Podziemne linie lotnicze - Ben H. Winters

-
Proszę czekać

1.

No do­brze - po­wie­dział mło­dy ksiądz. - My­ślę, że je­stem tym czło­wie­kiem, któ­re­go pan szu­ka.

- Mam na­dzie­ję - od­par­łem. - Boże, mam na­dzie­ję.

Splo­tłem pal­ce i po­chy­li­łem się nad sto­łem. Wie­dzia­łem, jak wy­glą­dam: ża­ło­śnie. By­łem uni­żo­ny, ner­wo­wy, wy­lew­ny. Czu­łem, jak ta­nie, cien­kie oku­la­ry zsu­wa­ją mi się z nosa. Czu­łem, jak de­spe­ra­cja wy­ci­ska mi pot na czo­ło. Ode­tchną­łem, a za­nim zdą­ży­łem się ode­zwać, po­de­szła kel­ner­ka, żeby na­lać nam kawy i wrę­czyć ja­dło­spi­sy. Ksiądz Bar­ton i ja za­mil­kli­śmy, uśmiech­nę­li­śmy się drę­two do dziew­czy­ny i do sie­bie na­wza­jem.

Kie­dy ode­szła, ksiądz Bar­ton ode­zwał się pierw­szy.

- Cóż, mu­szę po­wie­dzieć, pa­nie Dirk­son...

- Niech mi ksiądz mówi Jim. To wy­star­czy.

- Mu­szę po­wie­dzieć, że sro­go wy­stra­szy­łeś Lu­El­len.

Z za­kło­po­ta­niem spu­ści­łem wzrok. Lu­El­len była re­cep­cjo­nist­ką, ko­ściel­ną se­kre­tar­ką czy jak ją tam na­zwać. Bia­ło­wło­są pa­nią o ru­mia­nych po­licz­kach, któ­ra sie­dzia­ła za biur­kiem u Świę­tej Ka­ta­rzy­ny, czy­li w tym du­żym ko­ście­le przy Me­ri­dian Stre­et, a ja tego po­po­łu­dnia w jej ga­bi­ne­cie za­cho­wa­łem się chy­ba jak dzi­kus. Zgrzy­ta­łem zę­ba­mi i nie ustę­po­wa­łem. Zda­łem się na jej ła­skę. Bła­ga­łem o spo­tka­nie z księ­dzem. Ale po­dzia­ła­ło. Oto sie­dzie­li­śmy, dzie­ląc się chle­bem, ła­god­ny mło­dy ksiądz i ja. Je­śli do tego ko­ściel­ne­go to­wa­rzy­stwa coś do­cie­ra, to wła­śnie jęki i la­ment.

Skło­ni­łem gło­wę i prze­pro­si­łem księ­dza Bar­to­na za urzą­dze­nie ta­kiej sce­ny. Po­pro­si­łem, żeby prze­ka­zał pani Lu­El­len moje prze­pro­si­ny. Po­tem zni­ży­łem głos do szep­tu.

- Pro­szę po­słu­chać, będę z księ­dzem szcze­ry i po pro­stu po­wiem praw­dę. Je­stem zde­spe­ro­wa­nym czło­wie­kiem, nie mam się do kogo zwró­cić.

- Tak, ro­zu­miem. Na­praw­dę ro­zu­miem. Ale nie­ste­ty... - Ksiądz spoj­rzał na mnie z po­wa­gą. - Nie­ste­ty nie mogę nic zro­bić w pana spra­wie.

- Słu­cham?

Krę­cił gło­wą, a ja czu­łem, że moja twarz sztyw­nie­je. Czu­łem, że oczy ro­bią się wiel­kie. Czu­łem, że skó­ra sta­je się go­rą­ca i na­pię­ta na po­licz­kach.

- Za­raz, za­raz. Chwi­lecz­kę, pro­szę księ­dza. Ja na­wet nie...

Ksiądz Bar­ton ła­god­nie uniósł rękę wnę­trzem w moją stro­nę, więc za­mil­kłem. Wró­ci­ła kel­ner­ka, żeby przy­jąć za­mó­wie­nie. Ide­al­nie pa­mię­tam tam­ten mo­ment, wi­dzę tę re­stau­ra­cję, oświe­tlo­ną bla­skiem zmierz­chu, wpa­da­ją­cym przez duże okna. Na­zy­wa­ła się Fo­un­ta­in Di­ner, miły ro­dzin­ny lo­kal w oko­li­cy zwa­nej Near Nor­th­si­de w In­dia­na­po­lis w sta­nie In­dia­na. Przy tej sa­mej Me­ri­dian Stre­et co ko­ściół, ale z pięć­dzie­siąt prze­cznic da­lej w kie­run­ku cen­trum. Przy­stoj­ny, chło­pię­cy Bar­ton sie­dział na­prze­ciw­ko mnie, góra trzy­dzie­sto­let­ni, ze zmierz­wio­ną blond czu­pry­ną, nie­bie­ski­mi ir­landz­ki­mi ocza­mi i bla­dą cerą, któ­ra lśni­ła, jak­by ktoś ją wy­szo­ro­wał. Nasz sto­lik znaj­do­wał się w sa­mym środ­ku re­stau­ra­cji, nad nami wi­siał duży wia­trak, któ­re­go ło­pa­ty le­ni­wie krę­ci­ły się w kół­ko. W po­wie­trzu niósł się ja­sny za­pach cze­goś, co sma­ży­ło się i skwier­cza­ło, brzę­cza­ły ci­cho noże i wi­del­ce. W bok­sie za nami sie­dzia­ły trzy star­sze pa­nie z fry­zu­ra­mi pro­sto z sa­lo­nu, wy­ma­lo­wa­ne czer­wo­ną szmin­ką. Bal­ko­ni­ki za­par­ko­wa­ły rów­nym rząd­kiem jak ocze­ku­ją­ce po­wo­zy. Na­roż­ny boks zaj­mo­wa­ło dwóch gli­nia­rzy, je­den czar­ny, je­den bia­ły. Ten czar­ny prze­chy­lił się przez stół, żeby obej­rzeć coś na te­le­fo­nie tego bia­łe­go. Obaj re­cho­ta­li z ja­kie­goś po­li­cyj­ne­go dow­ci­pu.

Ja­koś uda­ło mi się za­mó­wić je­dze­nie, a gdy kel­ner­ka ode­szła, ksiądz roz­po­czął prze­mo­wę rów­nie sta­ran­ną jak naj­lep­sza ho­mi­lia.

- Oba­wiam się, że od­nio­słeś myl­ne wra­że­nie, za co oczy­wi­ście nie po­no­sisz winy. - Mó­wił bar­dzo ci­cho. Obaj zwra­ca­li­śmy uwa­gę na tam­tych gli­nia­rzy. - Wiem, co lu­dzie mó­wią, ale to nie­praw­da. Ni­g­dy nie by­łem za­mie­sza­ny w... w... w ta­kie za­ję­cia. Przy­kro mi, przy­ja­cie­lu. - De­li­kat­nie po­ło­żył dłoń na mo­jej dło­ni. - Bar­dzo mi przy­kro.

I rze­czy­wi­ście tak to brzmia­ło. O, tak. W jego spo­koj­nym ka­to­lic­kim gło­sie lśni­ły dys­kret­ne prze­pro­si­ny. Bar­ton ścis­nął mi dłoń jak praw­dzi­wy oj­ciec, mimo że by­łem od nie­go co naj­mniej dzie­sięć lat star­szy.

- Wiem, że nie to chcia­łeś usły­szeć.

- Ale... za­raz, chwi­lecz­kę, pro­szę księ­dza. Prze­cież ksiądz tu­taj jest. Przy­szedł ksiądz.

- Ze współ­czu­cia - od­parł. - Kie­ro­wa­ło mną współ­czu­cie.

- O Boże. - Od­chy­li­łem się od nie­go, czu­jąc się jak cho­ler­ny głu­piec, i ukry­łem twarz w dło­niach. Ser­ce mi drża­ło. - Boże świę­ty.

- Masz moje współ­czu­cie i moją mo­dli­twę. - Kie­dy pod­nio­słem wzrok, pa­trzył pro­sto na mnie spo­koj­ny­mi krysz­ta­ło­wo nie­bie­ski­mi ocza­mi, z któ­rych biła życz­li­wość. - Ale mu­szę być szcze­ry i po­wie­dzieć, że nie mogę dać ci nic wię­cej.

Przy­glą­dał mi się nie­ru­cho­mym wzro­kiem, cze­kał, aż ski­nę gło­wą i po­wiem: "Ro­zu­miem". Cze­kał, aż się pod­dam. Ale nie mo­głem się pod­dać. No bo jak?

- Niech ksiądz po­słu­cha. Po pro­stu... Ja je­stem wol­nym czło­wie­kiem, pro­szę księ­dza, zgod­nie z pra­wem - po­wie­dzia­łem, a po­tem par­łem da­lej, za­nim zdą­ży mi prze­rwać: - Wy­zwo­lo­nym wie­le lat temu, dzię­ki do­bre­mu Bogu w nie­bie i te­sta­men­to­wi mo­je­go pana. Mam pa­pie­ry. Moje pa­pie­ry są w po­rząd­ku. Zro­bi­łem cer­ty­fi­kat śred­nie­go wy­kształ­ce­nia i pra­cu­ję, pro­szę księ­dza, mam do­brą pra­cę i nic mi nie gro­zi. Cho­dzi o moją żonę, pro­szę księ­dza, o moją żonę! La­ta­mi jej szu­ka­łem i wresz­cie zna­la­złem. Na­mie­rzy­łem ją, pro­szę księ­dza!

- Ro­zu­miem - rzekł ksiądz Bar­ton, skrzy­wił się i po­krę­cił gło­wą. - Ale... Jim...

- Ona ma na imię Gen­tle, pro­szę księ­dza. Gen­tle. Ma trzy­dzie­ści trzy albo czte­ry lata. Ja... - Prze­rwa­łem, prze­gna­łem łzy, by od­zy­skać god­ność. - Nie­ste­ty nie mam jej zdję­cia.

- Pro­szę cię. Jim. Pro­szę.

Roz­ło­żył ręce. Mia­łem su­cho w ustach. Ob­li­za­łem war­gi. Wia­trak nad nami ob­ra­cał się obo­jęt­nie. Je­den z po­li­cjan­tów, ten bia­ły, o sze­ro­kim kar­ku i ró­żo­wej skó­rze, od­chy­lił się do tyłu i wal­nął w blat sto­łu, ry­kiem śmie­chu re­agu­jąc na coś, co po­wie­dział jego czar­ny part­ner.

Za­cho­wa­łem spo­kój i wbi­łem wzrok w księ­dza. Niech zo­ba­czy mnie wy­raź­nie, niech mnie do­brze usły­szy.

- Gen­tle jest w ko­pal­ni od­kryw­ko­wej na za­cho­dzie Ka­ro­li­ny, pro­szę księ­dza. Wa­run­ki pa­nu­ją tam ma­ka­brycz­ne. Jej wła­ści­ciel za­trud­nia nad­zor­ców, pro­szę księ­dza, ta­kich naj­okrut­niej­szych, wie ksiądz, z pry­wat­nej fir­my. No i ta ko­pal­nia... Spraw­dzi­łem to, pro­szę księ­dza, ta ko­pal­nia już parę razy do­sta­wa­ła kary z BPP. Pła­ci­li gru­be mi­lio­ny za złe trak­to­wa­nie, ale... wie ksiądz, jak to jest z tymi ka­ra­mi. Kro­pla... no, wie ksiądz, kro­pla w mo­rzu. - Bar­ton krę­cił gło­wą, zna­czą­co zgrzy­tał zę­ba­mi, ale nie prze­sta­wa­łem, nie mo­głem prze­stać, moje sło­wa zmie­ni­ły się w go­rą­cy stru­mień, roz­pa­lo­ny i gniew­ny. - No więc w tej ko­pal­ni, to ko­pal­nia bok­sy­tu... I tam jest jed­na OP, któ­ra od­po­wia­da jej wie­kiem i... i wagą, ro­zu­mie ksiądz? Zgod­nie z pra­wem, pro­szę księ­dza...

- Jim, pro­szę.

Ksiądz Bar­ton dwu­krot­nie za­stu­kał pal­ca­mi w stół. To był drob­ny, lecz sta­now­czy gest, jak­by przy­wo­ły­wał mnie do po­rząd­ku albo na­ka­zy­wał po­słu­szeń­stwo. Współ­czu­ją­cy po­blask w jego gło­sie za­czy­nał przy­ga­sać.

- Mu­sisz mnie po­słu­chać. My tego nie ro­bi­my. Wiem, co mó­wią o mnie i moim ko­ście­le. Na­praw­dę wiem. Je­stem orę­dow­ni­kiem Spra­wy, tak jak jest nim Ko­ściół, za­rów­no z per­spek­ty­wy za­sad, jak i wia­ry. Wy­po­wia­da­łem się na ten te­mat i na­dal będę się wy­po­wia­dał, ale to wszyst­ko, co mogę ro­bić. - Znów po­krę­cił tą swo­ją mło­dą gło­wą, spoj­rzał wprost na mnie, a po­tem od­wró­cił wzrok, od­wró­cił go od mo­jej roz­pa­czy i mo­je­go żalu. - Współ­czu­ję ci i będę się mo­dlił za cie­bie i two­ją żonę. Ale nie mogę zo­stać jej wy­baw­cą.

Mil­cza­łem. Na moje usta ci­snę­ły się sło­wa, ale je stłu­mi­łem. To było gorz­kie roz­wią­za­nie.

Naj­le­piej, jak mo­głem, prze­brną­łem przez krót­ką wspól­ną ko­la­cję, ze wzro­kiem wbi­tym w ta­lerz, w ka­nap­kę z rybą, sa­łat­kę co­le­slaw i mro­żo­ną her­ba­tę. Bóg je­den wie, cze­go się spo­dzie­wa­łem. Prze­cież nie mo­głem so­bie wy­obra­żać, że cier­pie­nie Gen­tle tak bar­dzo wzru­szy tego czło­wie­ka - to dziec­ko - że ze­rwie się on na rów­ne nogi i ru­szy na Po­łu­dnie z bro­nią w ręku, że zbie­rze sil­ną gru­pę i sta­ra­nu­je wro­ta ko­pal­ni bok­sy­tu w Ka­ro­li­nie, że wyj­mie ko­mór­kę i zwo­ła ar­mię abo­li­cjo­ni­stów.

Po pierw­sze, taka ar­mia nie ist­nie­je. Każ­dy to wie. A przy­naj­mniej każ­dy, kto ma tro­chę ole­ju w gło­wie. Nie ist­nie­je nic ta­kie­go jak Pod­ziem­ne Li­nie Lot­ni­cze, na pew­no nie w sen­sie wiel­kiej, zor­ga­ni­zo­wa­nej in­sty­tu­cji. Nie ma cen­trum do­wo­dze­nia na pu­sty­ni w No­wym Mek­sy­ku, tak jak to po­ka­za­li w tym fil­mie sprzed kil­ku lat. Nie ma sił pa­ra­mi­li­tar­nych ze śmi­głow­ca­mi i bom­ba­mi bły­sko­wy­mi, któ­re cze­ka­ły­by na znak an­ty­nie­wol­ni­cze­go ge­ne­ra­ła, by wkro­czyć do ak­cji.

Są na­to­miast ak­cje ra­tun­ko­we. Są wy­zwo­li­cie­le. To wszyst­ko dzie­je się po ka­wał­ku. Małe gru­py ochot­ni­ków z Pół­no­cy, śmia­łych lub sza­lo­nych, urzą­dza­ją bły­ska­wicz­ne wy­pra­wy do Twar­dej Czwór­ki, wy­cią­ga­ją lu­dzi i wio­zą ich do wol­no­ści. Są dzia­ła­nia ad hoc, są nie­du­że or­ga­ni­za­cje, ko­mór­ki, a każ­da za­rzą­dza wła­sną tra­są li­nii lot­ni­czych. Trze­ba tyl­ko znać wła­ści­wych lu­dzi. A ten męż­czy­zna, ksiądz Bar­ton, miał być jed­nym z nich. Czło­wie­kiem, z któ­rym war­to się skon­tak­to­wać. Wszyst­ko, co sły­sza­łem, wszyst­kie ze­bra­ne do tej pory in­for­ma­cje po­twier­dza­ły, że wła­śnie tu­taj, w In­dia­na­po­lis, w środ­ko­wej In­dia­nie, ksiądz Bar­ton ze Świę­tej Kaś­ki - to jest wła­śnie ten czło­wiek.

A te­raz sie­dzia­łem na­prze­ciw nie­go bez­sil­ny i pa­trzy­łem, jak z pa­pie­ro­wą ser­wet­ką za­tknię­tą za ko­lo­rat­kę je ham­bur­ge­ra i sta­ran­nie ocie­ra ke­czup z ką­ci­ków ust. Słu­cha­łem, jak ła­god­nym to­nem za­pew­nia mnie - "by roz­wiać moje oba­wy" - że każ­da po­zy­cja w menu ma cer­ty­fi­kat Pół­noc­no­ame­ry­kań­skie­go Sto­wa­rzy­sze­nia Praw Czło­wie­ka, or­ga­ni­za­cji z sie­dzi­bą w Mont­re­alu, zaj­mu­ją­cej się kon­tro­lą li­nii za­opa­trze­nia. Obo­jęt­nie po­ki­wa­łem gło­wą.

- Aha - mruk­ną­łem do kub­ka z kawą. - Aha, do­brze. - Jak­by to mia­ło ja­kieś zna­cze­nie.

In­dia­na była "sta­nem czy­stych rąk", po­dob­nie jak więk­szość in­nych w kra­ju. Obo­wią­zy­wa­ło tu pra­wo za­ka­zu­ją­ce lo­ka­lom usłu­go­wym ser­wo­wa­nia ja­kich­kol­wiek pro­duk­tów po­cho­dzą­cych z Czwór­ki. Cała resz­ta, ci wszy­scy ka­na­dyj­scy au­dy­to­rzy li­nii za­opa­trze­nia, te wszyst­kie nie­za­leż­ne in­spek­to­ra­ty i cer­ty­fi­ka­ty "Wol­ny od okru­cień­stwa" - cóż, to tyl­ko mar­ke­ting. Wy­myśl­ne fra­ze­sy, ob­li­czo­ne na po­zy­ska­nie dat­ków przez an­ty­nie­wol­ni­cze or­ga­ni­za­cje non pro­fit. Ale ksiądz Bar­ton wska­zał swo­im chu­dym pal­cem na zło­tą pie­częć na moim ja­dło­spi­sie, jak­by to była ja­kaś na­gro­da po­cie­sze­nia. "Nie wy­zwo­lę two­jej uko­cha­nej z kaj­dan, bie­da­ku, ale mogę cię za­pew­nić, że nie byli w nie za­ku­ci lu­dzie, któ­rzy zbie­ra­li dla cie­bie po­mi­dor­ki".

Po skoń­czo­nym po­sił­ku Bar­ton wy­jął port­fel, a wte­dy wy­cią­gną­łem rękę i po­ło­ży­łem ją na jego dło­ni.

- Za­raz, za­raz. - Mój głos nie­co za­drżał. - Ja za­pła­cę.

- Och nie. - Ksiądz po­krę­cił gło­wą i nie cof­nął ręki, więc po­zo­sta­li­śmy w tej po­zie, jak­by to było dzie­ło sztu­ki: bia­ła dłoń na brą­zo­wym port­fe­lu, czar­na dłoń na bia­łej dło­ni. - Nie mogę na to po­zwo­lić.

- Niech ksiądz da spo­kój. - Spoj­rza­łem na nie­go zza oku­la­rów. - Chcę po­dzię­ko­wać za po­świę­co­ny mi czas, to wszyst­ko. To miło, że ksiądz po­świę­cił mi czas.

Bar­ton wy­pu­ścił po­wie­trze, lek­ko ski­nął gło­wą i po­wo­li za­brał rękę z tego na­sze­go sto­si­ku. Oto, co wte­dy my­ślał: "No już, daj temu czło­wie­ko­wi za­pła­cić - to bę­dzie dla nie­go pre­zent, po­czu­je, że coś zro­bił". Nie chcę, żeby to za­brzmia­ło, jak­bym był sza­lo­ny albo coś w tym sty­lu, ale wie­rzę, że cza­sa­mi mam tę dziw­ną moc. To zna­czy: czy­ta­nia w umy­słach. Nie czy­ta­nia kon­kret­nych my­śli, ale uczuć. Czy­ta­nia lu­dzi. Po­zna­wa­nia, co lu­dzie czu­ją.

Wy­cią­gną­łem z kie­sze­ni kurt­ki parę zmię­tych bank­no­tów, wy­gła­dzi­łem i po­ło­ży­łem na ra­chun­ku. Po­tem prze­su­ną­łem po sto­le kart­kę, po­pla­mio­ny ka­wa­łek ser­wet­ki.

- Ale pro­szę wziąć to. Tu jest mój nu­mer ko­mór­ki. Na wy­pa­dek, gdy­by ksiądz zmie­nił zda­nie.

Ksiądz Bar­ton wpa­try­wał się w kart­kę.

- Bar­dzo księ­dza pro­szę - po­wie­dzia­łem. - Niech ksiądz to weź­mie.

Wziął, pod­niósł się i po­pra­wił ko­lo­rat­kę, a ja przez uła­mek se­kun­dy nie­na­wi­dzi­łem tego czło­wie­ka, tego pew­ne­go sie­bie chłop­ca. "Je­stem orę­dow­ni­kiem Spra­wy... za­rów­no z per­spek­ty­wy za­sad, jak i wia­ry..." Idź do dia­bła, synu, po­my­śla­łem, tyl­ko przez mo­ment, przez krót­ki mo­ment. Z tym swo­im współ­czu­ciem dla mnie, z tą sztyw­ną ko­lo­rat­ką i ala­ba­stro­wy­mi po­licz­ka­mi. Idź do dia­bła. Nie po­wie­dzia­łem tego jed­nak. Nic w tym sty­lu. Nie pod­nio­słem gło­su ani nie ude­rzy­łem pię­ścią w stół. Gniew w ni­czym by nie po­mógł. Co naj­wy­żej zwró­cił­by uwa­gę tam­tych dwóch gli­nia­rzy, tego bia­łe­go o sze­ro­kim kar­ku i jego ro­ze­śmia­ne­go czar­ne­go part­ne­ra. Mo­gli­by tu przy­czła­pać tym cha­rak­te­ry­stycz­nym po­wol­nym po­li­cyj­nym kro­kiem, żeby za­py­tać księ­dza Bar­to­na, czy wszyst­ko w po­rząd­ku. A mnie - czy nie ze­chciał­bym na chwi­lę po­ka­zać pa­pie­rów, je­śli to nie pro­blem.

Prze­pro­si­łem, mó­wiąc, że mu­szę do to­a­le­ty, i czmych­ną­łem, le­d­wo nad sobą pa­nu­jąc.

Wi­dzia­łem kie­dyś w te­le­wi­zji pew­ne­go biz­nes­me­na, wła­ści­cie­la dru­ży­ny fut­bo­lo­wej ze Środ­ko­we­go Za­cho­du. Ów bar­dzo bo­ga­ty czło­wiek za­pew­niał o swo­ich abo­li­cjo­ni­stycz­nych po­glą­dach, jed­no­cze­śnie bro­niąc fak­tu, że wzmac­nia li­nię de­fen­syw­ną swo­jej dru­ży­ny o paru krzep­kich OP, ko­rzy­sta­jąc z nie­sław­nej za­sa­dy o "tym­cza­so­wym za­wie­sze­niu sta­tu­su". "Czy po­do­ba mi się ten sys­tem?" - py­tał, krę­cąc gło­wą, ubra­ny w gar­ni­tur za ty­siąc do­la­rów, z fry­zu­rą za stó­wę. "Oczy­wi­ście, że nie. Ale jed­no wam po­wiem: dla tych chło­pa­ków to oka­zja. A ja ich ko­cham. Sys­tem jest zły, ale ja ko­cham mo­ich chło­pa­ków".

Jak­że nie­na­wi­dzi­łem tego czło­wie­ka, kie­dy oglą­da­łem go w te­le­wi­zji, a księ­dza Bar­to­na w re­stau­ra­cji nie­na­wi­dzi­łem w ten sam spo­sób. Dla tego dziec­ka nie­wol­nic­two było grą, zu­peł­nie jak dla gład­kie­go wła­ści­cie­la klu­bu spor­to­we­go i dla wszyst­kich fa­nów fut­bo­lu, któ­rzy krę­cą no­sem na ze­spo­ły z czar­nej bran­ki, ale i tak co nie­dzie­la oglą­da­ją me­cze w za­ci­szu wła­sne­go sa­lo­nu. Dla ko­goś ta­kie­go jak ksiądz Bar­ton de­kla­ro­wa­nie nie­na­wi­ści do nie­wol­nic­twa było ła­twe. Nie tyl­ko ła­twe, ale i przy­dat­ne, za­spo­ka­ja­ją­ce - sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ce. No a poza tym strasz­li­we zim­ne mac­ki nie­wol­nic­twa ni­g­dy nie mo­gły go, oczy­wi­ście, do­tknąć bez­po­śred­nio.

Mój gniew pęcz­niał, a po­tem mi­nął, jak to zwy­kle z gnie­wem bywa. Kie­dy ksiądz obej­mo­wał mnie po­cie­sza­ją­co w drzwiach lo­ka­lu, kie­dy szedł do swo­je­go sa­mo­cho­du, kie­dy przy­sta­nął, żeby się obej­rzeć i spoj­rzeć na mnie za­tro­ska­nym wzro­kiem - do­kład­nie tak, jak prze­wi­dzia­łem, jak wie­dzia­łem, że zro­bi - jego spoj­rze­nie za­sta­ło mnie sto­ją­ce­go na pro­gu cał­kiem nie­ru­cho­mo, po­kor­ne­go, zła­ma­ne­go bó­lem. Zdją­łem oku­la­ry i po mo­ich znisz­czo­nych słoń­cem po­licz­kach po­wo­li, po­je­dyn­czo, cie­kły łzy. Kel­ner­ka wy­sta­wi­ła gło­wę, żeby mi przy­po­mnieć, że za­pa­ko­wa­ła na wy­nos resz­tę ko­la­cji, ale ja le­d­wo ją sły­sza­łem, tyle wy­sił­ku kosz­to­wał mnie ten wy­raz twa­rzy pe­łen roz­pa­czy.

Podziękowania

Przede wszyst­kim naj­ser­decz­niej dzię­ku­ję mo­jej żo­nie, Dia­nie Win­ters, i na­szym dzie­ciom, Ro­sa­lie, Ike'owi i Mil­ly. Ko­cham was.

To ta­kie szczę­ście, że moją agent­ką li­te­rac­ką jest Jo­ël­le Del­bo­ur­go - po­wier­nicz­ka i przy­ja­ciół­ka - i że mo­ich spraw na Za­chod­nim Wy­brze­żu pil­nu­je Sha­ri Smi­ley, a te­raz rów­nież Joel Be­glei­ter. To wła­śnie dzię­ki Jo­ël­le ta książ­ka tra­fi­ła do Mul­hol­land Bo­oks / Lit­tle, Brown - w do­bre ręce re­dak­to­rów Jo­shuy Ken­dal­la i Wesa Mil­le­ra. Ich wraż­li­wość i en­tu­zjazm mnie od­mie­ni­ły.

Wiel­kie dzię­ki wszyst­kim moim no­wym przy­ja­cio­łom z wszech­świa­ta Ha­chet­te: Re­agan Ar­thur, Pam Brown, Sa­bri­nie Cal­la­han, Be­no­wi Al­le­no­wi i ich ze­spo­łom. Wie­dzia­łem, że każ­da fir­ma, w któ­rej jest Mi­chel­le Aiel­li, to fir­ma dla mnie.

Je­stem bar­dzo wdzięcz­ny ar­ty­ście Oli­ve­ro­wi Mun­day­owi za pięk­ną okład­kę tej książ­ki.

W In­dia­na­po­lis po­mo­gło mi wie­le osób. Dzię­ku­ję moim stu­den­tom, ko­le­gom i przy­ja­cio­łom z pro­gra­mu MFA na Uni­wer­sy­te­cie Bu­tle­ra (na­zwa­ne­go na cześć za­ło­ży­cie­la uczel­ni, Ovi­da Bu­tle­ra, za­słu­żo­ne­go abo­li­cjo­ni­sty z In­dia­ny), po­ste­run­ko­we­mu Da­nie­lo­wi Ro­sen­ber­go­wi i jego ko­le­gom z Ko­men­dy Miej­skiej Po­li­cji In­dia­na­po­lis, Pau­lo­wi Ba­co­no­wi i jego ro­dzi­nie, Wil­mie Mo­ore z To­wa­rzy­stwa Hi­sto­rycz­ne­go In­dia­ny, Char­le­so­wi Har­ri­so­wi i jego ko­le­gom z Pe­er­less Pump, pro­fe­so­ro­wi An­twa­ino­wi Hun­te­ro­wi, rów­nież z Uni­wer­sy­te­tu Bu­tle­ra. Wy­ra­zy sza­cun­ku i wdzięcz­no­ści kie­ru­ję rów­nież do li­te­rac­kiej spo­łecz­no­ści w Indy, zwłasz­cza do Ośrod­ka Pi­sa­rzy In­dia­ny, Bi­blio­te­ki Pu­blicz­nej In­dia­na­po­lis oraz pra­cow­ni­ków i sym­pa­ty­ków Indy Re­ads.

Po­mo­gli mi rów­nież Ke­vin Ha­stie, Bro­oke Pier­ce, Ian "Gee" Chu i jego ku­zyn Dan, dok­tor Ja­son Or­gan, a w kwe­stiach pra­wa kon­sty­tu­cyj­ne­go pro­fe­sor Mor­ton Ho­ro­witz, któ­ry po­świę­cił mi dużo swo­je­go cen­ne­go cza­su.

Dzię­ku­ję wszyst­kim z Qu­irk Bo­oks z Fi­la­del­fii, szcze­gól­nie Ja­so­no­wi Re­ku­la­ko­wi, za skie­ro­wa­nie mnie na ścież­kę, któ­rą te­raz po­dró­żu­ję.

Choć po­trak­to­wa­łem jej bieg dość swo­bod­nie, rzecz­ka Po­gue's Run na­praw­dę ist­nie­je i na­praw­dę w więk­szo­ści pły­nie pod mia­stem. Dzię­ku­ję Stu­ar­to­wi Hy­at­to­wi za to, że za­po­znał mnie z jej ta­jem­ni­ca­mi. W In­dia­na­po­lis moż­na od­wie­dzić Mo­nu­ment Circ­le, ale nie ma tam po­są­gu Lin­col­na. Po­mnik Żoł­nie­rzy i Ma­ry­na­rzy, wznie­sio­ny po za­koń­cze­niu woj­ny se­ce­syj­nej, był pierw­szym tego typu mo­nu­men­tem w Ame­ry­ce ku czci zwy­kłe­go żoł­nie­rza.