Rozdział III
Chata na równinie
Nastał dzień, kiedy Ferguson powinien zjawić się na ranczu Dwa Diamenty. Zamierzał on dotrzymać słowa. Trzy godziny od Dry Bottom dostrzegł Ute i prowadził konia przez las topolowy, który rozciągał się wzdłuż skraju rzeki. Jechał przez zaczarowaną krainę pełną wolnej przestrzeni, białego światła, z błękitnym niebem i czystym powietrzem. W oddali wznosiły się góry, a ich ośnieżone szczyty przebijały chmury jak kamienne iglice wyzierające nad spokojną powierzchnią morza. Nad górami płynęło słońce. Jego dolna krawędź powoli niknęła za szczytami, rzucając szerokie pasy światła, które szybko zaczęły przygasać, wymieszane ze sobą, rozpraszając się w leniwą wielokolorową mgiełkę jak zasłona z gazy.
Wzrok Fergusona błądził od szlaku do czerwonych małych wzgórz okalających rzekę. Znał ten świat, nic tu nie było dla niego nowe. Znał magmowe podłoże, szare i martwe u stóp wzgórz. Znał groteskowo ukształtowane kamienie sugerujące jakąś tajemniczą przeszłość. Natura nie zmieniała swojej twarzy. Na szerokiej równinie widać było zabarwione na żółto linie, które mówiły o obecności juki sinej, ciemne linie o meskitach13, a pasy saccatone14 znaczyły małe kotliny. Były i barrancas15, wyschnięte odcinki, gdzie rosły tylko kaktusy i bylice. Przestrzeń znaczyła wężowa okotija16, a cierpka jukka dalej pozostawała brzydka.
Ferguson patrzył na świat niewidzącymi oczyma. Długo tu żył i kraj się nie zmienił. Nigdy się nie zmieni. Nie zmieniało się tutaj nic poza ludźmi.
On sam się jednak nie zmienił. Dwadzieścia siedem lat spędzonych w tej krainie to sporo czasu, ponieważ tutaj życie mierzyło się doświadczeniem, a nie wiekiem. Patrząc w przeszłość, widział, że żył tak, jak żył rok temu, dekadę temu - twardym życiem, ale mającym swoje zalety.
Jego przybycie na ranczo Dwa Diamenty było tylko kolejnym z wydarzeń, które w ciągu ostatniego roku przełamały monotonię jego życia pogranicznika. Udało mu się rozgonić bandę złodziei bydła, którzy utrudniali życie Sidowi Tuckerowi, jego pracodawcy, a ten polecił go Staffordowi. Obietnica wysokiej pensji była atrakcyjna, więc przyjechał. Nie planował nikogo zaskoczyć. Kiedy w trakcie rozmowy z wysokim mężczyzną w Dry Bottom odkrył, że to on jest właśnie tym, dla kogo ma pracować, sam był tym zaskoczony, ale nie pokazał tego po sobie. Doświadczenie i przebywanie z mężczyznami, którzy zachowywali emocje dla siebie, nauczyły go, ile warta jest powściągliwość przy innych.
Kiedy jednak zostawał sam, emocje dawały o sobie znać. Wokół nie widział i nie słyszał nikogo, a cisza przestrzeni i wielkie, błękitne niebo nic nie powiedzą.
To, że Stafford przyjechał do Dry Bottom po rewolwerowca, wcale go nie zdziwiło. Widocznie zarządca Dwóch Diamentów chciał śmierci bydłokrada, o którym mówił. Jak zaznaczył, szukał kogoś, kto potrafi "strzelać". Ferguson zrozumiał to tak, że chciał zatrudnić kogoś, kto nie miałby skrupułów przed zabiciem wskazanego człowieka, nieważne, czy winnego czy nie. Miał trochę doświadczenia z bezlitosnymi zarządcami rancz i niezbyt ich szanował, dlatego też tego dnia w trakcie jazdy jego usta często wykrzywiał sarkastyczny uśmieszek.
Kiedy jechał przez szeroką przecinkę w topolowym zagajniku, wymówił na głos myśl, która zaprzątała go od momentu zatrudnienia przez Stafforda.
- Cóż - powiedział podczas jazdy, siedząc niedbale w siodle - chce ze mnie zrobić rewolwerowca, ale myślę, że nie zastrzelę nikogo, dopóki nie będę pewny, że ten ktoś strzela do mnie - jego usta wykrzywiły się ironicznie. - Zastanawiam się, co chłopaki od Lazy'ego J. by pomyśleli, gdyby wiedzieli, że facet próbuje zrobić z ich starego szefa rewolwerowca. Pewnie uznaliby, że ten facet jest szalony albo grubo się myli. Ale wiem, o co chodzi. Nie jadę setki mil tylko po to, żeby popatrzeć na faceta, który chce mnie zatrudnić. To zawsze jakaś odmiana. A kiedy wrócę do Lazy'ego J., to...
To nie była ani wina konia, ani Fergusona. Zwierzak był doświadczony, jego oczy nabyły mnóstwo mądrości, dzięki której wyratowywał siebie i jeźdźca z wielu kłopotliwych miejsc. Ferguson jeździł konno całe życie i nie wiedziałby, co ze sobą zrobić na piechotę.
Koń się jednak potknął. Przeszkodą była nora pieska preriowego17 schowana pod kępą meskitów. Ferguson poleciał do przodu, próbował chwycić się siodła, ale chybił i wyleciał głową naprzód, obracając się w powietrzu i lądując na nogach. Przez chwilę stał, ale impet był zbyt duży. Wywrócił się, a kiedy spróbował się podnieść, ukłucie bólu w prawej kostce wywołało na jego twarzy grymas bólu. Wstał i dokuśtykał do płaskiej skały, obok której jego koń skubał trawę, jakby nic się nie stało.
Ferguson ściągnął but i szybko ocenił stan kostki. Była zaczerwieniona i bolała, ale nie wydawała się połamana. Zaczynała puchnąć. Potarł ją, chcąc zmniejszyć ból. Bawełniana skarpetka przeszkadzała w masowaniu, więc ją ściągnął.
Przez kilka minut zajmował się kostką, ale z nie najlepszym skutkiem. Wreszcie uznał, że to dość bolesne zwichnięcie i uniósł głowę z niezadowoleniem. Koń spojrzał na niego z zaciekawieniem, więc mężczyzna uśmiechnął się, nagle dostrzegając humor tej sytuacji.
- Nie masz żadnego prawa wyglądać tak radośnie beztrosko - powiedział. - Gdybyś myślał, co robisz, nie wlazłbyś w tę przeklętą dziurę, zrobioną chyba przez świstaka.
Koń powoli się odsunął, a Ferguson popatrzył za nim i rzucił kolejne uwagi:
- Może gdybym ja myślał, co robię, to też by się nie stało - odezwał się znowu do konia. - Ty też to wiesz, Musztardowy. Mądry konik z ciebie.
Zwierzę stało teraz w małej odległości od skały, na której siedział Ferguson. Jeździec wstał i pokuśtykał ku niemu na jednej nodze, niosąc w ręce ściągnięty but. Pomyślał o jeździe z gołą stopą. W Dwóch Diamentach na pewno znajdzie jakieś mazidło, które razem z bandażem bardzo pomogą naturze w...
Przechodził obok kępki meskitów, kiedy mocno potrząsnął bosą stopą. Nagle usłyszał ostrzegawcze grzechotanie, a potem dostrzegł szybki ruch płaskiej, brązowej głowy.
Ferguson zatrzymał się zaskoczony i prawie stracił równowagę przez ten nagły atak. Wciąż mocno zaciskał w dłoni but. Podniósł go mimowolnym ruchem, jakby miał rzucić w podstępnego wroga, ale tego nie zrobił. Opuścił ramię wzdłuż boku i pobladł na twarzy. Wpatrywał się tępo i bez zrozumienia w esowaty kształt, który bezszelestnie znikał w trawie.
Nigdy nie został ukąszony przez grzechotnika. Widział ich już tyle, że były dla niego tylko celami, do których mógłby postrzelać w ramach ćwiczeń, a teraz został ugryziony. Nierzeczywistość tego wydarzenia go zaskoczyła. Spojrzał na ciche wzgórza wokół, na płynące ponad wierzchołkami gór słońce, na przepastny łuk rozciągającego się nad nim nieba. To wszystko wydawało się tak samo nierzeczywiste. Zupełnie jakby nagle znalazł się w krainie snów.
Niebezpieczeństwo sytuacji jednak nagle go uderzyło i z powrotem znalazł się w rzeczywistości. Spojrzał na stopę. Tętniąca punktowa rana widniała tuż przy podbiciu stopy. Płynął z niej malutki strumyk krwi. Zapomniał o bólu skręconej kostki i stanął na obu nogach, nagle zesztywniały, z twarzą poczerwieniałą od pochłaniającego go gniewu, i potrząsał pięścią w stronę znikającego grzechotnika.
- Przeklęta, nędzna kreatura! - wykrzyknął gniewnie.
W tej samej chwili wyciągnął jeden ze swoich ciężkich rewolwerów i przeciągnął go nad głową. Ogłuszający wystrzał spowodował nagłe poruszenie w trawie i Ferguson podskoczył bliżej, żeby posłać kolejne trzy pociski w podskakujące brązowe ciało. Stał nad nim przez chwilę, wyszczerzając zęby w dzikim grymasie.
- Już nikogo więcej nie ugryziesz, ty cholero! - krzyknął.
Natychmiast uderzyła go bezcelowość tego zachowania. Zarumienił się i opuścił głowę. Ponury uśmiech powoli zastępował panikę na twarzy. Rzadko pozwalał na to, żeby jego emocje tak wyraźnie się ujawniały, ale szybkość ataku grzechotnika, zaskoczenie, bo niczego takiego się nie spodziewał, fakt, że był daleko od możliwej pomocy i że jego życie jest w niebezpieczeństwie, to wszystko nadwyrężyło jego samokontrolę. A mimo to uśmiech pokazywał, że jeszcze wciąż panował nad sobą.
Bardzo ostrożnie wrócił do kamienia, na którym siedział, rwąc płaszcz i odrywając rękaw bawełnianej koszuli. Zwinął go w prymitywny sznur i obwiązał luźno nogę tuż powyżej kostki. Potem wetknął nóż między linę a nogę, tworząc prowizoryczną opaskę uciskową. Kręcił ostrzem, aż w oczach pojawiły mu się łzy bólu, a potem przymocował je, wciskając rękojeść pod linę. Jego ruchy były przemyślane i pewne. W kilka minut dokuśtykał do konia i wskoczył na siodło.
Widział mężczyzn pokąsanych przez grzechotniki, widział, jak umierali, i wiedział, że jeżeli w przeciągu pół godziny nie znajdzie pomocy, to później nic już nie zdziała. Za pół godziny trucizna tak się w nim rozleje, że zastosowanie jakiegokolwiek antidotum, powszechnie znanego mieszkańcom tej krainy, będzie bezużyteczne.
Z tego, czego dowiedział się w Dry Bottom, wynikało, że ranczo Dwa Diamenty znajdowało się o jakieś trzydzieści mil od miasta. Jeżeli jechał średnio osiem mil na godzinę, to powinien już przejechać około dwudziestu czterech mil. W takim razie zostawało jakieś sześć. Nie mógł specjalnie mieć nadziei na przebycie tego dystansu w niezbędnym czasie, by antidotum mogło zadziałać.
Jego usta wyprostowały się i wpatrywał się ponuro w linię ciemnych wzgórz, które majaczyły na horyzoncie. W Dry Bottom powiedzieli mu, że ranczo Dwa Diamenty leży gdzieś w dużej kotlinie pod tymi wzniesieniami.
- Wydaje mi się, że jednak tam nie dotrę - powiedział na głos.
Następnie w ponurym nastroju pojechał dalej, ciągle opanowany, ponieważ widział ludzi, którzy po ugryzieniu przez grzechotnika tracili kontrolę nad sobą, i nie był to ładny widok. Wiele zależało od spokoju - słyszał kiedyś, że wzmożony wysiłek w kilka minut po ukąszeniu to błąd. Trucizna zaczyna wtedy szybciej krążyć w żyłach. Jechał więc równym tempem, uważnie unikając trudnych miejsc, ale trzymając się możliwie najbliżej szlaku.
- Gdyby to nie był grzechotnik teksański, to może bandaż wokół nogi by na niego wystarczył, ale chyba mnie dorwał - powiedział głośno, a jego oczy rozbłysły dziko. - Ja jednak też go dorwałem. Myślał, że ujdzie mu na sucho wbijanie we mnie kłów.
Niebawem jego oczy zaczęły odbijać szafranowe światło jarzące się na zachodnim niebie. Roześmiał się ponuro.
- Słyszałem, jak opowiadano, że wąż nie może zdechnąć przed zachodem, nieważne jakbyś go zranił. Jeżeli to prawda i nie dojadę po pomoc, to chyba będziemy mieli pata w kwestii tego, który z nas pierwszy wykituje.
Jakiś czas później zatrzymał Musztardowego. Siedział wyprostowany w siodle i utkwił wzrok w wysokiej topoli rosnącej niedaleko szlaku. Jego serce biło szaleńczo i mimo starań czuł, jak kiwa się z boku na bok. Wiele razy widział, jak grzechotnik podnosi tę brzydką, płaską głowę nad zwinięte ciało, jak wystawia rozwidlony język, jak jego jadowite oczy lśnią, a głowa i część ciała unoszą się powyżej zwojów poruszających się z gracją do przodu i do tyłu. Tak, z gracją, ponieważ pomimo pewnej obrzydliwości, w grzechotniku tkwiła swoboda poruszania się; jego płynne, sinusoidalne ruchy odkrywały po części ukryte pokłady siły i wskazywały na ukrywaną energię.
Wiele razy, kiedy je obserwował, czuł się zafascynowany ich wdziękiem, a teraz, kiedy tak siedział w siodle, to złapał się na rozmyślaniu, czy efekt pokąsania mógłby być tak silny, żeby ugryziona osoba zaczęła przez to udawać węża. Zaśmiał się, kiedy o tym pomyślał, i uderzył mocno ostrogami boki Musztardowego. Ruszył naprzód i minął wysoką topolę, w którą się wpatrywał.
- Do diabła! - wykrzyknął, mijając drzewo. - Co za bzdury.
Nie mógł jednak wyrzucić z głowy tego ruchu i pięć minut później, kiedy znowu spróbował nieruchomo siedzieć, jego kołysanie tylko się wzmogło. Siodło wydawało się ruszać razem z nim - nawet wsunięcie zdrowej stopy w strzemię nie pomagało.
- Może nie dotrę daleko - powiedział, świadom, że trucizna rozlewała się w nim i niebawem zburzy mu krew - ale będę jechał, dopóki się nie zatrzymam. Niech ten przeklęty grzechotnik nie myśli, że tak szybko mnie pokona.
Pogonił Musztardowego do szybszego biegu, mimo że miał świadomość, że to i tak za mała prędkość. Nie był w stanie dotrzeć do Dwóch Diamentów. Zatrzymał ponownie konia, a ponieważ wciąż się kiwał, po raz pierwszy chwycił za łęk siodła i spróbował złapać równowagę. Dalej jednak się bujał. Zaśmiał się szyderczo.
- Co o tym myślisz? - powiedział, zwróciwszy się w ciszę. - Pomyślałby kto, że jestem żółtodziobem i nie wiem, jak jeździć konno.
Ponownie popędził konia i przez chwilę jechał z pochyloną głową, próbując utrzymać równowagę i obserwując szlak. Przejechał przez małą polanę, porośniętą splątaną trawą, z której wystrzeliwało w górę kilka nagich skał. Niedaleko kępki bylicy zauważył nagłe poruszenie: jakiś grzechotnik próbował niepostrzeżenie odpełznąć, lecz znalazł się w polu widzenia Fergusona i ten z nienawiścią wyciągnął jeden z rewolwerów, zakręcił nim nad głową, a grzmot wystrzału wzbudził echa w lesie. Dwa czy trzy razy rozbrzmiał huk, ale grzechotnik odpełzł spokojnie i schował się w trawie, chyba nawet niezraniony.
Mężczyzna wykrzywił twarz, a potem na jego czerwonym obliczu pojawił się szyderczy uśmiech.
- To chyba po mnie - powiedział. - Nie umiem nawet trafić grzechotnika, a to pewnie brat czy siostra tamtego. - W oczach rozbłysnął mu szaleńczy blask i wydawało się, że zaraz zsiądzie z konia. - Zaraz cię rozwalę! - powiedział do węża, którego już nie widział. - Kąsanie mnie nie ujdzie na sucho żadnemu gadowi!
Teraz uśmiechnął się z poczuciem winy, z zawstydzeniem w oczach.
- To raczej nie był wąż, który cię ugryzł, Ferguson - powiedział. - Ten jest na szlaku. Nie zemrze aż do zachodu słońca. Nie przed zachodem słońca - powtórzył mechanicznie i ponuro. - Ferguson nie zemrze przed zachodem słońca.
Jechał dalej, nie zwracając zbytniej uwagi na konia, bowiem puścił lejce i trzymał się tylko łęku siodła. Jego twarz było rozpalona, ręce mu drżały, a w oczach pojawił się nienaturalny blask.
- Fergusona dziabnął grzechotnik! - wykrzyknął nagle z rozbawieniem. - Wbiegł boso na gada, próbował po nim przejść. - Śmiech uciął się tak nagle, jak się pojawił, a w jego głosie zabrzmiała ponura nuta. - Ale Ferguson nie jest nowicjuszem, nic się nie przestraszył. Ruszył dalej bez słowa. Widzicie, uważał się za mężczyznę.
Jechał dalej jeszcze przez chwilę, a kiedy dostał się na następną polanę, w oczach pojawił się u niego jakiś blask.
- Wciąż ja...dę... - wymamrotał.
Na szlak padł cień, usłyszał ciche parsknięcia Musztardowego. Dostrzegł przed sobą chatę, usłyszał krzyk, zobaczył niewyraźną drobną sylwetkę kobiety siedzącej na małym ganku. Jak przez mgłę widział, jak wstaje i idzie w jego kierunku, staje na brzegu werandy i patrzy.
Uśmiechnął się i pochylił nisko nad grzywą konia.
- Zastrzeliłem go, proszę pani - powiedział poważnie - ale on nie może zemrzeć przed zachodem słońca.
Głos, jaki do niego dotarł, nadlatywał jakby z dużej odległości.
- Litości! - powiedział głos. - Co się stało? Kto jest zastrzelony?
- Ależ wąż, proszę pani - odpowiedział niewyraźnie. Zsunął się z konia, dobrnął do krawędzi ganku, oparł się o jeden słupek i przywarł do niego. - Widzi pani, ten cholerny grzechotnik dorwał Fergusona, ale Ferguson nie zamierza umrzeć aż do zachodu. Nie da się pokonać żadnemu wężowi.
Widział, jak kobieta rusza ku niemu, poczuł jej dłonie na ramionach, kiedy pomagała mu wejść na werandę. A potem poczuł, jak naciska na niego w dół. Wyczuł pod sobą krzesło i zapadł się w nie, opierając się i wyciągając. Przed nim przesunęła się jakaś postać i niebawem poczuł ostry ból w stopie. Próbował wstać z siedzenia, ale został natychmiast na nie wepchnięty z powrotem. Potem postać pochyliła się nad nim, rozwierając mu szczękę jakimś metalowym przedmiotem i wlała coś do gardła. Mlasnął, przełykając, kiedy próbował wypchnąć ten przedmiot.
- Jesteś piekielnym wężem - powiedział dziko, po czym świat zawirował mu w oczach i odpłynął w niebyt.
13 Meskity (hiszp. mesquite) - pospolita nazwa kilku roślin z rodzaju Proposis, który zawiera ponad 40 gatunków małych drzew strączkowych (do 8 m); pochodzą z południowo-zachodnich Stanów Zjednoczonych i Meksyku.
14 Saccatone - sztywna trawa pochodząca z południowo-zachodnich Stanów Zjednoczonych i Meksyku, używana do wytwarzania pędzli i papieru.
15 Barranca (hiszp.) - kanion.
16 Okotija - roślina z rodziny wrzosowatych; są to dość wysokie, kolumnowe rośliny o zdrewniałych pędach, gęsto pokryte cierniami.
17 Piesek preriowy (nieświszczuk, Cynomys) - rodzaj ssaka z podrodziny afrowiórek (Xerinae) w rodzinie wiewiórkowatych (Sciuridae); nieduże zwierzę mające do 30 cm długości (z ogonem do 40 cm); żyje w Ameryce Północnej i Środkowej; nazywany jest "pieskiem", ponieważ w chwili zagrożenia lub zainteresowania wydaje odgłosy podobne do szczekania.