Poeta jakich wielu - Józef Ignacy Kraszewski

Kup ebooka

3.49 zł
2.86 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Obraz piérwszy.

Scena pierwsza. (Pan Sędzia, Pani Sędzina, Pan Sędzic. Pan Sędzia trzyma w ręku zeszyt zapisanego papieru, na któren kiedy niekiedy pogląda z zadowolnieniem wewnętrzném malującém się w świecących małych oczkach, na ten raz otoczonych marszczkami uśmiéchu. P. Sędzina patrzy to na męża, to na syna z łagodnym wyrazem twarzy i niejaką dumą, sędzic wywrócił się na kanapie, gryząc pióro w ustach, z nogami założonemi na stół, z oczyma wlepionemi w sufit; Sędzia ma lat około pięćdziesięciu, szpakowaty, nos papugi, twarz okrągła lśniąca, czerwona, bokobrody półsiężycowego kształtu, ryżawe; nadzieja łysiny na głowie, oczy szare z obwódką siną, usta szerokie, i tłuste. Frak ciemno-zielony. Kamizelka czarna sukienna z guzikami metallowemi, chustka biała perkalowa na szyi; z kieszeni wygląda kratkowana zatabaczona; sędzina lat trzydzieści i kilka wedle odgłosu publicznego, a któż nie wie że vox populi vox Dei; jednakże metryka cicho wprawdzie dowodzi, że przeszło czterdzieści; twarz blada, oczy zmrużone i usta sine, zawsze ściśnięte i nie bez przyczyny, gdyż w naszym kraju zębów nowych wstawić nie umieją, a dane od natury nadzwyczaj źle się konserwują; wyraz powszechny fizyognomii dobroduszny, resztki zalotności poznają się po zmrużonych oczach i ściśniętych ustach. Postawa wyuczona, i wymuszona. Strój staranny i dość smakowny. Pan Sędzia lat kilkanaście; rodzice mu ich ujmują aby zdolności dzielniejszemi uczynić, i ich rozwinięcie w tak młodym wieku, bardziéj wynieść.On ich sobie dodaje. Twarz niepiękna, bez wdzięku młodości nawet, surowe i zuchwałe spojrzenie, mars na czole, usta wydęte, pod oczyma sińce, policzki blade, cały chudy i krzywy; suknie poszarpane i poplamione, włosy roztargane.)

Pan sędzia po cichu do żony: - Cudownie! prawdziwie powiadam a to przechodzi wyobrażenie! Dziecko! a ja bym tego napisać niepotrafił! zdolności szczególniejsze! Geniusz! prawdziwy! nie do pojęcia! Pani sędzina, Ja zawsze mówiłam, że to będzie geniusz! od najpierwszych lat okazywał zadziwiającą pojętność, nawet swawole jego i zabawy, nie były dziecięce - tajemnie pożerał książki, często godziny całe dumałsam jeden, leżąc w łóżku, czegoby inne dziecię nie wytrzymało, i te jego mniemane dziwactwa, którym ty się sędzio tak dziwiłeś, za któreś ty karcił go nieraz, ja widziałam, ja mówiłam, że to były oznaki niepospolitych zdolności, któż nie wie, jak wielcy ludzie są dziwaczni! - Pan sędzia z uśmiechem do siebie: ten błazen, no proszę! - Ale to choć dziś drukować! Największy pisarz przyznałby się do tego, na mój honor! Już się na tem znam! ale to jest osobliwość powtarzam. P. sędzina. Ja dawno wiedziałam że z niego będzie wielki człowiek. Wszystko to oznajmywało. - P. sędzia. Czyta zeszyt i poklaskuje rękami: wyborne i wyborne wiersze! klassyczne! Ale cyt! Nie trzeba go w oczy chwalić, aby się chłopiec nie popsuł. (spogląda ukradkiem,) słuchaj no Munciu! zkąd te wiersze wziąłeś? - Sędzic niewstając z kanapy. A jużciż z głowy! P. sędzia. Ej? mów no prawdę tylko. - Sędzic. Toż prawdę mówiłem. - P. sędzia. Zkąd u licha te myśli! zkąd ta znajomość ludzi, świata! tfu! ten błazen! to niedouwierzenia, (głośniéj) to wcale nie źle! weź się waść, a możesz wyjść na człowieka; masz zdatności chwała Bogu! Sędzic. Czego się uczyć? P. sędzia. Do czego masz ochotę! Sędzic. Do wierszy! ale ja tak je umiem robić jak najlepsi Poeci, to już nie mam się czego uczyć. P. sędzia. Pocichu do żony: - słyszysz! (głośniéj) - Co bredzisz Munciu! Sędzic. A cóż Papo, już teraz zupełnie nie mam się czego uczyć, - wszystko co w szkołach dają - znajome mi; tylko mi te nauki przeszkadzają do pisania moich poezyj! - P. sędzia. Hę! słyszysz Jejmość! - Co! - mówisz że ci nauki przeszkadzają? Sędzic. Te suche nauki! P. sędzia. Do żony: słyszysz! suche nauki! Co za wyrażenie! zkąd on to bierze, to geniusz! Ja zawsze mówiłem że nauki są suche, ale mój munciu, jednakże trzeba wszystko umieć po troszę, bo to - bo to - mówią że to potrzebne? Sędzic. Et! gdzie tam to potrzebne! kto nie ma zdolności, niech się uczy, ja wszystko od razu pojmuję! P. sędzia. Słyszysz - wszystko od razu pojmuje! dziwny chłopiec. - (głośno) A więc cóż myślisz? Sędzic. Myślę porzucić szkoły i wiersze pisać. P. sędzia. Patrzajno! (głośno) aleś ty tak młody jeszcze Munciu! jeszczeby ci nie szkodziło skończyć kursa. - Sędzic. Młody! alboż wiek czyni rozumnym! alboż się zdolności nabywają? ja wiem że się nie mam czego uczyć! śmiech mnie tylko bierze, z proffessorów i z nauki. - P. sędzia (Z podziwieniem) patrzajcie! z proffessorów i z nauki śmiéch go bierze! Ja mówię że to geniusz! i w tym wieku. (głośno) Ależ Munciu..... Sędzic. Kiedy mówię że nie chcę chodzić do szkół. P. sędzia. Hm! zobaczymy, bo jeszcze - trzebaby się kogo poradzić! (cicho) prawdziwie ten chłopiec ze swemi szczególnemi zdolnościami, zadziwia mnie i przestrasza, jest to fenomen, musisz pójść pokazać te wiersze Panu Henrykowi, to literat i człek rozumny, on mi poradzi co mam zrobić. -

Scena druga. (Pan Henryk lat około czterdziestu, fizyognomia surowa, regularne rysy, czoło wyniosłe, oko jaśniejące, ubranie czyste nie ledwie wytworne, z książką w ręku. Wchodzi sędzia). - Pan Henryk. (Witając go), - Szanownego Sędziego Dobrodzieja, siadaj, proszę, rzadki gość! Sędzia, Zwyczajnie jak urzędnik co wszystkie swoje chwile zaprzedał służbie publicznéj, mało mam czasu, nawet kochanych przyjaciół i krewnych nawiedzić. - P. Henryk. Czemże ci służyć! Sędzia. Krótką a węzłowatą radą. P. Henryk. Radą! w czemże to? Sędzia. Bez ogródki, opowiem rzecz całą. Mój Edmundek zalał mi gorącego sadła za skórę, nie wiem co począć z tym chłopcem, osobliwsze zdolności w nim się objawiają! Geniusz, i choć to mój syn, ale prawdę muszę powiedzieć, jeszcze takiego dziecięcia nie widziałem. - P. Henryk uśmiecha się nieznacznie. Sędzia. Wszystko już umié, nie ma się czego uczyć. - A jak wiersze pisze.... ot lepiéj sam osądź z łaski swojéj. P. Henryk czyta, sędzia patrzy mu przez ten czas w oczy, usiłując w nich wyczytać oznaki podziwienia, których jednak nie postrzegając sam się zadziwia i niepokoi. P. Henryk oddaje zeszyt w milczeniu. Sędzia. A cóż, nie prawdaż? to osobliwszy chłopiec! Ja mówiłem, to geniusz! Henryk. Szczeréj chcesz rady odemnie? Sędzia. A rozumie się szczeréj, najszczerszéj, bo mnie się zdaje, to osobliwość, takie wiersze, takie dziecko napisało, - i z takim chłopcem trzebaby umieć sobie postępować nadal. Henryk. Wiersze są zwyczajnie jak wiersze wszystkich piętnasto-letnich poetów; słowa bez myśli, plątanina mozolna i gonitwa za kadencyą! Ty Panie sędzio! nie nawykłéś sądzić o poezyach, bo się więcéj zajmujesz statutem i kodexem niż literaturą, powiem ci szczerze, takie wiersze nic nie rokują, nic nie obejmują, postrzegłem tylko...- Sędzia. A widzisz! postrzegłeś taki! Henryk, (kończąc.) - Że nie zna ortografii i całe cudze wiersze pokradł sobie. - Sędzia. Co! co! jakto cudze? Ale. - Henryk. Tak jest niezawodnie. - Sędzia. Ależ - szkoda że go tu nie ma, onby ci się wytłumaczył - ależ - ten chłopiec powiada, że nie chce chodzić do szkoły, bo w nich niema się czego uczyć? - Henryk. Tak jest! Zmiłuj że się nie pozwalaj na to; zgubisz syna. - Sędzia. Ale kiedy mi powiada że wszystko umie, i w istocie, rozczytaj no się tylko w tych wierszach, prawdziwie mnie się zdało, że i stary lepszychby nie napisał. On chce się poświęcić poezyi. - Henryk. (Wruszając ramionami). - Wierz mi Panie sędzio! zastanów się nad przyszłością dziecięcia. - Ja ci szczerze posiadam że wiersze są takie, jakie piszą wszyscy młodzi ludzie, okazują one tylko, że wasz Edmund, nie umie dotąd ortografii, i nie zna grammatyki. - Radzę wam zakazać mu pisania wierszy, do jakiegoś czasu, niech się wprzód uczy, kończy kursa, niech czyta, niech myśli. - Sędzia. (Pocierając czoło) - Ależ Panie Henryku! Henryk. Zresztą jak chcecie, jesteście rodzicami, syn wasz niewiele umie, a wiele rozumie o sobie, życzę go zachęcić do nauki, ostrym w początku sądem o tych pierwszych próbach. - Sędzia. Ostrym! to się zrazi! Henryk. Jeźli ma zdatność prawdziwą nie zrazi się, - to mu doda ochoty i zapału. - Sędzia. (Biorąc kapelusz) - Hm! prawdziwie sam jeszcze nie wiem - namyślę się, bardzo jestem wdzięczen za radę, będę się starał korzystać. - Piąta! już piąta! prawdziwie zapomniałem że mamy podpisać dziś protokół, - przepraszam! muszę się śpieszyć!

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.