Podziemni - Jack Kerouac

Reflow text when sidebars are open.
Kiedy byłem młody i o wiele lepiej orientowałem się w świecie, potrafiłem mówić o wszystkim z nerwową inteligencją, jasno i bez literackich wstępów; inaczej: to jest historia nieśmiałego faceta, a zarazem megalomana, no nie, oczywiście żadne wygłupy tu nie wystarczą - po prostu zacznę od początku i zaczekam, aż prawda sama wypłynie, tak właśnie zrobię. A na początku była ciepła, letnia noc - ach, ona siedziała na zderzaku auta z Julienem Aleksandrem, który... ale najpierw coś o podziemnych z San Francisco...
Julien Aleksander jest aniołem podziemnych. Tę nazwę "podziemni" wymyślił Adam Moorad, poeta i mój przyjaciel, który powiedział kiedyś: "Oni mają klasę, ale nie pozują na nikogo, potrafią myśleć, ale bez patosu, są intelektualistami jak cholera i wiedzą wszystko na temat Pounda, chociaż na nic się nie silą i nie gadają o nim zbyt dużo, i bardzo przypominają Chrystusa". Julien na pewno przypomina Chrystusa. Szedłem kiedyś ulicą z Larrym O'Harą, starym kompanem od kielicha z tych okresów w mojej długiej, szalonej i nerwowej karierze, kiedy siedziałem w San Francisco i upijałem się, a nawet wyłudzałem drinki od przyjaciół z tak rozkoszną regularnością, że nikt nawet nie chciał tego zauważyć, czy powiedzieć głośno, jak fatalne wyrabiam sobie nawyki, i to w tak młodym wieku, chociaż oczywiście wszystko zauważali, ale po prostu lubili mnie tak czy siak, Sam mawiał. "Wszyscy przychodzą do ciebie po paliwo, niezła z ciebie cysterna, chłopie", albo coś w tym stylu - więc idę ze starym Larrym O'Harą, który zawsze był dla mnie miły, to taki zwariowany młody irlandzki biznesmen z San Francisco, ma balzakowski pokoik na zapleczu księgarni, gdzie kiedyś paliliśmy trawę i gadaliśmy o dawnych dziejach kapeli Basiego, albo o minionych czasach wielkiego Chu Berry'ego - o którym będzie więcej, przecież z nim także kręciła, musiała oczywiście kręcić ze wszystkimi, bo poznała mnie, a ja jestem nerwowym, wielopoziomowym człowiekiem, który na pewno nie ma tylko jednej duszy - nie pokazał się jeszcze nawet kawałeczek mojego bólu - ani cierpienia - Aniołowie, wytrzymajcie ze mną - nawet nie patrzą teraz mi na kartkę, tylko prosto przed siebie, na ponure ściany mojego pokoju i na Sarę Vaughan i Gerry'ego Mulligana z audycji w radiu KROW, ucieleśnionych w formie odbiornika na biurku, inaczej, siedzieli na zderzaku samochodu przed wejściem do Black Mask na Montgomery Street, Julien Aleksander, ten podobny do Chrystusa, nieogolony chudy młodzieńczy cichy dziwny zupełnie jak wy albo, jak powiedziałby Adam, anioł apokalipsy lub święty pomiędzy podziemnymi, z całą pewnością gwiazda (przynajmniej teraz), i ona, Mardou Fox, na widok jej twarzy, którą zobaczyłem po raz pierwszy w barze Dantego za rogiem, pomyślałem "Boże, muszę mieć romans z tą małą kobietką" może także dlatego, że była Murzynką. I jeszcze miała twarz jak Rita Sayage, przyjaciółka z dzieciństwa mojej siostry, dziewczyna, która między innymi stała się bohaterką moich snów na jawie o tym, jak trzymam ją między nogami klęczącą na podłodze toalety, ja na sedesie, jej charakterystyczne chłodne wargi i indiańskie stanowcze wysokie miękkie kości policzkowe - to była ta sama twarz, tylko ciemna, słodka, o wąskich oczach, szczerych lśniących intensywnych, ona Mardou przechylona niedbale mówiąca coś strasznie poważnego do Rossa Wallensteina (przyjaciela Juliena) przechylona nad stołem, nisko - "Muszę mieć z nią romans" - usiłowałem strzelić okiem, seksownym okiem, jej nawet nie przyszło do głowy żeby podnieść wzrok czy popatrzeć na mnie - muszę się wytłumaczyć, dopiero co zszedłem z pokładu statku w Nowym Jorku, podziękowali mi za współpracę jeszcze przed wycieczką do Kobe w Japonii z powodu pewnych kłopotów ze stewardem i tego, że nie potrafię być uprzejmy, tak naprawdę w ogóle ludzki i zachowywać się jak zwykły facet, który tylko wypełnia swoje obowiązki jako barman w mesie (a musicie przyznać, że trzymam się ściśle faktów), to takie typowe dla mnie, ja oczywiście musiałem traktować pierwszego mechanika i innych oficerów z tą swoją odpychającą grzecznością aż w końcu zaczęli się wkurzać, chcieli, żebym coś do nich gadał, chociaż burknął dwa słowa stawiając im kawę na stole, a ja zamiast tego ruszałem bezszelestnym krokiem zrealizować ich zamówienia i nigdy nie raczyłem się uśmiechnąć, a jeśli już to z jakimś chorym grymasem, z grymasem wyższości, a wszystko przez tego anioła samotności jeżdżącego sobie na moim ramieniu kiedy tej nocy szedłem wzdłuż ciepłej Montgomery Street i zobaczyłem Mardou z Julienem siedzących na zderzaku, myśląc sobie znów "O, tu jest ta dziewczyna, z którą muszę mieć romans, ciekawe czy chodzi z którymś z chłopaków" - czarna, ledwo ją było widać pośród mroku ulicy - jej stopy w rzemykach sandałów taka potęga seksu, że chciałem ją pocałować, pocałować te stopy - chociaż nie miałem jeszcze o niczym pojęcia.
Podziemni kręcili się pod wejściem do Maski tej ciepłej nocy, Julien na zderzaku, Ross Wallenstein stojący obok, Roger Beloit, wielki tenor bopu, Walt Fitzpatrick, który był synem znanego reżysera i dorastał w Hollywood w atmosferze przyjęć, Grety Garbo w porze świtu i pijanego Chaplina przewracającego się w drzwiach, kilka innych dziewczyn, Harriet, eks-żona Rossa Wallensteina, nijaka blondynka o miękkich, pozbawionych wyrazu rysach, ubrana w prostą wełnianą sukienkę w stylu pani-domu-przy-kuchni, a jednak taka mięciutka że miło się na nią patrzyło - bo pora uczynić kolejne wyznania, tyle ile tylko zdołam, zanim nie skończy się czas - przepełnia mnie samcze, bezwzględne pożądanie i nie potrafię go opanować mam lubieżne pragnienia i tak dalej, z pewnością podobnie jak prawie wszyscy moi męscy czytelnicy - wyznanie za wyznaniem. Jestem sobie Francuzik z Kanady, zacząłem się uczyć angielskiego w wieku pięciu czysześciu lat, mając lat szesnaście, mówiłem z topornym akcentem i jako melancholijny chłopiec grałem w szkole w koszykówkę i gdyby nie to nikt by nawet nie zauważył że w jakikolwiek sposób radzę sobie ze światem (krańcowy brak pewności siebie) i odstawiliby mnie do wariatkowa z powodu jakiejś nieprzystawalności -
Ale teraz czas powiedzieć coś o samej Mardou (trudno czynić prawdziwe wyznania i opowiadać o tym co zaszło, kiedy jest się takim egomaniakiem i wszystko co można zrobić to sadzić kolejne długie akapity o jakichś nieistotnych szczegółach dotyczących ciebie, podczas gdy ważne, soczyste rzeczy na temat innych leżą odłogiem i czekają) - w każdym razie zatem, był tam także Fritz Nicholas, tytularny przywódca podziemnych, któremu powiedziałem kiedyś (spotkałem go w sylwestra w wykwintnym mieszkanku w Nob Hill, siedział po turecku na grubym kilimku jak Indianin miał na sobie taką białą lśniącą rosyjską koszulę, na ramieniu wisiała mu jakaś szajbnięta Isadora Duncan o długich niebieskich włosach, która jarała gandzię i mówiła coś na temat Pounda i pejotlu) (był szczupły i także przypominał Chrystusa, może tym spojrzeniem fauna, młodością i powagą, wyglądał jak ojciec całej grupy, szczególnie gdybyście, powiedzmy, zobaczyli go w Masce, jak siedzi z głową odrzuconą do tyłu z wąskimi czarnymi oczkami, które obserwowały wszystkich z czymś w rodzaju powolnego oszołomienia, jakby chciały powiedzieć: "No proszę dzieciaczki i co teraz, kochane maluchy"; ale sam strasznie leciał na trawę i brał wszystko co dawało kopa, w każdym miejscu, w każdym czasie) więc powiedziałem mu: "Znasz tę dziewczynę, tę czarną?" - "Mardou?" - "Więc tak ma na imię? Z kim chodzi?" - "Ostatnio z nikim szczególnym, ale w swoim czasie uprawialiśmy tu różne kazirodcze gierki" - bardzo dziwne rzeczy mi mówił, kiedy szliśmy do jego starego Chevroleta rocznik '36 bez tylnych siedzeń, który stał zaparkowany naprzeciwko baru, szliśmy tam żeby narwać trochę trawy i zintegrować grupę, bo powiedziałem Larry'emu "Chodźmy po gandzię" - "A co ty chcesz od tych ludzi?" - "Chcę ich zgarnąć do kupy i trochę się w nich wgryźć" - może też powiedziałem to w obecności Nicholasa żeby docenił moją wrażliwość, ja, obcy w grupie, a jednak od razu chcę, i tak dalej, widzę co jest dla nich wartością - fakty, gołe fakty, słodka filozofia już dawno ze mnie wyciekła, jak soki przeszłości, ot tak wyciekła i wyparowała - kazirodcze gierki - był tam jeszcze jeden ważny facet, chociaż tego lata akurat nie tu tylko w Paryżu, Jack Steen, bardzo interesujący gość w typie Lesliego Howarda, który (jak opowiadała mi potem Mardou) chodził jak wiedeński filozof, długimi, wolnymi krokami, niezgrabne ręce dyndały mu luźno po bokach i zatrzymywał się na każdym rogu w nonszalanckiej pozie godnej cesarza Austro-Węgier on też w swoim czasie miał do czynienia z Mardou i jak się później dowiedziałem było to strasznie dziwaczne - ale teraz moje pierwsze strzępki informacji na temat tej dziewczyny ja CHCIAŁEM wplątać się w romans zupełnie jakbym nie miał dość kłopotów bez tego albo dość starych romansów, które nauczyły mnie tylko jednej rzeczy bólu, ciągle chciałem jeszcze, chciałem życia -
Z baru wylewali się ciekawi ludzie, noc wywierała na mnie olbrzymie wrażenie, jakiś czarny Marlon Brando z fryzurą Trumana Capote'a w towarzystwie cudownego szczupłego chłopca albo dziewczyny w chłopięcych spodniach o tak miękkich biodrach, że kiedy wsadziła ręce do kieszeni natychmiast spostrzegłem różnicę - szczupłe, czarne obciągnięte materiałem nogi spływające aż do małych stóp, i ta twarz, a razem z nimi drugi facet razem z jakąś inną śliczną lalunią, facet nazywa się Rob i jest jakimś łowcą przygód, izraelskim żołnierzem o brytyjskim akcencie, pewnie można takich spotkać w barach na Riwierze o piątej nad ranem, jak piją co popadnie w porządku alfabetycznym, w towarzystwie paczki rozimprezowanych świrów wszelkiej narodowości - Larry O'Hara przedstawił mnie Rogerowi Beloit (nie uwierzyłem wtedy, że ten młody gość o przeciętnej twarzy był tym wielkim poetą, którego czciłem w czasach młodości, mojej młodości, to znaczy w 1948 roku, wciąż powtarzam w mojej młodości) - "To ma być Roger Beloit? W takim razie ja jestem Bennett Fitzpatrick" (ojciec Walta) - to rozbawiło Rogera Beloit - Adam Moorad do tej pory zdążył już wyłonić się z mroków nocy i także był z nami więc rozpoczęliśmy wieczór -
I tak wszyscy wylądowaliśmy u Larry'ego i Julien usiadł na podłodze, przed sobą miał rozłożoną gazetę, w której była trawa (marnej jakości, bo z LA, ale jak dla nas wystarczająco dobra) po czym skręcił, albo raczej "zwinął", jak powiedział Jack Steen, wielki nieobecny, powiedział to równo rok wcześniej i jako że był to mój pierwszy kontakt z podziemnymi, poprosił, żeby ktoś skręcił mi jointa, na co ja odparłem naprawdę chłodnym tonem "Po co? Sam sobie skręcę" i natychmiast zobaczyłem tę chmurę, która przemknęła przez jego małą, wrażliwą twarz i tak dalej, od razu mnie znienawidził - i docinał mi przez całą noc, kiedy tylko miał okazję - ale teraz Julien siedział na podłodze, po turecku, i sam skręcał dla wszystkich i wszyscy szemrali coś czego na pewno nie będę tu powtarzał, no może tylko na przykład, "I oglądam sobie tę książkę Percepieda - kto to właściwie jest ten Percepied, ciekawe kiedy go zapuszkują?" i tym podobne ględzenie, albo też, słuchamy Stana Kentona jak opowiada o muzyce jutra i dowiadujemy się że wchodzi właśnie nowy tenor Ricci Comucca, na co Roger Beloit wykrzywia wyraziste cienkie popielate wargi, mówi "I to ma być muzyka jutra?" a Larry O'Hara prezentuje swój stały repertuar wytartych anegdot. Jeszcze kiedy jechaliśmy Chevroletem rocznik '36, Julien, siedząc obok mnie na podłodze, wyciągnął rękę i powiedział "Nazywam się Julien Aleksander, mam coś w sobie, podbiłem Egipt" a potem Mardou wyciągnęła rękę do Adama Moorada i przedstawiła się słowami "Mardou Fox", ale nawet nie pomyślała, żeby i mnie podać dłoń, co powinno było wzbudzić we mnie pierwsze przeczucia tego co miało nastąpić, więc wtedy ja wyciągnąłem rękę do niej i powiedziałem "Moje nazwisko Leo Percepied" i uścisnąłem - ech, zawsze goni się za tymi, którzy nas nie chcą - ona naprawdę chciała Adama Moorada, właśnie dostała kopa od Juliena, porzucił ją w taki zimny podziemny sposób - interesowała się chudymi, ascetycznymi dziwakami intelektualistami z San Francisco i Berkeley a nie wielgachnymi paranoikami, którzy włóczą się po statkach i torach i powieściach i są nie do zniesienia, to jest takie oczywiste we mnie, dla innych także - jednak chociaż była dziesięć lat młodsza i właśnie z tego powodu nie dostrzegała żadnej z moich zalet, które zresztą zdążyły utonąć w tych wszystkich latach ćpania i szukania śmierci, poddać się, poddać się w cholerę i zapomnieć, umrzeć pod ciemną gwiazdą - to ja wyciągnąłem dłoń, nie ona - ech, czas.
A jednak gdy podpatrywałem jej subtelne wdzięki, w głowie miałem tylko jedną przemożną myśl, że muszę pogrążyć moje samotne bycie ("Wielki smutny samotny mężczyzna", tak powiedziała mi następnej nocy widząc mnie nagle na krześle) w ciepłej zbawczej kąpieli jej ud - intymne doznania młodych kochanków w łóżku, szlachetność, twarz naprzeciw twarzy, pierś przy nagiej piersi, narząd obok narządu, kolano na drżącym kolanie pokrytym gęsią skórką, wymiana egzystencjalnych i miłosnych aktów po to tylko, żeby to zrobić - "robić to" bez przerwy używała tego wyrażenia, widzę jeszcze jej małe ząbki wystające spomiędzy małych czerwonych ust, które już myślą by "robić to" - klucz do bólu - siedziała w kącie, przy oknie, "separowała się" albo "trzymała z daleka" od otoczenia, albo "szykowała się do opuszczenia grupy" z sobie tylko znanych powodów. - Poszedłem zatem w kąt, nie pochyliłem głowy nad nią tylko oparłem się o ścianę i próbowałem nawiązać porozumienie bez słów, potem odezwałem się cicho (tonem stosownym na przyjęciu) potem zagadałem w stylu North Beach: "Co czytasz?" i wtedy po raz pierwszy otworzyła usta i przemówiła do mnie, przekazując pełną myśl a moje serce właściwie nie przestało bić tylko zdziwiło się słysząc te śmieszne wymuskane zdanka, na które składało się po trochu Beach, po trochu modelka z luksusowego sklepu I. Magnin, po trochu Berkeley, jakieś czarne elity, taką mieszankę wyrafinowanego języka, sposobu mówienia i doboru słów, z jaką się jeszcze nigdy nie zetknąłem, no może poza pewnymi rzadkimi dziewczynami, oczywiście - białymi, wrażenie tak oszałamiające, że nawet Adam natychmiast zwrócił na nią uwagę i skomentował, rozmawiając ze mną tego wieczoru - ale z pewnością była to mowa pokolenia bopu, które nie wymawia już "I" jako "aj" tylko jak "ah" albo "oi" i przeciąga spółgłoski, w wydaniu męskim nazywa się to "zniewieściałością" więc kiedy słyszysz ten język po raz pierwszy w ustach mężczyzny to brzmi fatalnie, a jeśli kobiety to uroczo, chociaż zdecydowanie zbyt dziwnie, taki język słyszałem już z całą pewnością i z równym zaskoczeniem w piosenkach nowych bopowych wokalistów, takich jak Jerry Winters, szczególnie gdy nagrywał Yes Daddy Yes z kapelą Kentona i może jeszcze Jeri Southern - ale słysząc to czułem, że zamarło mi serce bo Beachowcy zawsze mnie nienawidzili, spychali na margines, lali na mnie, od samego początku w 1943 roku aż do końca - bo zauważcie, skoro spaceruję po ulicy to muszę być jakimś lumpem, a potem się dowiadują, że nie jestem lumpem tylko kimś w rodzaju szajbniętego świętego, nie są zachwyceni i co gorsza mają pietra, że nagle jednak przemienię się w lumpa i dam im w mordę i zacznę rozbijać różne rzeczy - zresztą omal tego nie zrobiłem, a w młodości nawet próbowałem, kiedy raz włóczyłem się po North Beach razem z drużyną koszykówki ze Stanfordu, a szczególnie z Redem Kellym, którego żona umarła (na szczęście?) w Redwood City w 1946 roku, cała drużyna za nami, obok bracia Garetta, Red dorwał jednego skrzypka ciotę i wepchnął w korytarzyk, ja dorwałem drugiego, Red rąbnął swojego w pysk, ja popatrzyłem na mojego, miałem osiemnaście łat, byłem rozkoszny jak szczypiorek na wiosnę i prałem słabszych - teraz oni widzieli tę przeszłość w moich ponurych strasznych spojrzeniach i uniesionych dumnych brwiach i nie chcieli mieć ze mną nic wspólnego, więc ja, oczywiście zdawałem sobie sprawę, że Mardou szczerze mi nie ufa i mnie nie lubi kiedy siedziałem tam usiłując "(nie zrobić Tego ale) zdobyć ją" - bez klasy, sprany, uśmiechnięty, uśmiechnięty fałszywym histerycznym "kompulsywnym" uśmieszkiem, jak oni to nazywają - ja rozpalony - oni chłodni - i w dodatku miałem na sobie wyjątkowo obleśną nie-beachowską koszulę, kupioną na Broadwayu w Nowym Jorku, kiedy myślałem jeszcze, że niedługo zejdę z trapu w Kobe, idiotyczną wzorzystą hawajską koszulę, porozpinaną, bo po wypaleniu dwóch skrętów trawy zamiast codziennego upokorzenia moim zwykłym ja (poważnie) ogarnęła mnie samcza próżność, która kazała mi odpiąć o jeden guzik za dużo i odsłonić opaloną włochatą klatkę piersiową - która musiała napełnić Mardou obrzydzeniem - w każdym razie nawet na mnie nie spojrzała, mówiła niewiele i przyciszonym głosem - i była tak skupiona na Julienie, który wcisnął się obok, napierając na nią plecami - i słuchała i włączała swój dyskretny śmiech do ogólnej rozmowy - w większości prowadzonej przez O'Harę i drącego się Roberta Beloit i tego inteligentnego awanturnika Roba, ja także milczałem, słuchałem, badałem, ale pijany próżnością wyzwoloną przez trawę od czasu do czasu rzucałem "powalające" (tak sądziłem) spostrzeżenia, niemal zbyt "powalające" i chociaż Adam Moorad, który znał mnie od zawsze, traktował je jak oznakę podziwu, uwagi i prawdziwego szacunku dla całej grupy, to dla nich ja, nowy, usiłujący za wszelką cenę się popisać byłem po prostu nie do zniesienia. - A przecież na początku, przed szlugami, które puściliśmy w obieg jak indiańską fajkę, miałem nieodparte wrażenie, że mógłbym się zbliżyć do Mardou i nawiązać z nią romans i zdobyć ją już pierwszej nocy, wystarczyło tylko pójść z nią sam na sam choćby tylko na kawę ale po gandzi mogłem się już tylko modlić, zupełnie szczerze i w głębokim sekrecie, żeby powróciło mi przed-narkotykowe "opamiętanie", do reszty straciłem pewność siebie, za wszelką cenę starałem się przypodobać, czułem na sto procent, że mnie nie polubiła, nie potrafiłem pogodzić się z faktami - nagle przypomniałem sobie noc, kiedy poznałem moją miłość Nicki Peters, to było w 1948 roku u Adama Moorada w Fillmore, (wtedy) stałem zobojętniały w kuchni z piwem w ręku, jak zawsze (w domu pracowałem wtedy szaleńczo nad ogromną powieścią wariat młody pełen wiary w siebie tryskający talentem jak nigdy potem) kiedy nagle wskazała na cień mojej twarzy na bladozielonej ścianie i powiedziała '"Jaki piękny profil", co kompletnie mnie oszołomiło i (jak trawka) odebrało mi całą pewność siebie, zrobiłem się nagle uważny i usiłowałem ją "zdobyć", postąpić tak, jak mi to zasugerowała w niemal hipnotyczny sposób, co w końcu doprowadziło nas do pierwszych prób duma naprzeciw dumy i piękno albo uroda albo wrażliwość naprzeciw kretyńskiej neurotycznej nerwowości typu fallicznego, wiecznie świadomej fallusa, swojej wieży i kobiet-studni - w tym kryła się cała prawda, może poza mężczyzną, nieodnalezionym i spiętym ale teraz to już nie 1948 rok tylko 1953 z jego chłodnymi pokoleniami a ja pięć lat starszy czy młodszy musiałem to robić (zdobywać kobiety) w nowym stylu i stłumić nerwowość - w każdym razie świadomie zrezygnowałem ze zdobywania Mardou i postanowiłem poświęcić noc na wgryzanie się w nową zadziwiającą grupę - podziemnych - którą Adam odkrył i której nadał nazwę właśnie wtedy w Beach.
Ale Mardou od początku była rzeczywiście samodzielna i niezależna, ogłaszając wszem i wobec że nikogo nie potrzebuje nie chce mieć z nikim nic wspólnego i na koniec (czyli już po mnie) postawiła na swoim - co teraz pośród zimnej nielitościwej nocy czuję w powietrzu, to jej oświadczenie i to że te małe ząbki już nie należą do mnie, ale może do jakiegoś mojego wroga, który je wybija, pewnie traktuje ją z sadyzmem, a Mardou pewnie jest tym zachwycona, bo ja nigdy nie potrafiłem jej tak traktować - te morderstwa wiszą w powietrzu - i ten ponury kąt, gdzie lśni lampa i gwiżdże wiatr, papier, mgła, widzę własną ogromną zniechęconą twarz i moją tak zwaną miłość, osuwającą się na ulicy, niedobrze - kiedyś melancholijnie osuwałem się na rozgrzane fotele, porzucony przez księżyce (chociaż dzisiaj jest wspaniała noc, noc pełni) - jak tam, wtedy, przedtem, to było rozpoznanie, że trzeba wrócić do ogólnoświatowej miłości, jak powinien zrobić każdy wielki pisarz, jakiś Luter czy Wagner, teraz ta ciepła myśl o wielkości jest chłodnym prądem wiatru - bo wielkość też ginie - rany, kto powiedział, że ja mam być wielki - i przypuśćmy, że ktoś już został wielkim pisarzem, takim tajemnym Szekspirem pod poduszką nocy? Bo naprawdę - wiersz Baudelaire'a nie jest wart jego bólu - jego bólu - (To Mardou w końcu mi powiedziała "Wolałabym szczęśliwego człowieka od nieszczęśliwych wierszy, jakie nam zostawił", z czym ja się zgadzam, i nagle jestem Baudelaire'em, kocham moją brązową panią i nachylam się nad jej brzuchem, nasłuchując podziemnych gulgotów) - ale po tej pierwszej deklaracji niezależności powinienem był uwierzyć że żywi odrazę do związków, i nie rzucać się na nią jak gdybym poszukiwał cierpienia, a może właśnie dlatego, że chciałem się poharatać - jeszcze jedna taka szrama, a zbiją dla mnie skrzynkę i wpuszczą do gleby - bo teraz śmierć zagarnia wielkimi skrzydłami moje okno, widzę ją, słyszę ją czuję jej zapach, dostrzegam ją w bezkształtnej masie moich wiszących koszul, które przeznaczone są po to bym nigdy ich nie włożył, nowych-starych, stylowych-niemodnych, krawaty zwisają jak węże nawet ich już nie używam, nowe koce do jesiennych hamaków teraz rozchybotane koje na morzu samo-zabójstwa-straty-paranoi - jej mała twarz, chciałem w nią wkroczyć i tak uczyniłem -
Tego ranka gdy przyjęcie przeżywało swój szczyt siedziałem w sypialni Larry'ego i znów podziwiałem czerwone oświetlenie i wspominałem tę noc kiedy byliśmy tam z Micky'm, nasza trójka, Adam i Larry i ja i benzedryna, ależ to była orgia, sama w sobie zadziwiająca nie do opisania - wtedy wbiegł Larry i powiedział "No chyba dzisiaj wreszcie to z nią zrobisz?" - "Jasne że bym chciał - ale nie wiem -" - "To się dowiedz, mało czasu zostało, co jest z tobą to my sprowadzamy tu tych wszystkich ludzi i dajemy im tę trawę i teraz jeszcze całe piwo z chłodziarki, stary, musimy coś z tego mieć, zrób coś -" "A, podoba ci się?" - "Każda mi się podoba jeśli o to chodzi - ale mówię do ciebie, no naprawdę" - Co zmusiło mnie do podjęcia nowej niechętnej próby, wykrętnych wysiłków, jakichś zerknięć spojrzeń uwag przysiadania się do niej w kącie, w końcu dałem za wygraną a o świcie ona poszła sobie razem ze wszystkimi, którzy wybrali się na kawę i ja polazłem tam do nich z Adamem żeby jeszcze raz ją zobaczyć (ruszyliśmy za nimi po schodach w pięć minut później) i wszyscy tam jeszcze stali tylko ona już znikła, niezależna mroczna zamyślona, pojechała do swojego małego dusznego mieszkanka przy Heavenly Lane w Telegraph Hill.
Więc wróciłem do domu i przez wiele dni to ona pojawiała się w moich erotycznych fantazjach, jej ciemne stopy, rzemyki sandałów, czarne oczy, mała miękka brązowa twarz, policzki Rity Sayage i wargi, odrobina pilnie strzeżonej intymności i jednocześnie coś w rodzaju wężowego uroku, jaki przystoi małym szczupłym czarnym kobietom, które chętnie noszą ciemne ubrania, biedne beatowe podziemne ubrania...
Kilka nocy później Adam oznajmił mi ze złośliwym uśmiechem, że wpadł na nią w autobusie na Trzeciej Ulicy i że wybrali się do niego, żeby pogadać i popić, odbyli długą rozmowę, która skończyła się bardzo w stylu Leroya na tym, że Adam usiadł nagi na podłodze i czytał chińską poezję i jarali gandzię po czym wylądowali w łóżku, "Jest niezwykle czuła, rany, chociażby to jak nagle oplata cię ramionami, bez szczególnego powodu, tylko z czystej czułości" - "I co, zrobisz to, chcesz mieć z nią romans?" - "No, wiesz, pozwól, że ci - że ci coś wytłumaczę - ona jest zupełnie walnięta - odbywa jakąś terapię chyba niedawno kompletnie się rozsypała, to ma coś wspólnego z Julienem, odbywa tę terapię, ale nigdzie się nie pokazuje, siedzi czy leży i czyta, czasem nic nie robi tylko patrzy w sufit tego swojego mieszkania, przy Heavenly Lane osiemnaście dolarów za miesiąc, musi dostawać jakieś pieniądze, którymi dysponują lekarze albo ktoś tam, w związku z tą niezdolnością do pracy czy jak to nazwać - bez przerwy o tym opowiada, naprawdę za często jak na mój gust i chyba naprawdę ma halucynacje związane z zakonnicami z sierocińca, gdzie się wychowała, widuje je od jakiegoś czasu i czuje się szczerze przerażona - są jeszcze inne rzeczy, na przykład miewa doznania jakby się naćpała chociaż nigdy niczego nie brała, tylko zna paru ćpunów" - "Na przykład Juliena?" - "Julien bierze kiedy tylko zdarza mu się okazja a nie zdarza się często bo nie ma pieniędzy i tylko marzy, żeby zostać prawdziwym ćpunem - no ale w każdym razie miewa zwidy i to nawet nie że zwyczajnie coś zażyła, ale że zostało jej to potajemnie wstrzyknięte przez kogoś lub przez coś, jakichś ludzi, którzy śledzą ją na ulicy, mówię ci, naprawdę jej odbija - jak dla mnie to po prostu za wiele - no i w końcu jest Murzynką i ja wcale nie chcę się pakować w coś takiego" - "A ładna?" - "Piękna - ale ja nie dam rady" - "No stary, mnie się podoba i wygląd i wszystko" - "W porządku, pewnie ci się uda - jedź tam, dam ci adres albo jeszcze lepiej, zaproszę ją do siebie i pogadamy, jeśli chcesz możesz spróbować, ale chociaż ona mnie ogromnie pociąga erotycznie i tak dalej to szczerze, nie chcę w to głębiej wchodzić nie tylko z tych powodów co mówiłem ale przede wszystkim dlatego, że zamierzam teraz naprawdę się zaangażować w jakiś związek, tak na stałe, głęboko i poważnie, a z nią bym nie mógł" - "Ja też chcę na stałe i tak dalej" - "No no, zobaczymy".