Podwójne życie Pat - Jo Walton

Reflow text when sidebars are open.
"Dziś zdezorientowana", pisali w karcie pacjenta. "Zdezorientowana. Mniej zdezorientowana. Bardzo zdezorientowana". To ostatnie powtarzało się często, czasem skracane przez pielęgniarki do BZ, co wywoływało jej uśmiech, bo wyglądało jak bzykanie. W notatkach figurowało także jej imię - samo imię, Patricia, jakby starość zdegradowała ją do wieku dziecięcego, odarła z godności posiadania nazwiska, tytułu naukowego, a nawet prawa do tej formy imienia, którą preferowała. Notatki w karcie pacjenta przypominały jej szkolne raporty z rubrykami i ustalonymi kategoriami, które tak utrudniały wyrażenie prawdziwej złożoności sytuacji. "Skandaliczna ortografia", "musi bardziej uważać", "dziś zdezorientowana" - wydawały się odległe jak Olimp, obojętne na apelacje. "Ale proszę pani!..." - zaprotestowałyby bardziej współczesne uczennice. Ona za swoich szkolnych lat nigdy by się na coś takiego nie poważyła, podobnie jak grzeczne dziewczęta z jej pierwszych lat nauczania. To "ale proszę pani!..." było dowodem rosnącej pewności siebie, sączącego się feminizmu; zawsze przyjmowała to życzliwie, mimo że utrudniało jej pracę. Teraz sama chciała to powiedzieć pielęgniarkom, które robiły wpisy do jej karty: "Ale proszę pani!... Dziś jestem tylko trochę zdezorientowana!".
Karta wisiała w nogach jej łóżka. Widniała na niej lista leków - tych na serce, które brała od pierwszego zawału przed rokiem. Była wdzięczna, że zapamiętali to za nią, te brutalne łacińskie sylaby. Lubiła od czasu do czasu przeglądać swoją kartę, nawet jeśli personel ją za to karcił, gdy dała się na tym przyłapać. W karcie wpisywano daty, które trudno jej było spamiętać, a także zlewające się dni tygodnia, tutaj, gdzie wszystkie dni były tak do siebie podobne. Potrafiła nawet zapomnieć, jaka jest pora roku; wychodziła tak rzadko, że kiedyś nigdy by w to nie uwierzyła. Nieświadomość pór roku to oznaka poważnej dezorientacji.
Czasami, zwłaszcza na początku, przeglądała swoją kartę, żeby sprawdzić, jak bardzo wydaje się im zdezorientowana, ale ostatnio często o tym zapominała, a potem zapominała, co zapomniała zrobić w wiecznym grzęzawisku spraw, za którymi musiała nadążyć, w niekończącym się bagnie notatek przypominających jej, co miała zrobić. Kiedyś znalazła listę, która zaczynała się od punktu "Zrób listę". BZ, napisałyby pielęgniarki, gdyby to zobaczyły, ale napisała to na długo przed początkiem demencji, kiedy była jeszcze dość młoda, choć wtedy tak o sobie nie myślała. Nigdy nie czuła się starzej niż w tych czasach, kiedy dzieci były małe i tak bardzo domagały się jej uwagi. Gdy dorosły i odeszły, przestając nieustannie czerpać jej czas i troskę, poczuła nową falę młodości. Nie żeby kiedykolwiek przestała się o nie troszczyć. Nawet kiedy widziała ich twarze, niezrozumiale postarzałe, czuła przygniatające ją to samo brzemię bezwarunkowej miłości, ich pragnień i problemów oraz własnej niezdolności do zapewnienia im bezpieczeństwa czy zaspokojenia ich potrzeb.
To właśnie rozmyślania o dzieciach potęgowały jej dezorientację. Czasem wiedziała z niezachwianą pewnością, że urodziła dziewięcioro dzieci, w tym pięcioro martwych. Dziewięć razy dawała życie w strumieniach krwi i bólu. Innym razem miała taką samą pewność, że urodziła dwoje dzieci drogą cesarskiego cięcia w późniejszym okresie życia, kiedy już straciła na to nadzieję. Dwoje dzieci z jej krwi i ciała i trzecie, przyrodnie, najukochańsze. Kiedy ją odwiedzały, poznawała je, wiedziała, ile ich było, a tamta druga prawda wydawała się snem. Nie potrafiła zrozumieć, jak można mieć taki zamęt w głowie. Gdy widziała Philipa, wiedziała, że to jedno z jej trojga dzieci, ale gdy przychodziła do niej Cathy, pamiętała, że to jedno z jej czworga dzieci. Rozpoznawała je i czuła ten macierzyński ból. Jeszcze nie popadła w taką demencję jak jej matka, która w końcu jej nie poznała, rozpłakała się, uciekła od niej i oskarżyła ją o straszne zbrodnie. Wiedziała, że przyjdzie taki czas, kiedy i jej dzieci, i wnuki staną się dla niej obce. Widziała degrengoladę swojej matki i zdawała sobie sprawę z tego, co ją czeka. W nieustannej walce, by namierzyć okulary, aparat słuchowy i książkę, tego się najbardziej bała - dnia, w którym dzieci przyjdą, a ona ich nie pozna, dnia, w którym odpowie Sammy uprzejmie jak obcej osobie, albo i gorzej - z przerażeniem, jak wrogowi.
Cieszyła się, że dzieci nie muszą tego codziennie doświadczać, jak ona. Że znalazły jej dom opieki, choć ten zdawał się wokół niej wirować, raptownie wypuszczać nowe skrzydła lub się składać, tworząc ścianę tam, gdzie wczoraj był korytarz. Wiedziała, że w budynku jest winda, a kiedy pielęgniarki zdecydowanie zaprzeczyły, potulnie zjechała windą schodową. Pamiętała, jak matka awanturowała się i upierała przy swoim - więc sama ustępowała. Kiedy winda znowu się pojawiła, chciała tryumfalnie oświadczyć pielęgniarce, że jednak miała rację, ale była to już inna pielęgniarka. I co wydawało się bardziej prawdopodobne - że to demencja czy że budynek się zmienia? Personel był łagodny i pełen dobrych chęci, nie zamierzała tłumaczyć jego postępowania złośliwością, co tak chętnie czyniła jej matka. Jednak skoro miała zapominać pewne sprawy, a pamiętać o innych, to dlaczego nie mogła zapomnieć bólu powolnej degrengolady matki i pamiętać, gdzie położyła aparat słuchowy?
Pewnego dnia dwoje pielęgniarzy prowadziło ją do podologa - stała się tak wątła, że potrzebowała podpory z obu stron, żeby jakoś przeczłapać przez korytarz. Stali, czekając na kapryśną windę, która dziś najwyraźniej znowu zaistniała. Ściana obok miała kolor zieleni, jak w wielu szkołach, w których uczyła Pat. Takiego koloru nikt by nie wybrał do własnego domu, ale każdy komitet zgodnie uznawał go za odpowiedni dla szkół, szpitali i domów opieki. Na ścianie wisiała reprodukcja przedstawiająca pole maków. Nie był to Monet, jak przypuszczała po paru wcześniejszych nieuważnych zerknięciach, lecz ktoś z Drugich Impresjonistów z lat siedemdziesiątych.
- Pamela Corey - powiedziała.
- Nie - odparł pielęgniarz, jak zwykle traktujący ją z góry. - To David Hockney. Corey namalowała ruiny Miami, które wiszą w małym salonie.
- Uczyłam ją - oznajmiła Pat.
- O, naprawdę? - zdziwiła się pielęgniarka. - Nie do wiary, że uczyłaś kogoś tak sławnego i pomogłaś mu w stawaniu się prawdziwym artystą.
- Uczyłam ją angielskiego, nie plastyki - wyjaśniła Pat. Wsiedli do windy, która właśnie przyjechała. - Ale pamiętam, jak zachęcałam ją, żeby studiowała na Royal Academy.
Pamela Corey była w szóstej klasie chuda i pełna pasji, rozdarta między Oksfordem a malowaniem. Pat pamiętała, jak rozmawiała z nią o bezpiecznych i ryzykownych decyzjach i o tym, czego można żałować.
- Uczyłaś kogoś tak sławnego - powtórzyła pielęgniarka, wytrącając Pat z zamyślenia.
- Wtedy nie była sławna - rzekła Pat. - Nikt nie jest. To się rozumie dopiero po fakcie. To ludzie jak inni. Każdy twój znajomy może się stać sławny. Albo i nie. Nie wiadomo, które z nich się wybije i czy w ogóle. Sama możesz stać się sławna. Możesz zmienić świat.
- Na to już trochę za późno - rzuciła pielęgniarka z tym przekornym śmiechem, którego Pat od zawsze nie znosiła u innych kobiet, śmiechem, który podcina skrzydła.
- Nie jest za późno. Zdziwiłabyś się, jak wiele dokonałam, odkąd skończyłam tyle lat, ile masz teraz, jak zmieniłam świat. Możesz robić, co chcesz, stać się, kim chcesz.
Pielęgniarka cofnęła się lekko, przestraszona jej zaciekłością.
- Spokojnie, Patricio - odezwał się pielęgniarz. - Straszysz biedną Nasreen.
Pat skrzywiła się gniewnie. Mężczyźni zawsze umniejszali jej znaczenie, a to, co mówiła, było ważne. Znowu spojrzała na pielęgniarkę, ale wysiedli już z windy i ruszyli korytarzem, który widziała po raz pierwszy, korytarzem z prążkowaną wykładziną i choć Pat była pewna, że idzie do podologa, w małym słonecznym gabinecie czekał na nią okulista. Dezorientacja, pomyślała. Znowu jestem zdezorientowana i może naprawdę straszę pielęgniarki. Ją straszyła jej matka. Wszystko się w niej wzbraniało przeciwko ponownemu zatrzaśnięciu w szufladce z napisem "grzeczna dziewczynka", przeciw przymilaniu się, uśmiechaniu, rezygnacji z tej żarliwej opiekuńczości, która stanowiła o jej tożsamości. Ale nie chciała nikogo przerażać.
Później, gdy już wróciła do swego pokoju z receptą na nowe okulary do czytania, którą pielęgniarka zabrała na przechowanie, usiłowała sobie przypomnieć, co sądziła o Pameli. Idź za głosem serca, mówiła - a może idź za swym talentem? Oczywiście wtedy Pamela nie była sławna i nic nie wskazywało na to, że pisana jest jej sława. Była zwyczajną dziewczyną, ot jedną z setek czy tysięcy dziewczyn, które uczyła Pat. Pod koniec uczyła też chłopców, ale to dziewczyny pamiętała najlepiej. Mężczyźni mieli już dość przywilejów; kobietom wbijano do głowy, żeby nie wysuwały się na pierwszy plan. W każdym razie ją tego uczono. To kobiety potrzebowały więcej pomocy w dokonywaniu wyborów.
Ona wybrała. Zastanawiając się nad tym, czuła to dziwne rozdwojenie, sprzeczne wspomnienia, jakby miała dwie historie, które doprowadziły ją do tego punktu - domu opieki. Była zdezorientowana, nie ma co do tego wątpliwości. Przeżyła długie życie. Pytano ją, ile ma lat, a ona odpowiadała, że prawie dziewięćdziesiąt, bo nie pamiętała, czy ma osiemdziesiąt osiem, czy osiemdziesiąt dziewięć. Nie mogła też spamiętać, czy jest rok 2014, czy 2015. Ciągle o to pytała i ciągle to zapominała. Urodziła się w roku 1926 - roku strajku generalnego; tego się trzymała. Tu nie było rozdwojenia. Jej wspomnienia z dzieciństwa wydawały się jednolite i ustalone, przejrzyste i niezmienne jak slajdy wyświetlane na ekranie. Rozdwojenie musiało nastąpić potem, cokolwiek je spowodowało. Na Oksfordzie? Później? To już nie były slajdy. Wnuki pokazywały jej zdjęcia na swoich telefonach. Żyły w świecie innym od tego, w którym się wychowała.
Inny świat. Przez chwilę to rozważała. Nigdy nie lubiła science fiction, choć miała wśród przyjaciół fanów tego gatunku. Raz przeczytała klasie książkę dla dzieci, Charlotte Sometimes - o dziewczynce ze szkoły z internatem, która codziennie się budzi w innych czasach - czterdzieści lat wcześniej, zamieniając się miejscami z inną dziewczynką. Pat przypominała sobie, że dziewczynki odrabiały za siebie lekcje, co się sprawdzało z wyjątkiem sytuacji, gdy trzeba się było nauczyć wiersza na pamięć. Matka zmuszała ją do wkuwania mnóstwa wierszy, co później jej się przydało. Nigdy nie brakowało jej cytatów. Prawdopodobnie właśnie z powodu tych cytatów przyjęto ją na Oksford, choć oczywiście trwała wojna i brak młodych mężczyzn ułatwił kobietom sprawę.
Studiowała na Oksfordzie. Jej wspomnienia o tych czasach nie rozdwajały się tak niepokojąco. Tolkien uczył ją staroangielskiego. Pamiętała, jak deklamował Beowulfa o dziewiątej rano w poniedziałek, jak wchodził do sali, rzucał z trzaskiem książkę i zwracał się do nich "Hwaet!". On też nie był wtedy sławny. Od tamtej chwili do wydania Władcy Pierścieni i całego tego zamieszania miały upłynąć lata. Później ludzie szaleli, gdy mówiła, że go znała. Nigdy nie wiadomo, kto będzie sławny. Sama nie roiła o sławie, ale co do paru znajomych miała podejrzenia. I z pewnością co do Marka. Biedny Mark.
Fakt niepodważalny: była zdezorientowana. Gubiła się w swoich rozmyślaniach. Miała problem z zapamiętywaniem. Ludzie coś mówili, ona ich słyszała, reagowała, a potem całkiem o tym zapominała. Zapomniała, że Bethany podpisała kontrakt z firmą nagraniową. To, że ucieszyła się po raz drugi, kiedy Bethany jej to powtórzyła, nie miało znaczenia. Najwyraźniej była zdruzgotana jej zapomnieniem. Co gorsza, zapomniała, że Jamie zginął. Wiedziała, że Cathy poczuła się urażona, choć mówiła, że sama też chciałaby zapomnieć. Jakże łatwo było dotknąć Cathy, a przecież Pat nigdy by tego świadomie nie zrobiła, zwłaszcza po takiej stracie, a jednak jej się zdarzyło, bezwiednie, bo jej mózg nie zatrzymywał wspomnień. Ile jeszcze wspomnień zniknęło z jej pamięci, nie pozostawiając po sobie nawet pustego miejsca?
Nie mogła ufać swemu mózgowi. Teraz wyobraziła sobie, że żyje w dwóch różnych rzeczywistościach, przenosząc się między nimi, ale to chyba jakaś usterka umysłu, jak wirus komputerowy, który do pewnych plików uniemożliwia dostęp, a w innych nie pozwala pisać. To porównanie Rhodriego. Rhodri jako jeden z nielicznych rozmawiał z nią o demencji jako problemie z potencjalnymi rozwiązaniami i działaniami zastępczymi. Zbyt długo się z nim nie widziała. Może był zajęty. A może znalazła się w tym drugim świecie - świecie, w którym nie istniał.
Wzięła do ręki książkę. Już nie próbowała czytać nowych, choć łamało jej to serce. Nie potrafiła sobie przypomnieć, gdzie przerwała lekturę ani co przeczytała. Nadal mogła na nowo wracać do znanych książek jak do starych przyjaciół, choć wiedziała, że to także odejdzie; u schyłku życia jej matka straciła zdolność czytania. Na razie, dopóki mogła, pochłaniała mnóstwo poezji i klasyki. W tej chwili w rękę wpadło jej dzieło Panie z Cranford Elizabeth Gaskell. Otworzyła książkę na chybił trafił i zaczęła czytać o pannie Matty i jej finansowych kłopotach w czasach króla Williama. "(...) ostatni rękaw wydęty jak udziec barani, ostatnią i skąpą spódnicę, noszoną w Anglii, oglądano właśnie w Cranford i spoglądano na nią bez uśmieszków"[1].
Po chwili odłożyła książkę. Na dworze zrobiło się ciemno; wstała i pokuśtykała do okna, żeby zaciągnąć zasłony. Szła ostrożnie, przytrzymując się łóżka, a potem ściany. Personel nie pochwalał chodzenia bez laski czteropunktowej, ale Pat się nie bała; w pokoju nie było dość miejsca, żeby się przewrócić. Choć raz upadła w drodze do toalety i zapomniała, że może wezwać pomoc, naciskając guzik. Zaciągała granatowe zasłony, choć przysięgłaby, że ostatnim razem w oknie wisiały bladozielone rolety. Oparła się o parapet, spojrzała na nagie gałęzie sykomory, kołyszące się na wietrze. Cienki welon chmury zakrył połowę księżyca. Co to za okolica? Wrzosowiska? Czy nabrzeże kanału? Rano w gałęziach mogą śpiewać ptaki. Musi zapamiętać, żeby przyjść i popatrzyć. Gdzieś tu miała lornetkę. Pamiętała, że uparła się ją zabrać, Philip zaś przekonywał, że w domu opieki lornetka się jej nie przyda, na co Jinny burknęła opryskliwie, jak to ona, że skoro Pat chce, to przecież może ją zabrać ze sobą. Lornetka musi gdzieś tu być, chyba że została w tym drugim świecie. Byłoby wielką niesprawiedliwością, gdyby lornetka znajdowała się w jednym, a drzewo w drugim.
O ile te dwa światy w ogóle istnieją.
A jeśli istnieją, to co sprawiło, że Pat prześlizguje się między nimi? Nie chodzi o dwa miejsca w czasie, jak w przypadku Charlotte. Był ten sam rok, nieważne który. Chodzi o to, że to, co nie powinno się różnić, jednak się różniło. Miała czworo dzieci albo troje. W domu opieki była winda albo tylko fotel schodowy. Pamiętała rzeczy, które nie mogły być jednocześnie prawdziwe. Wiedziała, że Kennedy został zamordowany i że odmówił ponownego kandydowania po konflikcie z Kubą. Niemożliwe, żeby wydarzyły się obie te sytuacje. Czy dokonała wyboru, że będzie żyć w obu czasach, a dzięki temu - dwukrotnie? Dwie linie życia, które zaczęły się w 1926 roku w Twickenham i skończyły w tym domu opieki w 2014 czy 2015, nieważne.
Poczłapała z powrotem i spojrzała na kartę pacjenta zawieszoną w nogach łóżka. Był 5 lutego 2015 roku, a ona miała status BZ. To pewne, dobrze wiedzieć. Usiadła, ale nie sięgnęła po książkę. Wkrótce przywiozą kolację, słyszała już szczęk jadącego wózka. Nakarmią ją, a potem położy się spać. Tak samo w obu światach.
Jeśli dokonała wyboru - cóż, wiedziała, że to zrobiła. Pamiętała to równie wyraźnie jak wszystko inne. Stała w tej małej budce telefonicznej w korytarzu w The Pines i Mark powiedział, że jeśli chce za niego wyjść, to teraz albo nigdy. Była zaskoczona i zdezorientowana, stała w zapachu kredy, środków dezynfekujących i dziewcząt i wahała się, a potem podjęła decyzję, która wszystko zmieniła w jej życiu.
1 Elizabeth Gaskell, Panie z Cranford, tłum. Aldona Szpakowska, Świat Książki, Warszawa 2014, s. 6.
Był lipiec 1933 roku, a Patsy Cowan miała siedem lat i przyjechała do Weymouth na dwa cudowne tygodnie. Mieli tu muszlę koncertową z orkiestrą i rzeźby zwierząt z piasku, i osiołki, na których można było jeździć, i morze, w którym pływali, i zbudowali piaskową kazalnicę, z której pan Price mógł wieczorami wygłaszać kazania. Ona nosiła kostium kąpielowy z brązowej bawełny, choć młodsze dzieci i niektóre siedmiolatki biegały nago. Pamiętała, że jako dziecko też kąpała się na golasa, ale ten kostium jej się podobał. Delikatne jasne włosy zostały zebrane w dwa kucyki i gdyby mocno potrząsnęła głową, smagnęłyby jej policzki. Ale tego nie zrobiła, bo Oswald powiedział, że głupio wygląda, jak tak trzęsie głową bez sensu. Oswald właśnie skończył dziesięć lat. Zazdrościła mu tych urodzin w lecie. Miał na sobie pasiaste kąpielówki do kolan i już zdążył się lekko opalić.
Przyjechali w piątek w nocy późnym pociągiem, a dziś była niedziela, dopiero drugi dzień wakacji. Czekało ich jeszcze dwanaście całych dni. Nie wszystkie będą takie cudowne, Patsy o tym wiedziała. Słońce nie może świecić jasno każdego dnia, musi być co najmniej jeden deszczowy dzień. W deszczowe dni tata prowadził ich do muzeum albo do interesującego starego kościoła, albo do zamku, co może nie było tak wspaniałe jak dzień na plaży, ale też fajne. Będzie też jedno popołudnie, kiedy tata zabierze Oswalda na mecz - "wybacz, staruszko, to dzień dla chłopaków, męskie sprawy", mówił tata jak co roku. Argumenty, że ona też uwielbia piłkę nożną albo że jeśli Oswald ma mieć tatę tylko dla siebie przez całe popołudnie, to jej się to również należy, nie odnosiły skutku. W zeszłym roku tata odparł, że ona ma całe popołudnie z mamą, i oczywiście nawet mając sześć lat, wiedziała, że lepiej nie narzekać.
Uklepali kazalnicę łopatkami i dłońmi. Łopatki miały drewniane trzonki i metalowe łyżki i gdyby nie rozmiar, byłyby prawdziwymi łopatami. Ona dostała czerwoną, Oswald niebieską, a mama mówiła, że jeśli je zgubią, nie kupi im drugich. Mama siedziała na wynajętym leżaku na plaży, ale tata był przy nich stale, dyrygując wszystkimi dziećmi. Patsy uwielbiała piasek, który wchodził jej między palce i łatwo dawał się kształtować. Uwielbiała na nim rysować, a potem to ścierać. Piasek był rozpalony z wierzchu i chłodny pod spodem, i czysty, i bez trudu się go strzepywało, a jeśli nie, to zmywał się w wodzie. Wydawał się inny od brudu w domu. Można się było w nim wytarzać, a potem pobiec do wody i znowu być czyściutkim.
Najlepszy był spacer wczesnym rankiem na plażę, z której przypływ starł wszystkie ślady poprzedniego dnia, a po biegu po ubitym twardym piasku zostawały ślady stóp. Pierwszego ranka, kiedy tata ich tam zaprowadził, szli za śladami mężczyzny i psa; małe ślady łapek biegły w morze i wracały z niego, aż w końcu ich dogonili i przekonali się, że pies jest czarno-białym terierem, a mężczyzna zwykłym mężczyzną, który rzekł grzecznie do taty "Dzień dobry". Ale tego ranka przyszli tu jeszcze przed kościołem i byli pierwsi. Biegli przez wielką płaską piaszczystą łachę w porannym świetle, "pusta równina piasku, co sięga daleko"[2], jak w tym wierszu, a małe falki z białymi grzywkami lizały brzeg, za nimi zaś morze rozpościerało się daleko i jeszcze dalej, aż do Ameryki. Tata szedł brzegiem morza, omijając muszle i wodorosty, ale dzieci biegały bose i swobodne. Patsy umiała biegać tak szybko jak Oswald, choć była dwa i pół roku młodsza. Biegała szybciej niż inne siedmiolatki. Pewnego dnia tata zorganizuje zawody na plaży - obiecał! - i Patsy wygra, była tego pewna. Stanie na rękach udawało się jej za każdym razem, a gwiazda dwa na trzy razy.
- To będzie najlepsza kazalnica na świecie! - zawołała, kopiąc z entuzjazmem. - Lepsza niż ta w zeszłym roku. A pan Price wygłosi najlepsze kazanie i nawróci wszystkich pogan!
- Zgadza się, staruszko - odrzekł tata. - Ale nie syp za siebie piaskiem, bo leci na ludzi.
Rozejrzała się, stropiona, ale tata się śmiał i na nią nie gniewał, choć obsypała mu nogi piaskiem. Tak miło było spędzać z nim całe dnie. Coś takiego zdarzało się tylko w wakacje i może przez jakieś dwa dni w święta Bożego Narodzenia. Tata bardzo ciężko pracował przy sprzedaży i naprawie odbiorników radiowych. Wyjeżdżał na rowerze, zanim wstawała, a czasem wracał, kiedy już była w łóżku. W niedziele nie pracował, ale przeważnie był tak zmęczony, że mama nakazywała Patsy i Oswaldowi chodzić na paluszkach aż do powrotu z kościoła. Czasem tata budził się dopiero po południu i zabierał ich na spacer albo urządzał mecz w parku. Wtedy przez chwilę widziała swojego wakacyjnego tatę, który tak lubił się bawić. Teraz kazał starszym dzieciom biec po wodę z wiaderkami, bo mokry piasek lepiej dawał się kształtować. Patsy wróciła do kopania, ale bardziej uważnego.
- Dlaczego nie jesteś pastorem jak pan Price? - spytała.
- Bóg mnie nie powołał - odpowiedział tak, jak lubiła, jakby była równym mu partnerem.
- A powołał cię do instalacji radia?
- Widzisz, dowiedziałem się o istnieniu radia podczas wojny, więc kiedy nastąpiła demobilizacja, uznałem, że to dobry wybór.
To nie brzmiało tak dostojnie jak to o Bogu, który powołuje.
- Czy Bóg... - zaczęła.
- Właściwie dlaczego chciałabyś, żebym był pastorem, panno Patsy? - przerwał jej w pół zdania.
- Bo pastorzy pracują tylko w niedziele. Przez resztę czasu byłbyś z nami.
Przez chwilę tata miał taką minę, jakby go obraziła, albo gorzej - jakby obraziła Boga. Kiedy mówiła coś, co obrażało Boga - choć nie robiła tego naumyślnie - mama zamykała ją w spiżarni. Patsy wiedziała, że rozmyślania o Bogu i pastorach to potencjalne zagrożenie. Potem tata odrzucił głowę do tyłu i zaczął się tak zaśmiewać, że pozostałe dzieci też się śmiały, choć nie słuchały i nie wiedziały, o co chodzi. Inni, całkiem nieznani ludzie, spoglądali na nich ze zdziwieniem. Patsy nie zamierzała powiedzieć nic śmiesznego, ale tak jej ulżyło, że nie obraziła Boga, że też się roześmiała, choć to nie był prawdziwy śmiech ani zaraźliwa wesołość pozostałych dzieci.
- Muszę to powtórzyć mamie - oznajmił tata. - Ale się uśmieje! Ośmielę się zauważyć, że nie spodobałoby się jej, gdybym się plątał pod nogami przez sześć dni w tygodniu!
Oswald wrócił z wiaderkiem niemal pełnym morskiej wody. Niósł je bardzo ostrożnie, żeby nic się nie wylało.
- O czym powiesz mamie? - spytał.
- Patsy chce, żebym został pastorem, bo wtedy musiałbym pracować tylko w niedziele!
Oswald się nie roześmiał.
- Nie wiem, dlaczego mama miałaby się z tego śmiać.
- Może i tak - zgodził się tata.
- Patsy nie jest już małym dzieckiem. Powinna wiedzieć, że pastorzy ciężko pracują, odwiedzając chorych i... pisząc kazania i... - Najwyraźniej Oswaldowi zabrakło konceptu.
Tata znowu się roześmiał.
- W porządku, staruszku. Nic nie powiem mamie. Pewnie rzeczywiście nie zrozumiałaby, co w tym śmiesznego.
- Bo ona by chciała, żebyśmy byli jak dzieci lady Leverside.
Tata posadził sobie Patsy na kolanach i poklepał piasek obok siebie, dając znak Oswaldowi, żeby usiadł - i Oswald usiadł, odstawiwszy ciężkie wiaderko.
- Mama chce dla was jak najlepiej - powiedział. - Dla was obojga. Dlatego wymaga, żebyście się ładnie ubierali, poprawnie wyrażali i tak dalej. Wasza mama pracowała dla lady Leverside, zanim się pobraliśmy, i tam nauczyła się opiekować dziećmi. Dlatego umie szyć stroje kąpielowe, recytować wiersze i tak dalej. Ja nie miałem tak dobrze jak wy. Wasza babcia nie wiedziała tego, czego możecie się nauczyć od mamy.
Patsy uśmiechnęła się na myśl o tym, że stara zwyczajna babcia miałaby recytować wiersze. Babcia gotowała i robiła najlepsze ciągutki świata, ale do poezji głowy nie miała.
- Ale choć dobrze, że macie te wszystkie przywileje, chcę, żebyście wiedzieli - to bardzo ważne - że jesteście warci równie wiele jak dzieci lorda Leverside'a i wszystkie inne dzieci świata. Możecie tyle samo, co one - więcej! Możecie być lepsi od nich. Możecie zajść daleko i wiele osiągnąć.
- Ale to dzieci jaśnie państwa - zaprotestowała Patsy. - Jaśnie panienka Letitia i jaśnie panicz Ralph. Nie jesteśmy tacy jak oni. Tak mówi mama.
- Mama mówi, że nie chce, żebyśmy byli pospólstwem - dodał Oswald.
- Jak wtedy, kiedy grałeś w piłkę z chłopakami i wróciłeś do domu i powiedziałeś... - zaczęła Patsy z przejęciem, ale Oswald kuksnął ją w ramię.
- Nie wolno powtarzać plotek!
Tata spojrzał na niego karcąco.
- O wiele gorsze jest szturchanie dziewczynki, w dodatku trzy lata od ciebie młodszej. Właśnie o takich sprawach mówiłem; masz szansę nauczyć się, co wypada, i powinieneś ją wykorzystać.
- Przepraszam - rzekł Oswald. - No, ale tato, ona nie powinna powtarzać takich rzeczy.
- Patsy, twój brat ma rację. Jeśli powiedział coś niewłaściwego, a mama go ukarała, sprawa jest skończona.
- Przepraszam. Nie chciałam na ciebie nagadać. - Patsy wyciągnęła rękę, którą Oswald uścisnął.
- Ale wracając do poprzedniej sprawy - podjął tata - fakt, że oni są jaśnie paniczem i jaśnie panienką, a wy tylko paniczem i panienką, nie ma znaczenia. Jesteście dokładnie tak dobrzy jak oni i możecie zajść równie daleko jak oni. Gdy Adam orał, a Ewa przędła, kto był panem?
- Adam! - krzyknęła Patsy pospiesznie, zanim Oswald ją ubiegł. Taka łatwa zagadka! - A Ewa była panią!
Oswald parsknął śmiechem.
- Ona nie rozumie.
- Ale ty tak, prawda? Wiesz, o czym mówię. Spójrz na to w ten sposób: czy lady Leverside sama wychowała swoje dzieci? Nie, wybrała do tego zadania twoją matkę. Masz to samo wychowanie, co dzieci jaśnie państwa.
Jeden z maluchów podszedł z pytaniem o kazalnicę i tata poszedł mu pomóc. Patsy siedziała nieruchomo, poruszając palcami u stóp, między którymi przesiewał się piasek. Dzieci lady Leverside wydawały się tak odległe od niej jak słońce i księżyc. Mama nigdy nie mówiła, że Patsy była od nich lepsza albo chociaż tak samo dobra. Zawsze tylko "Jaśnie panienka Letitia nigdy by tak szeroko nie otwierała ust..." albo "zapomniała poduszki...", albo "zeszła rozczochrana". Patsy przyzwyczaiła się uważać dzieci lady Leverside za ideały. Rozważyła zdanie taty, że jest równie dobra jak one, a potencjalnie lepsza. A jednak wiedziała, że tamte dzieci mają wszystkiego pod dostatkiem, i to w najlepszym gatunku, a kiedy wyrastają z ubrań, natychmiast dostają następne, zamawiane u Johna Lewisa. Ona i Oswald mieli tylko jeden komplet najlepszych ubrań i tylko dwa komplety ubrań codziennych, które ciągle robiły się za małe albo się darły. Ona niszczyła swoje, wspinając się na drzewa, a Oswald, grając w piłkę albo bawiąc się z chłopcami.
- Kiedy skończę trzynaście lat, wyślą mnie do szkoły z internatem - oznajmił Oswald, siadając obok niej.
- Mnie też? - zaniepokoiła się Patsy, choć wiek trzynastu lat wydawał się niewyobrażalnie odległy, niemal o całe jej dotychczasowe życie.
- Nie sądzę, bo taka szkoła jest bardzo droga, a ty jesteś dziewczyną - rzekł Oswald. Nie patrzył na nią; kreślił palcem na piasku skomplikowany wzór. - Ciebie pewnie poślą do zwykłej szkoły w mieście.
- To dlaczego wyślą ciebie?
- Z powodu tego, co tata mówił o przywilejach. On przerwał naukę, kiedy miał czternaście lat, i zawsze tego żałował. Chce, żebym był dżentelmenem. Mama też by sobie tego życzyła. - Oswald nie podniósł głowy, ale gwałtownie zamazał narysowany wzór.
- Jak Adam - dopowiedziała Patsy i po raz drugi nie zrozumiała, dlaczego kogoś rozśmieszyła.
- Ale to wszystko bzdury - rzucił Oswald. - Sto razy wolałbym być wychowany przez babcię i iść do pracy w wieku czternastu lat, niż przez całe życie udawać kogoś, kim nie jestem.
- To dlaczego im tego nie powiesz?
- Daj spokój, przecież wiesz, że pewne rzeczy można powiedzieć, a innych nie.
Wiedziała. Chyba od zawsze. Chciała jakoś pocieszyć brata, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Babcia by go przytuliła, ale w ich domu nie pochwalało się uścisków. Więc wyciągnęła rękę, a on uścisnął ją z powagą.
- Chodź - powiedział.
- Dokąd? - spytała, natychmiast wstając z radosną niecierpliwością.
- Poszłabyś ze mną wszędzie, co? - Oswald uśmiechnął się do niej. - Muszę znowu iść nad morze!
- Puste morze i niebo! - wykrzyknęła.
- Trudno sobie wyobrazić coś mniej pustego od morza w Weymouth w gorący niedzielny poranek w lipcu - odezwał się tata.
Później, po kąpieli, gdy zrobiła dziesięć ruchów rękami bez podtrzymywania przez tatę, pobiegła na uginających się nogach do mamy na leżaku. Mama miała bardzo poważną minę i czytała gazetę, ale odłożyła ją i wyjęła ręczniki i ubrania, żeby wszyscy mogli się ładnie wyszykować na obiad. Uszyła małe namioty z plażowych ręczników w jaskrawe paski, z obszytymi gumką otworami na szyję, żeby mogli zdjąć mokre stroje pod osłoną. Dzięki temu nie musieli korzystać z przebieralni, które śmierdziały i trzeba było za nie płacić.
Tata wytarł sobie plecy wielkim cienkim ręcznikiem.
- Patsy naprawdę zaczyna pływać - oznajmił. - Kiedy wrócimy do Twickenham - mówiąc to, zwrócił twarz ku mamie - powinnaś zapisać ją na basen. - Po czym dodał przez ramię do Pat: - Na basenie pływa się łatwiej. Fale nie chlapią ci w twarz.
- Dobrze - zgodziła się mama. - Jeśli zechce. Oswald zaczął się uczyć pływania w jej wieku.
- Ranek upłynął ci miło i spokojnie?
- Cudownie - odparła mama, choć Patsy nie pojmowała, jak siedzenie na leżaku może być cudowne.
- Coś nowego w gazetach?
Mama cmoknęła, co znaczyło, że jakaś rzecz spotkała się z jej dezaprobatą.
- Naziści niemieccy zdelegalizowali wszystkie inne partie polityczne. Tak po prostu. Teraz istnieje tylko ich partia. Bóg jeden wie, jak to się sprawdzi podczas wyborów.
- Chyba nie planują wyborów - zauważył tata. - Wydaje mi się, że pan Hitler zamierza pozostać Führerem do końca życia.
- Coś okropnego. - Mama zmieniła ton i zwróciła się do Patsy: - Jeszcze się nie przebrałaś? Nie zdążymy na obiad, jeśli się nie pospieszysz. Nie chcemy dodawać pracy pani Bonestell!
Oswald zdjął z siebie namiot, wyłaniając się spod niego w schludnej koszuli i szortach.
- Żebyśmy tak zrobili sobie piknik na plaży!
- Nie w niedzielę - odparła karcąco mama.
- Zbudowaliśmy tę kazalnicę - wtrącił szybko tata. - Pan Price będzie mógł tu przyjść i wygłosić kazanie, a my będziemy śpiewać hymny na całe gardło. Patsy powiedziała, że mógłby nawrócić każdego poganina na plaży.
- Mam nadzieję, że tym razem zbudowaliście kazalnicę w odpowiednim miejscu - kpiła mama.
- Wnikliwie zbadaliśmy kwestię przypływu. Nie martw się, w tym roku nie będzie kazania o królu Kanucie Wielkim. Ubrałaś się już, Patsy?
Dziewczynka jakoś zaplątała się w przekrzywioną sukienkę, bo nie mogła trafić w prawy rękaw pod namiotem. Tata uniósł wielki ręcznik, a mama szybko ją ubrała.
- A teraz chodźmy na niedzielny obiad - rzekł tata. - To znaczy lunch. W drogę!
Zostało jeszcze dwanaście i pół dnia wakacji, pomyślała Patsy. Kiedy wróci do domu, będzie się uczyć pływać. Nawet jeśli Oswald będzie musiał wyjechać, to do tego czasu zostały jeszcze trzy lata, a ci Niemcy może i zachowują się dziwnie, ale przecież są daleko. Rodzice uśmiechali się do siebie, Oswald niósł wiaderko i obie łopatki, a jeśli szczęście im dopisze, na lunch dostaną łososia z puszki i pomidory.
2 Percy Bysshe Shelley, Ozymandias, tłum. Maciejka Mazan.
Ostatecznie wyszło na to samo, jak gdyby wysłano ją do szkoły z internatem, bo w roku 1939, gdy miała trzynaście lat, jej miejscową szkołę ewakuowano. Lata wojny spędziła w bezpiecznym, lecz smutnym odosobnieniu w Carlisle. Wszystkiego brakowało, aż się do tego przyzwyczaili i już nie liczyli na nic więcej. Czasy przedwojenne zaczęły się im wydawać utopijnym marzeniem. Patty uczyła się łaciny, francuskiego, dodawania w funtach, szylingach i pensach, dzielenia liczb wielocyfrowych i o A.E. Housmanie. Nauka dobrze jej szła. Miała znajomych, ale nie przyjaciół. Porównywalne wojenne ubóstwo raczej podkreślało, niż zacierało, różnice klasowe. Patty nadal była wysportowana, ale kiepska w dyscyplinach zespołowych. Miała dobre wyniki w tenisie, wioślarstwie i pływaniu, dzięki czemu zyskała nieco popularności.
Aż przyszła pora, gdy siedemnastoletni Oswald opuścił szkołę i skierował swe kroki wprost do RAF-u, gdzie wylądował w dowództwie dywizjonów bombowych. Zginął na jesieni 1943 roku podczas nalotu na Niemcy. Na święta Bożego Narodzenia tego roku Patty wróciła do Twickenham, wiecznie głodna i nienasycona, w trakcie gwałtownego, spóźnionego rośnięcia. Ujrzała matkę, która starała się być dumna z bohaterskiego syna, ale pogrążała się w rozpaczy. Ojciec wyglądał, jakby mu przybyło dziesięć lat. Patty wiedziała, że jej obecność nie pocieszy rodziców po stracie Oswalda, i nawet nie starała się tego robić. Co dzień towarzyszyła jej własna rozpacz.
Pierwszego dnia świąt wyciągnęła ojca na spacer.
- Chodź, tato, trzeba się przewietrzyć!
Ojciec prawie się nie odzywał, kiedy zrobili znaną trasę przez park, gdzie co roku zbierali kasztany, wokół kościoła i w dół wzgórza, koło zarośli, w których zawsze zbierali czarne jagody. Nieobecność Oswalda niemal ogłuszała.
- Jak sobie radzisz, staruszko? - spytał w końcu ojciec.
- A, no wiesz... - odparła. - A ty, tato?
- Tak tęsknię za tym chłopcem - rzekł. Twarz wykrzywił mu skurcz.
- A co w pracy? - rzuciła pospiesznie, zażenowana, gwałtownie starając się zmienić temat.
- Wiesz, że nie mogę opowiadać o tym, co robię podczas wojny.
Wtedy po raz ostatni widziała go żywego. Parę miesięcy później zginął w wyniku ataku V-1 - w dniu, w którym zdawała egzaminy wstępne do Oksfordu. Została przyjęta i dostała stypendium kolegium Świętej Hildy, dzięki czemu zyskała dość pieniędzy, by przeżyć bez pomocy rodziców. W drodze powrotnej do szkoły wstąpiła do matki i spędziła niewygodną noc w swoim dawnym pokoju. Było bardzo mało jedzenia, a czekała ją długa, pełna przesiadek podróż pociągiem. Matka przyjęła jej sukces bez emocji.
- Przyjmują więcej kobiet, bo tylu mężczyzn jest na wojnie - rzekła tylko.
Nie wspomniały o ojcu.
Idąc wcześniej do łóżka z termoforem, który miał jej zapewnić ciepło tej zimnej wiosennej nocy, Patty cicho otworzyła drzwi dawnego pokoju Oswalda i przekonała się, że jest całkiem pusty. Zniknęły nawet meble i dywany. Tylko jaśniejsze plamy na tapecie w miejscach, gdzie wisiały zdjęcia Oswalda, świadczyły, że w ogóle tu mieszkał. W swoim dawnym zimnym łóżku, przy lampce, która nie dawała dość światła, żeby czytać, Patty zastanawiała się, na ile Oswald odcisnął ślad w jej życiu. Złamał serca rodzicom i pomógł jej dorosnąć (jako prawie osiemnastolatka, właśnie przyjęta do Świętej Hildy, czuła się zupełnie dorosła). Pewnie rozśmieszał swoich kolegów z RAF-u. Zastanawiała się, czy miał dziewczynę. Przez ostatnie lata tak rzadko się widywali - oboje poza domem, no i ta wojna. I oczywiście, choć nie lubiła o tym myśleć, Oswald całkowicie odmienił życie tych, na których zrzucał bomby. Myślała o fabrykach, które niszczono, żeby nie produkowały bomb, zabijających ludzi takich jak jej ojciec. Myślała o samolotach uszkodzonych w wyniku ataków Oswalda, które powodowały, że naloty odbywały się później i zabijały innych ludzi - albo wcale się nie odbywały. Usiłowała nie wyobrażać sobie niemieckich domów grzebiących pod ruinami swoich mieszkańców, tak jak zbombardowane domy w Twickenham i Oksfordzie. Oswald postępował najlepiej, jak umiał, podobnie jak jej ojciec podczas dwóch wojen, a ona nie robiła nic. Była dzieckiem, ale wojna wciąż trwała, a ona tylko się uczyła, nie dawała z siebie nic, by wojna się skończyła.
Podróż pociągiem następnego dnia okazała się bardziej wyczerpująca, niż się spodziewała. Główne tory prowadzące na północ zostały zbombardowane i jeszcze ich nie naprawiono, pociąg wlókł się bocznymi trasami, najmniej ważny wśród pociągów wojskowych i nawet towarowych. W Rugby wsiadł jakiś amerykański żołnierz i usiłował z nią flirtować; nie miała pojęcia, jak odpowiadać, stała więc jak skamieniała, aż żołnierz przeprosił i rzekł, że wydawała mu się starsza. A przecież wkrótce miały nadejść jej osiemnaste urodziny. Wiedziała, że inne dziewczęta w jej wieku flirtują i żartują z mężczyznami i w ogóle czują się z nimi swobodnie.
W Lancaster - do którego podróż z Londynu powinna trwać pięć godzin, a trwała jedenaście - pociąg stanął na dobre. Patty wyszła na peron wiktoriańskiej stacji, tak jak wielu wymęczonych podróżnych.
- Na północ nic nie jedzie - oświadczył strażnik. - Chyba że chcecie pojechać okrężną Linią Kumbryjską. Właśnie odjeżdża pociąg do Barrow, kierujący się w tę stronę. Ale lepiej tu przenocujcie.
- Ten pociąg jedzie do Carlisle? - spytał ktoś.
- Tak, wzdłuż całego wybrzeża aż do Carlisle. Powoli, ale w końcu dojedzie.
Patty wsiadła do krótkiego składu, który ruszył ze szczękiem po szynach. Jechało nim pełno robotników w kombinezonach, zmierzających do stoczni Vickers w Barrow-in-Furness. Jeden z nich, siwowłosy mężczyzna o pobrużdżonej twarzy, trącił swego młodszego towarzysza, zmuszając go do ustąpienia Patty miejsca.
- Nie widzisz, że ta młoda dama ledwie żyje?
Usiadła z wdzięcznością.
- To prawda. Cały dzień jestem w drodze.
- To skąd panienka jedzie? - spytał mężczyzna.
- Z Londynu.
- O, to kawałek! Co panienkę tu sprowadza?
- Wczoraj zdawałam egzaminy w Oksfordzie i przenocowałam u mamy, która mieszka pod Londynem.
- Oksford! - Mężczyzna rzekł to z sympatycznym podziwem. - Studentka Oksfordu! To panienka ma łeb.
Patty uśmiechnęła się do niego.
- Przyjmują więcej kobiet, bo mężczyźni są na wojnie. Zastanawiałam się, czy powinnam się uczyć, czy pracować na rzecz wysiłku wojennego.
- Jeśli masz szansę, żeby zajść wyżej, powinnaś z niej skorzystać - odparł mężczyzna, a ona pomyślała, że przypomina jej ojca, choć miał całkiem odmienny sposób bycia. - Ja jestem monterem i zrobiłem dla siebie, ile mogłem. A nasz Col, który ustąpił ci miejsca, też jest monterem, ale chodzi na kursy wieczorowe i po wojnie zamierza się dalej rozwijać.
- To pański syn?
- Bratanek. - Przez chwilę milczał, a potem zmienił temat. - No, to dokąd znowu jedziesz? Do szkoły?
- Tak, wracam do szkoły. Została ewakuowana do Carlisle.
- Carlisle! Dziś tam nie dotrzesz!
Jakby na potwierdzenie tych słów pociąg zwolnił i stanął.
- Strażnik na peronie w Lancaster mówił, że ten pociąg jedzie wzdłuż wybrzeża do Carlisle - zaprotestowała Patty.
- To prawda, ale dopiero jutro. Nie wiem, czy dotrzemy do Barrow przed północą, kiedy się tam znajdziemy, pociąg stanie i ruszy do Carlisle dopiero rano. Tom, o której ten pociąg wyrusza do Carlisle?
Mężczyzna, do którego skierowane było pytanie, miał wąsiki jak królik. Wyjął z kieszeni książeczkę.
- O dziesiątej osiem - oznajmił po chwili skupienia. - A co, Stan, po co ci jechać do Carlisle?
- To nie dla mnie, tylko dla tej młodej damy. Powiedzieli jej w Lancaster, że może się dostać do Carlisle tym pociągiem, ale chyba tak nie jest, co?
Wszyscy mężczyźni spojrzeli na Patty, która zarumieniła się od ich spojrzeń.
- No, ja tam nie wiem, co jej nagadali, ale do dziesiątej osiem nie wyjedzie z Barrow. Lepiej byś zrobiła, gdybyś została w Lancaster, dziewczyno - przekonywał Tom.
- Nie martw się - pocieszył ją Stan. - Możesz przenocować u mojej Flo i u mnie. Flo przygotuje ci łóżko w try miga i skombinuje coś na kolację, bo pewnie jesteś głodna.
- Zawsze jestem głodna - wyznała szczerze. Wszyscy mężczyźni parsknęli śmiechem.
Spędziła tę noc w chacie robotnika w Barrow-in-Furness. Obudziła się wczesnym rankiem, słysząc krzyki mew. Nie zdawała sobie sprawy, że Barrow leży nad morzem. Uniosła ostrożnie czarne zaciemnienie w oknach i ujrzała szare fale w szarym blasku dnia. Dochodziła siódma rano. Szybko się ubrała. Pokój należał do chłopca - wisiał tu starannie sklejony model spitfire'a i oprawione w ramki amatorskie rysunki ptaków. Zaciekawiło ją, gdzie się podział: umarł czy walczy na wojnie? Przypomniała sobie wyraz twarzy Stana, kiedy powiedział, że Col jest jego bratankiem. Zeszła na dół. Flo już stała przy kuchni i rozpalała ogień.
- Ranny ptaszek z ciebie, Patty - powiedziała. - Masz ochotę na herbatkę?
- Jesteś bardzo uprzejma i chciałabym się napić, ale właśnie zobaczyłam przez okno, że jesteśmy nad morzem. Nie byłam nad morzem od wojny i pomyślałam, że zanim cokolwiek zrobię, wymknę się na krótki spacer.
Flo spojrzała na nią sceptycznie.
- To nie jest prawdziwe morze, tylko taka jakby zatoka. Jeśli chcesz zobaczyć prawdziwe morze z kawałkiem plaży i atrakcjami, musiałabyś pójść aż do Morecambe.
- O tej porze i tak nie ma nic do roboty. Chcę tylko popatrzeć na morze.
- No, tak czy siak, znajdziesz je na końcu ulicy - skwitowała Flo.
Patty włożyła płaszcz i wyszła. Wiał porywisty wiatr, niebo się trochę rozjaśniło. Linki pustego masztu trzepotały raz po raz - smutny, głuchy dźwięk.
Tak jak uprzedzała Flo, nie było tu prawdziwej plaży. Nabrzeże stanowiło tylko wąski nasyp z kamieni i pokruszonych muszelek tam, gdzie docierały fale. Po drugiej stronie zatoki rysował się mglisty brzeg. Trudno było znaleźć coś bardziej odmiennego od błękitnego nieba i nieprzerwanego horyzontu przedwojennego Weymouth. A jednak fale nieustannie i kojąco chlupotały, uderzając o brzeg. Przypływały i cofały się, za każdym razem nieco bliżej, zmieniając się w pianę wodną, a potem syczała woda, zasysana między głazy, i przybywała następna fala, każda inna od poprzedniej i każda taka sama. Morze zdawało się świeże jak poranek, a jednak to było to samo morze, które widywała jako dziecko, z Oswaldem i ojcem, a fale przypływały i cofały się tak, jak to robiły przez cały ten czas od ich ostatniego spotkania.
Nad jej głową mewy kołowały z wrzaskiem. Oprócz niej nad wodą nikogo nie było. Poczuła, że oddycha swobodniej. Na brzegu kręciły się inne ptaki, nie mewy, czarno-białe ptaki z ostrymi dziobami.
Przykucnęła. Było za zimno, żeby siadać na tym żwirze. Nie rzuciła kamieniem, bo nie chciała zranić ani spłoszyć ptaków. Przyglądała się im, jak brodzą w płytkiej wodzie przy brzegu. To, że mogła tu być i na nie patrzeć, odczuwała jako błogosławieństwo. Pamiętała, jak pan Price wygłaszał kazania przy kazalnicy, którą zbudowali dla niego podczas jednej z letnich niedziel - nie tej z królem Kanutem i nie tej, kiedy ojciec mówił o Adamie i Ewie, jakiejś innej zwyczajnej wakacyjnej niedzieli. "Zawsze możecie przynieść swoje troski Jezusowi. Możecie też przynieść mu swoje szczęście. Jezus zawsze jest przy was. Jezus was kocha, kocha ciebie, w rozpaczy i weselu. Bóg jest twoim ojcem, ojcem wszystkich. Kocha cię jak ojciec. Jeśli w kłopotach zwrócisz się do niego, może ci pomóc".
Ostatnio wyrosła z nieskomplikowanej pobożności wieku dziecinnego. W szkole wiele dziewcząt wyśmiewało nauczycieli, którzy na pokaz demonstrowali swoją wiarę. Niektóre posunęły się do wyśmiewania chrześcijaństwa jako takiego. A wojna trwała tak długo i tyle jej zabrała... Jednak morze nadal tu było, tak jak Bóg, cierpliwie czekający, choć ona nie zwracała na niego uwagi. Jezus tu był i ją kochał, i morze tu było, nieustannie falujące. Patty straciła ziemskiego ojca i brata, ale miała jeszcze Ojca Niebieskiego. I oczywiście oni nie umarli, odeszli do Boga. W pewnym sensie nadal miała tatę i Oswalda. Miała nadzieję, że znowu ich zobaczy. W oczach zalśniły jej łzy i spłynęły po policzkach. Była tu sama, tylko w towarzystwie morza i ptaków. Poczuła, że podarowano jej wielki prezent.
W kuchni Stana i Flo już czekało śniadanie: kiełbasa, smażony chleb i mocna herbata z mlekiem i cukrem.
- Gdybyśmy mogli, dalibyśmy ci jajko - powiedziała Flo.
- Kiełbasa to aż nadto. Wiem, że to z waszych racji.
- Na kiełbasę wychodzi mniej mięsa - wyjaśniła Flo. Stan odmówił modlitwę, byle jak, tak jak poprzedniego wieczoru. "Amen" Patsy zabrzmiało mniej automatycznie i z większym uczuciem niż poprzednio, ale nikt tego nie skomentował.
- I jak, znalazłaś to, po co poszłaś nad morze? - spytała Flo, zaczynając kroić kiełbasę.
- Nawet więcej - odparła Patty, przełknąwszy.
- Więcej? - podchwycił Stan.
Patty nie mogła się odezwać.
- Powiedziała, że nie widziała morza od początku wojny - rzekła Flo.
- No, pewnie można za tym tęsknić - zgodził się Stan.
- Co to za ptaki, te czarno-białe, ze spiczastymi dziobami, co chodzą nad brzegiem morza? - spytała Patty.
- Pewnie ostrygojady - odrzekł Stan po chwili namysłu. - A co, lubisz ptaki?
- Niewiele o nich wiem.
Mężczyzna wstał i podszedł do półek nad wielkim radiem w kącie kuchni. Wyjął stamtąd dużą zieloną książkę i przerzuciwszy stronice, pokazał Patsy rycinę ptaka takiego jak te na plaży.
- Coś takiego?
- Tak, właśnie tak! - zawołała z zachwytem.
- Nasz Martin bardzo lubił obserwować ptaki. To miłe hobby dla chłopca. Niekosztowne.
- Tu pewnie łatwo je obserwować - zauważyła. - I mój brat pewnie by to lubił, choć Twickenham nie jest aż tak dobrym miejscem.
- Zdziwiłabyś się, ile ptaków jest na przedmieściach - odparł Stan.
- Spałaś właśnie w pokoju Martina - odezwała się Flo. - Zamknęli go w japońskim obozie jenieckim. Wiadomości od niego nie przychodzą tak często, jak byśmy chcieli.
- Przynajmniej żyje - wykrztusiła Patty. - A mój brat...
- Nie ma potrzeby się denerwować - przerwała Flo i położyła jej rękę na ramieniu.
- Nie ma powodu, żeby obserwowanie ptaków nie mogło być dobrym hobby także dla dziewczyny - powiedział Stan. - Zdaje się, że mamy tu książkę dla początkujących. Nasz Martin dawno już z niej wyrósł. - Wyjął kolejny, znacznie cieńszy tomik. - Weź to. Zawsze to jakiś początek.
- Już i tak jesteście dla mnie tacy dobrzy... - zaprotestowała Patty.
- Teraz muszę iść do pracy, ale trafisz na dworzec, prawda? - spytał Stan, kończąc śniadanie.
- Tak. I nie potrafię dość wam podziękować za gościnę i nocleg, za książkę i... i... za to, że przywróciliście mi wiarę w człowieka.
- Myśl o nas, kiedy będziesz studiować na Oksfordzie - rzekł Stan. - A my będziemy myśleć o tobie. A kiedy Martin wróci, powiemy mu, że kiedy był daleko, w jego łóżku spała dziewczyna!