Podziemia - Joanna Pypłacz

-
Proszę czekać

Prolog

Drzwi do piw­ni­cy ustą­pi­ły z ci­chym skrzyp­nię­ciem. Ostroż­nie, trzy­ma­jąc się śli­skiej ścia­ny, Ta­ma­ra To­pol­ska po­sta­wi­ła pierw­szy krok w dół. Sto­pa znik­nę­ła w mro­ku, tak jak­by zo­sta­ła prze­zeń we­ssa­na już na za­wsze. Za dru­gim kro­kiem gra­ni­ca prze­su­nę­ła się jesz­cze da­lej i pod­ziem­na cze­luść po­chło­nę­ła czę­ścio­wo brzeg ciem­no­zie­lo­nej suk­ni.

- He­ka­te! - za­wo­ła­ła.

Nikt nie od­po­wie­dział. Do­pie­ro po pra­wie mi­nu­cie z czar­nych od­mę­tów do­biegł dłu­gi jęk, łu­dzą­co po­dob­ny do kwi­le­nia nie­mow­lę­cia.

- He­ka­te, chodź­że do pani! - ode­zwa­ła się po­now­nie Ta­ma­ra. - Gdzieś ty się zno­wu za­pu­ści­ła? Wra­caj na­tych­miast!

Tym ra­zem nie usły­sza­ła nic.

Ze­szła za­tem jesz­cze ni­żej, stop­nio­wo po­grą­ża­jąc się w oce­anie bez­kre­snej czer­ni, któ­ry, se­kun­da po se­kun­dzie, po­że­rał ją całą. Na­wet trzy­ma­na przez nią lam­pa ze swym mdłym świa­tłem nie była w sta­nie po­wstrzy­mać owe­go pro­ce­su stop­nio­we­go zni­ka­nia.

- He­ka­te? - za­wo­ła­ła już ci­szej.

Za chwi­lę ten sam jęk, jesz­cze dłuż­szy i smut­niej­szy niż po­przed­nio, prze­szył gę­stą ciem­ność ni­czym ostra strza­ła. Pani To­pol­ska ze­szła więc na sam dół, uno­sząc lam­pę w po­wie­trzu. Jej ciem­ne, pra­wie czar­ne wło­sy ze­spo­li­ły się z wszech­obec­nym mro­kiem, sta­jąc się jego in­te­gral­ną czę­ścią. Wi­docz­na po­zo­sta­ła je­dy­nie twarz, tak bla­da, że przy­po­mi­na­ła bar­dziej ob­li­cze zja­wy niż isto­ty ludz­kiej.

Coś bły­snę­ło w od­da­li. Były to dwa lśnią­ce punk­ty, któ­re ła­god­nie dry­fo­wa­ły w ciem­no­ściach na po­do­bień­stwo świe­tli­ków po­ru­sza­ją­cych się na wspól­nej, nie­wi­dzial­nej osi. Znów roz­legł się jęk. Tym ra­zem za­brzmiał on bli­żej i z bez­kre­snej, wil­got­nej ot­chła­ni wy­nu­rzy­ła się drob­na isto­ta o płyn­nych, ele­ganc­kich ru­chach.

- He­ka­te, ty nie­zno­śna ko­ci­co! - wes­tchnę­ła Ta­ma­ra.

Schy­li­ła się, by wziąć zwie­rzę na ręce, a na­stęp­nie uca­ło­wa­ła lśnią­ce fu­ter­ko. Szyb­ko biło pod nim małe ser­ce. He­ka­te, wy­god­nie roz­cią­gnię­ta na jej ra­mie­niu, ryt­micz­nie za­ta­pia­ła pa­zu­ry w skó­rze pani To­pol­skiej.

- Ni­g­dy wię­cej tam nie ucie­kaj!

Kot­ka od­po­wie­dzia­ła swej pani gło­śnym mru­cze­niem. Spra­wi­ło ono, że od­czu­wa­ny przez nią nie­po­kój za­czął za­ni­kać, ustę­pu­jąc miej­sca sen­no­ści.

Jed­ną ręką tu­ląc do sie­bie zwie­rzę, dru­gą trzy­ma­jąc lam­pę, Ta­ma­ra obej­rza­ła się w tył po raz ostat­ni, i wów­czas sta­ło się coś zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­ne­go: jej per­cep­cja ciem­no­ści, do­tąd prze­po­jo­na prze­sąd­nym lę­kiem, ule­gła cał­ko­wi­tej zmia­nie. Piw­nicz­ny mrok, do­tąd tak od­py­cha­ją­cy oraz bu­dzą­cy gro­zę, za­czął ją te­raz przy­cią­gać. Chło­nę­ła go oczy­ma ni­czym ma­gicz­ny elik­sir, nie mo­gąc się na­sy­cić jego nie­prze­nik­nio­ną, czar­ną sło­dy­czą.

Rozdział 1. Przyjęcie u baronowej von Redlich

Był 8 paź­dzier­ni­ka 1890. Jak zwy­kle w pierw­szą śro­dę mie­sią­ca, ba­ro­no­wa Othi­lia von Re­dlich, i - wbrew wła­snym za­pew­nie­niom - moc­no spo­lo­ni­zo­wa­na au­striac­ka ary­sto­krat­ka, urzą­dzi­ła wspa­nia­łe przy­ję­cie dla gro­na swych naj­bliż­szych zna­jo­mych. Nie było ich wie­lu, lecz za to każ­da z tych osób cie­szy­ła się w Kra­ko­wie pew­ną re­no­mą, i każ­da z in­ne­go po­wo­du.

Je­dy­nie Ma­te­usz Garst­ka, dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­ni pra­cow­nik Ga­li­cyj­skie­go Domu Ban­ko­we­go, był tu zu­peł­nie nowy. Oszo­ło­mio­ny pa­nu­ją­cym w pa­ła­cu prze­py­chem, któ­re­go nie bra­kło tak­że na sto­le, wo­dził oczy­ma po ba­jecz­nie ude­ko­ro­wa­nym oto­cze­niu, a tak­że po szy­kow­nych stro­jach współ­bie­siad­ni­ków.

- Wnio­sku­ję, mój przy­ja­cie­lu, żeś ni­g­dy nie prze­by­wał w po­dob­nym miej­scu - za­ga­ił sie­dzą­cy obok nie­go Kle­mens To­pol­ski, wła­ści­ciel i dy­rek­tor wspo­mnia­ne­go ban­ku.

Ma­te­usz po­krę­cił gło­wą z nie­śmia­łym uśmie­chem.

- Cza­sem od­no­szę wra­że­nie, że dla mi­łej ba­ro­no­wej czas za­trzy­mał się gdzieś w osiem­na­stym wie­ku, za­nim jej zbłą­ka­na du­sza zdą­ży­ła się uro­dzić nie w tym cie­le, w któ­rym po­win­na - szep­nął po­now­nie To­pol­ski.

To mó­wiąc, spoj­rzał dys­kret­nie na wy­so­ko upię­te, mlecz­no­bia­łe wło­sy ary­sto­krat­ki. Spo­ra­dycz­nie wple­cio­no w nie drob­ne, ciem­no­pur­pu­ro­we kwia­ty. Ła­god­ne rysy oraz roz­ma­rzo­ne oczy sta­rej damy spra­wia­ły wra­że­nie wy­ję­tych z dwor­skie­go por­tre­tu na­ma­lo­wa­ne­go przed po­nad stu laty. Pro­mie­nio­wał z nich dziw­ny smu­tek, cha­rak­te­ry­stycz­ny dla lu­dzi, któ­rzy, choć prze­ży­li swe ży­cie w do­stat­ku, we­wnątrz okrut­nie cier­pie­li, ku wła­sne­mu wsty­do­wi i zgor­sze­niu.

Ma­te­usz po­my­ślał o swej mat­ce. Po­mi­mo że w ni­czym nie przy­po­mi­na­ła wiel­kiej damy, jaką była ba­ro­no­wa, jed­nak­że spoj­rze­nie mia­ła do­kład­nie ta­kie samo, peł­ne słod­kiej nie­mo­cy. Za­wsze wpra­wia­ło go to w me­lan­cho­lię: spoj­rze­nie pta­ka uwię­zio­ne­go w za cia­snej klat­ce. Uczu­cie to wzro­sło, gdy ukrad­kiem za­ha­czył wzro­kiem o sie­dzą­ce­go obok Othi­lii ba­ro­na Diet­ma­ra von Re­dli­cha, star­sze­go pana o mi­nie za­do­wo­lo­ne­go de­spo­ty.

- Jak więc, Garst­ka, prze­my­śla­łeś już moją pro­po­zy­cję? - ode­zwał się po­now­nie To­pol­ski, wy­ry­wa­jąc Ma­te­usza z głę­bo­kiej za­du­my.

Ten z opóź­nie­niem ode­rwał wzrok od von Re­dli­cha i skie­ro­wał go na swe­go roz­mów­cę.

- Ow­szem - po­twier­dził nie­śmia­ło.

- Ro­zu­miem, że re­zul­tat two­ich prze­my­śleń jest dla nas wszyst­kich ko­rzyst­ny.

Chło­pak ski­nął gło­wą.

- Nie po­ża­łu­jesz, Garst­ka - za­pew­nił Kle­mens, po czym moc­no uści­snął pod sto­łem jego spo­co­ną ze zde­ner­wo­wa­nia dłoń.

Mło­dy bu­chal­ter uśmiech­nął się nie­pew­nie. My­śli kłę­bi­ły mu się w mó­zgu ni­czym sta­do za­gu­bio­nych pta­ków, któ­re, odłą­czo­ne od klu­cza przez nie­spo­dzie­wa­ny po­ryw pół­noc­ne­go wia­tru, zbłą­dzi­ły po­śród gę­stych chmur. Wciąż żywo pa­mię­tał po­ka­za­ne mu przed kil­ko­ma dnia­mi przez To­pol­skie­go, pro­sto­kąt­ne zdję­cie w mi­nia­tu­rze przed­sta­wia­ją­ce czar­no­wło­są ko­bie­tę o wy­ra­zi­stych, lecz jed­no­cze­śnie sub­tel­nych, nie­po­ko­ją­co pięk­nych ry­sach twa­rzy. Jej wiel­kie, praw­do­po­dob­nie czar­ne lub piw­ne oczy spo­glą­da­ły na nie­go z taką prze­ni­kli­wo­ścią, jak­by ich wła­ści­ciel­ka, wy­do­staw­szy się ze zdję­cia, na­gle zma­te­ria­li­zo­wa­ła się tu i te­raz, sie­dząc do­kład­nie na miej­scu zaj­mo­wa­nym w rze­czy­wi­sto­ści przez Othi­lię von Re­dlich. Doj­rza­łe pięk­no ba­ro­no­wej w dziw­ny spo­sób prze­ni­ka­ło się z bi­ją­cym z fo­to­gra­fii gę­stym, me­lan­cho­lij­nym uro­kiem mło­dej ko­bie­ty.

Ma­te­usza ogar­nę­ło dziw­ne uczu­cie.

- Oczy­wi­ście, że się zga­dzam - sfor­ma­li­zo­wał swą ak­cep­ta­cję z opóź­nie­niem, chcąc ją po­twier­dzić jak naj­wy­raź­niej i jak naj­bar­dziej oczy­wi­ście.

- Lu­bię cię, Garst­ka - wy­znał To­pol­ski. - Lu­bię ta­kich szcze­rych lu­dzi jak ty. Ta­kich, któ­rzy na­my­śla­ją się w nie­skoń­czo­ność, a po­tem ich opór lub en­tu­zjazm jest wprost pro­por­cjo­nal­ny do in­ten­syw­no­ści prze­my­śleń. To mit, że nasz fach wy­ma­ga je­dy­nie spo­ko­ju i opa­no­wa­nia. Spo­kój - tak, opa­no­wa­nie - oczy­wi­ście. Ale nie bez pa­sji. Bez tego nie ma nic, z przed­się­wzię­cia zo­sta­ją zglisz­cza.

- Czyż­byś chciał po­wie­dzieć, że przed­się­wzię­cia od­zwier­cie­dla­ją pry­wat­ne po­sta­wy swych au­to­rów? - za­py­tał Ma­te­usz.

- Tak, to wła­śnie chcę po­wie­dzieć. I chciał­bym, że­byś to za­pa­mię­tał.

Garst­ka znów przy­po­mniał so­bie twarz ko­bie­ty ze zdję­cia. Zro­bi­ło mu się dusz­no.

- Po­dzie­lam two­ją opi­nię, Kle­men­sie - przy­znał. - Ży­cie bez pa­sji jest po­zba­wio­ne sen­su. Moż­na je chy­ba tyl­ko po­rów­nać do po­grze­ba­nia żyw­cem.

To­pol­ski lek­ko zbladł, tak jak­by na­gle o czymś so­bie przy­po­mniał.

- Le­piej bym tego nie ujął - po­wie­dział po chwi­li krót­kiej za­du­my, od­zy­sku­jąc swą zwy­czaj­ną ener­gię.

Po tych sło­wach uniósł krysz­ta­ło­wy kie­lich pe­łen słod­kie­go, mu­su­ją­ce­go wina.

- Za pa­sję! - wzniósł to­ast.

- Za pa­sję! - do­łą­czył Diet­mar von Re­dlich.

- Za pa­sję! - po­wtó­rzył chór po­zo­sta­łych go­ści.

Othi­lia uśmiech­nę­ła się no­stal­gicz­nie.

Dal­szą część przy­ję­cia Ma­te­usz spę­dził po­grą­żo­ny w za­my­śle­niu. Co pe­wien czas wy­ry­wa­ły go z tego sta­nu wy­bu­chy spon­ta­nicz­ne­go śmie­chu oraz py­ta­nia skie­ro­wa­ne bez­po­śred­nio do nie­go, na któ­re nie wy­pa­da­ło nie udzie­lić choć­by zu­peł­nie zdaw­ko­wej od­po­wie­dzi.

- Jak się panu pra­cu­je u pana To­pol­skie­go? - za­ga­iła jed­na ze star­szych dam, sie­dzą­ca w po­bli­żu Othi­lii von Re­dlich.

- Zna­ko­mi­cie - od­parł.

- Jest pan taki mło­dy, przed pa­nem wiel­kie per­spek­ty­wy, ka­rie­ra... - ode­zwał się sie­dzą­cy obok damy ele­ganc­ko ubra­ny star­szy męż­czy­zna.

- Przy ta­kim pro­tek­to­rze pój­dzie panu jak z płat­ka! - za­wtó­ro­wa­ła chra­pli­wym szep­tem mło­da, lecz przed­wcze­śnie za­su­szo­na są­siad­ka owej pary. Jej spe­cy­ficz­na to­a­le­ta sko­ja­rzy­ła się Ma­te­uszo­wi z mu­mią owi­nię­tą w po­ły­sku­ją­ce, sa­ty­no­we ban­da­że.

- Z pew­no­ścią - po­twier­dził z grzecz­nym uśmie­chem.

Ogra­ni­cza­jąc swój udział w roz­mo­wie do ab­so­lut­ne­go mi­ni­mum, zstę­po­wał co­raz głę­biej w od­mę­ty fan­ta­zji, wy­obra­ża­jąc so­bie już to słyn­ną wil­lę To­pol­skie­go (któ­rej - choć z ban­kie­rem byli na "ty" - ni­g­dy nie wi­dział oso­bi­ście), już to sa­lon, już to ga­bi­net. Naj­bar­dziej jed­nak za­przą­ta­ła mu gło­wę po­stać Ta­ma­ry, gdyż tak wła­śnie mia­ła na imię ta­jem­ni­cza ko­bie­ta uwiecz­nio­na przez fo­to­gra­fa w pro­sto­kąt­nej mi­nia­tu­rze. Jej in­ten­syw­ne spoj­rze­nie zda­wa­ło się pe­ne­tro­wać aż do głę­bi jego du­szy.

Je­dy­ną oso­bą - oprócz sa­mej ba­ro­no­wej - na któ­rą zwró­cił uwa­gę tego wie­czo­ru, był pe­wien męż­czy­zna oko­ło lat czter­dzie­stu pię­ciu. Czło­wiek ten raz po raz wtrą­cał w roz­mo­wę krót­kie, nie­co sar­ka­stycz­ne uwa­gi. Dy­stans, jaki wo­kół sie­bie wy­twa­rzał, da­wał się od­czuć nie­mal fi­zycz­nie, ni­czym nie­wi­dzial­na ba­rie­ra chło­du od­gra­dza­ją­ca go od po­zo­sta­łych uczest­ni­ków przy­ję­cia.

Othi­lię von Re­dlich trak­to­wał z nie­by­wa­łą re­we­ren­cją, gra­ni­czą­cą pra­wie ze słu­żal­czym uni­że­niem. W każ­dym skie­ro­wa­nym do niej zda­niu zręcz­nie ukry­wał wy­ra­fi­no­wa­ny kom­ple­ment. Stop­nio­wo omo­ty­wał w ten spo­sób wie­ko­wą ary­sto­krat­kę - ni­czym pa­jąk mu­chę - lep­ką ni­cią po­chleb­stwa, wy­twa­rza­jąc wo­kół niej szczel­ny, je­dwa­bi­sty ko­kon, z któ­re­go nie było już uciecz­ki.

W Ma­te­uszu czło­wiek ten wzbu­dził jed­no­cze­śnie fa­scy­na­cję i gro­zę. Jego ka­mien­na twarz (nie­co po­sta­rzo­na, do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ła­by upior­ną ma­skę Il Com­men­da­to­re z ope­ry Mo­zar­ta), nie wy­ra­ża­ła żad­nych emo­cji, z wy­jąt­kiem sztucz­ne­go po­dzi­wu dla nie­by­wa­łej mą­dro­ści, uro­dy oraz wsze­la­kich cnót ba­ro­no­wej. Na resz­tę obec­nych na przy­ję­ciu go­ści spo­glą­dał na­to­miast z iro­nicz­ną po­błaż­li­wo­ścią, pla­su­jąc się sa­mo­zwań­czo wy­so­ko po­nad nimi.

- Nie mogę od­ża­ło­wać pań­skie­go ostat­nie­go wy­kła­du - zwró­ci­ła się doń Othi­lia, uno­sząc brwi nad swym cien­kim, ko­ści­stym no­sem. - Po­dob­no mó­wił pan o pre­hi­sto­rycz­nych owa­dach...

- Nie ma pani cze­go ża­ło­wać, ba­ro­no­wo von Re­dlich - od­parł z peł­nym ga­lan­te­rii uśmie­chem.

- Jak to?

- Ten wy­kład ad­re­so­wa­ny był do sze­ro­kie­go gro­na słu­cha­czy. Dla pani, z wie­dzą, jaką pani po­sia­da w te­ma­cie, przy­go­to­wa­łem coś lep­sze­go: pry­wat­ne spo­tka­nie w ka­te­drze. Tyl­ko pani, ja i eks­po­na­ty, do­stęp­ne tyl­ko dla pani.

Na te sło­wa zga­szo­ne do­tąd oczy Othi­lii roz­bły­sły ja­snym świa­tłem, na po­do­bień­stwo dziec­ka, któ­re­mu obie­ca­no wy­ma­rzo­ny pre­zent.

- Ależ pa­nie pro­fe­so­rze! - za­wo­ła­ła gło­sem peł­nym en­tu­zja­zmu. - Tyle kło­po­tu tyl­ko dla­te­go, że aku­rat w dniu wy­kła­du zmo­gła mnie mi­gre­na!

- Taki kło­pot to dla mnie naj­wyż­sza przy­jem­ność - od­rzekł męż­czy­zna, spo­glą­da­jąc na nią spod swych gę­stych, lek­ko szpa­ko­wa­tych brwi.

Kwa­śny uśmiech na twa­rzy Diet­ma­ra von Re­dli­cha nie zdo­łał zmniej­szyć jego pew­no­ści sie­bie. Zda­wa­ła się ona nie tyl­ko nie ma­leć, lecz wzra­stać wprost pro­por­cjo­nal­nie do spły­ca­nia się wy­twor­ne­go small talk.

- Po­wo­li za­czy­nam ro­zu­mieć pań­ski fe­no­men, Herr Hil­de­brand - sko­men­to­wał ba­ron, ce­lo­wo opusz­cza­jąc ty­tuł aka­de­mic­ki.

- Słu­cham, pa­nie ba­ro­nie - zwró­cił się doń przy­jaź­nie na­uko­wiec, wciąż z tą samą, nie­wzru­szo­ną miną.

Ary­sto­kra­ta nie od­po­wie­dział, po­zo­sta­wia­jąc swój ko­men­tarz w sfe­rze enig­ma­tycz­nej wie­lo­znacz­no­ści. Kil­ka osób, w tym Kle­mens To­pol­ski, uśmiech­nę­ło się dys­kret­nie. Othi­lia na­to­miast po­smut­nia­ła, spusz­cza­jąc wzrok w wy­ra­zie wsty­dli­wej re­zy­gna­cji. Jej po­ora­ne siat­ką drob­nych zmarsz­czek po­licz­ki pło­nę­ły te­raz ży­wym ogniem. Na ten wi­dok Ma­te­usz po­czuł bo­le­sne ści­śnię­cie w gar­dle.

Pro­fe­sor Hil­de­brand tym­cza­sem zda­wał się ni­cze­go nie za­uwa­żać. Wo­dził po ogrom­nej ja­dal­ni swym ka­mien­nym wzro­kiem, tak jak­by po­szu­ki­wał wśród po­zo­sta­łych go­ści śmiał­ka, któ­ry od­wa­żył­by się sta­wić mu czo­ło w po­je­dyn­ku na pa­no­wa­nie nad emo­cja­mi.

- Cie­ka­we spo­strze­że­nie... "Mój fe­no­men"... - pod­chwy­cił z wła­ści­wym so­bie sar­ka­zmem w gło­sie.

Ba­ro­no­wa von Re­dlich, wciąż za­wsty­dzo­na, nie od­ry­wa­ła wzro­ku od krysz­ta­ło­we­go kie­li­cha i po­zo­sta­łej na jego dnie odro­bi­ny czer­wo­ne­go wina. Ma­te­uszo­wi sko­ja­rzy­ło się ono z za­krze­płą krwią. Dreszcz gro­zy prze­biegł mu po ple­cach. Tym­cza­sem zim­ne, spo­koj­ne oczy pro­fe­so­ra Hil­de­bran­da zwró­ci­ły się wła­śnie w jego stro­nę, drą­żąc źre­ni­ce ni­czym dwa szty­le­ty wy­cio­sa­ne z lodu.