Podziemni - Jack Kerouac

-
Proszę czekać

1

Kiedy byłem młody i o wie­le le­piej orien­to­wałem się w świe­cie, po­tra­fiłem mówić o wszyst­kim z ner­wową in­te­li­gencją, ja­sno i bez li­te­rac­kich wstępów; in­a­czej: to jest hi­sto­ria nieśmiałego fa­ce­ta, a za­ra­zem me­ga­lo­ma­na, no nie, oczy­wiście żadne wygłupy tu nie wy­starczą - po pro­stu za­cznę od początku i za­cze­kam, aż praw­da sama wypłynie, tak właśnie zro­bię. A na początku była ciepła, let­nia noc - ach, ona sie­działa na zde­rza­ku auta z Ju­lie­nem Alek­san­drem, który... ale naj­pierw coś o pod­ziem­nych z San Fran­ci­sco...

Ju­lien Alek­san­der jest aniołem pod­ziem­nych. Tę nazwę "pod­ziem­ni" wymyślił Adam Mo­orad, po­eta i mój przy­ja­ciel, który po­wie­dział kie­dyś: "Oni mają klasę, ale nie po­zują na ni­ko­go, po­tra­fią myśleć, ale bez pa­to­su, są in­te­lek­tu­ali­sta­mi jak cho­le­ra i wiedzą wszyst­ko na te­mat Po­un­da, cho­ciaż na nic się nie silą i nie ga­dają o nim zbyt dużo, i bar­dzo przy­po­mi­nają Chry­stu­sa". Ju­lien na pew­no przy­po­mi­na Chry­stu­sa. Szedłem kie­dyś ulicą z Lar­rym O'Harą, sta­rym kom­pa­nem od kie­li­cha z tych okresów w mo­jej długiej, sza­lo­nej i ner­wo­wej ka­rie­rze, kie­dy sie­działem w San Fran­ci­sco i upi­jałem się, a na­wet wyłudzałem drin­ki od przy­ja­ciół z tak roz­koszną re­gu­lar­nością, że nikt na­wet nie chciał tego za­uważyć, czy po­wie­dzieć głośno, jak fa­tal­ne wy­ra­biam so­bie na­wy­ki, i to w tak młodym wie­ku, cho­ciaż oczy­wiście wszyst­ko za­uważali, ale po pro­stu lu­bi­li mnie tak czy siak, Sam ma­wiał. "Wszy­scy przy­chodzą do cie­bie po pa­li­wo, niezła z cie­bie cy­ster­na, chłopie", albo coś w tym sty­lu - więc idę ze sta­rym Lar­rym O'Harą, który za­wsze był dla mnie miły, to taki zwa­rio­wa­ny młody ir­landz­ki biz­nes­men z San Fran­ci­sco, ma bal­za­kow­ski po­ko­ik na za­ple­czu księgar­ni, gdzie kie­dyś pa­li­liśmy trawę i ga­da­liśmy o daw­nych dzie­jach ka­pe­li Ba­sie­go, albo o mi­nio­nych cza­sach wiel­kie­go Chu Ber­ry'ego - o którym będzie więcej, prze­cież z nim także kręciła, mu­siała oczy­wiście kręcić ze wszyst­ki­mi, bo po­znała mnie, a ja je­stem ner­wo­wym, wie­lo­po­zio­mo­wym człowie­kiem, który na pew­no nie ma tyl­ko jed­nej du­szy - nie po­ka­zał się jesz­cze na­wet kawałeczek mo­je­go bólu - ani cier­pie­nia - Aniołowie, wy­trzy­maj­cie ze mną - na­wet nie patrzą te­raz mi na kartkę, tyl­ko pro­sto przed sie­bie, na po­nu­re ścia­ny mo­je­go po­ko­ju i na Sarę Vau­ghan i Ger­ry'ego Mul­li­ga­na z au­dy­cji w ra­diu KROW, ucie­leśnio­nych w for­mie od­bior­ni­ka na biur­ku, in­a­czej, sie­dzie­li na zde­rza­ku sa­mo­cho­du przed wejściem do Black Mask na Mont­go­me­ry Stre­et, Ju­lien Alek­san­der, ten po­dob­ny do Chry­stu­sa, nie­ogo­lo­ny chu­dy młodzieńczy ci­chy dziw­ny zupełnie jak wy albo, jak po­wie­działby Adam, anioł apo­ka­lip­sy lub święty pomiędzy pod­ziem­ny­mi, z całą pew­nością gwiaz­da (przy­najm­niej te­raz), i ona, Mar­dou Fox, na wi­dok jej twa­rzy, którą zo­ba­czyłem po raz pierw­szy w ba­rze Dan­te­go za ro­giem, pomyślałem "Boże, muszę mieć ro­mans z tą małą ko­bietką" może także dla­te­go, że była Mu­rzynką. I jesz­cze miała twarz jak Rita Say­age, przy­ja­ciółka z dzie­ciństwa mo­jej sio­stry, dziew­czy­na, która między in­ny­mi stała się bo­ha­terką mo­ich snów na ja­wie o tym, jak trzy­mam ją między no­ga­mi klęczącą na podłodze to­a­le­ty, ja na se­de­sie, jej cha­rak­te­ry­stycz­ne chłodne war­gi i in­diańskie sta­now­cze wy­so­kie miękkie kości po­licz­ko­we - to była ta sama twarz, tyl­ko ciem­na, słodka, o wąskich oczach, szcze­rych lśniących in­ten­syw­nych, ona Mar­dou prze­chy­lo­na nie­dba­le mówiąca coś strasz­nie poważnego do Ros­sa Wal­len­ste­ina (przy­ja­ciela Ju­liena) prze­chy­lo­na nad stołem, ni­sko - "Muszę mieć z nią ro­mans" - usiłowałem strze­lić okiem, sek­sow­nym okiem, jej na­wet nie przyszło do głowy żeby pod­nieść wzrok czy po­pa­trzeć na mnie - muszę się wytłuma­czyć, do­pie­ro co zszedłem z pokładu stat­ku w No­wym Jor­ku, po­dzięko­wa­li mi za współpracę jesz­cze przed wy­cieczką do Kobe w Ja­po­nii z po­wo­du pew­nych kłopotów ze ste­war­dem i tego, że nie po­tra­fię być uprzej­my, tak na­prawdę w ogóle ludz­ki i za­cho­wy­wać się jak zwykły fa­cet, który tyl­ko wypełnia swo­je obo­wiązki jako bar­man w me­sie (a mu­si­cie przy­znać, że trzy­mam się ściśle faktów), to ta­kie ty­po­we dla mnie, ja oczy­wiście mu­siałem trak­to­wać pierw­sze­go me­cha­ni­ka i in­nych ofi­cerów z tą swoją od­py­chającą grzecz­nością aż w końcu zaczęli się wku­rzać, chcie­li, żebym coś do nich gadał, cho­ciaż burknął dwa słowa sta­wiając im kawę na sto­le, a ja za­miast tego ru­szałem bez­sze­lest­nym kro­kiem zre­ali­zo­wać ich zamówie­nia i nig­dy nie ra­czyłem się uśmiechnąć, a jeśli już to z ja­kimś cho­rym gry­ma­sem, z gry­ma­sem wyższości, a wszyst­ko przez tego anioła sa­mot­ności jeżdżącego so­bie na moim ra­mie­niu kie­dy tej nocy szedłem wzdłuż ciepłej Mont­go­me­ry Stre­et i zo­ba­czyłem Mar­dou z Ju­lienem siedzących na zde­rza­ku, myśląc so­bie znów "O, tu jest ta dziew­czy­na, z którą muszę mieć ro­mans, cie­ka­we czy cho­dzi z którymś z chłopaków" - czar­na, le­d­wo ją było widać pośród mro­ku uli­cy - jej sto­py w rze­my­kach san­dałów taka potęga sek­su, że chciałem ją pocałować, pocałować te sto­py - cho­ciaż nie miałem jesz­cze o ni­czym pojęcia.

Pod­ziem­ni kręcili się pod wejściem do Ma­ski tej ciepłej nocy, Ju­lien na zde­rza­ku, Ross Wal­len­ste­in stojący obok, Ro­ger Be­lo­it, wiel­ki te­nor bopu, Walt Fitz­pa­trick, który był sy­nem zna­ne­go reżyse­ra i do­ra­stał w Hol­ly­wo­od w at­mos­fe­rze przyjęć, Gre­ty Gar­bo w po­rze świtu i pi­ja­ne­go Cha­pli­na prze­wra­cającego się w drzwiach, kil­ka in­nych dziew­czyn, Har­riet, eks-żona Ros­sa Wal­len­ste­ina, ni­ja­ka blon­dyn­ka o miękkich, po­zba­wio­nych wy­ra­zu ry­sach, ubra­na w prostą wełnianą su­kienkę w sty­lu pani-domu-przy-kuch­ni, a jed­nak taka mięciut­ka że miło się na nią pa­trzyło - bo pora uczy­nić ko­lej­ne wy­zna­nia, tyle ile tyl­ko zdołam, za­nim nie skończy się czas - prze­pełnia mnie sam­cze, bez­względne pożąda­nie i nie po­tra­fię go opa­no­wać mam lu­bieżne pra­gnie­nia i tak da­lej, z pew­nością po­dob­nie jak pra­wie wszy­scy moi męscy czy­tel­ni­cy - wy­zna­nie za wy­zna­niem. Je­stem so­bie Fran­cu­zik z Ka­na­dy, zacząłem się uczyć an­giel­skie­go w wie­ku pięciu czy­sześciu lat, mając lat szes­naście, mówiłem z to­por­nym ak­cen­tem i jako me­lan­cho­lij­ny chłopiec grałem w szko­le w ko­szykówkę i gdy­by nie to nikt by na­wet nie za­uważył że w ja­ki­kol­wiek sposób radzę so­bie ze świa­tem (krańcowy brak pew­ności sie­bie) i od­sta­wi­li­by mnie do wa­riat­ko­wa z po­wo­du ja­kiejś nie­przy­sta­wal­ności -

Ale te­raz czas po­wie­dzieć coś o sa­mej Mar­dou (trud­no czy­nić praw­dzi­we wy­zna­nia i opo­wia­dać o tym co zaszło, kie­dy jest się ta­kim ego­ma­nia­kiem i wszyst­ko co można zro­bić to sa­dzić ko­lej­ne długie aka­pi­ty o ja­kichś nie­istot­nych szczegółach do­tyczących cie­bie, pod­czas gdy ważne, so­czy­ste rze­czy na te­mat in­nych leżą odłogiem i cze­kają) - w każdym ra­zie za­tem, był tam także Fritz Ni­cho­las, ty­tu­lar­ny przywódca pod­ziem­nych, któremu po­wie­działem kie­dyś (spo­tkałem go w syl­we­stra w wy­kwint­nym miesz­kan­ku w Nob Hill, sie­dział po tu­rec­ku na gru­bym ki­lim­ku jak In­dia­nin miał na so­bie taką białą lśniącą ro­syjską ko­szulę, na ra­mie­niu wi­siała mu jakaś szajb­nięta Isa­do­ra Dun­can o długich nie­bie­skich włosach, która jarała gan­dzię i mówiła coś na te­mat Po­un­da i pe­jo­tlu) (był szczupły i także przy­po­mi­nał Chry­stu­sa, może tym spoj­rze­niem fau­na, młodością i po­wagą, wyglądał jak oj­ciec całej gru­py, szczególnie gdy­byście, po­wiedz­my, zo­ba­czy­li go w Ma­sce, jak sie­dzi z głową od­rzu­coną do tyłu z wąski­mi czar­ny­mi oczka­mi, które ob­ser­wo­wały wszyst­kich z czymś w ro­dza­ju po­wol­ne­go oszołomie­nia, jak­by chciały po­wie­dzieć: "No proszę dzie­ciacz­ki i co te­raz, ko­cha­ne ma­lu­chy"; ale sam strasz­nie le­ciał na trawę i brał wszyst­ko co dawało kopa, w każdym miej­scu, w każdym cza­sie) więc po­wie­działem mu: "Znasz tę dziew­czynę, tę czarną?" - "Mar­dou?" - "Więc tak ma na imię? Z kim cho­dzi?" - "Ostat­nio z ni­kim szczególnym, ale w swo­im cza­sie upra­wia­liśmy tu różne ka­zi­rod­cze gier­ki" - bar­dzo dziw­ne rze­czy mi mówił, kie­dy szliśmy do jego sta­re­go Che­vro­le­ta rocz­nik '36 bez tyl­nych sie­dzeń, który stał za­par­ko­wa­ny na­prze­ciw­ko baru, szliśmy tam żeby na­rwać trochę tra­wy i zin­te­gro­wać grupę, bo po­wie­działem Lar­ry'emu "Chodźmy po gan­dzię" - "A co ty chcesz od tych lu­dzi?" - "Chcę ich zgarnąć do kupy i trochę się w nich wgryźć" - może też po­wie­działem to w obec­ności Ni­cho­lasa żeby do­ce­nił moją wrażliwość, ja, obcy w gru­pie, a jed­nak od razu chcę, i tak da­lej, widzę co jest dla nich war­tością - fak­ty, gołe fak­ty, słodka fi­lo­zo­fia już daw­no ze mnie wy­ciekła, jak soki przeszłości, ot tak wy­ciekła i wy­pa­ro­wała - ka­zi­rod­cze gier­ki - był tam jesz­cze je­den ważny fa­cet, cho­ciaż tego lata aku­rat nie tu tyl­ko w Paryżu, Jack Ste­en, bar­dzo in­te­re­sujący gość w ty­pie Le­slie­go Ho­war­da, który (jak opo­wia­dała mi po­tem Mar­dou) cho­dził jak wie­deński fi­lo­zof, długi­mi, wol­ny­mi kro­ka­mi, nie­zgrab­ne ręce dyn­dały mu luźno po bo­kach i za­trzy­my­wał się na każdym rogu w non­sza­lanc­kiej po­zie god­nej ce­sa­rza Au­stro-Węgier on też w swo­im cza­sie miał do czy­nienia z Mar­dou i jak się później do­wie­działem było to strasz­nie dzi­wacz­ne - ale te­raz moje pierw­sze strzępki in­for­ma­cji na te­mat tej dziew­czyny ja CHCIAŁEM wplątać się w ro­mans zupełnie jak­bym nie miał dość kłopotów bez tego albo dość sta­rych ro­mansów, które na­uczyły mnie tyl­ko jed­nej rze­czy bólu, ciągle chciałem jesz­cze, chciałem życia -

Z baru wy­le­wa­li się cie­ka­wi lu­dzie, noc wy­wie­rała na mnie ol­brzy­mie wrażenie, jakiś czar­ny Mar­lon Bran­do z fry­zurą Tru­ma­na Ca­po­te'a w to­wa­rzy­stwie cu­dow­ne­go szczupłego chłopca albo dziew­czy­ny w chłopięcych spodniach o tak miękkich bio­drach, że kie­dy wsa­dziła ręce do kie­sze­ni na­tych­miast spo­strzegłem różnicę - szczupłe, czar­ne obciągnięte ma­te­riałem nogi spływające aż do małych stóp, i ta twarz, a ra­zem z nimi dru­gi fa­cet ra­zem z jakąś inną śliczną la­lu­nią, fa­cet na­zy­wa się Rob i jest ja­kimś łowcą przygód, izra­el­skim żołnie­rzem o bry­tyj­skim ak­cen­cie, pew­nie można ta­kich spo­tkać w ba­rach na Ri­wie­rze o piątej nad ra­nem, jak piją co po­pad­nie w porządku al­fa­be­tycz­nym, w to­wa­rzy­stwie pacz­ki roz­im­pre­zo­wa­nych świrów wszel­kiej na­ro­do­wości - Lar­ry O'Hara przed­sta­wił mnie Ro­ge­ro­wi Be­lo­it (nie uwie­rzyłem wte­dy, że ten młody gość o prze­ciętnej twa­rzy był tym wiel­kim poetą, którego czciłem w cza­sach młodości, mo­jej młodości, to zna­czy w 1948 roku, wciąż po­wta­rzam w mo­jej młodości) - "To ma być Ro­ger Be­lo­it? W ta­kim ra­zie ja je­stem Ben­nett Fitz­pa­trick" (oj­ciec Wal­ta) - to roz­ba­wiło Ro­gera Be­lo­it - Adam Mo­orad do tej pory zdążył już wyłonić się z mroków nocy i także był z nami więc roz­poczęliśmy wieczór -

I tak wszy­scy wylądo­wa­liśmy u Lar­ry'ego i Ju­lien usiadł na podłodze, przed sobą miał rozłożoną ga­zetę, w której była tra­wa (mar­nej jakości, bo z LA, ale jak dla nas wy­star­czająco do­bra) po czym skręcił, albo ra­czej "zwinął", jak po­wie­dział Jack Ste­en, wiel­ki nie­obec­ny, po­wie­dział to równo rok wcześniej i jako że był to mój pierw­szy kon­takt z pod­ziem­ny­mi, po­pro­sił, żeby ktoś skręcił mi jo­in­ta, na co ja od­parłem na­prawdę chłod­nym to­nem "Po co? Sam so­bie skręcę" i na­tych­miast zo­ba­czyłem tę chmurę, która prze­mknęła przez jego małą, wrażliwą twarz i tak da­lej, od razu mnie znie­na­wi­dził - i do­ci­nał mi przez całą noc, kie­dy tyl­ko miał okazję - ale te­raz Ju­lien sie­dział na podłodze, po tu­rec­ku, i sam skręcał dla wszyst­kich i wszy­scy szem­ra­li coś cze­go na pew­no nie będę tu po­wta­rzał, no może tyl­ko na przykład, "I oglądam so­bie tę książkę Per­ce­pie­da - kto to właści­wie jest ten Per­ce­pied, cie­ka­we kie­dy go za­pusz­kują?" i tym po­dob­ne ględze­nie, albo też, słucha­my Sta­na Ken­to­na jak opo­wia­da o mu­zy­ce ju­tra i do­wia­du­je­my się że wcho­dzi właśnie nowy te­nor Ric­ci Co­muc­ca, na co Ro­ger Be­lo­it wy­krzy­wia wy­ra­zi­ste cien­kie po­pie­la­te war­gi, mówi "I to ma być mu­zy­ka ju­tra?" a Lar­ry O'Hara pre­zen­tu­je swój stały re­per­tu­ar wy­tar­tych aneg­dot. Jesz­cze kie­dy je­cha­liśmy Che­vro­le­tem rocz­nik '36, Ju­lien, siedząc obok mnie na podłodze, wyciągnął rękę i po­wie­dział "Na­zy­wam się Ju­lien Alek­san­der, mam coś w so­bie, pod­biłem Egipt" a po­tem Mar­dou wyciągnęła rękę do Ada­ma Mo­ora­da i przed­sta­wiła się słowa­mi "Mar­dou Fox", ale na­wet nie pomyślała, żeby i mnie podać dłoń, co po­win­no było wzbu­dzić we mnie pierw­sze prze­czu­cia tego co miało nastąpić, więc wte­dy ja wyciągnąłem rękę do niej i po­wie­działem "Moje na­zwi­sko Leo Per­ce­pied" i uścisnąłem - ech, za­wsze goni się za tymi, którzy nas nie chcą - ona na­prawdę chciała Ada­ma Mo­ora­da, właśnie do­stała kopa od Ju­liena, po­rzu­cił ją w taki zim­ny pod­ziem­ny sposób - in­te­re­so­wała się chu­dy­mi, asce­tycz­ny­mi dzi­wa­ka­mi in­te­lek­tu­ali­sta­mi z San Fran­ci­sco i Ber­ke­ley a nie wiel­gach­ny­mi pa­ra­no­ika­mi, którzy włóczą się po stat­kach i to­rach i po­wieściach i są nie do znie­sie­nia, to jest ta­kie oczy­wi­ste we mnie, dla in­nych także - jed­nak cho­ciaż była dzie­sięć lat młod­sza i właśnie z tego po­wo­du nie do­strze­gała żad­nej z mo­ich za­let, które zresztą zdążyły utonąć w tych wszyst­kich la­tach ćpa­nia i szu­ka­nia śmier­ci, pod­dać się, pod­dać się w cho­lerę i za­po­mnieć, umrzeć pod ciemną gwiazdą - to ja wyciągnąłem dłoń, nie ona - ech, czas.

A jed­nak gdy pod­pa­try­wałem jej sub­tel­ne wdzięki, w głowie miałem tyl­ko jedną prze­możną myśl, że muszę pogrążyć moje sa­mot­ne by­cie ("Wiel­ki smut­ny sa­mot­ny mężczy­zna", tak po­wie­działa mi następnej nocy widząc mnie na­gle na krześle) w ciepłej zbaw­czej kąpie­li jej ud - in­tym­ne do­zna­nia młodych ko­chanków w łóżku, szla­chet­ność, twarz na­prze­ciw twa­rzy, pierś przy na­giej pier­si, narząd obok narządu, ko­la­no na drżącym ko­la­nie po­kry­tym gęsią skórką, wy­mia­na eg­zy­sten­cjal­nych i miłosnych aktów po to tyl­ko, żeby to zro­bić - "robić to" bez prze­rwy używała tego wyrażenia, widzę jesz­cze jej małe ząbki wy­stające spo­między małych czer­wo­nych ust, które już myślą by "robić to" - klucz do bólu - sie­działa w kącie, przy oknie, "se­pa­ro­wała się" albo "trzy­mała z da­le­ka" od oto­cze­nia, albo "szy­ko­wała się do opusz­cze­nia gru­py" z so­bie tyl­ko zna­nych po­wodów. - Po­szedłem za­tem w kąt, nie po­chy­liłem głowy nad nią tyl­ko oparłem się o ścianę i próbowałem nawiązać po­ro­zu­mie­nie bez słów, po­tem ode­zwałem się ci­cho (to­nem sto­sow­nym na przyjęciu) po­tem za­ga­dałem w sty­lu North Be­ach: "Co czy­tasz?" i wte­dy po raz pierw­szy otwo­rzyła usta i przemówiła do mnie, prze­ka­zując pełną myśl a moje ser­ce właści­wie nie prze­stało bić tyl­ko zdzi­wiło się słysząc te śmiesz­ne wy­mu­ska­ne zdan­ka, na które składało się po tro­chu Be­ach, po tro­chu mo­del­ka z luk­su­so­we­go skle­pu I. Ma­gnin, po tro­chu Ber­ke­ley, ja­kieś czar­ne eli­ty, taką mie­szankę wy­ra­fi­no­wa­ne­go języka, spo­so­bu mówie­nia i do­bo­ru słów, z jaką się jesz­cze nig­dy nie ze­tknąłem, no może poza pew­ny­mi rzad­ki­mi dziew­czy­na­mi, oczy­wiście - białymi, wrażenie tak oszałamiające, że na­wet Adam na­tych­miast zwrócił na nią uwagę i sko­men­to­wał, roz­ma­wiając ze mną tego wie­czo­ru - ale z pew­nością była to mowa po­ko­le­nia bopu, które nie wy­ma­wia już "I" jako "aj" tyl­ko jak "ah" albo "oi" i prze­ciąga spółgłoski, w wy­da­niu męskim na­zy­wa się to "znie­wieściałością" więc kie­dy słyszysz ten język po raz pierw­szy w ustach mężczy­zny to brzmi fa­tal­nie, a jeśli ko­bie­ty to uro­czo, cho­ciaż zde­cy­do­wa­nie zbyt dziw­nie, taki język słyszałem już z całą pew­nością i z równym za­sko­cze­niem w pio­sen­kach no­wych bo­po­wych wo­ka­listów, ta­kich jak Jer­ry Win­ters, szczególnie gdy na­gry­wał Yes Dad­dy Yes z ka­pelą Ken­to­na i może jesz­cze Jeri So­uthern - ale słysząc to czułem, że za­marło mi ser­ce bo Be­achow­cy za­wsze mnie nie­na­wi­dzi­li, spy­cha­li na mar­gi­nes, lali na mnie, od sa­me­go początku w 1943 roku aż do końca - bo za­uważcie, sko­ro spa­ce­ruję po uli­cy to muszę być ja­kimś lum­pem, a po­tem się do­wia­dują, że nie je­stem lum­pem tyl­ko kimś w ro­dza­ju szajb­niętego świętego, nie są za­chwy­ce­ni i co gor­sza mają pie­tra, że na­gle jed­nak prze­mie­nię się w lum­pa i dam im w mordę i za­cznę roz­bi­jać różne rze­czy - zresztą omal tego nie zro­biłem, a w młodości na­wet próbowałem, kie­dy raz włóczyłem się po North Be­ach ra­zem z drużyną ko­szykówki ze Stan­for­du, a szczególnie z Re­dem Kel­lym, którego żona umarła (na szczęście?) w Re­dwo­od City w 1946 roku, cała drużyna za nami, obok bra­cia Ga­ret­ta, Red do­rwał jed­ne­go skrzyp­ka ciotę i we­pchnął w ko­ry­ta­rzyk, ja do­rwałem dru­gie­go, Red rąbnął swo­je­go w pysk, ja po­pa­trzyłem na mo­je­go, miałem osiem­naście łat, byłem roz­kosz­ny jak szczy­pio­rek na wiosnę i prałem słab­szych - te­raz oni wi­dzie­li tę przeszłość w mo­ich po­nu­rych strasz­nych spoj­rze­niach i unie­sio­nych dum­nych brwiach i nie chcie­li mieć ze mną nic wspólne­go, więc ja, oczy­wiście zda­wałem so­bie sprawę, że Mar­dou szcze­rze mi nie ufa i mnie nie lubi kie­dy sie­działem tam usiłując "(nie zro­bić Tego ale) zdo­być ją" - bez kla­sy, spra­ny, uśmiech­nięty, uśmiech­nięty fałszy­wym hi­ste­rycz­nym "kom­pul­syw­nym" uśmiesz­kiem, jak oni to na­zy­wają - ja roz­pa­lo­ny - oni chłodni - i w do­dat­ku miałem na so­bie wyjątko­wo obleśną nie-be­achowską ko­szulę, ku­pioną na Broad­wayu w No­wym Jor­ku, kie­dy myślałem jesz­cze, że niedługo zejdę z tra­pu w Kobe, idio­tyczną wzo­rzystą ha­wajską ko­szulę, po­roz­pi­naną, bo po wy­pa­le­niu dwóch skrętów tra­wy za­miast co­dzien­ne­go upo­ko­rze­nia moim zwykłym ja (poważnie) ogarnęła mnie sam­cza próżność, która kazała mi odpiąć o je­den gu­zik za dużo i odsłonić opa­loną włochatą klatkę pier­siową - która mu­siała napełnić Mar­dou obrzy­dze­niem - w każdym ra­zie na­wet na mnie nie spoj­rzała, mówiła nie­wie­le i przy­ci­szo­nym głosem - i była tak sku­piona na Ju­lie­nie, który wcisnął się obok, na­pie­rając na nią ple­ca­mi - i słuchała i włączała swój dys­kret­ny śmiech do ogólnej roz­mo­wy - w większości pro­wa­dzo­nej przez O'Harę i drącego się Ro­ber­ta Be­lo­it i tego in­te­li­gent­ne­go awan­tur­ni­ka Roba, ja także mil­czałem, słuchałem, badałem, ale pi­ja­ny próżnością wy­zwo­loną przez trawę od cza­su do cza­su rzu­całem "po­wa­lające" (tak sądziłem) spo­strzeżenia, nie­mal zbyt "po­wa­lające" i cho­ciaż Adam Mo­orad, który znał mnie od za­wsze, trak­to­wał je jak oznakę po­dzi­wu, uwa­gi i praw­dzi­we­go sza­cun­ku dla całej gru­py, to dla nich ja, nowy, usiłujący za wszelką cenę się po­pi­sać byłem po pro­stu nie do znie­sie­nia. - A prze­cież na początku, przed szlu­ga­mi, które puściliśmy w obieg jak in­diańską fajkę, miałem nie­od­par­te wrażenie, że mógłbym się zbliżyć do Mar­dou i nawiązać z nią ro­mans i zdo­być ją już pierw­szej nocy, wy­star­czyło tyl­ko pójść z nią sam na sam choćby tyl­ko na kawę ale po gan­dzi mogłem się już tyl­ko mo­dlić, zupełnie szcze­rze i w głębo­kim se­kre­cie, żeby powróciło mi przed-nar­ko­ty­ko­we "opa­mięta­nie", do resz­ty stra­ciłem pew­ność sie­bie, za wszelką cenę sta­rałem się przy­po­do­bać, czułem na sto pro­cent, że mnie nie po­lu­biła, nie po­tra­fiłem po­go­dzić się z fak­ta­mi - na­gle przy­po­mniałem so­bie noc, kie­dy po­znałem moją miłość Nic­ki Pe­ters, to było w 1948 roku u Ada­ma Mo­orada w Fil­l­mo­re, (wte­dy) stałem zo­bojętniały w kuch­ni z pi­wem w ręku, jak za­wsze (w domu pra­co­wałem wte­dy sza­leńczo nad ogromną po­wieścią wa­riat młody pełen wia­ry w sie­bie try­skający ta­len­tem jak nig­dy po­tem) kie­dy na­gle wska­zała na cień mo­jej twa­rzy na bla­do­zie­lo­nej ścia­nie i po­wiedziała '"Jaki piękny pro­fil", co kom­plet­nie mnie oszołomiło i (jak traw­ka) ode­brało mi całą pew­ność sie­bie, zro­biłem się na­gle uważny i usiłowałem ją "zdo­być", postąpić tak, jak mi to za­su­ge­ro­wała w nie­mal hip­no­tycz­ny sposób, co w końcu do­pro­wa­dziło nas do pierw­szych prób duma na­prze­ciw dumy i piękno albo uro­da albo wrażliwość na­prze­ciw kre­tyńskiej neu­ro­tycz­nej ner­wo­wości typu fal­licz­ne­go, wiecz­nie świa­do­mej fal­lu­sa, swo­jej wieży i ko­biet-stud­ni - w tym kryła się cała praw­da, może poza mężczyzną, nie­od­na­le­zio­nym i spiętym ale te­raz to już nie 1948 rok tyl­ko 1953 z jego chłod­ny­mi po­ko­le­nia­mi a ja pięć lat star­szy czy młod­szy mu­siałem to robić (zdo­bywać ko­biety) w no­wym sty­lu i stłumić ner­wo­wość - w każdym ra­zie świa­do­mie zre­zy­gno­wałem ze zdo­bywania Mar­dou i po­sta­no­wiłem poświęcić noc na wgry­za­nie się w nową za­dzi­wiającą grupę - pod­ziem­nych - którą Adam od­krył i której nadał nazwę właśnie wte­dy w Be­ach.

Ale Mar­dou od początku była rze­czy­wiście sa­mo­dziel­na i nie­za­leżna, ogłaszając wszem i wo­bec że ni­ko­go nie po­trze­bu­je nie chce mieć z ni­kim nic wspólne­go i na ko­niec (czy­li już po mnie) po­sta­wiła na swo­im - co te­raz pośród zim­nej nie­li­tości­wej nocy czuję w po­wie­trzu, to jej oświad­cze­nie i to że te małe ząbki już nie należą do mnie, ale może do ja­kie­goś mo­je­go wro­ga, który je wy­bi­ja, pew­nie trak­tu­je ją z sa­dy­zmem, a Mar­dou pew­nie jest tym za­chwy­co­na, bo ja nig­dy nie po­tra­fiłem jej tak trak­to­wać - te mor­der­stwa wiszą w po­wie­trzu - i ten po­nu­ry kąt, gdzie lśni lam­pa i gwiżdże wiatr, pa­pier, mgła, widzę własną ogromną zniechęconą twarz i moją tak zwaną miłość, osu­wającą się na uli­cy, nie­do­brze - kie­dyś me­lan­cho­lij­nie osu­wałem się na roz­grza­ne fo­te­le, po­rzu­co­ny przez księżyce (cho­ciaż dzi­siaj jest wspa­niała noc, noc pełni) - jak tam, wte­dy, przed­tem, to było roz­po­zna­nie, że trze­ba wrócić do ogólnoświa­to­wej miłości, jak po­wi­nien zro­bić każdy wiel­ki pi­sarz, jakiś Lu­ter czy Wa­gner, te­raz ta ciepła myśl o wiel­kości jest chłod­nym prądem wia­tru - bo wiel­kość też gi­nie - rany, kto po­wie­dział, że ja mam być wiel­ki - i przy­puśćmy, że ktoś już zo­stał wiel­kim pi­sarzem, ta­kim ta­jem­nym Szek­spi­rem pod po­duszką nocy? Bo na­prawdę - wiersz Bau­de­la­ire'a nie jest wart jego bólu - jego bólu - (To Mar­dou w końcu mi po­wie­działa "Wolałabym szczęśli­we­go człowie­ka od nieszczęśli­wych wier­szy, ja­kie nam zo­stawił", z czym ja się zga­dzam, i na­gle je­stem Bau­de­la­ire'em, ko­cham moją brązową panią i na­chy­lam się nad jej brzu­chem, nasłuchując pod­ziem­nych gul­gotów) - ale po tej pierw­szej de­kla­ra­cji nie­za­leżności po­wi­nienem był uwie­rzyć że żywi od­razę do związków, i nie rzu­cać się na nią jak gdy­bym po­szu­ki­wał cier­pie­nia, a może właśnie dla­te­go, że chciałem się po­ha­ra­tać - jesz­cze jed­na taka szra­ma, a zbiją dla mnie skrzynkę i wpuszczą do gle­by - bo te­raz śmierć za­gar­nia wiel­kimi skrzydłami moje okno, widzę ją, słyszę ją czuję jej za­pach, do­strze­gam ją w bez­kształtnej ma­sie mo­ich wiszących ko­szul, które prze­zna­czo­ne są po to bym nig­dy ich nie włożył, no­wych-sta­rych, sty­lo­wych-nie­mod­nych, kra­wa­ty zwi­sają jak węże na­wet ich już nie używam, nowe koce do je­sien­nych ha­maków te­raz roz­chy­bo­ta­ne koje na mo­rzu samo-zabójstwa-stra­ty-pa­ra­noi - jej mała twarz, chciałem w nią wkro­czyć i tak uczy­niłem -

Tego ran­ka gdy przyjęcie przeżywało swój szczyt sie­działem w sy­pial­ni Lar­ry'ego i znów po­dzi­wiałem czer­wo­ne oświe­tle­nie i wspo­mi­nałem tę noc kie­dy byliśmy tam z Mic­ky'm, na­sza trójka, Adam i Lar­ry i ja i ben­ze­dry­na, ależ to była or­gia, sama w so­bie za­dzi­wiająca nie do opi­sa­nia - wte­dy wbiegł Lar­ry i po­wie­dział "No chy­ba dzi­siaj wresz­cie to z nią zro­bisz?" - "Ja­sne że bym chciał - ale nie wiem -" - "To się do­wiedz, mało cza­su zo­stało, co jest z tobą to my spro­wa­dza­my tu tych wszyst­kich lu­dzi i da­je­my im tę trawę i te­raz jesz­cze całe piwo z chłod­ziar­ki, sta­ry, mu­si­my coś z tego mieć, zrób coś -" "A, po­do­ba ci się?" - "Każda mi się po­do­ba jeśli o to cho­dzi - ale mówię do cie­bie, no na­prawdę" - Co zmu­siło mnie do podjęcia no­wej niechętnej próby, wykrętnych wysiłków, ja­kichś zer­k­nięć spoj­rzeń uwag przy­sia­da­nia się do niej w kącie, w końcu dałem za wy­graną a o świ­cie ona poszła so­bie ra­zem ze wszyst­ki­mi, którzy wy­bra­li się na kawę i ja po­lazłem tam do nich z Ada­mem żeby jesz­cze raz ją zo­ba­czyć (ru­szy­liśmy za nimi po scho­dach w pięć mi­nut później) i wszy­scy tam jesz­cze sta­li tyl­ko ona już znikła, nie­za­leżna mrocz­na zamyślona, po­je­chała do swo­je­go małego dusz­ne­go miesz­kan­ka przy He­aven­ly Lane w Te­le­graph Hill.

Więc wróciłem do domu i przez wie­le dni to ona po­ja­wiała się w mo­ich ero­tycz­nych fan­ta­zjach, jej ciem­ne sto­py, rze­my­ki san­dałów, czar­ne oczy, mała miękka brązowa twarz, po­licz­ki Rity Say­age i war­gi, odro­bi­na pil­nie strzeżonej in­tym­ności i jed­no­cześnie coś w ro­dza­ju wężowe­go uro­ku, jaki przy­stoi małym szczupłym czar­nym ko­bie­tom, które chętnie noszą ciem­ne ubra­nia, bied­ne be­ato­we pod­ziem­ne ubra­nia...

Kil­ka nocy później Adam oznaj­mił mi ze złośli­wym uśmie­chem, że wpadł na nią w au­to­bu­sie na Trze­ciej Uli­cy i że wy­bra­li się do nie­go, żeby po­ga­dać i popić, od­by­li długą roz­mowę, która skończyła się bar­dzo w sty­lu Le­roya na tym, że Adam usiadł nagi na podłodze i czy­tał chińską po­ezję i ja­ra­li gan­dzię po czym wylądo­wa­li w łóżku, "Jest nie­zwy­kle czuła, rany, cho­ciażby to jak na­gle opla­ta cię ra­mio­na­mi, bez szczególne­go po­wo­du, tyl­ko z czy­stej czułości" - "I co, zro­bisz to, chcesz mieć z nią ro­mans?" - "No, wiesz, pozwól, że ci - że ci coś wytłumaczę - ona jest zupełnie wal­nięta - od­by­wa jakąś te­ra­pię chy­ba nie­daw­no kom­plet­nie się roz­sy­pała, to ma coś wspólne­go z Ju­lie­nem, od­by­wa tę te­ra­pię, ale nig­dzie się nie po­ka­zu­je, sie­dzi czy leży i czy­ta, cza­sem nic nie robi tyl­ko pa­trzy w su­fit tego swo­je­go miesz­ka­nia, przy He­aven­ly Lane osiem­naście do­larów za mie­siąc, musi do­sta­wać ja­kieś pie­niądze, którymi dys­po­nują le­ka­rze albo ktoś tam, w związku z tą nie­zdol­nością do pra­cy czy jak to na­zwać - bez prze­rwy o tym opo­wia­da, na­prawdę za często jak na mój gust i chy­ba na­prawdę ma ha­lu­cy­na­cje związane z za­kon­ni­ca­mi z sie­ro­cińca, gdzie się wy­cho­wała, wi­du­je je od ja­kiegoś cza­su i czu­je się szcze­rze prze­rażona - są jesz­cze inne rze­czy, na przykład mie­wa do­zna­nia jak­by się naćpała cho­ciaż nig­dy ni­cze­go nie brała, tyl­ko zna paru ćpunów" - "Na przykład Ju­lie­na?" - "Ju­lien bie­rze kie­dy tyl­ko zda­rza mu się oka­zja a nie zda­rza się często bo nie ma pie­niędzy i tyl­ko ma­rzy, żeby zo­stać praw­dzi­wym ćpu­nem - no ale w każdym ra­zie mie­wa zwi­dy i to na­wet nie że zwy­czaj­nie coś zażyła, ale że zo­stało jej to po­ta­jem­nie wstrzyk­nięte przez kogoś lub przez coś, ja­kichś lu­dzi, którzy śledzą ją na uli­cy, mówię ci, na­prawdę jej od­bi­ja - jak dla mnie to po pro­stu za wie­le - no i w końcu jest Mu­rzynką i ja wca­le nie chcę się pa­ko­wać w coś ta­kie­go" - "A ładna?" - "Piękna - ale ja nie dam rady" - "No sta­ry, mnie się po­do­ba i wygląd i wszyst­ko" - "W porządku, pew­nie ci się uda - jedź tam, dam ci ad­res albo jesz­cze le­piej, za­proszę ją do sie­bie i po­ga­damy, jeśli chcesz możesz spróbować, ale cho­ciaż ona mnie ogrom­nie pociąga ero­tycz­nie i tak da­lej to szcze­rze, nie chcę w to głębiej wcho­dzić nie tyl­ko z tych po­wodów co mówiłem ale przede wszyst­kim dla­te­go, że za­mie­rzam te­raz na­prawdę się za­an­gażować w jakiś związek, tak na stałe, głęboko i poważnie, a z nią bym nie mógł" - "Ja też chcę na stałe i tak da­lej" - "No no, zo­ba­czy­my".