Rozdział 1Koń miękki w pysku
Lajos Parti Nagy: Zaczynamy tę rozmowę 24 marca 1998 roku w Palicsu1, w fantastycznym domu Ottó Tolnaiego, o którym będzie jeszcze wielokrotnie mowa, choćby z powodu przedmiotów, których pełno tutaj na ścianach, podłodze, na każdym skrawku przestrzeni. Przedmioty wypełniają ten pokój tak, jak Ottó Tolnai wypełnia sobą swoją poezję.
Planujemy sześć sesji, sześć rozmów, które będą następowały po sobie, ale bez zachowania chronologii, przecież twórczość Ottó Tolnaiego - najchętniej określam ją mianem poezji - ma to do siebie, że czegokolwiek tkniemy, gdziekolwiek pociągniemy za nitkę, natychmiast trafiamy w sedno.
Mimo to, albo właśnie dlatego, pomyślałem, że najlepiej wybrać sposób najprostszy, najbardziej tradycyjny: cofnijmy się do początków, a więc do rodziny, przodków, dzieciństwa. Zacznijmy od czegokolwiek, wiem, że po dziesięciu minutach i tak dotrzemy do Gézy Csátha2 albo do malarstwa marynistycznego. Gdybyśmy natomiast zaczęli od zgromadzonych tutaj przedmiotów, wówczas po kilku minutach wylądowalibyśmy w Magyarkanizsy, twoim rodzinnym miasteczku, albo w Palicsu, dokąd z Kanizsy - to mogła być twoja pierwsza podróż - pędziliście przez pusztę świnię, o czym opowiadasz w noweli Palics, ujawniając potoczną i metaforyczną relację pomiędzy swoim dawnym i obecnym miejscem zamieszkania.
Dla mnie w tym, co robisz, szokujące, uderzające, cudowne jest to, że wszystko ze wszystkim ma wręcz niebywale organiczne, subtelnie opalizujące związki, twoje dzieło jest gęstą, nieprzenikalną pajęczyną, której człowiek nie może się nadziwić, napodziwiać. Moim jedynym celem w tej rozmowie jest pozwolić, abyś opowiadał, opowiadał, opowiadał.
Ottó Tolnai: Powinienem - już dawno powinienem był - niegrzecznie przerwać ci, ale tak bardzo omamiłeś mnie pięknymi słowami. Właściwie to już osiągnąłeś cel, już prawie udało ci się położyć swoje medium na freudowskiej kozetce, bo czymże innym jest ten mój ogromny starozłoty fotel, który wsunąłem tu w kąt, po czym z niemałą przezornością (kiedy i gdzie szczekają psy, kiedy i gdzie pieją koguty, gęgają gęsi, które drzwi właśnie skrzypią, chociaż wszystkie naoliwiłem, skąd dobiega odgłos odkurzacza, w jakiej części ogrodu kosi trawę wujek Andria, który do samej emerytury pracował w ogrodzie zoologicznym, i chociaż jest najłagodniejszym z ludzi, może tylko András, zamiatacz ulic w Palicsfürdő, jest jeszcze bardziej od niego łagodny, przyniósł tu ze sobą ryk lwa, jęki rodzącej gorylicy itp.) postawiłem tutaj również ten odziedziczony wraz z domem, z moim Zamkiem z Piasku, rozklekotany taboret z pękniętym siedzeniem, z którego tu i ówdzie sterczą łebki gwoździ, jak gdyby wyciągał je stamtąd jakiś mistyczny magnes, chcąc go ostatecznie rozłożyć na części pierwsze, ja jednak uwielbiam ten taboret, uwielbiam i chronię go własnym ciałem, bez przerwy przemycając z podwórza do swojego pokoju i kamu?ując książkami albo, tak jak teraz, kawałkiem macedońskiego samodziału (kupiłem go w Macedonii w dziewięćdziesiątym pierwszym roku, kiedy odwiedzałem syna w wojsku, dosłownie w przeddzień wojny, na targu w Kičevie, fantastycznym wschodnim jarmarku - pamiętam już tylko ten dziwny blask, którym emanował, pewnie z powodu miodu w plastrach, lubiliśmy je ssać, oraz zakrzywione noże z rogowymi trzonkami, oraz mnóstwo bębnów daia), na którego czarnej osnowie widnieją cudowne ultrafioletowe pręgi przypominające lonty: z tego kawałka samodziału, jak z kartki zapisanej nutami, jak z partytury, można odczytać całą naszą historię, bo przecież chodzi (również) o naszą historię. Powinniśmy się już dawno tego nauczyć, jeśli nie z bitwy pod Kosowem albo zamachu w Sarajewie, to na przykład z nowel Istvána Tömörkénya, z jego prozy, którą uwielbiał również Ervin Sinkó, szkoda, że nie wznawia się już jego szkicu o Tömörkényu, być może również poprzednie generacje pisarzy wojwodińskich inaczej by się odnosiły do tego zagrzebskiego pisarza, gdyby znały ten jego tekst, który zresztą lubię widzieć w towarzystwie eseju Istvána Vasa na temat Tömörkénya... Człowiek w swojej prowincjonalnej samotności żyje dręczony spotęgowanymi wątpliwościami i z czasem zaczyna odczuwać już tylko swoje niedostatki, błędy, każdego dnia widzi, że zdania znów są chybione, że falują nie tak, jak by chciał, bowiem ja już w młodości wyobrażałem sobie swoje zdania tak, jak szkice Leonarda do jego wizji potopu, albo tak, jak to ujmuje Nietzsche w Poza dobrem i złem (również Kerouac i pisarze jego kręgu z pewnością znali te słowa), że okres, w znaczeniu antycznym, jest przede wszystkim fizjologiczną całością, o ile zawiera się w jednym oddechu. Oczywiście nie zapominając o późniejszej uwadze Nietzschego, a mianowicie że my, nowocześni, my krótkooddechowcy, właściwie nie mamy prawa porywać się na wielkie zdania złożone... A wtedy wyraźnie czujemy: potrzeba nam takich zdań, które jednocześnie pokazywałyby także, byłyby odbiciem również tego, że w łagodnym, czy też gwałtownym, falowaniu nagle straciliśmy grunt pod nogami, z trudem chwytamy powietrze, bełkoczemy, splątała się, zerwała się nić, którą snuliśmy niczym pająk, zraszając ją własnym potem, i wszechogarnia nas panika, może supeł już całkiem się zacisnął, a guz w naszym gardle, sprawiający wrażenie łagodnego, zaczął złośliwieć, i dopiero potem, gdzieś pod koniec zdania, daje się odczuć, że chyba nie utonęliśmy, nie straciliśmy gruntu pod nogami, nie zbrakło nam tak zwanej nici przewodniej, czujemy, że koniec istnieje, choćby nawet był owinięty wokół naszej szyi ("powieszony mógłbym jeszcze pożyć"). A więc jakieś ciągnące się bez końca, popękane, połamane zdania, które tymczasem unieważniają siebie, i chyba właśnie ten gest anulowania trzyma je razem, czyni jednorodnymi, jeśli w ogóle można nadać jednorodną formę tej absolutnie heterogenicznej materii, surowym wiejskim kawałkom prozy ("ssie kocię psiego fiuta") i zatrzęsieniu miejskich, eseistycznych motywów, fragmentów, cytatów, haseł, w istocie to właśnie te przypadkowe artykuły hasłowe powinny potem zagwarantować Całość, Wielką Formę, czyli Leksykon Świata Nowego Tolnaiego3 (z pewnością stąd się bierze mój całkowity, już od dzieciństwa, brak zainteresowania dla szkolarskich czy też popularnych, komercyjnych gatunków, chociaż w ostateczności leksykon też jest gatunkiem popularnym), następnie sceny z samotnych folwarków na Járásu albo "Palics és környéke" [Palics i okolice] (to małe prywatne pisemko, które tutaj wydajemy, też jest przykładem takiego przekraczania granic gatunków, oczywiście na przeciwnym biegunie niż leksykon), jak również mało- i wielkomiejskie chwile (niekończące się spadanie z dachu peszteńskiego blacharza, wgapionego w peszteńskie mieszkania, śledzenie pewnego nowojorskiego ślepca, utożsamienie się z nim w moich zapiskach zatytułowanych Nowy Jork w oczach niewidomego). Dużo czasu spędziłem w pracowniach wydmuchiwaczy szklanych baniek, którzy są białoskórymi odpowiednikami wybitnych czarnoskórych muzyków jazzowych. Czytałem gdzieś, że płuca wydmuchiwaczy są pełne niewidocznych gołym okiem opiłków szkła, które w końcu prawie każdego z nich zabijają, uważam, że moje płuca, całe moje jestestwo jest takim szklanym jeżykiem, poduszeczką najeżoną szklanymi szpilkami... Stąd to sapanie, dławienie się, kiedy mówię, nawet w trakcie wielkiej improwizacji czy - w naszym przypadku - arii. Na domiar wszystkiego jakbym też trochę seplenił, pewnie słyszysz, że mówię jak dziecko z aparatem ortodontycznym na zębach. Chociaż naprawdę chciałbym mieć w ustach jakieś żelastwo, aparat korygujący. Coś takiego jak specjalne wędzidło dla koni wyścigowych o delikatnym pysku: h a c k a m o r e4.
(Ciekawe, napisałem długi wiersz pod takim tytułem, z czasem o nim zapomniałem, tak samo zresztą jak o nowojorskim dzienniku, i do dziś nie skonsultowałem się z fachowcami, w jakim języku to wędzidło nazywa się "hackamore" - kto wie, może dlatego, że uważam to słowo za własny wynalazek, chociaż brzmi jak słynny refren Poego, w każdym razie w klubie jeździeckim Határőr [Pogranicznik] w Nowym Sadzie mówili na to hackamore. Mój syn też miał konia o wrażliwym pysku, był to wielki dziki koń wyścigowy, który nie znosił wędzidła, nie sposób było na nim jeździć, kiedyś nawet zrzucił mego syna na moście nad kanałem łączącym Dunaj z Cisą, to od niego, od mojego syna, pierwszy raz usłyszałem to słowo: "hackamore". Miał niespełna dziesięć lat, kiedy zaczął brać udział w zawodach, z malinowej sutanki ministranta wskakiwał prosto w bryczesy i sztylpy, we wspomnianym wierszu zdarzyło się nawet, że jechał konno w sutance, w komży, nawet nie miał czasu się przebrać, bowiem nasz homoerotyczny ksiądz długo zatrzymywał w parafii swoich małych ministrantów; gnał, w malinowej sutance, w koronkach, jak kornet Krzysztof Rilke, który padł na terenie Węgier, a którego brat nazywał się Otto Rilke: cwał, cwał, cwał...).
I nastrajałem się do tych swoich arii, powoli opadając na oparcie starozłotego fotela, moszcząc się, żłobiąc sobie w nim jamę, spójrz, z jednej strony jest przypalony, ponieważ w domu na ulicy Kwiatowej 3 przysunąłem go zbyt blisko pieca ka?owego w czekoladowym kolorze i ta okropna tapicerka ze sztucznej gąbki zaczęła się żarzyć, bo fotel tak naprawdę nie jest stary, kupiliśmy go na raty w sklepie meblowym SLOVENIJALES, w tym samym czasie co ten przetarty perski dywan, pełen śladów po gównach naszego kota, nieboszczyka Popiołka, tych królewskich pieczęci przypominających hologramy, i nie jest wypełniony trawą morską, zwaną zosterą, bo gdyby był prawdziwym, starym cennym fotelem, na pewno nie nazwałbym go starozłotym, tylko akcent padłby na zosterę, to ja jego konfekcyjność przykryłem starym złotem (owszem, potrzebuję owych "ó" w szeregu z Ókanizsą, z prababcią Vitéz, jak również własnym imieniem5, pomyślmy tylko o słowach, które Goethe i Kierkegaard wypowiedzieli na temat imienia Otto, dla mnie fundamentalnych, to właśnie im zawdzięczam teorię megaalbo też metarymu, mojej metaaliteracji, to znaczy, by w moim pisaniu działał jeden jedyny szereg rymów, aliteracji, skoro chodzi o imię, którego początek i koniec są identyczne*), nastrajałem się, aby wreszcie ten bełkot zwany arią, prawie niezależnie ode mnie, przeszedł w jednostajne zawodzenie, w żałobne pienia: O! O! O!, i już, już zacząłem się rozkręcać, tak przynajmniej mniemałem, kiedy na podstawce mikrofonu, który umieściłeś na taborecie, a właściwie na cudownej tkaninie partytury (myślałem sobie, że będę dla ciebie śpiewał, czytając znaki z tej ultrafioletowej partytury, chociaż rozłożyłem wokół siebie także inne ściągawki, książki, notesy, deftery, fiszki), nagle dostrzegłem trzynastkę namalowaną białą farbą!
Trochę się przeląkłem, potem pomyślałem, że to twoja sprawka, że to ty ją tam nabazgrałeś, dla zachowania stylu, to znaczy, żeby numer na Zamku z Piasku, liczby w dacie przyjęcia doktora Brennera do pracy w sanatorium w Palicsfürdő oraz w dacie Duchampowskiego gestu (przytwierdzenie koła roweru do taboretu) pięknie się rymowały, tak, przeląkłem się, ba, przeraziłem, zacząłem się dusić, jąkać, poczułem, że coś we mnie się rozprysło, tak jakbym żuł żarówkę - no proszę, w trakcie swojego monologu-arii muszę nawet chrupać żarówki, ale przecież, prawda?, są tacy prowincjonalni kuglarze, ileż ja się ich napatrzyłem w dzieciństwie, jeśli się zastanowić, sam też stałem się jednym z tych wiejskich kuglarzy, co to zjadają żarówki, łańcuchy od rowerów, a reporter radiowy odwiedza takiego i podsuwa mu pod nos mikrofon, żeby było słychać, jak zjada żarówkę, jak miażdży, zjada własny język - sądząc, że cały ten cykl będzie się rozgrywał pod egidą trzynastki, ale zarazem ciesząc się, bo przecież mocno się natrudziłem, żeby ta liczba, rok poprzedzający Sarajewo, była znakiem szczęścia, urodziny mojej żony Jutki też są trzynastego, w kwietniu... Poczułem również, jak w trakcie tej śpiewomowy mój język zręcznym ruchem odepchnął na bok jakiś odłamek, zachomikowałem go, a nuż przyda się jako punkt wyjścia do właściwego początku, no proszę, mimo wszystko ma on jakąś ekonomikę, znaczy język, to dzikie mięso...
Jak się dobrze rozejrzysz, zobaczysz, że wszystko tu jest połamane, wyszczerbione, popękane i zapewne jeszcze wiele razy będzie musiało się stłuc, wyszczerbić, pęknąć, żeby i Wszechświat się rozpadł, chociaż na widok każdego nowego pęknięcia, szczerby, rysy, odkrywając, słysząc każde nowe pęknięcie, nabieram pewności, że Wszechświat już pęka, szczerbi się, kruszy... Mówiłeś o moim pokoju; niechętnie, ale opowiem o nim. Niechętnie, bo już tyle razy go wystawiałem na sprzedaż, tak często wywracałem niczym brudną kieszeń; mój Boże, jakże brudne były te głębokie, przepastne pożółkłe płócienne kieszenie naszego dzieciństwa, landrynki i cukrowe pałeczki topiły się w nich, przybierając kształt ostrych szpiców, twardych jak kawałki żelaza, jak zawleczki, z których czeladnik w warsztacie jednorękiego wujka Csápka robił piękne sygnety. Ja też chciałem mieć taki sygnet. Ale jakoś nigdy się to nie udało. Być może miałem zbyt chude palce? Nie pamiętam. Chodziłem do wujka Csápka, drzwi jego pracowni zawsze stały przede mną otworem. Przez jakiś czas był wspólnikiem mojego ojca, sztancowali zamki do szafek nocnych. Podziwiałem go. Podziwiałem, jak zręcznie posługuje się jedną ręką, jak zręcznie potrafi wyginać nią kawałki żelaza... Potem w domu ja też zacząłem wszystko zginać i krzywić, kręgosłup siostrze, dźwigar, z pnia glediczii próbowałem zrobić laskę, z iście einsteinowskim uporem wszystko próbowałem zakrzywiać, nagiąć do Wszechświata, ale to wszystko w moich rękach pękało, zdołałem zakrzywić tylko papkę grysikową, jakbym już wówczas przeczuł wielki einsteinowski, beuysowski przełom Kosztolányiego w poezji węgierskiej, czyli: zakrzywiony grysik! Dopiero wiele lat później odkryłem tajemnicę wujka Csápka: wyginał żelazo tą nieistniejącą ręką. Wujek Csápek miał tylko jedną rękę, ale w przeciwieństwie do buddystów zen klaskał obiema rękami, to dlatego buddyści zen właściwie nigdy mnie nie interesowali, wujek Csápek robił to bardziej ekscytująco, tak jak święty Miska, który na klęczkach jedną ręką bił w dzwon, a drugą rękę składał do modlitwy... Trzeba dodać, że studiując w Zagrzebiu, przez rok słuchałem wykładów z filozofii Wschodu prowadzonych przez Čedomila Veljačicia, który potem został dalekowschodnim mnichem, jałmużnikiem Buddy.
Kiedy pokój się przepełnia, kiedy góra śmieci zaczyna mnie przytłaczać i niemal grzebać pod sobą, dybać na moje życie, rozpalam wielkie ognisko, jak na podwórzu domu przy Kwiatowej 3 w Nowym Sadzie przed przeprowadzką, albo - tak jak ostatnio - utykam nieważne przedmioty na strychu, a strych w Zamku z Piasku jest cudowny jak ukryta pagoda, ze stuletnią wędzarnią pośrodku, owszem, przez sto lat tam, na górze, pod sufitem z trzcinową sztukaterią, wędzono szynkę, kiełbasę, salceson, kaszankę. I był tam wtedy jeszcze ogromny zbiornik na wodę. Wyrzuciliśmy jego przerdzewiałe resztki, ale na podwórzu został związany z nim jakoś mistycznie, jak gdyby nadal dokonujący obserwacji, osierocony peryskop hydrantu, który jest mi wprost niezbędny, jakbym za jego pomocą śledził horyzont albo pykał sobie w powietrze niczym z fajki! A zatem pośrodku strychu stoi wędzarnia. Czasem nazywam ją po prostu kabiną, a czasem ciemnią, laboratorium alchemicznym, warsztatem poetyckim. Lubię wchodzić do tej wędzarni o ściankach pokrytych fioletową sadzą - nie ma piękniejszych powierzchni, one naprawdę dorównują lustrom weneckim - na bosaka, w ten boski popiół akacjowy, głęboki, bezdenny (zwróć uwagę na dziwne rozgrywki między piaskiem, popiołem i żużlem - być może walczą o naszą willę, o nasze życie!), i po kostki, po kolana, po szyję zanurzam się w swoich małych prywatnych Pompejach, które tutaj, w Palicsfürdő, zaczęły się niestety aliterować z powszechnymi Pompejami, chociaż mnie nigdy nie obchodziły podobne poetyckie rekwizyty, ale jak widzisz, rzeczywistość one jednak obchodzą, cholerny poeta wirtuoz wierny formie... Zdarza się, że nazywam ją po prostu drewnianym płaszczem, moją diamentową trumną, moją szklaną trumną... Nie chciałbym go przesadnie ozdabiać. Mojego pokoju. Bo chociaż sporą część życia spędziłem w pracowniach malarzy i napisałem wiele szkiców o ich martwych naturach, o relacjach między przedmiotami tworzącymi kompozycje na stołach, na piecach, w różnych wnękach, na parapetach okien i tacach (najczęściej zwykłem opowiadać o barokowym Chrystusie Milana Konjovicia i jego tańczącym wokół Chrystusa kurucu6 z zegarkiem w klatce piersiowej, o pigwach na obrazach Béli Czóbela przypominających czaszki, o ozdobionym trójkolorową wstążką i ostnicą kapeluszu na jego niedokończonej martwej naturze; Konjović i Czóbel przyjaźnili się w Paryżu, także później pisywali do siebie, może nawet się spotykali), to jednak bardziej pociągają mnie pracownie rzemieślników z czasów mojego dzieciństwa, dokąd zanosiłem ze sklepu ojca płaty kleju przypominające szklane ta?e (może to na witraż do naszego kościoła, myślałem), drewniane kołeczki, szmergiel, gips, papier pakowy, smar do kół, farbkę w gałkach, grube i cienkie skóry, hufnale, potem kucałem obok pieca, pod strugarką, przyciskałem pedał miecha, obserwowałem, próbowałem podpatrzyć tajemnicę, w jaki to sposób pijany piktor uzyskuje barwę wina jabłkowego do dekoracji Księżniczki czardasza, u krawców Molnára, Kecskésa, Zsámbokiego po wielkim fastrygowaniu starałem się za pomocą ciężkiej podkowy z magnesu zebrać na ogromną poduszkę w kształcie serca wszystkie niewidoczne szpilki, patrzyłem, jak Gecse wyrabia korkowe obcasy, które akurat wtedy były u nas w modzie, obcasy z korka i niebieski zamsz, stałem jak odurzony narkotykami wśród dziewcząt robiących przyszwy i politurujących skórę, do dziś trzymam u siebie krążek do politurowania - przypomina grzybek do cerowania albo ten do przecierania płyt - który Jutka, ponieważ dzieci zabrały jej grzybek do zabawy, wtykała w moje skarpetki. Nie ma pojęcia, że jeszcze teraz, po upływie ponad półwiecza narkotyzuję się, wielu jednak podejrzewało, że omdlewam od smrodu skarpetek, znaczy swoich nóg...
Tak więc mój pokój przypomina jaskinię zbieracza, prowincjonalnego handlarza starzyzną, kolekcjonera, czasem taksatora. Który w ślad za Nietzschem (o Nietzschem zacząłem wspominać na początku lat sześćdziesiątych, jeszcze na łamach "Symposionu", ponieważ moja koleżanka Ružo Ugrinov, która poszła do gimnazjum serbskiego - jej ojciec był Serbem, matka, słynna Vera Tóth, handlowała jajkami - jeszcze w latach pięćdziesiątych, po selekcji książkowych zbiorów w bibliotece Kółka Rolniczego w Ókanizsy, zdobyła i podarowała mi Zaratustrę) zaczyna, jak Leonid Šejka w swoim tak zwanym białym okresie, porządkować, jak to on mówi: klasyfikować (tworzy krótkie serie przedmiotów, jak ja przed chwilą na przykład grzybki) chaos, wzorem mistrzów holenderskich czy szkoły Borgesa, zaczyna po jednym utrwalać przedmioty z wysypiska śmieci (nie przypadkiem ostatnia książka Danila Kiša nazywa się Magazyn). Podkreślam, że prowincjonalnego handlarza, bo tutaj, jak mówi Dezső Kosztolányi, człowiek ma większe oczy, tutaj ani wiedza fachowa, ani pieniądze nie mają zbytniego wpływu na pojawianie się pojedynczych przedmiotów, ich wycenę, powstawanie serii... Przy czym chodzi też o pokój w wieży przepięknej willi - o wyniosłą wieżę z kości słoniowej. Gdzie rezyduje kapłan czystej poezji, wielbiciel Mallarmégo i Valéry'ego.
Oczywiście miałem zamiar opowiedzieć o swoim pokoju, z całkiem nowego punktu widzenia, o swoim biurku żaluzjowym, które jest częścią czarnego ikonostasu, a także ciemną, samotną gondolą. Endre Lábass ma takie wspaniałe zdjęcie, naprawdę godne, by się znalazło w każdym zbiorze fotografii: pusta, zrujnowana ulica Pesztu, a na niej porzucona, samotna, zdewastowana gondola. To zdjęcie bardziej mnie porusza niż moje niegdysiejsze gondolowe przeżycia w Wenecji. Moje największe przeżycie związane z wenecką gondolą też dotyczy fotografii: w jakiś jesienny, a może raczej zimowy dzień starzejący się Dusze, kiedy nawet Rilke przed nim ucieka, stoi sam w gondoli, tak jakby stał już w łodzi Charona... Widziałem tę fotografię dawno temu na Biennale w Wenecji, nigdy więcej nie udało mi się na nią trafić... Słuchając twojego zagajenia, a potem strojąc sobie gardło do arii, myślałem, aby zacząć od jakiegoś przedmiotu, na przykład opowiedzieć o tym, jak Šejka spośród niekończącego się ciągu przedmiotów, z góry śmieci, z chaosu, bierze jeden po drugim kolejne rupiecie, zardzewiałą kuchenną raszplę w kształcie przepołowionego dzwonu, zużyty pęczek drutu, rozpadającą się damską torebkę, miedziany odważnik, rurę kolankową, sitko do zaparzania herbaty, wieszak, spłowiały, już niczego niepokazujący (wszystko starły ręce ciekawskich, spragnionych podróży uczniów), zapowiadający koniec świata globus, przecież w czasie rozgrzewki coś sobie zachomikowałem, jedno słowo, jedno pojęcie, mianowicie pęknięcie jako takie. Bo tutaj co rusz pękają, łamią się nie tylko przedmioty, ale także teksty, tak, ostatnio już po napisaniu fragmentu, stronicy - łamię, urywam, przerywam, zaczynam smakować swój tekst, który kiedyś, na przykład w jakimś wywiadzie, tak jak teraz, będę mógł tworzyć dalej od miejsca, gdzie przerwałem i zacząłem go smakować, przecież jedną z powyższych form podstawowych jest też gniazdo os czy wspomniany plaster miodu. Artykuły hasłowe, tak jak komórki woszczyny, doskonale dostosowują się do tego rytmu, chociaż nie wierzę, by odgrywały rolę w jego kształtowaniu...
Kilkakrotnie spoglądałem na skorupę nad twoją głową. Trafiła tam przypadkiem. To nie jest moja aranżacja. Chyba to nasza sprzątaczka tam ją umieściła, po czym o niej zapomniała. Bo ostatnio przyłapałem ją na tym, że niepostrzeżenie, jednak w tym małym świecie nic się przede mną nie ukryje, ona też aranżuje... W każdym człowieku kryje się dekorator witryn... Mój Boże, pamiętam, jak w moim rodzinnym miasteczku, w Magyarkanizsy, zatrudniono dekoratorkę wystaw, która zajmowała się tym zawodowo. Jeśli się nie mylę, była to nieżyjąca już żona Kázméra, późniejszego ordynatora psychiatrii w Törökkanizsy...
Chodzi o kawałek dzbanka z datą 1904.
Ten dzbanek, póki jeszcze był dzbankiem, wisiał w kuchni na ulicy Kwiatowej 3, między dwoma pięknymi glinianymi talerzami prababci Vitéz. Ja jeszcze jadałem z nich drewnianą łyżką: karto?ankę ze śmietaną, marsz grenadierów7 zapiekany w żeliwnym garnku. Mówię o tym, bo owe dzbanki nie trafiły na ścianę z jakiegoś etnograficznego popędu, ale z powodu prababci, z powodu nawiedzającego dom ducha prababci. Co prawda, dzięki naszej przyjaciółce Marii Rózie Bánszky, etnografce z Muzeum Wojwodiny, bywają u nas etnografowie i zachwycają się tymi talerzami, nieźle zaskoczeni: jak to jest, przecież przyjechali do nowoczesnego, ba, podobno awangardowego poety... Jeden jest biały w drobne niebieskie kwiatki i z niebieską obwódką, która od częstego używania gdzieniegdzie się starła i spod spodu prześwituje glina. Ten jest ładniejszy. A drugi, w szarozielone plamki, jest ciekawszy. Pewnego razu poprosiłem Rózę, żeby coś nam opowiedziała o tych talerzach. No i zaczęła opowiadać. W 1972 roku, ukończywszy etnografię na uniwersytecie w Belgradzie, Róza, jedyna spośród etnografów zajmująca się nie Siedmiogrodem, pojechała do Márii Kresz, zwanej ciocią Panni, do Muzeum Etnograficznego w Peszcie, które wówczas mieściło się jeszcze na ulicy Kálmána Könyvesa, i oznajmiła, że się interesuje ludowymi naczyniami z gliny, ceramiką. Ciocia Panni pokazała jej różne eksponaty, wyjaśniła to i owo, a potem powiedziała, że ona też ma prośbę. I spośród dwudziestu tysięcy przedmiotów, które jeszcze przed pierwszą wojną światową zebrano w Szoncie, wzięła dwa białe naczynia w zielonoszare zatarte cętki. I poprosiła Rózę, żeby rozejrzała się trochę u siebie. Róza powiedziała mi wtedy, że w ciągu ostatnich trzydziestu lat nie znalazła podobnego naczynia ani w naszych kuchniach, ani w okolicach Szonty, Doroszló, Bácsa. Zna tylko dwa naczynia takie jak te u cioci Panni: jedno to kamionkowy dzban jej prababki z Ókanizsy, a drugie - to wiszący w kuchni talerz mojej prababci z Ókanizsy.
Dzbanek od początku był uszkodzony. Dostałem go po budapeszteńskiej premierze sztuki Wyprzedaż od mojego przyjaciela Tamása Balogha, który grał w niej fryzjera; rolę fryzjera zagrał także - genialnie - w niedokończonym spektaklu Istvána Paála Ogniotrwały parasol w Zalaegerszegu, co prawda nie oślizłego prowincjonalnego fryzjerczyka, jacy często występują w moich sztukach, ale takiego w typie Hitlera, zresztą Hitler, jak się głębiej zastanowić, też był fryzjerem, oślizłym fryzjerczykiem, cokolwiek mówi Heidegger, ja najbardziej brzydzę się chyba jego ręki, tego, jak ją arogancko wyrzucał przed siebie... Tamás aresztuje Gulkę, kiedy ten w czasie powodzi chce z bukietem ostnicy wejść przez okno do domu zawiniętego w folię, nijak nie mógł zrozumieć, jak to możliwe, że w czasie wielkiej powodzi Gulka postanowił ocalić akurat bukiet - zakurzony, brudny, zmemłany bukiet ostnicy. Że jest dla niego najważniejszy na świecie, chce ocalić, wnieść na arkę Noego tylko bukiet ostnicy... Po przedstawieniu w Kecskemécie, a może po tym w Peszcie, Tamás wraz z żoną w czasie kolacji urządzonej w ich domu uroczyście wręczył mi dzbanek. Wręczali mi go jak jakiś nadzwyczajny prezent. Skarb. Jak jakieś mistyczne naczynie. Nie potrafiłem odpowiednio zareagować. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że to jakaś typowa ceramika z Sárköz8.
Malowana?
Lubię malowane okazy. Ale chyba nigdy nie widziałem ani jednego malowanego naczynia, które odpowiadałoby moim wyobrażeniom o tym, jak pacykował je u nas jakiś terminator garncarski... Ceramikę opisuje się też tak jak pierniki, ale ja za tym nie przepadam...
Krótko mówiąc, nie zorientowałem się, z czym mam do czynienia. Chociaż znam się na ceramice.
W Ókanizsy jest słynna fabryka naczyń glinianych i ceramiki, jest kopalnia niebieskiej gliny, często się tam kąpaliśmy, łowiliśmy ryby, zresztą stamtąd pochodzi ten ząb mamuta (dwie małe terakoty jedna brzydka jak igor strawiński zrobiły je dzieci z ó-kanizsy w ó-kanizsy od niepamiętnych czasów jest kopalnia gliny fabryka dachówek i cegły z napisem ANIOŁ a wszystkie dzieciaki które potem będą dniówkarzami o rękach jak łopaty są genialnymi rzeźbiarzami jak etruskowie pamiętam jak w niebieskiej glinie znalazły żółte kości mamuta zacząłem wrzeszczeć myślałem że ktoś polał mi nogi kwasem solnym tymczasem to jedna z dziewczynek zsikała się na widok śpiącego w niebieskiej glinie mamuta dwie małe terakoty zrobiły je dzieci z ó-kanizsy ich nauczyciel nie żyje przyłożył głowę do krajzegi jego katafalk stanął w płomieniach zgasili go mój przyjaciel też nie żyje strzelił sobie w łeb z kiepskiego muszkietu a kiedy to nie pomogło otruł się dwie małe terakoty zrobiły je dzieci z ó-kanizsy dwie małe terakoty och och och); w Kishegyes działają duże pracownie ceramiczne, wychowały wielu utalentowanych artystów; ale Peti Glina to osobna bajka, dużo o nim pisałem, zwłaszcza o ceramicznych jajkach, może nawet trochę na niego wpływając, on też pomógł mi się odnaleźć wśród wielu elementarnych spraw, wyjaśniając, jak powstaje jajo - on je przekłuwa, podobnie robiliśmy w dzieciństwie, kiedyśmy wypijali jajka małych śpiewaków, tyleśmy ich wypili, nic dziwnego, że sam też zostałem małym śpiewakiem - wyjaśniając, jak wypala się jajo do chwili, gdy ma się poczucie, że już zaczyna sztywnieć w nim zarodek kurczaka i powrózek, wyjaśniając, jak powstają amfory, które w naszych stronach tylko on potrafi toczyć, w końcu ma niemal metrowej długości ramiona; nasz folwark na Járásu jest pełen glinianych naczyń, mamy cudowny, wielki piersiaty dzban znad Dunaju, zwany Murzynką, kiedy w upalne lato podnoszę go do ust, rzeczywiście czuję się, jakbym tulił, obłapiał czarnoskórą dziewczynę; na początku lat siedemdziesiątych bywaliśmy też w Korondzie, do dziś mam kilka przywiezionych stamtąd glinianych ptaków, które dostałem w prezencie, jak również tomik poezji Lajosa Pála z dedykacją, potem często czytałem w piśmie "Helikon" jego piękne wiersze: w mojej pamięci płonące piece Korondu i tamtejsze kopalnie soli kojarzącej się z lodem powoli połączyły się w jedno... Tyle mówię o ceramice, a wciąż jeszcze nie opowiedziałem o swoich największych ceramicznych przeżyciach. O gomolavskich9 dwugłowych idolach bliźniakach, które znaleziono w Herkócy nad Sawą, w Herkócy albo w Nyékince, gdzie znajdują się najbardziej wysunięte na południe osady węgierskie, już prawie w Mácsvie. Nie wspomniałem również o znalezionym przez Siergieja Karaminskiego w Branjevinie (Hódság) idolu, o Rudej Wenus z czasów neolitu, której fotografia wisi tutaj na drzwiach szafy. Tak na marginesie, Siergiej Karaminski jest bardzo malowniczą postacią: to białoruski nauczyciel z Hódságu, rudowłosy, nieśmiały, który przez całe życie zajmował się archeologią. Kopał z grupą Sokáców10, parobków z Vajszki. Pracowali po amatorsku, nikt nie prowadził dziennika wykopalisk. Kiedy wydobyli Rudą Wenus, która szybko zyskała sławę (zaczęto handlować jej kopiami), w krótkim czasie umarł robotnik, który ją znalazł, potem jeszcze kilku, a w końcu, jakby dla ukoronowania tego wszystkiego, wybuchła wojna (Herkóca stała się znana, kiedy ministrem sprawiedliwości został Tibor Várady, bowiem próbował on zapobiec wysiedleniu tamtejszych Chorwatów)... Wtedy parobcy z Vajszki zaczęli mówić, że Rudą Wenus należy z powrotem zakopać, bo naruszając jej spokój, rozgniewali ją, i rzuciła na nich klątwę... Ja właściwie z całkiem innego powodu zacząłem interesować się tymi wykopaliskami, mianowicie z powodu Waltera Benjamina, ponieważ w Gomolavie znaleziono ziarenko pszenicy, gliniane ziarenko pszenicy, na którym zapisano całą Biblię...
Podczas tej kolacji po Wyprzedaży - mam nadzieję, że kojarzysz, że trzymasz wątek, bo ty też musisz być czujny - widząc, z jaką głupią, nieszczęśliwą miną trzymam w rękach swój prezent, malowany dzbanek, Tamás wyjaśnił, o co chodzi. Jego żona była krewną Lajosa Fülepa, a ponieważ w naszych rozmowach i podczas prób wielokrotnie powoływałem się na niego - z pewnością w związku z różnymi błahymi przedmiotami, jak na przykład rurą kolankową itd., albo z martwymi naturami, na przykład że według Fülepa Cézanne "jest kimś, dla kogo natura (kilka jabłek, listowie, powietrze), czyli Bóg, jest tym, czym dla Giotta jest Ojciec Niebieski. Podobno Giotto i inni prymitywiści płakali podczas malowania. Jakież to piękne i wzruszające! No tak, nie zapominajmy jednak, że oni płakali nie na widok przyrody, lecz dlatego, że malowanie było ich modlitwą, a sztuka - pokorną ofiarą składaną ich bogu. Cézanne odnosi się do p rzyrody z taką samą dziecięcą wiarą, zachwytem, uwielbieniem, głębokim wzruszeniem jak Giotto do Boga"; z pewnością mogło chodzić o to, bo Kosztolányi też mówi coś podobnego: "Z bojaźliwym szacunkiem wpatruję się we wszystko, co pochodzi z domu; to święte, myślę w duchu, przecież kształtowały mnie błahostki, skromne, należące już do przeszłości przedmioty, zdarzenia, to one są moimi bogami". Zdumiewające.
No i wyjaśniali mi tak, przekrzykując się, a moja twarz z wolna zaczynała promienieć, przecież, jak powszechnie wiadomo, Fülep zgromadził w Zengővárkony pod Pécsváradem ogromną kolekcję ceramiki... Dzban pochodzi właśnie z tej kolekcji, o której innych okazach nie mieli pojęcia, ja też nie, chociaż bywałem w Zengővárkony, jak również w tym małym antykwariacie Fülepa w Budzie, gdzie widziałem należącą do niego rzeźbioną skrzynię, a w niej jego sandały, laskę... Przypomniało mi się, że Fülep zbierał też pisanki, rozmaite, z pewnością także malowane... Niestety, nie zająłem się jeszcze badaniem tych materiałów (choćby w takim stopniu jak kolekcją owadów Bartóka, na ulicy Csalán widziałem nawet kilka jego motyli i chrząszczy nabitych na szpilki... A trzeba wiedzieć, że szpilki do motyli są specjalne - można je zobaczyć tylko w moich poduszeczkach do szpilek... Najlepsze szpilki do motyli produkują w Wiedniu. Mój przyjaciel doktor Elemér Láboss, krewny Endrego Lábassa, szanowany naukowiec, badacz mózgu i kolekcjoner motyli, opowiadał mi, że podczas jakiegoś kongresu naukowego poproszono zebranych o chwilę uwagi i poinformowano, że umiera słynny, może najsłynniejszy, wiedeński kolekcjoner motyli, a jego żona właśnie wyprzedaje szpilki. I ten mój przyjaciel naukowiec zerwał się i natychmiast tam pognał, wielki kolekcjoner motyli jeszcze żył, był ubrudzony żółtym i lazurowym pyłkiem, skórę miał już całkiem przezroczystą, jak błona, przypominał bardziej motyla niż człowieka, nie wiadomo było, czy szykuje się na śmierć, czy raczej do boskiego lotu godowego... Lábass kupił od jego żony wspaniałe szpilki i dwa motyle, które widać tutaj na jednej z listewek czarnego ikonostasu, jakby przed chwilą wleciały z dworu do pokoju: Psyche Mediterranea i Literata, ale niewykluczone, że to inne motyle, a trafiły tutaj, pod szpilkę, z kart mojej biblii, czyli z Motylarstwa na Węgrzech Abafiego-Aignera, znam tę książkę na pamięć, i powinienem ci teraz przeczytać z niej swoje ulubione fragmenty* - lecz odsłuchując w tej chwili tę zadyszkowatą rozmowę, to sapanie płuc pełnych opiłków szkła, później trochę odszumowaną, trochę poprawioną, trzydziestogodzinną czy też sześcioodcinkową wersję tych tak zwanych arii, przepisuję je, bo muszę przyznać: wszystko przepadło... Zacząłem wytwarzać wokół siebie coś w rodzaju malowanej skorupki, a teraz przez dziurkę zrobioną igłą (igłą do szycia worków, szpilką do motyli) powinienem niepostrzeżenie wciągnąć do środka powrózek oznaczający życie. W przeciwnym razie wszystko na nic. Powstaną jakieś gazy, jak w jajkach przechowywanych w zbiorach muzealnych. I nastąpi wybuch. Róza mówi (u nas w Zomborze jest najbardziej licząca się kolekcja pisanek: Sokáce umieszczają je w siateczkach, Serbowie wydrapują litery w wosku, zapisują jajka, jak zapisano to ziarnko pszenicy), że jajko czasem eksploduje tak głośno, aż podskakujesz w martwej ciszy muzeum i nie wiesz, gdzie jesteś, a strażnicy podnoszą raban, myśląc, że znów wybuchła wojna - szybko, ratujmy, co się da...
Sznurek tego dzbana, teraz już cieszącego się wielkim poważaniem - jak mówiłem, wisi pomiędzy glinianymi talerzami babci Vitéz - pewnego dnia się przetarł. Malowany dzban spadł i się rozbił.
Wszystko, co malowane, się rozbiło.
Zostało tylko to ucho o pięknym łuku, z dzióbkiem, i część brzuszka z datą. Długo klęczałem nad skorupami. Nagle poczułem, że ogarnia mnie jakieś odurzenie. Że się narkotyzuję, jak kiedyś w warsztacie, gdzie opary kobiecego potu i politury oszałamiały małego chłopca. Na denku ciemno połyskiwało wyschnięte czerwone aszú11. Lśniło coraz mocniej, wręcz promieniowało... Klęcząc na podłodze w kuchni, przeczułem, odkryłem tajemnicę Fülepa, której na próżno szukałem w pustym, używanym już tylko do składowania otrąb budynku biblioteki w Zengővárkony na tyłach kościoła.
Fülep interesował mnie nie tylko jako mieszkający we Florencji redaktor pisma filozoficznego "Szellem" [Umysł], krytyk sztuki i uczony estetyk, ale również jako jeden z "produktów" życia kulturalnego Nagybecskereku, tym bardziej że Todor Manojlović (siedzieli w jednej ławce!) później odegra w serbskim życiu literackim i artystycznym rolę podobną jak Fülep w węgierskim. Jak to możliwe, że właśnie ten chłopak z Nagybecskereku pierwszy odkrywa Adyego i Cézanne'a?! Jeśli znajdziemy odpowiedź na to pytanie, odkryjemy również tajemnicę kulturalnego życia Szabadki, zrozumiemy, jak to się stało, że właśnie młodziutki Csáth pierwszy poznał się na Bartóku. Również z tego punktu widzenia trzeba na nowo przeczytać słowa Kosztolányiego o prowincji... A wszystko to w końcu odsyła też naturalnie do "Symposionu".
Podejrzewałem sprzątaczkę. Bo nasza sprzątaczka, Rosjanka z pochodzenia, od czasu do czasu muska, gładzi złamanym skrzydłem gęsim również wiszące w kuchni naczynia.
Ale doszedłem do wniosku, że jest Bogu ducha winna, sznurek naprawdę się przetarł. Już dawno powinienem był zawiesić dzbanek na żyłce. Nasza rosyjska sprzątaczka potrafi utrzymać w czystości nawet taki chaotyczny, tylko częściowo usystematyzowany śmietnik, pchli targ, magazyn, składowisko. Kiedy przychodzi, ze wstydu zawsze gdzieś się chowam, tułam, ale gdybym nie wpuścił jej do swojego pokoju, Jutka raz-dwa zlikwidowałaby mi ten mój świat.
Pewnego dnia zauważyłem, że najbardziej lubi sprzątać u mnie. W innych pokojach zrzędzi, wszystko jej przeszkadza, firanki, koronki, bibeloty, rośliny, wszystko, a w moim sprząta jak w kościele. Trzyma to skrzydło gęsie i zręcznie, lekkimi muśnięciami odkurza nim moje muszle i osobliwe drobiazgi.
Spójrz, zbieram też szkatułki obkładane morskimi muszelkami i pamiątki z nadmorskich bazarów, z napisami Rijeka, Wenecja, Opatija. To gęsie skrzydło niedawno trafiło, wleciało do moich wierszy. Otóż pewnego dnia wyszedłem kuchennymi drzwiami na dwór i nad moją głową przeleciało stado łabędzi. Leciały bardzo nisko, pomyślałem, że to helikopter. Nigdy jeszcze nie czułem w pobliżu takiej intensywności, takiego niezwykłego hałasu, nigdy jeszcze taka potężna armia ptaków nie frunęła tuż nad moją głową, nie przywykłem do bliskości łabędzi. Przestraszyłem się, padłem na ziemię, dopiero kiedy spojrzałem w górę, zdumiony zobaczyłem, że to łabędzie. Nagle pomyślałem: jaki wobec tego hałas muszą robić anioły? Możliwe, że jeszcze bardziej intensywny... Warkot helikoptera mnie się zawsze kojarzy z Apokalipsą Francisa Forda Coppoli, w sensie pozytywnym. Ale wtedy przed domem przestraszyłem się jeszcze z innego powodu, pomyślałem, że oto nadszedł czas mojej łabędziej pieśni, a więc umieram... Pomyślałem o matce, która też miała gęsie skrzydło i czyściła nim rury pieca. Wiesz, karbowana rura kolankowa jest wyjątkowo ważnym dla mnie przedmiotem, to jedna z moich metafor. Na przykład w Wyprzedaży wydaje się przez chwilę akordeonem. W moim wierszu, w mojej pieśni łabędziej mama piłką do cięcia kości piłuje gęsie skrzydło, chociaż gęś żyje, i właściwie nie wiadomo, czy to łabędź, czy gęś, piłuje to skrzydło i jednocześnie śpiewa... Bo przecież, prawda, ona śpiewa przed śmiercią. Jedną z najważniejszych metafor otrzymałem od naszej rosyjskiej sprzątaczki.
Zresztą łączy się z nią wiele ekscytujących perypetii. Ostatnio podejrzewałem, że zabrała jedną z moich figurek Tity, ale nie potrafiłem zdobyć się na odwagę, by zapytać, gdzie się podziała. Tito. Miałem dwa jego posążki, pisałem o nich w książce Zmurszały marmur. Jugoplastyka. I nagle jeden z nich zniknął.
Ktoś mi ukradł figurkę Tity.
Historia figurek Tity ciągnie się dalej. Tak na niego psioczą, a z drugiej strony napisy na murach głoszą coś przeciwnego: "Ślusarz był lepszy"...
Niedawno wybieraliśmy się do Szegedu i ta nadzwyczajna sprzątaczka, która poza tym przyszywa mi guziki, ceruje skarpety i dba o kalesony, bo ja jestem okropnie bojaźliwą istotą i - jeśli nawet tylko w przenośni - często ze strachu robię w gacie, poprosiła nas, żebyśmy przywieźli jej z Węgier proszek uniwersalny, zwany też cugowym. Ten proszek ma związek z innymi białymi proszkami (gips, mąka, aspiryna Bayera, sól morska, soda). Proszek cugowy, proszek uniwersalny, a ma on jeszcze jakieś inne nazwy, należy do najcudowniejszych substancji mojego dzieciństwa. Do dziś pakują go w delikatne białe bibułki. Składanie tych bibułek dla mnie w dzieciństwie oznaczało pewnego rodzaju sztukę, co ma związek z robieniem papierowych statków i samolotów. Może to takie ważne dlatego, że jako chłopiec nie umiałem robić papierowych stateczków, ale pasjonowała mnie ta sztuka, do dzisiaj pasjonuje. Widzisz, kolekcjonuję również statki w butelkach. Jak napisałem w jednym ze swoich ostatnich wierszy: "bo papierowe statki przemakają". Ale to się wiąże też z wyjazdem, z podróżą. (János Sziveri był biegły w sztuce origami tak jak Japończycy, był prawdziwym artystą, a jeśli wiemy, że origami jest dzisiaj - po Hanta?m i Deleuze'em - poważną kategorią filozoficzną, to... O tym, znaczy o origami Sziveriego - zresztą redagowanie pisma też jest czymś takim - należałoby napisać esej; człowiek sądził, że chce się na niego zamachnąć, a on wtedy, jak hipnotyzer, wyczarowywał skomplikowane abstrakcyjne formy: ptaszka, kwiatek, samolot, statek...).
Miałem ciężko chorą ciotkę, jedną z młodszych sióstr babci Vitéz. Krewni mojej babci byli smukli i bardzo wysocy, mieli prawie po dwa metry wzrostu. Dziadek Kovács, ojciec mamy, pewnego dnia odszedł z domu i wtedy dziadkowie się rozwiedli, rodzina się go wyrzekła, potem wprawdzie przyjęli go z powrotem, lecz bez nazwiska, zatrzymali nazwisko panieńskie babci - Vitéz. Ja korzystam ze wszystkich nazwisk, czasem jestem Kovácsem, mitycznym kowalem, czasem Vitézem, ale oczywiście również Kracsunem12... A zatem nie tylko imię Ottó jest aktywne, moje nazwisko również nieustannie się zmienia, kwestionuje siebie, pracuje... Mieszkał w dolnej kuchni, był właściwie przez nich ubezwłasnowolniony. Tak więc na pierwszym planie znalazło się nazwisko Vitéz. Cieszyłem się z tego, bo bardzo kochałem babcię, a nazwisko Vitéz kojarzyło mi się z poetą Mihályem Csokonaim Vitézem, jakbyśmy byli krewnymi.
Ja, Vitéz.
Vitézowie mieszkali w wielkim domu na ulicy Petőfiego, z pustymi, przestronnymi pokojami, gdzie trzymano pszenicę, kukurydzę, wszędzie unosił się swoisty zapach, tak jakby zapach spichlerza albo młyna. Odziedziczyłem jeden z tamtejszych kredensów, do dziś ważny dla mnie mebel, chociaż od czasu do czasu trafia na strych. O kredens też muszę walczyć, tak jak o taboret... W jednym z tych ogromnych pokoi leżała chora Magdaléna Vitézówna, wysoka, bardzo chuda kobieta, całkiem już strawiona, spustoszona przez chorobę, która pozbawiła ją wszelkich innych cech - jej istotą była choroba, cierpienie. Czasem ośmielałem się do niej wejść, podłoga wokół łóżka cała była zasłana cieniutkimi papierkami po proszku uniwersalnym, które moja ciotka rzucała tam po wypiciu lekarstwa. Wokół łóżka unosiły się niczym lekkie samolociki i stateczki przepięknie poskładane papierki. To było wielkie łoże z kolumienkami, całe w pierzynach i poduchach w liliowe paski, leżała tam, sama skóra i kości, a wokół pływały te dziwne stateczki, fruwały samolociki... Herzog nakręcił cudowny film, jeden z najpiękniejszych filmów, jakie znam: Stroszka, w którym główny bohater, kompozytor, uliczny muzyk, robi w więzieniu (a może to jego współwięzień robi go i ofiarowuje Brunonowi?) najmniejszy papierowy statek świata...
Poświęcenie dzwonów przed kościołem w Magyarkanizsy (Mária Vitéz, młodsza siostra babci Ottó Tolnaiego, pierwsza z prawej)
Mama Ottó Tolnaiego (druga z lewej) z przyjaciółkami
A zatem nasza rosyjska sprzątaczka poprosiła o ten, produkowany już przed wojną, proszek uniwersalny, bo, jak twierdziła, aspiryna Bayera w ogóle nie działa. A wracając do tego, co chcę powiedzieć - ona używa gęsiego skrzydła, fruwa z nim po moim magazynie, oto jej tajemnica, inaczej nie zdołałaby utrzymać tutaj porządku. Czasem jednak bałem się, że jakieś naczynie Vitézów albo wyszczerbiony dzban Fülepa spadnie ze ściany i się rozbije. Kiedy w końcu rzeczywiście spadł i się rozbił, zdumiałem się, bo na denku lśniło coś czarnego przypominającego smołę lub jakąś alchemiczną substancję, jak na przykład blenda smolista małżonków Curie. Czułem, że w tym dzbanie od dawna coś dojrzewa, coś się kryje, jakaś esencja - co oczywiście skojarzyło mi się z Lajosem Fülepem.
Mówiąc o babci Vitéz, zacząłem już odpowiadać na twoje pytanie o rodzinę, o miasto rodzinne. Zacząłem od krewnych mamy, z którymi później straciliśmy kontakt. W Szabadce jeszcze mieszkają Vitézowie. W wymienionej przez ciebie noweli, w której z Kanizsy przez Palics do Szabadki pędziliśmy świnię, wspomniałem, że przez jakiś czas mieszkaliśmy w domu jednej z rodzin Vitézów, u mojej matki chrzestnej, która też wróciła do nazwiska Vitéz, ponieważ się rozwiodła, kiedy jej mąż, jako że był członkiem profaszystowskiej partii Béli Imrédyego, uciekł na Węgry... Dziś już nie mam kontaktu z tymi gałęziami, znaczy z Vitézami i Kovácsami. Ale trzymam kilka fotografii...
Oto na przykład Elemér Kovács. (Często to on pisze moje wiersze).
Pierwotnie mój ojciec nazywał się Kracsun, ale potem zmadziaryzował swoje nazwisko. Jego ojciec mieszkał na Járásu, był rzeźnikiem i obsługiwał tamtejsze folwarki. W czasie pierwszej wojny światowej przepadł na dłuższy czas. Babcia ze strony ojca zajmowała się zwierzętami, ziemią, dobrze się znała na koniach. Ciekawe, że babcia Vitéz też kochała konie, miała wręcz bzika na punkcie koni. Pewnego razu, gdy zjeżdżała ze wzgórza Oromhát wozem wyładowanym dyniami, poślizgnęła się, spadła na ziemię i konie ją stratowały, a dynie zbombardowały. Do dziś nie potrafię przetrawić tej śmierci. Od tamtej pory mój ojciec mieszkał u krewnych w Oromhegyesu.
Przed drugą wojną światową i przez krótki czas podczas niej mój ojciec miał dom i sklep w Oromie, prawdopodobnie tam zostałem poczęty. O tym mówi nowela Lipiec. W 1940 roku moi rodzice mieszkali jeszcze w Oromie, ale przed porodem mama pojechała do Kanizsy, i tam już zostali. Oromhát to najbardziej wysunięty cypel wzgórz Telecska, między wzgórzami Telecska i Ókanizsą ciągnie się Járás, słony step, ważne, mityczne miejsce mojego życia. Mamy tam teraz chałupę, to jedno z moich podstawowych miejsc, drugim jest Cisa. Cisa i Járás stanowią dwie niezwykle ważne granice w moim życiu - trzecią jest granica kraju, która przecina i jedno, i drugie...
Járás
Na Járásu
Gdybym się cofnął do czasu moich narodzin, to wspomniałbym o mojej pierwszej kołysce - o Cisie. Już jako dwu-, trzyletni chłopiec wszedłem do Cisy, skąd właściwie nie wychodziłem aż do szkoły średniej. Dzieci z miasteczek położonych wzdłuż rzeki tak bardzo są z nią związane, że równie dobrze można je nazwać płazami. Cisą tłumaczę swoją poezję, choć ostatnio lubię też używać innego wyrażenia, które pożyczyłem od Danila Kiša. Jedna z najpiękniejszych książek Kiša Wczesne smutki nosi podtytuł "dla dzieci i wrażliwców". Z "wrażliwców" uczyniłem osobną kategorię, ale on też przejął to od kogoś, bodaj od Tristana Tzary. Gdybym mówił o tym, jak stałem się wrażliwcem, wskazałbym na Cisę jako główną winowajczynię - że stałem się wrażliwcem, literatem, poetą. Lądowały na mnie, oblepiały, odziewały małego, chudego dzieciaka miriady jętek, cisańskich kwiatów13...
Mnóstwo dzieci mieszkało wzdłuż Cisy, a jednak nie wszystkie zostały poetami... A skoro już o tym mowa, czy w dzieciństwie czułeś, że coś odróżnia cię od rówieśników? Czy uświadamiałeś sobie swoją odmienność, inną wrażliwość?
Nie bardzo. Miałem starszego brata i byłem zawsze w ruchu. Czułem się przy nim bezpieczny. Był nadzwyczaj silnym, odważnym chłopcem: miał ksywkę Tarzan, brał udział w każdej awanturze, w każdej przygodzie, a ja razem z nim, chronił mnie. Dzięki temu mogłem być trochę inny. Wszystko zaczynał wcześniej niż ja, torował mi drogę, wszędzie mogłem zajrzeć, wszystkiego skosztować, kłótni, zabaw w wojnę, przygód, wycieczek, mogłem przepłynąć Cisę itd. Chłopaki prowadziły wielkie wojny błotne albo przepływały Cisę, co oznaczało nobilitację. Kto przepłynął Cisę, ten był już kimś, w tym się zawierała miara jego wartości.
Boże, przepłynąć Cisę! Pływam w niej, nawet pływając w Adriatyku czy w oceanie...
Bywało, że wody Cisy bardzo opadały, na brzegu powstawały wtedy wysepki i zatoczki, zwane przez nas arenami, lubiłem tam tkwić godzinami, budować zamki z piasku pomiędzy arenami.
Budowałem zamki jak najęty, mówiliśmy, że je nakraplamy, brało się garść piasku, zanurzało go w wodzie i manewrując kciukiem, spuszczało się strużkami płynny piasek, kto najzręczniej manewrował palcem, temu wychodziły najpiękniejsze zamki. Bez najmniejszego trudu zostałem wirtuozem, przecież wszystko we mnie drżało, jak już mówiłem, byłem straszliwie rozedrganą istotą, i mogłem sobie pozwolić na ten luksus, bo chronił mnie starszy brat, Tarzan. Oczywiście ważne było, żeby zrobić solidny fundament pod mury i wieże, bo jeśli przesadziłeś z ażurem, zamek szybko się zawalał, a wysychając - błyskawicznie się rozsypywał, ponadto łatwiej można go było zburzyć, kiedy wybuchała wojna. Uwielbiałem ten cisański piasek, mienił się drobinkami masy perłowej. W Cisie było mnóstwo muszli i ten pył cudownie skrzył się w piasku.
To niesamowite, że po upływie półwiecza zamieszkałem w domu zwanym Zamkiem z Piasku, że w końcu przeprowadziłem się do zamku z piasku, który w dzieciństwie tak bardzo chciałem zbudować. W tym, co mówię, nie ma żadnej przesady, w swojej młodzieńczej powieści Głowa diabła szczegółowo opisałem nakraplanie zamku. Jakże to dziwne zamieszkać w metaforze, we własnej metaforze, nawet jeśli żyje się życiem bardziej rzeczywistym niż inni literaci, z kurami, z psami. Innym ważnym przeżyciem dzieciństwa było pływanie. Pływanie w okresie kwitnienia Cisy. To moja poezja. Wiesz, na pewno znajdę sposób, żeby jeszcze o tym poopowiadać, nie trzeba od razu, już pierwszego dnia, wygadać z siebie wszystkiego, ale czemu nie miałbym już teraz zasygnalizować możliwych tematów, kwitnienie Cisy to taka poważna, twarda, brutalna bataille'owska kategoria...
Niektórzy ludzie są maniakami latania, dla mnie jedną z form życia jest pływanie. Mój Boże, pływać w kwitnącej wodzie... Absurd mojej sytuacji polega na tym, że kiedy tu zamieszkałem, jezioro Palics już umarło, stało się, jak mówi dziecięcy wierszyk14, suchym jeziorem. Ja zaś zdechłą żabą albo tym chlapiącym się w wodzie głuchoniemym człowiekiem...
Tak, metafora jest właśnie czymś takim jak jętka. Ten osobliwy owad został jakby wręcz stworzony dla poezji. Literatura fachowa mówi, że jętką zajmował się już Arystoteles. Kwitnienie Cisy, masowy wylot jętek - do dziś jest dla mnie czymś najpiękniejszym, co kiedykolwiek w życiu widziałem, czego kiedykolwiek doświadczyłem. Bowiem aż do wieku gimnazjalnego, a może jeszcze dłużej, nigdy nie byłem na zewnątrz, poza, zresztą ja nadal nigdy nie jestem na zewnątrz, dlatego tak trudno mi ująć w słowa pewne sprawy, to kwitnienie - nie tylko na nie patrzyłem, ale także w nim uczestniczyłem. Zawsze wtedy chodziliśmy do Martonosu, nad samą granicę, nad jugosłowiańsko-węgierską granicę biegnącą wzdłuż Cisy - możliwe, że w strefie przygranicznej wszystko już tak drży, wibruje, że to drży i wibruje istota graniczna - a stamtąd, w czasie pełnego rozkwitu rzeki, schodziliśmy do Adorjánu. To dlatego trasa, relacja Martonos-Adorján stała się dla mnie ważna.
Kwitnienie Cisy zawsze mi się kojarzyło z kwitnieniem wiśni, z Japończykami, taki to był widok, ale znaleźć się tam w środku to niezwykłe przeżycie. Słabowity, wątły dzieciak zanurza się w wodę pośrodku Cisy i nagle - jakby znalazł się w centrum wybuchu - dostaje się w gęstwę wibrujących płatków. Te gramolące się z błota owady-kwiaty, kiedy wychodzą na powierzchnię i pięknie wzlatują, zostają zapłodnione, zrzucają skórę i składają jaja. I lądują na nas, obsiadają nam głowy, twarze, ramiona, ich drżenie, drganie, podrygiwanie - to jest ta podstawa, ten rytm, który mnie określił, więc jeśli ktoś chce dosłyszeć coś z moich wierszy, niech porzuci szkolne schematy, niech raczej bada obyczaje jętki jednodniówki. Poetyki dywagujące na temat rytmu wiersza też mogłyby wziąć coś takiego pod uwagę... W tym zawiera się także to, co mógłbym nazwać małą śmiercią, to jedyny znany przypadek, kiedy narodziny i śmierć dzieją się jednocześnie. Na tobie, na twoich ramionach, twarzy, i jestem już niemal istotą-kwiatem albo byłbym, gdyby to nie było zbyt piękne. Intensywność wybuchu tego punktu śmierć-życie kojarzy się z wybuchem bomby atomowej, dokładniej - kontrapunktuje go, pozytywny wybuch atomowy...
Czyli jedną z linii granicznych jest Cisa, bo tam biegła granica kraju, ale rzeka też stanowiła granicę - między Banatem i Baczką. Jeśli ją przepłynąłeś, trafiałeś do innego świata. Pochodzę z Kanizsy, zwanej również Magyarkanizsą albo Ókanizsą, z pewnością w opozycji do Nagykanizsy, ale po drugiej stronie była też Törökkanizsa, na pewno z nią jest w parze Magyarkanizsa, nie z Nagykanizsą, i to gdzieś tam biegła prawdziwa granica. Teraz już wiesz, że jest węgierska i turecka15. Cisa stanowi szczególną granicę. To średniej wielkości rzeka, mimo to mam wrażenie, że po drugiej stronie jest inny świat, inny kontynent. Nauczyłem się, że jeśli ją przepłynę, mam wstęp do innego świata. Drugi brzeg to inny świat, a więc jest jakiś inny świat i jest drugi brzeg. Granica. Wdrapywaliśmy się na drzewa morwy nad Cisą, dopóki tam rosły. Wszyscyśmy hodowali jedwabniki, które są spokrewnione z jętkami. Zachwycała mnie cudowna różowa nić oprzędu jedwabnika. W Törökkanizsy była fabryka jedwabiu, kobiety z Kanizsy jeździły tam do pracy. To jedno z moich podstawowych przeżyć, podstawowych tworzyw.
Zatrzymajmy się jeszcze przy Kanizsy, porozmawiajmy trochę o twojej rodzinie, o waszym wychowaniu. Było was troje. Jak się wami zajmowano, jak was wychowywano, we współczesnym znaczeniu tego słowa?
Był krótki okres, podczas wojny i tuż po niej, a więc w latach czterdziestych, kiedy każdego lata dzieci z nadcisańskich miasteczek znikały w zieleni, w Cisie. W tamtym czasie mój ojciec miał sklep, kilka sklepów, i żyliśmy w dość dobrych warunkach materialnych, ale utrzymanie interesu wymagało od niego nie lada walki. Musiał sprzedać ziemię odziedziczoną po babci Vitéz, zaciągnął kredyty, a potem założyli jakąś spółdzielnię. Po wojnie wszystko znacjonalizowano. To był trudny okres dla moich rodziców, ale dzieci żyły swobodnie. Z jednej strony był tam osobliwy świat sklepu, sklep towarów mieszanych, kontakty z rzemieślnikami, z szewcami, stolarzami, krawcami, cukiernikami, kowalami - to było niezwykłe. Wciąż przychodzili do nas kupować, to znów zanosiło się im jakiś towar, poza tym ojciec miał też wielu przyjaciół, więc sporo czasu spędzaliśmy albo w naszym sklepie, albo w magazynach, to znów w warsztatach rzemieślników. Przyjaźniliśmy się z ich synami, w pracowniach stolarzy, ślusarzy, szewców czuliśmy się jak u siebie w domu. Właściciel jednej ze stolarni, pan Vincer, skautmistrz, po wojnie, tak jak mąż mojej chrzestnej, uciekł do Szegedu. Ale zostawił tutaj rodzinę, matkę, babcię i dzieciaki, z którymi się przyjaźniłem, i tutaj zostały również jego narzędzia. Vincer był stolarzem artystycznym, artystą amatorem, rzeźbiarzem, pracowali u niego wyśmienici majstrowie, którzy nadal doskonale wykonywali swoje rzemiosło. Chodziliśmy, głównie po południu, do tych ogromnych pracowni, nikogo nie pytając o pozwolenie. Niedawno przeczytałem jeden z moich wczesnych wierszy, w którym pojawia się jak przez mgłę widok podwórza naszego ówczesnego domu. Stara babcia wymachiwała na progu cienkim, krzywym kijem, i była tam mama i ten wielki dom, mała pracownia ojca pełna dziwnych przedmiotów, podwórze, gdzie się rozmnażały króliki i wszędzie drążyły tunele, to było nasze królestwo. Całe obejście roiło się od angor, w powietrzu unosił się biały puch i opadał na ziemię. Rosła też na podwórzu ogromna morwa, miała czarne owoce, które spadały na białą sierść niczym wielkie czerwonoczarne pieczęcie - to wprawdzie poetyckie metafory, ale mają związek z konkretnym miejscem. Każda pracownia rzemieślnicza tak we mnie żyje.
Co się zaś tyczy wychowania, rozkoszowałem się niewiarygodną wprost wolnością. Mój ojciec był kupcem i jednocześnie zaopatrzeniowcem kanizsańskich kupców. Odbywał dużo podróży handlowych, ale my nic o nich nie wiedzieliśmy. Ja wtedy byłem jeszcze bardzo mały, ale pamiętam ten okres. Pamiętam, że ojciec wciąż wyjeżdżał, znikał w dalekim świecie, a ten świat niebywale mnie ciekawił. Także i to stało się elementem mojej twórczości. Że jest bardzo realne miasteczko na Wielkiej Nizinie Węgierskiej, a cała reszta znajduje się gdzieś hen za Cisą, za granicą - i to jest świat.
Dostaliśmy raz od taty widokówkę z Dubrownika, a może z Opatii, już nie pamiętam, i zachwyceni wpatrywaliśmy się w ten niezwykły błękit, gdzie przebywał nasz ojciec, dokąd jeździł. W tę błękitną materię świata. Świat, daleki świat jest błękitny... Ojciec przywoził kupcom gąbkę, sól morską, wianki fig, towary kolonialne. Bóg wie dokąd i po co jeździł. Nadal próbuję to odgadnąć, wybadać.
Kolejnym ważnym wydarzeniem mojego dzieciństwa było aresztowanie ojca, tuż po wojnie, kiedy to stery w domu musiała przejąć babcia Vitéz. Żyliśmy jakąś resztką wielkiej rodziny.
Zamieszkała z nami również starsza siostra babci, zakonnica, która wystąpiła z klasztoru, oraz służąca z Járásu, wręcz uwielbiana przez nas. Później wyjechała do Australii, gdzie do dziś mieszka, nie widziałem jej ze dwadzieścia lat. Na początku jeszcze od czasu do czasu przyjeżdżała i wtedy odwiedzała nas. Właściwie to ona nas wychowała, bo matka była bardzo zajęta. Jeździła za ojcem do kolejnych więzień, woziła mu paczki, usiłowała przez adwokatów załatwić zwolnienie. Babcia zajmowała się zdobywaniem opału, starała się o chleb powszedni, a o nas troszczyła się służąca, była dla nas jak matka.
Kiedyś odwiedziłem jej rodziców na Járásu, ich gospodarstwo znajduje się niedaleko naszego folwarku. Jej ojca pamiętam jeszcze z dzieciństwa, bo kiedyś pojechaliśmy do nich. I razem polowaliśmy na Járásu, ustrzelił z jednorurki królika.
Ta niewiarygodna wolność, którą cieszyły się dzieci nad Cisą, otoczone przyrodą - to było prawdziwe wychowanie. Tworzyliśmy tam osobliwe wspólnoty, zdane na siebie i stanowiące zamknięte światy. Niekiedy rozpadały się one na dwie, trzy grupy, które wojowały ze sobą albo trzymały się razem jak w mrowisku. Przed wojną i po wojnie dużo dał mi skauting. Mój brat został skautem w tym przejściowym okresie, kiedyśmy po trosze byli jeszcze zwiadowcami (u nas nie było pionierów), po trosze już skautami, i ja też się w to zaangażowałem. Skauting był ważny, bo wszystko odbywało się na łonie przyrody, ja właściwie nigdy się od niej nie oderwałem, nigdy się z nią nie rozstałem. Tak wyglądało nasze wychowanie. Sklep. Osobliwi ludzie, którzy tam zachodzili, wielu tylko po to, żeby pogawędzić. I książki mego brata, który zawsze torował mi drogę. I książki kolegów. Ciekawe, że pierwszymi książkami, które trafiły mi w ręce, były powieści brukowe. Pewien bardzo, wręcz niewiarygodnie ubogi chłopak cygański (pamiętam ich chałupę, chyba nigdy nie widziałem nędzniejszego miejsca) zdobywał je gdzieś i wypożyczał za grosze. Nazywał się Jóska, przyjaźniliśmy się. Potem posłali go na jakiś kurs do Verseca, skąd trafił do Rumunii, gdzie przetrwał okres zimnej wojny. Kiedy wrócił, został kelnerem, słynnym oberkelnerem, obsługiwał nasze warsztaty literackie, potem nawet zaczął pisać, wreszcie wyjechał do Niemiec. I tam już został. Kiedy spotkaliśmy się ostatni raz, przypomniałem sobie, że to od niego dostawałem pierwsze powieści o Legii Cudzoziemskiej. To dzięki nim spotkałem się z Afryką, z dalekimi krajami, tak jak z Dubrownikiem albo Opatiją spotkałem się dzięki pierwszej widokówce od ojca. Zapytałem Jóskę, wtedy już dobrze sytuowanego obywatela Niemiec, co czyta. Odpowiedział, że Heideggera. Takie było moje wychowanie - wychowywała mnie natura i ta organiczna zbiorowość małego miasteczka.
Całe swoje dotychczasowe życie spędziłeś w kręgu o wyraźnych granicach, na niewielkim obszarze, którego najdalszymi punktami są Nowy Sad i - powiedzmy - Zagrzeb. Jednocześnie w tym, co piszesz, wciąż obecna jest tęsknota za dalekim światem, za podróżą. Sam kiedyś określiłeś swoje pisarstwo literaturą podróżniczą: żyć w małej przestrzeni i stamtąd próbować patrzeć na świat. Dlaczego w Wojwodinie tak intensywne jest bycie tutaj i pragnienie bycia poza tutaj?
Nie wiem dokładnie, ja też poszukuję tajemnicy tego zjawiska, ale z pewnością ma to związek z poczuciem zamknięcia, z pograniczem. Jako dzieci nie mieliśmy pojęcia, że mamy ciężkie czasy ani w jakim świecie żyjemy w tym rożku północnej Baczki: żelazna kurtyna, Cisa, zewsząd otoczeni granicami, przecież to są homogeniczne węgierskie miasteczka. Zdaje się, że biorąc pod uwagę proporcje, najwięcej Węgrów mieszka w Kanizsy, tak więc była to zamknięta społeczność, i to zamknięta na kilka spustów. Do wyjścia spod owego klosza skłaniała mnie nie tyle chęć ucieczki, ile pragnienie przygody. Wielu moich kolegów pod wpływem brukowych powieści wstąpiło do Legii Cudzoziemskiej, w ogóle zawsze wielu chłopców z Magyarkanizsy, z północnej Baczki, szło do legii. To poważny problem, pewnie to rozumiesz. Mój przyjaciel József Nagy, dyrektor teatru Jel [Znak], który wyjechał do Paryża, też pochodzi z tego świata i odczuwa go tak jak ja. Ten ruch tam i z powrotem u Józsefa Nagya działa niemal identycznie. Opowiadał mi, że często spotyka dawnych żołnierzy Legii Cudzoziemskiej, którzy już nie wrócili do domu, czasem na schodach ruchomych albo gdzie indziej, na przykład w Marsylii, kiedy teatr Jel dawał tam przedstawienie. A na scenie te niezwykłe postacie z Kanizsy, te postacie legionistów, które odparowały, zaczynają się poruszać, ożywać. Również przez pryzmat twórczości Jóski próbuję analizować swój świat, obserwuję, jak to działa u niego, bo czasem na widowni naprawdę siedzą dawni legioniści. Ciekawe natomiast, że mój mistrz, István Koncz, nigdy nie ruszał się z Kanizsy. Poza czteroletnim okresem studiów w Belgradzie, który spędził bardzo intensywnie; lubił, uwielbiał Belgrad. Jeździłem do niego. Jemu zawdzięczam, że Belgrad jest mi bliski.
Jak to jest, czy wy, kanizsanie, i ludzie z Kanizsą związani, macie jakiś specjalny dar, że wszędzie na świecie, od Nowego Jorku po Australię, znajdujecie związki z tym miastem, czy może raczej to północna Baczka i Kanizsa stwarzają takie niezwykłe środowisko? Nie umiem rozstrzygnąć, bo to za twoim, za waszym pośrednictwem poznałem ten świat, który wydaje się równie mityczny, jak świat Garcii Márqueza. Czy to wy nadaliście swemu światu ten szczególny wymiar, czy może raczej ten świat ma już taką szczególną aurę?
Trudno powiedzieć. Na pewno emanuje jakimś upiornym blaskiem. Często wybieram sobie jakieś kanizsańskie postacie, na przykład swoich dawnych kolegów, i za ich pośrednictwem usiłuję go badać. Ten krąg wciąż się zmienia. Od Károlya Szelesa po Jóskę Nagya albo od Zoltána Sebőka po mieszkającego w Australii Ferenca Ároka, który trenował drużynę Novi Sad, a po wyjeździe z kraju został trenerem reprezentacji australijskiej. Ci ludzie są moimi modelami. Mógłbym wymienić ich więcej. Károly Szeles, który pewnego dnia, wysoko mierząc, zaczął trenować swoją córkę Mónikę Szeles, był na przykład karykaturzystą i mistrzem kraju w trójskoku, skakał jak konik polny, w młodości przyjaźniliśmy się w Kanizsy, później również w Nowym Sadzie. Nawiasem mówiąc, był krewnym Ároka.
Ale to, jak ten świat się przeobrażał, jak się wznosił, jak podążał w kierunku takiej dziwnej fantastyczności, musi mieć związek również z samym miastem. Słynna ochotnicza straż pożarna, która zdobyła mistrzostwo świata w zawodach strażackich w Turynie, miała własny teatr. Istniało w Kanizsy towarzystwo zwane Towarzystwem Zapuszczających Włosy i Brody, które wydawało własną ręcznie pisaną gazetę. Odbywali posiedzenia w Parku Ludowym i zapuszczali sobie włosy i brody. Chcąc wskazać na przodków "Symposionu", należałoby wymienić między innymi ich pismo, które powstało jeszcze przed "Tolnai Világlapja". W tutejszych miastach, gdzie ludzie ciężko pracują, uprawiają ziemię, takie lumpy, które straciły miejsce w szeregu, wywołują zdziwienie. Jeśli wszyscy kopią, to ten, który zamiast kopać, przechadza się albo zapuszcza włosy, wyróżnia się jeszcze bardziej. Nas, dzieci, bardzo intrygowali ci odmieńcy. Istniała też instytucja zwana Domem dla Ubogich albo Domem Starców, jej nazwa wciąż się zmieniała. Tam zawsze mieszkało sporo dziwaków. Osobliwie się ubierali, dziwnie się poruszali, ot, takie wiejskie głupki. Robili na mnie wielkie wrażenie. A z drugiej strony była w miasteczku warstwa drobnomieszczańska, na przykład rodzina Kosztolányich, młodszy brat Dezső Kosztolányiego; wiesz, opowiadanie Csátha pod tytułem Baczka dzieje się akurat w Kanizsy, to właśnie moje miasto rodzinne posłużyło mu za model, ergo ja też siebie uważam za model, nie muszę siebie stwarzać, jedynie tylko istnieć, tkwić, unosić się.
No i był nad Cisą Járás, słony step, który czasem jest całkiem biały od sody. Rośnie tam tylko rumianek, zatrwian i jeszcze kilka byle jakich roślin - jak w tundrze. Ten intensywny zapach rumianku i soda, tiosiarczan sodu, też były ważne. Należą do moich alchemicznych substancji. Na Járásu odkryto źródło lecznicze, które doprowadzono do miasta, do Parku Ludowego, parku Elżbiety, gdzie potem zbudowano słynne kąpielsko, cud-kąpielisko z cud-łaźnią. Miało żółtą, bardzo intensywnie siarczaną wodę. W czasach mojego dzieciństwa, ponieważ w domach nie było łazienek, raz w tygodniu szliśmy tam całą rodziną. Kąpiel w Cisie była jednym rodzajem kąpieli, a w cud-kąpielisku drugim (potem w morzu - trzecim, a w jeziorze, na mokrym brzegu suchego jeziora - czwartym). Były tam małe baseniki - nie wanny - które nazywaliśmy fajansami. Do baseników, wyłożonych białymi ka?ami ceramicznymi (czy widzisz tutaj ten stary, oprawiony kafel z Haarlemu? Naprawdę pochodzi z Haarlemu, dostałem go w prezencie urodzinowym od Józsefa Nagya), schodziło się po schodkach, trzymając się miedzianej poręczy, były niczym łoża, niemalże się unosiliśmy na tej złocistożółtej gorącej wodzie. Teraz dobudowano tam nową część, kąpielisko stało się cenionym nowoczesnym uzdrowiskiem, chociaż stara część nadal funkcjonuje, i nadal jest słynnym zakładem leczniczym (jednym ze strażników dawnego cudu). Przed budynkiem stoi rzeźba dłuta słynnego francuskiego artysty (jego żona pochodziła z Kanizsy). A z tyłu, czyli między dwoma oddziałami, ładny monument przedstawiający jętkę, wzniesiony ku pamięci pewnej zgwałconej i uduszonej dziewczynki. I jest tam jeszcze jeden niezwykły pomnik, niewielki zamknięty skwer, upamiętniający trzy siostry z willi Keménya wywiezione do obozu koncentracyjnego... Ale także pośrodku klombu przed starym budynkiem stoi ciekawy pomnik - no proszę, ileż tu pomników! - przedstawiający młodą Cygankę, on również działał na moją wyobraźnię, bowiem zabili ją Rosjanie, strzałem w brzuch. Spacerujący tutaj pod wieczór ludzie uważali, że to żywa kobieta, i kiedy się do niej zbliżali, poprawiali sobie fryzury, oczywiście widzieli, że to rzeźba, mimo to wierzyli, że nocą ożywa. Chodziliśmy tam nie tylko się kąpać, lecz także podglądać. Wdrapywaliśmy się na drzewo i podglądaliśmy nagie kobiety. Ale to już było później, kiedy zbliżał się koniec dzieciństwa. Cud-kąpielisko, Cisa i Járás, wyznaczały granice miasteczka. Dalej były okoliczne miejscowości: Orom, Oromhegyes, następnie Ostorka, Kishegyes, Kishomok, Adorján i Zenta - najbliższe większe miasto, gdzie mój brat niebawem zaczął chodzić do gimnazjum. Potem Szabadka, Röszke, Mórahalom, Szeged. Jako mały chłopiec, jeszcze przed wojną, chyba byłem w Szegedzie, ale nie jestem pewny, może myli mi się z Szabadką. Pamiętam wnętrze jakiegoś sklepu, jego zapach, dostałem ładny sweter, to się działo chyba w Szegedzie, w czterdziestym trzecim, czwartym roku.
Czy potrafisz odróżnić swoje przedwojenne wspomnienia z dzieciństwa od powojennych? Czy wojna stanowiła jakąś cezurę?
Pamiętam na przykład, że mieszkaliśmy w domu Pálinkása, gdzie teraz też jest sklep. Ojciec obecnego właściciela był naszym dobrym znajomym, a mój ojciec przyjaźnił się z jego dziadkiem. To był dom z wejściami od dwóch ulic, wynajmowaliśmy jedną jego część. Obok domu Pálinkása był sklepik z piernikami, należący do starszego małżeństwa Żydów. Właściciel nazywał się Hermann, w jego cudownym, maleńkim sklepiku, niemal pustym, z wyszorowaną podłogą, stała lada, a na niej dwa szklane dzwony, pod jednym był cukier karto?any, pod drugim pierniki, właściwie nic więcej w sklepie nie było. Tylko te dwa efektowne dzwony. Bardzo lubiliśmy Hermannów, byli sympatyczni, mieszczanie na ogół są milsi niż chłopi, w każdym razie ich uprzejmość jest innej jakości. Przynosiłem im wodę ze studni artezyjskiej, zarabiałem w ten sposób, dostawałem za to pierniki i cukier karto?any. Pamiętam, jak dźwigając konewkę albo wiadro, obijałem sobie kostki. Uliczka była porośnięta rdestem, w którym się bawiliśmy, kiedy nie mieliśmy słodyczy, jedliśmy ślaz. Często graliśmy tam w piłkę. To niezwykle intensywnie we mnie żyje. Kiedyś przed sklepem z piernikami zatrzymało się auto ciężarowe i mężczyźni w mundurach wepchnęli do niego staruszków. Na wieszaku został żółty płaszczyk, płaszczyk cioci Hermann, z którego wycięto dwie żółte gwiazdy. Miejsca po gwiazdach ziały dwiema czarnymi dziurami. Kiedy ich zabrano, odważyłem się wejść do sklepu, pamiętam tę niezwykłą pustkę, ciepłą przytulność, zapach miodu. Pod jeden z dzwonów dostała się mucha, bzyczała, strasznie głośno, i obijała się o szklane ścianki. Do dziś mam w uszach bzyczenie tej muchy pod szklanym dzwonem, do dziś wisi tam żółty płaszczyk jak w opowiadaniu Ivána Mándyego.
Nie rozumiałem, co się stało. Potem drzwi do sklepu zabito deskami. Dość długo, co tu mówić, przez jakieś trzydzieści lat nie słyszałem o Hermannach, aż kiedyś, bedąc na Járásu, poszedłem do mojego sąsiada chłopa, który miał warsztat kowalski i bardzo zręcznie obrabiał żelazo, nadal do niego chodzę, kiedy potrzebna mi zasuwka czy rygiel. Poprosiłem, żeby uciął mi kawałek żelaza, a on na to: "My tak zręcznie żelazo ciachamy, jak wujek Hermann cukier karto?any". Jego gospodarstwo leży dość daleko od miasta. Zdumiony spytałem: "Wiecie, kim był pan Hermann?". A on, że owszem, wie. To dziwne i piękne, że pan Hermann nadal żyje w jakimś powiedzonku.
Są też inne wspomnienia. Kiedyś natknęliśmy się na spalonego, podziurawionego kulami dżipa, w którym zaczęliśmy myszkować. Nie spalił się doszczętnie, ale był bezużyteczny. Obok kierownicy znaleźliśmy perłowy pugilares z papierosami. Możliwe, że były tam także monety, które trafiły do kieszeni starszych chłopaków. Pamiętam, że od razu uciekliśmy z tym skarbem. Przed naszym domem pod długim rzędem kasztanowców ciagnął się rów odpływowy z kamiennym otworem, ukryliśmy się tam i zaczęliśmy palić te okropne żołnierskie papierosy. Zrobiło mi się niedobrze, przez pół dnia zataczałem się i wymiotowałem w rowie, chyba dlatego tak późno zacząłem palić i właściwie nigdy nie stałem się prawdziwym nałogowcem. Kiedy weszli Rosjanie, również na tej ulicy, gdzie rząd kasztanowców ciągnie się aż do stacji kolejowej, postawiono kuchnię polową. Opodal, u pewnej serbskiej rodziny, zakwaterowało się ich dowództwo. Potem okazało się, że głównym dowódcą jest sam generał Tołbuchin.
Kiedy graliśmy raz w piłkę, kopnął ją, zapamiętałem jego buty z cholewami. Kiedyś wystawili mu pod kasztanowiec wielki czerwony fotel, właśnie siedział w nim, gdy od strony stacji nadszedł król cygański z Horgosu, na bosaka, w bryczesach, z długim mieczem u boku. Miał na sobie piękną kamizelę, kapelusz z wielkim rondem. Szedł w towarzystwie kilku dobrze zbudowanych młodzieńców. Do dziś mam tę scenę przed oczyma, jak król cygański nadchodzi z godnością, aby pertraktować z wielkim generałem, przedstawicielem nowej władzy - czy ma się z nim ugodzić, czy też przed nim ukorzyć.
Rosyjscy żołnierze zauważyli go - a cóż to za dziwadło z mieczem! - i chcieli się na niego rzucić, ale Tołbuchin dał im znak, żeby go przyprowadzili. To było niewiarygodne, nawet Tołbuchin wyczuł coś imponującego w jego postawie. Podali sobie ręce, wypili po szklance wódki.
Żyje we mnie wiele takich związanych z wojną obrazów. Kiedy się skończyła, to też pamiętam, mieliśmy kolegów - byli braćmi - którym zabito ojca. I takich, których ojcowie nie wrócili z wojny. Jeden z braci mojego ojca poległ nad Donem. Reszta wróciła stamtąd, z syberyjskiej niewoli, na piechotę, ale jeden już tam został. Jeden z synów Pálinkása, ten, który był pilotem, też zginął. Mojego ojca wcielono do Brygady Petőfiego16, ale uciekł z Topolyi do domu, miał szczęście, jakoś mu się upiekło. Ci moi koledzy, którym zabito ojca, pokazali mi, kto był mordercą. Bawiliśmy się w rowie i ktoś tamtędy przeszedł, powiedzieli, że to właśnie on. Innym razem bawiliśmy się na łące nad Cisą i pokazali mi miejsce, gdzie to się stało. Pamiętam też, że mieliśmy radio w białej obudowie i rower i musieliśmy je oddać do ratusza. Bardzo mi było żal tego radia, przypominało małą szafkę. Zanieśliśmy je do ratusza, gdzie w ogromnej piwnicy magazynowano wszystkie odbiorniki z miasteczka, to był szczególny widok. Ojciec jednego z moich najlepszych kolegów był administratorem w ratuszu. Wykradliśmy mu klucz i zeszliśmy do piwnicy, tak więc, mimo wszystko, w pewnym sensie to my sprawowaliśmy tam władzę. Zeszliśmy do piwnicy, a potem wdrapaliśmy się też na wieżę, gdzie mogliśmy włamać się do mechanizmu zegara.
Ten mój kolega był trochę dziwny, pisałem o nim w powieści Głowa diabła, ale ponieważ przyjaźniliśmy się, nie potrafię uporać się z jego późniejszymi losami, uchwycić właściwej tonacji. Dużo o nim pisano, również w gazetach budapeszteńskich: na przykład, że jego żona wyleciała w powietrze pod mostem Árpáda. W młodości siedział w więzieniu na Golim otoku17. Po wyjściu na wolność wyjechał do Niemiec. Okazało się, że jest niewinny, że to nie on wysadził w powietrze swoją żonę, tylko że to właśnie jego chciano zabić, bo wplątał się w jakieś ciemne interesy, może w handel bronią, nie wiem, z lękiem zdobywam, gromadzę informacje, chciałbym, żeby ta sprawa przybrała wreszcie pozytywny obrót. Tamci moi przyjaciele nie stali się jeszcze w pełni moimi bohaterami, na razie jeszcze męczę się, cierpię razem z nimi.
Chciałbym wrócić do tego pięknego fragmentu w noweli Palics, kiedy w waszej wyobraźni, twojej i twojego brata, soda zaczyna się zamieniać w salicyl, podobnie jak śnieg nad zasnutym chmurami horyzontem przy granicy albańskiej, gdzie twój ojciec wycinał las, kiedy go aresztowano pod zarzutem handlu salicylem...
Mój biedny ojciec wciąż do tego wraca, bo właśnie gromadzi papiery, żeby za odebrane mu i upaństwowione sklepy otrzymać jakąś rekompensatę. Niewiele jest tych dokumentów. To dziwne uczucie, kiedy się widzi, kto je podpisał. Później niejeden z tych ludzi stał się znanym politykiem w Wojwodinie. Co dziwne, potem część sklepów spłonęła. Wtedy były tam już sklepy państwowe, spłonęły, więc domaganie się ich zwrotu jest tym bardziej skomplikowane.
Po prostu upaństwowili sklepy, ojca wezwano do Szabadki, do sądu, na świadka. W trakcie rozprawy zmienili mu kwalifikację na oskarżonego i przyfasowali osiem lat za niedozwolony handel. O zakazany handel z łatwością można było oskarżyć każdego kupca. Mogło chodzić o podeszwy do butów bądź farbę lepszego gatunku. Jego oskarżono o handel salicylem. Wygląda na to, że salicyl w tym czasie był ważną substancją, a potem, co dziwne, zakazano używania go i sprzedaży. Ojca z rozprawy od razu zabrano do więzienia i nagle znalazł się w celi, z ośmioletnim wyrokiem, z czego w końcu przesiedział dwa lata.
Wiele lat później znalazłem się w podobnej sytuacji w związku z "Symposionem". Najpierw skazano mnie za dwa teksty zamieszczone w dwóch numerach czasopisma - za każdy z osobna. I osobno też jako osobę prywatną, osobno jako redaktora. Chyba uzbierało się z osiem lat. Stałem przed sądem i liczyłem, jak się te lata gromadzą. Potem podzielili to przez dwa, zredukowali i zamienili na wyrok w zawieszeniu, liczba zmieniała się automatycznie. W sali rozpraw obok mojej żony stał Tibor Várady, on był naczelnym, a ja redaktorem odpowiedzialnym... Ponieważ jest prawnikiem, natychmiast wyjaśnił stojącym w pobliżu, mojej żonie, ile dostałem i że to wyrok w zawieszeniu. Ale ja wtedy, siedząc na ławie oskarżonych, nic z tego nie rozumiałem, byłem tak załamany, tak bardzo umordowały mnie procedury przed rozprawą, przesłuchania, rozprawy wstępne, że byłem kupką trzęsącej się galarety.
Krótko mówiąc, z więzienia w Szabadce zabrali ojca do Požarevaca, z Požarevaca nad albańską granicę, w góry Prokletije, czyli Przeklęte, które stanowią naturalną granicę państwa; więźniowie karczowali tam las. Moja matka odwiedzała go, biedaczka już wtedy miała kłopoty z nogami, wlokła ze sobą ciężkie paczki, ludzie jej pomagali. Mama tak pięknie potem wspominała te wyprawy, nieustannie ktoś jej pomagał, zawsze ktoś przyjął ją pod swój dach. Wdrapywała się na góry Prokletije, dźwigała paczki, słoninę, szynkę. O mały włos sam nie przeszedłem podobnej drogi. Od tamtej pory droga krzyżowa moich rodziców wciąż we mnie żyje, niczym jakiś ból fantomowy.
Wiele lat później byłem w Kosowie na jakiejś literackiej imprezie, w Đakovicy, w Prisztinie, i za otrzymane honorarium pojechałem w okolice gór Prokletije, gdzie stoi jeden z najpiękniejszych serbskich monasterów - Dečani. Opodal znajduje się mały hotelik, w którym wynająłem pokój i patrzyłem sobie stamtąd na zaśnieżony szczyt.
Już wtedy interesowałem się sztuką, także kościelną, ikonami, freskami i życiem zakonnym. Całe dnie przesiadywałem z zakonnikami, mieli doskonałe czerwone wino, wspaniały ser własnej roboty, rozmawialiśmy, patrzyliśmy na szczyt lub na katedrę. Objaśniali mi freski. Nie wiedzieli, że właściwie patrzę na coś innego. Przedstawiłem się jako Kracsun. Teodor Kračun był jednym z najwybitniejszych malarzy serbskich, tak więc przyjmowali mnie z honorami. Nie wyjawiłem, że mój ojciec był więźniem, tam, ponad chmurami. Do dziś, kiedy naprzeciwko więzienia w Szabadce czekam na autobus, zawsze przechodzi mnie dreszcz. Wcześniej czy później muszę się tam wybrać i zobaczyć celę, w której siedział. Jakoś nieprawdopodobnie mnie tam ciągnie, czasem boję się, że w końcu naprawdę tam wyląduję.
Kiedy ojcu odebrano sklepy - rodzina, jak mówiłem, została w tym domu - wszystko rozkradli, rozdrapali rzemieślnicy, którzy nagle zostali członkami partii, oraz ci, co wykorzystali tę zmianę, a wiedzieli, gdzie leży jaki materiał. Pewnej nocy wybili szybę w oknie nad moim łóżkiem i wynieśli skórę na podeszwy. Strasznie to przeżyłem. W moich nozdrzach został zapach skóry.
Mniej więcej z tego składa się moje miasteczko, ale jest jeszcze wiele innych ważnych miejsc: teatr, kino, kościół. Tak mocno przeżywałem wszystko w dzieciństwie, że wokół tych spraw, nad nimi, powstał jakiś namiot, jakaś aura.
Kościół stał się świątynią w dosłownym sensie tego słowa, chociaż nie byłem aktywnym ministrantem, raczej biłem w dzwony, nie udało mi się opanować łacińskiego tekstu, więc nie pozwolono mi służyć do mszy. István Koncz był starszym ministrantem, u niego zdawaliśmy egzamin, oblałem z łacińskich tekstów. Ale okropnie zazdrościłem dzieciakom, które, w malinowych sutankach, w koronkowych komeżkach, niosły wielką księgę i mogły chodzić na bosaka po pięknych czarno-białych kamiennych płytach przed ołtarzem. Jeszcze dziś zdarza mi się, że zdejmuję z półki leksykon i zapominając, co chcę sprawdzić, zaczynam go nosić tam i z powrotem po pokoju, jak moi koledzy w malinowych sutankach nosili mszał... Oczywiście wieża też była fascynująca, może nawet bardziej, miała mnóstwo ciemnych zakamarków, tajemniczych zakątków, wnęk i zagłębień. Po latach - to było wielkie przeżycie - znaleźliśmy tam, w dziwnej celi podobnej do studni, na górze, a jednak głęboko w dole, jakiś grób i figurę Chrystusa cierpiącego, do połowy tkwiącą w gołębim łajnie. Ta piękna rzeźba, która kiedyś mogła być nawet kolorowa, stoi w całkiem niedostępnym miejscu, jest tak bardzo ukryta, czas ją tak bardzo naruszył, tak bardzo ucierpiał sam materiał, że Chrystus stał się niemal prawdziwy, żywy. Coraz mocniej wierzę w to, że jest tam ukryty. Później z przyjaciółmi (z Zoltánem Bicskeim, Józsefem Nagyem) zrobiliśmy mu zdjęcia, które potwierdziły to moje zaskakujące odkrycie, że jest takie miejsce, gdzie rzeźba ożywa - nie przy ołtarzu, nie wystawiona na widok publiczny, gdzie ją pucują, lecz właśnie w jakimś kącie podobnym do studni, pełnym ptasiego łajna, wysoko pod niebem, dokąd przez sto lat nikt nigdy nie zajrzał. Ręce ma związane na plecach, chwila ecce homo. Jeszcze nie pokazałem tych zdjęć moim kolegom konserwatorom, zbyt ważna jest dla mnie tajemniczość tej tajemnicy. Teraz wspominam o nim pierwszy raz, ale kiedyś trzeba by o tym opowiedzieć, przecież, jak mówi Rilke: Bóg jest najstarszym dziełem sztuki*...
Chrystus z Kanizsy
Kiedy rozmawialiśmy o podróżach, przyszła mi na myśl Mowa nowojorska i w związku z tym chciałbym wrócić do twoich przodków, do twojego nazwiska i twojego stosunku do ojca, przecież to nazwisko łączy was w bardzo szczególny sposób. Zatrzymajmy się przy nazwisku "Tolnai".
Ciekawe, że dopiero teraz, podczas naszej rozmowy, uświadomiłem sobie, że oba nazwiska przeszły szczególną przemianę. Moja mama nazywała się Kovács, ale jak mówiłem, dziadek Kovács opuścił dom z powodu jakiejś podejrzanej sprawy z kobietą. W mojej wyobraźni pojechał do Afryki i wrócił w korkowym kasku. Rodzina go zdegradowała i używano już nazwiska Vitéz. To nie on, ten w korkowym kasku, został dzielnym Vitézem, zwyciężyło skrzydło kobiece, i chociaż przeżył przygodę, potem wciąż tylko siedział na dworze, w małym parku opodal domu, i milczał, nikt nigdy nie poznał jego tajemnicy. Mieszkał w dolnej kuchni, gdzie na ścianie wisiał gipsowy krucyfiks, od tamtej pory pasjonuje mnie ten jarmarczny krucyfiks z dziewiczego gipsu.
Niedawno odkryłem w antykwariacie Rózsiki w Palicsu taki sam gipsowy krucyfiks, ale w ostatniej chwili ktoś mi go sprzątnął sprzed nosa. Kiedy byłem dzieckiem, zerwali go ze ściany i zacząłem nim pisać na swojej tabliczce łupkowej, i w końcu dziewiczy gipsowy krucyfiks wypisał się, zużył. Jakbym napisał nim wszystkie swoje książki, wtedy to było ciężkim grzechem. Ma to także związek ze znalezieniem w wieży Chrystusa cierpiącego oraz z moim zajmowaniem się białymi tworzywami, z Gipsowym cyklem, a także z zamiłowaniem do rzeźb Györgya Jovánovicsa. W ogóle do artystów preferujących biel. Możliwe, że kiedyś napiszę o nich książkę. O Gabrijelu Stupicy, Béli Veszelskim, Menyhércie Tócie, Annie Márkus...
Jest pewien wielki słoweński malarz, nazywa się Stupica, mam tutaj jego monografię, właśnie ją dostałem, od mojej anielskiej, cudownej przyjaciółki Bjanki Adžić, z Orleanu, która tam projektowała kostiumy do sztuki Becketta wystawianej przez Józsefa Nagya, ale która mieszka głównie w Lublanie, pochodzi zaś z Belgradu. Kiedyś pracowała w Szabadce, u Ljubišy Risticia. Jest jedną z moich wielkich przyjaciółek w tym szeregu, który zaczyna się od Rózy... Dawno jej nie widziałem, lecz łączy nas coś niezwykłego, więc wystarczyło jedno słowo, kiedy zawiadomiłem ją przez aktorów, że wyszła nowa monografia Stupicy, a natychmiast ją dla mnie zdobyła. Sprawiło mi wielką radość, że to właśnie ona mi ją przysłała. Chyba już wyczuwasz, jak trudno jest pozostać w synchronii także w odniesieniu do przestrzeni Jugosławii, to już niemożliwe, tylko ja, co starałem się tutaj uzmysłowić, jestem do tego zdolny... A zatem interesowali mnie artyści zajmujący się bielą. O salicylu i o białym proszku uniwersalnym, o mące i soli już mówiłem, a teraz dotarliśmy do gipsowego krucyfiksu z pokoju dziadka Kovácsa, który zużyłem, pisząc nim na tabliczce łupkowej.
Tak więc po stronie żeńskiej na plan pierwszy wysunęło się nazwisko Vitéz, ale mój ojciec nazywał się Kracsun. Według tradycji rodzinnej pochodzimy z Rumunii. Część familii, która ma dwie gałęzie, zajmowała się przemytem soli - proszę, znów sól, przy czym oni przemycali również sól siedmiogrodzką, nie tylko morską...
Druga część spławiała kłody Cisą. O spławianiu coś niecoś wiedziałem, w Kanizsy nad Cisą jest fabryka opakowań i skrzynek, więc wciąż dostarczano do niej drewno. To równie fascynujący wątek mego życia, co kwitnienie Cisy. Żeby tylko nie spaść, nie utknąć między kłodami, bo już nie zdołasz się stamtąd wydostać, utoniesz. Dziwne maszyny, nie znam ich nazwy, wyciągają kłody na brzeg, potem się te kłody odkorowuje między wirującymi walcami z piłami tarczowymi i wreszcie tnie się w wąskie, cieniutkie deszczułki, z których wyrabia się skrzynki na owoce... Zapach kłód przesyconych wodą też należy do podstawowych doznań mojego dzieciństwa, tak jak barwa i zapach drzewa unoszonego przez wodę.
Kracsunowie potem zmadziaryzowali swoje nazwisko, jedno skrzydło na Karácsony, bo Crâciun po rumuńsku to po węgiersku właśnie karácsony. Ale chyba również "rygiel". Drugie zaś skrzydło przyjęło nazwisko Tolnai. Z pewnością z powodu słynnej przedwojennej aktorki Klári Tolnay, chyba pod wrażeniem jej ról filmowych. Kiedyś trochę się nią interesowałem, obejrzałem jej filmy, dwa z nich, Lazurowy Ekspres i Jętka, na stałe zagościły w moim pisarstwie. Ich tytuły pasowały do mojego świata.
Jak twój ojciec wspomina zmianę nazwiska? Piszesz gdzieś, że rodzina, a przynajmniej jej część, była bardzo zaskoczona tym wyborem.
Mój ojciec miał liczne rodzeństwo, ale myśmy żyli inaczej. Reszta pozostała rolnikami. Ponieważ ojciec był najmłodszy, w wieku trzynastu lat został oddany do terminu do sklepu z towarami żelaznymi. Od tej pory mieszkał w Kanizsy. A tamci zostali na roli. Każdy miał swoje gospodarstwo, ziemię. Mój ojciec nie odziedziczył ziemi, jego wyuczyli rzemiosła, taki otrzymał majątek.
Dziwnie się czuliśmy, spotykając się z Kracsunami, bo to nie było dobre, że mieliśmy inne nazwiska. Po wojnie ojciec ponownie musiał ubiegać się o uznanie tej zmiany. Na krótki okres w szkole średniej, na około pół roku, znów stałem się Kracsunem. W ogóle nie reagowałem, nawet w trakcie najgroźniejszego odpytywania, kiedy nauczyciel mnie wywoływał: Kracsun. A potem zwrócono nam nazwisko Tolnai i już z nim dorastałem. Ale kiedy spotykam się z Kracsunami albo ktoś z ich rodziny umiera, lubię ich uściskać.
A pozostając przy nazwiskach, ciekawe, że mój dziadek, o którym już wspomniałem, nazywał się Tódor, Tódor Kracsun, tak jak, o tym też mówiłem, Teodor Kračun, wielki barokowy malarz serbski. Dziadek był wyznania prawosławnego, jest pochowany w Kanizsy na serbskim cmentarzu, gdzie leży część rodziny Kracsunów. Ale nie mówili po serbsku ani po rumuńsku, widocznie wcześniejsze pokolenia, których nie znałem, bardziej były związane z prawosławiem. Pamiętam, że w Zaduszki zawsze odwiedzaliśmy również cmentarz serbski. Kiedy zacząłem się zajmować sztuką, dziwnie się czułem, jako Tolnai pisząc o artyście Teodorze Kračunie - była w tym jakaś szczególna dwoistość. Trochę się tym nawet bawiłem, a z tej zabawy powstała taka borgesowska rzecz - podmieniłem postacie malarza i rzeźnika z Járásu.
Kiedy w miesięczniku "Híd" [Most] ukazała się Mowa nowojorska, dostałem od mojego przyjaciela Mihálya Ilii z Szegedu list, który mnie wprawił w zakłopotanie, wstrząsnął mną, moja teoria dotycząca nazwiska stanęła pod znakiem zapytania. Ilia przeczytał ten esej, ten również, i jako że jest zawsze bardzo pomocny, potraktował sprawę poważnie i z typową dla siebie rzetelnością zaczął sprawdzać. Napisał mi, co następuje: "Miły przyjacielu Ottó, przeczytałem Twoją Mowę nowojorską w lutowym numerze "Hídu". Już kiedyś napomykałeś o nazwisku Kracsun. I już wtedy chciałem Ci powiedzieć, ale w trakcie rozmowy nie było ku temu okazji, abyś nie sądził, że to rumuńskie nazwisko. W niemal czterystustronicowej książce Katalin Fehértói Krótki spis nazwisk z epoki Arpadów, opublikowanej w 1983 roku w Budapeszcie, nazwisko to występuje w wielu wariantach. Kracin, Krachin, Karac, Karacinusz, Krachun. Pierwsza wzmianka pochodzi z 1138 roku. Tak więc to nie może być rumuńskie nazwisko, Rumuni mogli wtedy mieszkać w wielu miejscach, ale nie tutaj. Poza tym to nazwisko występuje w tych czasach również w Tápé, a więc w mojej rodzinnej wsi, pochodzącej z czasów Arpadów osadzie, raczej awarskiej niż węgierskiej, co potwierdzają dane archeologiczne. Katalin Fehértói wymieniła piętnaście, dwadzieścia takich informacji, potem Ci ten fragment skopiuję. To nic nie znaczy, że Rumuni też noszą to nazwisko i że tak po rumuńsku nazywa się Boże Narodzenie, przecież takie nazwisko rozprzestrzeniało się podobnie u wszystkich ludów chrześcijańskich itd. Ściska Cię i pozdrawia Mihály Ilia. Postscriptum: Czy praca na temat źrebiąt powstała?".
Otóż mój syn, uczeń szkoły średniej, pisał wówczas pracę dyplomową na temat hodowli źrebiąt, a Mihály Ilia zdobywał dla niego literaturę. Gorliwie czytałem wszystkie artykuły o nim z okazji jego jubileuszu, byłem ciekaw, czy ktoś wspomni o jego wiedzy fachowej na temat źrebiąt i hodowli koni. Niewiarygodna jest też troska, jaka wyziera z jego listu. Mnie najbardziej dotknęło to zdanie, żebym nie sądził, że to rumuńskie nazwisko.
Miklós Jancsó na przykład, kiedy mówi o swoim rumuńskim pochodzeniu, robi to z radością, tylko że w jego wypadku sprawa jest oczywista. Możliwe, że u mnie chodzi o wartość, jaką przypisuję inności: czujesz radość, że jesteś również kimś innym, a nie tylko tym, kim jesteś. Co jednak - wiem coś o tym - może podlegać wielu różnym negatywnym interpretacjom. Że zdradzasz swoją węgierskość, odcinasz się od tzw. kwestii narodowych, że to jest tchórzostwo, słowem, wiele oskarżeń może spotkać człowieka, kiedy mówi, że jest również Rumunem. I spotyka go. Spotyka, i to ile. Oczywiście nie ze strony Ilii, który jest dla mnie jak starszy brat, zwłaszcza od śmierci mojego rodzonego brata...
U mnie nie o to chodzi - rzeczywiście wziąłem to z jakiejś naiwnej ustnej tradycji, a Ilia ma rację, bo moi przodkowie przybyli z Makó, a skoro wymienia Tápé, to na pewno jest tak, jak mówi. Ten list włączyłem do swojego dorobku; kiedy opublikuję Mowę nowojorską, zapewne znajdzie się w aneksie.
Niestety, pogryzły go myszy. Wybierałem się w podróż (do Wenecji z Jovánovicsami) i córka spakowała mi plecak, zrobiła kanapki i dołożyła celofanową torebkę prażonych pestek słonecznika, wiesz, jakie sprzedają w Budapeszcie. Ale nie zjadłem ich ani nie wysypałem gołębiom, torebka została w plecaku. Kiedy po powrocie rozpakowywałem rzeczy, torebkę wrzuciłem do szu?ady, przypadkiem do tej samej, gdzie trzymam listy. I myszy w całym domu wyczuły, gdzie są pestki, przewierciły się przez ścianę, przez miękką warstwę żwirobetonu, potem do szu?ady i dobrały się właśnie do pliku listów od Mihálya Ilii. Spałem w pobliżu biurka i słyszałem, że listy od Ilii cały czas szeleszczą, przecież bez przerwy gryzło mnie sumienie: jak to możliwe, że mógłbym być dumny z tego, że jestem Rumunem. Ale nie zidentyfikowałem tych subtelnych dźwięków. Pewnego razu szukałem czegoś w szu?adzie i okazało się, że myszy zjadły pestki i kawałek wspomnianego listu. Potem uwiły sobie tam gniazdo i się rozmnożyły: w samym jądrze mego pochodzenia, w mojej genealogii.
Powinienem Ilii poświęcić osobny rozdział w uznaniu, że tak wnikliwie śledzi twórczość pisarzy, że nam tyle pomaga. Jakiś czas później mój serbski kolega z Nowego Sadu, artysta plastyk i archiwista, usłyszał o tym problemie z nazwiskiem Kracsun i przysłał mi skopiowaną stronę z jugosłowiańskiej encyklopedii, gdzie napisano, że nazwisko Kracsun występowało w Varasdzie, następnie w Križevci, Čakovcu, Vukovarze.
Mam wrażenie, jak gdyby tobie wybrano nazwisko Tolnai, i chodzi mi nie tyle o tę aktorkę, ile o Leksykon Świata Tolnaiego, w którym to leksykonie, czy też w odpowiadającej mu metaforze, znalazłeś właściwą przestrzeń, gdzie możesz, albo mógłbyś, umieścić to swoje, dzięki Bogu, coraz większe oeuvre.
To nastąpi dopiero później. Nazwisko stało się pozytywne, kiedy w kanizsańskiej bibliotece odkryłem tomy Leksykonu Świata Tolnaiego. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, czym tak naprawdę jest literatura, miałem do czynienia tylko z czytadłami. Syn sprzątaczki z biblioteki był naszym kolegą, zdobył klucz i weszliśmy tam w nocy, nawet ukradliśmy kilka starych leksykonów oprawnych w skórę, ale potem przestraszyliśmy się i je zwróciliśmy. To wtedy pierwszy raz widziałem Leksykon Świata Tolnaiego. Stałem jak wryty przed oszkloną szafą, chociaż się bałem, bo przecież kradliśmy, byliśmy złodziejami i wtargnęliśmy na cudzy teren, posługując się kradzionym kluczem. Pamiętam, że syn sprzątaczki nazywał się Mengyi, chyba już nie żyje. Długo rozpytywałem o niego wśród znajomych. Stanąłem przed szafą - i nadal przed nią stoję - dumnie spojrzałem na półkę i powiedziałem: no proszę! Niemal się z nim utożsamiłem, od tamtego czasu próbuję wywołać w sobie to uczucie lub też na nie zasłużyć. Potem często trafiały do nas książki, ponieważ handlarze książkami bywali w naszym domu. Odwiedzał nas stary, niesamowicie stary sympatyczny Cygan, który później zamieszkał w Zencie. Miał kilka pięknych córek. Przychodził zawsze z kilkoma książkami pod pachą i próbował coś sprzedać. A to jakieś szykowne wydanie o męczennikach z Aradu18, a to co innego, każda książka, która do nas trafiła, była dla mnie jak relikwia. Kiedy brat przechodził do kolejnych wyższych klas, zyskiwałem dzięki niemu dostęp również do poważniejszej literatury. Choćby na przykład do jego podręczników.
Czy twoi rodzice czytali?
Raczej matka.
Pamiętasz jej lektury? Czy mieliście w domu na przykład jakieś tomy Leksykonu Świata Tolnaiego albo jakieś książki z serii Biblioteka Światowa Tolnaiego?
Miałem właśnie zamiar o tym opowiedzieć. W drobnomieszczańskich domach stały, co ciekawe, na szklanych półeczkach dostawianych do kanapy, oprawione w filc książki Siedmiogrodzkiego Cechu Artystów19. Przepadałem za nimi. Od tamtej pory zajmuję się też filcem...
Filc także należy do białych materiałów, tak na marginesie: robi się z niego również albańskie czapki. Kiedy w tych mieszkaniach bawiliśmy się w chowanego, zawsze chowałem się tak, aby znaleźć się z tej strony kanapy, gdzie stały książki. Prawie że je głaskałem. A potem zacząłem je zbierać i nadal zbieram. Jedną z pierwszych książek, jaką sam zdobyłem, był tomik wierszy Lajosa Áprilyego. A teraz wrócę do kłód, bo ten tomik miał tytuł Kłody na Cisie. Kupiłem go od kolegi z klasy, Lajosa Biebera, który zwędził go rodzicom, bo potrzebował pieniędzy. Od tamtej pory Áprily jest dla mnie wyjątkowo ważny, od dzieciństwa. Jeden z wierszy mówił o kłodach, przeszył mnie dreszcz, poczułem, że to mógłby być tytuł całej książki, o tym, jak balansuję na kłodach niczym moi przodkowie spławiacze kłód. Że ten wiersz mówi o nas, tak jak Leksykon Świata Tolnaiego. To była pięknie oprawiona, szczególna w dotyku książka. Spałem z nią. Te książki pamiętam najlepiej, ale były też książki w chałupach na Járásu, nic niewarte, niezrozumiałe, ale poważne także się zdarzały, na przykład oprawione roczniki "Zeszytów Winiarskich" ("Wraz z końcem życia osobniczego w szczątkach wszystkich istot organicznych pozostają resztki zawierające azot...") albo wspomnienia Ferenca Pulskiego Moje życie i epoka (w związku z Tycjanem pisze na przykład o "czarownych barwach", gdzie indziej zaś o tym, że w Rzymie przed klęczącym aniołkiem, najsubtelniejszym dziełem Michała Anioła, nie mógł się powstrzymać i go pocałował), jakieś książki Ferenca Móry, jakieś Kálmána Mikszátha.
Czy lubiłeś czytać? Pamiętasz olśnienia pierwszymi wielkimi lekturami?
Czytanie powieści brukowych było częścią przygody. Przygody, którą natychmiast próbowaliśmy wcielić w życie - w lesie i nad Cisą, z drewnianymi mieczami, drewnianymi pistoletami w dłoniach. Do dziś pozostało mi zainteresowanie żołnierzami Legii Cudzoziemskiej, nadal się nimi zajmuję: od legionistów z Kanizsy, od Jankó Pirosa, lumpenrybaka z Ludasu, aż po seryjnego mordercę Magdę Marinkó.
W palicsańskich zapiskach P. Howarda20 z tomu Pompejańscy kochankowie?
Tak, dlatego przyjąłem to imię, to zresztą stały u mnie zabieg. Ale były jeszcze inne tomiki, na przykład wiersze Petőfiego. Moim pierwszym przeżyciem poetyckim, jeszcze sprzed Áprilyego, był wiersz Puszta zimą Petőfiego. Czytałem go w podręczniku mojego brata, jadąc pociągiem do Zenty, ale z jakiegoś powodu musiałem podnieść wzrok, spojrzeć w okno, na step, który właśnie przesuwał się obok nas, cały pokryty śniegiem. To było zaskakujące, do dziś nie mam pewności, czy o tym czytałem, czy widziałem to: "Hej, teraz puszta jest naprawdę pusta!". Ten widok już wtedy nie wydawał mi się romantyczny, tak jak i dzisiaj, odsyłał ku Eliotowskiej Ziemi jałowej. Nadal zajmuję się pusztą - pustynią, krasem - którą pierwszy raz poczułem w wierszu Petőfiego. A wracając do Áprilyego, dla mnie jest on ważniejszy niż wielu innych wyżej cenionych poetów siedmiogrodzkich. W jego wierszach odkryłem coś bardzo ciekawego. U niego metafory powstają podobnie jak u mnie. Kiedy on pisze, że gencjana, to to jest gencjana, Rilkowska gencjana jest u niego prawdziwą gencjaną i słowami wiersza. A dla mnie ważna jest ta koincydencja. Rilke wspiął się do tej granicy, gdzie mógł znaleźć gencjanę. Ja się pnę podobnie, wspinam się po słowa, po metafory. Muszę je gdzieś znajdować, muszą mieć pokrycie w rzeczywistości, jakąś nadwyżkę. Często znajduję to w przywiązaniu Áprilyego do przyrody.
A Petőfi?
Petőfi? Niedawno otwierałem wystawę poświęconą Petőfiemu. Sprawiło mi wielką radość, że znów się nim zajmuję, że przeglądam swoje dawne notatki na jego temat. Zaskoczyło mnie, jak wyraźne jest w jego poezji czy w przedmowie do wierszy zebranych albo listach z podróży to pojmowanie życia, to coś, co następuje po rewolucji, ta chwila, gdzie właściwie jesteśmy także dzisiaj. Rozdarcie, rozterka. Zaskakujące, że jego historiozofia nadal jest aktualna. Nie tylko w ostatnim wierszu, ale już w okolicach cyklu Chmury, wszystko to można wyczytać również z wierszy niedokończonych. Zacytuję ci pewien fragment. Kiedy teraz na nowo czytałem przedmowę do Wierszy zebranych, zaskoczyła mnie jej końcówka:
"W końcu, że jest we mnie rozdarcie, właśnie to, ból, prawdziwy; ale nic dziwnego. Mnie Bóg nie przeznaczył, bym w czarownym gaju ze śpiewem słowika, z szelestem liści i szemraniem ruczaju zmieszał swoją pieśń o cichym szczęściu albo cichym bólu. Moje życie toczyło się na polu bitewnym, na polu bitewnym cierpień i namiętności; moja muza śpiewa w półobłąkaniu wśród zwłok dawnych pięknych dni, pośród śmiertelnego rzężenia zabitych nadziei, szyderczego śmiechu niespełnionych pragnień, upiornych wrzasków rozczarowań, jak zaklęta królewna na morskiej wyspie za siedmioma górami, której pilnują dzikie bestie i stwory... A to rozdarcie nie jest moją winą, lecz winą tej epoki. Każdy naród, każda rodzina, każdy człowiek popadł w kon?ikt z samym sobą. Ludzkość od czasów średniowiecza bardzo się rozwinęła, ale nadal ma na sobie średniowieczną szatę, chociaż tu i ówdzie poplamioną, poszerzoną (...). Taka jest ludzkość wśród wstydu i skrępowania; na zewnątrz cicha, tylko trochę bledsza niż zwykle, ale wewnątrz tym bardziej się burzy niczym wulkan bliski wybuchu. Taka jest epoka, czy zatem ja mogę być inny? Ja, wierny syn swojego stulecia!".
Tak kończy przedmowę. W ostatnim wierszu Petőfiego też widać, że to, co wiedział, co poczuł, również dzisiaj jest aktualne w odniesieniu do problemów, z którymi zmagamy się pod koniec stulecia.
Przerażająco współczesny tekst. To niebywałe, z jaką intensywnością potrafisz odnajdywać teksty, które możesz odnieść do siebie, ale mógłbym też powiedzieć, że to niebywałe, z jaką intensywnością teksty potrafią odnajdywać ciebie. Wiersz Puszta zimą, który czytałeś w pociągu do Zenty, związuje cię jednocześnie i z poezją, i ze stepami Járásu, i dociera do ciebie akurat w najlepszym momencie. Musimy od przedmowy Petőfiego, jeśli chcemy zachować porządek, zawrócić do tej chwili, kiedy czytałeś ten wiersz: czy przyszło ci do głowy, żeby też spróbować pisać podobnie?
Każdy ma własnego Petőfiego, pewien wewnętrzny krąg Petőfiego, ja też mam swój, w którym ważne miejsce zajmuje jego proza. Forma jest tym, co na początku nas dzieliło, tak się wydawało, ale zacząłem się zajmować wierszami z czterdziestego szóstego roku pozostałymi we fragmentach, powstałymi na marginesie cyklu Chmury. Sporo ich cytuję w jednym z wierszy o Jánosu Pilinskim, kiedy z powodu drugiego albo trzeciego Pilinskiego wspominam o drugim Vörösmartym, mógłbym niemal powiedzieć, że o drugim Petőfim. Ów Pilinszky, którego najbardziej lubię, właściwie do dziś nie znalazł uznania, wciąż mówi się o wielkim pierwszym okresie jego twórczości, a ja wyżej cenię, uważam za ważniejsze, fragmenty z jego późniejszych okresów. Swego czasu dużo mówiłem o nieforemności, nie o fragmentaryczności, bo fragmentaryczność stała się zużytym frazesem w rozmowie o współczesnej poezji. W ogóle nie stosuje się tej kategorii w odniesieniu do Pilinskiego, mówią o tym, ale kiedy czytają lub analizują Pilinskiego, wtedy nie stosują jej do niego, nie widzą w jego fragmentach ważnej, wielkiej poezji, relewantnej filozofii. Przecież on się kontaktował z takimi filozofami, miał takich przyjaciół, jak Simone Weil, Gabriel Marcel, Emil Cioran. Pilinszky obracał się w kręgach filozoficznych, a jego fragmenty wcale nie są niewymagające, jak wielu sądzi, to jest prawdziwa filozofia. Dużo o tym mówiłem i szukałem też własnej terminologii dla wiersza wolnego, dla nieforemności.
Niedawno trafiłem u Petőfiego na pewien wers, który kiedyś nawet podkreśliłem, ale potem o nim zapomniałem. Na nowo, jak Biblię, na nowo czytam jego utwory, na nowo znajduję to, co już w nim nieraz odkryłem. To oczywiście "laickie" czytanie, swobodne, dalekie od prawdziwie krytycznego podejścia. Takie całkowicie wewnętrzne, poetycko-warsztatowe działanie. Po odwiedzeniu jaskini w Aggtelek21 Petőfi napisał: "Och, wy małostkowi ludzie, którzy we wszystkim wiecznie szukaliście reguł i ustalaliście reguły, przyjedźcie tutaj i padnijcie na kolana przed arcydziełem nieregularności".
Sporo się zmagałem z tą nieregularnością, między innymi dlatego zajmowałem się kalafiorem i topinamburem, bulwą, próbowałem znaleźć formy organiczne, nobilitować nieforemne formy organiczne, aby udowodnić ich potencjał, nie robiąc tego programowo, no i na długo przed pojawieniem się kłącza jako kategorii filozoficznej. To raczej tej drogi szukałem; zresztą ten fragmencik przywodzi mi na myśl Pascala.
Mówisz o Áprilym i Petőfim, którzy są typowymi "śpiewającymi" poetami, jeśli brać pod uwagę muzyczność wiersza. Ty u nich dostrzegasz coś całkiem innego. Chciałoby się powiedzieć, że wbrew ich śpiewności. Ciekawi mnie, czy już w czasach przedgimnazjalnych i gimnazjalnych te teksty jawiły się jako muzyka, wiersz, tradycja, czy może już wtedy jako silne wiązanie, splatanie, materia? Czy przypadkiem nie później dojrzałeś w poezji Áprilyego gencjanę, a w Puszcie zimą śnieg na Járásu? W jaki sposób ktoś, kto przeszedł szkoły wrażliwości, o których tak pięknie opowiadałeś, zbliża się tak bardzo do literatury, że sam zaczyna coś pisać albo formułować?
Był jeszcze jeden ważny okres w szkole podstawowej. Miałem dobrych nauczycieli starej daty, świetnych nauczycieli literatury. Ostatnio sporo zajmuję się rzeźbami Andrása Böröcza, które uważam za ważne dla współczesnej sztuki, właściwie epokowe. Po Giacomettim w rzeźbiarstwie niewiele się działo, ponieważ on praktycznie wszystko zredukował. Wydawało się, że dalsza redukcja jest niemożliwa. Giacometti powiedział, że chciałby, aby jego dzieło zmieściło się w pudełku od zapałek, tak, by mógł mieć je zawsze przy sobie. Miałem okazję widzieć jego prace w muzeach sztuki nowoczesnej, na przykład w Paryżu. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności byłem akurat w Paryżu, kiedy zorganizowano tam wielką retrospektywną wystawę jego prac. Rzadko dane jest człowiekowi trafić gdzieś, gdzie właśnie odbywa się taka ważna dla niego wystawa i może ją odwiedzić wiele razy. Wśród eksponatów znajdowały się również jego maleńkie gipsy.
Wiele razy byłem też w Muzeum Rodina. Razem z Józsefem Nagyem prowadziliśmy różne badania, robiliśmy zdjęcia w zmętniałych od starości lustrach białego mebla, w budynku, gdzie, nawiasem mówiąc, mieszkał Rilke, bo przedtem mieścił się tam hotel. To Rilke zwrócił uwagę Rodina na ten dom. Odkryłem, że Rodin też robił takie gipsowe drobiazgi, a więc w nowoczesnej sztuce formowanie, modelowanie cechowało takie - w dosłownym rozumieniu - dążenie do redukcji. Formujesz, redukujesz, zużywasz, docierasz w okolice niczego, jak podczas robienia zacierek. Dotąd skubiesz ciasto, aż zniknie, nie ma go, jest tylko to, co wyskubane. A więc nie ma już patetycznego posągu konnego. Posągi konne znikły. Jest też taka tendencja we współczesnym rzeźbiarstwie, oczywiście jedna z wielu, ale jest też takie pojmowane dosłownie redukowanie, kiedy to w ostatnim momencie, już prawie w punkcie zerowym, powstaje wielkie dzieło.
Böröcz dlatego jest dla mnie ważny, że potrafił pójść o krok dalej, że wykonał niezwykły gest, kiedy zatemperował ołówek. Kiedy nie dało się już dalej redukować, on znalazł narzędzie, które mógł zatemperować. Tutaj stał się cud, pojawiła się pewna nowa możliwość we współczesnej rzeźbie, a to rzadko się zdarza. Współczesna rzeźba węgierska ma kilka takich osiągnięć na swoim koncie. O Györgyu Jovánovicsu już wspomniałem, ale mógłbym wymienić wielu innych artystów. Kiedy przyjechałem do Nowego Jorku, gdzie w Squat Theatre miałem czytać Mowę nowojorską, grupa Böröcza w wielu punktach miasta właśnie organizowała performance'y i pokazywała filmy wideo. Pisałem wtedy w Nowym Jorku dziennik. Wiele miejsca poświęciłem w nim mojej nauczycielce, która uczyła mnie w drugiej i trzeciej klasie podstawówki.
Była naszą znajomą, bardzo stanowczą osobą. Miała długą trzcinkę i lała nas nią, kiedyśmy coś przeskrobali albo się nie uczyliśmy. Często wciskała mi głowę w mapę, w mapę Jugosławii, ale może to była Europa, kiedy nie umiałem pokazać, gdzie jest prawy brzeg jakiejś rzeki. Chociaż bez przerwy siedziałem w rzece, z brzegami miałem, zdaje się, kłopot. Kto nie odrobił pracy domowej, czegoś nie umiał, tego za karę zabierała do swojego domu. Jej mąż był urzędnikiem bankowym, w spiżarniach stały wielkie blaszane balie pełne pengő22, stary przynosił do domu kupę forsy, ale, jak widać, za mało. Nauczycielka zmuszała nas do pracy: rozrzucaliśmy gnój w ogrodzie, nosiliśmy siano, kopaliśmy, podlewaliśmy, zbieraliśmy owoce.
Po pracy rozbierała nas do naga, sadzała w balii i szorowała, a potem mieliśmy grzecznie siedzieć na ganku. Każdemu dawała kartkę papieru, to był piękny papier. Po wojnie zeszyty były bardzo marnej jakości, ale ona miała jeszcze przedwojenne zeszyty, wyrywała z nich kartki i dawała je nam. Były pożyłkowane jak marmur, w piękną zieloną kratkę albo w czerwono-zieloną linię, cudowne, ten papier mnie zachwycał. Dokądkolwiek przyjeżdżam, pierwsze kroki kieruję do sklepu papierniczego i kupuję ładne zeszyty. U pani nauczycielki były takie zeszyty. Podarowała mi raz kikucik amerykańskiego ołówka z gumką, prawdziwy amerykański ołówek, żółty z różową gumką na końcu. Zakręciło mi się w głowie od jej intensywnego zapachu. Między mną i gumką wykształcił się naprawdę erotyczny związek. Od tamtego czasu tę różową gumkę na końcu amerykańskich ołówków nazywam w moich książkach łechtaczką, oprawioną w złoto łechtaczką. Czasem o świcie zasiadam do biurka, dociera do mnie zapach gumki i znów kręci mi się w głowie. Kiedy w 1984 roku pojechałem do Ameryki, nakupiłem sobie - to była pierwsza rzecz, jaką zrobiłem - mnóstwo żółtych ołówków z gumką. Kupowałem je niemal na kilogramy. I zacząłem, tam, w Nowym Jorku, tymi ołówkami pisać dziennik, w którym opowiedziałem historię owej nauczycielki.
Poznałem wtedy Böröcza. Już zapomniałem, jaki tytuł miał jego performance, ale poszczególne obrazy doskonale pamiętam, na przykład wielkie gipsowe buty. A potem nagle Böröcz pojawił się ze swoim rzeźbiarstwem, które robiło niesamowite wrażenie, należy do rzeczy dla mnie najważniejszych. Ma związek z ołówkiem, to w istocie nowy sposób pisania, ołówek pisze siebie, temperuje siebie, stwarza siebie.
Jednym z moich pierwszych nauczycieli był József Vajda, prawdziwy dżentelmen, wspaniały egzemplarz węgierskiego pedagoga. Potem jeszcze raz się spotkałem z takim typem nauczyciela w szkole średniej, w osobie Istvána Szeliego. József Vajda był także moim instruktorem w skautach. Napisałem o nim nowelę Sokoły, próbowałem mu wystawić pomnik. Mieszka w Szabadce, czasem się spotykamy. Potem wykładał w wyższej szkole, nawet napisał jakiś podręcznik, zajmował się głównie językoznawstwem. Jego ojciec też miał mały sklepik w Kanizsy, a matka była córką Pálinkásów, już wspominałem, że mieszkaliśmy w domu Pálinkásów, obok pana Hermanna, opodal był też dom państwa Vajdów, piękny narożny dom. Ich syn od dawna mieszka na Węgrzech, jest psychologiem.
Czy byłeś dobrym uczniem? Co cię interesowało?
Nie, nie byłem dobrym uczniem. Interesowałem się głównie biologią i literaturą, także w gimnazjum. Nie pamiętam, jakie miałem stopnie, ale te przedmioty najbardziej mnie zajmowały. Nadal sięgam do tamtych książek, popularnonaukowych książek przyrodniczych z czasów szkolnych. Miałem jeszcze jedną doskonałą nauczycielkę literatury, Zsuzsannę Földi. Należała do pokolenia, które pierwsze pokończyło u nas studia. Byli uczniami Györgya B. Szabó. Jej też wiele zawdzięczam. Zorganizowała prężnie działające koło samokształceniowe, mój przyjaciel Tihamér Dobó, malarz, też brał aktywny udział w jego pracach. Byli wśród nas muzycy i literaci, którzy pisali wiersze, jeden z nich, Mihály Francz, później opublikował nawet książkę. Wśród moich dawnych koleżanek ze szkoły również są doskonałe nauczycielki literatury, z którymi mam kontakt, zapraszają mnie do swoich klas. Kiedy zostałem bibliotekarzem szkolnym, wreszcie mogłem dać nura w książki, już nie jak złodziej, nie jak włamywacz. Biblioteka mieściła się w budynku więzienia, podobnie jak szkoła. I zacząłem pochłaniać książki. Czytałem wszystko, co mi wpadło w ręce, od powieści Verne'a, przez Chłopców z Placu Broni Molnára, aż po Bądź zawsze dobry Móricza. Ta ostatnia powieść to osobny rozdział, bo pierwszy film, jaki widziałem, był właśnie jej ekranizacją.
Po wojnie uczniom szkoły podstawowej nie wolno było chodzić do kina. Kiedy poszedłem do gimnazjum, w pięćdziesiątym czwartym, też panował rygor, mieliśmy zakaz chodzenia do kawiarni i wolno nam było przebywać na ulicach Zenty tylko do wyznaczonej godziny. Panował surowy reżim, a ja ciężko to znosiłem, bo aktywnie działałem w organizacji młodzieżowej, byłem bardzo ruchliwy i brałem udział w nocnym życiu miasteczka, ta dwoistość doprowadzała do okropnych komplikacji.
W tym czasie adorowałem największą dziwkę w miasteczku, przepraszam, że użyłem tego słowa, ale w mieście tak właśnie o niej mówiono. A dla mnie była ona istnym cudem, piękną i wykształconą kobietą. Od niej dostałem wiersze pierwszych nowoczesnych poetów. Ale wybuchł straszny skandal. Chcieli mnie usunąć z gimnazjum, chociaż byłem przewodniczącym organizacji młodzieżowej, i tylko wychowawcy naszej klasy, kochanemu, zacnemu Nándorowi Fábriemu, zawdzięczam, że mnie nie wyrzucono. Wciąż miałem podobne kłopoty.
Rodzina miejscowego kinooperatora przyjaźniła się z nami. Jego żona Hajnalka była piękną kobietą, w typie aktorki Katalin Karády. Kinooperator miał jedno oko szklane. Bardzo na mnie działała ta dwoistość sztuki patrzenia i szklanego oka. Kiedyśmy szli do kabiny i zaczynała się projekcja, wyglądało tak, jakby operator miał oboje oczu ze szkła. Istny doktor Mabuse z filmu Fritza Langa. Zapamiętałem to, pomyśl tylko o jednym z bohaterów Piosenek Wilhelma, o Ślepym Tibim Vighu, który wciąż chodzi do kina. W związku z kinem miałem dwa ważne przeżycia. Jedno w Zencie, kiedy wyświetlano Tarzana, drugie to film Bądź zawsze dobry, pokazywany w Kanizsy.
Chodziłem jeszcze do jednej z niższych klas szkoły podstawowej, to był chyba czterdziesty ósmy rok. Rozeszła się wieść, że będzie projekcja filmu. Kino mieściło się w zrujnowanym domu na tyłach więzienia. Nazywano go, od nazwiska pewnej białoruskiej rodziny, domem Kokoreva i był już do połowy rozebrany, wyglądał jak dziwny labirynt, przypominał starożytne ruiny. Moi starsi koledzy, znaczy kumple mojego brata, wpadli na sprytny pomysł, jak mimo zakazu obejrzeć film - ze strychu. Opracowaliśmy plan wojenny: mieliśmy wyruszyć z piwnicy, stamtąd schodami na górę, potem przebić ścianę, aby w końcu, po trwającej wiele dni ekspedycji, dotrzeć na strych. Ponieważ mój ojciec siedział wówczas w więzieniu, mama musiała przywyknąć, że brat często znika z domu. Czasem wychodził, bo właśnie oberwał od matki, a czasem z żądzy przygody. Często mieliśmy też wycieczki. Zdarzało się, że przez wiele kolejnych dni byliśmy poza domem.
Zgodnie z planem, powolutku, gęsiego, zeszliśmy do piwnic domu Kokoreva i ruszyliśmy w stronę schodów. Kiedy dotarliśmy na górę, projekcja już się zaczęła. Tę część strychu osłonięto farbowanymi workami. Byłem zupełnie wyczerpany, bo byłem najmniejszy, najmłodszy z chłopaków. Żyletką wycięliśmy otwór w jednym z worków i obserwowaliśmy widownię: ten pierwszy film zgromadził całą śmietankę miasteczka. Ciekawe było oglądać to tak z góry, patrzeć z tak wysoka. Mnie też się dostała jakaś szpara do patrzenia, ale z boku, tak że głowy na płótnie były dziwnie wydłużone, wyglądało to jak współczesny film eksperymentalny, postacie były zdeformowane, a ja sądziłem, że to naturalne, że tak ma być. Sądziłem, że film to taka nowoczesna sprawa, że tam poruszają się, coś robią wydłużone postacie, w sali i na płótnie, niczym się od siebie nie różnią, wszyscy mają wyciągnięte, podłużne głowy - i mimo to: są zawsze dobrzy. A więc Bądź zawsze dobry. To było niezwykłe. Potem przeczytałem tę powieść, z wypiekami na twarzy, i ona też na zawsze zapadła mi w pamięć, zwłaszcza opis spożywania szuwaksu. Tę scenę nawet dzisiaj czasem sobie czytam.
Kiedy mój brat poszedł do gimnazjum w Zencie, nastał czas innych książek. Zenta, jako duże miasto, a właściwie: nieco większe od Ókanizsy, bardzo mnie intrygowała, tak jak pociągi. Często odprowadzałem brata na stację kolejową, która była dla mnie ważnym miejscem. Pociąg rusza, jeden w kierunku Szabadki, ku Węgrom, drugi w kierunku Zenty, Becse, Nowego Sadu, Belgradu i dalej ku morzu. Chodziłem na stację, czasem byłem tam sam, a czasem z tragarzem, któremu od dźwigania całkiem powyciągały się ręce - były takie długie, jak w książce Bądź zawsze dobry - i który czekał na pociąg jadący do Szabadki. Wtedy jeszcze sporo ludzi jeździło do cud-kąpieliska pociągiem, a on ładował ich bagaże na wózek. A czasem prócz nas czekał też Gyuri Naleśnikarz, dużo o nim mówiłem i pisałem, miał bzika na punkcie naleśników i kiedy mówili mu, że dziś przyjeżdża transport naleśników, wychodził na stację, za każdym razem im wierzył, i tak przez całe życie, aż do śmierci. On czekał na naleśniki, a ja tylko stałem i patrzyłem, w prawo i w lewo, tam, gdzie był, gdzie zaczynał się świat, a naprzeciwko znajdował się cmentarz. Mój brat zaczął jeździć do Zenty, także starszy ministrant Koncz, syn kupca Koncza, koledzy z jego rocznika i wielu innych, Kanyó, który fantastycznie grał w nogę, a potem został prawnikiem, Dobos, historyk, wszyscy oni jeździli do Zenty. A inni do gimnazjum do Szabadki. Wyglądali inaczej, inaczej myśleli, inaczej ułożyło im się życie. Można było rozpoznać, nawet wiele lat później, kto chodził do Zenty, a kto do Szabadki, jak również kto do Szabadki i na uniwersytet w Zagrzebiu, kto do Zenty i do Belgradu, tę różnicę było widać gołym okiem. Nie tylko w kwestiach zasadniczych, również w niuansach rzucało się w oczy, kto jest szabadkańskim, kto zentańskim uczniem, kto belgradzkim, kto zagrzebskim studentem. Ja byłem zentańskim, wybierałem się do Belgradu, ale trafiłem do Zagrzebia...
Pewnego razu mój brat wygadał się, że w Zencie mają wyświetlać Tarzana. Wybłagałem u rodziców, żeby mi pozwolili pojechać i żeby dali mi na pociąg i bilet do kina. Nadeszła chwila, kiedy i ja miałem wsiąść do pociągu. Kiedy ruszył, spojrzałem na prawo i zobaczyłem Zimonjić, wieś Vojvoda Zimonjić kiedyś nazywała się Ilonakertváros. Zbudowano ją dla Csángó23, a kiedy ją opuścili, na ich miejsce przyszli osadnicy bośniaccy. Pociąg mknął dalej, w kierunku Zenty, Adorjánu, Felsőhegy. Kiedyśmy dotarli na miejsce, brat powiedział, żebym, kiedy on będzie w szkole, pochodził sobie po mieście. W centrum Zenty wtedy jeszcze wznosiły się dziwne betonowe ruiny, pozostałości po jakiejś budowie. Włóczyłem się tam, przysiadałem na ogromnych betonowych blokach, obserwowałem nadchodzących nauczycieli, zaglądałem cichcem do szkoły, spacerowałem nad Cisą. Brzeg Cisy w Zencie wygląda całkiem inaczej, jest zabudowany, w Kanizsy teraz też mamy deptak, ale w Zencie deptak z żelaznymi poręczami znajduje się w samym sercu miasta. Budynek gimnazjum też stoi niedaleko Cisy, główna ulica biegnie do rzeki. Kiedy brat wyszedł ze szkoły, wskazał na cukiernię Biały Statek naprzeciwko - potem zamieniono ją w kawiarnię - gdzie sprzedawano fantastyczne ptysie z kremem waniliowym. Spytał, co by było, gdybyśmy zamiast kupować mój bilet powrotny, zjedli za tę sumę ptysie. Zapewnił, że zna sposób, jak bezpiecznie jechać na gapę. On oczywiście miał bilet miesięczny. To były naprawdę boskie ptysie, byliśmy jak odurzeni, potem z wypiekami na twarzy obejrzeliśmy Tarzana i ruszyliśmy na stację. Brat wyjaśnił, że tajemnica polega na tym, abym siedział w ubikacji, ze ściągniętymi spodniami, i nie zamykał drzwi. Kiedy przyjdzie konduktor, zobaczy, że drzwi są otwarte, i uzna, że w środku nikogo nie ma. Brat usiadł w przedziale, a ja poszedłem do ubikacji i zdjąłem spodnie. Nagle drzwi się gwałtownie otworzyły i potężnej postury konduktor wrzasnął, że prosi o bilet. Powiedziałem, że nie mam, a wtedy złapał mnie za ucho, wyciągnął z ubikacji i wlókł przez cały korytarz. Ledwie zdołałem podciągnąć spodnie, strasznie mnie ośmieszył. Wreszcie wepchnął mnie do przedziału pierwszej klasy z siedzeniami obitymi bordowym pluszem i zamknął drzwi.
Później przyszedł milicjant, który nawet na mnie nie spojrzawszy, położył się i zasnął. Miał u pasa pistolet, który połyskiwał fioletowym blaskiem. Siedziałem naprzeciwko niego, płakałem i trząsłem się, wyobrażając sobie, co ze mną zrobią. Zamkną mnie albo zastrzelą, przecież miał pistolet. Czy ja umrę? Brat od czasu do czasu zakradał się do mnie, zaglądał przez szybę, patrzył, co się dzieje. Kiedyśmy dojechali do Kanizsy, konduktor znów mnie złapał za ucho, zwlókł po schodkach pociągu na peron i przekazał czekającemu tam milicjantowi. Chciałem uciec, brat stał za rogiem budynku stacji i machał ręką, niewiele brakowało, a rzuciłbym się do ucieczki. W końcu pociąg odjechał, a wtedy milicjant kazał mi szybko zmykać. Upiekło mi się. Ale to był wstrząs, który zostawił we mnie ślad na całe życie.
Potem to połączenie zlikwidowano, do Kanizsy kolej już nie kursuje, a stacja, charakterystyczny budynek dworcowy z czasów Monarchii, nie działa. Ja zawsze wybierałem się w świat, do Afryki, do Ameryki, do Japonii, jechać tu i tam, ale tę relację kolejową zlikwidowano i już donikąd nie mogłem pojechać, tory porosły trawą. Jóska Nagy zrobił ciekawe przedstawienie zatytułowane Anatomia dzikiego, które mówi o Oszkárze Vojnicsu, podróżniku i myśliwym z Szabadki, i w którym ta stacja, nierealna stacja, znów działa, a pociąg przewozi trawę, więc trawa się porusza. Długo mnie to bolało, brakowało mi stacji, ale nie uświadamiałem sobie problemu. Zawsze czułem ból, przechodząc obok niej. Pojawia się w wielu moich wierszach również ta zimna poczekalnia. Kiedyś, na pogrzebie, akurat na pogrzebie mamy Istvána Koncza, stojąc obok grobu, nagle spojrzałem na budynek stacji i zdumiony stwierdziłem, że przesunął się całkiem blisko cmentarza, że niemal wchodzi na cmentarz. Na pewno stąd się wzięło to wrażenie, że wycięto rząd drzew pod murem, możliwe jednak, że kiedy byłem mały, spoza muru nie mogłem widzieć stacji. Jakoś całkiem zmieniła się perspektywa, chociaż nic tam nie ma prócz opuszczonej stacji kolejowej, gdzie na piętrze podobno ktoś mieszka. Niedawno zakradliśmy się tam z moim kolegą filmowcem Jenő Hartyándim, który kręcił film w Kanizsy, i sfilmowaliśmy ją. Wydaje mi się, że całkiem nieźle udało się ująć ten dwojaki kąt widzenia, tę szczególną dwoistość, podwójną perspektywę - tę z czasów dzieciństwa i obecną, to, jak się nałożyły na siebie. Wciąż mówię o odejściu, o podróży, przygodzie, i nagle zorientowałem się, że cała ta historia przestawia się na inny tor, że chodzi o powrót syna marnotrawnego, a więc nie odejście jest tu problemem, tylko powrót. Chociaż moi rodzice mieszkają tam nadal, a ja od trzydziestu lat jeżdżę do swojego domu w pobliżu Kanizsy, to jednak czuję, że porzuciłem to miasto, człowiek nie potrafi wrócić, albo - być może - to złożony problem duchowy.
Nie przez przypadek mówisz, że stoisz na stacji, dopóki w Kanizsy jest stacja, i obserwujesz pociągi, ten, który jedzie w stronę Bałkanów, i ten, który rusza w kierunku Węgier. Czy w czasach szkoły podstawowej czułeś, że jesteś poza granicami kraju i chociaż mocno osadzony w swojej węgierskości, w Baczce, to jednak mieszkasz w Serbii? Znałeś już wtedy język serbski?
Dość słabo, w Kanizsy każde serbskie dziecko znało węgierski, więc rozmawialiśmy po węgiersku. Moja wymowa była inna niż tych dzieci, które przyjechały z miast, gdzie większość stanowili Czarnogórcy, Serbowie albo Bośniacy, ale to nie stanowiło dla mnie problemu. Na przykład moi koledzy z Ady mieli dużo większy problem z językiem serbskim. Muszę powiedzieć, że wcześnie zacząłem czytać serbskie książki.
Czy to wtedy zacząłeś pisać?
Jako trzynasto-, czternastolatek posłałem jedną swoją prozę do redakcji pewnego czasopisma, a więc już zaczynałem. Przyjaźniłem się z malarzem Tihamérem Dobó. Był ode mnie starszy, wcześniej wyjechał do Nowego Sadu, do średniej Szkoły Rzemiosł Artystycznych, którą ówcześnie nazywano jeszcze Szkołą Wzornictwa Przemysłowego. Nie miał rodziców, egzystował w bardzo skomplikowanej formule rodzinnej. Wprawdzie jego mama żyła, ale porzuciła go, wychowywały go ciotki i babka. Ponieważ był bardzo biedny i musiał zarabiać na swoje utrzymanie, zaczął pracować jako ilustrator, dla wydawnictwa Forum, dla gazet, trafił między literatów. Wtedy właśnie zaczęło wychodzić pismo "Ifjúság" [Młodzież], bo to już było po czterdziestym ósmym. Nándor Major, Imre Bori, Ferenc Fehér, Nándor Burány, István Németh uruchomili tam dwuszpaltówkę dużego formatu "Modern Irodalom Útja" [Drogi Nowoczesnej Literatury]. I zaczęli publikować najnowszą literaturę: Camusa, Dos Passosa, Gide'a, Kafkę, Amosa Tutuolę, Borcherta. To wszystko działo się jeszcze w czasach mojej szkoły podstawowej. Do co drugiego numeru Tihamér robił ilustracje i czytał w całości książki, które tam prezentowano.
Czy to przez niego nawiązałeś kontakt z pismem? Przedtem chyba nie widziałeś czegoś takiego, no tak, gdzie mogłeś widzieć...
Owszem, widziałem - pismo "Híd", które redagował Mihály Majtényi. Pismo wielkoformatowe, drukowane na doskonałym papierze, z doskonałą ikonografią: z grafikami Györgya B. Szabó, Józsefa Ácsa, Imre Sáfránya. B. Szabó był jednym z pierwszych, którzy odkryli artystów Lajosa Vajdę i Lajosa Szalaya, a ponadto, ponieważ chorował na płuca i dużo przebywał w słoweńskich sanatoriach, z uwagą obserwował słoweńskie życie artystyczne. Na biennale grafiki zetknął się z nowoczesnymi tendencjami w grafice światowej. Pod ich wpływem stworzył bardzo nowoczesny, ekscytujący świat grafiki. Tak na marginesie, B. Szabó uczył dawnej literatury, ale w swoim mieszkaniu pokazywał nam swoje rysunki abstrakcyjne. András Hangya też rysował dla pisma. Pewnego razu wpadł mi w ręce numer "Hídu" i od tej pory czytałem już wszystkie kolejne zeszyty, to w tym czasie napisałem pierwsze małe opowiadanie, które jakimś cudem trafiło do rąk Istvána Koncza. Był jeszcze studentem, ale latem, kiedy redakcja wyjeżdżała na wakacje, dyżurował tam za niewielkie honorarium.
Koncz, który chodził do szkoły z moim bratem i przez jakiś czas razem mieszkali w Belgradzie, zobaczył list z Kanizsy w niebieskiej kopercie i schował go do kieszeni. Kiedy przyjechał do domu i po mszy spacerowaliśmy po korso, powiedział: "Chodź ze mną". Weszliśmy do jakiegoś klubu, a on wyjął z kieszeni tę moją straszną, zagmatwaną prozę i zaczął wyjaśniać, że tekst należy budować tak jak na przykład krzesło. Przysunął do siebie krzesło, mobilium, jak się wyraził, i rozpoczął się wykład, spójrz na to mobilium, po czym rozprawiał o nim przez pół godziny. Jego wykład wstrząsnął mną do głębi. Podziwiałem tę doskonałą konstrukcję, mobilium, niczym jakąś katedrę, chociaż znałem stolarza, każdy kąt w jego pracowni, blask rogu jego hebla, ostrza jego dłut i pił, żebrowanie raszpli, o każdym meblu wiedziałem, kto go zrobił: Harmat, Kanyó, Szilvi Bicskei, Karcsi Nagy, Jenő Losonc czy Varga, w większości byli uczniami mistrza ciesielskiego Vincera, a jeden z nich, pan Kanyó, zrobił sobie nawet skrzypce, wiedziałem więc, że to krzesło, mobilium, jest dziełem Karcsiego Nagya, mimo to czułem się tak, jakbym pierwszy raz w życiu widział krzesło, mobilium, przecież nigdy przedtem nie słyszałem tego określenia... Dziwne, wiele lat później, zajmując się drucianymi formami, mobilami Caldera, które lubił nawet Beckett, nagle przypomniało mi się, jak użył podobnego słowa mój mistrz, chociaż u niego ruchomość oznaczała właśnie absolutną stabilność... Jednym słowem - krzesło jako takie...
Moją pierwszą prozę zamieściło pismo "Ifjúság". Mówiła o tym, jak pewien człowiek próbuje przekroczyć granicę.
Czy to nowela pod tytułem Kamień?
Tak. Ukazała się w pięćdziesiątym szóstym. Z Istvánem Konczem, kiedy jeszcze chodził do gimnazjum, mieliśmy niesamowicie intensywne kontakty. Zaprosił mnie kiedyś do siebie i od tej pory często ich odwiedzałem. Jego ojciec wcześnie umarł, był kupcem, jak mój ojciec. Pista był jedynakiem, mieszkał z matką w wielkim domu, za opuszczonymi żaluzjami. Wciąż powtarzał: mój dom - to moja twierdza.
Ważne było dla mnie, dla wielu z nas, że mogliśmy ganiać po świecie, wciąż się przemieszczać, ale cokolwiek się stało, jakikolwiek mieliśmy problem, czy to ja, czy później moja żona, albo nasi przyjaciele, zawsze mogliśmy na niego liczyć. Kiedyśmy z Jutką wyjeżdżali do naszej chałupy na Járásu, często do nas przyjeżdżał, czasem zabierał też Tihaméra, przywozili skrzynkę piwa albo wina, spuszczaliśmy ją do studni i popijaliśmy sobie do samego wieczora. Lubił tam przebywać. On też pokochał Járás. Słysząc, że pojawił się pan doktor, sąsiedzi schodzili się ze swoimi przeróżnymi kłopotami. Ciekawe było obserwować, jak kolejne pokolenia, każde na swój sposób, odkrywają Járás i jak Cisa staje się dla nich świętym miejscem. Nie sądziłem, że ja też kiedyś zamieszkam w takim domu jak dom Pisty i będę mógł powiedzieć: mój dom - to mój zamek. Z czasem znalazłem się w takiej sytuacji jak on, zostałem sam. Jako pisarz znalazłem się w takiej sytuacji, że muszę sam siebie wyciągać za włosy albo trwać w zamku, w Zamku z Piasku, który sobie wybrałem. Ale wtedy, odwiedzając Pistę w jego domu, jeszcze nie wiedziałem, że to takie trudne.
Czasem się wydaje, że to nie ty wyciągasz siebie za włosy, tylko twoje włosy same siebie wyciągają, a ty jedynie wprawiasz w ruch ten mechanizm. Wiem, że to wymaga wielkiej energii.
Znacznie łatwiej, ciekawiej opowiadać o tych rzeczach. One nie przychodzą same z siebie, wymagają stosownej formy życia, wprawianie w ruch tego mechanizmu pociąga za sobą wiele problemów, ofiar, ciężkiej pracy. Trzeba to wszystko odcierpieć, chociaż z pozoru są to barwne, ciekawe motywy, nawet jeśli potem dołączają do nas również inni, którzy też je odkrywają.
Co rusz popada się w taki stan, że nigdy więcej. A wtedy nad twoją głową przefruwa samowar albo przelatuje sznur łabędzi. Czujesz, że wpadasz do studni, i słyszysz w górze jakiś łoskot. Albo pewnego dnia w wieży kościelnej natykasz się na Chrystusa z rękami związanymi na plecach, jest jak żywy, nie możesz się oprzeć, by go nie dotknąć, jest jak żywy, ponieważ ukryto go w kościelnej wieży.
Oczywiście oprócz wrażliwości i bezbronności, czy też wraz z nimi, działa w tobie absolutnie profesjonalny literat. Nie sądzę, by to mogło funkcjonować inaczej - a więc z jednej strony wrażliwość i cierpienie, z drugiej jednak normalna praca i twoje "badania". O wszystkim, czym się zaczynasz zajmować, mówisz: "przeprowadziłem badania". Mnie się to podoba, bo zdradza coś ważnego, mówi coś o twoim świecie wewnętrznym. To są profesjonalne mechanizmy, a ty potrafisz też uruchomić swój własny mechanizm pisania. Nie chcę tym samym przeciwstawić jednego drugiemu, chcę jedynie powiedzieć, że widać tu nie tylko liryczną wrażliwość i bezbronność, że chodzi też o książki, o poszukiwania, o zawodowstwo, o pewien bardzo racjonalny świat.
Mało tutaj filarów i dlatego to takie trudne, bo nie ma ideologicznej, formalnej podpórki, brakuje mi wielu filarów, które mają inni artyści. To dlatego człowiek często czuje się jak obdarta ze skóry istota, która sama siebie tak uwrażliwiła, stała się własnym zwierzęciem doświadczalnym, ale to zwierzę już zawczasu było nadwrażliwe, jak wspomniałem, opowiadając o swoim dzieciństwie. Rozmawialiśmy o wrażliwości jako o centralnej kategorii, a przecież człowiek nie nałożył sobie pancerza, nie zrogowaciał, chociaż jest Vitézem, chociaż jest już prawie Ottonem Rilkem, nie włożył na siebie kuloodpornej kamizelki. Stoi częściowo albo całkiem obdarty ze skóry. Skomle. Jak niedorozwinięty Wilhelm z moich wierszy i jemu podobni - to ja.
Mówisz, że to trudne, bo nie ma żadnej ideologii, chyba masz na myśli również to, że nie ma żadnej grupy, taboru, do którego byś przynależał. A to przecież kwestia osobowości, ty wcześniej czy później zewsząd się usuwasz.
To trafne, chciałbym o tym porozmawiać. Wycofywanie się niech będzie jednym z naszych tematów. Jestem zodiakalnym Rakiem, więc chciałbym opowiedzieć o swojej raczej naturze. Opisać ją. Jak wybiegam naprzód, nacieram z całą mocą, po czym nagle zaczynam się cofać, znikam w swojej norze.
To usuwanie się - do dzielnicy Telep w Nowym Sadzie, na Járás, nad Adriatyk - przysparza wielu cierpień, ponieważ lokujesz się poza każdą strukturą, sam sobie stajesz się instytucją, ale nie mogę się uskarżać, nawet na brak taboru, bo wielu krytyków i pisarzy zajmowało się tym, co robię, z niewiarygodną wręcz życzliwością i inwencją, a moi młodsi koledzy podążają drogą, której poszukiwałem, którą przecierałem na słonych stepach Járásu. Często czuję, że więcej i piękniej zajmowano się mną, niż na to zasługuję, i podobnie czuję się, jeśli chodzi o nagrody. Skarżę się nie w tym sensie, a zresztą, ja się w ogóle nie skarżę.