Niedziela, 19 czerwca - czwartek, 23 czerwca 1932 roku
Rozdział pierwszy, w którym ktoś odzyskuje świadomość, a ktoś ją traci
Owionął ich zapach rozgrzanego latem lasu. Różnozielona ściana
rozstąpiła się przed nimi gwałtownie, zatrzymując promienie słońca na
chropowatej korze i w spienionych koronach wysokich drzew. Przez
uchyloną szybę przyjemny półmrok przynosił kojący chłód i aromat ziół.
Choć niewypowiedziane na głos, pytanie towarzyszyło im od samego
początku podróży, zaprzątając myśli, warząc humory i odbierając chęć na
pogawędki. "Panicz zaginął czy... zginął?"
Chevrolet profesora Henryka Żubrzyńskiego gładko wszedł w zakręt i tylko
nieznacznie zatrząsł się na wybojach. Pogrążeni w rozmyślaniach
podróżujący nie zwrócili najmniejszej uwagi ani na doskonałą konstrukcję
pojazdu, wyprodukowanego raptem dwa lata wcześniej w warszawskiej
montowni Elibor Ł.J. Borkowskiego, ani na nienajlepszy stan polskich
dróg.
Prowadzący wprawną ręką etnograf wciąż miał w pamięci niedawne spotkanie
w gabinecie przyjaciela Józefa Zawadzkiego. Kiedy Bobiński, Brzostowski
i Car - szare eminencje II Rzeczypospolitej i jedni z najważniejszych
akcjonariuszy zamku w Pieskowej Skale - wyszli zadowoleni, zostawiając
po sobie zapach cygar i posmak komplementów, towarzyszący im śledczy
Ewaryst Grzebinoga raz jeszcze podszedł do niego.
- Naprawdę, gdyby nie panienka Konstancja, śledztwo mogłoby potoczyć się
inaczej. A nawet gdybym jakimś cudem odkrył, kim był morderca pokojówek,
nie udałoby się przecież zamknąć dochodzenia w tak krótkim czasie.
Proszę więc, z łaski swojej, nie mieć do niej pretensji o tamto.
Łatwo mu mówić - pomyślał teraz rozgoryczony. - To nie jego opiece
powierzono dziewczynę, która spod tej pieczy się wymyka. I to przez
okno.
Choć z drugiej strony - przypomniał sobie spotkanie w zamkowej
bibliotece, podczas którego Tatarewiczówna tak zgrabnie zastawiła
pułapkę na zabójcę - policjant miał rację. Konstancja może i ma
charakterek, ale także wybitny umysł. Przecież właśnie dlatego
zdecydował się zabrać ją ze sobą do pałacu hrabiny Woy-Mścisławskiej.
Ale czy dobrze robi? A może niepotrzebnie bił się z myślami, bo cała ta
sytuacja była jedynie wytworem kobiecej histerii?
Siedzący tuż obok Dionizy Porckolanko, medyk przebywający w Pieskowej
Skale na letnim wypoczynku, również próbował zebrać myśli. Ledwo
uścisnął dłoń Ewarystowi, życząc mu na pożegnanie powodzenia w dalszej
karierze śledczej oraz - im obu - jeszcze jednego spotkania w bliżej
nieokreślonej przyszłości; ledwie zamknął za sobą pierwszy i ostatni
rozdział, w którym zmuszony przez nadzwyczajne okoliczności odgrywał
rolę patologa i detektywa, a już zaaferowana pokojówka zapraszała go do
gabinetu prezesa Zawadzkiego, gdzie czekał na niego telefon z Młynnika.
Dopiero co zakończył swój udział w śledztwie, a tu, zdaje się, szykowała
się kolejna sprawa. Co prawda profesor Żubrzyński prosił go o interwencję medyczną - i to hipotetyczną, bo przecież mieszkanki
Cianowic mogły zachować się inaczej niż panie z Żubrynówki - jednak
powód ich niepokoju mógł wszak wiązać się ze... zbrodnią.
Choć bardzo nie chciał się do tego przyznać, myśl o tym, że nieznany mu
panicz mógł zginąć w tajemniczych okolicznościach, naprawdę poprawiła mu
humor, nieco przygaszony zamknięciem zagadki z Pieskowej Skały.
Jak to możliwe, że choć robię wszystko, by ratować ludzi od śmierci, na
samą myśl o kolejnej sprawie czuję... ekscytację?
W zamyśleniu przygładził włosy. Chociaż od pewnego czasu stosował
doskonałą pomadę Brylcreem, wciąż jakiś niesforny loczek wyrywał się na
wolność, nadając jego fizjognomii młodzieńczy charakter. A przecież miał
już dwadzieścia siedem lat i niejedno przeżył. Mimo to wolał angielski
kosmetyk od Brillantine Pinauda, która co prawda utrzymywała loki w żelaznej dyscyplinie, lecz przy tym tłuściła wszystko wokół. A jemu nie
miał już kto prać kołnierzyków...
Przez moment poczuł zapach perfum Krystyny. Pod powiekami zamajaczył jej
uśmiech. Westchnął ciężko. Za oknem w równym rytmie migotały pnie drzew.
Opuścił szybę jeszcze niżej - pęd powietrza natychmiast pomógł mu się
opanować. Przypomniał sobie cel tej nieplanowanej wyprawy.
Po prawej stronie nieokiełznana dotąd zieloność zaczęła rzednąć. W głębi
lasu zamajaczyła jasna plama murów.
- To chyba pałac... - Bardziej stwierdził, niż zapytał.
- Istotnie, zaraz będziemy na miejscu - dodał Żubrzyński. W jego głosie
nie było entuzjazmu.
Zamilkli.
Siedząca na wygodnej kanapie Konstancja Tatarewiczówna nadal
beznamiętnie wpatrywała się w okno, choć mijanym wcześniej wiejskim
domostwom ani oszałamiającej urodzie krajobrazu nie poświęciła
najmniejszej uwagi.
Wydarzenia ostatnich tygodni, prowadzące do znakomitego finału,
zatrzęsły całym jej światem. Dotąd doskonale wiedziała, czego chce -
swoje życie zamierzała poświęcić nauce. Wywalczyła sobie prawo do
studiowania filozofii, choć tylko ona wiedziała, ile ten upór ją
kosztował. Chciała być jak doktorka Helena Ostoja-Gajewska, tyle że na
Uniwersytecie Warszawskim. I zajmować się nie medycyną, lecz filozofią -
najmądrzejszą z nauk. Ale to właśnie logika pozwoliła jej wykryć
mordercę z pensjonatu na zamku w Pieskowej Skale. A to doświadczenie -
zwłaszcza ostatnia narada pod Maczugą Herkulesa - otworzyło w niej jakąś
furtkę, o której istnieniu wcześniej nie wiedziała. Móc łapać sprawców
przestępstw, karać za ohydne zbrodnie - tak, bez wątpienia to właśnie
chciałaby robić. Cóż z tego jednak, skoro nie miała na to najmniejszych
szans?
Westchnęła ciężko.
Co to za świat, w którym prawa może i są równe dla wszystkich, ale
równe szanse to mrzonka?
Wciąż miała pod powiekami twarz Ewarysta Grzebinogi, ściągniętą w jakimś
niezrozumiałym dla niej grymasie.
- Naprawdę, przydałaby się nam panienka w Policji Państwowej. - Skłonił
się wówczas przed nią w drzwiach biblioteki, z której właśnie wyszli
wszyscy, na czele ze schwytanym mordercą. Pocałował podane mu koniuszki
palców. - Może przemyślałaby to pani?
Uśmiechnęła się wtedy do niego, zmęczona zarówno wyczerpującym
spotkaniem, jak i własnymi emocjami. Oczywiście wiedziała o Stanisławie
Paleolog. Raptem siedem lat wcześniej komendantka - pierwsza kobieta w szeregach polskiej policji - nie schodziła z nagłówków gazet. O sensowności i celowości kobiecej Brygady Sanitarno-Obyczajowej Urzędu
Śledczego Stołecznej Komendy rozpisywała się prasa: od "Tajnego
Detektywa" po "Kuryera", karmiąc wyobraźnię nie tylko trzynastoletniej
dziewczynki, którą wówczas była, lecz także wszystkich Polaków, a Polek
w szczególności.
Tak, dwudziestoletnia Tatarewiczówna mogłaby się starać o przyjęcie do
tego trzydziestoosobowego oddziału - gdyby tylko chciała walczyć z sutenerstwem albo pracować z dziećmi z nizin społecznych. Ale ona, czuła
to teraz całą sobą, wolałaby prowadzić śledztwa. Podążać tropem
mordercy, szukać przeciwko niemu dowodów. Z tysiąca pozornie
niepasujących do siebie elementów, dzięki dedukcji, składać obraz
pozwalający odtworzyć przebieg i poznać przyczynę zbrodni.
A co teraz? Teraz, gdy posmakowała metod śledczych, kiedy pomogła
schwytać zabójcę, miała tak po prostu wrócić do dawnego życia?
Zapomnieć? Tylko... jak?
Może jeszcze dobry los pozwoli jej pobawić się w detektywkę i poszukać
zaginionego panicza. Ale potem?
Ponownie westchnęła i na moment zamknęła oczy.
- Konstancjo, obudź się. Już jesteśmy. - Wuj Żubrzyński stał przed nią w otwartych drzwiach Chevroleta.
Tuż obok dostrzegła uśmiechającego się nieśmiało Dionizego. Niesforny
blond loczek unosił się na wietrze niczym mikroskopijna aureola.
Zanim zdążyła się odezwać, na żwirowej powierzchni ronda przed
południową ścianą pałacu pojawiły się trzy postacie. Przodem dreptała
rozłożysta służąca w charakterystycznej czarnej sukience, przyozdobionej
białym fartuszkiem, z koronkowym kołnierzykiem i takimiż mankietami. Za
nią, nie zważając na konwenanse, wybiegła kobieta, którą Tatarewiczówna
natychmiast uznała za panią domu.
Twarz jak Lody Halamy, tylko sporo starsza - pomyślała, choć rewiową
aktorkę i tancerkę znała jedynie z prasy.
Wysoka i szczupła, w jedwabnej granatowej sukience i sznurze pereł,
owiniętym trzykrotnie wokół nieznacznie przywiędłej szyi, miała oczy
opuchnięte od płaczu i zaczerwieniony czubek nosa.
- O mój Boże! Henryku drogi! Pomocy! - Czterdziestoparolatka musiała być
bardzo wzburzona, skoro nawet w obecności nieznanych sobie osób zaczęła
szlochać.
- Już, już, ciociu, proszę się uspokoić - powstrzymała ją za rękę
trzecia z kobiet.
Była mniej więcej wzrostu Konstancji, za to starsza od niej o co
najmniej dekadę. Tak jak Tatarewiczówna miała nos z lekkim garbkiem,
jednak jej twarzy daleko było do uznania jej za piękną. Lub chociaż
ładną. Może to wina cieniuchnych warg, które przygryzała, w wąską
kreskę? A może brwi, wymodelowanych wprawdzie zgodnie z obowiązującymi
trendami, lecz przypominających wychudzone gąsieniczki? W każdym razie -
jak zawyrokowała w myślach Konstancja - było w niej coś odpychającego. A może raczej - poprawiła się, zła na siebie za taką uwagę - po prostu
coś... szorstkiego.
- Ależ oczywiście. Gdzie ja mam głowę. - Lekko posiwiała kopia Lody
Halamy uspokoiła się natychmiast. - Bardzo państwa przepraszam,
zmartwienie mamy ogromne. Mój syn... - Znów zdawało się, że za chwilę
ponownie się rozpłacze.
- Pozwolą panie, że dokonam prezentacji. - Henryk Żubrzyński, mąż
Jadwigi, ojciec trzech niezamężnych wciąż córek, do tego mieszkający pod
jednym dachem i z krewną małżonki, hrabiną Marią Józefą Kulwiec,
wiedziony długoletnim doświadczeniem mężnie stawił opór kobiecym
emocjom. - Pani Teodoro, to Konstancja Tatarewiczówna, moja podopieczna.
Przyjechała z Warszawy. Tego lata gości u nas, w Żubrynówce.
- Oczywiście. - Pani domu uśmiechnęła się blado do dygającej przed nią
dziewczyny. - Wiem wszystko. I bardzo panience dziękuję za odwiedziny.
- A to nasz przyjaciel. - Profesor wskazał na zarumienionego Dionizego,
który szarmancko skłonił się przed czterdziestoparolatką, a następnie
przed stojącą tuż obok niej kobietą o zaciętym wyrazie twarzy. - Pan
Dionizy Porckolanko. Doskonały medyk.
- Jeśli pani pozwoli, służę pomocą lekarską. Mam przy sobie - sięgnął po
czarną skórzaną torbę, z jaką raptem kilka tygodni temu odwiedził po raz
pierwszy Żubrynówkę - Luminal. Doskonały na nerwy, zapewniam.
- Teodora Pierzchowska. - Z wdziękiem podała mu czubki palców, które
natychmiast usłużnie pocałował. - A to panna Tekla Pierzchowska. A to
synowica mojego męża.
Trzydziestoparolatka dygnęła i oblała się szkarłatem, gdy wysoki blondyn
musnął czubki podsuniętych mu palców. Ułożone w cienki łuk brwi zbliżyły
się do siebie, a na jej twarzy mimowolnie zagościł grymas.
Stojąca obok służąca, nienawykła do takich widoków i takiej kolejności
wydarzeń, zebrała się wreszcie na odwagę.
- Pani hrabina Woy-Mścisławska czeka na szanownych państwa w swoim
saloniku. - Jej głos lekko drżał. - To może ja...
- Józefa może już iść i dać znać w kuchni, że goście przyjechali. -
Teodora Pierzchowska najwyraźniej zdołała na chwilę opanować skołatane
nerwy. - A ja zapraszam, zapraszam serdecznie w nasze skromne progi.
Rzeczywiście, moja matka oczekuje nas.
Wykonała zapraszający gest i ruszyła w stronę budynku, z Henrykiem
Żubrzyńskim po lewej i Dionizym Porckolanką po prawej ręce.
- Skromne progi to chyba przesada - odezwała się Konstancja do idącej z nią w parze po żwirowej ścieżce panny Tekli. - Piękny ten pałac.
Doprawdy, niezwykła architektura.
- To praca Teodora Talowskiego - wyszeptała w odpowiedzi, po czym
zamilkła.
I nie odezwała się już więcej.
Nawet wówczas, gdy na widok przestronnego hallu z marmurową posadzką,
spiralnymi schodami pnącymi się ku górze i kryształowym żyrandolem
zwisającym z wysokości dwóch kondygnacji Tatarewiczówna aż pisnęła z wrażenia.
Nawe wtedy, gdy Teodora Pierzchowska poprowadziła swoich gości do
mieszczącego się na parterze prywatnego saloniku rodzicielki, gdzie
hrabina Maria Wacława Woy-Mścisławska oczekiwała nowo przybyłych.
Niewielkie pomieszczenie liczyło co najwyżej trzydzieści metrów
kwadratowych. Na środku ustawiono dwie wyściełane granatowym aksamitem
sofy, owalny stół zaś przesunięto w pobliże jednego z dwóch wielkich
okien z widokiem na park. Przy drugim, wychodzącym na południe,
znajdował się wysoki fotel.
- Pani hrabino, pani pozwoli, że przedstawię... - Henryk skłonił się
dwornie przed siedzącą w nim staruszką w czarnej sukni. Jej szyję także
zdobił sznur pereł, choć pojedynczy. Okrągła twarz, o owalu mocno już
sfatygowanym grawitacją i upływającym czasem, z niewielkim prostym nosem
i przenikliwie niebieskimi oczami, wciąż przykuwała wzrok.
Swego czasu - pomyślała Konstancja - musiała uchodzić za wyjątkową
piękność, a córka urodę odziedziczyła właśnie po matce.
- To zapewne panienka Konstancja Tatarewiczówna. - Hrabina, jak gdyby
nigdy nic, wycelowała pulchny palec obciążony rodowym sygnetem w stronę
dygającej przed nią blondynki o zielonych oczach. - A ten pan to zapewne
medyk.
- Owszem, szanowna pani, Dionizy Porckolanko. - Skłonił się przed nią
zaskoczony.
- Ale skąd...? - Zdumienie profesora nie znało granic.
Jakim cudem zgadła? - zdziwiła się w duchu Tatarewiczówna.
- Henryczku, mój drogi, czyż to nie oczywiste? O wyczynach panienki
słyszałam, a jakże! Cianowice od Młynnika są co prawda sporo oddalone,
ale nie aż tak. No i my tu, w pałacu, także mamy telefon. Poza tym
gościła u mnie onegdaj hrabina Zofia Henryka Kokosińska... - zachichotała.
- Uznałam za oczywiste, że w tak delikatnej materii twoja nowa
podopieczna będzie ci towarzyszyć, zwłaszcza po jej ostatnich
dokonaniach. Skoro zaś nie przyjechałeś z doktorem Zawadzkim, musiałeś,
mój drogi, zabrać tu do nas innego medyka, równie znanego specjalistę, z całą pewnością zaprzyjaźnionego z tobą i dyskretnego. Czyż nie mam
racji?
- Całkowitą! - Etnograf skłonił się z galanterią. - Ma pani hrabina
absolutną rację, jak zawsze. Oprócz Konstancji pozwoliłem sobie
przywieźć do Cianowic mojego serdecznego przyjaciela, pana Dionizego
Porckolankę. Swego czasu bardzo nam pomógł w Żubrynówce...
- Sądzę, że Teodora i Tekla istotnie potrzebują jakichś kropli na
uspokojenie. - Maria Wacława Woy-Mścisławska zwróciła się w stronę
kłaniającego się przed nią blondyna. - Obawiam się, że pokojówki także.
Moja Józefa całkiem dobrze się trzyma, Michalina chyba też, ale
Marianna... - Pokręciła głową z niesmakiem. - Całkiem jest w histerii.
Myślałby kto, że to o jej wnuka się rozchodzi... No już, już, niech pan,
mój drogi, pójdzie z Teodorą i Teklą tu obok, do drugiego salonu, i zaopiekuje się paniami. Moja wnuczka Zofia Miłobęcka leży w apartamencie
na piętrze. Ma straszną migrenę, biedactwo. Towarzyszy jej małżonek, pan
Sławosz Miłobęcki. Gdyby mógł pan, mój drogi, z łaski swojej, i do nich
zajrzeć...
Dionizy Porckolanko rozpromienił się uradowany.
- Tak się doskonale składa, że mam przy sobie najnowszy produkt od
Bayera. Aspiryna, szanowna pani, powinna pomóc nawet na najcięższą
migrenę.
Skinęła mu głową zadowolona.
- A potem - najwyraźniej myśli Marii Wacławy wróciły na wcześniejsze
tory - napijemy się kawy i omówimy nasze zmartwienie, moi drodzy.
Gdy tylko medyk sięgnął po torbę, by wykonać polecenie, a panie
Pierzchowskie, jedna po drugiej, bez słowa protestu opuściły pokój,
hrabina zwróciła się do stojącej niecały metr przed nią osłupiałej
Konstancji.
- Panienka sobie usiądzie, najlepiej tu, koło mnie. I niech się panienka
tak nie dziwi. Dedukcja i mądrość nie są zarezerwowane wyłącznie dla
was, młodych.
- Nigdy bym tak nie... - odezwała się Tatarewiczówna i zajęła wskazane jej
miejsce.
- Och, już ja wiem, moja droga, co młodzi o nas sądzą! Przecie i ja
ongiś byłam młódką, choć teraz już mnie samej wydaje się to
nieprawdopodobne - zaśmiała się serdecznie, jakby własne przemijanie
uznała za doskonały dowcip losu. - Ale jak człowiek długo żyje, a mam
już sporo ponad pół wieku, wyobrażasz to sobie, pół wieku, moja droga! -
ciągnęła z ożywieniem. - No więc jak człowiek tak długo jest na świecie,
to siłą rzeczy uczy się obserwować innych. I wyciągać wnioski. Na
przykład, moja droga, takie, że jeśli w domu, gdzie histeryzują kobiety,
pojawia się mężczyzna z charakterystyczną skórzaną torbą, to...
- ...musi to być lekarz - dokończyła, absolutnie wbrew regułom,
Konstancja.
Okrągła twarz hrabiny Marii Wacławy Woy-Mścisławskiej drgnęła pod
wpływem tego zuchwalstwa. Jasnoniebieskie oczy zalśniły dziwnym
blaskiem, jednak w jej głosie nie słychać było złowieszczych tonów.
Wręcz przeciwnie.
Z wiszącego na piersi aksamitnego woreczka wyciągnęła lorgnon.
- Niech ci się lepiej przyjrzę, moja droga. - Wykonała ręką gest,
nakazując tym samym, by siedząca na wyściełanym aksamitem krześle panna
nachyliła się w jej stronę. - Rzeczywiście, Kokosińska nie kłamała, masz
wielką urodę. Choć na mój gust ta współczesna opalenizna nikomu nie
służy, to jednak do twoich zielonych oczu pasuje. Tak, nawet te kilka
piegów niczego ci nie odbiera. Nos co prawda jak u naszej Tekli, ale u ciebie nie razi, żadną miarą! Teraz rozumiem, dlaczego mężczyźni tracą
dla ciebie głowę i chcą się strzelać. No już, już, nie rumień się tak.
Przecie masz lustro...
- Mam, i owszem. Ale nie lubię, kiedy sprowadza się mnie jeno do
powierzchowności, która zresztą nie jest moją zasługą.
- No, no, rzeczywiście, charakterek masz niezgorszy! - zachichotała. -
Maria Józefa Kulwiec musi wychodzić ze skóry, mieszkając z tobą pod
jednym dachem! Doskonale! Mam już dość tych cichych owieczek, które
słowa nie powiedzą, a boję się, że i nie pomyślą...
- Chyba jest pani zbyt surowa, pani hrabino - zaoponowała stanowczo
Konstancja. - Nie każda z nas ma pani pozycję i pozwolę sobie dodać -
rozejrzała się po pokoju - pani majątek, by móc mówić to, na co się ma
ochotę.
- A jednak niektóre z nas to robią, moja droga! - Woy-Mścisławska ujęła
jej rękę. Tatarewiczówna poczuła bijące od niej ciepło. - I chwała nam
za to! Podobasz mi się, moja droga - zawyrokowała. - Dziś będziesz
siedzieć obok mnie także przy stole.
Pociągnęła za aksamitny sznur zwisający tuż obok fotela.
- Czas się czegoś napić! I omówić niecierpiącą zwłoki sprawę, moi
drodzy.
Kilka minut później w drzwiach prowadzących do prywatnego saloniku
hrabiny Marii Wacławy stanęły dwie służące. Poznanej na początku
Józefie, dzierżącej w mocnych dłoniach tacę z samowarem i porcelanowym
dzbankiem, spod którego pokrywki unosił się zacny aromat mokki,
towarzyszyła inna, równie wiekowa co niesione przez nią porcelanowe
filiżanki i talerzyki.
Najwyraźniej - przebiegło przez głowę Konstancji - musi to być owa
Michalina, która oparła się histerii.
Hrabina bez trudu podniosła się z fotela i ruszyła w stronę okrągłego
stołu.
- Państwo wybaczą, że nie przygotowaliśmy się zbytnio, ale gdy w domu
wydarza się tragedia... - zamilkła na chwilę. - Gdyby nie panika Teodory i narastająca histeria Zosi, nie zdecydowalibyśmy się jeszcze prosić o pomoc, moi drodzy. Dlatego kucharka nie przygotowała nic nadzwyczajnego.
Ot, tak popularny u nas w Galicji pischinger i ciasteczka bez ambarasu.
- Ależ pani hrabino - zaoponował profesor Żubrzyński - to więcej niż
moglibyśmy oczekiwać.
- Bardzo jest pan uprzejmy, Henryczku. - Lekkim skinieniem głowy
przyjęła jego zapewnienia. - Proszę, niech pan siada, mój drogi.
Po chwili w drzwiach stanęły panie Pierzchowskie, a zaraz za nimi
zaaferowany Dionizy.
- Pani Zofia zasnęła - oznajmił zgromadzonym. - Tak jak się
spodziewałem, Aspiryna zadziałała niemal od razu. Szanowny małżonek
zdecydował się jednak jej towarzyszyć i czuwać nad nią, gdyby jeszcze
potrzebowała pomocy. Choć nie spodziewam się tego - dodał, z zadowoleniem przygładzając odstający loczek.
- Bardzo to miłe z pana strony. - Hrabina upiła łyk mokki z rodowej
filiżanki. - A Marianna?
- Tu także wszystko jest pod kontrolą. - Doktór z zadowoleniem przyjął
kawałek ciasta wymyślonego nie tak dawno temu przez wiedeńskiego
cukiernika Oskara Pischingera. - Podwójna dawka Luminalu całkowicie
załatwiła sprawę. Tyle tylko - rozłożył ręce w geście bezradności - że
pokojówka pań do końca dnia zapewne będzie niedysponowana...
- Trudno. - Teodora Pierzchowska z wdziękiem odstawiła filiżankę z herbatą. Najwyraźniej i jej pomogło zastosowane przez Porckolankę
lekarstwo, bo wydawała się nadzwyczaj opanowana, a jej twarz była
dziwnie rozluźniona.
- Jeśli mogę więc spytać, szanowne panie... - zaczął etnograf, lecz nie
dane mu było dokończyć.
- Rozumiem - głos hrabiny Woy-Mścisławskiej był dźwięczny i żadną miarą
nie zdradzał ani wieku, ani stanu Marii Wacławy - że nie muszę prosić
państwa o dyskrecję... Jak pan wie, drogi Henryku, mam już tylko jedną
córkę, Teodorę, ona zaś obdarowała mnie trojgiem wnucząt. Z Zosią nie
było nigdy żadnych problemów, ale z synami...
- Ależ mamo... - wyrwało się pani Pierzchowskiej, umilkła jednak
natychmiast, zmiażdżona wzrokiem rodzicielki.
- Najmłodszy wnuk mój, Miecio, ma złote serce, ale ciągle choruje.
Obawiamy się najgorszego...
Porckolanko natychmiast odstawił filiżankę, gotów do medycznej
interwencji, lecz seniorka powstrzymała go jednym gestem.
- Największym jednak zmartwieniem jest pierworodny Teodory, panicz
Zbigniew. Z charakteru wdał się w ojca...
- Ależ mamo...
- Tak, moja droga, nie ma co tu kryć! - Seniorka nieznacznie podniosła
głos. - Zbigniew jest jak Józef, niech mu ziemia lekką! Karty! Alkohol!
I cała reszta!... - Westchnęła głęboko. - Nie pierwszy raz się zdarza, że
nie wrócił na noc.
- Rozumiem, szanowne panie - Żubrzyński chciał jakoś załagodzić
sytuację, przejął więc głos i dowodzenie - że od wczoraj nie mają panie
pewności, gdzie przebywa rzeczony syn pani Teodory.
- Od dwóch dni go nie ma - odezwała się nagle panna Tekla, do której
cichej obecności zdążyli już wszyscy przywyknąć tak dalece, że niemal
zapomnieli o jej istnieniu. Teraz więc zwrócili się w jej stronę; ona
zaś oblała się szkarłatem, którego intensywne plamy bezwstydnie
podkreślały braki urody.
- Rzeczywiście, Zbigniew wyszedł w piątek po południu, miał się przejść
do Ojcowa, ale nie wrócił. - Zaordynowany przez Porckolankę Luminal
wciąż sprawiał, że Teodora Pierzchowska trzymała nerwy na wodzy, a jej
głos pozostawał bezbarwny i matowy.
- Rozumiem, że już wcześniej zdarzały mu się takie... - zaczęła
Konstancja, lecz siedząca tuż obok hrabina nie pozwoliła jej dokończyć.
- Nigdy tak długo. Stąd takie poruszenie. Wysłaliśmy umyślnego, który
wczoraj rano przepytał ludzi w domach wczasowych i hotelach, ale bez
rezultatu.
- Nikt go nie widział, nawet w piątek. - Pani Pierzchowska ze zdumieniem
wpatrywała się w filiżankę. - Przepadł jak kamień w wodę.
- Ależ tu trzeba wezwać policję! - Tatarewiczówna nie miała wątpliwości.
- Skoro nikt go nie widział, w grę może wchodzić wszystko, nawet
porwanie! Może znowu pan Ewaryst...
- Bój się Boga, Konstancjo! - zgromił ją wuj Henryk.
- Ale przecież... - próbowała uzasadnić swoje stanowisko, gdy nagle ich
uwagę przyciągnęły wydarzenia rozgrywające się gdzieś za oknem.
Na żwirowym podjeździe dało się słyszeć coraz głośniejszy stukot kopyt i turkot kół. Jakiś mężczyzna pracujący w parku krzyknął, jakaś kobieta
głośno zaszlochała.
- Co się tam, na Boga...? - wyrwało się przejętemu Żubrzyńskiemu.
Siedząca vis a vis wielkiego okna panna Tekla Pierzchowska pobladła i osunęła się gwałtownie na gruby dywan. Porckolanko natychmiast rzucił
się jej na ratunek; tymczasem pani Teodora, zajmująca miejsce tuż obok
synowicy, raptownie przycisnęła dłoń do ust, zbladła i również omdlała.
Henryk z Dionizym jęli je podnosić i delikatnie oklepywać po
śnieżnobiałych nagle policzkach, a Konstancja z hrabiną, nieruchome jak
posągi na swoich krzesłach, wpatrywały się w wóz stojący na żwirowym
rondzie, tuż pod oknem prywatnego saloniku Marii Wacławy.
Na drewnianej pace, pokrytej płóciennymi workami na mąkę, leżało ciało
mężczyzny. Na jednej stopie, sztywno wystającej zza szczebli, wciąż
tkwił elegancki półbut, choć w bardzo nieeleganckim stanie, podczas gdy
druga była bosa i nienaturalnie sina. Lniany letni garnitur pokrywała
zaschnięta skorupa krwi i kurzu; modnego wzoru w pasy można się było co
najwyżej domyślać. Nieruchoma, trupio blada twarz wykrzywiona była w paskudnym grymasie.
Na szczęście ktoś mu zamknął oczy - pomyślała przejęta Tatarewiczówna.
Wzięła hrabinę pod rękę.
- Tak mi przykro - wyszeptała. - Rozumiem, że to panicz?
Staruszka spojrzała na nią i z siłą, o jaką nikt by jej nie podejrzewał,
wyrwała się Konstancji, ruszając w stronę drzwi. Dziewczyna bez słowa
poszła jej śladem.
- Dionizy, pójdź za nimi - wyszeptał profesor, który właśnie ułożył
pannę Teklę na sofie, podczas gdy jej wciąż na wpół świadoma ciotka
zajmowała drugą. - Tam się pewnie zaraz bardziej przydasz.
Nim medyk zerwał się na nogi i sięgnął po torbę, doszedł ich przeraźliwy
krzyk. To bez wątpienia, choć z naruszeniem wszelkich zasad, hrabina
Maria Wacława Woy-Mścisławska krzyczała imię swego wnuka.
Zziajany Dionizy Porckolanko znalazł się tuż przy niej i podtrzymującej
ją Konstancji, w chwili gdy stojący obok wozu niski i krępy chłop, w wielokrotnie łatanych spodniach, lecz odświętnej koszuli, zaczął
nieskładnie opowiadać, co zaszło. Jedną ręką trzymał konia za uzdę, w drugiej miętosił czapkę. Spotkanie z panią na Cianowicach wielkie
musiało wywołać w nim poruszenie, bo nerwowo przebierał nogami i co i raz opuszczał głowę, jakby podświadomie podkreślał swoje poddaństwo
wobec błękitnej krwi i hrabiowskiego tytułu, choćby już od jedenastu lat
zniesionego.
- Za pozwoleniem, jaśnie pani - tłumaczył, niepomny na jej lament -
rozpytywali się tu ze dwora onegdaj o panicza, to jakem go znalazł, hen
w Smardzowicach, na polu, to tak od razu żem se pomyśłał, co by go do
pałacu przywieźć. Com buta się naszukał, to moje, ale musiał się w diabły stracić, bo go nikaj... - urwał speszony. - Ale bynajmniej nie o nagrodę mnie się rozchodzi, proszę jaśnie pani hrabiny.
Medyk ominął go bez słowa i podszedł do wozu. Chwycił ciało młodego
mężczyzny za zwisającą bezwładnie rękę. Zamarł. Zaaferowany, potarł
skroń i jeszcze raz sprawdził puls.
Bezradnie spojrzał na stojącą tuż przy wozie hrabinę i podtrzymującą ją
Konstancję.
- Niemożliwe...
Pochylił się nad zastygłym ciałem i przyłożył ucho do piersi.
Oparł się o drabinki i znieruchomiał.
Wreszcie odwrócił się w stronę rozpaczającej babki z dziwnym wyrazem
twarzy.
- Pani hrabino, pani wybaczy moją bezpośredniość, ale w medycynie nie
mamy na to lepszego określenia. Pani wnuk jest po prostu pijany jak
bela.
Jakby na potwierdzenie tych słów, stojących przecież w sprzeczności z logiką wydarzeń, z ciała panicza niespodziewanie wydobył się dźwięk
absolutnie niegodny gentlemana.
A potem, wiedziony jakimś niezwykłym instynktem, Dionizy Porckolanko
zdążył zamortyzować upadek, gdy wiekowe ciało Marii Wacławy, niczym
pierwszy płatek śniegu, bezgłośnie opadło na żwirową nawierzchnię
pałacowego podjazdu.
Rozdział drugi, w którym coś się kończy, a coś zaczyna
Ewaryst Grzebinoga, wybitny śledczy Czwartego Wydziału
Śledczo-Pościgowego Siódmego Okręgu Krakowskiego Policji Państwowej
pochylił się nad ciałem.
Wyjął kolejnego Nila z papierośnicy i zaciągnął się głęboko.
Zmarła musiała być kiedyś pięknością - pomyślał ze znużeniem.
Wiedziony jakimś niezrozumiałym odruchem poprawił ciemny kosmyk, który
przesłaniał niewidzące już oczy.
Tak, teraz jest lepiej. Kimkolwiek była, z pewnością ceniła sobie
schludność.
Rozejrzał się wkoło.
Wysoka sień kamienicy przy ulicy Krupniczej 24 była czysta. Nie licząc
kałuży zakrzepłej krwi, którą straciła leżąca pod ścianą nieznajoma.
- Tuż obok, pod dwudziestym szóstym, trwa remont. - Młody posterunkowy
Józef Gawryluk dumnie wypiął pierś. Doskonale zdawał sobie sprawę, że
jeśli tylko sumienną pracą zdobędzie uznanie Grzebinogi, jego kariera
przyspieszy niczym automobil. - Niejaki Mehoffer Józef, malarz, lat
sześćdziesiąt osiem, zakupił nieruchomość z ogrodem i przeprowadza
gruntowne prace. Stąd kręcą się tu różni robotnicy. Jeden z nich mógł...
Grzebinoga pokręcił głową.
- Nie w niedzielę. A ciało leży tu mniej niż godzinę. - Spojrzał na
zegarek. Najnowszy model od Atlantica, według zapewnień szwajcarskiego
producenta wodoodporny, jak dotąd sprawował się bez zarzutu. - Mamy
osiemnastą szesnaście. Stróż znalazł ciało za pięć szósta. Czyli...
- Czyli, panie komisarzu - Józef Gawryluk nie zmarnował okazji, by
kolejny raz zawalczyć o świetlaną przyszłość - ciało leżało tu nie
dłużej niż dwadzieścia minut. Zgodnie z zeznaniami stróża, to jest Mędla
Mariana, lat czterdzieści dwa, na piątą trzydzieści podjechał automobil
po panie Wąsowskie. Pomagał im z walizkami, podobno jadą do wód.
Takim to dobrze. - Grzebinoga w milczeniu zaciągnął się papierosem. Na
myśl o śledztwie, które incognito prowadził jeszcze wczoraj w pensjonacie na zamku w Pieskowej Skale, gdzie dla kamuflażu i on grał w tennisa, podziwiał rajd górski w Ojcowie, ba!, był nawet na jednym
fajfie, poczuł falę smutku.
O co ci chodzi, Grzebinoga? Przecież rozwiązałeś tę sprawę! Sam
pułkownik Jagrym-Maleszewski dzwonił z Warszawy z pochwałami, pieprzony
Puciełko aż się skręcał, trząsł tą swoją tłustą dupą, choć nie wiem, czy
z zazdrości, czy z radości... A ty? Czemu się nie cieszysz?
Rzucił niedopałek na starannie zamiecioną podłogę i z rezygnacją
spojrzał na prężącego się posterunkowego.
- Na razie nic tu po mnie. Poczekasz teraz na fotografa, a dopiero potem
pozwolisz zabrać stąd ciało. Dopilnuj, żeby dowieźli je prosto do samego
Olgierda Siemaszki. Niby przyczyna śmierci jest oczywista - wskazał na
nóż z wytartą drewnianą rękojeścią, sterczący z piersi denatki - ale kto
wie, może mistrz znajdzie coś jeszcze.
Wyciągnął z kieszeni papierośnicę. Gawryluk pospieszył z zapałkami.
- Dziękuję - mruknął Ewaryst, zaciągając się dymem. - Gdy tylko
zidentyfikujecie zwłoki, dzwońcie do mnie. Mój adres znacie.
- Się wie, panie komisarzu! - Gawryluk aż promieniał.
- No! - Śledczy wydmuchał dym. - Teraz znajdziecie mnie u Wołkowskiego,
w Esplanadzie, przy Podwalu. Wpadnę tam na chwilę, mają świetną kawę.
- Tak jest, panie komisarzu! - Zasalutował posterunkowy. - Się robi,
panie komisarzu!
I rzucił się do bramy, w której pojawili się właśnie jacyś młodzi
ludzie, mieszkający, jak usłyszał na odchodne Grzebinoga, pod czwórką.
* * *
- Państwo wybaczą, moi drodzy, ale twarz Zbigniewa... - Maria Wacława,
wciąż wzburzona, choć Porckolanko, nie zważając na protesty, zaaplikował
jej niewielką dawkę Luminalu, tłumaczyła się gościom.
- To ta mąka. - Etnograf nie miał wątpliwości. - Najpewniej z worków, na
których go położono. Musiały nadać twarzy pani wnuka tę upiorną, śnieżną
tonację. Swoją drogą - ożywił się Żubrzyński - czy słyszeli państwo o japońskim makijażu shironuri? Pochodzi najprawdopodobniej z epoki
Heian i wiązał się z kulturą gej... - urwał nagle, speszony.
Na szczęście żadna ze znajdujących się w saloniku osób nie wydawała się
tego dostrzegać. Nikt też nie poprosił go o ciąg dalszy wykładu.
- Zapewniam panią, że wszyscy uznaliśmy panicza za zmarłego - odezwała
się Konstancja. - Ja osobiście nie krzyczałam tylko dlatego, że ze
strachu odebrało mi mowę.
Woy-Mścisławska z wdzięcznością poklepała ją po ręce.
- Dziękuję, moja droga. Rzeczywiście, nie widzę w waszych twarzach
nagany. I choć w tym wieku opinia innych nie ma już dla mnie większego
znaczenia, to przecież w waszych, moi drodzy, oczach nie chciałabym
uchodzić za rozhisteryzowaną.
Gdy tylko umilkły zapewnienia, że skądże znowu, pani hrabino, i że w żadnym wypadku i że do głowy im by to nie przyszło, seniorka pociągnęła
za aksamitny sznur.
- W takim razie wyświadczą mi państwo tę uprzejmość i pozwolą ugościć
się dzisiaj na kolacji. Będzie co prawda skromna, spodziewaliśmy się
przecie najgorszego, ale nie możecie mi, moi drodzy, odmówić tego
zaszczytu.
* * *
Zapadła cisza. Orkiestra jazzowa, którą ostatnimi czasy zatrudnił
Wołkowski, skończyła właśnie grać Yo-yo, najnowszy przebój z rewii
warszawskiego Teatru Morskie Oko.
Jest w tej piosence coś, co rozdziera serce i dusi za gardło.
Tańczące jeszcze przed momentem pary wracały na swoje miejsca. Jednak
nawet teraz, gdy zamiast fokstrota słychać było jedynie gwar
przyciszonych rozmów i brzęk szkła, siedzący przy ulubionym stoliku w najgłębszym kącie sali, za to z doskonałym widokiem na drzwi, Grzebinoga
nie potrafił zebrać myśli.
A może to wcale nie miało związku z muzyką? Może - pomyślał -
chodziło o leżące kilkaset metrów dalej zwłoki kobiety w granatowej
spódnicy z najtańszej bawełny, która ostatnimi czasy zalewała
Rzeczpospolitą? Może to kwestia tej wielkiej czerwonej plamy na skromnej
białej bluzce? Spracowanych dłoni i półbutów o wytartych noskach? A może
po prostu kolejne odebrane przedwcześnie życie nie dawało mu teraz
spokoju?
Nie zdążył dopić drugiej kawy, gdy z morza papierosowego dymu wyłonił
się posterunkowy.
- Panie komisarzu! - Zasalutował. - Udało się zidentyfikować zwłoki!
- Tak szybko? - zdziwił się Grzebinoga. - Znaczy się, tutejsza.
- W pewnym sensie. - Gawryluk wciąż prężył się przed stolikiem. -
Fotograf doradził, żeby temu Mędlowi, co to zwłoki znalazł i strasznie
go od tego roztelepało, dać trochę wódki. Walnął dwie setki i zaraz
doszedł do siebie na tyle, że był w stanie się odezwać. Powiedział, że
według niego zmarła mieszkała obok, przy Krupniczej dwadzieścia dwa. To
czynszówka, ale bardzo zadbana. No to poleciałem tam i poprosiłem
ichniejszego dozorcę o rozpoznanie. Z ciekawości musiało go skręcać, bo
ani razu nie zaprotestował. Aż się rwał, panie komisarzu, żeby zobaczyć
ciało. Nawet mi się to podejrzane wydało, ale cóż, ludzie są różni.... -
pozwolił sobie na filozoficzną refleksję, lecz przynaglony wzrokiem
śledczego wrócił do składania raportu. - Od razu ją rozpoznał.
Potwierdził, że to tamtejsza lokatorka, niejaka Lechowska Antonina, lat
trzydzieści sześć. Zamężna, dwoje dzieci. Mieszkała pod ósemką.
Grzebinoga dopił duszkiem kawę, zaciągnął się głęboko i zgasił
ukochanego Nila w popielniczce.
- Świetna robota, Gawryluk. A ciało?
- Zabrali przed chwilą na Grzegórzecką, do samego Siemaszki, jak pan
komisarz...
- No to w takim razie - Ewaryst nie dał mu dokończyć - musimy pójść
rozpytać o naszą zmarłą.
Na Krupniczej roiło się od ludzi. Nawet stojąc przy skrzyżowaniu z Karmelicką, widzieli tłum gapiów zgromadzonych przed żelazną bramą po
lewej.
- Coś mi mówi, że zaraz schwytamy zabójcę. - Grzebinoga mechanicznie
poprawił służbowy mundur.
- Pan komisarz ma na myśli, że wśród tych tam... - Przejęty Gawryluk
wskazał w stronę kamienicy, gdzie przed niespełna dwiema godzinami
znaleziono ciało. - Owszem, słyszałem tę teorię. - Uśmiechnął się i dumnie wypiął pierś, choć akurat tego idący równym krokiem śledczy
jedynie się domyślił. - Że zabójca zawsze wraca na miejsce zbrodni.
Grzebinoga zaśmiał się pod nosem.
- Może i tak, Gawryluk, może i tak. Ja jednak mam taką swoją prywatną
teoryjkę: takie morderstwa jak to, pełne namiętności, bo przecież jest w tym sposobie zadania śmierci coś... - zawahał się - osobistego, co wiąże
się choćby z bliskim kontaktem cielesnym z ofiarą...
- ...rzeczywiście - wyrwało się zdumionemu posterunkowemu.
Tak, nie bez przyczyny Grzebinoga cieszył się taką estymą nie tylko w Krakowie, ale i w całej Małopolsce.
- Więc w mojej opinii - Ewaryst jednak sięgnął po papierosa - sprawcy
często należy szukać wśród najbliższych ofiary. Zresztą zaraz się
przekonamy. - Wskazał na bramę trzypiętrowej kamienicy z dwoma
wykuszami, wieńczącymi krańce drugiej kondygnacji. - Pod ósemką?
Nie czekając na odpowiedź, wbiegł po schodach.
Na drugim półpiętrze musiał się zatrzymać. Z trudem łapał oddech. Przez
wąskie okno klatki schodowej wyjrzał na podwórko. Ogromne drzewo
wyciągało w górę gałęzie niczym człowiek modlący się do pierwotnego
bóstwa.
To miejsce ma niezwykłą aurę. Może tutaj powinni mieszkać artyści?
Poeci, pisarze... Tworzyć pod jednym dachem...
Roześmiał się cicho, zaskoczony własnym tokiem myślenia.
Ewaryst, ty głupcze, co ci przychodzi do głowy?!
* * *
Tym razem zebrali się w większym gronie. Panicz Zbigniew, cudem
odnaleziony i przywrócony do życia dzięki mocnej kawie, potrójnej dawce
Aspiryny i zimnej kąpieli, co prawda pozostał w swoim apartamencie,
gdzie miał nabrać sił, wrócić do zdrowia oraz zastanowić się nad sobą,
jednak jego siostra Zofia wraz z małżonkiem dołączyli do gości.
- Mówiłem, szanowna pani - Porckolanko nie mógł się powstrzymać - że ten
produkt od Bayera to istne cudo! Dwie tabletki i od razu wygląda pani
doskonale. Że pozwolę sobie na zawodową opinię... - dodał pod wpływem
spojrzenia Sławosza Miłobęckiego i nerwowo przygładził odstający loczek.
- Jestem panu bardzo wdzięczny! - Wysoki szatyn w szarej dwurzędowej
marynarce, raptem kilka lat od niego starszy, uścisnął mu mocno dłoń.
Zbyt mocno. - Zosia jest taka delikatna. Bardzo źle znosi wszelkie
wstrząsy...
- Już, już - uspokoiła go, tym samym odganiając myśli zebranych od
nieszczęsnego powodu ich spotkania.
Jeśli pani Teodora Pierzchowska przypomina Lodę Halamę, to jej córka
jest jak Ina Benita - pomyślała Konstancja.
Dwudziestodwuletnia Zofia Miłobęcka rzeczywiście miała fizjognomię
gwiazdy filmowej: owalną twarz, wielkie niebieskie oczy, prosty nos i zmysłowo wykrojone usta. Jednocześnie dołeczki w policzkach nadawały jej
posągowej urodzie nieco figlarny wygląd. Ciemne włosy, obcięte zgodnie z trendami do linii barku, spięła do góry dwiema spinkami.
Na ich tle panna Pierzchowska, która - ku zaskoczeniu Tatarewiczówny -
nie przebrała się do kolacji i nadal nosiła prostą, ciemną sukienkę,
wyglądała szaro i mdło.
Tekla ma niezwykłą umiejętność rozpływania się w powietrzu. Jest jak
mebel, na którego nie zwraca się zbytniej uwagi. Ba, którego w ogóle się
nie zauważa! A może to nie dar, tylko przekleństwo?
Śmiechy dobiegające z oficjalnego salonu wyrwały Konstancję z zamyślenia.
- Doskonała dykteryjka, panie Dionizy. Doprawdy! - Usłyszała rozbawiony
głos Marii Wacławy. - A teraz, moi drodzy, zapraszam do jadalni. A ty,
moja droga - zwróciła się do niej zadowolona hrabina - usiądziesz
dzisiaj koło mnie.
Pani Teodora wskazała drzwi po lewej, prowadzące bezpośrednio z głównego
salonu do równie przestronnej jadalni. Choć do pokoju wejść można było
także od strony reprezentacyjnego hallu, na przeciwległej ścianie
znajdowały się kolejne drzwi.
- Teodor Talowski - wyjaśniła - architekt naszego domostwa i przylegającego do niego parku zaproponował nam niezwykłe rozwiązanie.
Proszę sobie wyobrazić, że tu, za tymi drzwiami - wskazała na lewo -
znajduje się... kuchnia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki