywilizacyę.
A że serce poetki bije zawsze jednem wielkiem kochaniem, że jej
oczy zdolne są tylko przez owo kochanie na świat patrzeć, więc to
poczucie bezpośredniego związku między duszą rodzicielki a tamtą
słoneczną kulturą, tamtejszem niezrównanem pięknem napełnia ją
radością i uniesieniem.
Drga zaś to poczucie w każdym wierszu, zaostrza wrażliwość
poetki i uzdalnia Ją do odczuwania z wielką siłą włoskiego życia i
natury. Więc lateraneński dzwon brzmi Jej, jak coś swojskiego i już
słyszanego niegdyś. Uroczystą chwilę, w której "Cimabue pendzle
złożył z twarzą cichą, uśmiechniętą", będzie odczuwała, jak
Florentynka z XIII wieku. Rozrzewnią Ją też ogromnie
"skrzypaczkowie anielscy" starego Vivariniego, Belliniego lub
nowszego Carpaccia. Natura, zabytki, spowinięte w bluszcze i dzikie
wino, pinie na tle zórz rzymskich, cmentarne cyprysy w Fiesole,
błękitne przezrocza San Miniato, wielkie rozlewy weneckie,
wspaniałe gmachy, genialne utwory dłuta i pendzla - wszystko to
będzie póty trącało struny Jej duszy, póki się nie odezwą
rozgłośnie a gorąco wieczystemu pięknu i nie wyśpiewają, co
odczuły.
W miarę zaś tych przelotów, czy to za Atlantyk, czy pod niebo
włoskie, czy w stronę starego Avignonu, rozszerzały się widnokręgi
poetki, poezya Jej nasiąkała coraz nową życiową treścią, a forma
stawała się coraz doskonalsza. Serce Jej, lecąc za chłopskim
wyrajem do brazylijskich lasów, cierpiało tam i odczuwało niedolę
całej gromady tak mocno, że spotęgowawszy potężną i bez tego
wyobraźnię, dało jej dar niemal jasnowidzenia
oceanów i puszcz. Kto je zna, musi przyznać, że tam tak jest, jak
Ona widzi. To morze, gdy je rozpęta burza, tak się piętrzy i takimi
rzeczywiście ryczy głosami; podzwrotnikowa puszcza takim istotnie
śmiertelnym tchnie oddechem. Prawda! - wszystko prawda! I z tej to
odgadniętej prawdy, z tego niezgłębionego współczucia dla
zabłąkanej gromady, z tych jasnowidzeń - z takiego tylko
niepojętego daru wnikania w naturę żywiołów i ludzi mogła powstać
ta poprostu przedziwna pieśń o panu Balcerze, w której świetna
strofa goni jeszcze świetniejszą, z każdej bije piękność, prawda i
siła, wszystkie zaś razem są tak proste, jak dusza chłopa, i tak
szlachetne i doskonałe, jak greckie kolumny.Toż samo zaś można powiedzieć o cyklu "Italia". Jest w nim włoskie
słońce i włoski lazur i włoski krajobraz, tak pełen ciszy i poezyi,
jak w obrazach Boecklina - i prostota Quattrocento i wspaniałość
Odrodzenia i odczucie całej tej głębokiej a wytwornej kultury tak
żywe i wyśmienite, na jakie zdobyć się może tylko dziecko narodu,
który przez długie wieki był jej chorążym na najdalej wysuniętej
rubieży.A jednak ten ogromnie prawdziwy obraz Włoch ma pewne właściwe sobie
zabarwienie, jakie mu nadało odbicie się w polskiej źrenicy - a
może w polskich łzach. Jest w tych pieśniach jakieś echo, które
nadlatuje jakby z bardzo daleka, które coś przypomina i które pyta:
"Znasz-li ten kraj?". Jest jakaś szeroka polna tęsknota, a gdy
naprzykład w przepysznych dźwiękach naśladowniczych: "Lateran?ński
Jana dzw?n na ave bije", zaczyna się jakby nieszpór rzymski, masz
mimowoli złudzenie, że gdy ów dzwon bić przestanie, to wówczas
wśród ciszy, pod złotą i liliową zorzą ozwą się głosy w dobrze ci
znanym i drogim języku:
"Zdrowaś Marya, łaskiś pełna, Pan z Tobą". ................
I oto przypomni ci się ta szara kraina, w której uderza serce
poetki i za którą ona mówi. I ta to właśnie zdolność przedziwnego a zarazem prawdziwego
śpiewania za ziemię i ludzi, zdolność, dana tylko wybranym, jest
głównem znamieniem poetki i Jej poezyi.Ale to jeszcze nie wszystko. Żeby wyśpiewać wiosnę, noc majową,
światło księżyca, cichy spokój nocy i zapach bzów i jaśminów -
trzeba się urodzić słowikiem. Im większy ogarnia poeta obszar
życia, im wyższe uczucia chce wyrazić, im więcej pragnie, im
górniej myśli, tem więcej musi mieć strun na lutni. Więc też, jak
mówi Słowacki:
"Chodzi mi o to, aby język giętki
"Powiedział wszystko, co pomyśli głowa,
"A czasem był, jak piorun, jasny, prędki,
"A czasem smutny, jako pieśń stepowa,
"A czasem, jako skarga Nimfy, miękki,
"A czasem piękny, jak aniołów mowa;
"Aby przeleciał wszystko ducha skrzydłem,
"Strofa być winna taktem, nie wędzidłem.
"Z niej wszystko dobyć, zamglić ją tęsknotą,
"Potem z niej łyskać błyskawicą cichą,
"Potem w promieniach ją pokazać złotą,
"Potem nadętą dawnych przodków pychą,
"Potem ją utkać Arachny robotą,
"Potem ulepić z błota, jak pod strychą
"Gniazdo jaskółcze, przybite do drzewa,
"Co w sobie słońcu wschodzącemu śpiewa.
I właśnie Ona to umie i posiada w stopniu tak wysokim, jak mało kto
z dziś piszących. Język Jej potrafi istotnie "głosić się" po rosie,
jak fujarka pastusza, i kląskać, jak słowik, i krakać, jak orzeł, i
huczeć, jak burza, i być w pieśniach wiejskich, jak dziecko, które
płacze, albo chłopka, która zawodzi, a w pieśniach biblijnych być,
jak łoskot gromu. Ona ci, czytelniku polski, i twoją ziemię i twoje
uczucia wyrazi i wyśpiewa w twej cudnej mowie z taką mocą i ozdobą,
że aż sam zadziwisz się bogactwem tej mowy. Zna też Ona nawskróś
ten wielki skarbiec, wie, gdzie jakie leżą klejnoty, i czerpie z
niego obu rękoma i rozrzuca i sypie, ale rozrzucając i sypiąc -
jeszcze przysparza.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Podniosłem tylko dodatnie strony Jej pieśni. Zresztą, kto wie, czy
nie jest rzeczą słuszną czynić tak przeważnie, gdy się mówi o
twórcach tej miary. Ptak to szerokoskrzydły, drzewo, które wysoko
wystrzeliło w rodzimym lesie, sława wielka i jasna, pieśniarka,
sercem miłująca, duchem i mową władna, jedna z prawych dziedziczek
i spadkobierczyń po wielkiej epoce narodowej poezyi. Twórczości
takiej krótkiemi słowy nie można objąć, ani jej w nie zamknąć - ale
godzi się i należy złożyć hołd poetce, której już niema między
nami.
Henryk Sienkiewicz.