Podwójny człowiek - Bolesław Prus

Kup ebooka

8.49 zł
6.96 zł (3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PODWÓJNY CZŁOWIEK

"Czasami tęsknię, ale nigdy nie nudzę się, ponieważ we mnie jest dwu ludzi, którzy ciągle sprzeczają się z sobą. No, a w moim wieku niema przyjemniejszej rozrywki, jak ożywiona dyskusja." W taki sposób określił samego siebie pewien stary kawaler, pan Drzymalski, gdy go pytano: czy nie nudzi się, nic nie robiąc?... W podobny sposób wyjaśnił kwestją, dlaczego chodzi do teatrzyków, a nie bywa w teatrze? - Na przypatrywanie się baletowi mam za dużo rozumu. Na dramat chodzić nie potrzebuję, gdyż sam w sobie noszę kopalnią uczuciowych sytuacyj; żadną zaś komedją nie ubawię się tak, jak moim własnym dowcipem. Chodzę tylko na operetki, ponieważ nie znam się na muzyce. Mnóstwo tego rodzaju zdań pan Drzymalski wygłaszał z niezachwianą powagą, za co przyjaciele nazywali go oryginałem, a niechętni cynikiem. Gdy mu to powiedziano w oczy, odparł bez gniewu: - Mylicie się, panowie, jestem tylko prawdomównym. Był to człowiek nieładny, ale spojrzenie miał dziwne. Zwykle patrzył szyderczo, z drwiącym uśmieszkiem, niekiedy zaś tak smutno, jakgdyby serce zalewało mu się łzami. Czasem na nic nie patrzył, a wtedy z jego oczu padał cień, jak z przepaści. W jednej z podobnych chwil, ktoś, uchodzący za dowcipnego, powiedział mu: - Za często zaglądasz pan w siebie. - Bo mam na co spoglądać - odrzekł. - Gdybyś pan robił to samo, traciłbyś czas napróżno. Życie prowadził systematyczne. Jadał obiad o drugiej, po obiedzie spał, przed obiadem spacerował. O dziewiątej wieczór szedł na kolacją, później czytał książki, albo grał w wista, a o północy leżał w łóżku. Z rana wstawał o siódmej, karmił i opatrywał swoje kanarki, czytał i przed obiadem szedł znowu na spacer. Na niedzielę miał inny program zajęć. Po południu składał wizyty różnym starym panom i damom, których już nikt nie odwiedzał, a z rana chodził do kościoła. - Więc pan bywasz w kościele? - dziwił się jakiś farmazon. - Bywam. - Jak można pozować na świętoszka!... - Rzecz gustu - odpowiedział Drzymalski. - Pan dbasz o łaskę prezesów, a ja o łaskę Boga i świętych. Mam ten zysk, że moi protektorowie nigdy mnie nie lekceważą. Farmazon oburzył się tak, że przestał witać się z Drzymalskim. Przyjaciele nie omieszkali wyzyskać tego. - Cóż to, panie Drzymalski, nasz szanowny dyrektor nie wita się z panem? - Wiem o tem lepiej, aniżeli panowie, bo właśnie wczoraj nie podał mi ręki w salonie, przy pięćdziesięciu osobach. - I cóż pan na to? - Powiedziałem mu, że Grand Daniel także nie podałby mi ręki, choć jest bardzo szanownym koniem. Pewnego dnia, gdy odbywał zwykłą przechadzkę po Saskim Ogrodzie, zastąpił mu drogę tęgi, siwiejący szlachcic. Pan Drzymalski ocknął się z zamyślenia i chwilę popatrzywszy, zawołał: - Niedojdziewicz! - We własnej skórze! - odparł przybysz. Padli sobie w objęcia. - Skądże się wziąłeś w Warszawie, i do tego w ogrodzie? - zapytał Drzymalski. - Wczoraj przyjechałem do miasta, a dziś byłem u ciebie w domu. Służąca powiedziała mi, że zastanę cię tutaj, między studnią i wodą sodową - no i zgadła. Jesteś regularny jak zegarek. - Żaden szlachcic nie zalega tak regularnie w długach, jak ja spełniam moje obowiązki. Tu naprzykład bywam codzień od dziesięciu lat. - Boże miłosierny! - westchnął Niedojdziewicz. - I co tu robisz codzień? - Cieszę ludzi moim widokiem, a niekiedy marzę. - Ty?... - Czy mi nie wolno? - spytał Drzymalski. - Jestem przecie pełnoletni. - I bardzo. Ale o czem marzysz? - Niekiedy podziwiam dobrotliwą Opatrzność, która nad każdą ławką w Saskim Ogrodzie stworzyła drzewo, aby ludzie mieli dosyć cieniu... Niedojdziewicz spojrzał na niego, niepewny, co myśleć o tej filozofji. - Zwykle zaś - ciągnął Drzymalski - pieszczę się i dręczę widokiem przechodzących kobiet. O, spojrzyj naprzykład na tę: czy nie piękna? Blondynka, ciemno-szare oczy, grecki profil, a jaki rzut nogi!... Zdaje mi się, że za jeden jej pocałunek oddałbym życie; ale wnet przypominam sobie, że ona takiego, jak ja, nie pocałowałaby nawet za turkusowe kolczyki. Moje zaś dochody nie pozwoliłyby mi ofiarować jej brylantowych... - Kpisz ze mnie? - spytał Niedojdziewicz, patrząc mu w oczy. - Mówię zupełnie serjo - odparł Drzymalski z wejrzeniem pelnem smutku. - Ale jestem jak Człowiek śmiechu: kiedy mi serce pęka, ludzie myślą, że kpię z nich. Lecz prawda, że wy na wsi czytacie dopiero Walter-Scotta, a Hugo jeszcze się dla was nie urodził. - Zawsześ był dziwak - rzekł Niedojdziewicz - ale nie wiedziałem, że obudził się w tobie gust do kobiet. - Gust?... Powiedz, namiętność!... Od piątej klasy ginąłem za kobietami, kochałem się jak Romeo, ale - pocichu, wiedząc, że żadna nie odpłaci mi wzajemnością. Tak głupiej niema w Warszawie, a na prowincją nie chce mi się wyjeżdżać. - Zechciej się tylko ożenić, a sto wyjdzie za ciebie nawet w Warszawie. - Dajże spokój! W ciągu piętnastu lat starokawalerstwa oświadczyłem się czterem, i żadna się nie złapała. Śmiały się, gdy ze łzą w oku opisywałem im interesujący stan mojej duszy. Im byłem rzewniejszy, tem one miały lepszy humor; widocznie w ich opinji szkodził mi zbytek uczuć. Zrobiłbym wrażenie, gdybym miał w sobie mniej poezji, bo kobiety są realistki i wolą okrągły kark, aniżeli okrągły frazes. - A dlaczego nie zwracałeś się nigdy do Anny?... Drzymalski cofnął się. - Jakiej Anny?... - spytał niespokojnie. - Siostry mojej żony. Drzymalski począł iść szybko i, zaplótłszy ręce za siebie, ściskał je tak mocno, jakby chciał połamać palce. Niedojdziewicz zdumiał się, widząc jego wzruszenie. - Co ci się stało?... Czego lecisz jak warjat?... - Posłuchaj mnie - odezwał się Drzymalski. - Jesteś jedynym moim przyjacielem, jeżeli wogóle mogę mieć przyjaciół, ale pomimo to zrobiłeś mi wielką przykrość... - Przykrość?... - Niezmierną. Czy pomyślałeś kiedy, że ja, od piętnastu lat, kocham... nie!... uwielbiam Annę?... To moja pierwsza i jedyna miłość... I kto wie, czy dziś nie byłbym innym, gdybym się z nią ożenił... Przedewszystkiem miałbym kamienicę, bo jej ojciec umarłby ze zmartwienia, patrząc na takiego zięcia. - W imię Ojca i Syna... - przeżegnał się Niedojdziewicz. - Więc dlaczego nigdy nie wspomniałeś o tym afekcie? - Nie śmiałem... Piętnaście... eh!... co ja mówię?... sto razy chciałem się o Annę oświadczyć, ale słowa więzły mi w gardle. Siedzisz całe życie na wsi i myślisz tylko o tem, ażeby co roku mieć dziecko, nie masz więc pojęcia, jak wstydliwem jest prawdziwe uczucie. Ale gdybym ci przeczytał sonety, jakie na jej cześć pisałem, zapłakałbyś... Taką lichą mają formę obok głębokiego uczucia. Niedojdziewicz kręcił głową. - Mój drogi - rzekł - drwisz ze mnie. Mówisz, żeś kochał jedną tylko Annę, a... oświadczałeś się czterem innym pannom. - Z rozpaczy i dla wprawy. Kto nie może utopić się w oceanie, skacze do studni. - Dajmy na to. Ale kiedy już nabyłeś wprawy?... - Nie śmiałem zwracać się do panny Anny, dostawszy odkosza od innej -- odparł Drzymalski tonem przekonania.- No, ale jest już druga, więc idźmy na obiad. Dziś wyjątkowo pójdę do lepszej knajpy i proszę cię ze sobą... Niedojdziewicz wahał się. - Obiecałem - rzekł - Anusi, że u nich będę na obiedzie, ale - mniejsza o to. Poślę kartkę przez posłańca, a tymczasem pogadamy. Może cię ożenię! - Prędzej wsadzisz mnie na szczyt ratuszowej wieży - odparł Drzymalski. Wyszli z ogrodu w stronę Teatralnego placu. Drzymalski spuścił głowę i gwizdał marsza Szopena; Niedojdziewicz spoglądał na niego z pod oka i wzruszał ramionami. "Dziwak, wielki dziwak!... - myślał o swoim przyjacielu. - Ale... jeżeli się ożeni, to może się odmienić." W restauracji znaleźli osobny gabinet. Niedojdziewicz pisał kartkę, a Drzymalski zamawiał obiad. - Daj nam pan... - mówił do subjekta, bębniąc palcami w stół - daj nam pan... barszczu... polędwicę... A rybę macie jaką? Jestem dziś tak wzruszony, że muszę jeść rybę. - Jest sandacz z jajami. - Bardzo dobrze; daj pan sandacza. A ze zwierzyny?... - Może być pieczeń sarnia. - Wybornie, więc i pieczeń sarnią, byle nam ze stołu nie uciekła. - Wódeczkę podać przed obiadem? - Owszem, daj nam pan starki i ćwierć funta kawioru. Obiad bez wódki jest jak dorożka bez stopnia. - Wino będzie jakie? - Może być potem, a później zobaczymy. - Po obiedzie czarna kawa i likier? - Obiad bez kawy jest jak krzesło bez poręczy. Zapisuj pan sobie moje dowcipy, będziesz miał reputacją. Początek obiadu upłynął w milczeniu. Ale przy drugiej butelce soternu dwaj przyjaciele wrócili do przerwanej rozmowy. - Powiedzże mi krótko - spytał Niedojdziewicz - boć znamy się od dzieci, a kochamy jak bracia... Chcesz się żenić, czy nie?... Ale krótko. - Djabli wiedzą - odparł Drzymalski. - Znasz moje najgłębsze uczucia, więc sam osądź... - Zatem chcesz się żenić, Józefie!... Ty chcesz!... - zawołał Niedojdziewicz i złożył pocałunek na spoconej twarzy przyjaciela. - Nie wiem. Serce mówi: tak! - a rozum przypomina, że w małżeństwie są duże obowiązki. Trzeba być nietylko punktualnym, ale i entuzjastą. - Józiu!... Drzymalski... - prawił zarumieniony szlachcic. - Znamy się od pierwszej klasy... Ty byłeś naprzód moim kolegą, ale że ja siadywałem w każdej klasie po dwa lata, więc zostałeś moim korepetytorem... Zawsze jednak... Józiu, patrz mi w oczy!... Zawsze jednak byliśmy przyjaciółmi. Otóż, ja, Niedojdziewicz, jako twój najserdeczniejszy przyjaciel, mówię ci: Drzymalski, ty chcesz się żenić!... Prawda, że w tobie siedzi jakiś przekorny djabeł, i niewiadomo kiedy kpisz, a kiedy mówisz prawdę, ale ja cię znam... Ty chcesz się żenić, i tobie dobrze zrobi małżeństwo... - Kiedy w Saskim Ogrodzie - mówił Drzymalski, patrząc w sufit - widzę spróchniałe drzewa, obite smołowcową tekturą, myślę, że dla starego kawalera małżeństwo jest taką tekturą, co osłania jego rany... Ale ich nie leczy!... - Józiu... tobie koniecznie potrzeba żony... Onaby ci świat umilała. Drzymalski począł marzyć głośno: - Patrząc w salonie na młode kobiety, na ich piękność, ruchy, ich strój, tak różny od naszego, a tak ponętny, rozumiem, że na świecie niema doskonalszej istoty nad kobietę. Czasami na widok turniury, chwiejącej się z wdziękiem, ogarnia mnie taki żal, że boję się rozpłakać i uciekam... Ale kiedy znowu pomyślę, że pewnego dnia mógłbym w moim pokoju zobaczyć suknie porozwieszane na drzwiach, kaftaniki na bibljotece, chusteczki na parawanie - zimno mi się robi... Kobiety mają za dużo garderoby!... - To głupstwo! - machnął ręką Niedojdziewicz. - Garderoba nie stanowi kobiety. - To wcale nie dodaje mi odwagi. - Więc ja cię wyręczę. - W czem?... - zawołał Drzymalski. - Oświadczę się w twojem imieniu Annie. - Czyżbyś to zrobił?... - Nawet dzisiaj, w tej chwili! - zawołał Niedojdziewicz, z pewnym trudem unosząc się z kanapy. - Pierwej skończmy obiad - uspokoił go Drzymalski. - Dobry obiad jest gwarancją powodzenia w miłości... Lubo niezawsze! -- westchnął. - Obiad skończymy - mówił Niedojdziewicz z pałającemi oczyma - ale... oświadczymy się dziś... I uderzył pięścią w stół marmurowy. - Nie mam odwagi... - Trzeba raz skończyć!... - Nie ośmielę się... - Z oświadczynami robi się jak z wyrwaniem zęba. Powiedz sobie: rwę dziś, za godzinę i basta!... Za godzinę będziesz po słowie z Anną... - Odrzuci mnie! - desperował Drzymalski. - Pójdzie za ciebie z pocałowaniem ręki. Za późno na grymasy, kiedy się dobiega trzydziestki. - No, Anna już przewaliła trzydziestkę... - Jest znacznie młodsza od ciebie. - Bagatela! - mruknął Drzymalski. - O mnie już lada dzień napiszą nekrolog i, doprawdy, zazdroszczę tym, którzy go czytać będą. Ale mniejsza o lata panny Anny - dodał - ponieważ czuję, że i w tym wieku, jaki ma, zrobiłaby mi łaskę, wychodząc za mnie. Nie jestem jej wart... Niedojdziewicza ogarnął zapał. - Wart jesteś! - krzyknął - boś mój kolega i przyjaciel... Jeszcze kieliszek... i idziemy w konkury... - Jakto, zaraz?... - Natychmiast. Z oświadczynami, jak ze rwaniem zębów... - Ależ ja mam na sobie stary tużurek... - Do dentysty biegłbyś w szlafroku, gdyby cię przycisnęło. - Zresztą muszę pomyśleć... Niedojdziewicz podniósł się z kanapy. - Kochasz Annę, czy nie?... - Miłość jej zatruła mi piętnaście najpiękniejszych lat życia... - A więc basta!... Piję zdrowie twojej narzeczonej, a siostry mojej żony... - Gubisz mnie!... - reflektował go Drzymalski i zakrztusił się winem ze wzruszenia. - Teraz idźmy!... - rzekł Niedojdziewicz. Drzymalski chwycił się za poręcz kanapy. - Trupa mojego weźmiesz stąd... Niedojdziewicz trochę wytrzeźwiał. - Słuchaj - mówił spokojniejszym głosem. - Jutro wyjeżdżam z Warszawy, ale dziś chcę cię uratować. Widzę, że marnujesz się w starokawalerstwie i zmarniejesz, więc decyduj... Albo oświadczymy się o Annę zaraz, albo... - Pozwólże mi zebrać myśli... - szepnął Drzymalski. - Nie jestem berejterem, ażebym z miejsca brał taką barjerę, jak oświadczyny. - Dobrze. Wyjdę na pięć minut z tego pokoju, przyszlę ci syfon wody selcerskiej, a ty - napij się jej i pomyśl. Albo... albo... Niedojdziewicz wyszedł, a po chwili ukazał się subjekt i, milcząc, postawił syfon na stole. - Boże mój, co robić? - szepnął Drzymalski. - Anioł czy szatan sprowadził mi na kark Niedojdziewicza?... Ten szlachcic rozmarzył mnie, czuję, że odmłodniałem na samą myśl o Annie. Ile wspomnień... Widzę całą moją ubogą młodość, klasy pełne dziecinnych głów, uniwersytet, izbę na poddaszu, gdzie we trzech mieliśmy dwa łóżka i na cały dzień jedną bułkę chleba... A potem - Anna... Spotkałem ją na wieczorku. Miała tarlatanową suknią i niebieską szarfę. Jak to dawno!... Z początku nie zauważyłem jej, ale wypadkiem dotknęła mnie sukienką i spojrzała tak, żem wybiegł do przedpokoju i pocałowałem jakąś pokojówkę. A może ja jej wtedy podobałem się?... No, chybaby miała kataraktę na oczach, bo nawet stare baby nigdy nie okazywały apetytu na moje wdzięki... Ale jeżeli... Jeżeli z tego powodu do dziś dnia została panną?... Ba! a narzeczony, który ją porzucił? Choć i to niczego nie dowodzi: mnie cztery panny odrzuciły, a jednak ją kocham. Gdyby więc i ona mnie kochała, gdybym przy niej odżył i tak codzień widywał moje młode lata, jak dzisiaj?... Co prawda, żeniąc się, zrobiłbym uciechę całej Warszawie; ludzie wytykaliby mnie palcami. Ale cóż mnie to obchodzi? Czy nie mam prawa do szczęścia, a Warszawa do uciechy? A gdybyśmy mieli dzieci... Nie, widocznie już zwarjowałem!... Ale jeżeli ona mnie kocha?... No, toby mi także w moim wieku nic nie pomogło. Boże! jakie straszne wątpliwości. We drzwiach stanął Niedojdziewicz. - Tak, czy nie? - spytał. - Jestem zdecydowany, ale... i pełen sceptyzmu, jak prawdziwy filozof - odparł Drzymalski. - Ubezwłasnowalniam cię na godzinę! - zawołał Niedojdziewicz. - O, tu jest miednica z wodą, umyj się. Drzymalski wyszedł do drugiego pokoju i umył się. - A!... - syknął - zimna woda dodaje otuchy, nawet do małżeństwa. - Bierz palto. Drzymalski ubrał się. - Idźmy. - Czy tam?... - spyta! Drzymalski. - Nie pytaj. - Zmiłuj się - szepnął, biorąc Niedojdziewicza za rękę - jeszcze kwadrans do namysłu... - Ani sekundy... Wyszli, siedli w dorożkę i wkrótce stanęli przed sporą kamienicą. - Połowa tego domu będzie twoją - rzekł Niedojdziewicz. - Zatrzymajmy się... - błagał go Drzymalski. - Zabije mnie apopleksja... - Mieszka tu felczer i puści ci krew. Drzymalski opierał się, ale wieśniak ujął go mocno pod rękę i wciągnął na schody. - Toby była awantura, gdybym został przyjęty! - szepnął Drzymalski. Niedojdziewicz zadzwonił. W tej chwili drzwi otworzono. W przedpokoju Drzymalski uczuł, że nogi chwieją się pod nim. Szczęściem, spojrzał w lustro i zobaczył sinawe rumieńce na swojej twarzy i nos czerwony. Widok ten przywrócił mu równowagę duchową. "No - myślał - już takiego konkurenta nie przyjmie nietylko Anna, ale nawet jej kucharka. Wyglądam jak pijak i z pewnością dostanę piątego arbuza w życiu, ale - co mi to szkodzi?... Sądzono widać, ażebym w tym tygodniu ubawił Warszawę moją skwapliwością do kobiet."

CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI