"Czasami tęsknię, ale nigdy nie nudzę się, ponieważ we mnie
jest dwu ludzi, którzy ciągle sprzeczają się z sobą. No, a w moim
wieku niema przyjemniejszej rozrywki, jak ożywiona dyskusja." W taki sposób określił samego siebie pewien stary kawaler,
pan Drzymalski, gdy go pytano: czy nie nudzi się, nic nie
robiąc?... W podobny sposób wyjaśnił kwestją, dlaczego chodzi do
teatrzyków, a nie bywa w teatrze? - Na przypatrywanie się baletowi mam za dużo rozumu. Na
dramat chodzić nie potrzebuję, gdyż sam w sobie noszę kopalnią
uczuciowych sytuacyj; żadną zaś komedją nie ubawię się tak, jak
moim własnym dowcipem. Chodzę tylko na operetki, ponieważ nie znam
się na muzyce. Mnóstwo tego rodzaju zdań pan Drzymalski wygłaszał z
niezachwianą powagą, za co przyjaciele nazywali go oryginałem, a
niechętni cynikiem. Gdy mu to powiedziano w oczy, odparł bez
gniewu: - Mylicie się, panowie, jestem tylko prawdomównym. Był to człowiek nieładny, ale spojrzenie miał dziwne.
Zwykle patrzył szyderczo, z drwiącym uśmieszkiem, niekiedy zaś tak
smutno, jakgdyby serce zalewało mu się łzami. Czasem na nic nie
patrzył, a wtedy z jego oczu padał cień, jak z przepaści. W jednej z podobnych chwil, ktoś, uchodzący za dowcipnego,
powiedział mu: - Za często zaglądasz pan w siebie. - Bo mam na co spoglądać - odrzekł. - Gdybyś pan robił to
samo, traciłbyś czas napróżno. Życie prowadził systematyczne. Jadał obiad o drugiej, po
obiedzie spał, przed obiadem spacerował. O dziewiątej wieczór szedł
na kolacją, później czytał książki, albo grał w wista, a o północy
leżał w łóżku. Z rana wstawał o siódmej, karmił i opatrywał swoje
kanarki, czytał i przed obiadem szedł znowu na spacer. Na niedzielę miał inny program zajęć. Po południu składał
wizyty różnym starym panom i damom, których już nikt nie odwiedzał,
a z rana chodził do kościoła. - Więc pan bywasz w kościele? - dziwił się jakiś farmazon. - Bywam. - Jak można pozować na świętoszka!... - Rzecz gustu - odpowiedział Drzymalski. - Pan dbasz o
łaskę prezesów, a ja o łaskę Boga i świętych. Mam ten zysk, że moi
protektorowie nigdy mnie nie lekceważą. Farmazon oburzył się tak, że przestał witać się z
Drzymalskim. Przyjaciele nie omieszkali wyzyskać tego. - Cóż to, panie Drzymalski, nasz szanowny dyrektor nie
wita się z panem? - Wiem o tem lepiej, aniżeli panowie, bo właśnie wczoraj
nie podał mi ręki w salonie, przy pięćdziesięciu osobach. - I cóż pan na to? - Powiedziałem mu, że Grand Daniel także nie podałby mi
ręki, choć jest bardzo szanownym koniem. Pewnego dnia, gdy odbywał zwykłą przechadzkę po Saskim
Ogrodzie, zastąpił mu drogę tęgi, siwiejący szlachcic. Pan
Drzymalski ocknął się z zamyślenia i chwilę popatrzywszy, zawołał: - Niedojdziewicz! - We własnej skórze! - odparł przybysz. Padli sobie w objęcia. - Skądże się wziąłeś w Warszawie, i do tego w ogrodzie? -
zapytał Drzymalski. - Wczoraj przyjechałem do miasta, a dziś byłem u ciebie w
domu. Służąca powiedziała mi, że zastanę cię tutaj, między studnią
i wodą sodową - no i zgadła. Jesteś regularny jak zegarek. - Żaden szlachcic nie zalega tak regularnie w długach, jak
ja spełniam moje obowiązki. Tu naprzykład bywam codzień od
dziesięciu lat. - Boże miłosierny! - westchnął Niedojdziewicz. - I co tu
robisz codzień? - Cieszę ludzi moim widokiem, a niekiedy marzę. - Ty?... - Czy mi nie wolno? - spytał Drzymalski. - Jestem przecie
pełnoletni. - I bardzo. Ale o czem marzysz? - Niekiedy podziwiam dobrotliwą Opatrzność, która nad
każdą ławką w Saskim Ogrodzie stworzyła drzewo, aby ludzie mieli
dosyć cieniu... Niedojdziewicz spojrzał na niego, niepewny, co myśleć o
tej filozofji. - Zwykle zaś - ciągnął Drzymalski - pieszczę się i dręczę
widokiem przechodzących kobiet. O, spojrzyj naprzykład na tę: czy
nie piękna? Blondynka, ciemno-szare oczy, grecki profil, a jaki
rzut nogi!... Zdaje mi się, że za jeden jej pocałunek oddałbym
życie; ale wnet przypominam sobie, że ona takiego, jak ja, nie
pocałowałaby nawet za turkusowe kolczyki. Moje zaś dochody nie
pozwoliłyby mi ofiarować jej brylantowych... - Kpisz ze mnie? - spytał Niedojdziewicz, patrząc mu w
oczy. - Mówię zupełnie serjo - odparł Drzymalski z wejrzeniem
pelnem smutku. - Ale jestem jak Człowiek śmiechu: kiedy mi serce
pęka, ludzie myślą, że kpię z nich. Lecz prawda, że wy na wsi
czytacie dopiero Walter-Scotta, a Hugo jeszcze się dla was nie
urodził. - Zawsześ był dziwak - rzekł Niedojdziewicz - ale nie
wiedziałem, że obudził się w tobie gust do kobiet. - Gust?... Powiedz, namiętność!... Od piątej klasy ginąłem
za kobietami, kochałem się jak Romeo, ale - pocichu, wiedząc, że
żadna nie odpłaci mi wzajemnością. Tak głupiej niema w Warszawie, a
na prowincją nie chce mi się wyjeżdżać. - Zechciej się tylko ożenić, a sto wyjdzie za ciebie nawet
w Warszawie. - Dajże spokój! W ciągu piętnastu lat starokawalerstwa
oświadczyłem się czterem, i żadna się nie złapała. Śmiały się, gdy
ze łzą w oku opisywałem im interesujący stan mojej duszy. Im byłem
rzewniejszy, tem one miały lepszy humor; widocznie w ich opinji
szkodził mi zbytek uczuć. Zrobiłbym wrażenie, gdybym miał w sobie
mniej poezji, bo kobiety są realistki i wolą okrągły kark, aniżeli
okrągły frazes. - A dlaczego nie zwracałeś się nigdy do Anny?... Drzymalski cofnął się. - Jakiej Anny?... - spytał niespokojnie. - Siostry mojej żony. Drzymalski począł iść szybko i, zaplótłszy ręce za siebie,
ściskał je tak mocno, jakby chciał połamać palce. Niedojdziewicz
zdumiał się, widząc jego wzruszenie. - Co ci się stało?... Czego lecisz jak warjat?... - Posłuchaj mnie - odezwał się Drzymalski. - Jesteś
jedynym moim przyjacielem, jeżeli wogóle mogę mieć przyjaciół, ale
pomimo to zrobiłeś mi wielką przykrość... - Przykrość?... - Niezmierną. Czy pomyślałeś kiedy, że ja, od piętnastu
lat, kocham... nie!... uwielbiam Annę?... To moja pierwsza i jedyna
miłość... I kto wie, czy dziś nie byłbym innym, gdybym się z nią
ożenił... Przedewszystkiem miałbym kamienicę, bo jej ojciec umarłby
ze zmartwienia, patrząc na takiego zięcia. - W imię Ojca i Syna... - przeżegnał się Niedojdziewicz. -
Więc dlaczego nigdy nie wspomniałeś o tym afekcie? - Nie śmiałem... Piętnaście... eh!... co ja mówię?... sto
razy chciałem się o Annę oświadczyć, ale słowa więzły mi w gardle.
Siedzisz całe życie na wsi i myślisz tylko o tem, ażeby co roku
mieć dziecko, nie masz więc pojęcia, jak wstydliwem jest prawdziwe
uczucie. Ale gdybym ci przeczytał sonety, jakie na jej cześć
pisałem, zapłakałbyś... Taką lichą mają formę obok głębokiego
uczucia. Niedojdziewicz kręcił głową. - Mój drogi - rzekł - drwisz ze mnie. Mówisz, żeś kochał
jedną tylko Annę, a... oświadczałeś się czterem innym pannom. - Z rozpaczy i dla wprawy. Kto nie może utopić się w
oceanie, skacze do studni. - Dajmy na to. Ale kiedy już nabyłeś wprawy?... - Nie śmiałem zwracać się do panny Anny, dostawszy odkosza
od innej -- odparł Drzymalski tonem przekonania.- No, ale jest już
druga, więc idźmy na obiad. Dziś wyjątkowo pójdę do lepszej knajpy
i proszę cię ze sobą... Niedojdziewicz wahał się. - Obiecałem - rzekł - Anusi, że u nich będę na obiedzie,
ale - mniejsza o to. Poślę kartkę przez posłańca, a tymczasem
pogadamy. Może cię ożenię! - Prędzej wsadzisz mnie na szczyt ratuszowej wieży -
odparł Drzymalski. Wyszli z ogrodu w stronę Teatralnego placu. Drzymalski
spuścił głowę i gwizdał marsza Szopena; Niedojdziewicz spoglądał na
niego z pod oka i wzruszał ramionami. "Dziwak, wielki dziwak!... - myślał o swoim przyjacielu. -
Ale... jeżeli się ożeni, to może się odmienić." W restauracji znaleźli osobny gabinet. Niedojdziewicz
pisał kartkę, a Drzymalski zamawiał obiad. - Daj nam pan... - mówił do subjekta, bębniąc palcami w
stół - daj nam pan... barszczu... polędwicę... A rybę macie jaką?
Jestem dziś tak wzruszony, że muszę jeść rybę. - Jest sandacz z jajami. - Bardzo dobrze; daj pan sandacza. A ze zwierzyny?... - Może być pieczeń sarnia. - Wybornie, więc i pieczeń sarnią, byle nam ze stołu nie
uciekła. - Wódeczkę podać przed obiadem? - Owszem, daj nam pan starki i ćwierć funta kawioru. Obiad
bez wódki jest jak dorożka bez stopnia. - Wino będzie jakie? - Może być potem, a później zobaczymy. - Po obiedzie czarna kawa i likier? - Obiad bez kawy jest jak krzesło bez poręczy. Zapisuj pan
sobie moje dowcipy, będziesz miał reputacją. Początek obiadu upłynął w milczeniu. Ale przy drugiej
butelce soternu dwaj przyjaciele wrócili do przerwanej rozmowy. - Powiedzże mi krótko - spytał Niedojdziewicz - boć znamy
się od dzieci, a kochamy jak bracia... Chcesz się żenić, czy
nie?... Ale krótko. - Djabli wiedzą - odparł Drzymalski. - Znasz moje
najgłębsze uczucia, więc sam osądź... - Zatem chcesz się żenić, Józefie!... Ty chcesz!... -
zawołał Niedojdziewicz i złożył pocałunek na spoconej twarzy
przyjaciela. - Nie wiem. Serce mówi: tak! - a rozum przypomina, że w
małżeństwie są duże obowiązki. Trzeba być nietylko punktualnym, ale
i entuzjastą. - Józiu!... Drzymalski... - prawił zarumieniony szlachcic.
- Znamy się od pierwszej klasy... Ty byłeś naprzód moim kolegą, ale
że ja siadywałem w każdej klasie po dwa lata, więc zostałeś moim
korepetytorem... Zawsze jednak... Józiu, patrz mi w oczy!... Zawsze
jednak byliśmy przyjaciółmi. Otóż, ja, Niedojdziewicz, jako twój
najserdeczniejszy przyjaciel, mówię ci: Drzymalski, ty chcesz się
żenić!... Prawda, że w tobie siedzi jakiś przekorny djabeł, i
niewiadomo kiedy kpisz, a kiedy mówisz prawdę, ale ja cię znam...
Ty chcesz się żenić, i tobie dobrze zrobi małżeństwo... - Kiedy w Saskim Ogrodzie - mówił Drzymalski, patrząc w
sufit - widzę spróchniałe drzewa, obite smołowcową tekturą, myślę,
że dla starego kawalera małżeństwo jest taką tekturą, co osłania
jego rany... Ale ich nie leczy!... - Józiu... tobie koniecznie potrzeba żony... Onaby ci
świat umilała. Drzymalski począł marzyć głośno: - Patrząc w salonie na młode kobiety, na ich piękność,
ruchy, ich strój, tak różny od naszego, a tak ponętny, rozumiem, że
na świecie niema doskonalszej istoty nad kobietę. Czasami na widok
turniury, chwiejącej się z wdziękiem, ogarnia mnie taki żal, że
boję się rozpłakać i uciekam... Ale kiedy znowu pomyślę, że pewnego
dnia mógłbym w moim pokoju zobaczyć suknie porozwieszane na
drzwiach, kaftaniki na bibljotece, chusteczki na parawanie - zimno
mi się robi... Kobiety mają za dużo garderoby!... - To głupstwo! - machnął ręką Niedojdziewicz. - Garderoba
nie stanowi kobiety. - To wcale nie dodaje mi odwagi. - Więc ja cię wyręczę. - W czem?... - zawołał Drzymalski. - Oświadczę się w twojem imieniu Annie. - Czyżbyś to zrobił?... - Nawet dzisiaj, w tej chwili! - zawołał Niedojdziewicz, z
pewnym trudem unosząc się z kanapy. - Pierwej skończmy obiad - uspokoił go Drzymalski. - Dobry
obiad jest gwarancją powodzenia w miłości... Lubo niezawsze! --
westchnął. - Obiad skończymy - mówił Niedojdziewicz z pałającemi
oczyma - ale... oświadczymy się dziś... I uderzył pięścią w stół marmurowy. - Nie mam odwagi... - Trzeba raz skończyć!... - Nie ośmielę się... - Z oświadczynami robi się jak z wyrwaniem zęba. Powiedz
sobie: rwę dziś, za godzinę i basta!... Za godzinę będziesz po
słowie z Anną... - Odrzuci mnie! - desperował Drzymalski. - Pójdzie za ciebie z pocałowaniem ręki. Za późno na
grymasy, kiedy się dobiega trzydziestki. - No, Anna już przewaliła trzydziestkę... - Jest znacznie młodsza od ciebie. - Bagatela! - mruknął Drzymalski. - O mnie już lada dzień
napiszą nekrolog i, doprawdy, zazdroszczę tym, którzy go czytać
będą. Ale mniejsza o lata panny Anny - dodał - ponieważ czuję, że i
w tym wieku, jaki ma, zrobiłaby mi łaskę, wychodząc za mnie. Nie
jestem jej wart... Niedojdziewicza ogarnął zapał. - Wart jesteś! - krzyknął - boś mój kolega i przyjaciel...
Jeszcze kieliszek... i idziemy w konkury... - Jakto, zaraz?... - Natychmiast. Z oświadczynami, jak ze rwaniem zębów... - Ależ ja mam na sobie stary tużurek... - Do dentysty biegłbyś w szlafroku, gdyby cię przycisnęło. - Zresztą muszę pomyśleć... Niedojdziewicz podniósł się z kanapy. - Kochasz Annę, czy nie?... - Miłość jej zatruła mi piętnaście najpiękniejszych lat
życia... - A więc basta!... Piję zdrowie twojej narzeczonej, a
siostry mojej żony... - Gubisz mnie!... - reflektował go Drzymalski i zakrztusił
się winem ze wzruszenia. - Teraz idźmy!... - rzekł Niedojdziewicz. Drzymalski chwycił się za poręcz kanapy. - Trupa mojego weźmiesz stąd... Niedojdziewicz trochę wytrzeźwiał. - Słuchaj - mówił spokojniejszym głosem. - Jutro wyjeżdżam
z Warszawy, ale dziś chcę cię uratować. Widzę, że marnujesz się w
starokawalerstwie i zmarniejesz, więc decyduj... Albo oświadczymy
się o Annę zaraz, albo... - Pozwólże mi zebrać myśli... - szepnął Drzymalski. - Nie
jestem berejterem, ażebym z miejsca brał taką barjerę, jak
oświadczyny. - Dobrze. Wyjdę na pięć minut z tego pokoju, przyszlę ci
syfon wody selcerskiej, a ty - napij się jej i pomyśl. Albo...
albo... Niedojdziewicz wyszedł, a po chwili ukazał się subjekt i,
milcząc, postawił syfon na stole. - Boże mój, co robić? - szepnął Drzymalski. - Anioł czy
szatan sprowadził mi na kark Niedojdziewicza?... Ten szlachcic
rozmarzył mnie, czuję, że odmłodniałem na samą myśl o Annie. Ile
wspomnień... Widzę całą moją ubogą młodość, klasy pełne dziecinnych
głów, uniwersytet, izbę na poddaszu, gdzie we trzech mieliśmy dwa
łóżka i na cały dzień jedną bułkę chleba... A potem - Anna... Spotkałem ją na wieczorku. Miała
tarlatanową suknią i niebieską szarfę. Jak to dawno!... Z początku
nie zauważyłem jej, ale wypadkiem dotknęła mnie sukienką i
spojrzała tak, żem wybiegł do przedpokoju i pocałowałem jakąś
pokojówkę. A może ja jej wtedy podobałem się?... No, chybaby miała
kataraktę na oczach, bo nawet stare baby nigdy nie okazywały
apetytu na moje wdzięki... Ale jeżeli... Jeżeli z tego powodu do
dziś dnia została panną?... Ba! a narzeczony, który ją porzucił?
Choć i to niczego nie dowodzi: mnie cztery panny odrzuciły, a
jednak ją kocham. Gdyby więc i ona mnie kochała, gdybym przy niej odżył i
tak codzień widywał moje młode lata, jak dzisiaj?... Co prawda,
żeniąc się, zrobiłbym uciechę całej Warszawie; ludzie wytykaliby
mnie palcami. Ale cóż mnie to obchodzi? Czy nie mam prawa do
szczęścia, a Warszawa do uciechy? A gdybyśmy mieli dzieci... Nie,
widocznie już zwarjowałem!... Ale jeżeli ona mnie kocha?... No,
toby mi także w moim wieku nic nie pomogło. Boże! jakie straszne
wątpliwości. We drzwiach stanął Niedojdziewicz. - Tak, czy nie? - spytał. - Jestem zdecydowany, ale... i pełen sceptyzmu, jak
prawdziwy filozof - odparł Drzymalski. - Ubezwłasnowalniam cię na godzinę! - zawołał
Niedojdziewicz. - O, tu jest miednica z wodą, umyj się. Drzymalski wyszedł do drugiego pokoju i umył się. - A!... - syknął - zimna woda dodaje otuchy, nawet do
małżeństwa. - Bierz palto. Drzymalski ubrał się. - Idźmy. - Czy tam?... - spyta! Drzymalski. - Nie pytaj. - Zmiłuj się - szepnął, biorąc Niedojdziewicza za rękę -
jeszcze kwadrans do namysłu... - Ani sekundy... Wyszli, siedli w dorożkę i wkrótce stanęli przed sporą
kamienicą. - Połowa tego domu będzie twoją - rzekł Niedojdziewicz. - Zatrzymajmy się... - błagał go Drzymalski. - Zabije mnie
apopleksja... - Mieszka tu felczer i puści ci krew. Drzymalski opierał się, ale wieśniak ujął go mocno pod
rękę i wciągnął na schody. - Toby była awantura, gdybym został przyjęty! - szepnął
Drzymalski. Niedojdziewicz zadzwonił. W tej chwili drzwi otworzono. W przedpokoju Drzymalski uczuł, że nogi chwieją się pod
nim. Szczęściem, spojrzał w lustro i zobaczył sinawe rumieńce na
swojej twarzy i nos czerwony. Widok ten przywrócił mu równowagę duchową. "No - myślał - już takiego konkurenta nie przyjmie
nietylko Anna, ale nawet jej kucharka. Wyglądam jak pijak i z
pewnością dostanę piątego arbuza w życiu, ale - co mi to
szkodzi?... Sądzono widać, ażebym w tym tygodniu ubawił Warszawę
moją skwapliwością do kobiet."
CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI