PODZIEMIA EGIPSKIE
Po wysiłkach dnia tego spałem tak dobrze, że obudziłem się późno. Byłbym może spał jeszcze dłużej, gdyby mnie nie zbudziła głośna rozmowa jakichś ludzi, stojących na dziedzińcu tuż pod zakratowanem oknem mojego pokoju. Byli mocno podnieceni przedmiotem rozmowy i wskutek tego niedość ostrożni: mówili mianowicie o mnie. W gwarze tym dosłyszałem głos koniuszego:
- Powiadam ci, że niema pytania, na które nie potrafiłby odpowiedzieć. W głowie jego mają siedlisko wszystkie gałęzie wiedzy. Ale to jeszcze nie wszystko; on jest, jak się zdaje, wielkim wojownikiem.
- Rzeczywiście? - spytał inny głos także mi znany, choć narazie nie umiałbym powiedzieć, kim był mówiący.
- Tak, rzeczywiście. On sam wprawdzie bynajmniej tego o sobie nie twierdzi, wiele jednak wskazówek zdaje się moje przypuszczenie potwierdzać.
Zkolei nastąpiło opowiadanie o wczorajszej przygodzie, którą koniuszy chciał dowieść, że jestem człowiekiem nieustraszonym i nie tracę przytomności umysłu i zimnej krwi. Opowiedział również o tem, co w ostatnich czasach przeżyłem w Kairze i w Gizeh, a nakoniec zauważył:
- Nie dowiedziałem się o tem od niego samego; opowiadał to długi Selim. Udawał wprawdzie, że to on był bohaterem tych wypadków, lecz wszyscy wiemy, że to tchórzliwy samochwał. Nie Selimowi, tylko effendiemu należy się w tym wypadku chwała. Teraz przyznasz chyba, że to człowiek, który nie boi się nikogo?
- Wierzę. Wszak zwiedził ze mną jaskinię, podczas gdy tamci zostali wtyle.
Teraz wyjaśniło mi się oczywiście, z kim rozmawiał koniuszy; był to nasz przewodnik w Maabdah, ten sam, który mnie ręką mumji obdarzył. Czego on chciał tu w Siut? Czyżby mnie szukał? Odpowiedź na to pytanie miałem otrzymać zaraz, gdyż koniuszy powiedział:
- Teraz śpi jeszcze. Czy mam go zbudzić?
- Nie. Nie przystoi przerywać spoczynku takiego męża. Zaczekam więc, dopóki nie wstanie, i potem przedłożę mu moją prośbę. Mój brat przepadł gdzieś w Chartumie i jestem przekonany, że tylko on jeden zdoła mi go odszukać.
- Zasięgałeś już jakich wiadomości o swoim bracie?
- Tak. Wysłałem tam bardzo doświadczonego człowieka, ale napróżno.
- Czy ten człowiek znał tamtejsze stosunki?
- Bardzo dokładnie.
- A mimo to nic nie osiągnął? Jakżeż może się to udać temu obcemu człowiekowi?
- Czy wątpisz? Przed chwilą dopiero przedstawiłeś mi go jako człowieka, który więcej potrafi, aniżeli stu innych.
- Tak powiedziałem i jestem głęboko przekonany, że się nie mylę. Ale on tu przecież obcy.
- Sam powiedziałeś, że był już kilka razy w Egipcie.
- Tak, ale czy Frank, który byt tutaj trzy lub cztery razy, może stosunki znać tak dokładnie, jak rodowity Egipcjanin?
- Jestem zdania, że może je znać dokładnie. Każdy z tych uczonych chrześcijan ma mnóstwo książek o obcych krajach i narodach. Oprócz tego, każdy może korzystać z wielkich księgozbiorów, należących do państwa. Zanim taki obcy wyruszy w daleki świat, czyta o nim wszystkie książki i przez to poznaje go lepiej, aniżeli krajowiec.
- Skąd ty wiesz o tem?
- Spotykałem się z wielu takimi Frankami w Kahirze, a potem jako przewodnik w Maabdah, i od nich samych to słyszałem. Mówią językiem naszego kraju i mają mapy tak dokładne, że często lepiej znają drogi, niż my. Do tego należy dodać, że uczą się znacznie więcej i są od nas mądrzejsi. Nic dziwnego zatem, że dają sobie radę w każdem położeniu, i nie zdają się tak, jak my, na Allaha. Jeśli nadto zważysz, że ten effendi jest jednym z najznakomitszych, to przyznasz słuszność memu twierdzeniu, że mogę się od niego spodziewać skutecznej pomocy.
- Hm! Mówisz przekonywająco i dowodom twoim nie mogę się oprzeć. Pomów z nim! Zajrzę do niego, może już wstał.
Zajęło mnie to, co słyszałem, a sąd ich, tak bardzo dla mnie pochlebny, mógłby mnie nawet wzbić w dumę. Uważano mnie za najznakomitszego i najuczeńszego Franka i miałem odszukać zaginionego, którego znawcy kraju szukali daremnie. Niestety, przewodnik ogromnie przeceniał moje zdolności, w każdym jednak razie zaciekawiło mnie to, co mi miał powiedzieć. Za przychylność, jaką mi okazał, chętniebym się mu przysłużył, byle tylko w tym wypadku głowa moja i ręce zadaniu podołały.
Wkrótce otworzyły się cicho drzwi do mego pokoju i zajrzał koniuszy. Spostrzegłszy, że już nie śpię, pozdrowił mnie uprzejmie:
- Niech Allah da ci dzień dobry, effendi! Jaki był twój spoczynek?
- Wypocząłem znakomicie, a mam nadzieję, że i ty również.
- Przyślę ci dwie kawy i dwie fajki.
- Dlaczego dwie?
- Bo masz gościa. Na dworze stoi Ben Wasak z Maabdah, ten sam, z którym zwiedzałeś jaskinię, i pragnie z tobą pomówić.
- Wprowadź go tutaj!
Cofnął głowę, lecz wetknął ją znowu i rzekł z wielką powagą:
- Niemało zdziwi cię powód, który go do ciebie sprowadza.
- A może niebardzo zdziwi.
- O, i owszem! To sprawa, w której masz mu dopomóc.
- Nie będzie mnie prosił napróżno.
- Gdybyś wiedział, czego od ciebie zażąda, możebyś go wcale nie przyjął, bo to sprawa trudna.
- Nie bój się o to. Człowiek jest wprawdzie bardzo słabem stworzeniem, ale z pomocą Bożą udają mu się rzeczy najtrudniejsze. Jeśli Allah zechce, odnajdę przewodnikowi brata.
- Allah 'l Allah! A więc ty już wiesz o tem?
- Brat przewodnika zniknął w Chartumie, i pomimo gorliwych poszukiwań nie znaleziono go dotąd. Teraz przyjdzie Ben Wasak do mnie i poprosi, żebym mu w tej sprawie dopomógł.
Koniuszy nie mógł opanować zdziwienia. Wszedł szybko do pokoju, aby mi się przyjrzeć, i zawołał, załamując ręce:
- Ty już wiesz o tem! Effendi, jesteś rzeczywiście najmędrszym z mędrców! Przed twojem okiem nic się nie ukryje. Schylam się w pokorze przed twoim duchem i, jeżeli każesz, natychmiast przywołam przewodnika.
Skłonił się tak nisko, jak to Selim zwykł czynić, i wyszedł. Nie pomyślał nad tem, że rozmawiał z Ben Wasakiem tuż pod mojem oknem, i to tak głośno, że rozmowę musiałem słyszeć, a teraz nie dał mi czasu, żebym mu istotę mego jasnowidzenia mógł wyjaśnić. Wkrótce usłyszałem przez otwarte okno głos jego:
- O Ben Wasaku! Widocznie Allah cię miłuje, kiedy kroki twoje skierował w miejsce właściwe. Dobrze osądziłeś tego effendiego; on nietylko mądry, lecz oczy jego spostrzegają to, co dla drugich ciemne i niezgłębione.
- Bo jego rozum bystrzejszy, niż nasz.
- O nie; nie to. On wie nawet takie rzeczy, do których zwykłym rozumem dojść niepodobna. On wie, że przychodzisz prosić go o to, żeby ci brata w Chartumie odszukał.
- W takim razie musiałby być wszechwiedzącym, a takim nie jest nikt, oprócz Allaha.
- O tym jednak człowieku możnaby myśleć, że istotnie jest wszechwiedzącym. Wie wszystko, wszystko. Ma nawet zamkniętego we flaszce ducha, który życie daje i może martwych ożywiać. Chodź, zaprowadzę cię do drzwi jego mieszkania, spodziewam się jednak, że zdobędziesz się wobec niego na cześć, jaka mu się należy i jakiej żądać może!
Usłyszałem odgłos oddalających się kroków, poczem gospodarz oznajmił mi przybysza i cofnął się zaraz po jego wejściu. Ben Wasak skrzyżował ręce na piersiach, skłonił się nisko, zostawił pantofle przy drzwiach, a potem zbliżył się i wyrzekł powitalne słowa:
- Niech będzie błogosławiony twój ranek jako wschód słońca, effendi!
- A twój jako trawa, gdy w nocy rosą się nakarmi, - odpowiedziałem. - Usiądź po prawej stronie, gdyż jesteś mi gościem bardzo mile widzianym.
- O pozwól mi raczej usiąść naprzeciw siebie! Jestem człowiekiem zbyt nikczemnym, ażebym mógł siedzieć po twej prawej stronie, a przytem chciałbym mieć całe twe oblicze przed sobą.
- Jak chcesz. Możesz tak się zachować, jakgdyby pokój ten był twojem własnem mieszkaniem.
Usiadł więc naprzeciwko mnie i nastąpiła chwila milczenia. Zwyczaj bowiem nakazuje, aby ten, kto przychodzi z prośbą, milczał przez jakiś czas, zanim swą prośbę przedłoży. Służący przyniósł kawę i fajki. Pokrzepiliśmy się, nie mówiąc nic do siebie, i wypaliliśmy fajki, a kiedy je napełniono i zapalono ponownie, Ben Wasak tak się odezwał:
- Effendi, ramię twoje silne, a wzrok twój przenika to, co ukryte. Więcej zdołasz dokonać, niż inni ludzie, i dlatego przychodzę do ciebie, aby ulżyć sercu memu i przedłożyć ci największe życzenie duszy mojej.
- Jeśli tylko zdołam ci się przysłużyć, uczynię to bardzo chętnie, gdyż przychylność twoja rozświeciła mi dzień wczorajszy.
- Możesz, jeśli tylko zechcesz, a przysługę wynagrodzę ci wedle sił moich.
- Nie mów o wynagrodzeniu! Przyjaciele muszą sobie pomagać, nie pytając o piastry. Czemu wczoraj jeszcze nie przedłożyłeś mi swego życzenia?
- Zdawało mi się, że nie przystoi, abym ci się naprzykrzał. Kiedy jednak odszedłeś, przyszło mi na myśl, że może wolno mi będzie pomówić z tobą o mojem utrapieniu.
- Dusza moja stoi dla ciebie otworem. Mów tak, jakgdybyś był u brata albo u największego i najlepszego przyjaciela.
- Wiesz już, co mam ci powiedzieć.
- Wiem. Zdradziło mi twą tajemnicę tamto zakratowane okno. Jestem człowiekiem, jak każdy inny, i tylko Bóg jest wszechwiedzący, jak to sam zupełnie słusznie oświadczyłeś. Kiedy się zbudziłem, usłyszałem twoją rozmowę z koniuszym. Widzisz, że nie mam tych zalet, które on mi przypisał.
- Ty posiadasz przedewszystkiem rzadką zaletę skromności. Istotnie, nikt nie może tego wiedzieć, co Allah, ale są ludzie święci i czarodzieje, którym Allah wiele takich rzeczy odsłania, jakie dla innych na zawsze pozostaną zakryte. Gdybyś nie był otwarcie powiedział mi o tem oknie, byłbym uważał cię za takiego świętego. Mogłeś z tego skorzystać. Wyrzekając się jednak nimbu świętości, dajesz mi dowód, że jesteś człowiekiem uczciwym, którego mogę obdarzyć zaufaniem. Wierz mi, że to znaczy więcej, niż gdybym cię uznał za czarodzieja. Czy posłuchasz mej prośby?
- Z przyjemnością.
- Wiesz już zatem, że wysłałem brata do Chartumu, a on nie wrócił w oznaczonym czasie. Dopytywałem się o niego pilnie, ale wszelki ślad po nim zaginął. Użyłem nawet pomocy pewnego bardzo doświadczonego i pobożnego człowieka, ale upłynęło kilka miesięcy na tem szukaniu i rezultatu nie było żadnego. Pozostaje tylko przypuszczenie, że poszukiwany umarł w drodze, lub uległ jakiem u nieszczęśliwemu przypadkowi.
- A teraz sądzisz, że powinienem w dalszym ciągu prowadzić te poszukiwania?
- Pytaniem tem uprzedzasz prośbę moją, effendi. Dowiedziałem się od parobków, którzy byli przy grocie, a potem od ciebie samego, że chcesz udać się do Chartumu. Ja wiem, że wy, Europejczycy, jesteście o wiele rozumniejsi i bystrzejsi od nas, a ponieważ ty jesteś najmądrzejszym i najmężniejszym z Franków, których widziałem, więc przyszło mi na myśl zwrócić się do ciebie z tą prośbą. Ja wiem, że to śmiałość i natręctwo z mej strony, ale wiem, że masz serce dobre, i sądziłem, że mi to natręctwo wybaczysz. Może znajdziesz w Chartumie czas, aby się nieco utrudzić i uwolnić mnie od zmartwienia. Jeśli się tego zadania nie podejmiesz, nie będę miał żalu do ciebie, jeśli jednak zlitujesz się nade mną, będę ci wdzięczny do końca życia i zaopatrzę cię we wszystko, czego ci tylko potrzeba.
- Powiem ci krótko, że jestem gotów spełnić twoje życzenie, oczywiście o tyle, o ile mi na to okoliczności pozwolą.
- Effendi, dziękuję ci, - zawołał, chwytając mnie za obie ręce. - Pragnąłem twojej pomocy, ale nie miałem nadziei, że mi tę łaskę wyświadczysz. Zdejmujesz mi z duszy wielki, bardzo wielki ciężar.
- Tylko się nie oddaj, proszę cię, zbyt daleko idącym nadziejom, bo za skutek mych usiłowań ręczyć nie mogę. Zawód byłby potem bardziej przykry. Czy znasz drogę, którą twój brat obrał, wracając z Chartumu do domu?
- Nie.
- A zatem nie wiesz, czy pojechał Nilem, czy też drogą karawanową?
- Nie wiem; nie mogliśmy tego zgóry umówić, gdyż podobne postanowienie zależało od wielu okoliczności, których niesposób zgóry przewidzieć.
- Droga Nilem jest stosunkowo pewna, zaś droga karawanowa przez pustynie Korosko i Bajuda naraża na wiele niebezpieczeństw. Czem był twój brat?
- Przewodnikiem, jak ja.
- Niczem więcej?
Wstrzymał się na chwilę z odpowiedzią, wreszcie rzekł:
- Czy mogę ci zaufać nawet wtedy, kiedy chodzi o coś zakazanego?
- Hm! Trudno mi zgóry dać ci na to odpowiedź.
- Mam na myśli przemycanie mumij.
- Zapewniam cię, że ta sprawa nic mnie nie obchodzi, gdyż nie jestem urzędnikiem policyjnym kedywa.
- Otóż, powiem ci, że mój brat był przemytnikiem mumij.
- A więc tem samem, czem ty teraz jesteś?
- Effendi, - uśmiechnął się - nie pytaj. Jestem człowiekiem uczciwym i nie oszukałem jeszcze nikogo. Jeśli mam jaki wielki błąd na sumieniu, to chyba ten, że co do mumij nie zgadzam się z kedywem.
- Czy kontrabanda ta połączona jest z niebezpieczeństwami?
- Z niemałemi, gdyż źle z człowiekiem, którego na przemycaniu mumij pochwycą.
- A zatem ludzie, którzy się tem zajmują, muszą być bardzo odważni i ostrożni?
- Pewnie. Tchórzem i nierozważnym przemytnik być nie może.
- A twój brat posiadał odpowiednie właściwości?
- W wysokim stopniu.
- W takim razie sądzę, że się niemi w swojej podróży posługiwał. Musiał obrać tę drogę, którą uważał za najbezpieczniejszą, jeśli go przedtem w Chartumie nie spotkało nieszczęście.
- W Chartumie? Effendi, skąd ci to na myśl przyszło?
- Jest to zupełnie naturalne, gdyż w takich razach należy uwzględnić wszelkie możliwości. Dopiero, gdy zdam sobie sprawę ze wszystkich możliwych okoliczności, będę mógł uważać jeden lub drugi wypadek za bardziej prawdopodobny.
- Powiedz mi zatem, jakie wiadomości są ci potrzebne. Powiem ci wszystko bardzo chętnie.
- Jak się twój brat nazywa?
- Hafid Sichar.
- W jakim celu posłałeś go do Chartumu?
- Po pieniądze, które mam u mojego klienta kupca Barjada el Amin.
- Jakie to były pieniądze? Czy może udział w zyskach?
- Nie. Ja mu je pożyczyłem.
- Czy to człowiek uczciwy? Sądząc z imienia, nie należałoby o tem wątpić; al Amin znaczy po arabsku uczciwy.
- Istotnie jest on bardzo uczciwy.
- Jak wielką sumę mu pożyczyłeś?
Zawahał się z odpowiedzią i zapytał:
- Czy musisz to wiedzieć?
- Tak.
- Dlaczego?
- Ażeby sobie wyrobić jasny obraz, wchodzących tu w grę stosunków. Zresztą, przyrzekłeś opowiedzieć mi wszystko. Jeśli spodziewasz się jakiegoś skutku moich wysiłków, to musisz być otwarty. Czy suma była wysoka?
- Tak. Powiedziałem ci już wczoraj, że nie jestem tak ubogi, jak wyglądam. Tutejsze stosunki zmuszają każdego do ukrywania swojego mienia. Pożyczyłem Barjadowi el Amin sto pięćdziesiąt tysięcy piastrów.
Suma ta równała się czterdziestu tysiącom franków, a więc była jak na egipskie stosunki bardzo wysoka. Zapytałem nieco zdziwiony:
- Tyle pieniędzy pożyczyłeś człowiekowi, mieszkającemu tak daleko, aż w Chartumie? Widocznie bardzo ufasz owemu kupcowi. Odkąd datuje się wasza znajomość?
- Od sześciu lat.
- A kiedy mu dałeś pieniądze?
- Przed pięciu laty.
- A zatem w chwili, kiedy mu pieniądze powierzałeś, znałeś go dopiero od roku. Czy to nie było nierozwagą z twej strony?
- Nie, gdyż polecił mi go człowiek, którego każde słowo jest święte, jak święte są zdania koranu.
- Kto to był?
- Święty fakir, który wczoraj pojechał z wami do Siut.
- Hm! Nie jestem muzułmaninem i nie wiem, czy wasi fakirzy zasługują na takie zaufanie. Poznałem kilku i ci wydali mi się wielkimi hultajami.
- Są tacy, masz słuszność, lecz uczciwość i pobożność czynią niewątpliwie tego jednego godnym zaufania.
- A więc ten człowiek radził ci pożyczyć kupcowi tę wysoką sumę. Obracał nią przez pięć lat - dlaczego zażądałeś jej zwrotu? Czy przestałeś mu ufać?
- Nie. Nie ja zażądałem zwrotu pieniędzy, tylko on doniósł mi przez posłańca, że ich już nie potrzebuje. Dlatego wysłałem po nie brata.
- A brat nie wrócił! Czy masz pewność, że brat twój wogóle dotarł do Chartumu?
- Tak. Barjad el Amin wypłacił mu pieniądze i brat mój zniknął potem.
- Hm! Otrzymał pieniądze, a potem zniknął! No, no!
Spojrzałem w zamyśleniu przed siebie. Przewodnik czekał chwilę, a potem spytał:
- Dlaczego milczysz? Zachmurzyłeś czoło. Nad czem rozmyślasz?
- Nad obowiązkami gościnności.
- Czy to ma jakiś związek ze zniknięciem mego brata?
- Bardzo ścisły. Pożyczyłeś kupcowi tak wysoką sumę, więc musi ci być za to wdzięczny, i zapewne jesteście bardzo serdecznymi przyjaciółmi.
- Oczywiście!
- A zatem Barjad el Amin przyjął brata gościnnie i dał mu u siebie mieszkanie?
- Tak jest.
- Czy zniknął nagle, czy odjechał?
- Odjechał, aby do domu nie wrócić.
- Jakim statkiem?
- Tego nie wiem.
- A może obrał drogę karawanową przez pustynię?
- I tego nie wiem.
- Ta okoliczność wydaje mi się podejrzana, wielce podejrzana. W miastach zachodnich nie liczy człowiek nigdy na gościnność drugich; idzie się do gospody i płaci za wszystko, co się otrzymuje. Tutaj u was inaczej, a im dalej w głąb kraju, tem większe znaczenie ma prawo gościnności. Wiem, że w Chartumie jest zwyczaj, że gospodarz zawsze odprowadza odjeżdżającego gościa przez jakąś część drogi i to tem dalej, im bliższa łączy ich znajomość. Ten kupiec Barjad el Amin zawdzięczał ci bardzo wiele, pożyczyłeś mu mianowicie tyle pieniędzy, że w ciągu pięciu lat z pewnością się wzbogacił i mógł wreszcie o spłacie długu pomyśleć. Twój brat przybywa do niego, je, pije, mieszka u niego i miałby odjechać tak nagle, że Barjad el Amin nie wie, kiedy nastąpił odjazd? Cóż ty na to, kochany Ben Wasaku?
Stropił się, spojrzał mi w twarz szeroko otwartemi oczami i dopiero po chwili odpowiedział:
- Effendi, miałem słuszność, twierdząc, że wy Frankowie jesteście od nas znacznie rozumniejsi.
- Nie myślę temu przeczyć.
- Kupiec przyjął mego brata bardzo uroczyście, a gościnność nakazywała mu pożegnać go równie uroczyście i odprowadzić przez część drogi. Nie pomyślałem nad tem.
- Ponieważ Barjad nie potrafi nic powiedzieć o takiem pożegnaniu gościa, więc nie możesz mieć za złe, jeżeli go podejrzewam. Albo to łotr i wie, jaki los spotkał twego brata, albo zlekceważył sobie obowiązek gościnności i ponosi przez to pośrednio winę nieszczęścia.
- Allah, Allah! Ktoby to pomyślał! Effendi, twoje słowa ranią mnie w serce. Więc mam niedowierzać, gdy zaufanie moje było tak wielkie i bezwarunkowe?
- Zbrodnia, czy zaniedbanie obowiązku, to wszystko jedno; kupiec ponosi winę. Czy człowiek, którego potem po słałeś do Chartumu, jest taki godny zaufania, jakby w tym wypadku należało sobie życzyć?
- Tak, to człowiek najgodniejszy zaufania ze wszystkich, to święty fakir.
- Aha! A więc to ten sam, który skłonił cię do pożyczenia kupcowi pieniędzy?
- Ten sam!
- Hm! Hm!
- Mruczysz znowu. To mi nic dobrego nie wróży. Czy może mu niedowierzasz?
- Przedstawiłeś mi go tak pochlebnie, że doprawdy nie mam odwagi rzucić na niego jakiegokolwiek podejrzenia. Ale komuś, kto żyje zatopiony bez przerwy w Allahu, nie powierzałbym tak ważnej sprawy ziemskiej. Kto tak, jak on, spędza większą część życia na modlitwie, ten pewnie nie posiada zmysłu niezbędnego do tropienia i ścigania zbrodni po jej splątanych i ukrytych drożynach.
- Nie miałem kogo posłać - rzekł pokornie.
- A czy sam pojechać nie mogłeś?
- Ze względu na dzieci musiałem tej podróży zaniechać.
- Uważasz ją zatem za niebezpieczną?
- Nie mogę tego powiedzieć; wstrzymały mnie raczej moje zawodowe obowiązki. Straciłem sto pięćdziesiąt tysięcy piastrów i muszę teraz odrobić tę stratę, muszę pracować i zbierać, a przytem troszczyć się nietylko o moje dzieci, ale i o rodzinę brata. Boję się, że gdybym pojechał, zginąłbym tak sam o, jak on.
Powiedział to takim tonem, jakgdyby wątpił w moją bystrość; więc odrzekłem:
- Masz zupełną słuszność. Jeśli w tym wypadku popełniono zbrodnię, to i ciebie niezawodnie sprzątniętoby ze świata, gdybyś przybył do Chartumu, ażeby szukać winowajcy. W ten sposób osierociliby złoczyńcy dwie rodziny zamiast jednej.
- To prawda, effendi; ja tak samo myślałem.
- Czy nie pomyślałeś przytem jeszcze o czem innem?
- Naprzykład o czem?
- O tem, że jeżeli ty pojedziesz, to ciebie sprzątną, a jeśli ja, to mnie ten los spotka, a to przecież znacznie korzystniejsze dla ciebie.
- Effendi, Allah świadkiem, że mi to na myśl nie przyszło!
- Wierzę ci. Bądź co bądź jednak zaprzeczyć się nie da, że, jeśli spełniono zbrodnię, to sprawcy będą się starali śledztwo wszystkiemi sposobami utrudnić i z pewnością nie będą się wahali popełnić nawet morderstwa.
- Muszę ci przyznać słuszność, ale z drugiej strony nie wątpię, że poszukiwania tobie się łatwiej mogą udać, niż mnie. Przedewszystkiem mnie tam znają dobrze, i złoczyńcy będą wiedzieli o każdym moim kroku. Ty natomiast jesteś obcy i nikt nie przypuści, że mnie znasz. Możesz więc prowadzić poszukiwania kryjomo i osiągniesz rezultaty o wiele wcześniej, aniżeli ja.
- Masz zupełną słuszność. Oświadczam ci raz jeszcze, że zajmę się tą sprawą. Oczywiście, trzeba nad tem wszystkiem zastanowić się dokładniej. Jakże kupiec przyjął świętego fakira?
- Tak, jak musiał go przyjąć ze względu na jego świętość; obchodzono się z nim, jak z jakim słynnym szeikiem lub emirem.
- Czy fakir zapytał się o twojego brata wprost, czy potajemnie.
- Całkiem otwarcie.
- Źle zrobił, bo powinien był udawać, że nic nie wie o pobycie twego brata w Chartumie.
- Ten święty człowiek nie umie udawać i raczej dałby się zabić, niżby miał kłamstwem splamić swoje usta.
- W takim razie nie nadawał się do takiej misji. Twierdzono, o ile mi się zdaje, że twój brat pieniądze odebrał?
- Tak jest. Barjad el Amin pokazywał kwit fakirowi, przeze mnie podpisany i moją pieczęcią opatrzony, a wręczony mu przez brata natychmiast po otrzymaniu pieniędzy.
- A czy nie przypuszczasz, że to pokwitowanie przemocą bratu wydarto? Dlaczego ci Barjad wprost tych pieniędzy nie przysłał, ale żądał, abyś po nie osobiście przyjechał?
- To zupełnie zrozumiałe. Kto wie, czy taka przesyłka doszłaby w całości na miejsce przeznaczenia; na takie ryzyko Barjad el Amin narażać się nie mógł.
- Mimo to, cała ta sprawa wydaje mi się niejasną. Powiedziałeś, że otwarte poszukiwania są niebezpieczne, a przecież ten fakir poszukiwał, a żadnej szkody mu to nie przyniosło.
- Uniknął niebezpieczeństwa, bo wszyscy wiedzą, że to człowiek święty.
- Zapominasz o tem, że zbrodniarz nie pyta o świętość i pobożność człowieka, który mu stoi na drodze. Nie chcę podejrzewać fakira, a jednak zdaje mi się, że on tu nie jest bez winy. Jeżeli zaś przypuścimy, że on rzeczywiście nie winien, to wyszedł cało nie dzięki swej świętości, ale dlatego, że się go ci ludzie nie bali. Zapewne nie posiada rozsądku, wystarczającego do odkrycia tej zbrodni.
- Więc sądzisz, że tu istotnie zbrodni dokonano?
- Jestem tego pewny.
- Kogóż więc uważasz za sprawcę? Czy może Barjada el Amina?
- Tak jest. Czy fakir wie, że się zajmujesz sprzedażą i przemycaniem mumij?
- Tak.
- Czy on wie o tem, że ten handel wzbroniony?
- Nie umiem ci na to pytanie odpowiedzieć. Ile razy z fakirem o tem mówiłem, twierdził zawsze, że w koranie takiego zakazu niema.
- A on się tym handlem zajmuje?
- Nie wiem.
- A może ten pobożny człowiek zna grobowce z mumjami i tylko nie mówi o tem nikomu?
- Być może. On wędruje po całej dolinie Nilu, a tam są jeszcze gdzie niegdzie sklepienia i jaskinie grobowe, których ludzkie oko nie widziało.
- Słyszałem raz, że wpobliżu Siut znajdują się bogate groby królewskie.
- W takim razie ten, kto je odkrył, musiał zachować tajemnicę dla siebie, bo chyba mnie pierwszemu powiedzianoby o tem. Czy sądzisz, że fakir zna taką tajemnicę?
- Domyślam się tego.
- Być może. Pomówię z nim o tem przy pierwszej sposobności.
- Dobrze! Nie zdradź się jednak, że ze mną o tem mówiłeś, a także i to zachowaj w tajemnicy, że twego brata będę poszukiwał.
- Dziwi mnie to, że tak fakirowi nie ufasz.
Miał słuszność, jakkolwiek nie było to określone podejrzenie, lecz jakieś nieokreślone przeczucie. Mimo to oświadczyłem przewodnikowi, że uważam fakira za człowieka, który się może stać dla mnie niebezpiecznym.
- Niebezpiecznym? Taki święty człowiek, któremu kiedyś postawią marabut - grobowiec, do którego pątnicy pielgrzymują?
- Tak. Sam powiadasz, że chodzi ciągle z miejsca na miejsce, a więc może przede mną przybyć do Chartumu, gdyż ja muszę jeszcze zaczekać tu na mego towarzysza. Coby było, gdyby tak przyszedł do kupca i powiedział mu, że przybędzie do niego pewien Frank, ażeby odszukać miejsce pobytu twojego brata? Teraz chyba rozumiesz, że najlepiejby było, gdyby fakir o niczem nie wiedział, i dlatego żądam od ciebie, ażebyś wobec niego zupełne zachował milczenie. Jeśli mi tego nie przyrzekniesz, umywam ręce.
- Effendi, co tobie wpadło do głowy? - zawołał przerażony. - Uczynię wszystko, co mi każesz, i zaniecham wszystkiego, czego zakażesz. Poza tem, zgodnie z przyrzeczeniem, zaopatrzę cię we wszystko, co w drodze może ci być potrzebne.
- Niewiele od ciebie potrzebuję. W każdym jednak razie musisz mi dać list do brata, który mu wręczę, jeśli go odnajdę. W liście zamieścisz koniecznie tę wiadomość, że poszukiwałem go na twoje polecenie. Podpis i pieczęć są, oczywiście, potrzebne.
- Jeśli pozwolisz, napiszę list zaraz. Sygnet mam przy sobie; resztę dostanę tutaj z łatwością.
Klasnąłem w dłonie i przyszedł służący, który postarał się o papier, pióro, atrament i lak. Za kwadrans list był napisany i Ben Wasak podał mi go, mówiąc:
- Oto masz, czego żądałeś, effendi! Muszę jednak wyjść na chwilę, aby ci przynieść jeszcze coś, co ci się przydać może. Czy spotkam cię tu za godzinę?
- Tak. Do tego czasu nie wyjdę z domu.....................