Scena pierwsza.
(Pan Sędzia, Pani Sędzina,
Pan Sędzic. Pan Sędzia trzyma w ręku zeszyt zapisanego papieru, na
któren kiedy niekiedy pogląda z zadowolnieniem wewnętrzném
malującém się w świecących małych oczkach, na ten raz otoczonych
marszczkami uśmiéchu. P. Sędzina patrzy to na męża, to na syna z
łagodnym wyrazem twarzy i niejaką dumą, sędzic wywrócił się na
kanapie, gryząc pióro w ustach, z nogami założonemi na stół, z
oczyma wlepionemi w sufit; Sędzia ma lat około pięćdziesięciu,
szpakowaty, nos papugi, twarz okrągła lśniąca, czerwona, bokobrody
półsiężycowego kształtu, ryżawe; nadzieja łysiny na głowie, oczy
szare z obwódką siną, usta szerokie, i tłuste. Frak ciemno-zielony.
Kamizelka czarna sukienna z guzikami metallowemi, chustka biała
perkalowa na szyi; z kieszeni wygląda kratkowana zatabaczona;
sędzina lat trzydzieści i kilka wedle odgłosu publicznego, a któż
nie wie że
vox populi vox Dei;
jednakże metryka cicho
wprawdzie dowodzi, że przeszło czterdzieści; twarz blada, oczy
zmrużone i usta sine, zawsze ściśnięte i nie bez przyczyny, gdyż w
naszym kraju zębów nowych wstawić nie umieją, a dane od natury
nadzwyczaj źle się konserwują; wyraz powszechny fizyognomii
dobroduszny, resztki zalotności poznają się po zmrużonych oczach i
ściśniętych ustach. Postawa wyuczona, i wymuszona. Strój staranny i
dość smakowny. Pan Sędzia lat kilkanaście; rodzice mu ich ujmują
aby zdolności dzielniejszemi uczynić, i ich rozwinięcie w tak
młodym wieku, bardziéj wynieść.On ich sobie dodaje. Twarz
niepiękna, bez wdzięku młodości nawet, surowe i zuchwałe
spojrzenie, mars na czole, usta wydęte, pod oczyma sińce, policzki
blade, cały chudy i krzywy; suknie poszarpane i poplamione, włosy
roztargane.)
Pan sędzia po cichu do żony: - Cudownie! prawdziwie
powiadam a to przechodzi wyobrażenie! Dziecko! a ja bym tego
napisać niepotrafił! zdolności szczególniejsze! Geniusz! prawdziwy!
nie do pojęcia!
Pani sędzina, Ja zawsze mówiłam, że to będzie geniusz! od
najpierwszych lat okazywał zadziwiającą pojętność, nawet swawole
jego i zabawy, nie były dziecięce - tajemnie pożerał książki,
często godziny całe dumałsam jeden, leżąc w łóżku, czegoby inne
dziecię nie wytrzymało, i te jego mniemane dziwactwa, którym ty się
sędzio tak dziwiłeś, za któreś ty karcił go nieraz, ja widziałam,
ja mówiłam, że to były oznaki niepospolitych zdolności, któż nie
wie, jak wielcy ludzie są dziwaczni! -
Pan sędzia z uśmiechem do siebie: ten błazen, no proszę! -
Ale to choć dziś drukować! Największy pisarz przyznałby się
do tego, na mój honor! Już się na tem znam! ale to jest osobliwość
powtarzam.
P. sędzina. Ja dawno wiedziałam że z niego będzie wielki
człowiek. Wszystko to oznajmywało. -
P. sędzia. Czyta zeszyt i poklaskuje rękami: wyborne i
wyborne wiersze! klassyczne! Ale cyt! Nie trzeba go w oczy chwalić,
aby się chłopiec nie popsuł. (spogląda ukradkiem,) słuchaj no
Munciu! zkąd te wiersze wziąłeś? -
Sędzic niewstając z kanapy. A jużciż z głowy!
P. sędzia. Ej? mów no prawdę tylko. -
Sędzic. Toż prawdę mówiłem. -
P. sędzia. Zkąd u licha te myśli! zkąd ta znajomość ludzi,
świata! tfu! ten błazen! to niedouwierzenia, (głośniéj) to wcale
nie źle! weź się waść, a możesz wyjść na człowieka; masz zdatności
chwała Bogu!
Sędzic. Czego się uczyć?
P. sędzia. Do czego masz ochotę!
Sędzic. Do wierszy! ale ja tak je umiem robić jak najlepsi
Poeci, to już nie mam się czego uczyć.
P. sędzia. Pocichu do żony: - słyszysz! (głośniéj) - Co
bredzisz Munciu!
Sędzic. A cóż Papo, już teraz zupełnie nie mam się czego
uczyć, - wszystko co w szkołach dają - znajome mi; tylko mi te
nauki przeszkadzają do pisania moich poezyj! -
P. sędzia. Hę! słyszysz Jejmość! - Co! - mówisz że ci
nauki przeszkadzają?
Sędzic. Te suche nauki!
P. sędzia. Do żony: słyszysz! suche nauki! Co za
wyrażenie! zkąd on to bierze, to geniusz! Ja zawsze mówiłem że
nauki są suche, ale mój munciu, jednakże trzeba wszystko umieć po
troszę, bo to - bo to - mówią że to potrzebne?
Sędzic. Et! gdzie tam to potrzebne! kto nie ma zdolności,
niech się uczy, ja wszystko od razu pojmuję!
P. sędzia. Słyszysz - wszystko od razu pojmuje! dziwny
chłopiec. - (głośno) A więc cóż myślisz?
Sędzic. Myślę porzucić szkoły i wiersze pisać.
P. sędzia. Patrzajno! (głośno) aleś ty tak młody jeszcze
Munciu! jeszczeby ci nie szkodziło skończyć kursa. -
Sędzic. Młody! alboż wiek czyni rozumnym! alboż się
zdolności nabywają? ja wiem że się nie mam czego uczyć! śmiech mnie
tylko bierze, z proffessorów i z nauki. -
P. sędzia (Z podziwieniem) patrzajcie! z proffessorów i z
nauki śmiéch go bierze! Ja mówię że to geniusz! i w tym wieku.
(głośno) Ależ Munciu.....
Sędzic. Kiedy mówię że nie chcę chodzić do szkół.
P. sędzia. Hm! zobaczymy, bo jeszcze - trzebaby się kogo
poradzić! (cicho) prawdziwie ten chłopiec ze swemi szczególnemi
zdolnościami, zadziwia mnie i przestrasza, jest to fenomen, musisz
pójść pokazać te wiersze Panu Henrykowi, to literat i człek
rozumny, on mi poradzi co mam zrobić. -
Scena druga. (Pan Henryk lat około czterdziestu,
fizyognomia surowa, regularne rysy, czoło wyniosłe, oko jaśniejące,
ubranie czyste nie ledwie wytworne, z książką w ręku. Wchodzi
sędzia). -
Pan Henryk. (Witając go), - Szanownego Sędziego
Dobrodzieja, siadaj, proszę, rzadki gość!
Sędzia, Zwyczajnie jak urzędnik co wszystkie swoje chwile
zaprzedał służbie publicznéj, mało mam czasu, nawet kochanych
przyjaciół i krewnych nawiedzić. -
P. Henryk. Czemże ci służyć!
Sędzia. Krótką a węzłowatą radą.
P. Henryk. Radą! w czemże to?
Sędzia. Bez ogródki, opowiem rzecz całą. Mój Edmundek
zalał mi gorącego sadła za skórę, nie wiem co począć z tym
chłopcem, osobliwsze zdolności w nim się objawiają! Geniusz, i choć
to mój syn, ale prawdę muszę powiedzieć, jeszcze takiego dziecięcia
nie widziałem. -
P. Henryk uśmiecha się nieznacznie.
Sędzia. Wszystko już umié, nie ma się czego uczyć. - A jak
wiersze pisze.... ot lepiéj sam osądź z łaski swojéj.
P. Henryk czyta, sędzia patrzy mu przez ten czas w oczy,
usiłując w nich wyczytać oznaki podziwienia, których jednak nie
postrzegając sam się zadziwia i niepokoi.
P. Henryk oddaje zeszyt w milczeniu.
Sędzia. A cóż, nie prawdaż? to osobliwszy chłopiec! Ja
mówiłem, to geniusz!
Henryk. Szczeréj chcesz rady odemnie?
Sędzia. A rozumie się szczeréj, najszczerszéj, bo mnie się
zdaje, to osobliwość, takie wiersze, takie dziecko napisało, - i z
takim chłopcem trzebaby umieć sobie postępować nadal.
Henryk. Wiersze są zwyczajnie jak wiersze wszystkich
piętnasto-letnich poetów; słowa bez myśli, plątanina mozolna i
gonitwa za kadencyą! Ty Panie sędzio! nie nawykłéś sądzić o
poezyach, bo się więcéj zajmujesz statutem i kodexem niż
literaturą, powiem ci szczerze, takie wiersze nic nie rokują, nic
nie obejmują, postrzegłem tylko...-
Sędzia. A widzisz! postrzegłeś taki!
Henryk, (kończąc.) - Że nie zna ortografii i całe cudze
wiersze pokradł sobie. -
Sędzia. Co! co! jakto cudze? Ale. -
Henryk. Tak jest niezawodnie. -
Sędzia. Ależ - szkoda że go tu nie ma, onby ci się
wytłumaczył - ależ - ten chłopiec powiada, że nie chce chodzić do
szkoły, bo w nich niema się czego uczyć? -
Henryk. Tak jest! Zmiłuj że się nie pozwalaj na to;
zgubisz syna. -
Sędzia. Ale kiedy mi powiada że wszystko umie, i w
istocie, rozczytaj no się tylko w tych wierszach, prawdziwie mnie
się zdało, że i stary lepszychby nie napisał. On chce się poświęcić
poezyi. -
Henryk. (Wruszając ramionami). - Wierz mi Panie sędzio!
zastanów się nad przyszłością dziecięcia. - Ja ci szczerze posiadam
że wiersze są takie, jakie piszą wszyscy młodzi ludzie, okazują one
tylko, że wasz Edmund, nie umie dotąd ortografii, i nie zna
grammatyki. - Radzę wam zakazać mu pisania wierszy, do jakiegoś
czasu, niech się wprzód uczy, kończy kursa, niech czyta, niech
myśli. -
Sędzia. (Pocierając czoło) - Ależ Panie Henryku!
Henryk. Zresztą jak chcecie, jesteście rodzicami, syn wasz
niewiele umie, a wiele rozumie o sobie, życzę go zachęcić do nauki,
ostrym w początku sądem o tych pierwszych próbach. -
Sędzia. Ostrym! to się zrazi!
Henryk. Jeźli ma zdatność prawdziwą nie zrazi się, - to mu
doda ochoty i zapału. -
Sędzia. (Biorąc kapelusz) - Hm! prawdziwie sam jeszcze nie
wiem - namyślę się, bardzo jestem wdzięczen za radę, będę się
starał korzystać. - Piąta! już piąta! prawdziwie zapomniałem że
mamy podpisać dziś protokół, - przepraszam! muszę się śpieszyć!
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.