Podziemna wojna. Genoboty - T. C. McCarthy

-
Proszę czekać

COPYRIGHT ? 2011 BY T.C. McCarthyCOPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2014COPYRIGHT ? for translation BY Małgorzata Koczańska, 2014

TYTUŁ ORYGINAŁU: Germline

WYDANIE I

ISBN 978-83-7574-683-9

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Niniejsza książka została opublikowana na mocy porozumienia z Little, Brown and Company, New York, New York USA.

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

PROJEKT OKŁADKI black gear / Paweł Zaręba

ILUSTRACJA NA OKŁADCE ? Steve Stone

REDAKCJA Michał Cetnarowski

KOREKTA Magdalena Byrska

SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ Dariusz Nowakowski

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabryka

 

01

STRZELANKA

Nigdy nie zapomnę tego zapachu: ludzkich odchodów, trupów i przetrawionego alkoholu - zapachu Nagrody Pulitzera.

Sierżant wyglądał na zaskoczonego, gdy sprawdzał moją przepustkę.

- "Stars and Stripes"? - Nie potrafiłem rozpoznać jego akcentu. Może nowojorski. - Będzie pan pierwszy.

- Pierwszy? To znaczy?

Zaśmiał się, jakbym zażartował.

- Pierwszy cywilny reporter załatwiony na linii frontu. Nikogo z prasy tam jak dotąd nie wypuszczono, nawet takich jak wy. Mamy sporo pancerzy, kocie. Wybierz coś dla siebie i pozapinaj guziki. - Wskazał na używane kombinezony leżące na stercie obok stosu podkładek pod pancerze. Potem odwrócił się do drzemiącego pod ścianą kaprala i zawołał: - Rusz się, Chappy! Mamy tu reportera, którego trzeba wyposażyć.

Zmęczenie. Pusty wzrok. Widziałem to już w Szym­kencie u żołnierzy wycofywanych z frontu co tydzień lub dwa - ledwie powłóczyli nogami, a pod oczyma mieli ciemne podkowy. Wyglądali jak przestraszone szopy. Chappy też tak wyglądał...

Otworzył jedno oko.

- Reporter?

- Tak. Ze "Stripes"...

- A gdzie pańska kamera?

Wzruszyłem ramionami.

- Żadnych zdjęć. Względy bezpieczeństwa. Mogę zbierać tylko materiały audio.

Chappy zmarszczył brwi, jakby podejrzewał, że ktoś, kto nie ma holokamery, nie może być prawdziwym reporterem, ale trwało to krótko. Wstał.

- No to będzie pan pierwszym reporterem na linii frontu. Chyba powinniśmy dać panu coś specjalnego. Jaki rozmiar?

Znałem swój rozmiar, więc mu podałem. W Stanach przeszedłem szkolenie, jak my wszyscy. W Pentagonie nazywano je Podstawowym Szkoleniem Bojowym, ale każda wzmianka na ten temat wywoływała tylko śmiech. Wszyscy śmiali się ze mnie albo za moimi plecami. Kot. Dzieciak. Kolejny cywil zbyt głupi, żeby zrozumieć, że wszystko jest lepsze niż Kaz, ponieważ ta ziemia, Kazachstan, to inny świat. Czyściec dla tych, którzy najmniej sobie zasłużyli, raj dla samobójców i niespodzianka dla kolesi z popieprzoną chemią mózgu, którym wydawało się, że warto tutaj zajrzeć. Przekonać się na własne oczy. A ci, co zaliczyli Podstawowe Szkolenie Bojowe, należeli właśnie do tej ostatniej grupy - CHCIELI tu przyjechać.

I byli to wyłącznie reporterzy.

- Masz coś naprawdę specjalnego. - Chappy podniósł kombinezon ze sterty i rzucił mi pod nogi, po czym podał hełm, na którym z tyłu ktoś wyrył: "Nie zapomnij o mnie albo rozwalę ci dupę". - Facet już tego nie potrzebuje, zginął, zanim zdążył się ubrać, dlatego zestaw jest w niezłym stanie.

Próbowałem nie myśleć o tym, co mi powiedział. Podniosłem kombinezon.

- Gdzie jest hangar OPB?

Chappy nie odpowiedział. Zdążył już znowu oprzeć się o ścianę i tym razem nie raczył nawet unieść powieki.

Parę minut trwało, zanim sobie przypomniałem. Flaki ściśnięte jak sardynki w puszce. Założenie kombinezonu nie było łatwe, przypominało zamykanie przepakowanej walizki, tyle że od środka. Najpierw podkładka, sieć rur i kabli. Jedna rura kończyła się elastycznym lateksowym kapturkiem, który wsuwało się na wiadomo co, a druga miała płaską zatyczkę (tę wysmarowano antyseptykiem) i zabawny pasek, który zapobiegał jej wysunięciu się z wiadomego miejsca. Alternatywą było taplanie się we własnych odchodach wewnątrz kombinezonu - powiedziano nam, że na linii frontu tkwi się w tym stroju całymi tygodniami.

Parsknąłem śmiechem, bo przyszło mi do głowy, że gdzieś na pewno są ludzie, którym ta zatyczka wcale by nie przeszkadzała. Mógłbym się o to założyć.

Podziemia rodzą niepokój. Nie widać skalnych odłamków, lecz wyczuwa się zwisający nad głową ciężar, od którego włos jeży się na karku. Ci, co tu służyli, modlili się o takie miejsca. Łatwo to zauważyć w Szymkencie.

Kiedyś, gdy spotkałem się z innymi reporterami w barze hotelowym, zobaczyłem komandosów prosto z frontu, szukających gorzały i panienek. Powarkiwali, więc kelner w pośpiechu próbował znaleźć im stolik na parterze. Spojrzeli na niego, jakby chciał ich zabić.

Nie nosili pancerzy - w Szymkencie było to zakazane - więc nie mieli żadnej ochrony przed czujnikami ciepła lub ruchu, a instynkt ostrzegał, że na powierzchni nic nie przetrwa zbyt długo. Nagle zaczęli zerkać za siebie. Żołnierze frontowi, którzy do tej pory myśleli, że przepustka oznacza powrót do bezpieczeństwa, jak jeden rozdygotany mąż przylgnęli plecami do ściany, żeby mieć pewność, że przynajmniej mają chronione tyły.

Kelner szybko zrozumiał swój błąd i poprowadził marines do spiralnych schodów wiodących w dół.

Żołnierze uśmiechnęli się i odetchnęli z ulgą, gdy jako pierwsi zajmowali stolik w piwnicznej sali. Ale nie ja. Pod ziemią grzebało się trupy. Znajdowały się tam również tunele i jeśli się zawaliły, gwarantowało to śmierć, na którą czasami trzeba było długo czekać. Nie sądziłem, że do tego przywyknę - klaustrofobia i w ogóle - ale nie miałem wielkiego wyboru. Chciałem na front.

Błagałem o ostatnią szansę na udowodnienie, że wbrew swoim nawykom potrafię pisać reportaże wojenne. Wydałem nawet przyjęcie w hotelu, gdy dowiedziałem się, że spośród zgłaszających się dziennikarzy jedynie mnie pozwolono pojechać w strefę wojny. Był tylko jeden problem: na froncie wszystko znajdowało się pod ziemią - wszędzie bardzo głęboko i piekielnie ciasno.

OPB, opancerzony pojazd bojowy, podskoczył na jakimś wykrocie w tunelu i drugi pasażer, sanitariusz, wyszczerzył się w uśmiechu.

- Bez jaj - rzucił. - Prawdziwy reporter?

Skinąłem głową.

- Jasne. Proszę sprawdzić. - Nie mogłem sobie przypomnieć jego nazwiska. Z jakiegoś powodu sanitariusz postanowił rozpiąć swój pancerz i wysunąć ramię, a przynajmniej to, co z niego zostało. Większość pokrywały blizny, wyglądało jak nadgryzione przez rekina.

- Fleszetki. Mógłby pan o tym napisać. Ma pan holokamerę?

- Nie. Zakaz filmowania.

Sanitariusz posłał mi takie samo spojrzenie jak Chappy: "Co z ciebie za reporter?". Wkurzyło mnie to trochę, bo dawno nie widziałem słońca i zaczynałem czuć się obco. Wskazałem na jego ramię.

- Mówisz, że to przez fleszetki? Myślałem, że są jak igły albo kolce jeżozwierza.

- Popy nie używają zwykłych fleszetek. Czasami smarują je psim gównem, a to naprawdę paskudztwo. Człowiek może dostać paroma i wyjść bez szwanku. Ale nie wtedy, gdy są wysmarowane magiczną maścią Baby Jagi. Przez Popa omal nie straciłem całej ręki.

- Popa?

- Od Popowa. Wiktora Popowa. Chodzi o jego Ruskich.

Wyglądał najwyżej na dziewiętnaście lat, ale mówił, jakby miał osiemdziesiątkę. Nie można się do tego przyzwyczaić. Nie do widoku o połowę ode mnie młodszych dzieciaków, które podczas rozmowy sprawiają wrażenie, jakby przez Boga i wojnę w ciągu roku postarzeli się o dziesięciolecia. Zawsze dają rady, jakby wiedzieli lepiej. I naprawdę wiedzą lepiej. Każdy, kto przeżył na pierwszej linii, wie o śmierci więcej, niż mnie udałoby się pojąć przez całe życie. Nie żeby mi na tym zależało.

I gdy tak siedziałem w OPB, na twarzy sanitariusza odmalował się znajomy wyraz z serii "Pozwól, że dam ci radę...".

- Niech pan się nie da zastrzelić, kocie - powiedział mi. - A jeżeli tak się stanie, pozostaje tylko jedno wyjście.

Turbiny zawyły, gdy pojazd skierował się w dół, więc musiałem krzyczeć:

- Tak? Jakie?

- Zrób to sam. - Przyłożył dwa palce jak lufę pistoletu do skroni, a potem uśmiechnął się szeroko, jakby to była najzabawniejsza rzecz pod słońcem.

Komandosi w zielonych pancernych kombinezonach odpoczywali pod zakrzywionymi ścianami tunelu. Wszystko zdawało się śliskie. Tłuste. Ceramiczne pancerze były tłuste, a ściany tunelu, wytopione przez termojądrowy świder, lśniły jak wnętrze pustej puszki po wodzie sodowej. Tłuste, tłuste... no, po prostu tłuste i już. Hełm wiszący przy pasie obijał mi biodro przy każdym kroku, przez co czułem się jak krowa z wielkim dzwonkiem, który przyciąga powszechną uwagę.

Co przede wszystkim zwraca uwagę na froncie? Wszyscy mieli brody. Oprócz mnie. Marines gapili się na mnie jak na gwiazdę filmową, kogoś zupełnie nie na miejscu, chociaż nosiłem pancerz sił podziemnych - niczym jeden z uczniów Wulkana. Nie leżał jednak zbyt dobrze, nie był wytarty w odpowiednich miejscach ani pozapinany jak trzeba, a przecież oni wszyscy doskonale wiedzieli, jak nosiłby to weteran. Zapytałem kiedyś w Szymkencie:

- Hej, żołnierzu, dlaczego wszyscy macie brody?

Uśmiechnął się i sięgnął do podbródka, ale zaraz ten uśmiech zniknął, gdy komandos zdał sobie sprawę, że właśnie się ogolił. Rozejrzał się nawet, jakby szukał swojego zarostu, jakby zgubił tę brodę czy coś.

- Bo zarost chroni przed otarciami - wyjaśnił. - Próbował pan kiedyś spać albo jeść z hełmem zapiętym na podbródku dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu?

Nie próbowałem. Na początku wojny Trójka wymagała, aby marines golili twarze i głowy przed wyjściem na przepustkę. Chodziło o to, żeby nie złapali wszy poza linią frontu. Ale tutaj, pod ziemią, kudły były tylko własnością żołnierzy i stanowiły poduszkę między skórą a wizjerem hełmu, który przylegał ciasno, ale nigdy wystarczająco dobrze, i zostawiał pęcherze na każdej ogolonej gębie.

Brak brody czynił mnie wyjątkowym.

Kapitan złapał mnie za ramię.

- Kim pan jest, u diabła?

- Wendell. "Stars and Stripes", cywilny pracownik Departamentu Obrony.

- Nie do wiary. - Kapitan w pierwszej chwili się zdziwił, zaraz jednak uśmiechnął. - Do kogo pana przydzielono?

- Do Drugiego Batalionu pod dowództwem Bakera.

- Czyli do nas. - Klepnął mnie w plecy, po czym odwrócił się do swoich ludzi. - Słuchajcie! To Wendell, reporter z zachodniego świata. Ma nam towarzyszyć na froncie, więc jeżeli będziecie mili, może was sfilmuje i pokaże w wiadomościach.

Nie miałem serca po raz kolejny wyjaśniać, że zabrano mi kamerę, a przy okazji, och, spędziłem większość czasu na takim haju, że ledwie mogłem sklecić jakąś historyjkę.

- Kapitanie - zapytałem tylko - dokąd idziemy?

- Prosto w objęcia nudy. Przyjechał pan w samą porę. Chodzą słuchy, że Popow jest zbyt zmęczony na atak, a my nie zamierzamy go prowokować. Utniemy sobie drzemkę tuż na zachód od Pawłodaru, jakieś trzy, cztery kilometry na północ stąd. Sporo skał między nami a magmą.

W hangarze OPB widziałem mnóstwo cywilnego sprzętu wydobywczego. Wydawał się nie na miejscu i zastanawiałem się, po co go tutaj przywleczono. Świdry termojądrowe, rury, konwektory, wszystko pomalowane na pomarańczowo i z czarnymi paskami. Ktoś próbował je ukryć pod warstwami siatki maskującej - zupełnie jak nastolatek, który stara się schować towar, na wypadek gdyby matka nie dała się nabrać na argument: "Nie biorę narkotyków, więc nie trzeba przeszukiwać mi pokoju".

- Co ze sprzętem w hangarze? Tym do prac górniczych? - zapytałem.

Paru żołnierzy, którzy żartowali obok, zamilkło. Kapitan rzucił mi groźne spojrzenie.

- Jakim sprzętem?

- Tym na tyłach hangaru. Wygląda na cywilne wyposażenie do robót górniczych.

Nie odpowiedział, tylko odwrócił się i ruszył na czoło kolumny.

- Trzymaj się blisko, człowieku. Nie wrócimy po ciebie, jeśli się zgubisz.

Miny. Słowa były jak miny. Nie należałem do rodziny, nie byłem nawet znajomym żadnego z nich, a moje doświadczenie frontowe ograniczało się jak dotąd tylko do zaczepiania żołnierzy, kiedy schodzili z pak transportowców w Szymkencie, w nadziei, że zrobię krótki wywiad, którym zapewnię sobie stały kontrakt. "Hej, poruczniku, jak tam jest? Zostawił pan kogoś w domu, kogo chciałby pan pozdrowić?" Ich spojrzenia mówiły wszystko. Jakby zdawali się pytać: "Skąd się tu wziąłeś, chłopie?". Pochodziliśmy z różnych światów, a w Szymkencie żołnierze wkraczali do mojego, gdzie o artylerii plazmowej i autonomicznych dronach do ataków naziemnych mówiło się otwarcie - z kpiną i bez strachu - żeby pokazać seksownej dziennikarce, która właśnie przyjechała do Kazu, że wiesz więcej od niej, ale jeżeli zdejmie te bawełniane majteczki, podzielisz się wszystkim. Także sobą. Teraz jednak znalazłem się w ich świecie, świecie żołnierzy, gdzie albo nauczysz się miejscowych zwyczajów, albo zginiesz. A ja nie znałem nawet języka, jakim do siebie mówili.

Gdyby kapral marines nie wyjaśnił mi, o co chodzi, nigdy bym na to nie wpadł.

- Hej, ty, reporter! - Zrównał się ze mną w marszu. - Nigdy więcej nie wspominaj o tym gównie.

- Czyli o czym?

- O tym sprzęcie górniczym. Nie przysyła się go, chyba że planujemy kolejny atak, żeby odbić kopalnię. Jeżeli nam się uda, pojawiają się inżynierowie i wykopują, ile się da, zanim Ruski uderzą i przejmą stanowiska wydobywcze. Wte i wewte, tak to działa.

W Kazie znajdowały się kopalnie wszelkiego rodzaju, metali rzadkich i odkrywkowe. Najgorsze były te metali rzadkich, ponieważ nie wolno ich było wysadzać, przechodziły tylko z rąk do rąk, zbyt cenne i kuszące, żeby się ich definitywnie pozbyć. Metale. Kiedyś będziemy wydobywać je w kosmosie, ale na razie transport stamtąd był zbyt drogi. Dlatego gdy tylko ktoś znalazł źródło surowców, zwykle głęboko pod ziemią, wszyscy rzucali się do wydobycia. O metale warto było się bić, a ich cenę liczono we krwi i fleszetkach. Kazachstan dobitnie o tym świadczył. Właśnie o to toczyła się gra, o metale rzadkie, zwłaszcza ren. To z ich powodu tutaj byliśmy.

Widziałem kiedyś stary film w jakiejś galerii sztuki. Animowany, kreskówka, której tytułu nie mogę sobie przypomnieć. Jednak piosenki z tego filmu nigdy nie zapomnę, jeden wers mówił wszystko: "Ufaj w heavy metal". Ten, kto napisał te słowa, musiał przewidzieć Kaz i przejrzeć go na wylot.

Musiałem się wybić. Skierowanie na front załatwił stary, ustawiony przyjaciel, który ulitował się i dał ostatnią szansę dawnemu Oscarowi, nie temu obecnemu, który wiele obiecywał, ale nie potrafił nawet sklecić zdania, jeżeli wcześniej się nie nawalił. Przeczuwałem, że i to spieprzę, ale nie zamierzałem przy tym zginąć.

Moja pierwsza strzelanina trwała trzy dni. Byłem tak przerażony, że zapomniałem o pracy, nawet nie włączyłem nagrywania, a słowo "Pulitzer" stało się pustym dźwiękiem. Trzy dni siedzenia na tyłku i przyglądania się weteranom, żeby się nauczyć czegoś, co pomoże mi uniknąć śmierci - albo przynajmniej wyjaśni, czemu tak bardzo chciałem dostać się na front - oraz ciągłego zastanawiania się, co wcześniej doprowadzi mnie do obłędu: kamienie sypiące mi się na hełm, brak narkotyków czy klaustrofobia. Życie w puszce.

W kombinezonach znajdowały się głośniki i mikrofony pozwalające rozmawiać bez używania radia, ale nigdy dotąd nie zdawałem sobie sprawy, jak ważne jest, żeby widzieć rozmówcę. Odczytywać wyraz jego twarzy. Przez kombinezony nie dało się dostrzec nawet skinienia głową czy wzruszenia ramionami. To przecież nie miało militarnego znaczenia.

Wół, kapral, który wytłumaczył mi sprawę ze sprzętem górniczym, pochodził z Georgii. Był dużym facetem. Wielkim jak czołg.

- Nie cierpię kurczaka z curry - oznajmił. Odłączył tubkę z jedzeniem od małej membrany przy swoim hełmie i rzucił opakowanie na ziemię. - Chce się ktoś zamienić?

Miałem parę racji żywnościowych, które dostałem jeszcze w Szymkencie od Francuzów. Podałem mu jedną.

- Cholera, co to jest? Nie mogę odczytać.

- Bo to po francusku. Łosoś duszony w winie.

Wół rozerwał saszetkę podgrzewacza na dnie opakowania. Kiedy jedzenie zrobiło się ciepłe, podłączył tubę i wycisnął. Przysiągłbym, że widziałem, jak wytrzeszcza oczy, a na jego twarzy maluje się wyraz, jakby chciał powiedzieć: "Kurwa, niemożliwe".

- Gdzie to dostałeś?

- W Legii Cudzoziemskiej.

Wół wycisnął znowu tubę i nie przestał, dopóki nie opróżnił opakowania i nie zamienił go w zgniecioną kulkę.

- Nie do wiary, kurwa. Francuzi jedzą tak codziennie?

Skinąłem głową, ale zaraz przypomniałem sobie, że kapral tego nie zauważy.

- Tak. I mają nawet trunki w swoich racjach żywnościowych. Wino.

- Wszystko jasne - stwierdził Wół. - Chyba wyskoczę na samowolkę i zaciągnę się do Legii. A ty, kolego, jesteś mile widziany w moim tunelu.

I tak po prostu zostałem przyjęty do stada. Byłem swój.

Od czasu do czasu Rosjanie wysyłali penetratory głębinowe i pod koniec drugiego dnia jeden z nich eksplodował. Wybuch wyrwał spory głaz, który zmiażdżył dwóch żołnierzy. Ich kumpel, szeregowiec siedzący obok, został obryzgany kawałkami ciała i kości, wyciśniętymi z pancerzy zabitych jak ropa z wielkiego pryszcza. Facet zaczął wrzeszczeć i nie przestał, dopóki sanitariusz nie wstrzyknął mu uspokajacza, ale potem i tak kołysał się, powtarzając: "Nie mogę znaleźć swojej twarzy". W końcu kapitan kazał go uśpić, związać i zanieść do tunelu na tyłach, skąd potem będzie można go zabrać.

- Dobrze, że go zabrali - stwierdził Wół.

Podciągnąłem kolana do piersi.

- Dlaczego?

- Bo już chciałem go załatwić.

Na chwilę wszystko wróciło do normy. Stłumiony łomot magmy wstrząsał sklepieniem, woreczki kombinezonów otwierały się automatycznie i odchody spadały byle gdzie, ponieważ większość żołnierzy była zbyt przerażona lub leniwa, żeby chodzić w wyznaczone miejsce. Pod ziemią to akurat stanowiło normę.

Jedyną wadą planu kapitana było to, że uśpiony szeregowiec ocknął się i znowu zaczął swoje. W słuchawkach hełmów wciąż słyszeliśmy, jak krzyczy, że nie może znaleźć swojej twarzy, z okazjonalnymi przerywnikami typu: "Te chuje mnie zostawiły".

Wół podniósł karabinek i wycedził:

- Już nie żyje.

Na szczęście dla Woła i szeregowca sanitariusz był blisko wyjścia z tunelu i zerwał się pierwszy, żeby wyłączyć komunikator szaleńca.

Wiedziałem, co ten szeregowiec miał na myśli. Wół także, i na tym właśnie polegał problem - nikt nie chciał tego słyszeć, nikt nie życzył sobie przypominania, że żaden z nas nie może znaleźć swojej twarzy. Sam zaczynałem się zastanawiać, czy jeszcze jakąś mam, ponieważ nie mogłem jej dotknąć. Myślałem, czy nie została w hotelu w Szymkencie i czy jakiś pół-Mongoł nie ukradł jej, bo zapomniałem zostawić na tyle duży napiwek na poduszce, żeby taka kradzież się nie opłacała. Musiałem znaleźć swoją twarz, wiedziałem, że przecież gdzieś tu jest; dotknąłbym jej, gdybym tylko na chwilę zdjął hełm.

Pod koniec trzeciego dnia strzelanina ustała. Usiadłem w milczeniu i przyglądałem się marines. Czułem się jak nieproszony gość, który nie wie, jakiego widelca użyć do obiadu, ale woli się nie odzywać z obawy, że wyjdzie na głupca.

Zostawiłem swój sprzęt w hotelu, nie myślałem, że tak długo będę się musiał obywać bez dawki, a teraz ogarniały mnie dreszcze i zimno, ostrzeżenie, że jeżeli szybko czegoś nie wezmę, zrobi się nieprzyjemnie. Nikt się jednak nie ruszał. Wszyscy zastygli w bezruchu i ciszy, od czasu do czasu przerywanej tylko trzaskiem sprawdzanej broni i pancerzy. Potem kapitan wskazał czterech najbliższych żołnierzy. Wstali i ruszyli powoli do drabiny, po czym zniknęli w otworze na suficie.

- Dokąd poszli? - zapytałem.

Wół chyba po raz setny sprawdził swój karabinek.

- Warta na powierzchni.

- Po co?

- Bo Pop jest przebiegły. Czasami, gdy nie ma wymiany ognia, próbuje się przemykać górą.

Zadrżałem od mentalnego wiatru, który zwiastował ponure myśli. Nie ma mowy, żebym poradził sobie z tym gównem - nie byłem przygotowany. Nie na to się pisałem, niech ktoś inny napisze reportaż z pola bitwy. Moje następne pytanie dowiodło mnie i reszcie, jaki ze mnie przerażony żółtodziób.

- A co z botami wartowniczymi? Podobno radzą sobie ze wszystkim na powierzchni?

Wół parsknął śmiechem.

- Pop potrafi rzucać czary na swojej ziemi, a Kaz to właśnie jego ziemia. Boty wartownicze nie zawsze działają.

- No, dawaj, reporterze - odezwał się Wół. - Chcesz temat, to dam ci temat.

Nadeszła jego zmiana warty, więc z dwoma kumplami, Burgerem i Snyderem, ruszyli do drabiny. Przywołał mnie skinieniem ręki. Zaschło mi w ustach, nie pamiętałem nawet, jak zmusiłem nogi do ruchu, a jednak oto stanąłem przed drabiną. Wiedziałem doskonale, jak czuli się marines - tamci, którzy woleli zjeść obiad w podziemiach mojego hotelu. Nie wychodzi się na górę, tak się nie robi. Tam, na górze, wszystko może się zdarzyć, podczas gdy reszta oddziału będzie daleko, głęboko w dole, niezdolna pomóc i po prostu zadowolona, że nie padło na kogoś z nich.

Miałem wrażenie, że nogi odmawiają mi posłuszeństwa i nie chcą się poruszyć; niemal odseparowały się od reszty ciała i stawiały opór przed zrobieniem choćby kroku w stronę niebezpieczeństwa. To było popieprzone. Wiedziałem o tym. Wół też to wiedział. I kapitan. Nawet facet, który nie mógł znaleźć swojej twarzy, on też to wiedział, jednak wszyscy poza tym szaleńcem starali się udawać, że nic się nie dzieje i jest cool. Normalka.

- Chodź - powtórzył Wół.

Kiedy podszedłem do szczebli drabiny, kapitan mnie zatrzymał.

- Poczekaj chwilkę. - Zabrał karabinek Maxwella od najbliższego marine, zdjął ładownicę z pancerza młodziaka, po czym założył mnie. Karabinek wydawał się ciężki, przerzuciłem go przez ramię.

- Każdy, kto idzie na górę, to świr - wyjaśnił mi kapitan.

- Jestem reporterem, kapitanie. Nie sądzę, żeby wolno mi było nosić broń.

Podczas przerwy w strzelaninie zdjął hełm i teraz się uśmiechnął.

- Przysłano cię z Departamentu Obrony. Cywil, który chciał zobaczyć to gówno, tak?

Skinąłem głową.

- No to masz, co chciałeś. Proszę... - Poprawił mi hełm na głowie, przeciągnął pasek mocujący przez metalową klamrę. - Gdy się idzie na górę, trzeba się pozapinać. I tyle.

Kiedy dogoniłem resztę, zdążyli wspiąć się po drabinie i dojść do windy w szybie górniczym około stu stóp powyżej głównego tunelu. Wół ze śmiechem wskazał na mój karabinek.

- Wiesz przynajmniej, jak z tego strzelać?

Ledwie mogłem mówić. Dotąd nie wiedziałem, że ślina jest tak ważna.

- Tak, strzelałem z jednego na szkoleniu.

- No to jazda - rzucił Snyder i winda ruszyła z szarpnięciem.

Kabina klekotała. Zastanawiałem się, jak często ta winda jest używana. Pamiętałem to ze swojego dawnego reportażu o podziemnej akcji w Nevadzie, gdzie zawały szybów i podziemne eksplozje były tak częste, że ratownictwo górnicze wydawało się zajęciem niemal nudnym, niewartym wzmianki w mediach. Co za ironia.

Winda była przerobioną platformą ratowniczą: dwie połączone klatki, które mogły pomieścić czterech ludzi, jednak nie spełniały już swojej roli - nie wywoziły pasażerów jak najdalej od niebezpieczeństwa, lecz rzucały ich prosto w paszczę lwa. Na froncie można znienawidzić nawet zwykłe przedmioty. Każde drgnienie i wstrząs sprawiały, że chciałem się wyrwać, rozerwać żółtą drucianą klatkę i wrzeszczeć, bo przecież to nie miała być winda wioząca ludzi na śmierć. Wiedziałem, po prostu wiedziałem, że ta przeklęta rzecz tylko się z tego śmiała. Jak sierota. Ulicznik, który świetnie wyuczył się sztuki przetrwania w warunkach, w jakich musiał dorastać, i wiedział, jak przeżyć - naszym kosztem.

Dotarcie na górę zajęło nam prawie godzinę i musieliśmy przejść przez trzy różne szyby, zanim znaleźliśmy się u celu. Poprzednia warta już czekała. Nie powiedzieli ani słowa, tylko przepchnęli się do windy, żeby wrócić do łona Matki Ziemi, podczas gdy my staraliśmy się wychodzić jak najwolniej. Trzeba było wspiąć się na jeszcze jedną drabinę, kolejne sto stóp w górę, zanim dotarło się do punktu obserwacyjnego.

Kiedy tam doszliśmy, musiałem zmrużyć oczy przed jaskrawym światłem, jasnobłękitnawym blaskiem, który o wszystkim mi przypominał, zwłaszcza o tym, że istnieje życie na powierzchni, pod czymś, co nazywa się słońcem. Padał śnieg. Jesień musiała uciec, gdy znajdowałem się w tunelach, a zima opanowała świat i otuliła białym całunem.

Nigdy nie widziałem pola bitwy. Nie spodziewałem się, że będzie takie... czyste. Wyczuwało się rumowisko, ale nie można go było dostrzec pod dwoma stopami dziewiczego śniegu. Powierzchnia zdawała się równa i płaska, hulał po niej jedynie wiatr. Wojna zniknęła. A jednak pozostało napięcie, przeczucie zagrożenia pod skórą - wiadomo, że nieważne jak spokojna wydaje się okolica, tutaj człowiek jest niechroniony i wystawiony na cel, istnieją więc powody do strachu. Z posterunku, betonowego ­bunkra ledwie wystającego nad rumowisko, mieliśmy pełny widok - trzysta sześćdziesiąt stopni - na teren rozciągający się za czterema wąskimi oknami ze szkłem grubym na trzy stopy.

Przycisnąłem nos do najbliższej szyby i spojrzałem na północ. Zamarłem zahipnotyzowany. Gdzieś tam był Popow i też nas obserwował, a ja chciałem go zobaczyć. Właśnie jego. Wiedziałem, że istnieje określenie na takich jak ja, ale mózg mi przestał działać, odkąd znalazłem się na froncie. Zawiesił się. Zapętlił na ucisku w dołku, szmerze oddechu wewnątrz hełmu i marzeniach, że znowu znajdę się na topie w mediach. Słowa zaczęły powracać do mnie, gdy gapiłem się na ośnieżone pole, słowa, które opisywały takich jak ja: "podglądacz", "widz". "Fan Pulitzera". "Tchórz".

Wół zdjął hełm. Aż się zakrztusiłem z zaskoczenia.

- Co robisz?

Roześmiał się, a pozostali dwaj również zdjęli hełmy. Następnie przesłony wizyjne. Wół i Snyder ostrożnie rozpięli kolejne kable, które łączyły komunikatory i gogle z kombinezonem. Burger nie zdjął przesłony. Z powodu gogli wyglądał zabawnie, przypominał robaka w wielkich zielonych okularach ze szkłami jak denka od butelek. Wyszczerzył się do mnie.

- Kocie, zaraz przejdziesz inicjację i dołączysz do towarzyszy broni. Pierwszy reporter na froncie. Pierwszy reporter na cyku.

Usiadł przy północnym oknie i wbił wzrok w dal.

- Chodź tutaj - zakomenderował Wół. Kiedy usiadłem obok niego, zdjął mi hełm i pomógł odłączyć przesłonę.

- Co z czujnikami Ruskich? - zaniepokoiłem się.

- Nie ma strachu. - Wskazał dwa światełka na podłodze, jedno zielone, jedno czerwone. Zielone się paliło. - Zielone znaczy w porządku. Porządne zamknięcie, więc nie można wykryć naszego ciepła, nawet jeżeli się porozpinamy. W tym pomieszczeniu nie musimy się maskować.

Snyder wyjął z zasobnika przy pasie małą puszkę i otworzył ją, podważywszy wieczko palcem. Miał niewiarygodnie żółte zęby.

- Życie nie jest złe - mruknął.

Wół parsknął śmiechem, wyciągnął ze swojego zasobnika niewielki odtwarzacz i włączył go. Nie do wiary. Dawna muzyka ze starego świata, rock. Nikt tego już nie słuchał, może poza mną, ale gdy tak siedziałem, wydawała się... na miejscu. Nie znałem tych mężczyzn i rzadko ich rozpoznawałem na dole, w tunelach, ponieważ przez większość czasu byliśmy zamknięci w kombinezonach bojowych. Tak naprawdę rozmawiałem tylko z Wołem. Ale słuchałem i obserwowałem wszystkich. Mieli ten sam wyraz twarzy i nie przypominał on tego, jaki widziałem u żołnierzy, którzy dostali przepustkę na tyły. Tutaj był to wyraz twarzy bardziej surowy, stężone rysy i spojrzenie zaszczutego zwierzęcia, które nie znikało nawet wtedy, gdy się uśmiechali. Zawsze wypatrywali oznak zagrożenia, zawsze zerkali we wszystkie strony.

Snyder był jeszcze dzieciakiem i zdaje się, że pochodził z Jamajki. Jak pozostali zapuścił brodę, ale rosła mu nierówno i wyglądała, jakby tu i tam wyrwano kępki włosów.

- Co to jest cyk? - zapytałem.

- Cyk? - Snyder zastanawiał się prawie minutę. - Taki myk.

Wół wyjął i otworzył puszkę. Wziął szczyptę zawartości, która wyglądała jak brudna ziemia, i wsunął sobie pod dolną wargę.

- To tytoń. Ale dodajemy do tego specjalny składnik, pigułki uspokajające.

- Pigułki uspokajające?

- Nielegalne gówno - wyjaśnił Snyder. - Podaje się je gentom, żeby nie świrowały, tylko walczyły i zachowały siły.

- Genty? - drążyłem. - Genetycznie zmodyfikowani?

Ox rzucił puszkę Burgerowi, który powtórzył rytuał i przekazał ją Snyderowi.

- Po dwóch latach służby genty wariują, robią się niestabilne umysłowo. Początkowo niczym ich nie faszerowano, ale parę oszalało, wystrzelały cały batalion podczas natarcia na północ od Abbasu. I wtedy wprowadzono uspokajacze.

- Z czego to jest?

- Mieszanka haloperidolu, fentanylu i jakiś rodzaj amfy. W dawkach, które powaliłyby słonia. Dostaliśmy trochę od zaprzyjaźnionego sierżanta z zaopatrzenia, gdy ostatnio byliśmy na przepustce. Trzeba rozgnieść pigułki, zmieszać z tytoniem i jazda. Cyk. Na froncie nie można palić, bo filtry powietrza by padły, gdyby każdy dymił, a żaden człowiek nie zniesie dawki leku jak dla genta. Przez kombinezon nie można też sobie nic wstrzyknąć, chyba że się jest sanitariuszem. Dlatego mieszanie uspokajaczy i tytoniu pozwala nam zachować zdrowe zmysły i zobaczyć wojnę w nowej perspektywie. - Snyder skończył i podał mi puszkę.

Popatrzyłem podejrzliwie na ulepszony tytoń. Nie dlatego, że nie chciałem spróbować - pragnąłem tego najbardziej na świecie - ale dlatego, że nie wiedziałem, czy opanuję drżenie palców na tyle, by utrzymać towar w ręku. Gdy na chwilę drżenie ustało, wziąłem odrobinę.

- Tylko nie połykaj - ostrzegł Snyder. Uniósł palec i splunął na podłogę. - Wypluj.

Miło i przyjemnie, same uśmiechy. Wszystko poszło gładko i przysiągłbym, że czułem zapach śniegu pomimo smrodu naszych ciał. Muzyka zrobiła się głośniejsza. Chwilę trwało, zanim dotarło do mnie, że zniknął strach - znikła nawet wojna - i pozostała tylko muzyka. Widziałem, jak sączy się z głośników. Zacząłem chichotać i nie mógłbym przestać, nawet gdybym chciał. Już miałem połknąć, ale Wół w porę mnie powstrzymał. Jego głos dobiegał z daleka, powoli, bardzo powoli.

- Wypluj.

- Jak się nazywasz? - pytał Snyder.

Nie pamiętam, czy mu powiedziałem, ale chyba nie mogło być inaczej.

- Oscar Wendell? - powtórzył Wół. A potem on i reszta parsknęli śmiechem. - Nie, nie, nie! Cholera, nie! Damy ci nowe imię, imię wojenne, bo narodziłeś się na nowo, synu Kazu. Oscar Wendell będzie teraz znany jako Skaut.

- Skaut?

- No, Skaucie - oznajmił Snyder - witaj w radosnej kompanii zielonych braci. Teraz nie ma już odwrotu, nie można zrobić nic, tylko czekać i strzelać.

No to czekaliśmy. Na zmianę. Gdy to wspominam, uświadamiam sobie, że byłem wdzięczny za narkotyki, za dystans, jaki mi dawały, za otulający mnie kokon, który filtrował rzeczywistość i trzymał z dala od wszystkiego, co paskudne. Wydawało się, że nic się nie dzieje, że to tylko sen.

Dwie godziny później śnieg przestał padać; pole okryła dodatkowa stopa białego puchu. Pełniłem wartę z Wołem. Biel przeszkadzała w koncentracji i musiałem co parę sekund zamykać oczy, żeby nie mieć zawrotów głowy. Chociaż dawno już wyplułem cyk, jego działanie nadal się utrzymywało - łagodził napięcie, ale rozmazywał mi wzrok i zakłócał poczucie czasu. W oddali coś się poruszyło. Przypominało kamień, który wtopił się w rumowisko, a potem podniósł w nowym miejscu, już nieco bliżej. Kiedy to się powtórzyło, powiedziałem o tym Wołowi.

- Zapinać się - rozkazał Wół. Nastrój zmienił się w okamgnieniu.

Palce Woła i pozostałych marines śmigały, gdy opuszczali przesłony wizyjne i wciskali kable do gniazdek. Gdy Snyder wyłączył muzykę, zapadła śmiertelna cisza. Musiałem tylko założyć hełm, a i tak byłem ostatni.

- Wymiana powietrza.

Snyder wcisnął przełącznik i usłyszałem syk. Patrzyłem, jak na wskaźniku na panelu mojego hełmu temperatura gwałtownie spada. Zatrzymała się na pięciu stopniach poniżej zera. Burger otworzył ambrazurę pod oknem i wsunął tam lufę swojego granatnika, a na podłodze zielona lampka zgasła i zapaliła się czerwona. Wół i Snyder również wsunęli lufy w otwory strzelnicze i gestem nakazali, abym zrobił to samo. Wcisnąłem karabinek w wąską szczelinę pod oknem. Z trzaskiem obijał się o ścianki, tak drżały mi ręce.

- Kontakt - głos Woła z radia zatrzeszczał mi w słuchawkach. - Współrzędne Foxtrot, Uniform, jeden, sześć, pięć, trzy, pięć, zero.

Kapitan odpowiedział. Jego głos brzmiał surrealistycznie, karykaturalnie zniekształcony, jakby dowódca mówił z zatkanym nosem. Roześmiałbym się, gdyby nie panujące wokół napięcie.

- Przyjąłem. Brak wsparcia artylerii, strzelać bez rozkazu, boty wartownicze dają zielone światło. Powtarzam, zielone światło.

Intruzi podkradali się coraz bliżej. Prawie nie można ich było zauważyć i gdybym nie wiedział, na co patrzeć, mogliby się podczołgać mi pod nos, setki białych wybrzuszeń zbliżających się w długim szeregu tak powoli, że wydawały się niemal nieruchome. Tryb maskujący. I nasze, i ich kombinezony powlekała reaktywna polimerowa powłoka podłączona do wewnętrznych komputerów i zasilania. Wykrywała ona i przybierała barwy najbliższego otoczenia - jak skóra kameleona. Właśnie dlatego intruzów tak trudno było wypatrzyć. Widok przypomniał mi, jak Wół opisywał nieprzyjaciela. Upiorni. Popow był duchem.

- Dlaczego poruszają się tak powoli? - zapytałem.

- Przez nasze boty wartownicze - mruknął Wół. - Boty potrafią wykryć ciepło, ale kombinezon je maskuje. Pozostaje więc wykrywanie ruchu i kształtu, ale kiedy się włączy drugą skórę, porusza się powoli i tuż przy ziemi...

- Przebiegłe małe skurwysyny - wtrącił Snyder.

Potrząsnąłem głową, próbując się skoncentrować.

- Jak powoli?

- Jakieś dwie stopy na minutę, gdy znajdują się w naszej strefie bezpieczeństwa - wyjaśnił Burger.

Dwie stopy na minutę. Na zewnątrz. Gdy przebywa się na zewnątrz, kiedy przejdzie seria plazmowa, następuje natychmiastowe spalenie na wiór. Widziałem ciała i spłaszczone wraki samochodów w Taszkiencie, czułem niesiony wiatrem smród. Ceramika stopiła się w temperaturze plazmy, a zwłoki przypominały odłamki skał.

Przeciwnicy przyszli ze swoich linii prawie trzy kilometry stąd. Powoli. Co znaczyło, że przebywali na zewnątrz prawie przez cały dzień, chociaż groził im ostrzał plazmowy, mróz czy cokolwiek innego. Takie poświęcenie oznaczało, że kimkolwiek są, naprawdę chcą nas zabić. Co takiego im zrobiliśmy?

- Chyba się zaraz porzygam - oznajmiłem.

- No to lepiej miejmy to za sobą - rzucił Wół. - Burger.

Z prawej rozległy się niskie trzaski, gdy Burger uniósł i opuścił granatnik, obrócił lufę w prawo i w lewo, posyłając śmiercionośne jaja na zbliżającą się tyralierę. Posterunki na naszych skrzydłach musiały otworzyć ogień w tej samej chwili, ponieważ kilkaset metrów dalej nad śniegiem od strony rzeki Irtysz wystrzeliły oślepiające rozbłyski, a zaraz potem pojawiły się kolejne z naprzeciwka.

Wielkie natarcie, pomyślałem. Tysiące rozbłysków. Pociski Burgera - na zmianę żel zapalający i fleszetki - topiły lub przebijały wszystko, w co uderzyły. Rosjanie zareagowali błyskawicznie. Zbliżające się oddziały zerwały się z ziemi i natarły na nasz bunkier. Widać było tylko smugi pocisków w rozrzedzonym powietrzu.

- Prawie, prawie... - powiedział Wół. - Teraz.

Roboty strażnicze włączyły się z piknięciem, gdy tylko pojawiły się ruchome cele w zasięgu. Metalowe słupy wysunęły się z tub wkopanych w ziemię wzdłuż linii frontu i zaczęły siać fleszetkami wybuchowymi. Strzelały seriami niczym anioły zemsty, pobierając amunicję z magazynów w bunkrze głęboko pod ziemią.

- Strzelaj, Skaut! - nakazał Snyder. - Na co czekasz, stary?

Nie miałem czasu na zastanawianie się. Nie zdążyłem nawet pomyśleć: "Chwila, zaraz, mam strzelać do ludzi, których wcale nie znam?". Przynajmniej nie wtedy. Takie myśli pojawiły się później, w koszmarach nocnych. I dziennych.

Gdy tylko dotknąłem palcem spustu, w moich goglach zapaliła się zielona siatka celownicza, usłyszałem też brzęk fleszetek, gdy z giętkiego pasa wsuwały się do magazynka broni. Nic nie czułem. Nawet odrzutu. Magnesy w lufie wciągały i wystrzeliwały fleszetki, widziałem tylko cienkie czerwone smugi - w każdym pocisku znajdowało się odrobinę fosforu, który zapalał się przy zetknięciu z powietrzem. Wtedy miałem już czas na myślenie. Czas, żeby pomyśleć, jakie to piękne, niczym fajerwerki. Parę sekund później nie było już celów i boty strażnicze wsunęły się powoli do swoich kryjówek. Ciężko dysząc, wbijałem wzrok w horyzont, szukając czegoś, czegokolwiek, co mogłoby mnie zabić.

- Siatka czysta - zameldował Wół.

Burger wciągnął granatnik do środka i wymienił magazynek. Myślał pewnie, że to już koniec - wszyscy tak myśleliśmy.

- Ludzie - westchnąłem. Palec mnie bolał. Nie zdawałem sobie sprawy, że naciskałem spust tak mocno. Czułem też pot, paskudny smród przerażenia i soli wewnątrz kombinezonu.

Nagle pomknęła na nas salwa z granatników wroga. Nadeszła z zaskoczenia. Słysząc stukot wrogiej broni, domyśliłem się, że część rosyjskich żołnierzy przyczaiła się nieruchomo na tyłach. Granaty uderzyły dokładnie w nasze pozycje, najwięcej skupiło się w pobliżu stanowiska Burgera. Z żelu zapalającego uniósł się dym, jakby substancja próbowała przeżreć trzystopowej grubości szkło. Dopiero wtedy usłyszałem Rosjan - wrzeszczeli tak głośno, że wydawało się, jakby nacierała na nas cała armia.

- Uuura! Pobieda!

- Co to, kurwa, znaczy? - warknąłem.

- Ura znaczy "zabij" - przetłumaczył Wół. - A pobieda to "zwycięstwo".

Z rumowiska runęła druga fala i boty strażnicze znowu wysunęły się z tub, po czym wystrzelały wrogów jak kaczki. Na wietrze zawirowały tumany białego puchu, a potem na froncie znowu zapanował spokój.

Nie odezwaliśmy się słowem.

Ulga pojawiła się później, i także dlatego zejście do podziemi zajęło nam prawie dwie godziny. Do tego Burger dostał. Jeden celny strzał w ambrazurę przepalił wąską osłonę otworu, a seria fleszetek z granatnika przeszła chłopakowi przez pierś na wylot i zostawiła ćwierćcalową dziurę. Przyszło mi do głowy, że pod odpowiednim kątem można pewnie patrzeć przez tę ranę na wskroś. Zejście zabrało nam więcej czasu, ponieważ z trupem ciężko się zmieścić w windzie.

Gdy tylko znaleźliśmy się z powrotem w tunelach, zerwałem z głowy hełm i zwymiotowałem. Organizm próbował się pozbyć tytoniu i narkotyków, ale tak naprawdę pragnąłem wyrzygać wspomnienie. Nawet nie zauważyliśmy, że Burger dostał, dopóki Snyder nie klepnął go w ramię. Wtedy się osunął. Podczas jazdy windą z rany zaczęły wypływać flaki - a ja przypomniałem sobie, po co tu jestem.

Burger mógł być niezłym tematem na reportaż.

Genoboty pojawiły się parę dni po tym, jak straciliśmy Burgera. Wtedy też z zakamarków pamięci wypłynęło znowu to słowo: "Pulitzer". Nikt z mediów nie widział jeszcze gentów z tak bliska. W tunelu pojawiła się ich z setka, milczących i czujnych, identycznych dziewcząt. Produktów inżynierii genetycznej.

Gdy mnie mijały, żałowałem, że nie mam przy sobie holokamery. Były zabójczo piękne i poruszały się z nadprzyrodzoną gracją. Dziewczyny wychodziły z fabryk i laboratoriów produkowane seriami, ale właśnie seria robiła wielką różnicę - taką, którą mógł zauważyć nawet ktoś z mediów. Odkąd rok temu pojawili się Rosjanie, w każdą operację, w której udało nam się odbić kopalnię, były zaangażowane oddziały genetycznie wyhodowanych żołnierzy. Wśród jednostek liniowych krążyły legendy o gentach. "Powinieneś to zobaczyć, stary, jeden pluton gentów załatwił cały batalion Popowa. Poruszały się jak błyskawice".

Dziewczyny miały około szesnastu, siedemnastu lat. Ich nagie czaszki były niemal bez skazy. A raczej byłyby, gdyby nie wyraźne odciski po przesłonach wizyjnych. Grupa, na którą patrzyłem, nie założyła hełmów. Może dlatego, że było to poniżej ich godności. Przypominały Amazonki w szyku i doskonale o tym wiedziały. Hełmy nosiły jak ja, przypięte luźno do pasa, i maszerowały bezszelestnie przez tunel, milczące widma w czarnych zbrojach.

- Co one mają na twarzach? - zapytałem. Głowy dziewczyn były wysmarowane ciemnozieloną, tłustą maścią, która niemal całkowicie rozmywała rysy twarzy.

- Bloker termiczny - wyjaśnił Wół. - Genty nienawidzą hełmów bardziej niż my. Szczególnie te, którym kończy się termin. Bloker termiczny powstrzymuje emisję ciepła. Nie całkiem, ale genty i tak są szalone.

- Kończy się termin?

Wół roześmiał się i oparł karabinek o ścianę.

- Młode genty likwidują stare. Honorowe zwolnienie ze służby. Gdy genty kończą osiemnaście lat, są już zbyt stuknięte, żeby pozostać na froncie, zbyt odjechane. Połykają wtedy pigułki uspokajające jak cukierki, ale środki już nie działają.

- Właśnie - wtrącił Snyder. - Ale są tutaj. I możemy zrobić tylko jedno.

- Czyli co? - zapytałem.

- Zwijać się - odparł Wół. - I spytaj kapitana, czy możesz dostać dodatkową broń. Znowu czeka nas natarcie na kopalnię, inaczej tych laleczek by tutaj nie było.

Jedna z dziewczyn podeszła do kapitana i wręczyła mu plik dokumentów. Rozkazy. Kapitan skinął głową i wszyscy podnieśli wzrok. Wpatrywali się w twarz dowódcy, jakby szukali oznak zwiastujących przyszły los oddziałów. Nie chcieli porzucić nadziei, że może to pomyłka, może tym razem natarcia nie będzie.

Dziewczyna wróciła do swojej grupy. Przeszła obok, blisko. Nieważne, czym były genty, ta pachniała jak nastolatka i miałem ochotę krzyczeć, bo gdyby zamknąć oczy, można by pomyśleć, że tak pachnąca dziewczyna powinna chodzić do szkoły i doprowadzać chłopaków do szaleństwa, paradując w minispódniczkach. Ale ta dziewczyna wyglądała na zabójcę. Tak właśnie było pod ziemią. Tak było w Kazie - gdzie przeciwieństwa egzystują obok siebie.

Dziewczyna usiadła pod ścianą i opuściła głowę jak reszta.

- Co one robią?

- Modlą się - odpowiedział mi Wół. - Wbito im do głowy jakąś popieprzoną religię, która pomaga walczyć.

Wyjąłem sprzęt i włączyłem nagrywanie. W samą porę.

- Śmierć i wiara - słowa były ciche, ale wypełniły tunel pomrukiem, który odbijał się echem od ścian. Brzmiało to jak dziecięcy chór. - Wierzę w Boga, Ojca Wszechmogącego, stworzyciela nieba, ziemi i śmierci. Wierzę w wojnę i zniszczenie, jedyne Jego dzieci, spłodzone z mocy Ducha Świętego i zahartowane w ogniu szlachetnego cierpienia. Wierzę, że śmierć na polu walki to moje przeznaczenie, ofiara, która świadczy, że pozostałam pośród wiernych. Lojalnych. Wierzę w laboratoria, w przebaczenie wrogom dość odważnym, aby umrzeć, i we wspólnotę moich sióstr.

Wyłączyłem zapis. Czułem się splamiony, ponieważ jako członek rasy ludzkiej przyczyniłem się do stworzenia tych genobotów, tych monstrów, które modliły się o śmierć i tylko śmierci pragnęły. Zwierzęta.

- To jest bardziej niż popierdolone - oznajmił Snyder. - A już myślałem, że nie miałbym nic przeciwko temu, żeby się z jedną czy z dwoma zabawić. Ale nie po tym, jak zaczęły pieprzyć takie gówna.

Z głównego wyjścia tunelu dobiegł piskliwy zgrzyt. W miarę jak odgłos się nasilał, marines zaczynali robić się nerwowi. Nie przebywałem tutaj długo, ale wystarczyło, żeby wiedzieć, że coś się szykuje, więc kiedy Wół podał mi puszkę z cykiem, bez zastanowienia wziąłem szczyptę, bo kto wie jak długo jeszcze nie będziemy musieli zakładać hełmów. Od skrzypienia aż bolały zęby, przypominało drapanie tysiąca metalowych pazurów po ogromnej tablicy. Na szczęście narkotyk zadziałał i sprawił, że wszystko wydawało się do zniesienia.

Dwadzieścia minut później do tunelu wtoczył się świder plazmowy. Wehikułem sterowała grupa inżynierów w pomarańczowych kombinezonach. Ustawili świder przed północną ścianą, czubkiem w kierunku linii Rosjan.

- O, ja pierdolę - mruknął Wół.

Kapitan przywołał nas machnięciem ręki.

- Zaczęło się natarcie. - Odczekał, aż umilkną pomruki niezadowolenia. - Saperzy zaczną ryć za około dwadzieścia minut. Do stanowisk Popowa jest ze trzy kilometry, więc macie z grubsza trzy dni, żeby napisać listy albo złapać trochę snu. Ale zachowajcie czujność. Ruscy mogą spróbować infiltracji z góry i jeżeli tym razem im się uda, będziemy mieli pełne ręce roboty. Pytania?

Wół podniósł rękę.

- Standardowe natarcie?

Kapitan skinął głową.

- Z jednym wyjątkiem. Tym razem nie będzie z nami gentów, a przynajmniej nie pod ziemią.

- Kurwa, czemu? - zapytał ktoś.

- Spokojnie. Sztab wpadł na genialny pomysł, żeby wydupczyć Popowa jego własną metodą. Zaczniemy ostrzał dwadzieścia cztery godziny przed atakiem, żeby ich zatrzymać na pozycjach. Genty wykorzystają to odwrócenie uwagi, przekradną się na powierzchni i zinfiltrują pozycje Rusków z góry, a my w tym samym czasie zaatakujemy ich linie obronne z dołu. Wendell?

Podniosłem rękę.

- Idziesz z nami? - zapytał kapitan.

- Jasne, jeżeli można.

- Jak chcesz. Wół i Snyder, zostańcie z Wendellem na tyłach, osłaniajcie go. Rozejść się.

Zerknąłem na Woła. Patrzył na mnie, jakby chciał powiedzieć: "Odbiło ci, kurwa?". Nie wiedziałem - może i odbiło, ale czułem, że muszę to zobaczyć. Ci ze "Stripes" chcieli dostać reportaż, więc musiałem znaleźć porządny temat. W tamtym momencie tak bardzo pragnąłem zdobyć Pulitzera, że niemal czułem smak nagrody, niemal ją widziałem, unoszącą się przede mną, i przez to zapomniałem, w jakie wpadłem gówno. Reszta mogła prowadzić te swoje podziemne wojny, jak długo chciała, ale to była moja ostatnia szansa i zamierzałem ją wykorzystać. Walczyłem o zdobycie tego wyróżnienia.

Parę minut później włączono świder plazmowy. Na oczach miałem przesłonę, a układ sterowania przełączył się na podczerwień. Przewody ze wzmocnionym chłodziwem ujrzałem jako oślepiająco białe linie. Świder wyglądał jak skrzyżowanie minoga z pociągiem towarowym - idealny walec chłodziwa ciągnący za sobą przewody, którymi przepływał urobek i przegrzana woda. Cieszyłem się, że byłem na cyku, ponieważ w podczerwieni wyglądało to naprawdę niesamowicie. Kosmicznie. Szkoda, że nie zobaczę, jak świder przebije się i zaleje plazmą tunele Rusków, uniemożliwiając im ostrzał. Zwęglone na kamień zwłoki nie mogą przecież strzelać, prawda?

Świder uderzył w ścianę. Skała stopiła się błyskawicznie, a odłamki potoczyły się z rykiem pod ostrza zgniatarki, która ścierała głazy na proch, wędrujący do przewodów wraz ze zużytym chłodziwem i wydalany z tyłu jako błoto. To nie był zwykły ryk, świder śmiał się raczej jak banshee. Wyszczerzyłem zęby w szerokim uśmiechu, ponieważ cyk mówił mi różne rzeczy - że ten zgrzyt jest dla mnie, zwiastuje światu, że oto nadchodzi Skaut. Magma sączyła się po ceramicznych bokach maszyny i natychmiast zastygała w szkło na chłodnych ścianach zbiornika z chłodziwem.

Wół też sobie cyknął. Był na pełnym haju, poznałem to po jego zwolnionych ruchach.

- Boże, błogosław inżynierów, albowiem oni czynią podziemia gładkimi.

- To najbardziej zajebiste gówno, jakie w życiu widziałem - oznajmił Snyder.

- Łał! - wypowiedzieliśmy to chórem, po czym prawie przewróciliśmy się ze śmiechu.

Gdy tylko świder wdarł się w północną ścianę, zaczęło się oczekiwanie. Sądziłem, że żołnierze dawno do tego przywykli - przecież uważałem, że nawet ja przywykłem. Ale tak naprawdę nie można przywyknąć. Zacząłem podejrzewać, że im dłużej przebywa się na froncie, tym trudniej znieść czekanie.

Eskimosi mają tysiąc słów na określenie śniegu. Marines mają ze dwa tysiące na określenie upływu czasu. Słyszałem je raz po raz jak mantrę. Gówniany czas, czas na drzemkę, czas na "bierz dupę w troki i spierdalaj". Ale to był najgorszy z nich, czas najbardziej znienawidzony przez żołnierzy, ponieważ płynął najwolniej i pozwalał rozmyślać o tym, co się stanie, wysyłać e-maile i pisać pożegnalne listy. To był czas oczekiwania na rozkaz ataku.

Każdy, kto miał alkohol, pił do dna. Wół, Snyder i ja braliśmy cyk, kiedy nie spaliśmy, czyli właściwie cały czas. Tylko genobotów nic nie ruszało, po prostu siedziały. Jak posągi. Od czasu do czasu jedna lub druga z dziewczyn wyrzucała woreczek z odpadami albo wymieniała baterię na nową, ale poza tym tylko gapiły się w ścianę.

- Napiłbym się piwa - stwierdziłem. Świder dawno zniknął i nawet jego skrzypienie ledwie było słychać.

- Czemu od razu nie powiedziałeś? Mam jeszcze jedno. - Snyder pogrzebał w plecaku, wyjął puszkę i rzucił do mnie.

- Nie chcę cię pozbawiać ostatniego.

- E tam. - Machnął ręką. - Napij się, stary. Będę miał tego mnóstwo, gdy przejdę na zmianę do Szymkentu. Jesteś jednym z nas. Strzel sobie.

- Trzymaj się mnie - nakazał Wół.

Ani myślałem się z nim spierać. Znowu miałem karabinek i czułem się dziwnie, jak ośmiolatek, który udaje prawdziwego żołnierza.

Przemaszerowaliśmy dwa i pół kilometra na północ przez ziemie niczyje. Wyobrażałem sobie, że żołnierze po drugiej stronie frontu robią to samo. Kiedy ruszyliśmy, genoboty poszły na górę. Słyszeliśmy już ogień zaporowy marines - im bardziej zbliżaliśmy się do terytorium Popowa, tym robiło się głośniej. Mało nas to obchodziło. To nie był nasz problem, tylko Popa. Za mniej niż dwadzieścia minut, jeżeli nasze genoboty nie zostaną wykryte, spadną z góry, a w tym samym czasie na dole przebije się świder plazmowy - i pan Popista będzie miał o dwa problemy więcej na głowie.

Rozkaz przyszedł przez komunikator.

- Stać.

- Chryste - warknął Wół. - Snyder, z tobą wszystko w porządku?

Snyder nie odpowiedział, tylko uniósł rękę i klepnął się w bok hełmu, gdzie miał wypisane coś nowego: "Anioł Śmierci".

- Co się dzieje? - zapytałem.

- No cóż. Zawsze jest szansa, że Ruski zaczaiły się i spróbują nas załatwić od tyłu.

- CO?!

Zdawało się, że Wół ze mnie kpi, ale nie byłem pewien.

- Spokojnie. Jakiś kilometr za nami idzie jeszcze jedna grupa. Ma za zadanie załatwić tych, którzy spróbowaliby zaatakować nasze tyły. Na razie czekamy. Śpieszy ci się do strzelaniny, w której możesz oberwać?

- Chcę do domu.

- Jak my wszyscy.

Nie musieliśmy czekać długo. Nie wiedziałem nawet, że już się zaczęło, dopóki z przodu nie usłyszałem jakby wybuchu fajerwerków, ale z daleka, nierealnie - jakby chińskie obchody Nowego Roku zaczęły się przed czasem. A potem w słuchawkach zabrzmiał głos, lecz nie kapitana - ten bym rozpoznał.

- Naprzód.

Marines przede mną ruszyli. Jeszcze przed chwilą byłem w tunelu, przerażony tak, że nie mogłem się ruszyć, a zaraz potem znalazłem się w piekle, gdzie wszystko płynęło bardzo powoli, więc miałem czas na zastanawianie się, jak tu trafiłem.

Minęły chyba wieki, zanim posłuchałem rozkazu. To znaczy i tak nie miałem wyjścia, musiałem się ruszyć - przede mną szło tysiąc żołnierzy. Zanim to do mnie dotarło, u mojego boku stanęli Wół i Snyder. Natarliśmy na pozycje Ruskich, a wtedy obaj rzucili mnie na ziemię. Uderzenie odebrało mi dech. Wół myślał nawet, że dostałem, ponieważ tylko leżałem i nie odpowiadałem na pytania, ale kiedy znowu mogłem oddychać, pokazałem im uniesiony kciuk.

- Zatkało mnie.

- Chryste - mruknął Wół. - Leż i nie wstawaj.

Inny świat. Ruscy pogasili światła, wszystko oglądałem więc w bieli i odcieniach zieleni. Przynajmniej dopóki rozbłyski termiczne po każdym wybuchu granatu nie przeciążyły moich układów wizyjnych. Potem nie wiedziałem nawet, gdzie jestem.

Wydawało się, że wpadłem do dołu za jakimś workiem z piachem, ale gdy tylko przyzwyczaiłem się do widoku przez gogle, stało się jasne, że przewróciłem się na zwłoki żołnierzy. Leżały tak blisko, że mogłem przeczytać nazwiska wygrawerowane na płytkach identyfikacyjnych ich pancerzy i dostrzec kawałki tkanki oraz smugi krwi po wewnętrznej stronie przesłon wizyjnych. Zmarli mnie chronili. Zmarli mnie lubili, szeptali, że wszystkim się zajmą.

Zaatakowaliśmy kopalnię i wdarliśmy się do hangaru tak przestronnego, że jego ściany pozostawały daleko poza moim polem widzenia. Marines rozciągnęli się w nierówne półkole i parli naprzód grupkami, jedna z drugą, osłaniając się wzajemnie ogniem. W końcu obudził się we mnie reporter - zbyt głupi, żeby się bać. Dla lepszego widoku wystawiłem głowę jak piesek preriowy i omal jej nie straciłem, gdy rój fleszetek śmignął mi przy hełmie.

- Leż! - rozkazał Wół.

Snyder spojrzał na mnie i - nie pieprzę, naprawdę - uniósł hełm. Zdjął go w samym środku strzelaniny.

- Co ty, kurwa, wyprawiasz? - zdziwił się Wół.

- Widzę - odparł Snyder. - Dopiero teraz przejrzałem na oczy, stary.

Wyciągnął swoją puszkę i wziął szczyptę cyku.

- To niesamowite, Wół, powinieneś sam spróbować. Nie do wiary. Nie obchodzi mnie, co mówił kapitan. Skaut da sobie radę. Chodź, strzelmy sobie.

- Załóż hełm, kurwa. Co ty...?

Snyder splunął na plecy martwego żołnierza i potem uśmiechnął się szeroko. Zdawało się, że to obłęd, ale zarazem wszystko było normalne, ponieważ całe to miejsce było szalone. Nigdy się z czymś podobnym nie spotkałem, jakie więc miałem prawo osądzać, czy to obłęd, czy nie?

- Nie - sprzeciwił się Snyder. - W hełmie nic nie widzę. A tak widzę.

Za jego plecami spadł granat. Fleszetki przebiły ramię Snydera na wylot, parę kropel krwi prysnęło na mnie. Snydera to nie ruszyło. Z uśmiechem spojrzał na swoje przedziurawione ramię, po czym uniósł głowę i zaczął śpiewać. Nie było w tym żadnej melodii, ale chyba jemu się podobało, bo zaczął śpiewać głośniej - zestaw przypadkowych dźwięków, które tworzyły popierdoloną piosenkę. Kaz przywłaszczył sobie Snydera.

Wół chyba się domyślił, że nie ma sposobu na przywrócenie towarzysza broni temu światu, zresztą nawet nie mógłby spróbować, bo ledwie Snyder przerwał, żeby zaczerpnąć tchu, Rosjanie rozpoczęli kontratak.

- Pobieda! - Byli tak blisko, że ich okrzyk przypominał ryk.

- Urra - dodał Snyder. - Pobieda! Stary, co za gówno. Dlaczego my nie mamy takich słów?

Pisnąłem jak mała dziewczynka. Coś mnie trafiło i chyba zaczął mi się kopcić tyłek, bo wewnątrz kombinezonu poczułem smród palonego ciała.

Wół parsknął śmiechem.

- Dostałeś.

- No nie, chłopie... - Zalała mnie fala strachu, a wraz z nią przyszedł chłód. - Kurwa, gdzie? Jak poważnie?

- Spokojnie. Dostałeś tylko odrobiną żelu zapalającego. W dupę.

Ulga. Luz. Potem obaj parsknęliśmy śmiechem i nie mogliśmy przestać. Ruski się zbliżały, ton wykrzykiwanych w komsieci rozkazów wyraźnie się zmienił, ale trafienie mnie żelem zapalającym w tyłek czyniło to wszystko znośnym.

Śmiałem się jeszcze, ale Wół zamilkł. Przysunął się i potrząsnął Snyderem, potem znowu i znowu, ale Snyder odszedł. Przyjął na siebie większość żelu zapalającego, który miał trafić we mnie. Połowa jego pancerza znikła wraz ze skórą, widać było kurczące się mięśnie. Pozostały tylko impulsy elektryczne.

- Przynajmniej już nie śpiewa. - Wół starał się zachować zimną krew, ale wiedziałem, że mocno go ruszyło. Leżał przytulony do Snydera, a potem zaszlochał, przycisnąwszy głowę towarzysza do swojego ramienia.

W normalnych okolicznościach martwiłbym się tylko o swoje rany i olał nieboszczyka. Troszczmy się o żywych, czyli o mnie. Ale teraz nie potrafiłem uwolnić się od wspomnienia, że Snyder oddał mi swoje ostatnie piwo. I wtedy to poczułem. Mógłbym dokładnie wskazać chwilę, kiedy Kaz mnie spętał i nie chciał uwolnić, kiedy zaczął wciągać mnie w głąb ziemi, żebym nigdy nie mógł naprawdę stąd odejść.

Puknąłem w hełm. W życiu nie czułem takiego przenikliwego smrodu. To jakby wziąć wszystko w domu - rodzinę, meble, dywany, nawet psa i kota - i wrzucić w ogień, podlawszy tysiącami litrów alkoholu na rozpałkę. To właśnie zapach podziemnej wojny. Przy każdym wdechu wciągałem do płuc odrobinę Snydera.

Zabrałem jego puszkę i zażyłem cyk.

- Tak trzymaj. - Wół uniósł swój hełm i przyłączył się do mnie. Obaj byliśmy dziećmi Kazu. Leżeliśmy na plecach z głowami opartymi o pancerz Snydera i patrzyliśmy w sufit, na czerwone smugi pocisków i oślepiające wybuchy granatów. Wszystko tonęło w stroboskopowych rozbłyskach.

Dostałem jeszcze parę razy, podobnie jak Wół. Obu nas dosięgło kilka fleszetek, a rykoszet oderwał mi połowę prawego ucha, ale nawet tego nie poczułem - byłem na potężnym cyku. Wół włączył swój odtwarzacz i zabrzmiała muzyka. Uznał, że Snyder próbował zaśpiewać stary song Kids in America, czy jakoś tak, ale nie znałem ani tej piosenki, ani żadnych dzieciaków, wszystko zresztą tak się popieprzyło, że nie miało już żadnego znaczenia, co śpiewał. Leżeliśmy tak chyba kilka godzin i nawet nie zauważyliśmy, że strzelanina się skończyła.

- O kurwa. - Przyglądał nam się sanitariusz. Zdawało się, że stoi daleko, ale widziałem, jak rozszerzają mu się źrenice, więc pewnie oberwaliśmy gorzej, niż nam się wydawało, chociaż nie mogliśmy tego sprawdzić, bo nic nie czuliśmy. - Nosze!

- Coś nie tak? - zapytałem. - Wojna się skończyła?

Wół zaczął chichotać, a sanitariusz popatrzył na nas jak na wariatów.

- Dla was, chłopaki, i owszem. Zresztą Ruski się wycofały, genty przegoniły ich na dziesięć kilometrów stąd.

Gdy położono nas na noszach, Wół odwrócił głowę i spojrzał na mnie uważnie.

- Stary, jesteś cały we krwi. I chyba straciłeś ucho.

- Co mówisz? - odpowiedziałem. - Nie słyszę cię, bo straciłem ucho.

Rany, ale żeśmy się z tego śmiali. Do rozpuku. A potem sanitariusz coś mi wstrzyknął i wyłączył świat. Zgasło światło i już nic nie widziałem, ale zanim zupełnie odpłynąłem, w głowie zakołatała mi przedziwna myśl.

Pierdolić Pulitzera.