Podstęp na wojnie - Jon Latimer

Reflow text when sidebars are open.
Panowie marszałkowie: Murat, Cannes i Belliard, dosiadają koni i jadą na most. (Proszę zauważyć: wszyscy trzej Gaskończycy). "Panowie - powiada jeden z nich - wiecie, że most Taborski jest podminowany i kontrminowany i że mamy przed sobą groźne t?te de pont i piętnaście tysięcy wojska, które ma rozkaz wysadzić most i nas nie przepuścić. Ale nasz cesarz Napoleon będzie rad, jeśli zdobędziemy ten most. Jedźmy we trzech i weźmy ten most". "Jedźmy" - powiadają inni...
(...) Panowie ci przyjeżdżają na most sami i podnoszą białe chusteczki; zapewniają, że jest rozejm i że oni, marszałkowie, przybywają, by rokować z księciem Auerspergiem. Dyżurny oficer wpuszcza ich na t?te de pont. Opowiadają mu moc gaskońskich bzdur: powiadają, że wojna jest zakończona, że cesarz Franciszek wyznaczył spotkanie Bonapartemu, że pragną widzieć się z księciem Auerspergiem itd. Oficer posyła po Auersperga; panowie ci ściskają oficerów, żartują, siadają na działach, a tymczasem batalion Francuzów, niezauważony, wchodzi na most, wrzuca do wody worki z materiałami palnymi i zbliża się do t?te de pont. Wreszcie zjawia się sam generał-porucznik, nasz drogi książę Auersperg von Mautern. "Drogi nieprzyjacielu! Kwiecie austriackiego rycerstwa, bohaterze wojen tureckich! Koniec nienawiściom, możemy podać sobie ręce... Cesarz Napoleon płonie żądzą poznania księcia Auersperga". Słowem, panowie ci - nie na próżno Gaskończycy - tak zarzucili Auersperga pięknymi słówkami, że on, olśniony szybkim spoufaleniem się z marszałkami Francji, oślepiony widokiem płaszcza i strusich piór Murata, widzi tylko ich ogień, a zapomina o własnym, o tym, który powinien był otworzyć na nieprzyjaciela. Batalion francuski wpada na t?te de pont, zagważdża działa i most zostaje zdobyty. Ale najlepsze jest to, że sierżant odkomenderowany do armaty, która miała dać sygnał podpalenia min i wysadzenia mostu, że ów sierżant, ujrzawszy, iż wojska francuskie wbiegają na most, chciał już strzelać, lecz Cannes odsunął mu rękę. Sierżant, który najwidoczniej był mądrzejszy od swojego generała, zbliża się do Auersperga i powiada: "Książę, pana oszukano, oto Francuzi!" Murat widzi, że przegra sprawę, jeśli da sierżantowi się wygadać. Zwraca się więc do Auersperga z udanym zdziwieniem (prawdziwy Gaskończyk): "Nie poznaję tak sławionej w całym świecie dyscypliny austriackiej - powiada. - Pozwalasz, książę, żołnierzowi tak do siebie mówić!" To genialne. Książę Auersperg obraża się i skazuje sierżanta na areszt. Przyznaj pan, że ta cała historia z mostem jest wspaniała!"
Lew Tołstoj Wojna i pokój
przeł. Andrzej Stawar
Partout la violence produit la ruse.
Bernardin de Saint-Pierre[1]
"Zasadą prowadzenia wojny jest zaskoczenie... W pierwszej kolejności powinien mu ulec umysł wrogiego dowódcy, nie jego wojsko. Celem podstępu powinno być sparaliżowanie woli dowódcy"1. Zaskoczenie wielokrotnie pomnaża siły wroga i sprawia, że przeciwnik wydaje się silniejszy niż w rzeczywistości. Efekt zaskoczenia można osiągnąć na wiele sposobów: poprzez zaprzestanie przygotowań, które - zdaniem wroga - powinny być prowadzone; przez atak w chwili, kiedy wróg się go nie spodziewa; przez użycie drogi, którą wróg uważa za nieprzejezdną lub niedostępną (jak w przypadku niemieckiej ofensywy w Ardenach w maju 1940 roku). Można też zastosować śmiałą, innowacyjną taktykę lub posłużyć się potężną nową bronią (na przykład w roku 1941 radziecki czołg T-34 był dla Niemców wielkim zaskoczeniem). Jednak spośród wielu czynników, składających się na efekt zaskoczenia, z pewnością najważniejszy jest podstęp2.
Można by się spierać, że jeszcze większą rolę odgrywają środki bezpieczeństwa, ale w bitwie nie wystarcza, by dowódca unikał błędów; powinien zmusić wroga do ich popełniania3. Podstęp wojenny to działanie zmierzające właśnie do tego celu (wymagające zresztą również zastosowania, między innymi, środków bezpieczeństwa, i zawierające elementy bierne, takie jak kamuflaż). Ponieważ zaś ruse de guerre[2] towarzyszy wojnie od zarania dziejów, głupi byłby dowódca, który by go lekceważył. Najwięksi wodzowie na przestrzeni wieków byli mistrzami fortelu, a dla wielu stał się przyczyną klęski.
Do podstępu uciekamy się wszyscy - aby zdobyć przewagę lub z innych, mniej egoistycznych pobudek. Chociaż dorośli karcą dzieci za kłamstwo, sami kłamią niemal bez przerwy, a szczególnie często okłamują właśnie swoje dzieci. Podstęp jest tak nieodłączną częścią naszego życia, że często trudno go rozpoznać. Badania wykazują, że społeczeństwo nie ufa politykom, których uważa za kłamców, ale każdy z nas zdaje sobie sprawę, że "pewna oszczędność w przedstawieniu stanu faktycznego" jest koniecznym wymogiem tej profesji. Gdyby politycy zawsze mówili dokładnie to, co myślą, ich kariera trwałaby niezmiernie krótko.
Obserwując historyczny rozwój podstępów wojennych, dostrzeżemy te same tematy i techniki powtarzające się bez przerwy, tyle że w nowy, czasem bardziej subtelny sposób. Ta książka nie ma być jednak historią podstępu - to wymagałoby od autora pracy całego życia - lecz po prostu przeglądem jego różnych przejawów. Aby odnieść sukces, oszukujący musi znać i rozumieć sposób myślenia wrogiego dowódcy.
Brak rozwagi, przesadna zuchwałość, ślepa porywczość czy głupia ambicja bywają z reguły wykorzystane przez wroga i bardzo niebezpieczne dla sojuszników, gdyż generał z takimi wadami charakteru z pewnością padnie ofiarą wszelkiego typu podstępów, zasadzek i sztuczek wojennych4.
Ważne miejsce zajmuje zdanie sobie sprawy z oszustwa. Nasza spostrzegawczość rozwija się w trakcie procesu uczenia się, ale bywa przytłaczana bagażem społecznym i kulturalnym, powiązanym z różnymi uprzedzeniami. Bardzo często postrzegamy nasze doświadczenia życiowe przez pryzmat szablonów myślowych i mamy skłonność, by pomijać lub odrzucać wszystko, co do nich nie pasuje.
W większości społeczeństw ludzi starszych uważano za skarbnicę mądrości zbiorowej. Podejście takie umacnia konserwatywny sposób myślenia - szczególnie w wojsku, co wyraźnie podkreśla Norman Dixon w swojej książce On the Psychology of Military Incompetence (O psychologii braku militarnej niekompetencji). W sytuacji stresu konserwatyzm się nasila. Nienawidzimy bałaganu i zamieszania, zatem ze wszystkich sił staramy się, rozumując, zaprowadzić racjonalny porządek w zdarzeniach; nawet jeśli informacje są ograniczone albo sprzeczne, nadal chcemy wyciągać z nich wnioski. A ponieważ nasz umysł jest w stanie uporać się tylko z określoną porcją informacji, musimy ten potok otrzymywanych wiadomości filtrować, ustalać priorytety. Można powiedzieć, że każdy podstęp wojenny powinien się opierać nie tylko na tym, w co wróg wierzy, ale także na tym, czego oczekuje5.
Informacja to najcenniejsza broń w każdej walce: by skutecznie przeprowadzić jakąkolwiek operację wojenną, konieczna jest ogromna i coraz większa ilość informacji; aby ją zgromadzić i opracować, używa się mnóstwa środków. Konsekwentnie i umiejętnie przekazana fałszywa informacja ma często wielki wpływ na sposób myślenia wroga i, w efekcie, na przebieg operacji wojennych. Organizacje wojskowe ograniczane są przez doktrynalne i fizyczne szablony, a także stereotypowe myślenie ich członków, co pozwala wrogom na obmyślanie kolejnych podstępów. Informacja, której wróg potrzebuje, żeby podejmować decyzje, może być zmanipulowana - pod warunkiem że manipulujący zna schematy, jakimi posługuje się przeciwnik. A jeśli mamy opinię przebiegłego i podstępnego, z pewnością zwiększy to niepokój przeciwnika i pozbawi go pewności siebie6.
Wojna stwarza człowiekowi ekstremalne warunki. Nie jest to "dżentelmeńskie" zajęcie, lecz często kwestia życia lub śmierci, wymagająca bezwzględnych posunięć. Z reguły w okresach słabości dowódcy myślą przede wszystkim o podstępie jako o środku wyrównywania szans. System marksistowsko-leninowski, ze swoją wiarą w nieuniknioną i dającą się przewidzieć konieczność zmian dialektycznych, zakładał, że wszystko, co się do tych zmian przyczynia, jest pożądane, jeśli nie nieodzowne - i że w związku z tym podstęp stanowi usprawiedliwione rozwiązanie zarówno w czasie pokoju, jak i w czasie wojny (czego Rosjanie dowiedli w latach 1941-1945). Z kolei na Zachodzie podstęp często uważa się za niemoralny; wiele autorytetów twierdzi, że Amerykanie uciekają się do niego z wielkimi oporami i dlatego nie są w nim najlepsi7. Jednak wielu Amerykanów w okresie wojny secesyjnej wykazało, że mają żyłkę do oszukiwania - a tego samego dowiedli już 80 lat wcześniej w okresie rewolucji amerykańskiej.
To prawda, że przez długi czas podstęp pozostawał w sprzeczności z amerykańskim pojęciem honoru wojskowego. W XX wieku wielu Amerykanów nie akceptowało podstępu jako elementu współczesnej taktyki wojennej, co sprawiło, że w czasie II wojny światowej dowództwo amerykańskie z rzadka uciekało się do podstępów wojennych8. Pułkownik William A. Harris, wybitny znawca tematyki forteli wojennych w Europie, uwierzył w wartość operacji "Fortitude South" (pozorowanych działań maskujących plan desantu w Normandii w 1944 roku) dopiero po jego sukcesie9. Prawdopodobnie Amerykanie czuli się wystarczająco silni, by zwyciężyć w wojnie bez stosowania forteli. Wcześniej, po japońskim ataku na Pearl Harbor, flota amerykańska bardzo często stosowała taktykę podstępu. Podstęp może się okazać naprawdę zbawienny: gdyby nie plan "Bodyguard" (całość operacji, której częścią był plan "Fortitude"), pokonanie Trzeciej Rzeszy niewątpliwie trwałoby dłużej i pochłonęło więcej ofiar.
Brytyjczycy, choć cieszą się opinią narodu grającego fair, a więc czysto i uczciwie, zawsze wykazywali niezwykły talent do oszukiwania wroga, a pod koniec II wojny światowej osiągnęli niezrównane mistrzostwo w sztuce podstępu wojennego (o czym potem w dużej mierze zapomniano). Z kolei najbardziej skuteczna machina wojenna minionego stulecia - myślę o armii niemieckiej - nieczęsto uciekała się do podstępu, chyba że w postaci intryg Hitlera. Dowódcy niemieccy zawsze doceniali wagę zaskoczenia i stale stosowali je w walce; najchętniej używaną przez nich metodą była ta, którą Fryderyk Wielki określił jako "szybkość i brutalność".
W tej książce postanowiłem opisać metody systematycznego posługiwania się kłamstwem w jednym konkretnym celu: dla osiągnięcia korzyści wojennych. W sferze tej działają ogromnie twórcze umysły, które starają się splatać subtelne wątki dezinformacji w spójną całość w nieprzyjaznych i zmiennych warunkach. To trudny proces, nacechowany wysokim stopniem ryzyka, a zarazem możliwości odniesienia ogromnych korzyści. Największą skuteczność w dziedzinie podstępu osiągają ludzie, którzy myślą w sposób niekonwencjonalny - czyli ci, których zwykle niezbyt się ceni w wojsku w okresie pokoju. Zastosowanie podstępu jest - bardziej niż inne dziedziny wojskowych przedsięwzięć - raczej sztuką niż nauką, chociaż to właśnie nauka dostarcza coraz więcej środków technicznych, dzięki którym podstępy są możliwe. Wielu wybitnych praktyków podstępu miało wcześniej doświadczenie w którejś ze sztuk wizualnych lub w teatrze. Trzeba jednak pamiętać, że największe sukcesy w sztuce oszustwa są wynikiem cierpliwości, wypróbowanych technik i stałych zasad. Dzieje podstępu militarnego będziemy rozpatrywać w świetle przykładów z historii, skupiając się zwłaszcza na XX wieku, kiedy to rozwój techniczny zmienił metody - jeśli nie zasady - oszukiwania przeciwnika; w ten sposób sprawy zdecydowanie się skomplikowały. Niektórzy mogliby powiedzieć, że nowoczesne wynalazki czynią stosowanie podstępu trudniejszym. To nieprawda. Na przestrzeni dziejów ludzie, którzy uciekali się do podstępu, zawsze wykorzystywali najnowsze wynalazki techniczne. Współczesna rewolucja informacyjna pociąga konsekwencje równe tym, jakie wywołała rewolucja przemysłowa, i prawdopodobnie będą jej towarzyszyły równie wielkie zmiany specyfiki konfliktów zbrojnych. Podstęp wojenny z pewnością będzie w użyciu tak długo, jak długo na świecie będą się toczyły wojny.
No... i oczywiście jest coś szelmowsko zabawnego w okpiwaniu przeciwnika. Zapraszam do lektury książki, która opowiada wyłącznie o kłamstwach, oszustwach, łgarstwach, fortelach i sztuczkach.
Idźże dalej i śpiewaj o koniu drewnianym, którego zbudował Epejos z pomocą Ateny. I jak go na zamek podstępnie wprowadził boski Odys, napełniwszy mężami, co potem Ilion zburzyli.
Homer Odyseja, pieśń 8przeł. Jan Parandowski
PODSTĘP W DZIAŁANIACH WOJENNYCH W STAROŻYTNOŚCI I ŚREDNIOWIECZU
Podstęp na polu bitwy jest tak stary, jak sama wojna. Jednym z najsłynniejszych starożytnych przykładów podstępu jest historia z 1294 roku p.n.e., kiedy to faraon Ramzes II poprowadził swoją armię na twierdzę Hetytów, Kadesz. Dwaj "dezerterzy" hetyccy, którzy zaoferowali mu pomoc, okazali się oszustami. Zasadzka, w którą go wciągnęli, zakończyła kampanię Ramzesa.
Mniej więcej 400 lat później i w miejscu niezbyt oddalonym od Kadesz starożytni Izraelici zostali zaatakowani przez Madianitów (arabskie plemię nomadów, którzy przepędzali swoje stada na niziny uprawiane przez lud Izraela). Gedeonowi, synowi Joasza, udało się przegnać nieprzyjaciół. Już od siedmiu lat Izraelici na widok zbliżających się Madianitów kryli się na wzgórzach, tak że Gedeonowi z trudem udało się zgromadzić do walki 300 mężczyzn. Musiał zatem przebiegłością zastąpić militarną potęgę. Przede wszystkim zaczął rozpuszczać opowieści o znakach i wróżbach, zwiastujących nadejście nowego wielkiego przywódcy Izraela, i postarał się, żeby dotarły do obozu Madianitów. Następnie każdego mężczyznę zaopatrzył w róg, dzban i pochodnię. Pochodnie zapalono i ukryto starannie w dzbanach. Rozdzieleni na trzy grupy, z rogami w rękach, wojownicy w liczbie 300 zajęli pozycje wokoło obozu wroga. Około północy, kiedy Madianici zmieniali warty, ludzie Gedeona wydali potężny okrzyk: "Za Pana i za Gedeona!" - któremu towarzyszyło ogłuszające dęcie w rogi i wymachiwanie setkami pochodni. Madianici, przekonani, że atakuje ich bardzo liczna armia, w panice rzucili się w bród przez rzekę Jordan, ścigani przez lud Izraela, który teraz, kiedy wrogowie uciekali, powstał przeciwko nim. Gedeon nieustępliwie ścigał nieprzyjaciół, by zapewnić sobie pełen sukces. Powiedzenie "dzień Madianitów" określa całkowite, pełne zwycięstwo1.
Nazwisko Sun Tzu wpisało się na zawsze w historię wojennego fortelu. Jego Sztuka wojenna była przez ponad 2000 lat kluczowym źródłem informacji dla chińskich strategów i przywódców wojskowych, chociaż dobrego przekładu na język angielski doczekała się dopiero na początku XX wieku. Wyczyny generała Ch'i, Sun Pina, z 341 roku p.n.e. dostarczają interesujących przykładów zastosowania teorii Sun Tzu w bitwie. Przed inwazją na teren Wei generał Sun Pin oceniał sytuację w towarzystwie doradcy, który powiedział: "Żołnierze Wei są dzicy i dumni, pogardzają ludźmi Ch'i jako tchórzami. Zdolny strateg zrobiłby z tego użytek i zwabił ich obietnicą łatwej przewagi... Zapalmy jutro sto tysięcy ognisk, kiedy nasza armia wkroczy na terytorium Wei, pięćdziesiąt tysięcy pojutrze i tylko trzydzieści tysięcy następnego dnia..." W ten sposób Sun Pin dał do zrozumienia generałowi Wei, P'ang Chanowi, że armia Ch'i masowo dezerteruje - co powinno zachęcić wroga do szybkiego ataku. P'ang Chan dał się oszukać i poprowadził swoje wojsko przez wąski wąwóz, w którym Sun Pin już przedtem urządził zasadzkę. Kiedy P'ang Chan przybył na miejsce zasadzki, zażądał pochodni, by odczytać pozostawiony przez Sun Pina znak. Napis brzmiał: "P'ang Chan umrze pod tym drzewem", a zapalenie pochodni okazało się sygnałem dla łuczników Sun Pina2.
Ponieważ wojna jest sprawą poważną, czasami usprawiedliwia stosowanie podstępu wobec własnego wojska, a nawet wymaga takich posunięć. Wódz kartagiński, Hannibal Barkas, prawdopodobnie największy zwolennik fortelu w epoce klasycznej, podczas marszu z terenów obecnej Hiszpanii do Italii uciekł się do oszustwa wobec własnych słoni. Jego armia musiała sforsować Ren, lecz słonie, stanowiące wojenną siłę pociągową, nie chciały wejść do wody. Żołnierze Hannibala zbudowali zatem system tratw; dwie były ze sobą mocno związane i przycumowane do brzegu, a pozostałe, dołączone do nich, tworzyły jakby ponton, wysunięty na odległość około 60 metrów ku drugiemu brzegowi. Następnie do końca tego pomostu przymocowano jeszcze dwie tratwy z linami holowniczymi, łączącymi je ze statkami na rzece, lecz związane z pomostem sznurami, które z łatwością można było przeciąć. Następnie cały pomost pokryto ziemią. Kiedy słonie znalazły się już na ostatnich tratwach, najbliższych statkom, odcięto powrozy. Chociaż kilka słoni w panice wpadło do rzeki, nawet i te dopłynęły do brzegu - i w ten sposób cała operacja znakomicie się udała3.
Naturalnie o wiele częściej zdarza się, że podstęp jest konieczny ze względu na opór ze strony wroga. W czasie powstania Wercyngetoryksa w Galii w 52 roku p.n.e. Juliusz Cezar, prowadząc legiony do kraju Arwernów, w kierunku ich głównego miasta, Gergowii, szedł z biegiem Allier, która wpada do Loary w pobliżu Nevers. Wercyngetoryks zniszczył wszystkie mosty na rzece i zgromadził całą swoją armię na przeciwległym brzegu, nieustannie obserwując ruchy wojsk Cezara. We wszystkich punktach, w których Rzymianie mogliby przerzucić most, ustawił patrole. Wydawało się, że wojsko Cezara będzie zmuszone czekać aż do lata czy jesieni, by przejść rzekę w bród. Cezar rozbił na noc obóz w lesie w pobliżu jednego z częściowo zniszczonych mostów. Następnego ranka rozkazał dwóm legionom pozostać w ukryciu; kolejne cztery legiony podzielił tak, żeby wróg odniósł wrażenie, że wszystkich sześć legionów wycofuje się, i polecił im odejść wraz z całym ekwipunkiem. Po pewnym czasie ludzie Cezara wyszli z ukrycia i błyskawicznie odbudowali most, korzystając z nieuszkodzonej palisady. Dwa legiony utworzyły przyczółek mostowy na odległym brzegu, a Cezar ściągnął z powrotem pozostałe oddziały. Wercyngetoryks, zaskoczony, musiał się wycofać do Gergowii4.
Podstęp był tak częstym elementem wojowania w czasach starożytnych, że Julian Sekstus Frontyn, który w I wieku n.e. napisał dwutomowe dzieło o sztuce wojennej (pierwszy tom niestety zaginął), cały drugi tom, zatytułowany Strategemata (Fortele), poświęcił wyłącznie temu tematowi. W czterech księgach opisał wszelkiego rodzaju chwyty i sztuczki, które stosowano w starożytności. Oficjalnie jednak Rzymianie odnosili się z pogardą do tego rodzaju praktyk.
We wczesnym średniowieczu zachodnie rycerstwo niechętnie patrzyło na fortele, które zresztą miały wtedy bardzo ograniczone zastosowanie, jako że większość bitew staczano w bezpośrednim starciu. Jednak w krajach leżących dalej na wschód przez całe stulecia po upadku Rzymu studiowano sztukę wojny i forteli wojennych. Bizantyjczycy, pozbawieni rycerskiego sentymentalizmu, byli dumni ze swojej umiejętności stosowania podstępów. Wśród najwybitniejszych wodzów tego okresu wymienia się Belizariusza, który wytrwale i lojalnie służył niewdzięcznemu panu, cesarzowi Justynianowi. Skąpy władca często powierzał Belizariuszowi bardzo trudne misje, nigdy jednak nie zapewnił mu środków do ich przeprowadzenia. Podstęp bywa ostatnią deską ratunku dla dowódców, kiedy znajdą się na słabszej pozycji - i Belizariusz równie często, jak do otwartej walki, uciekał się do stosowania fortelu, by przechytrzyć wroga6.
Inni bizantyjscy przywódcy również uważali podstęp za jedną ze zwykłych strategii militarnych. Rozumieli bezsens przelewania krwi i tracenia bogactw w dążeniu do celu, który można osiągnąć zręcznością: w ten sposób nauczyli się sztuki podstępów, forteli czy symulowanych odwrotów. Cesarz Leon VI, autor dzieła Taktyka, bynajmniej nie wstydził się stosowania pewnych pomysłowych podstępów, a szczególnie zalecał pewną sztuczkę, po którą zresztą sięgano aż po wiek XX - mianowicie preparowanie listów do oficerów wrogiego obozu, sugerujących, że zdradzili, a następnie dopilnowanie, by wpadły w "niepowołane" ręce. Opisał też, że w walce z Frankami i Longobardami nic nie działało lepiej niż pozorowana ucieczka armii, którą nieprzyjaciele zazwyczaj zaczynali gonić7.
Możliwe, że Normanowie właśnie dzięki Bizantyjczykom opanowali sztukę pozorowanego odwrotu. W roku 1016 normańscy poszukiwacze przygód po raz pierwszy zajęli Sycylię i ustanowili stałą bazę w Aversie. W wojsku bizantyjskim, które opanowało wschodnią część Sycylii w 1038 roku, służyło wielu Normanów, którzy zaciągali się do różnych armii, a później rozprzestrzenili się po terenie całych południowych Włoch. W roku 1060 Robert Giscard (którego imię w normańskim, starofrancuskim języku oznacza "chytry") poprowadził najazd Normanów na Sycylię jako dalszy ciąg kampanii przeciwko Bizancjum. Niedługo potem książę Wilhelm z Normandii zaatakował Anglię, pragnąc zdobyć jej tron. Anglicy pod wodzą króla Harolda zajmowali dobrą pozycję wzdłuż szczytu wzgórza w pobliżu Hastings. Normańskim łucznikom nie udało się przerwać linii Anglików, wstępne ataki ciężkiej kawalerii i piechoty również zostały odparte. Według słów Wilhelma z Poitiers Normanowie, "pojąwszy, iż nie zdołają pokonać tak liczebnej armii wroga bez wielkich własnych strat (...), wycofali się, umyślnie udając ucieczkę". Kawaleria bretońska na lewym skrzydle armii Normanów zaczęła się załamywać jako pierwsza, a za nią poszły kolejne oddziały, których wojownicy uznali, że książę Wilhelm zginął; on jednak szybko przejechał wzdłuż linii wojsk i zebrał je, by rzucić przeciw siłom Anglików, które ścigały uciekających Bretończyków. Gdy rozbił je w puch, ponowił atak na główną pozycję angielską. Autorzy współczesnych opracowań wciąż omawiają to posunięcie, polegające na wywabianiu z pozycji kolejnych grup Anglików, którzy, ścigając "uciekającego" wroga, stawali się łatwym celem. Chociaż podobną taktykę stosowali już Normanowie w bitwach pod Arques w roku 1053 i pod Messyną w 1060 roku, uczeni długo debatowali nad prawdziwością relacji spod Hastings8.
Hans Delbrück upierał się, że pozorowana ucieczka nie mieściła się w możliwościach kawalerii średniowiecznej9. Z kolei sir Charles Oman nie miał wątpliwości, że "na Wilhelma nagle spłynęło natchnienie (...), wszak Guy z Amiens, niewątpliwie jego współczesny, opisuje to wyraźnie"10. Wydarzenia podczas bitwy pod Hastings toczyły się zapewne zbyt bezładnie i chaotycznie, Wilhelm mógł rzeczywiście kontrolować pozorowaną ucieczkę wojska; bardziej prawdopodobne, że wycofujące się oddziały odciągnęły grupy obrońców z zajmowanych pozycji, powodując serię odwrotów i przeciwnatarć. Jakakolwiek jest prawda, bitwa pod Hastings stała się przykładem mistrzowskiego zastosowania podstępu wojennego.
Pozorny odwrót niewątpliwie musiał być wtedy manewrem bardzo trudnym do przeprowadzenia, gdyż stwarzał wielkie ryzyko dla armii. Niemniej Saracenowie w walce z krzyżowcami często próbowali udawać, że uciekają, czasami bardzo daleko, by wyciągnąć lepiej uzbrojonego wroga na niekorzystną dla niego pozycję. Pozorowanie ucieczki było też ulubioną taktyką Mongołów. Oddziały lekkiej kawalerii, tak zwane wojska samobójcze (mangudai), istniały tylko w tym celu (nazwa nie tyle opisywała ich działania, ile podkreślała odwagę żołnierzy). Mangudai samotnie napadali na wroga, przełamywali szeregi i uciekali. W dogodnym terenie potrafili w ten sposób zniszczyć połowę armii. Jeżeli wróg wszczynał pościg, groziło mu zasypanie deszczem strzał; gdy kołczany się opróżniły, zaczynał się atak ciężkiej kawalerii, który w bitwach mongolskich zawsze stanowił końcową fazę walki. Mongołowie zbliżali się kłusem, w ciszy, a w ostatniej chwili padał rozkaz do galopu. O miażdżącej potędze tej taktyki przekonali się najlepiej wojowie ruscy w bitwie nad rzeką Kałką w roku 122311.
Mongołowie uciekali się do rozmaitych działań, by osiągnąć przewagę, a wiele pomysłów zawdzięczali inspiracji młodych dowódców. Skoro tylko wielka rada wojenna (zwana kurułtajem) uzgodniła plan kampanii, rozpuszczano pogłoski o tym, jak olbrzymia jest mongolska armia. Ten prosty, a niezmiernie skuteczny podstęp zawsze się sprawdzał, gdyż powszechnie wierzono w niezwykłą szybkość i umiejętność manewrowania mongolskich oddziałów. Mongołowie udowodnili swoją przewagę podczas najazdów na krainę Chorezm w Azji Środkowej, kiedy to armia, licząca ponad 200 000 wojowników, podzielonych na cztery części wzdłuż 350 kilometrów frontu, walczyła z nieznaną wcześniej szybkością, którą zdołał powtórzyć dopiero Napoleon. Mongołowie potrafili wzbudzić strach w wojsku wroga, pojawiając się w dużej sile równocześnie w kilku miejscach. Każdy z Mongołów, ruszając na wojnę, zabierał ze sobą wiele koni (prawdopodobnie przed atakiem na siodła dodatkowych wierzchowców wsadzano manekiny), co pozwalało dodatkowo zwiększyć wrażenie ogromu armii12.
Mongołowie lubili walczyć zimą, gdyż wtedy mogli bez trudu przeprawiać się przez zamarznięte moczary i rzeki. By sprawdzić, czy lód jest dostatecznie gruby, spędzali na zamarznięte wody miejscową ludność. W końcu 1241 roku na Węgrzech Mongołowie pozostawili bez opieki trzody bydła na lewym brzegu Dunaju, aby mogli je widzieć głodujący uchodźcy, których wcześniej przewieźli na drugi brzeg. Gdy Węgrzy zaczęli się przeprawiać przez rzekę, by odzyskać swoje bydło, Mongołowie błyskawicznie podążyli za nimi.
Innym częstym posunięciem Mongołów było stosowanie zasłony dymnej (którą wykorzystywali już Grecy w czasach wojen peloponeskich w latach 431-404 p.n.e.). Wysyłane naprzód małe oddziały podpalały step albo wystrzeliwały pojemniki z płonącą smołą z prowizorycznych wyrzutni. W bitwie pod Legnicą w roku 1241 Mongołowie podpalali strzechy domostw. Zdarzało się też, że puszczali z dymem opustoszałe osady w celu zmylenia wroga i ukrycia prawdziwych zamiarów i ruchów wojsk13.
Już w połowie XIII wieku państwa krzyżowców na Bliskim Wschodzie znalazły się w kleszczach między mongolskimi najeźdźcami Persji a Imperium Mameluków w Egipcie. Gdy fala Mongołów wycofała się z Syrii, sułtan mamelucki, Bajbars, zdobył w 1271 roku wielką syryjską fortecę krzyżowców Crac des Chevaliers, obsadzoną przez zakon szpitalników joannitów. Zanim rozpowszechniło się użycie prochu, tak potężnie umocniony zamek można było zdobyć albo doprowadzając oblężonych do śmierci głodowej, albo uciekając się do podstępu. Bajbars rozpoczął oblężenie między 18 a 21 lutego i zdołał wziąć szturmem przednie straże i barbakan. Ale główna wieża, tak zwany donżon, była praktycznie nie do zdobycia i Bajbars zorientował się, że opanuje ją albo za cenę wielkich strat w ludziach, albo dopiero po długim oblężeniu. Kazał więc spreparować fałszywy list, w którym dowódca rozkazywał garnizonowi donżonu poddanie się. Czy joannici dali się oszukać, czy po prostu uznali, że ich sytuacja jest bez wyjścia - podporządkowali się rozkazowi, choć wcześniej udawało im się przetrzymać oblężenia14.
Garnizon joannitów wycofał się do Trypolisu, dokąd niebawem przybył angielski książę Edward. Ostatni wielki krzyżowiec niewiele już dokonał przed powrotem do Anglii, gdzie wkrótce pod imieniem Edwarda I stał się jednym z najwybitniejszych królów rycerzy. Podbił Walię i zbudował wiele wspaniałych zamków, by wzmocnić kontrolę nad państwem. Podczas buntu Owaina Glyn D?r w roku 1401 król Henryk IV polecił Henry'emu Percy'emu, znanemu jako Gorączka, by przywrócił ład. W marcu Gorączka ogłosił amnestię, obejmującą wszystkich rebeliantów z wyjątkiem Owaina i jego kuzynów, Rhysa i Gwilyma, synów Tudura ap Gronw z Penmynydd (przodka króla Henryka VII). Większość mieszkańców Walii odczuła wielką ulgę i zgodziła się na płacenie zwyczajowych podatków15. Tudurowie potrzebowali argumentu przetargowego w negocjacjach z władcą. W związku z tym postanowili zająć wielki zamek Edwarda w Conwy.
Choć garnizon liczył zaledwie 15 zbrojnych i 60 łuczników, John de Massy z Podyngton (obecnie Puddington w Cheshire) wiedział, jak zapewnić obronność zamku, i dbał, by nie brakowało w nim zapasów, które łatwo było uzupełniać drogą morską; zaś Tudurowie mieli tylko 40 ludzi. W tej sytuacji pomóc mógł jedynie fortel. W Wielki Piątek, który tego roku wypadał 1 kwietnia - w prima aprilis! - de Massy i wszyscy jego ludzie z wyjątkiem pięciu uczestniczyli w żałobnej mszy wielkopiątkowej, zwanej tenebrae[3], w małym kościółku w miasteczku. Wtedy pod bramą zamku nagle pojawił się cieśla, który, jak czytamy w Kronice Adama z Usk, "udawał, że przyszedł wykonać zamówioną robotę". Kiedy już się znalazł w środku, rzekomy "cieśla" zaatakował dwóch strażników i otworzył bramę, co pozwoliło Gwilymowi i większości jego bandy wpaść do środka. Reszta pozostała na zewnątrz, czekając na każdego, kto próbowałby przejąć zamek. Gorączka, który przybył z Denbigh ze 120 zbrojnymi i 300 łucznikami, wiedział, że musiałby dysponować o wiele większymi siłami, by się wedrzeć do twierdzy. Zmuszony do pertraktacji, ułaskawił Owaina i Tudurów16.
Armie średniowieczne, tworzone ad hoc, formowano na okres wrogich działań. Kierowali nimi dowódcy, którzy mieli zobowiązania wobec feudałów; z reguły uważali się wzajemnie za równych, niezależnie od tego, czy prowadzili ze sobą 50, czy 5000 ludzi. W wojskach brakowało dyscypliny, a musztra praktycznie nie istniała. Ten stan rzeczy trwał aż do końca XV wieku, kiedy to po wywalczeniu niepodległości Szwajcarzy zaczęli się najmować do różnych wojsk jako zaciężni. Położyło to kres średniowiecznemu sposobowi prowadzenia wojen, opartemu na zobowiązaniach feudalnych, gdyż w armiach europejskich stopniowo zaczęły dominować wojska zaciężne. Sztuka wojenna nigdy nie osiągnęła ideałów rycerskości, ale żołnierze nowego typu, którzy stawali się zawodowcami, mieli już pełną świadomość możliwości, jaką niósł ze sobą podstęp, a przy tym nie brakowało im chęci, by się nim posłużyć. W roku 1513 flamandzcy obrońcy Tournai wymalowali na długich pasach materiału "fortyfikacje" i w ten sposób zmylili atakujących Anglików... trzeba jednak pamiętać, że Flamandowie zawsze byli znakomitymi pejzażystami17.
ODRODZENIE I WIEK ROZUMU
Jedyną pracą, jaką Niccolo Machiavelli - jeden z największych myślicieli odrodzenia - wydał za życia, były dialogi O sztuce wojennej. Jak większość jego współczesnych, pisząc to dzieło, Machiavelli opierał się na starożytnych, przede wszystkim na dziełach Polibiusza i Wegecjusza[4]. Odrzucał wartości stanowiące podwaliny sztuki wojennej w średniowieczu i prezentował całkowicie praktyczne podejście: zwycięstwo miał za jedyne kryterium sukcesu, a każdego rodzaju podstęp uważał za właściwy. Machiavelli nakreślił portret idealnego dowódcy jako człowieka zdolnego do ciągłego obmyślania nowych taktyk i podstępów w celu oszukania i pokonania wroga18. Chociaż na polach bitewnych Europy zaczęła wówczas panować broń palna, zmianę tę zapoczątkowało nie wejście w użycie prochu strzelniczego, ale potrzeba wprowadzenia dyscypliny i musztry, nieznanych w wojskach średniowiecznych.
Pisma Machiavellego zainspirowały Justusa Lipsiusa[5], którego przemyślenia z kolei wpłynęły na Maurycego Orańskiego, księcia Nassau[6]. Lipsius twierdził, że człowiek, który połączy wyposażenie nowoczesnego wojska z dyscypliną legionów starożytnego Rzymu, zapanuje nad całym światem - natomiast Maurycy, a po nim szwedzki król Gustaw Adolf sądzili, że rozwój musztry i tworzenie nowoczesnej piechoty wymagają armii zawodowych oficerów i żołnierzy - co stanowiło prawdziwą podstawę rewolucji militarnej, która towarzyszyła epoce odrodzenia19. Udział muszkieterów w stosunku do żołnierzy walczących pikami wzrastał stopniowo, a w końcu XVII wieku, wraz z wynalezieniem bagnetu, rola broni palnej jeszcze się zwiększyła, tak że kawaleria (a w związku z tym i dawne ideały rycerskie) przestała się liczyć na polach bitew. Do zmiany charakteru wojen dołączyła, wraz z rozwojem państw narodowych, przemiana wywołujących wojny wzorców politycznych. Wraz z nadejściem XVIII wieku większość państw dysponowała już stałym wojskiem, w którym oficerami byli zawodowi żołnierze - a dla nich podstęp stanowił po prostu naturalny, nieodłączny element wojny.
W Europie zaczęły się pojawiać takie nowoczesne koncepcje, jak wojna koalicyjna, a równocześnie nastąpił podział działań wojennych na poziomy: taktyczny, operacyjny i strategiczny (jak w uproszczeniu moglibyśmy nazwać kierowanie armią na polu bitwy, pomiędzy bitwami lub pomiędzy miejscami działań wojennych). W czasie wojny o sukcesję hiszpańską John Churchill, pierwszy książę Marlborough[7], zastosował wspaniały podstęp strategiczny. Wiosną 1704 roku Francuzi i ich bawarscy sojusznicy wydawali się gotowi zająć Wiedeń, stolicę Cesarstwa Austro-Węgier, i przeprowadzić atak strategiczny, kładący kres Wielkiemu Przymierzu, którego Anglia była częścią. Kiedy na Węgrzech wybuchła rewolta, miasta broniło zaledwie 36 000 żołnierzy cesarskich pod wodzą księcia Ludwika Wilhelma Badeńskiego, przeciw którym walczyła taka sama liczba Bawarczyków w pobliżu Ulm i tyluż Francuzów pod dowództwem marszałka Tallarda, oczekujących na rozkaz przejścia przez Szwarcwald i dołączenia do Bawarczyków w natarciu wzdłuż Dunaju. Wracając z Anglii, by objąć dowództwo sił angielsko-holenderskich w Niderlandach, Marlborough obmyślił odważny plan obrony Wiednia. Postanowił przejść przez Europę do Dunaju przed dwiema armiami wroga i odsunąć niebezpieczeństwo od stolicy Austrii. Plan taki mógł się powieść jedynie dzięki podstępowi.
Przeciw sobie miał Marlborough we Flandrii 90 000 żołnierzy francuskich pod wodzą marszałka Villeroi. Było oczywiste, że parlament holenderski - Stany Generalne - nigdy się nie zgodzi na to, by Marlborough pozostawił północną część kraju bez obrony. Musiał wobec tego ich przekonać, że zamierza ruszyć w dół Mozeli, co było logiczną konsekwencją zeszłorocznych kampanii. Równocześnie wprowadził w życie skomplikowaną intrygę, by zabezpieczyć dostawy dla swego wojska na rzeczywistej trasie marszu. Wyruszywszy z Bedburga 19 maja z armią, liczącą 21 000 ludzi, zgromadził w Koblencji posiłki 5000 żołnierzy z Hanoweru i Prus i 26 maja przeszedł na przeciwny brzeg Renu. Kontynuował marsz, który teraz wydawał się zagrażać wielkiemu i ważnemu miastu, Strasburgowi (tym ważniejszemu dla króla Francji, Ludwika XIV, że znalazło się w posiadaniu Francji bardzo niedawno, dopiero w 1681 roku). Żeby wzbudzić niepokój o los Strasburga, Marlborough rozkazał gubernatorowi Philippsburga zbudować ogromny pomost z wielu łodzi i zgromadzić zapasy, rzekomo dla szykującej atak armii. Zmylony tym marszałek Tallard opóźnił marsz na Ulm, czekając na nowe instrukcje z Wersalu. Tymczasem Marlborough przebył dwie największe przeszkody, rzeki Men i Neckar, a następnie bardzo szybko oddalił się od Renu w kierunku Dunaju. Powiadomił Holendrów o swoich prawdziwych zamiarach dopiero 6 czerwca. Ponieważ Villeroi jak cień podążał za księciem Marlborough, Holendrzy byli zabezpieczeni przed ofensywą, a Marlborough obiecał wrócić natychmiast Renem, na barkach, które miały pokonywać po 150 kilometrów dziennie. W rezultacie Stany Generalne 10 czerwca zapewniły mu wszelką pomoc i zgodziły się na dostarczenie posiłków w liczbie 10 000 ludzi20. Naprawdę wspaniały wyczyn: pokonać ponad 450 kilometrów w ciągu pięciu tygodni z jedynie niewielkimi stratami! Była to niewątpliwie zasługa przewidywania, znakomitego planowania i - w czasach, kiedy właściwie w ogóle jeszcze nie słyszano o środkach bezpieczeństwa - dyskrecji. Kampania zakończyła się klęską Tallarda w bitwie pod Blenheim. Wiedeń był bezpieczny.
W czasach, kiedy szybkość przesyłania informacji wyznaczała chyżość galopującego konia, a armie pokonywały w marszu niewiele ponad 20 kilometrów dziennie, okazje użycia podstępu na tak wielką skalę zdarzały się bardzo rzadko. Marlborough nie tylko musiał przewidzieć takie ewentualności, jak sprawienie wszystkim żołnierzom nowych butów w Heidelbergu, ale też dokonać koniecznych ustaleń z rozmaitymi książętami niemieckimi, przez których terytoria musiał przechodzić, załatwiać z bankierami pożyczki i gromadzić zapasy. Działań nie dało się utrzymać w tajemnicy przed Francuzami, ale można było ukryć ich faktyczny cel21.
Na początku wojny, w roku 1701, inny wielki wódz tamtych czasów, książę Eugeniusz Sabaudzki, objawił podobne zdolności na - jak powiedzielibyśmy teraz - poziomie operacyjnym. Zaraz po zebraniu austriackiej rady wojennej cesarz Leopold wydał habsburskiej armii rozkaz wejścia do Mediolanu, ale początek tej operacji znacznie się opóźnił. Tymczasem w lutym 1701 roku Francuzom pozwolono wejść do Sabaudii, a król Ludwik XIV wysłał swoje siły dla wzmocnienia francuskiego garnizonu w Mediolanie i zajęcia dwóch słynnych fortec z grupy Quadrilateral[8]: twierdz w Weronie oraz w Legnago nad rzeką Mincio, gdyż ich przejęcie zapewniało kontrolę strategiczną nad całymi Włochami. Książę Mantui zezwolił Francuzom na opanowanie doliny Padu; władzę sprawował tam marszałek Catinat, zatem dla Eugeniusza Sabaudzkiego podstawowym problemem było wejście na teren Włoch. Ponieważ Francuzi okupowali tereny od Sabaudii do granic Wenecji i zablokowali przejścia od Tyrolu do Lombardii, Catinat szczycił się, że armii cesarskiej, jeśli chce wkroczyć do Włoch, "musiałyby wyrosnąć skrzydła".
Eugeniusz Sabaudzki dowodził wojskiem w sile 30 000 ludzi, zgromadzonych w Rovereto w południowym Tyrolu. Zapowiedział: "Dajcie nam tylko wymaszerować, a wkrótce znajdziemy sojuszników"; lecz znalezienie sojuszników było najmniejszym z problemów, gdyż Francuzi mieli co najmniej 10-tysięczną przewagę i blokowali wąwóz rzeki Adygi, wiodący z Rovereto do Werony - jedyne możliwe dojście do Włoch. Zgodnie z miejscową tradycją żaden wóz ani koń nie dotrze na równinę inną drogą, tak niedostępne są otaczające góry - wszystko wskazywało więc na to, że butny Catinat przechwala się nie bez przyczyny. Eugeniusz jednak rozumiał, że tradycję można wykorzystać w podstępnym planie. Udając, że przygotowuje się do ataku frontalnego na Catinata, poprowadził wojsko szczytami gór na wschód, w kierunku Vicenzy, choć naruszał w ten sposób neutralność Wenecji. Ściągnięto setki wieśniaków tyrolskich do odśnieżania ścieżek i torowania drogi przez niebezpieczne doliny Terragnolo i Fredda. Wreszcie 26 maja armia ruszyła. Do każdego działa zaprzęgnięto 15 par wołów, a 6000 konnych i 16 000 piechurów przedostało się przez góry na teren Włoch. Fortel Eugeniusza Sabaudzkiego okazał się tak skuteczny, że Catinat dopiero 30 maja wydał ostrzeżenie przed atakiem z północy wzdłuż Adygi. Ten niezwykły wyczyn natychmiast przyciągnął ogólną uwagę. Eugeniusza Sabaudzkiego porównywano do Hannibala, a potok górski, z którego pił, jest do dnia dzisiejszego znany jako "Fontanna Księcia Eugeniusza". Catinat, całkowicie zaskoczony, nie przejął już inicjatywy w tej wojnie22.
Również książę Marlborough nie ustawał w obmyślaniu sprytnych forteli na szczeblach operacyjnym i taktycznym. Ten sam chwyt udało mu się zastosować dwukrotnie wobec dwóch przeciwników. We Flandrii w roku 1705 marszałek Villeroi bronił znakomicie ufortyfikowanych stanowisk obronnych, zwanych Liniami Brabantu. Wieczorem 17 lipca inżynierowie wojskowi księcia Marlborough zbudowali 20 mostów pontonowych przez strumień Mehaigne, co sugerowało, że wojsko ruszy na południe, by połączyć się z Holendrami, którzy wtedy posuwali się na południowy zachód, w kierunku Namur. Tej nocy Marlborough zwinął obóz i, zamiast skierować się na północ, rozkazał Holendrom dalszy marsz po pontonach, podczas gdy Villeroi kierował się do Namur. Następnego dnia o świcie Marlborough, nie niepokojony przez nikogo, przekroczył linie umocnień w Wanghe, zmuszając marszałka Villeroi do opuszczenia pozycji i wycofania się do Louvain23.
W roku 1711 Marlborough powtórzył ten fortel na równinie Lens. Jego celem było zajęcie Bouchain, lecz najpierw musiał zabezpieczyć tereny wokół Arleux, położonego naprzeciw głównej linii umocnień. Wiedząc, że Francuzi muszą zareagować na zajęcie miasta, wysłał oddziały z rozkazem zdobycia i umocnienia Arleux. Naturalnie jego przeciwnik, marszałek Villars, natychmiast zarządził wypad, by odzyskać miasto. Choć Marlborough wysłał z pomocą swojego znakomitego i zaufanego generała-kwatermistrza Williama, hrabiego Cadogan, Arleux znalazło się znów w rękach Francuzów. W tym momencie Villars przekonywał dwór królewski w Wersalu, że jego umocnienia są non plus ultra ("nic więcej nie jest możliwe"). W rzeczywistości Cadogan dostał tajny rozkaz, by oddać Arleux nieprzyjacielowi. Wybuch wściekłości Marlborough na wieść o klęsce bez wątpienia był pokazem przeznaczonym dla szpiegów francuskich. Dla zademonstrowania "urazy" Marlborough przeniósł swój główny obóz na zachód, do Villers Brulin, wyraźnie sugerując, że planuje zaatakowanie linii fortyfikacji w najtrudniejszym do zdobycia miejscu. Czwartego sierpnia ostentacyjnie wybrał się na ich inspekcję, na co Villars zareagował wzniesieniem, gdzie się dało, dodatkowych umocnień.
Tymczasem dalej na wschód, po niestrzeżonym przez nikogo terenie za wzgórzem Vimy, transportowano działa i pontony. Wojsko, uformowane w cztery kolumny, wymaszerowało z obozu o 21.00, pozostawiając za sobą niewygaszone ogniska. Villars zbyt późno zorientował się, co knuje wróg. Gdy Marlborough otrzymał raport, że Arleux i znajdujące się za nim linie fortyfikacji zostały opuszczone, przekazał tę wiadomość całemu wojsku i poprosił o jeszcze jeden wysiłek. Żołnierze zareagowali wspaniale: 18. Pułk Piechoty przebył w ciągu 18 godzin 62 kilometry i 5 sierpnia o 8.00 książę na czele przedniej straży przedarł się bez trudu przez fortyfikacje w pobliżu Arleux. Villars musiał się wycofać do Cambrai24.
Taki manewr, polegający na tym, że dowódca urządza widowisko, nie mając w rzeczywistości zamiaru wciągać wroga w walkę, znany jest pod nazwą demonstracji. Widowisko, angażujące część sił przeciwnika, czyli atak pozorowany, stanowiło ulubiony chwyt filozofa i frankofila, króla pruskiego Fryderyka II (zwanego Fryderykiem Wielkim). "Większe korzyści daje skóra lisa niż grzywa lwa", napisał władca, wyjaśniając dalej, jak to "usiłujemy ukryć prawdziwy plan i stworzyć iluzję na użytek wroga, pozorując poglądy, których bynajmniej nie reprezentujemy"25. Pisma, których Fryderyk pozostawił po sobie bardzo wiele, obejmują też jego Tajne instrukcje dla własnych generałów oraz Testamenty wojskowe z lat 1752 i 1768. Chociaż nigdy nie dokonał syntezy swoich poglądów w pojedynczym traktacie, te i inne jeszcze prace pozwalają prześledzić jego myśli w rozmaitych okresach życia. Wierząc, że "można osiągnąć sukces podstępem tam, gdzie brutalna siła na nic się nie przyda", często posługiwał się podwójnymi agentami, fałszywymi informacjami nakazywał pozorowane koncentracje wojsk lub transportów czy też przegrupowania wojsk w obozie26. Chociaż nie był wielkim nowatorem, jak Maurice czy król Gustaw Adolf, Fryderyk zasłynął jako wynalazca ataku w szyku skośnym. Pozwalał on osiągnąć największą skuteczność natarcia niezbyt licznych oddziałów poprzez przeprowadzenie pozorowanego ataku frontalnego, a następnie zrolowanie linii przeciwnika skoncentrowanym uderzeniem z flanki. Taktyka ta najsprawniej została użyta w bitwie pod Lutynią w 1757 roku.
Zaraz po klęsce z rąk Austriaków pod Kolinem 18 czerwca (dzięki której nieprzyjaciel mógł oswobodzić Pragę) Fryderyk musiał przejść do defensywy. Pobiwszy Francuzów pod Rossbach 5 listopada, pognał swoją niewielką, 36-tysięczną armię z powrotem na Śląsk, zdecydowany zaatakować połączone siły Austro-Węgier (70 000 żołnierzy), dowodzone przez księcia Karola Lotaryńskiego i marszałka Leopolda von Daun, które blokowały drogę do Wrocławia. Fryderyk czuł, że śmiałość, uzupełniona fortelem, wyrówna dyspozycję sił. Już o 4.00 dwa wielkie skrzydła piechoty, otoczone na flankach kawalerią, ruszyły na wroga poprzedzone potężną strażą przednią. Szczęśliwym zrządzeniem losu pole bitwy było w czasach pokoju miejscem ćwiczeń armii pruskiej. Niedaleko wioski Borne Prusacy opanowali placówki austriackie i Fryderyk przystąpił do rozpoznania terenu. Prawe skrzydło Austriaków ginęło w dębowym lesie, lecz lewe nie sięgało do jeziora Schweidnitzer-Wasser. Co najważniejsze, wzgórza Schleier-Berg i Sophien-Berg umożliwiały niezauważone podejście w kierunku lewego skrzydła Austriaków we wsi Sagschütz (Zakrzyce). Tymczasem maszerujące kolumny pruskiego wojska przestały być widoczne dla wroga - Fryderyk umiał bowiem skorzystać z doskonałej i szczegółowej znajomości terenu.
Podczas gdy główna grupa zbliżała się do lewego skrzydła Austriaków, straż przednia nadal szła do przodu, pozorując natarcie ku prawemu skrzydłu i środkowi wojsk przeciwnika. Tuż po południu główna grupa, wspierana przez artylerię, była już na pozycji do ataku z południa przez wieś Lutynię. Początkowo Karol próbował wysyłać pojedyncze bataliony na spotkanie z tym nowym zagrożeniem, ale kiedy ściągnął z pola kawalerię, musiał przegrupować całą linię obrony i ustawić ją w kierunku południowym. Około 15.30 Prusacy przypuścili zmasowany atak na nową linię obrony, którą z flanki ostrzeliwała ich artyleria. Lutynia padła już po półgodzinie. W zapadającym zmroku Austriacy cofali się w całkowitym bezładzie, który szybko przeszedł w ucieczkę. Prusacy stracili w tej bitwie nieco ponad 6000 ludzi, lecz spowodowali straty austriackie w wysokości 22 000 (w tym około 12 000 jeńców). Było to bodaj największe zwycięstwo stulecia28.
PODWÓJNA REWOLUCJA
Pod koniec XVIII wieku świat znowu uległ wielkiej transformacji dzięki rewolucji polityczno-przemysłowej. W trakcie przemian doszło do wieloletniej wojny pomiędzy Francją a większą częścią Europy: podczas niej armia brytyjska zdobyła chwałę, wygrywając jedyną bitwę na rodzinnej ziemi, i to bitwę najdziwaczniejszą: pod Fishguard w 1797 roku. Zwycięstwo należało do ochotniczej kawalerii Pembroke i, mimo że oblane raczej wódką niż krwią, jest przykładem wspaniałego użycia blefu przeciw brutalnej sile, a także dowodem walijskiego hartu ducha29. Theobald Wolfe Tone, założyciel Towarzystwa Zjednoczonych Irlandczyków, przybył do Francji w początkach roku 1796, szukając poparcia dla planu ustanowienia republiki irlandzkiej. W Paryżu spotkał kolejnego pełnego fantazji człowieka czynu, Lazare'a Hoche'a, dowódcę Armée des Côtes de l'Océan (Armii Wybrzeży Oceanu). Hoche obmyślił posłać na wybrzeża Kornwalii 1600 regularnych żołnierzy francuskich oraz planował drugie lądowanie, w Walii, w celu wywołania powstania chłopów w Wielkiej Brytanii. Wprowadzał już swe skromne zamierzenia w życie, kiedy sprawujący wówczas władzę Dyrektoriat przedstawił znacznie bardziej ambitną koncepcję. Wyprawy Hoche'a miały zostać włączone jako dodatkowe akcje dywersyjne do planów lądowania w Anglii 15 000 francuskich żołnierzy, którzy mieli wesprzeć wyzwolenie Irlandii.
W pobliżu zatoki Bantry ekspedycja natknęła się na sztorm. Przez dwa tygodnie ludzie Hoche'a i Done'a musieli stawiać czoło nawałnicy i z konieczności porzucili dawne plany. Wrócono do projektów najazdu na Kornwalię i Walię; ten pierwszy upadł, lecz Tone spędził sporo czasu na tłumaczeniu rozkazów amerykańskiego przywódcy wyprawy na Walię, Williama Tate'a. Dotyczyły one lądowania o zmierzchu w odległości 8 kilometrów od Bristolu. Zniszczywszy drugie co do wielkości miasto Anglii, Tate miał przeprawić się na drugi brzeg rzeki Taff i maszerować na Chester i Liverpool. Jego "szmaciarska armia" składała się z najgorszych mętów społecznych, szumowin z więzień, przymusowych emigrantów i niewielkiej garstki zwolnionych jeńców wojennych, którzy z pewnością wiedzieli, na jaką to wojnę idą "na ochotnika". Nosili zdobyte w Quiberon mundury brytyjskie, ufarbowane na ciemnobrązowo, dzięki czemu zyskali nazwę "Czarnego Legionu".
Najpierw przeprowadzono atak na Ilfracombe. Warunki nie pozwoliły na przeprawę w górę Kanału Bristolskiego. Wówczas Tate oznajmił, że jego nowym celem będzie zatoka Cardigan - i tam też podążył. Jego szwadron ukazał się w środę 22 lutego w pobliżu North Bishop Rock[9]. Wkrótce po tym ludzie Tate'a pojmali miejscowego, Johna Owena z Pencaer, służącego na korwecie "Britannia", i przesłuchiwali go w sprawie sił obronnych w tym okręgu. Poczęstowany brandy potężnie przesadził, mówiąc o liczebności obrońców, która w jego ocenie i tak nie przewyższała połowy liczby najeźdźców. Wkrótce 17 łodzi, wyładowanych uzbrojonymi nożownikami i rozbójnikami, wylądowało w najspokojniejszym miejscu Europy Zachodniej. Wyładowano też na brzeg 47 baryłek prochu strzelniczego i 2000 sztuk uzbrojenia dla żołnierzy z przeznaczeniem dla ewentualnych rebeliantów.
Do obrony tego terenu John Campbell, lord Cawdor, zgromadził grupę 400 ludzi: byli to zwerbowani chłopi z Castlemartin, którzy zebrali się w Haverfordwest. Wyruszyli w kierunku Fishguard, gdy tymczasem żołnierze francuscy byli w większości zajęci plądrowaniem i grabieniem okolicznych wiosek i wdawaniem się w bójki. Niejaka Jemima Nicholas, 47-latka parająca się szyciem butów, pomaszerowała do Llanwnda - uzbrojona w widły - niebawem wzięła w niewolę 12 Francuzów, których przyprowadziła do miasta, po czym niezwłocznie ruszyła z powrotem w poszukiwaniu następnych jeńców. Ludzie lorda Cawdor nadeszli dopiero po zapadnięciu zmroku. Planowali natychmiastowy atak, co okazało się niemożliwe, ponieważ ochotnicy nie mogli manewrować swoją improwizowaną artylerią po wąskich dróżkach, tak że postanowili poczekać do rana.
Zniechęcony tym wydarzeniem Tate postanowił stworzyć warunki do walki. O 8.00 wysłał do lorda swojego zastępcę, byłego barona de Rochemure, i jego mówiącego po angielsku adiutanta z listem następującej treści:
Panie, okoliczności, w jakich wojsko francuskie pod moją komendą wylądowało w tym miejscu, czynią zbytecznym podjęcie jakichkolwiek operacji wojskowych, ponieważ te doprowadzą wyłącznie do przelewu krwi i łupiestwa. Oficerowie całego wojska w związku z tym dali mi do zrozumienia, że pragną przystąpić do negocjacji o poddanie się na zasadach humanitaryzmu. Jeśli jest Pan podobnego zdania, może Pan je wyrazić dostarczycielowi tego pisma i, w odpowiednim czasie, działania nieprzyjacielskie zostaną zakończone30.
Lord Cawdor musiał być wdzięczny losowi za taki rozwój wydarzeń i z pewnością przyjąłby propozycję, lecz wkrótce potem de Rochemure oznajmił, że jedynym szczegółem wymagającym uzgodnienia jest powrót Francuzów na kontynent na koszt rządu brytyjskiego. Cawdor odmówił nawet rozpatrzenia takiej prośby. Sprytnie maskując słabość swoich oddziałów, odpowiedział górnolotnie:
Panie, wyższość sił zbrojnych pod moją komendą, która z godziny na godzinę rośnie, musi mnie powstrzymać przed prowadzeniem jakichkolwiek pertraktacji z wyjątkiem sugestii poddania się wszystkich Pańskich ludzi jako jeńców wojennych. W pełni podzielam Pańskie pragnienie uniknięcia niepotrzebnego przelewu krwi, który jednak powstrzyma jedynie Pańskie natychmiastowe poddanie się i który upoważni Pana do powzięcia opinii, że zawsze pragnieniem wojsk brytyjskich jest wystąpienie przed mniej liczebnym wrogiem31.
Blef był szokujący, lecz następnego ranka Tate ogłosił, że podda się na każdych warunkach - i przygotowano niezbędne dokumenty.
Tate musiał widzieć, że jego siły przewyższają liczebnością słabo zorganizowaną armię lorda Cawdor (tworzyło ją wielu żeglarzy, a co najmniej 1/5 stanowili cywile ochotnicy). Niemniej w zapisie dyskusji, przygotowanym przez jego oficerów 25 lutego i podpisanym jego własną ręką, czytamy o Brytyjczykach, nacierających "w liczbie kilku tysięcy"32.
Tysiące ludzi zgromadziło się, by oglądać, jak "Czarny Legion" składa broń w Goodwick Sands; zeszły się tam między innymi kobiety w modnych wówczas szkarłatnych opończach i płaskich filcowych kapeluszach. Z daleka mogły wyglądać jak żołnierze armii brytyjskiej w czerwonych mundurach. Oficjalny historyk armii francuskiej, kapitan Desbri?re, wspomina o podobieństwie do Galijek i cytuje list Johna i Mary Mathiasów do ich siostry, służącej w Swansea, w którym pisali, że "przyszło tam prawie 400 kobiet w czerwonych flanelach. "Squier Cambel" spytał je, czy będą walczyć, a one odpowiedziały, że będą". Łatwo sobie wyobrazić tę scenę: tłum kobiet zdąża, żeby się przyjrzeć pasjonującym wydarzeniom; "Squier Cambel", pyta, czy mają zamiar walczyć, one zaś zapewniają, że chętnie przyłożą rękę do zwycięstwa. Podstęp mógł być niezamierzony, ale odniósł skutek33.
Dokonując inwazji na Wielką Brytanię, Tate dokonał wyczynu, który nigdy nie udał się Napoleonowi, jednemu z największych dowódców świata i mistrzowi podstępu wojennego34. Napoleon nie pozostawił żadnego dzieła, w którym opisałby swoje doświadczenia militarne. Możemy studiować jedynie jego działania i to, co na ich temat przekazali nam inni. Podobnie jak książę Marlborough czy Fryderyk Wielki, Napoleon nie tyle był innowatorem, co potrafił znakomicie manipulować dostępnymi narzędziami. Nie lubił klasyfikować swoich metod, możemy jednak stwierdzić, że wykorzystywał trzy rodzaje manewrów35. Manoeuvre sur les derri?res (strategiczne okrążenie) zademonstrował już na początku swojej kariery, w bitwie pod Lodi w 1796 roku. Stanął wówczas wobec konieczności przejścia przez Pad, broniony przez generała austriackiego, Johanna Beaulieu. Napoleon postanowił odwrócić uwagę Beaulieu i posuwać się na wschód ku Piacenzie; tam zamierzał stworzyć przyczółek mostowy, z którego, gdyby zdołał opanować przeprawy przez rzekę Addę, dopływ Padu, zagroziłby tyłom wojsk austriackich. Zamiar zrealizował, urządzając demonstracje, które zapowiadały przeprawę w rejonie Valenzy, gdy tymczasem część sił maszerowała do rzeczywistego celu, znalazła się na tyłach wroga i odcięła mu drogę odwrotu36.
Kiedy Napoleon stał się słynny, jego żołnierze podzielali rewolucyjny zapał wszystkich Francuzów. Nieznana dotąd gorliwość patriotyczna sprawiła, że dzięki levée en masse[10] powstały pierwsze masowe armie zaciężne. Marlborough i Fryderyk Wielki musieli trzymać swoje wojska - o wiele mniej liczebne - w jednej grupie, głównie ze względów organizacyjnych (żołnierzom zabraniano na własną rękę poszukiwać żywności z obawy przed dezercjami, zatem całe zaopatrzenie należało dostarczać wielkimi wozami), natomiast rewolucyjna armia francuska miała o wiele większą swobodę działania i była mniej zależna od składów żywności. Żołnierzom patriotom, cieszącym się wielkim zaufaniem, pozwalano samodzielnie zdobywać żywność, a ponieważ przeważnie walczyli na obcej ziemi, nie cierpieli na tym ich rodacy. Napoleon zdawał sobie sprawę, że XVIII-wieczny schemat wojen oblężniczych wiąże się z nieskończonymi problemami. Sam jednak kierował armiami tak wielkimi, że mógł nie martwić się kwestią fortec i obejść bez aparatu organizacyjnego, który dawniej tak bardzo ograniczał swobodę wojska37.
W takich okolicznościach Napoleon zrealizował największą ze swoich innowacji - korpusy wojskowe. Zorganizowawszy Wielką Armię w ugrupowania różnego rodzaju broni, z których każde było w stanie prowadzić niezależną akcję bojową i troszczyć się o siebie do chwili nadejścia pomocy, mógł stworzyć front tak szeroki, jakiego nie znano od czasów Mongołów; i wykorzystywał go również, by ukryć własne zamiary i zasadniczy cel. Marsz Napoleona ku Dunajowi w roku 1805 wyraźnie wykazuje różnicę pomiędzy XVIII- a XIX-wieczną wojną. Posuwał się naprzód z 200 000 żołnierzy frontem o szerokości ponad 300 kilometrów, zmniejszanym do 110 kilometrów, kiedy dochodził do rzeki; pod Ulm schwytał w pułapkę 27 000 żołnierzy austriackich pod wodzą całkowicie skonsternowanego Karla von Macka; a w ciągu kilku następnych dni wziął w niewolę 30 000 jeńców. Nie mogąc zastosować podobnego triku wobec Rosjan, którzy przyszli z pomocą Austriakom, chytrze symulował słabość. Gdy połączona armia rosyjsko-austriacka ruszyła do ataku pod Austerlitz, jej dowódcy z wysokości wzgórz Pratzen widzieli w dole wyraźnie osłabione prawe skrzydło wojska Napoleona i nakazali okrążenie czterema wielkimi kolumnami, liczącymi w sumie 40 000 żołnierzy. Wywabiwszy w ten sposób nieprzyjaciela z jego pozycji, Napoleon, doskonale obliczając czas, pchnął ukryte dotąd wojska na puste miejsce, które powstało w centrum linii armii rosyjsko-austriackiej. W ten sposób odniósł swoje największe taktyczne zwycięstwo38. Fakt, że następnie zdecydował się natrzeć na Rosję, dowodzi jednak, że był bardziej utalentowanym strategiem niż taktykiem39.
Działania wojenne i rewolucyjne trwały w Europie aż do końca XIX wieku, lecz kiedy Wielka Brytania, a zwłaszcza Francja korzystały z rozwoju przemysłowego, by rozszerzać swoje terytoria, jeszcze inny wielki dowódca, syn plemienia, liczącego najwyżej 1500 członków, uczynił potężnym lud, który miał niebawem stanąć do walki z największym mocarstwem świata.
Król Zulusów, Czaka, rozwinął w rewolucyjny sposób machinę wojny, wykorzystując krótkie dzidy do walki wręcz oraz wprowadzając rygorystyczną dyscyplinę, dzięki której jego ludzie wygrywali. Był też znakomity w obmyślaniu forteli: bawiło go zwabianie wrogów w pułapki, w których tracili całą przewagę40. W czasie pierwszej wielkiej bitwy przeciw plemieniu Butelezi w 1816 roku rozkazał ludziom nieść tarcze na sztorc - by liczba wojowników wydała się wrogowi niewielka. Kiedy rogi jego słynnej formacji "byczych głów" zagrały do boju, wojownicy odwrócili tarcze: nagle armia okazała się dwukrotnie liczniejsza, niż sądzili przeciwnicy41. W bitwie pod Gqokli Hill w roku 1823 Czaka musiał się przeciwstawić o wiele większej sile plemienia Ndwandwe. Odesłał trzody Zulusów z niewielką eskortą w inne miejsce, lecz specjalnie pozostawił na widoku jedno stado, by część przeciwników rzuciła się za nim w pogoń; wtedy, porzucając swoją normalną taktykę, zajął pozycję na szczycie wzgórza, gdzie w głębokim rowie ukrył rezerwowych wojowników. Wojownicy Ndwandwe, po tym jak ich pierwsze ataki zostały odparte, uformowali kolumnę, próbując ściągnąć Czakę ze wzgórza na dół i otoczyć kordonem. Tymczasem to właśnie oni zostali otoczeni przez ukryte na wzgórzu rezerwy. Dzięki połączeniu zdolności i pomysłowości Czaka odniósł wówczas swoje największe zwycięstwo42.
WOJNA SECESYJNA
Rozwój techniczny na Zachodzie zmienił całkowicie oblicze operacji wojennych; objął nawet świat Zulusów. Chociaż wiele wynalazków, którymi Zachód zasłynął - na przykład kolej, telegraf czy statki pancerne - w gruncie rzeczy nie było już wówczas nowościami, amerykańska wojna domowa jest często uważana za pierwszą "nowoczesną" wojnę. Jeśli idzie o skalę, to - ze swoimi masowymi wojskami, masową produkcją i masowymi stratami w ludziach - istotnie stanowiła przykład "nowoczesności", ale metody taktyczne stosowane w walce wywodziły się z czasów napoleońskich.
Zaraz po strasznej bitwie pod Manassas Junction (zwanej pierwszą bitwą nad potokiem Bull Run), która w 1861 roku rozpoczęła wojnę, unioniści mianowali głównodowodzącym generała-majora George'a B. McClellana. Jego najpilniejszym zadaniem było zreorganizowanie i wyszkolenie Armii Potomacu, która miała bronić Waszyngtonu, a w przyszłości zająć stolicę konfederatów, miasto Richmond w stanie Wirginia. "Mogę zrobić wszystko", zapewniał McClellan prezydenta Abrahama Lincolna. McClellana, znanego jako Młody Napoleon, żołnierze nazywali wdzięcznie "Małym Makiem". Temu zdolnemu administratorowi i szkoleniowcowi w starciu z wrogiem brakowało jednak determinacji.
W owych czasach służbami wywiadowczymi Unii kierowała Agencja Detektywistyczna Pinkertona, założona przez pochodzącego z Glasgow Szkota Allana Pinkertona, która później zasłynęła na całym Zachodzie. Jako biuro wywiadu wojskowego agencja była jednak beznadziejnie nieudolna: przekazywała na przykład przesadzone doniesienia o siłach rebeliantów tuż na południe od Waszyngtonu. Mimo wielu dowodów, że jest wręcz przeciwnie, Pinkerton podawał w raportach, że liczba konfederatów wynosi ogółem 270 000 ludzi, z czego 150 000 znajduje się bardzo blisko Waszyngtonu. W tej sytuacji Mały Mac odmówił podjęcia jakichkolwiek działań, zanim sam nie będzie rozporządzał 270 000 żołnierzy.
We wrześniu pikiety rebeliantów udało się zaskakująco łatwo ściągnąć z pozycji odległych zaledwie o kilka kilometrów od Waszyngtonu, przy czym działa, które, jak twierdzili szpiedzy McClellana, były wycelowane w stolicę, okazały się ni mniej, ni więcej, tylko odartymi z kory kłodami drewna, pomalowanymi na czarno i ustawionymi na kołach, zdjętych z wozów. Pewien złośliwy reporter nazwał je pogardliwie "działami kwakrów"43. Prezydent tak bardzo się martwił brakiem zdecydowania Małego Maca, że w początkach roku 1862, kiedy Mac zachorował, Lincoln powiedział na radzie wojennej w Białym Domu, że "jeżeli generał McClellan nie chce używać swojej armii, chętnie wypożyczyłbym ją od niego na jakiś czas"44. Jednak w końcu McClellan zdecydował się przeprowadzić ofensywę, chociaż nie prostą drogą (nadal głęboko przekonany, że jest bardzo silnie broniona), lecz lądując na półwyspie York-James i podchodząc pod Richmond od strony południowo-wschodniej. Wówczas konfederaci porzucili swoje pozycje pod Waszyngtonem, ujawniając całą baterię "dział kwakrów" w Centerville.
Tymczasem na półwyspie Armia Małego Maca, licząca 120 000 ludzi, spotkała się z zaledwie 8-tysięczną armią konfederatów pod dowództwem Johna Bankheada Magrudera, miłośnika teatrów amatorskich, zwanego Księciem Johnem. Przydomek ten zawdzięczał upodobaniu do wystawnych przyjęć, kostiumowych wręcz mundurów i pompatyczności (nawet mówiąc, seplenił na modłę "Królewskiej Konnej"). Jego przyjaciele opowiadali, jak to próbował swoim przyjęciem oraz winami zrobić wrażenie na składających mu wizytę oficerach brytyjskich i jak bardzo zaskoczyło go pytanie, ile zarabiają amerykańscy oficerowie; odpowiedział podobno, że nie wie, ale zaraz się dowie od służącego. Był to, jak zresztą cały jego styl życia, wielki blef: nie posiadał żadnych niezależnych dochodów. Teraz Magruder miał spróbować blefu na polu bitwy.
Dopłynąwszy do Fortu Monroe 2 kwietnia 1862 roku, Mały Mac, z początku pełen optymizmu, wkrótce stwierdził z przygnębieniem, że drogi są o wiele gorsze, niż się spodziewał, i przez to zarówno ładunek, jak i artyleria posuwają się bardzo wolno. Chociaż Magruder bardzo energicznie zabrał się do prac nad umacnianiem linii obronnych, ciągnęły się one na odcinku 20 kilometrów, więc po prostu brakowało mu dział: było ich zaledwie 15, w tym lekkie armaty polowe, przy czym na każde działo przypadało zaledwie 60 pocisków. Magruder przygotował więc mnóstwo "dział kwakrów", które miał nadzieję zastąpić prawdziwymi armatami. Zanim jednak udało mu się to zrobić, na polu walki pojawił się McClellan. W tej sytuacji Magruder kazał ustawić wzdłuż linii obrony "działa kwakrów" obok prawdziwych w nadziei, że to wystarczy, by powstrzymać nadchodzącego wroga. Ponieważ wrogiem był ostrożny McClellan, nadzieja go nie zawiodła. Dysponując 67 000 ludzi, McClellan mógł po prostu zmieść siły Magrudera z powierzchni ziemi, lecz - aby dodać barwności fortelowi - Książę John polecił garstce swoich ludzi, by kręcili się po obozie i zwracali na siebie uwagę, a po zapadnięciu mroku rozkazał orkiestrze wojskowej grać bardzo głośno, podczas gdy on sam ostentacyjnie przejeżdżał tam i z powrotem po obozie, wiodąc za sobą orszak barwnie odzianych oficerów. Dowódca wysłał jeden z batalionów, by maszerował wzdłuż drogi, obsadzonej drzewami, ukazując się w jednej luce, doskonale widocznej dla żołnierzy Unii. Ludzie Magrudera maszerowali w kółko, wciąż na nowo pojawiając się w owej luce, co robiło wrażenie niekończącego się tłumu żołnierzy. "W ten sposób maszerowaliśmy przez cały niemal dzień, bez przerwy ukazując się wrogom w tylu miejscach, w ilu tylko było można", pisał w liście pewien kapral z Alabamy. "Jestem tym porządnie zmęczony"46.
Podstęp udał się aż nazbyt dobrze. Mały Mac zatrzymał swoją piechotę, choć w dowolnym momencie mógł przerwać linie konfederatów, rozkazał, by artyleria rozpoczęła rozpoznanie obrony. Już 7 kwietnia telegrafował do Waszyngtonu, skarżąc się: "Generał J.E. Johnson przybył wczoraj do Yorktown z silnymi posiłkami. Zapewne musiał sobie poradzić ze wszystkimi siłami wroga w liczbie nie mniejszej niż sto tysięcy ludzi, a być może nawet liczniejszymi". Uważał, że jego własne wojsko jest "prawdopodobnie mniejsze niż siły wroga". Przewidywał klęskę, twierdząc: "gdybym, tak jak oni, miał okopy i został zaatakowany armią dwukrotnie większą niż moja, nie bałbym się o rezultat". Choć wywiad donosił, że liczebność oddziałów nieprzyjaciela nie przekracza 15 000 (o czym McClellan został powiadomiony już 3 kwietnia), Młody Napoleon uznał, że nikt, a zwłaszcza zawodowy żołnierz, nie próbowałby obrony swoich linii z tak niewielkimi siłami47.
Piątego kwietnia McClellan oznajmił: "Nie mogę skierować się do Yorktown bez bitwy, w której będę musiał użyć ciężkiej artylerii i przeprowadzić wstępne operacje oblężnicze". W rzeczywistości 11 kwietnia siły Magrudera liczyły zaledwie 34 000 ludzi, a Johnston dotarł do Richmond dopiero 12 kwietnia. Gdy w nocy 3 maja konfederaci w końcu się wycofali - kiedy wojska Unii kończyły przygotowania do oblężenia - mieli zaledwie do 50 000 żołnierzy. McClellan, wciąż pod wielkim wrażeniem wizyty, jaką siedem lat wcześniej w charakterze obserwatora złożył w Sewastopolu na Krymie, by oglądać prace oblężnicze, prawdopodobnie bardziej się przejmował czekającym go zadaniem niż oczywistą liczbą ludzi na placówce48. Niemniej pamiętnikarka Mary Chestnut wspomina, że "było to cudowne, kiedy [Magruder] grał swoimi [ludźmi] przed McClellanem jak robaczkami świętojańskimi, i zupełnie wprowadził go w błąd, ukrywając się przez tak długi czas"49.
W maju 1862 roku inny dowódca konfederatów odegrał podobne przedstawienie. W Corinth w stanie Missisipi po bitwie pod Shiloh generał dywizji Pierre G.T. Beauregard posłał "dezerterów" z dokładnie przygotowanymi relacjami o "planach ofensywy" konfederatów, a równocześnie pozorował ataki kawaleryjskie, by szerzyć wśród unionistów panikę i plotki. Wiedział, że jeśli dojdzie do oblężenia, nie będzie w stanie utrzymać miasta, i postanowił, że wycofa się, by ocalić armię. Zachowując swoje plany w tajemnicy przed wszystkimi poza kilkoma osobami, które po prostu musiały o nich wiedzieć, zaaranżował ewakuację rannych, wysłał ekwipunek, a nawet rozkazał usunąć drogowskazy poza miastem, żeby utrudnić pościg. Równocześnie żołnierze jednego z pułków wznosili okrzyki przy wtórze orkiestry, witając tabory, przysłane po rannych, by stworzyć pozory, że nadchodzą posiłki.
Kiedy żołnierze na pierwszej linii usłyszeli, że mają się wycofywać, z radością włączyli się do gry. W nocy opuścili okopy, pozostawiając tylko doboszy z zapasem drzewa, by podtrzymywali ogień w ogniskach, i rano odegrali pobudkę. Zostały też jedna orkiestra, która grała co chwila w innym punkcie miasta, a także oddział specjalny, który radośnie witał puste wozy, jeżdżące tam i z powrotem przez całą noc. O 1.20 dowódca wojsk Unii, generał-major John Pope, wysłał swoim zwierzchnikom wiadomość, że "do obozu wroga ciągle nadjeżdżają liczne posiłki, taborami, z frontu i z mojej lewej strony (...). Z tego, co widzę, rano bez wątpienia zostanę zaatakowany potężnymi siłami"50. Lecz kiedy nastał dzień, żołnierze Unii nie znaleźli "ani jednego chorego jeńca, ani zardzewiałego bagnetu, ani kęska bekonu - niczego, poza opustoszałym miastem i kilkoma "działami kwakrów""51. Atrapy dział obsługiwały... kukły artylerzystów, wykonane ze słomy i starych mundurów.
Natan Bedford Forrest, zwany "czarodziejem siodła", został opisany przez Williama Tecumseha Hermana jako "najbardziej niezwykły ze wszystkich ludzi, walczących w wojnie domowej". Taka opinia nie powstrzymała Hermana od wydania rozkazu, by Forresta "schwytać i zabić, choćby to miało kosztować 10 000 ludzkich istnień i bankructwo skarbu państwa"52. Spontaniczność i błyskotliwość w dowodzeniu kawalerią łączyły się u Forresta z talentem do stosowania forteli: potrafił doskonale stwarzać wrażenie, że dysponuje siłami o wiele większymi niż w rzeczywistości. Siedemnastego grudnia 1862 roku, przekraczając rzekę Tennessee w pobliżu Clifton, musiał zdążyć z operacją, zanim wojska Unii zdołają się skoncentrować i go zniszczyć. Kiedy schwytano kilku cywilów (zwolenników Unii), musztrował swoją piechotę w ich obecności, po czym pozwolił jeńcom uciec. "Ocaleni" roznieśli pogłoski, że Forrest dowodzi liczną armią piechoty. Jego kawalerzyści zawsze wozili ze sobą kotły, w które bili, by stworzyć wrażenie, że idzie za nimi także piechota53.
W kwietniu 1863 roku Forrest otrzymał rozkaz pokonania wojsk Unii, które zdążały do Alabamy pod wodzą pułkownika Abla D. Streighta. Przyparłszy Streighta do muru, Forrest zażądał, by się poddał, twierdząc, że właśnie przysłano mu nowe oddziały. "Mam dość ludzi, żeby po was przejść", oznajmił54. Streight nie chciał nawet rozważać złożenia broni, póki nie przekona się, że Forrest mówi prawdę. Forrest jednak nie zamierzał odkrywać kart. W tym samym czasie, wypełniając wcześniejsze polecenia, dowódca artylerii Forresta co chwila kazał swoim ludziom przeciągać dwa działa przez drogę; chował je i znowu pokazywał, a Streight obserwował to, patrząc Forrestowi przez ramię. "Na miłość boską! - krzyknął w końcu Streight - ileż pan ma tych dział? Naliczyłem już piętnaście". "Tak... to już chyba wszystkie", rzucił Forrest, rozglądając się niedbale55. Streight wrócił na swoje pozycje i wkrótce się poddał - siłom ponaddwukrotnie mniej licznym niż jego własne.
Dwudziestego czwartego września 1864 roku Forrest, który w czasie tej wojny awansował z szeregowca na generała dywizji, wyłącznie dzięki blefowi i mocy swej osobowości zdobył miasto Athens w stanie Alabama. Wysłał do pułkownika Unii, Wallace'a Campbella, parlamentariuszy z pismem, w którym żądał natychmiastowego i bezwarunkowego poddania się, "by powstrzymać przelew krwi" (podobnie jak lord Cawdor w Fishguard). Kiedy obie strony się spotkały, twierdził z uporem, że jeżeli będzie musiał przypuścić szturm na fort, w którym usadowił się Campbell, dojdzie do masakry. Zarzekał się przy tym, że ma ponad 10 000 ludzi. Campbell godził się na kapitulację tylko pod warunkiem, że zobaczy ich na własne oczy. Z wyprawy do obozu wroga wrócił przekonany, że Forrest istotnie dowodzi co najmniej 8000-10 000 żołnierzy i rozporządza dziewięcioma działami, więc próby stawiania im dalszego oporu równałyby się zamordowaniu własnych ludzi. Unionista, który wcześniej grał na zwłokę w nadziei, że doczeka się posiłków, teraz zgodził się poddać. Tymczasem w rzeczywistości Forrest dowodził grupą zaledwie 4500 ludzi, a zaprezentował przeciwnikowi armię, złożoną z 10 000, stosując swój zwykły podstęp. Pokazywał mu część swoich kawalerzystów, udających piechotę; kiedy pułkownik Unii przechodził do kolejnego oddziału, żołnierze wsiadali na konie i zmieniali pozycje, by się ukazać jako kawaleria. Kazał też przesuwać działa, żeby pozornie zwiększyć ich liczbę. Campbell miał jednak rację w sprawie posiłków. Nadeszły one wkrótce potem - i także zostały zmuszone do kapitulacji.
BADEN-POWELL W MAFEKING
Innym dowódcą, który zasłynął z upodobania do amatorskiego teatru, był pułkownik Robert Stephenson Smith Baden-Powell[11]. BP (jak go wszyscy nazywali), bohater drugiej wojny angielsko-burskiej, najprawdopodobniej uratował Afrykę Południową dla Brytyjczyków57. Chociaż oblężenie Mafeking straciło znaczenie strategiczne w ciągu kilku tygodni, społeczeństwo brytyjskie, wstrząśnięte potwornościami grudnia 1899 roku, znanymi pod nazwą "czarny tydzień", a także hańbą tysięcy zawodowych żołnierzy brytyjskich, którzy tkwili w oblężonych Kimberley i Ladysmith, nie miało nigdy dość informacji o triumfach BP w Mafeking. Garstka amatorów pod dowódcą, o którym nikt wcześniej nie słyszał, grała na nosie oddziałom Burów. "Prawdziwym wyczynem wojennym - pisał później BP - jest przede wszystkim blef, ale taki, który usprawiedliwiają szczególne warunki"58. Sardonicznymi w tonie meldunkami: "Jedno lub dwa polowe działka ostrzeliwują miasto. Nikt się tym nie przejmuje" - dodatkowo zaskarbiał sobie sympatię społeczności brytyjskiej.
W czerwcu 1899 roku, tuż przed rozpoczęciem wojny w Afryce Południowej, BP został wysłany z pięknie brzmiącym tytułem głównodowodzącego do Północno-Zachodnich Wojsk Granicznych z zadaniem stworzenia dwóch batalionów piechoty konnej i skoordynowania działań miejscowej policji. Poza tym na wypadek wojny otrzymał tajne instrukcje: miał najechać Transwaal i odciągnąć Burów jak najdalej od zapalnych punktów: Cape Colony i Natalu. W rzeczywistości fortelami i blefami, które utwierdziły jego reputację, wypełniał część rozkazów, otrzymanych z Ministerstwa Wojny59. Jednak pod koniec września, kiedy wojna była już nieuchronna, władze Cape Colony nie pozwoliły mu wejść do miasta. Musiał więc użyć podstępu: "Otrzymałem pozwolenie od Cape do umieszczenia zbrojnej straży w Mafeking w celu strzeżenia magazynów; ponieważ jednak nie określono, jak silna ma być ta straż, bezzwłocznie przyprowadziłem cały regiment [Protektoratu]"60. Jedenastego października prezydent Transwaalu Paul Kruger ogłosił rozpoczęcie wojny. Burowie połknęli przynętę i natychmiast wysłali do Mafeking co najmniej 8000 ludzi.
Prowizorycznie zebrany garnizon liczył już 48 oficerów i 1183 żołnierzy; nie wszyscy mieli nowoczesną broń, brakowało też artylerii. Ponieważ nie mógł zaatakować Transwaalu, Baden-Powell postanowił osiągnąć swój cel, działając z miasta. Nie sposób było zapobiec odcięciu przez Burów miasta od dostaw żywności i dalszych posiłków wojskowych, tak że nawet najbardziej optymistyczne prognozy zakładały nadejście pomocy najwcześniej za sześć tygodni. Jedynie Baden-Powell sądził, że zdoła odeprzeć wstępny atak. Chciał przekonać głównego dowódcę, Pieta Cronjego, że choć miasto jest już lwem bez zębów, ma jeszcze ostre pazury. Natychmiast umieścił wiele placówek na okręgu o obwodzie 9 kilometrów. Był to obszar za duży do obsadzenia przez tak nikłe siły, lecz dowódca miał nadzieję, że ze względu na jego rozległość uda mu się uniknąć masowego ataku; ponadto na tym terenie mieszkało 6000 krajowców. Na położony w ośrodku Baralong jeden "fort" w odległości 2,5 kilometra na zachód od linii kolejowej składały się nasyp ziemny, worki piasku i dwa wyjątkowo wysokie maszty flagowe, wyraźnie wskazujące, że mieści się tu główna siedziba dowódcy. Jak spodziewał się BP, na tym forcie skupiał się ogień wroga; był to naturalnie fałszywy cel. Z ciernistych krzaków spleciono zeribę, zastępującą drut kolczasty, a w nadających się do wykorzystania domostwach ustawiono działa. Przygotowano okopy i zbudowano kamienne umocnienie w starym forcie w Cannon Kopje. Linia telefoniczna łączyła wszystkie pozycje z hotelem Dixon, w którym Baden-Powell urządził właściwą siedzibę dowództwa. Z hotelu widać było całą okolicę. Zaopatrzenie w żywność nie stanowiło jeszcze wtedy problemu, gdyż niewiele osób zakładało, że oblężenie mogło potrwać dłużej. Holenderscy mieszkańcy triumfowali, a liczni agenci burscy okazali się nieocenioną pomocą dla obrońców.
W budowie fortyfikacji uczestniczyli krajowcy. Nosząc stale drewniane skrzynie, mówili każdemu, kto pytał, że nie wolno ich upuścić. Wkrótce wokoło miasta pojawiły się "pola minowe", oznakowane w językach holenderskim i angielskim. Wiadomość o "polach" powtarzano także w komunikatach oficjalnych. BP urządził przedstawienie. "Wszyscy siedzieli bezpiecznie wewnątrz", pisał później:
Major Panzera i ja wyszliśmy na zewnątrz i wetknęliśmy laskę dynamitu w jamę mrównika. Zapaliliśmy lont, odbiegliśmy i schowaliśmy się, zanim nastąpił wybuch: narobił wspaniałego hałasu i uniósł ogromną chmurę kurzu. Z tej chmury wyłonił się jakiś człowiek z rowerem i popedałował najszybciej, jak mógł, do Transwaalu, odległego o 13 kilometrów, gdzie bez wątpienia opowiedział, jak to, po prostu przejeżdżając drogą, spowodował wybuch morderczej miny. Tymczasem skrzynie były wypełnione niegroźnym piaskiem!61
Pierścień się powoli zacieśniał, ale przez kilka dni Burowie podejmowali tylko działania w celu sprawdzenia sił przeciwnika. Cronje pragnął podnieść morale wojska przez bezkrwawe zwycięstwo. Burowie kontrolowali sytuację - a przynajmniej tak myśleli. Krąg fortyfikacji nie został domknięty, więc informacje przepływały w obie strony. Dzięki zabiegom BP kolejnych 1200 Burów trwoniło czas, obserwując południowy odcinek granicy z Beczuaną. Kilka tygodni wcześniej BP napisał list do starego znajomego z Anglii, który posiadał farmę w północnej części Transwaalu, ostrzegając go przed nadejściem "Trzeciej Kolumny". Wiedział doskonale, że znajomek już nie żyje, zaś list otworzy ktoś inny, kto przekaże jego treść wrogowi. "Trzecia Kolumna" istniała oczywiście tylko w wyobraźni Burów. Lecz składający się z 500 Rodezyjczyków regiment podpułkownika Herberta Plumera istniał rzeczywiście. Żołnierze ci wodzili za nos 2000 Burów, to ukazując się im, to kryjąc wzdłuż rzeki Limpopo. Kruger zasypywał podwładnych telegramami, pytając nieustannie: "Gdzie jest Plumer?" i przynaglał Burów do "pilnowania Plumera za wszelką cenę"62.
Niechęć Burów do atakowania bardzo odpowiadała Badenowi-Powellowi, przynajmniej w ciągu dnia. Nocą niebezpieczeństwo było oczywiste, aż do pewnego wieczoru, kiedy tuż po zachodzie słońca jedno ze stanowisk obronnych zajaśniało potężnym białym światłem. Wkrótce po tym (a być może - według Burów z zasady kiepsko trzymających się czasu - nawet równocześnie) takie samo światło pojawiło się w innym miejscu, a potem jeszcze jedno; w końcu Burowie uznali, że wystawiono przeciwko nim nie tylko miny, ale i liczne reflektory tropiące. Sierżant Moffat i wraz z Walkerem z Południowoafrykańskiej Kompanii Gazowo-Acetylenowej, kierujący garnizonem sygnalistów zespawali ze sobą puszki po herbatnikach tak, by im nadać formę ostrosłupa z błyszczącym wnętrzem, zaś do środka włożyli palniki acetylenowe. Urządzenia mocowano do długich drzewc i przenoszono z miejsca na miejsce, wywołując niepokój zaskoczonych Burów63. Z puszek po herbatnikach wykonano też megafony, dzięki którym słowa komend były słyszalne na odległość co najmniej pół kilometra. Rozmieszczono je na przednich pozycjach i nadawano przez nie przygotowany wcześniej "program", na który składał się przede wszystkim głos BP, wydający wyimaginowanym podwładnym rozkazy przygotowania ataku na bagnety. Przerażeni taką perspektywą Burowie zaczynali strzelać na oślep, ujawniając swoje pozycje, co bardzo pomagało brytyjskim strzelcom wyborowym64. Działania takie wypełniały polecenia, jakie Baden-Powell wydał swoim ludziom: "Oszukujcie wroga (...) w każdy możliwy sposób"65.
BP opublikował później część korespondencji z Cronjem. W listach tych Cronje przyznawał, że Mafekingu nie da się wziąć przez atak, a BP wspominał ponownie o swoich polach minowych. W ciągu października i listopada BP siedmiokrotnie wysyłał grupy zwiadowcze, by, jak mówił, dokopać Burom. Choć pociągały znaczne straty w ludziach, zwiady odnosiły jednak pożądany efekt, gdyż powstrzymywały natarcie nieprzyjaciela. Gdyby Burowie okazali większe zdecydowanie, zgnietliby obrońców, lecz Kruger, chociaż zalecał Cronjemu "skończyć z tym" wszystkim, zakazał podejmowania ataków, które mogłyby się zakończyć stratą więcej niż 50 żołnierzy.
Kiedy nadeszły wieści o blokadzie Ladysmith, okazało się, że w najbliższym czasie miasto nie może się spodziewać pomocy. Siedemnastego listopada wprowadzono racjonowanie żywności. Na szczęście następnego dnia Cronje z większą częścią wojsk wycofał się spod Ladysmith. Baden-Powell i jego dwa pułki "obiboków", wzmocnione tuzinem oficerów imperium brytyjskiego, odniosły ważne strategicznie zwycięstwo, pozbywając się na ponad miesiąc Cronjego i 1/3 sił Transwalu, w tym przynajmniej 20 nowoczesnych dział. Generał J.P. Snyman, który zastąpił Cronjego, nie podjął nawet próby zajęcia Mafekingu. Przeciwnicy nastawili się na długie oczekiwanie. Każdego dnia w listopadzie i grudniu atakujący wysyłali w kierunku Mafekingu około 70 pocisków artyleryjskich - z niewielkim skutkiem. BP dbał o ulepszenie linii obronnych. Zauważywszy, że Burowie przekraczają zasieki z drutu kolczastego, umocowane na drewnianych palikach, kazał ustawić podobne paliki, które jego ludzie ostentacyjnie przekraczali (były powiązane sznurkami)66. Dzięki tej czynności i sprytowi udawało mu się bronić miasta przed silniejszym przeciwnikiem. Po 217 dniach Snyman odstąpił od oblężenia. Baden-Powell wykazał się w tej walce "odwagą i ostrożnością", które zalecało w instrukcjach Ministerstwo Wojny, a przy tym bezwzględną wolą zwyciężenia wroga, co w połączeniu z brakiem zdecydowania Cronjego i Snymana przyniosło mu upragnione zwycięstwo.
W początkach XX wieku pewnemu szczególnie bezdusznemu dowódcy udało się oszukać własne wojsko. Dokonał tego niemiecki generał Erich von Falkenhayn podczas bitwy pod Verdun w 1916 roku.
Zaraz po porażce w wojnie z Prusami w roku 1870 Francuzi, snując plany rewanżu, wznieśli pas fortyfikacji pomiędzy granicami szwajcarską a belgijską. Głównym punktem systemu obronnego, ważnym strategicznie i umocnionym już za czasów rzymskich, była twierdza Verdun, rozbudowana przez S. Vaubana w XVII wieku. W grudniu roku 1915 Falkenhayn, mianowany szefem niemieckiego sztabu generalnego, wysłał do cesarza memorandum, w którym w pokrętny sposób dowodził, że głównym wrogiem Niemiec jest Wielka Brytania i że najlepszą drogą do jej pokonania będzie wykluczenie z wojny armii francuskiej. Twierdził, że Francuzi wykorzystują do walki wszystkich sprawnych obywateli i dlatego ich siły powinny "wykrwawić się na śmierć". Plan Falkenhayna obejmował "ofensywę w kierunku Verdun", którą miała podjąć 5. Armia. Jednak kronprinz Rupert Bawarski, który dowodził 5. Armią, nigdy nie widział oryginału owego memorandum i we właściwym czasie wydał rozkaz "jak najszybszego zajęcia twierdzy Verdun". Falkenhayn zgodził się na to, choć zdobywając Verdun, Prusacy straciliby przynętę, dzięki której możliwe byłoby wciągnięcie wojska francuskiego w "maszynkę do mięsa". Widocznie sądził, że 5. Armia będzie lepiej walczyła, jeśli dostanie rozkaz zdobycia fortecy, niż gdyby miała się zaangażować w bitwę pozycyjną. Falkenhayn obiecywał kronprinzowi odpowiednie rezerwy, lecz umyślnie opóźniał ich nadejście. Wśród wszystkich podstępów wojennych, zastosowanych na przestrzeni stuleci, znajdziemy zaledwie kilka przykładów bardziej cynicznego postępowania67.
Koniec wersji demonstracyjnej.
[1] Partout la violence produit la ruse (franc.) - Gwałt wszędzie rodzi potrzebę podstępu. Jacques-Henri Bernardin de Saint-Pierre (1737-1814), francuski pisarz i przyrodnik; autor słynnej powieści Paweł i Wirginia (przyp. tłum.).
[2] Ruse de guerre (franc.) - fortel wojenny (przyp. tłum.).
[3] Tenebrae (łac.) - ciemności (przyp. tłum.).
[4] Wegecjusz (wł. Publius Flavius Vegetius Renatus) (IV w. n.e.) - słynny teoretyk wojskowości, autor dzieła De re militari (O sztuce wojskowej). Przypisuje mu się słynne powiedzenie Si vis pacem, para bellum (Jeśli chcesz pokoju, szykuj wojnę) (przyp. tłum.).
[5] Justus Lipsius (in. Joost Lips) (1547-1606) flamandzki filozof i historyk (przyp. tłum.).
[6] Maurycy Orański, książę Nassau (1567-1625); generał, reorganizator armii (przyp. tłum.).
[7] John Churchill, pierwszy książę Marlborough (1650-1722) - wódz naczelny wojsk brytyjskich, przodek Winstona Churchilla (przyp. tłum.).
[8] Quadrilateral - cztery fortece wspierające się nawzajem w północnych Włoszech: Peschiera, Mantua, Werona i Legnago (przyp. tłum.).
[9] Jeden ze statków opłynął Pen Anglas w kierunku zatoki Fishguard, gdzie powitał go wystrzał 9-funtowego działa z fortu. Sygnał ten wezwał miejscowych ochotników, statek zaś się wycofał, nie wiedząc, że osiem 9-funtowych dział w forcie może wystrzelić tylko po trzy serie strzałów każde. Za zaopatrzenie odpowiadali miejscowi mieszkańcy, którzy jednak nigdy nie brali poważnie pod uwagę inwazji (E.H. Stuart Jones The Last Invasion of Britain, s. 72-74) (przyp. aut.).
[10] Levée en masse (franc.) - masowy protest, bunt (przyp. tłum.).
[11] Robert Stephenson Smith Baden-Powell (1857-1941) - żołnierz i pisarz; twórca i wybitny organizator światowego skautingu (przyp. tłum.).