Melania Bytowska autorka cyklu wierszy @wiersze-krzyczane-szeptem oraz @pragneodniechcenia, pisarka, malarka i poetka. Studentka piątego roku filologii węgierskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Urodzona w Krakowie, mieszkająca w Budapeszcie, a w przyszłości i w Rzymie. Obecnie pracuje nad wydaniem swojej pierwszej książki. Pisze i maluje to, czego pragnie od niechcenia.
Wiersze:
*** (Spacerowałam po tym domu...)
*** (Dzieci, opierając podbródki o kolana...)
*** (Śmiejesz się przy okazji własnej opowieści...)
*** (Przymykamy oczy nad gorącą kawą...)
***
Spacerowałam po tym domu.
Nocą nie śpiąc, żyłam,
Kradłam tu dni i zyskiwałam czas,
Którego mimo to dziś mi mało.
Wysokie sufity w objęciach białych ścian
Tworzą przestrzeń wolną od wzorów.
Za dnia potrafi tu być bardzo jasno.
Mawiałeś, że nie lubisz, kiedy pocieram Ci ramiona,
Że to jak pocieszać przed odejściem, by i tak wyjść.
Przeprosić zanim ukraść, wyznać zanim zgrzeszyć.
Mimo to zostawiam z Tobą ciepłe prądy,
Niech iskrzą Ci w wyładowaniach z wełną płaszcza.
Wystarczą na chwilę, pozwalając na za długi moment nieuwagi.
Pokryją atrapami nasze obietnice bez pokrycia,
Zanim Twoje perfumy nic mi nie powiedzą,
A Ty, jakby pierwszy raz, usłyszysz moje ulubione przysłowie.
W tym jasnym domu pachniało białą czekoladą,
Dzieci obiecują, że więcej tak nie będą,
A halucynacje są rzeczywistością, gdy ktoś je z Tobą dzieli.
***
Dzieci, opierając podbródki o kolana,
Zajmują miejsca na spiralnych schodach.
Kucają, obserwując węzły splątanych balonów.
Kolorami wypełniają pomieszczenia, w których opadają,
Kryjąc, rok po roku, niższy lot.
To takie miłe życzyć dobrze i gdy Tobie dobrze życzą,
Bez wysiłku, o dobroci, by przykucnąć znów na schodach.
Odegrawszy rolę nie żałować, że zbyt mała,
Umiejętnie przydzielona i z pewnością sprawiedliwa.
Pozwala sklejać makiety symulacji hologramów
I w spełnionym obowiązku kucać wraz z innymi.
Znając swoje miejsce, ustąpić tym, którzy bardziej się nadadzą.
Niedługo wszyscy spełnią, czego nam przyszło tylko życzyć.
Może to listopad. Albo niechęć do wełnianych szalików.
Może znak, że odkrywam sekrety balonów.
Bo gaszone zapałki pachną przemijaniem,
Truskawkowym tortem,
Życzeniem niespełnionym, innym co roku.
***
Śmiejesz się przy okazji własnej opowieści,
Która dla tamtego musi brzmieć naprawdę pięknie.
Spacerujesz po pokoju,
Przystając to tu, to tam.
Krok w przód, to w tył.
Pragniesz dojrzeć oczu tego, kto odebrał,
Z pewnością przytaknęłyby Twoim słowom.
Błądząc wzrokiem, nigdzie nie przystajesz,
Szukasz ich, patrzysz, nic nie widząc.
Czerwone buty, różowa walizka i zielony brelok,
Którego zadaniem jest odróżnić
Klucz do drzwi wyjściowych od reszty w pęku.
Ale Tobie tylko kolorowe plamy bezkształtnych kształtów.
Nie kupowaliśmy przecież żurnalowych żyrandoli,
A świeczniki świecą pustką.
Oczy wielkie i ufne, pochłonięte. Zapomniały.
Patrzę na Ciebie w tym jasnym, idealnym stroju,
Siłując się przy tym z własnym paskiem,
Bo próbuję zrobić w nim kolejną dziurkę.
Gdy pytasz, czy na głośno,
Gestem daję znak, że nie musisz się rozłączać.
Pobądź tam. Opowiadaj.
Ale nie patrz na mnie, kiedy skończysz.
***
Przymykamy oczy nad gorącą kawą,
W jej parze i bieli niskich chmur
Znaleźć można dowody, że lato się skończyło.
Słodki posmak mięty przynależy do poranków.
Pora początków i pożegnań,
Moment, gdy dziś żegna wczoraj.
Chłód przenika nasze płaszcze,
Które w tym samym miejscu, a innym dniu
Nie były nam potrzebne wcale.
Może lepiej, że jest wcześnie.
Ciała zapominają się wolniej i stopniowo,
Oddalają, drżąc w dreszczach,
Każdym jednym dreszczem zwracając sobie cicho
Nieswoje części w sekrecie pożyczone.
Dla zaspanych myśli jest za wcześnie,
Aby wiedzieć, że na zwrot wydarzeń już za późno.
Zostały we śnie dzisiejszej nocy, jeszcze letniej,
Gdzie pora lata trwała lata, grzejąc skórę słońcem.
Można mówić, że to wszystko wina września, zimna i zmęczenia,
Kiedy twojej czwartej porze roku przyjdzie drżeć gdzieś indziej.
Patrycja Ciuła autorka tomiku poezji "Wyrzucona na brzeg". Laureatka konkursu poetyckiego NURT i Siedleckiego Slamu Poetyckiego. Na co dzień asystuje przy zabiegach stomatologicznych.
Wiersze:
Kruki
Róża
Skalny mężczyzna
pociąg do Nieba
Kruki
Szczęśliwcy słońcem skąpani
siedzą w parku
a ja w cieniu
promyki talentu łapię
czarne ptaki wiszą stadem nade mną
a ślady słów płynące z mych dłoni
kaleczą ich czarne skrzydła
powolnym ruchem
pociągają za nici emocji
maskę uśmiechu
smutkiem zakryją
a na nos założą
szarości okulary
porwą me ciało
gdzie anioły łzami mój obraz namalują.
Róża
Stała w wazonie
piękna czerwona
a teraz?
A teraz jest jak moja dusza
zgorzkniała i szara
czerwień odeszła w niepamięć
a zamarłe płatki opadają
jeden po drugim
niczym łzy
które spływają po mym policzku
obok płomień świecy jeszcze się pali
a kiedy zgaśnie, to zniknie i ona.
Skalny mężczyzna
Chodzą po głowie
skalnego mężczyzny
ulotne jak myśli safanduły
nikną za białym zakrętem
gdzie czekają dekadencję
drzewa w kryształy zimowe przybrane
domy pajęcze srebrną nitką mrozu pokryte
ślady dzikich domowników
na białej kołdrze pośpiechem zostawione
serca ostygłe
czekają na ogrzanie
a więzione w ich duszach skowronki
odleciały półkolem.
pociąg do Nieba
pędzi przed siebie niebieska łuna
a w niej ja dotykam kropli morza
niebieskim pociągiem w kierunku Nieba
bagaż doświadczeń
pozostał na stacji
bilet w jedną stronę
ukryłam w kieszeni mroku
anioł stróż wskazuje moje miejsce
tuż przy oknie
widzę już tylko białą mgłę
która zabiera krajobraz życia