Poezje - George Gordon Byron

Kup ebooka

7.99 zł
6.55 zł (3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ciemność

Miałem dziwny sen, może i nie całkiem senny! Zdało mi się, że nagle zagasnął blask dzienny, A gwiazdy, w nieskończoność biorąc lot niezwykły, Zbłąkawszy się, olśnąwszy, uciekły i znikły, Bez nadziei powrotu. Ziemia lodowata, Wisiała ślepa pośród zaćmionego świata. Ranki weszły, minęły, ale dnia nie było; I wszystkie namiętności zatłumiła trwoga. Serce rodu ludzkiego jedną żądzą biło,

Cały ród ludzki prosił o jedno u Boga: O światło...

Wszystko płonie. I wspaniałe gmachy Panów koronowanych i wieśniacze dachy. Domy świata całego jako lampy płoną, Miasta nakształt ogromnych stosów zapalono, I tłum ludzi do koła pożaru się tłoczy: Chcą jeszcze raz ostatni spojrzyć sobie w oczy. O! jak zazdrości godni ci, co się przywlekli Przed oblicze ognistej Etny albo Hekli! Jak błogosławią wieczne wulkanów pożogi, Wszyscy z jednem uczuciem nadziei i trwogi! Rzucono ogień w puszcze i doczesnym blaskiem Puszcze gorą, ciemnieją i walą się z trzaskiem! Zaryły się w popiele drzew strawione czoła, I zagasły na wieki.

Znowu noc dokoła; I twarz ludzi z rozpaczy nie po ludzku błyska, Odbijając ostatnie promyki ogniska. Jedni padli i oczy schowawszy łzy leją, Drudzy na chudych łokciach podparłszy się śmieją. Ten biega tu i owdzie, suche żagwie zbiera, Karmi niknącą iskrę i w niebo poziera; Nieporuszone widzi czarnych chmur zasłony,

Jak kir nad nieboszczykiem światem rozciągniony. Znowu pada i bluźni i w piasku się ryje; Targa włos, zgrzyta zębem, ręce gryzie, wyje. Dzikie ptastwo strwożone, skrzydły obwisłemi Mocując się daremnie, czołga się po ziemi. Drapieżny zwierz, co w lasach i pustyniach żyje, Jak swojski ciągnie w miasto. - Gadziny i żmije, Pełzną ludziom pod nogi i żądłami syczą, Nie kaleczą - i głodnym stają się zdobyczą.

Wojna, nieco ustała, wybuchnęła znowu. Głodni żelazem sobie szukali obłowu, I z zakrwawionym kąskiem na stronie usiedli, I w milczeniu rozpaczy samotni go jedli. Niezostała miłości iskra w ludzkiem łonie, Jedna była na całej ziemi myśl o zgonie, Niechybnym i niesławnym. Ząb głodu pożerał Wszystkich, i narodami świat cały wymierał. Nikt nie myślał o kości i o ciał pogrzebie; Chudy, karmił się jedząc chudszego od siebie, Psy darły swoich panów. Jeden pies zachował, Wierność panu swojemu: żywego pilnował, Teraz się umarłego wyżywieniem trudzi. Znosi zdechłe lub słabe bydło, ptastwo, ludzi; Sam nie dotknął pokarmu, z żałosnemi jęki Lizał twarz pana swego, głaskał się u ręki

Co go już nie głaskała - i zdechł. I nareszcie Wszyscy ludzie wymarli...

W pewnem ludnem mieście, Zostali dwaj ostatni - dwaj nieprzyjaciele. Zeszli się przy ołtarzu, gdzie jeszcze w popiele Dogasało ognisko, i kościelne sprzęty Święte, czekały w stosach na ogień nieświęty. Jak szkielety, chudemi rękami pospołu Grzebiąc, dostali kilka iskierek popiołu, I pracując piersiami słabemi, ognisko Wydobyli na chwilę, jak na pośmiewisko. Zwrócili oczy, gdzie się żywy płomień pali: Ujrzeli się, wzdrygnęli, padli i skonali. Zgrozą widoku swego zabili się społem; Niepoznali się z twarzy, lecz głód nad ich czołem Wyrył - nieprzyjaciele...

Świat cały był stepem, Z ludnego i pięknego, milczącym i ślepym, Bez pór roku, bez roślin, bez ludzi, bez czucia, Trup, chaos powolnego żywiołów zepsucia. Stoją gładkie rzek, jezior, oceanu tonie, I nic się nieporuszy w ich milczącem łonie. Okręty bez żeglarzów pośród morza tkwiły, Maszty ich kawałami padały i gniły,

I tonęły na wieki w spokojnych wód bryle: Burze usnęły, fale spoczęły w mogile, Bo nie było księżyca co by je podźwignął. Wicher, w stęchłem powietrzu uwiązł i zastygnął. Znikły chmury; to dawne ciemności narzędzie

Stało się niepotrzebnem... Ciemność była wszędzie.