Podróżnik - Chris Pavone

-
Proszę czekać

Prolog

Mendoza, Argentyna

Nagle otwierają się drzwi. Do pokoju wpada jaskrawe światło, a w progu pojawia się czarna sylwetka potężnie zbudowanego mężczyzny.

- O co chodzi? - pyta Will, podnosząc się na łokciach i mrużąc oślepione oczy. - Coś się stało?

Mężczyzna milczy.

- Czego pan chce?

Nieproszony gość trwa bez ruchu, nie odzywając się ani słowem. Wygląda jak niemy kolos. Lustruje wzrokiem pokój hotelowy: zmiętoszona pościel, do połowy wypalone świeczki, butelka wina i kieliszki.

- ?Qué quieres?[1] - duka po hiszpańsku Will.

Zanim wtargnął tu ten obcy facet, leżał na łóżku i zmartwiony wpatrywał się w sufit. Teraz w jego głowie kłębią się rozmaite scenariusze. Który z nich jest najbardziej prawdopodobny? Pijany gość hotelowy? Nocny stróż, który pomylił drzwi? Zazdrosny chłopak? Włamywacz? Morderca?

Will zaczyna wpadać w panikę. Ukradkiem spogląda w stronę uchylonych zaledwie kilka minut temu drzwi balkonowych, które wychodzą na ciągnącą się za hacjendą winnicę. W oddali majaczą pokryte śniegiem szczyty Andów, a na niebie jaśnieje okrągły księżyc. Will siada na łóżku, lekko zawstydzony swoją nagą klatką piersiową.

- Kim pan jest? - pyta zdecydowanym głosem, starając się pokazać, że nie stracił pewności siebie. - Czego pan tu szuka?

Mężczyzna kiwa głową, robi krok do przodu i zamyka za sobą drzwi.

W pokoju zapada półmrok rozświetlany jedynie blaskiem świec i jasnoniebieską poświatą elektronicznego zegara. Jest za dziesięć trzecia. Will ma płytki, nierówny oddech. Po jakimś czasie jego wzrok przyzwyczaja się do ciemności. Uciekać czy się bić? A może jedno i drugie? Zaczyna się rozglądać w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby posłużyć za broń. Lampa podłogowa? Stłuczona butelka po winie? Najlepszy byłby pogrzebacz, ale kominek znajduje się po drugiej stronie pokoju, za plecami intruza, którego zamiary wciąż pozostają niejasne.

- To ja chciałbym wiedzieć, co ty tutaj robisz - odzywa się wreszcie mężczyzna, po czym włącza światło. Słychać ciche pstryknięcie i nagle pokój zalewa oślepiający blask. Źrenice Willa zwężają się o ułamek sekundy za wolno i dopiero po chwili zdaje sobie sprawę, że gdzieś już widział tego faceta. Nie jest jednak w stanie sobie przypomnieć, kiedy to było, ale na pewno niedawno. Nie czuje z tego powodu radości, lecz raczej smutek, jakby zorientował się, że coś zgubił. - Will Rhodes, tak? Kim ty tak naprawdę jesteś?

W głosie nieznajomego nie ma ani śladu obcego akcentu. Will coraz mocniej uświadamia sobie grozę sytuacji. Wysoki, napakowany Amerykanin powoli zbliża się do łóżka, ale trwa to dość długo, ponieważ pokój jest naprawdę duży. Ten luksusowo wyposażony apartament wypełnia mnóstwo niepotrzebnych mebli oraz kosztownych detali i bibelotów związanych z produkcją wina i argentyńską pampą. Na ścianie wiszą poroża, a na podłodze leży chodnik z wołowej skóry. Ten pokój ma przypominać zamożnym klientom, którzy mogli przecież wybrać pobyt w dowolnym zakątku globu, dokąd i po co przyjechali. Will nocował już w wielu podobnych hotelach na całym świecie, zawsze na czyjś rachunek.

- Czy to napad rabunkowy? - Will zaczyna sporządzać w myślach inwentarz cennych przedmiotów, które może stracić, ale na całe szczęście nie jest ich zbyt wiele. - A może chodzi o porwanie? - Tylko źle poinformowany amator ryzykowałby uprowadzenie Willa Rhodesa. Ewentualny okup byłby przecież śmiesznie niski. Ten facet nie wygląda jednak na źle poinformowanego amatora.

Nieznajomy staje wreszcie obok łóżka i sięga do kieszeni kurtki. Will wzdryga się na samą myśl o tym, co za chwilę się stanie. Jest w końcu środek nocy, a jego codzienne życie, w którym ma żonę, zostało gdzieś na drugim końcu świata.

Jeśli wcześniej miał jakieś wątpliwości, to teraz wszystko stało się jasne. Wczoraj wieczorem popełnił straszny błąd. Sprawy potoczyły się zbyt gładko, żeby dało się w to uwierzyć. Zachował się jak skończony idiota.

- Masz - mówi mężczyzna, a następnie wykonuje szybki ruch nadgarstkiem i w otwartej dłoni Willa ląduje smartfon. Na ekranie widać rozmazany obraz. W ciemnym, bliżej niezidentyfikowanym pomieszczeniu majaczą jakieś kształty.

- Co to jest?

- Włącz odtwarzanie.

Will dotyka wyświetlacza i u dołu pojawia się pasek nawigacji z rozpoznawalnymi na całym świecie symbolami. Naciska trójkąt.

Nieostra stop-klatka zaczyna się ruszać i Will widzi nagą kobietę, która siedzi okrakiem na mężczyźnie, rytmicznie poruszając biodrami w górę i w dół, jakby była tłokiem pracującej na pełnych obrotach maszyny parowej. Filmik jest kiepskiej jakości - słabe światło, dziwny kąt ustawienia kamery, zniekształcony dźwięk - ale już po dwóch sekundach Will rozpoznaje obie postaci i naciska "stop". Obraz zastyga i na ekranie pojawia się zbliżenie na wygięte w łuk plecy kobiety, jej odrzuconą do tyłu głowę i rozchylone z rozkoszy usta. Udawanej rozkoszy.

Teraz wszystko jasne.

Will nie jest zaskoczony, że wpadł w tarapaty. Dziwi go jednak rozmiar katastrofy. To, co mu się przydarzyło, jest niesprawiedliwe i niewspółmierne do jego winy. Ale czy na pewno? A może właśnie na coś takiego zasłużył?

Zaczyna gorączkowo zastanawiać się nad możliwymi wyjściami z sytuacji. Nie ma zbyt wiele czasu do namysłu. Przez moment wydaje mu się, że powinien coś na siebie włożyć. Wystarczyłoby powiedzieć: "Kurczę, mógłbym się chociaż ubrać?". Szybko dochodzi jednak do wniosku, że w ubraniu będzie mniej przekonujący. W samych spodniach od piżamy pozostanie ofiarą i łatwiej wzbudzi litość strażników, których ma zamiar spotkać na zewnątrz. Ten hotel traktuje kwestie bezpieczeństwa bardzo poważnie. Kierownictwo chce przyciągnąć naprawdę bogatą klientelę, ponad wszystko ceniącą sobie spokój, więc obiekt znajduje się pod stałym nadzorem profesjonalnych ochroniarzy, którzy blisko współpracują z policją.

Will wyciąga rękę, żeby oddać telefon, i przetacza się na skraj łóżka.

Do dzieła!

Kiedy mężczyzna sięga po komórkę, Will ciska nią z całej siły na drugi koniec pokoju.

Nieznajomy śledzi wzrokiem jej lot, a w tym samym czasie Will skacze na równe nogi, rzuca się na niego, powala na ziemię i siada okrakiem na jego potężnym tułowiu. Wali go pięścią w twarz, po chwili wymierza kolejny cios i widzi lejącą się z nosa krew.

Podrywa się i nie czując wysiłku z powodu buzującej w żyłach adrenaliny, dopada do rozchylonych zasłon i wybiega na zewnątrz. Pędzi boso po oświetlonej blaskiem księżyca, chłodnej, zroszonej murawie. Jego celem jest główna część hotelu, w której na pewno znajdzie uzbrojonych ochroniarzy. Bez wątpienia są w stałym kontakcie z federales, którzy przynajmniej na jakiś czas zatrzymają intruza. Wtedy Will będzie mógł zadzwonić. Na samą myśl o tym nabiera pewności siebie. Jest już w połowie drogi...

Nagle zupełnie niespodziewanie dostaje pięścią w twarz. Zatacza się do tyłu i traci równowagę. Pada na plecy i na tle nieba widzi własne stopy. Przed uderzeniem głową o ziemię dostrzega jeszcze kobietę - tak, tę samą kobietę - która bierze zamach i wymierza mocny prawy sierpowy. Will traci przytomność.

Rozdział 1

Nowy Jork, kilka tygodni wcześniej

Jest za piętnaście szósta rano. Wzdłuż spokojnej, zielonej brooklińskiej ulicy biegnie mężczyzna ubrany w dżinsy, brudny T-shirt i znoszone białe tenisówki. Sapie z wysiłku, a po twarzy cieknie mu pot. Nie uprawia jednak joggingu, tylko pracuje. Sięga do płóciennej torby, bierze zamach i ciska gazetę, która przelatuje nad ogrodzeniem, ląduje na szczycie schodów i zatrzymuje się tuż przed drzwiami wejściowymi do kamienicy. Idealny rzut.

Tuż za nim sunie zdezelowane kombi z uchyloną klapą bagażnika przytrzymywaną przez kilka niedbale zaczepionych linek. Za kierownicą jadącego z prędkością paru kilometrów na godzinę chevroleta siedzi siostra gazeciarza. Kupili to auto na złomowisku na Willets Point od faceta, który też przyjechał z Campeche. W Nowym Jorku mieszka wielu Meksykanów, ale jedynie garstka pochodzi z miasta położonego na zachodnim wybrzeżu Jukatanu. Zapłacili czterysta dolarów. To był dobry interes. Właściciel zrobił im przysługę, za którą trzeba będzie się w jakiś sposób odwdzięczyć.

Torba jest pusta. Mężczyzna wbiega na ulicę, wyciąga z bagażnika gruby plik gazet i wraca na chodnik. Przed następnym domem rozstawiono rusztowanie, a okno do salonu zabite jest kawałkiem sklejki. W niewielkim ogródku rośnie jedynie w połowie uschnięty krzew dzikiej róży, a poza tym leży sterta desek i stoi kilka kozłów do piłowania drewna.

Mężczyzna rzuca, ale tym razem nie trafia. Pracuje już od godziny i być może jest po prostu zmęczony. Gazeta przewraca plastikowe wiadro, z którego wypada butelka po piwie, toczy się po betonie i rozbija na najwyższym stopniu schodów.

- Mierda.

Gazeciarz wbiega na górę, podnosi wiadro i zbiera potłuczone szkło. Ostre odłamki mogą być śmiertelnie niebezpieczne. Jego kuzyn Alonso odstraszył czymś takim co?o[2], który zaczepiał Estellitę w barze przy autostradzie. Przemoc zawsze była częścią życia Alonso, czasem należała nawet do jego obowiązków służbowych. Agresja stanowi nieodłączną część natury niektórych ludzi, jest jak krwistoczerwona nić wplatana w turkusowe i indygowe serape[3], które babcia tkała na krośnie przywiązanym do rosnącego na podwórku drzewa. To było, jeszcze zanim ten biznes przeniósł się do bardziej malowniczych osad położonych bliżej kurortów. Turistas gotowi byli słono zapłacić za podróż zakurzonymi drogami do zabitych dechami wiosek, żeby kupić wyroby miejscowego rękodzieła bezpośrednio od bosych chłopów.

Mężczyzna wrzuca potłuczoną butelkę do bagażnika i wraca do pracy. Stara się ruszać szybciej, żeby nadgonić stracony czas. Dziesięć sekund tu, dwadzieścia tam i na końcu trasy można mieć pół godziny w plecy. Klienci są wściekli. Wychodzą na próg w szlafrokach, biorą się pod boki i patrzą, czy sąsiedzi dostali już swoją gazetę. Po takiej wpadce można zapomnieć o dziesięciodolarowych napiwkach na święta. Nie ma za co zapłacić czynszu i ani się obejrzysz, a musisz błagać jakiegoś narcotraficante, żeby pozwolił ci stać na czatach. Jesteś tylko kolejnym ilegal, który ukrywa się przed policją, urzędem imigracyjnym i DEA, aż pewnej nocy dostaje kulkę w ulicznej strzelaninie, bo ma przy sobie sześćdziesiąt dolarów albo kilka gramów llelo[4].

Mężczyzna rzuca kolejną gazetę.

~ ? ~

Hałas rozbijanej butelki budzi Willa Rhodesa dużo wcześniej, niżby chciał. Na dodatek śniło mu się coś naprawdę przyjemnego. Chce objąć żonę i poczuć pod palcami jej skórę, miękką, ciepłą i pokrytą brzoskwiniowym meszkiem. Na pewno ma na sobie cienką jedwabną koszulkę, gładką i chłodną w dotyku. Z łatwością można zsunąć ramiączko i dotknąć jej piegowatego barku, kuszącego wgłębienia u nasady szyi, zjechać ręką niżej...

Kolejna nieprzyjemna niespodzianka. Chloe nie ma w łóżku.

Jego dłoń spoczywa na starym prześcieradle z obcym monogramem holenderskiego kupca, które Will kupił tanio w komplecie na pchlim targu przy jakimś zatęchłym kanale w Delft. Sprzedawczynią była ekscentryczna szwaczka, która zajmowała się przerabianiem wiekowych materiałów na standardowe wymiary, żeby pasowały do współczesnych materaców, łóżek i produkowanych masowo stołów. Napisał o tym nawet artykuł, kilkaset słów dla niezależnego tygodnika. Na dobrą sprawę pisał już artykuły o wszystkim.

Chloe przykleiła do poduszki kartkę z wiadomością.

Poszłam do biura. Mam spotkanie wcześnie rano. Przyjemnej podróży! - C.

Żadnego "kocham cię" albo "będę tęsknić". Tylko suche fakty.

Wczoraj wieczorem Will miał już wychodzić z baru karaoke, kiedy wpadł w sidła tej babki z firmy produkującej wina - pończochy ze szwem, seksowny różowy stanik i skłonność do pochylania się tak nisko, żeby było widać jej okazały dekolt. Właśnie wrócił do stolika po odśpiewaniu Fake Plastic Trees. Naprawdę wczuł się w tę piosenkę. Gdy kilkunastu podpitych kolegów zaczęło bić brawo, lekko się ukłonił. Miał wrażenie, że ich oklaski były głośniejsze i bardziej szczere niż aplauz paru tysięcy ludzi w wielkiej sali balowej, w której kilka godzin wcześniej odbierał nagrodę.

- Świetnie wyglądasz we fraku - powiedziała, kładąc mu rękę na udzie.

- Każdy facet świetnie wygląda we fraku - odpowiedział. - Właśnie o to chodzi. Dobranoc!

Jednak wrócił do domu dopiero o drugiej nad ranem. A może dochodziła już trzecia? Na pewno miał problem z trafieniem kluczem do zamka. W korytarzu ściągnął buty z lakierowanej skóry, żeby nie hałasować na drewnianych schodach. Po drodze chyba się potknął - tak, ma siniaka na goleni - a potem stanął w progu sypialni i chwiejąc się, wpatrywał w odkrytą nogę swojej żony. W blasku ulicznej latarni jej ciało miało kolor jasnożółtego atłasu...

Chloe nie znosi, kiedy w środku nocy Will wraca do domu podpity i zaczyna się do niej przystawiać. Myśli wtedy swoim przyrodzeniem, zapominając, że jest brudny, spocony i nie najlepiej pachnie. Najprawdopodobniej więc szybko się rozebrał - tak, na krześle leży rzucony niedbale frak, a na podłodze muszka - i od razu zapadł w głęboki sen, chrapiąc jak drwal i śmierdząc jak gorzelnia.

Zasłania ręką oczy przed ostrym słońcem wpadającym przez duże dwunastoszybowe okno, w którym nie wisi żadna zasłona. Ramy pokryte zadrapaniami i purchlami oraz odkształcone w wielu miejscach szyby stanowią oryginalne wyposażenie domu, który wybudowano w 1884 roku, kiedy nie istniały telefony, laptopy, internet, samochody, samoloty i bomby atomowe, a o wojnach światowych nikt nawet nie słyszał. To było jeszcze przed narodzinami jego pradziadków. Dla niego i dla Chloe to jednak nowy dom.

Na dole słychać jakiś hałas. Trzask zamykanych drzwi wejściowych?

- Chloe? - krzyczy zachrypniętym głosem.

Potem skrzypią schody. Will próbuje odkaszlnąć.

- Chlo?

W korytarzu słychać zbliżające się kroki. Robi się nieprzyjemnie.

- Zapomniałam portfela - mówi Chloe i rozgląda się po pokoju. Omiata wzrokiem wielką zniszczoną komodę, znajduje portfel, po czym zwraca się do męża. - Dobrze się czujesz?

To pytanie zabrzmiało jak wyrzut.

- Przepraszam, że tak późno wróciłem. Obudziłem cię? - Chloe nie odpowiada. - Już miałem się zbierać, ale...

Chloe krzyżuje ręce na piersiach. Nie ma najmniejszej ochoty słuchać tej historii. Chciałaby tylko, żeby jej mąż wcześniej wracał i mniej pił. Niestety, czas, który spędzają w domu, rzadko się na siebie nakłada. Chloe jest w pełni świadoma, że zostawanie po godzinach jest częścią pracy Willa. To żadne widzimisię, tylko obowiązek. W końcu sama wykonywała kiedyś ten zawód.

Will jest jednak rozgoryczony, że w dniu jego wylotu Chloe znowu wychodzi wcześnie z domu, zostawiając na poduszce lakoniczną wiadomość.

Mimo to zdaje sobie sprawę, że lepiej będzie, jeśli wyrazi skruchę i jakoś się wytłumaczy.

- Przepraszam. Wiesz, jak bardzo lubię karaoke. - Odchyla kołdrę i poklepuje materac. - Chodź tu do mnie. Mogę ci to jakoś wynagrodzić?

- Mam spotkanie.

Jej nowe biuro znajduje się w dzielnicy, w której są głównie urzędy, kancelarie prawnicze i sądy. Will spotkał ją kiedyś przypadkiem podczas lunchu. Próbował załatwić jakąś sprawę w wydziale budownictwa i zobaczył ją, gdy kupowała kanapkę. Oboje byli zaskoczeni i wyraźnie podenerwowani, jakby zostali przyłapani na czymś niestosownym. To był jednak tylko pojedynczy incydent.

- Poza tym za sześć dni będę miała owulację. Więc lepiej oszczędzaj siły, marynarzu.

- Ale za sześć dni będę we Francji.

- Wydawało mi się, że wracasz w piątek.

- Malcolm przedłużył wyjazd.

- Co takiego?

- Przykro mi. Zapomniałem ci powiedzieć.

- W takim razie dupa. Kolejny stracony miesiąc.

No cóż, Will nie nazwałby tego miesiąca straconym.

- Przepraszam.

- Ciągle to powtarzasz. - Chloe kręci głową. - Dobra, muszę iść.

Podchodzi do łóżka, które jest jedynie leżącym na podłodze materacem, bez żadnej ramy ani podkładki ze sprężynami. Will wie, jak powinien wyglądać idealny stelaż, ale jeszcze takiego nie znalazł. Należy do ludzi, którzy wolą czegoś nie mieć, niż iść na ustępstwa. Dlatego właśnie w tym domu jest tyle pustych framug, drzwi bez klamek, umywalek bez kranów i zwisających z sufitów nagich żarówek. Will nienawidzi półśrodków.

Chloe nie lubi tej cechy charakteru swojego męża i niekończący się remont coraz bardziej działa jej na nerwy. Dla niej nie musi być perfekcyjnie, wystarczy, że będzie dobrze. Will doskonale zdaje sobie z tego sprawę i dlatego nie dopuszcza jej do podejmowania żadnych decyzji. Wie, że jego żona zbyt łatwo daje za wygraną i jest skłonna pójść na kompromis. Zresztą nie tylko w sprawie domu.

Chloe pochyla się i całuje go delikatnie w usta. Will łapie ją za rękę.

- Naprawdę robi się późno - mówi, ale w jej głosie słychać wahanie. Rumieni się, z trudem powstrzymując uśmiech. - Muszę lecieć. - Kiedy Will lekko ją pociąga, nie stawia żadnego oporu i nawet nie próbuje się wyrwać. Przewraca się na łóżko i kładzie na swoim mężu.

~ ? ~

Will leży rozwalony w pościeli, a Chloe układa włosy, poprawia kolczyki i wiąże apaszkę. Jest kobietą, więc wykonuje te czynności niezwykle sprawnie, niemal automatycznie. Dla Willa to czarna magia - w końcu mężczyźni potrafią tylko się ogolić.

- Lubię na ciebie patrzeć - mówi, starając się sprawić jej przyjemność.

- Uhm - mruczy Chloe, nie zwracając na niego specjalnej uwagi.

Uważa się, że najtrudniejszy jest drugi rok małżeństwa, ale w ich wypadku to się nie potwierdziło. Byli młodzi, świetnie się bawili i nie mieli żadnych zmartwień. Ich praca polegała na zagranicznych wojażach. To był wspaniały rok.

Kryzys przyszedł dopiero cztery lata po ślubie. Właśnie wtedy przeprowadzili się do zrujnowanego domu, który zostawił im w spadku ojciec Chloe. To miała być inwestycja na przyszłość. Niestety, okazało się, że trzy mieszkania wynajmują słabo wypłacalni, często bezrobotni lokatorzy, a nieruchomość ma nie do końca uregulowany status prawny. Na dodatek zaginęły gdzieś plany instalacji wodnej i elektrycznej. Krótko mówiąc, wszystkie typowe problemy plus parę takich, które trudno było przewidzieć.

Prace remontowe ruszyły z kopyta, ale bardzo szybko trzeba było je przerwać z powodu dojmującego braku gotówki. Will nie mógł wyjść ze zdziwienia, że wszystko jest takie drogie. Chloe nie była wcale zaskoczona, ponieważ dokładnie tego się spodziewała.

Wprowadzili się więc do domu z zerwanymi podłogami, nie do końca działającą instalacją wodno-kanalizacyjną, nieskończoną kuchnią, popsutymi oknami i wybebeszoną izolacją. Połowa pierwszego i całe drugie piętro w ogóle nie nadawały się do zamieszkania. Remont okazał się kompletną porażką. Byli spłukani, a Chloe żywiła wobec Willa coraz więcej urazy z powodu braku chęci pójścia na jakikolwiek kompromis, który pozwoliłby zakończyć ten koszmar.

W dodatku po roku próbowania wciąż nie mogła zajść w ciążę, chociaż robili wszystko zgodnie z drakońskim harmonogramem. Will aż nazbyt dobrze zrozumiał, że testy owulacyjne i kalendarzyki są dokładnym przeciwieństwem erotycznych zabawek.

Kiedy Chloe nie zajmowała się planowaniem kolejnych stosunków, które odbywali zawsze w pozycji misjonarskiej, rzekomo najbardziej sprzyjającej zapłodnieniu, wpadała w ponury nastrój. Jej zły humor miał kilka różnych odmian: otwarcie wrogą, burkliwą, urażoną i taką jak dziś - obojętną.

- Jak ci się wydaje, o co chodzi z tym przedłużeniem pobytu?

Will wzrusza ramionami, ale Chloe tego nie widzi, ponieważ patrzy w inną stronę.

- Nie wiem. Malcolm nie był specjalnie rozmowny. - Will na razie nie chce o tym mówić. Najpierw sam musi poznać szczegóły dotyczące nowych zadań, dodatkowego wynagrodzenia i zwiększonej liczby podróży służbowych.

- A tak w ogóle to co u niego słychać?

Rok temu doszło w redakcji "Travelers" do sporych przetasowań i właśnie wtedy zaangażowano Willa. Chloe nie spodobał się ten pomysł, ponieważ jej zdaniem nie powinni pracować w tej samej podupadającej firmie działającej w branży, która chyli się ku upadkowi. Złożyła więc wymówienie. Zrezygnowała z etatu i została redaktorem współpracującym. W podobnym charakterze zatrudnionych było kilkudziesięciu innych dziennikarzy. Niektórych łączyły z pismem bardzo luźne związki i dostawali symboliczne wynagrodzenie, ale liczył się prestiż. Mogli wpisać nazwę periodyku w stopkach swoich e-maili i na wizytówkach. Robiło to dobre wrażenie i pomagało w znalezieniu nowych zleceń.

"Szukanie nowych zleceń" to dobry opis tego, czym zajmują się dziennikarze piszący do kolorowych magazynów.

Chloe podeszła do sprawy racjonalnie, robiąc listę za i przeciw. W tym małżeństwie to ona jest dobrze zorganizowanym pragmatykiem, a jej mąż działającym pod wpływem emocji idealistą.

- Wydaje mi się, że Malcolm bardzo przejmuje się sprzedażą firmy - mówi Will. - Negocjacje zbliżają się do końca i obie strony robią kompleksowe ekspertyzy.

- Boi się, że straci pracę?

- Myślę, że tak, choć na pewno się do tego nie przyzna, wiesz, jaki on jest.

Chloe potwierdza chrząknięciem. W końcu zna Malcolma znacznie lepiej niż Will. Przez wiele lat razem pracowali i nie było łatwo, kiedy któregoś dnia Malcolm został jej szefem. Chloe twierdzi, że odeszła z redakcji w przyjaznej atmosferze, ale Will nie za bardzo w to wierzy. Spotkanie z Malcolmem, które odbyło się za zamkniętymi drzwiami, trwało zdecydowanie za długo.

Oboje utrzymują również, że nic nigdy między nimi nie było - żadnych flirtów, żadnej fascynacji, żadnych przygód podczas wspólnych wyjazdów na Majorkę lub do Malezji. Co do tego Will również ma wątpliwości.

- Dobrze, teraz już naprawdę spadam. - Chloe pochyla się i całuje męża zdecydowanie namiętniej niż za pierwszym razem. - Miłej podróży.

~ ? ~

Spakowanie się na tygodniową podróż za granicę potrafi niektórym zająć wiele godzin. Stają przed otwartą szafą i bez żadnego planu przesuwają kolejne wieszaki, grzebią w apteczce, szukając pasty do zębów w jak najmniejszej tubce, przetrząsają szuflady i półki, żeby znaleźć przejściówkę, nie pamiętają, gdzie schowali obcą walutę - może w biurku? - a potem wiele razy sprawdzają, czy na pewno wzięli ze sobą paszport.

Will już dawno temu przestał być jednym z tych żałosnych amatorów. Otwiera swoją jaskrawoniebieską walizkę na kółkach, tak charakterystyczną, że łatwo ją zauważyć w biurze rzeczy znalezionych lub opisać boyowi hotelowemu. Rzucałaby się również w oczy na taśmociągu, ale Will nigdy nie odprawia bagażu.

Automatycznymi ruchami wyjmuje z komody gotowe stosiki ubrań i wkłada je do walizki. Dokładnie te same rzeczy, które zabrał na poprzedni wyjazd, lądują w ściśle określonych miejscach, wyznaczonych przez zrolowane majtki i skarpetki. Spakowanie się zabiera Willowi pięć minut. Potem słychać metaliczny zgrzyt suwaków i rozlega się przyjemny dźwięk gumowych kółek stawianych na parkiecie.

Will idzie do swojego gabinetu. Na jednej z półek stoją pudełka po butach ze starannie wypisanymi nazwami: Europa Zach., Europa Wsch., Afryka i Bliski Wschód, Azja i Australia, Ameryka Łacińska i Karaiby, USA. Z Europy Zachodniej wyjmuje spięty plik banknotów euro, stosik biletów na paryskie metro oraz plan miasta w formie książeczki w bordowej okładce. Bierze też przejściówkę i od razu zakłada ją na wtyczkę zasilacza komputerowego, żeby pasowała do egzotycznych europejskich gniazdek.

Ostatnią rzeczą, którą musi zabrać, jest paszport, wyjątkowo gruby, ponieważ zawiera dodatkowe strony wklejone przez urzędnika Departamentu Stanu. W środku wizy i pieczątki wstawione przez pograniczników z różnych państw. Rzadko się zdarza, żeby funkcjonariusz urzędu imigracyjnego nie skomentował zawartości tego dokumentu. Will był już niejednokrotnie zatrzymywany na granicy i pewnie jeszcze nieraz mu się to przytrafi.

Staje w drzwiach i rozgląda się dookoła, zastanawiając się, czy czegoś nie zapomniał.

No tak, niewiele brakowało. Otwiera szufladę i wyjmuje ładnie zapakowane, przewiązane jedwabną wstążką pudełeczko. Jest wystarczająco małe, żeby zmieściło się w kieszeni marynarki, ale na tyle duże, żeby sprawiać kłopot.

Ostrożnie schodzi na parter po chybotliwych schodach. Otwiera drzwi wejściowe, podnosi z ziemi gazetę i gramoli się w dół po nierównych betonowych stopniach. Na moment przystaje w mikroskopijnym ogródku. Na nadspodziewanie żywotnym pnączu oplatającym żelazne ogrodzenie pojawiło się kilka czerwonych kwiatów.

Rusza w stronę stacji metra, ciągnąc za sobą walizkę. Jest do tego przyzwyczajony. Robi to w końcu co kilka tygodni.

W pewnym momencie przejeżdża kółkami po szczątkach pojedynczej róży, którą najwyraźniej spotkał przykry koniec, o czym świadczą porozrzucane po ziemi płatki i złamana łodyga. Will spogląda na czerwone strzępy, zastanawiając się, kiedy to się stało i kto zdeptał rosnący tuż przed domem kwiat. Nie może powstrzymać się przed myślą, że to sprawka Chloe.

Ostatnio coraz częściej obawia się, że zaczęli się od siebie oddalać, że ich małżeństwo będzie kolejnym związkiem, który rozpadnie się z powodu problemów finansowych, zbyt licznych wyjazdów i majaczącego widma niepłodności. Martwi się, że miłość nie zawsze wystarcza, że nie jest czymś dostatecznie trwałym, że przykre momenty przesłonią te radosne.

Schyla się i stwierdza, że martwy kwiat to wcale nie rosnąca przed domem róża, tylko zwiędły goździk, który ktoś wrzucił przez ogrodzenie. Dociera do niego, że ta sprawa w ogóle go nie dotyczy.

Może martwi się zupełnie nie o te rzeczy, o które powinien?

Rozdział 2

Nowy Jork

Na tabliczce przy drzwiach widnieje napis: "Redaktor naczelny". Żadnego nazwiska, jakby obecny szef nie różnił się niczym od swoich poprzedników i ewentualnych następców. W tym gabinecie to, jak się nazywasz, nie ma większego znaczenia. Liczy się stanowisko. W końcu w siedemdziesięcioletniej historii pisma funkcję redaktora naczelnego pełniły zaledwie cztery osoby.

- Proszę wejść!

Po jednej stronie wielkiego biurka siedzi w wygodnym fotelu Malcolm Somers, a po drugiej Gabriella Rivera. Jej profil odcina się na tle olbrzymiego, sięgającego od podłogi do sufitu okna. Widać z niego inne biurowce ciągnące się wzdłuż Avenue of the Americas - tysiące pomieszczeń, a w nich faceci w krawatach i garniturach, komputery, wieszaki na ubrania, ergonomiczne krzesła, pachnące formaldehydem biurka w kształcie litery L i nieprzepuszczające słońca rolety. Gdzieś tam w górze jest niebo, a w dole znajduje się ruchliwa ulica, którą można zobaczyć, jeśli przytknie się twarz do szyby. Ale tak robią tylko dzieci Malcolma, kiedy odwiedzają ojca w pracy.

Gabriella nawet się nie odwraca, żeby sprawdzić, kto wszedł do gabinetu. Siedzi nieruchomo z perfekcyjnie skrzyżowanymi nogami, kiwając uniesionym w górę pantoflem na niskim obcasie. Wygląda bardzo szykownie, jakby promowała jakiś produkt o nazwie "seksowna bizneswoman na eleganckim krześle". Rzecz jasna jest również chodzącą reklamą samej siebie.

- Przepraszam, że przeszkadzam - mówi Will. - Niedługo mam lot...

Stoi w progu, czekając, aż szef odprawi Gabriellę i pozwoli mu wejść.

- Gabbs? - zwraca się Malcolm do swojej podwładnej.

Zastępczyni redaktora naczelnego reaguje dopiero po dłuższej chwili. Kiwa głową, wstaje i wygładza spódnicę, której krój może budzić sporo kontrowersji. Wszystko zależy od punktu widzenia. Większość mężczyzn uznałaby tę część garderoby za odpowiednio krótką i obcisłą, większość kobiet byłaby przeciwnego zdania.

Gabriella odwraca się i posyła Willowi olśniewający uśmiech. Jednak śnieżnobiałe zęby i zmysłowe usta to tylko fasada, pod którą Will dostrzega niechęć z powodu przerwanego spotkania. Albo przynajmniej tak mu się wydaje. Nie pierwszy raz ma dziwne wrażenie, że tych dwoje coś łączy.

- Przepraszam - mówi po raz kolejny, choć wie, że nikt go nie słucha.

Kobieta wzrusza ramionami, ale widać, że jej myśli są gdzie indziej.

- Przyjemnej podróży. Jedziesz do Francji, prawda? Na jak długo?

- Na tydzień.

Gabriella przechyla głowę, jakby się nad czymś zastanawiała.

- Powinniśmy umówić się na drinka - proponuje, ale Willowi zdaje się, że wcale nie o to jej chodzi. - Dawno nigdzie razem nie byliśmy. - W drodze do wyjścia ściska go za ramię i Will czuje, że przechodzi go dreszcz. Nie da się ukryć, że od tej kobiety bije niesamowita energia erotyczna.

- Drzwi! - krzyczy za nią Malcolm.

Gabriella zamyka drzwi od zewnątrz, może trochę za mocno, ale nie na tyle, żeby uznać to za niegrzeczne.

Marynarka Malcolma wisi na drewnianym stojaku. Szef ma podwinięte rękawy, rozpiętą pod szyją koszulę i poluzowany krawat. Wygląda, jakby właśnie skończył długi dzień pracy i zabierał się do wypicia szklaneczki szkockiej. Sprawia wrażenie zmęczonego - ma podkrążone oczy i zapadnięte policzki. To dziwne, ponieważ zazwyczaj tryska zdrowiem. Jest typem sportowca spędzającego weekendy na świeżym powietrzu, korzystając z przywilejów, które daje mu jego posada. Żegluje, gra w golfa, bawi się z dziećmi.

Teraz jest jednak inaczej. Wygląda jak siedem nieszczęść.

- Jak leci? - pyta podwładnego. - Przepraszam, że nie mogłem wczoraj dłużej zostać. Dokąd poszliście? Jak ci poszło z tą seksowną babką z firmy winiarskiej?

- Przestań wygadywać takie rzeczy. Któregoś dnia ktoś to usłyszy i będę miał kłopoty.

Malcolm podnosi ręce w przepraszającym geście i znacząco się uśmiecha, dając do zrozumienia, że to tylko wygłupy. Nie od dziś wiadomo, że kreuje się na mizogina, który lubi poświntuszyć i z każdym jest za pan brat. Odgrywa też inne role - przesadnie krytycznego szefa, kapryśnego redaktora naczelnego i żonatego faceta w średnim wieku, który ma skłonność do niewybrednych żartów. Wszystko to jednak maski, które zakłada i zdejmuje z nieskrywaną obojętnością. Malcolm potrafi kpić nawet z własnej ironii, więc trudno się zorientować, co tak naprawdę myśli.

- Jak było w Luksemburgu? Miałeś iść na raut do jakiegoś zamku... nie, nie, chyba pałacu. Dobrze pamiętam? Jak wrażenia?

- Nudy na pudy, chociaż uścisnąłem rękę wielkiego księcia. Impreza odbywała się w okazałym gmaszysku w samym centrum miasta. Wśród gości byli głównie dyplomaci, bankierzy i nadęci europejscy arystokraci. No i pewnie paru szpiegów w smokingach.

Malcolm spogląda na Willa, wykrzywiając usta w dziwnym półuśmiechu.

- Słuchaj - mówi, zmieniając ton głosu - kiedy masz zamiar oddać tekst do ramki o szwajcarskich Alpach? To raptem trzysta słów. Naprawdę potrzebujesz aż tyle czasu? Wydaje ci się, że taki przystojniak jak ty może mieć wszystko w dupie i...

- Nieprawda.

- Zbliża się termin wydania numeru.

- Przestań! Zrobię to jeszcze dzisiaj.

Malcolm wstaje, przeciąga się i przechodzi na drugą stronę biurka. Gdy zbyt długo siedzi w jednym miejscu, wyraźnie utyka. Po dwóch godzinach spędzonych w teatrze albo w samolocie kuleje jak powykręcany reumatyzmem staruszek. Na korcie rusza się jednak jak młody bóg.

- Muszę nanieść kilka poprawek, ale dostaniesz ten tekst po południu. Poza tym to pięćset słów, a nie trzysta, zapominalski skurczybyku.

Malcolm sadowi się w fotelu obok niskiego stolika.

- Okej, mógłbyś na chwilę usiąść? Chciałbym pogadać o nowym cyklu felietonów. Zdecydowałem, że właśnie tobie powierzę to zadanie. Potraktuj to jako awans. Gratuluję, panie Rhodes!

- Jestem zaszczycony.

- Na razie powstrzymaj entuzjazm. Rubryka będzie zatytułowana: "Amerykanie za granicą". Tematem będą, uwaga, uwaga! Amerykanie, którzy mieszkają... No gdzie?

- Zaryzykuję: za granicą?

- Właśnie takiej bystrości umysłu oczekuję od przedstawiciela dziennikarskiej śmietanki ze Wschodniego Wybrzeża.

- Jestem z Minnesoty.

- Ale masz dyplom uczelni należącej do Ivy League.

- Skończyłem dziennikarstwo na uniwersytecie Northwestern. A ty nie chodziłeś przypadkiem do szkoły, która chlubi się strojami sportowymi w kolorze szkarłatu?

- Słuchaj, interesuje mnie każdy aspekt życia ekspatów[5]. Dlaczego wyjechali? Na podstawie jakich kryteriów wybrali miejsce pobytu? Czy zintegrowali się z miejscową społecznością? Chciałbym, żebyś wyszedł poza stereotypy i pokazał czytelnikom, jak to naprawdę wygląda. Tylko nie grzeb zbyt głęboko. Nie interesują mnie opowieści o depresji i samotności ludzi mieszkających na obczyźnie. To jedno wielkie gówno... - Malcolm wyciąga dłoń, jakby chciał pokazać to wielkie gówno i jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności jego palce kierują się w stronę Times Square.

Will nie jest pewien, czy dobrze zrozumiał.

- Do czego zmierzasz? O co tak naprawdę chodzi?

- O to co zawsze. - Malcolm rozkłada ręce, jakby chciał powiedzieć: "Przecież to oczywiste". - Eskapistyczna fantazja. Wymarzony styl życia. Do tego odpowiednie reklamy. Dostaniesz pięć tysięcy za cztery teksty rocznie. Obok informacja o autorze i pokaźnych rozmiarów fotografia. Rzecz jasna, jeśli będziesz w stanie wysmażyć te felietony na czas, ty gnuśny i leniwy bałwanie.

Will zastanawia się nad tą propozycją. Nie tego się spodziewał, ale czymże jest sukces w tej branży? Jedyne, co przychodzi mu do głowy, to propozycja filmowa albo umowa na napisanie książki, na którą nie ma nawet pomysłu.

Lubi sobie wyobrażać, że dostanie to, na co zasługuje. Ma nadzieję, że świat jest właśnie tak skonstruowany - przynajmniej świat wykształconych białych Amerykanów z wyższej klasy średniej. Krótko mówiąc, wierzy w merytokrację.

Ale na co tak naprawdę zasługuje? Czy ma prawo zazdrościć innym? Czy wolno mu żywić urazę? A może powinien być niezmiernie wdzięczny za to, co ma?

Czuje, że jego idealizm chwieje się w posadach. Z dnia na dzień, a nawet z minuty na minutę traci nadzieję i popada w rozpacz. Czy ma jeszcze szanse na idealne życie? Zachowuje się jak dwunastoletni chłopiec, który nie może się zdecydować, czy jest dzieckiem, czy nastolatkiem. Zakochuje się w dziewczynach, ale w środku nocy lubi się przytulić do pluszowego misia.

Malcolm nie ma takich problemów. Jest dziesięć lat starszy od Willa i właśnie w ciągu tej dekady idealizm całkowicie i nieodwołalnie ustępuje miejsca pragmatyzmowi. Will nie wie jednak, w jaki sposób i kiedy do tego dochodzi. Czy tym przełomowym momentem jest ślub? Narodziny dziecka? Śmierć matki albo ojca? Odejście obojga rodziców? Przekroczenie trzydziestki? Czterdziestki? Pięćdziesiątki? Co takiego sprawia, że ludzie myślą: czas wydorośleć, stawić czoło rzeczywistości i wziąć się w garść?

Jedno jest pewne - Will nie doszedł jeszcze do tego punktu i dlatego często odczuwa zawód, gdy świat mocno odstaje od jego ideałów.

- Czego tak naprawdę oczekujesz, Mal? Oryginalności?

- Przecież wiesz, że zawsze oczekujemy oryginalności. Ma być oryginalnie w dokładnie ten sam sposób co zawsze. Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, co to dla ciebie oznacza? - Will kręci głową. - Nieograniczone możliwości. Spotkasz całe tabuny napalonych żon, które siedzą same w domu i umierają z nudów. Będziesz mógł w nich przebierać jak w ulęgałkach.

- Daj spokój.

Malcolm szeroko się uśmiecha.

- Lepiej zacznij się przygotowywać. Właśnie dlatego zdecydowaliśmy, żebyś został we Francji kilka dni dłużej. Nasze paryskie biuro ma dla ciebie listę kontaktów.

- Naprawdę?

- Nie podoba ci się picie wina na południu Francji?

- Nie o to chodzi. Grzebałem trochę w archiwum i znalazłem kilkadziesiąt artykułów poświęconych tej części Europy. Wcale nie przesadzam, już wiele razy pisaliśmy na ten temat.

- Robisz sobie jaja? Siedziałeś w archiwum?

- Co mam ci powiedzieć? Ja naprawdę traktuję tę robotę poważnie.

- Doceniam to, ale archiwum? Nawet nie wiem, gdzie to jest.

- Na dwudziestym ósmym piętrze, naprzeciwko księgowości.

- Nie przypominam sobie, żebym cię o to prosił - mówi Malcolm i robi zdziwioną minę.

- Przez długi czas - kontynuuje Will - w prawie każdym numerze drukowaliśmy artykuł o Francji. Mam wrażenie, że Jonathan wyczerpał temat.

Imię byłego redaktora naczelnego przez dłuższą chwilę wisi w powietrzu. Wszyscy go uwielbiali. Jonathan Mongeleach był duszą towarzystwa i zawsze otaczał go wianuszek adoratorek. Krążyło wiele plotek na temat jego romansów, burzliwego rozwodu i różnych mniej przyjemnych cech jego charakteru.

Pewnego dnia Jonathan zniknął. Dosłownie zapadł się pod ziemię - nie przyszedł do pracy i wszelki słuch o nim zaginął. Właśnie wtedy Malcolm przeniósł się do jego gabinetu - na początku tymczasowo, a potem już na stałe - i zatrudnił Willa.

- Będę z tobą szczery - powiedział. - Potrzebuję sojusznika, kogoś, kto będzie moim doradcą, pomocnikiem, adiutantem i partnerem do gry w tenisa. Na liście kandydatów spełniających te kryteria jest tylko jedno nazwisko. Zgadzasz się?

Tak więc na zniknięciu Jonathana obaj sporo zyskali i trudno było udawać, że jest inaczej. Will objął wyższe stanowisko w bardziej prestiżowej firmie. W wypadku Malcolma zmiana była jeszcze większa. Jako redaktor naczelny dużego pisma jeździł służbowym autem z szoferem, dostawał dodatek na ubranie i mógł korzystać z praktycznie nieograniczonego funduszu reprezentacyjnego. Poza tym miał olśniewająco piękną żonę, wspaniałe dzieci, przestronne mieszkanie i dom letniskowy. Już przed objęciem nowej posady niczego mu nie brakowało, a potem dostał jeszcze więcej.

Przez kilka pierwszych dni po zaginięciu podejrzewano, że Jonathan został zamordowany. Co prawda cieszył się powszechną sympatią, ale miał też wielu wrogów. Nie znaleziono jednak ciała i z upływem czasu zaczęto snuć przypuszczenia, że Mongeleach upozorował własne zniknięcie. Pojawiły się pogłoski o długach karcianych, bankructwie, zemście byłej żony i depczących mu po piętach funkcjonariuszach urzędu skarbowego. Mówiło się też o samobójstwie, być może sfingowanym, oraz o ubezpieczeniu na życie, którego beneficjentem była jego córka. Jednak jak do tej pory niczego nie udało się udowodnić. Co więcej, żadna z rozlicznych teorii nie została jednoznacznie obalona, a życie w redakcji toczyło się swoim torem.

Wreszcie Will przerywa ciszę i stwierdza:

- Może wyjechał do Francji i nigdy nie wróci.

- Tak, to całkiem prawdopodobne. Jednak gdziekolwiek jest, na pewno nie chce, żeby ktoś go odnalazł. Jeśli rzecz jasna w ogóle żyje.

- Myślisz, że umarł?

- Niewykluczone. Wszyscy wiemy, że to był dziwny facet, przebiegły i bez wątpienia niezwykle inteligentny. Mam wrażenie, że wpakował się w jakieś niezłe gówno i mogło się to skończyć tragicznie. - Malcolm otwiera szufladę i wyjmuje z niej wyściełaną kopertę. - A propos Francji. To dla Inez. Daj jej te dokumenty przy najbliższej okazji.

Kolejna zagraniczna przesyłka. Na kopercie widnieje czerwona pieczątka: "Tajne. Do rąk własnych".

Kiedy rok temu szef pierwszy raz poprosił o taką przysługę, Will zapytał, co jest w środku.

- Widzisz stempel? Do kogo zaadresowana jest ta koperta? Do ciebie? - zapytał wtedy Malcolm.

- No nie.

- Właśnie. "Tajne, do rąk własnych", rozumiesz?

- Okej.

- Pamiętasz włamanie hakerów do Sony? A cyberataki na Biuro Zarządzania Personelem i holding finansowy JP Morgan Chase? Czy mówi ci coś nazwisko Snowden? Przechowywanie danych w postaci cyfrowej nigdy nie było równie niebezpieczne. To samo dotyczy komunikacji elektronicznej. - Malcolm postukał palcem w kopertę. - Dlatego preferujemy staroświeckie metody i wysyłamy cholernie dużo papierów.

Od tego czasu Will przewiózł przez ocean wiele takich pakunków. Więcej niż kilka trafiło również do jego rąk. Były to notatki służbowe, formularze płacowe, dokumenty ubezpieczeniowe, rozmaite umowy i zawiadomienia.

- Słuchaj, za chwilę mam ważną rozmowę konferencyjną, więc wypierdalaj. - Malcolm wyciąga rękę i udaje, że strzela z niewidzialnego pistoletu.

Will wstaje, przechodzi przez ogromny gabinet i kiedy chwyta za klamkę, słyszy za plecami głos swojego szefa:

- Aha, jeszcze jedno, Rhodes. Uważaj na siebie.

Falls Church, Wirginia

Pomieszczenie ma rozmiary boiska do gry w koszykówkę, ale wysokość szafy na ubrania. Niskie, klaustrofobiczne biuro oświetlone jarzeniówkami, z szarą wykładziną i cienkimi, sięgającymi piersi, tapicerowanymi ściankami oddzielającymi poszczególne boksy. Jest ich prawie sto, a w każdym biurko z laminowanym blatem i plastikowe krzesło na kółkach, którym można jeździć po leżącym na podłodze kawałku twardego gumoleum, ale nie więcej niż pół metra w jedną lub w drugą stronę. To są w końcu bardzo małe boksy.

Na biurkach stoją komputery z dwudziestotrzycalowymi monitorami. Wszystkie krzesła są zajęte i nie ma miejsca na więcej personelu, chociaż niewątpliwie by się przydał. Operacja prowadzona jest na trzy zmiany, przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, wliczając święta. Nie ma takiego momentu, w którym można by wyłączyć światło.

Większość pracowników to pochodzący z południowej Azji mężczyźni koło trzydziestki. Zarabiają od dwunastu do dziewiętnastu dolarów za godzinę. W jednym z boksów, niczym nieróżniącym się od pozostałych, siedzi Raji. Na monitorze pojawia się okienko raportujące szczegóły podróży którejś z tysiąca pięciuset osób znajdujących się na liście obserwowanych. Codziennie Raji otrzymuje kilkanaście takich powiadomień.

Przekleja informacje do specjalnego programu:

Amerykański paszport numer 11331968

Lot: 19 JFK do CDG

Miejsce: 12A

Kod alarmowy: 4

Naciska "Publikuj" i sięga do torebki z chipsami o smaku barbecue.

Nowy Jork

- Kogo ja widzę - mówi Reggie, jak zawsze uśmiechając się od ucha do ucha. Will nie pamięta, żeby ten facet, który od kilkudziesięciu lat zajmuje się na lotnisku tak zwaną odprawą przy krawężniku, był w złym humorze. - Dokąd tym razem, agencie 007? - Reggie lubi żartować, że Will wcale nie jest dziennikarzem, tylko szpiegiem, a praca w gazecie to jedynie wygodna przykrywka. Nie jest jedyną osobą, która robi takie ironiczne aluzje.

- Tym razem Francja.

- U la, la!

Przybijają piątkę, po czym Will sięga do kieszeni i wyciąga ładnie zapakowane pudełeczko.

- To dla Aishy. Wiem, że uwielbia te czekoladki.

- Nie trzeba było!

- Żaden kłopot. Dostałem je. - To nieprawda. - Jak się czuje w tym tygodniu?

- Lepiej, dziękuję.

Will kiwa głową.

- Przekaż jej ode mnie najlepsze życzenia urodzinowe.

- Na pewno przekażę, panie Bond. - Reggie puszcza do niego oko. - Przyjemnego lotu.

Will nie rozumie, jak można czerpać tyle radości z wykonywania tak gównianej roboty. Albo przynajmniej tak przekonująco udawać. Trzeba jednak pamiętać, że sam nigdy nie był zatrudniony na typowy etat i nie ma pojęcia, jak wygląda czterdziestogodzinny tydzień pracy.

Przemierzając terminal, Will ogląda się w lustrach. Wokół niego zestaw znanych marek: Kimbery-Clark, American Standard, Rubbermaid, Purell i wiele innych. Sam też jest marką: Will Rhodes, pisarz i podróżnik, z nieodłącznym notatnikiem w zamszowej okładce, ubrany w płócienną marynarkę, koszulę z bawełny oksfordzkiej, spodnie z diagonalu, półbuty na gumowej podeszwie i krawat z dzianiny - wygodny strój, który się nie gniecie i nie brudzi. Nie przyklejają się do niego kłaczki i nawet po przelocie przez ocean i dwudziestogodzinnej podróży wciąż dobrze wygląda.

Po starcie Will połyka tabletkę nasenną i popija whisky. Rozkłada siedzenie, wkłada zatyczki do uszu i zasłania oczy maseczką. To dla niego standardowa procedura i poszczególne ruchy wykonuje niemal automatycznie. Prawie od razu zasypia.

~ ? ~

Nie wie, jak długo spał - dziesięć minut? Trzy godziny? - gdy nagle budzi go nieprzyjemny hałas. Kadłub boeinga 747 zaczyna się trząść. Will czuje wibracje w udach, a potem drżenie przechodzi wyżej, przez kość ogonową do kręgosłupa.

Ściąga maseczkę, wyjmuje zatyczki i odwraca się w stronę siedzącego obok mężczyzny w wysokich tenisówkach i bejsbolówce odwróconej daszkiem do tyłu. Facet jest dobrze po trzydziestce, a wygląda i zachowuje się jak nastolatek. Kiedy ostatni raz na niego spojrzał, ssał lizaka i grał na komputerze.

- Co się dzieje? - pyta go Will.

Mężczyzna tylko kręci głową. Jest biały jak ściana, ma wytrzeszczone oczy i otwarte ze zdziwienia usta.

- Szanowni pasażerowie, proszę się upewnić, że mają państwo zapięte pasy, a wszystkie stoliki znajdują się w pozycji pionowej.

Will setki razy słyszał dokładnie te same słowa. Proszę się rozgościć na pokładzie naszego samolotu. Wiemy, że mogli państwo wybrać innego przewoźnika. Naszym priorytetem jest bezpieczeństwo. Chcielibyśmy serdecznie powitać wszystkich pasażerów. Znaleźliśmy się na wysokości przelotowej i kapitan wyłączył sygnalizację "Zapiąć pasy"...

W przejściu pojawia się stewardesa. Idzie szybkim krokiem, chwytając się mocno za oparcia foteli. W pewnym momencie uderza kolanem w podłokietnik. Zatrzymuje się, żeby utrzymać równowagę i opanować nerwy. Kiedy dociera na przód samolotu, opada na składane siedzenie używane przez załogę podczas startu i lądowania, zapina pas i bierze głęboki oddech.

Ze schowków wypadają maski tlenowe i przez kabinę przetacza się fala paniki. Will zakłada maskę i zgodnie z instrukcją próbuje normalnie oddychać. Ogarnia go jednak coraz większy niepokój. Czuje, że strach dosłownie przygważdża go do miękkiej skóry siedzenia numer 12A.

Samolot pikuje.

Pasażerowie zaczynają krzyczeć.

Nowy Jork

Malcolm obchodzi biuro na trzynastym piętrze, sprawdzając, czy nie ma jakichś maruderów, którzy mogliby mu przeszkadzać. Na całe szczęście zostali tylko pracownicy niższego szczebla, którzy na pewno nie mają odwagi, żeby o wpół do ósmej wieczorem zawracać głowę naczelnemu. Jedynym wyjątkiem jest redaktor działu kulinarnego, na którego wszyscy mówią Sir Parmezan. On chyba w ogóle nie wychodzi z pracy, ale też nigdy nie odwiedza gabinetu szefa.

Malcolm zamyka drzwi na klucz i podchodzi do ściany, na której wiszą oprawione w ramki okładki magazynu "Travelers". Dla gości, którzy regularnie odwiedzają ten pokój, najlepsze projekty w historii pisma wyglądają jak wystawa w muzeum.

Kuca w rogu przy półkach z książkami, odsuwa na bok kilka starych przewodników, wkłada rękę w szczelinę i naciska zamontowany w ścianie guzik.

Przez dziesięciolecia ten mechanizm wydawał się wystarczająco skomplikowany, ale w latach siedemdziesiątych, na fali postnixonowskiej paranoi, nowy redaktor naczelny Jonathan Mongeleach dał się przekonać, że należy zamontować dodatkowe zabezpieczenie. W następnej dekadzie analogowy zamek zastąpiono elektronicznym, a potem instalowano coraz wymyślniejsze urządzenia cyfrowe. Wymieniano je z rosnącą częstotliwością, ponieważ rozmaici eksperci i konsultanci twierdzili, że w porównaniu z najnowszym wynalazkiem zeszłoroczne rozwiązanie to przestarzały szmelc. Rzecz jasna mieli w tym swój interes, ale przeciętny użytkownik, taki jak Malcolm, nie był w stanie ocenić, jak bardzo wpuszczają go w maliny. Cały czas podejrzewał jednak, że to jeden wielki przekręt.

Obecnie mechaniczny przycisk odgrywa drugorzędną rolę. Malcolm dezaktywuje główny system alarmowy za pomocą panelu ukrytego na wysokości klatki piersiowej, za grubą publikacją encyklopedyczną. Przytyka do niego swój kciuk i wstukuje długi kod dostępu.

Rozlega się ledwie słyszalny trzask. Jeden segment regału wysuwa się razem ze ścianą kilka centymetrów do przodu i lekko obraca na solidnych, mosiężnych zawiasach. Cała konstrukcja waży kilkaset kilogramów. Malcolm otwiera ją na tyle szeroko, żeby się prześlizgnąć, znika w środku i zamyka sekretne pomieszczenie od wewnątrz.

Rozdział 3

Paryż

W jego kieszeni brzęczy telefon. Ten dzwonek oznacza stan najwyższej gotowości. Odbiera zaszyfrowaną na innym kontynencie wiadomość i odkodowuje ją za pomocą skomplikowanej, chronionej patentem aplikacji, która wymaga regularnego aktualizowania. Ten potężnie zbudowany mężczyzna ma wrażenie, że przez większą część swojego życia czeka, aż różne podłączone do internetu urządzenia ściągną najnowszą wersję jakiegoś programu. "Aktualizacja... Proszę czekać... Aktualizacja...".

Przechodzi przez subtelnie oświetlony, elegancki bar czterogwiazdkowego hotelu w drugiej dzielnicy Paryża, którego klientelę stanowią głównie zagraniczni biznesmeni i ekskluzywne prostytutki. Właśnie dlatego tutaj przyszedł. Szuka niebieskookiej blondynki, która mogłaby zaspokoić jego fantazje wywołane przez zbyt częste kontakty zawodowe z inną niebieskooką blondynką. O Boże! Czasami rozmawiają nawet o seksie. Wychodzi na opustoszały bulwar, wyciąga telefon i wybiera numer. Kobieta z jego fantazji leży właśnie na łóżku w lekko obskurnym hotelu w centrum Bordeaux i czyta książkę Roberta Hughesa o Australii.

- Halo? - mówi, odstawiając na stolik szklankę wody mineralnej. Na głowie ma lokówki, a na twarzy maseczkę błotną. Robi wszystko, żeby dobrze jutro wyglądać. Z wyjątkiem pójścia spać, a zrobiło się już naprawdę późno.

- Jest na pokładzie samolotu. Gotowa?

Kobieta głośno wzdycha. Głupie pytanie, na które można dostać tylko głupią odpowiedź. Albo usłyszeć coś nieprzyjemnego.

- Jak zawsze, Roger.

- Na pewno świetnie ci pójdzie - mówi mężczyzna, mając nadzieję, że te słowa ją uspokoją, choć zupełnie nie wie, jak mógłby jej pomóc. Nigdy czegoś podobnego nie doświadczy i nawet w najmniejszym stopniu nie jest w stanie tego zrozumieć. Blondynka robiła już w swoim życiu wiele okropnych rzeczy, ale to będzie coś zupełnie nowego. - Poradzisz sobie - dodaje mężczyzna, zdając sobie sprawę, że to tylko jeden z tych wyświechtanych zwrotów, które mają dodawać otuchy.

Kobieta rozłącza się, odkłada książkę i wbija wzrok w sufit, licząc, że uda jej się wreszcie zasnąć.

Północny Atlantyk

Silne turbulencje ustają równie nieoczekiwanie, jak się zaczęły. Jest środek nocy i nagle robi się spokojnie. Samolot wyrównuje lot i szybuje dwanaście tysięcy metrów nad powierzchnią oceanu, setki kilometrów od najbliższego lądu.

Wszystko trwało raptem kilkanaście sekund, może pół minuty. Wystarczająco długo, żeby Will poczuł strach przed śmiercią i dowiedział się o sobie czegoś, czego wolałby nie wiedzieć.

Paryż

Jest wczesny poranek. Will mija Luwr i wchodzi do spowitych mgłą ogrodów Tuileries, po których spacerują młode matki z dziećmi i staruszkowie z gazetami pod pachą. O tej porze w środku tygodnia ten sam typ ludzi snuje się po parkach na całym świecie. Wychodzi na ulicę przy placu Zgody i idzie Champs-Élysées w kierunku Łuku Triumfalnego. Po lewej stronie ma wieżę Eiffla. Kolekcja największych hitów.

- Excusez-moi, Monsieur. - Na jego drodze wyrasta starszy mężczyzna i wyciąga kawałek papieru, który okazuje się naprędce poskładanym planem miasta. Obok niego stoi kobieta o surowym wyrazie twarzy, która wygląda na rozczarowaną żonę. - Je cherche la café qui s'appelle Le Fouquet's. Est-ce que vous le connaissez?[6]

Bardzo często zdarza się, że w obcych miastach ludzie pytają Willa o drogę i, o dziwo, zazwyczaj jest im w stanie pomóc. Zwykle zaczepiają go turyści, którzy szukają jakichś zabytków. Tacy jak ten mężczyzna, mówiący po francusku z rosyjskim akcentem.

- Oui. - Will wyciąga rękę w stronę słynnego łuku. - La-bas[7].

- Merci, Monsieur. Vous ?tes tr?s gentil[8].

Już w dzieciństwie Will uwielbiał kartografię. Zapamiętywał nazwy ulic i jezior, wymyślał trasy do Ziemi Ognistej lub na biegun północny i wbijał w wiszącą na ścianie mapę świata pinezki. W zależności od koloru oznaczały cuda natury, wytwory człowieka, miejsca, które już widział i te, które dopiero miał zamiar odwiedzić.

Przy Grand Palais Will skręca z bulwaru i wchodzi w boczną uliczkę, wzdłuż której ciągnie się niezwykle wąski chodnik. To sam środek ósmej dzielnicy. Robi się cicho, a ruch niemal zamiera. Will jest zmęczony i rozkojarzony. Idzie zbyt blisko krawężnika i gdy pojawia się samochód, musi odskoczyć i przywrzeć plecami do chropowatego muru. Mija go rozpędzony peugeot. Z otwartego okna wystaje łokieć kierowcy i Will zdaje sobie sprawę, że gdyby chciał, mógłby mu ukraść zegarek.

Skręca w jedną ulicę, a potem w następną. Nie musi nawet wyciągać wetkniętego w tylną kieszeń spodni bordowego planu miasta. Wreszcie staje przed elegancką kamienicą w stylu belle époque. Na zaśniedziałej i podrapanej tabliczce z mosiądzu, która już od pół wieku wisi na tej wapiennej fasadzie, widnieje napis "Travelers".

Ludzie związani z magazynem wiedzą, że jego pierwszą zagraniczną filię otwarto właśnie w Paryżu. Pod tym szyldem rozpoczęło działalność ekskluzywne biuro podróży dla wymagających klientów. To było odważne posunięcie, które ku ogólnemu zaskoczeniu okazało się sporym sukcesem. U szczytu popularności w latach dziewięćdziesiątych na całym świecie funkcjonowało trzydzieści kilka placówek "Travelers", które w połowie były biurami podróży, a w połowie zagranicznymi oddziałami czasopisma. Pozwalało to nie tylko nawiązać współpracę z miejscowymi talentami dziennikarskimi, lecz także przyciągało reklamodawców i dawało szerokie możliwości promocyjne.

Ostatnie dziesięciolecie nie było dla branży szczególnie łaskawe, jednak w czasach, gdy papierowe magazyny szukają nowych źródeł finansowania - konferencje i festiwale, linie odzieżowe i usługi dekoratorskie - "Travelers" ucieka do przodu. Jest pierwszym czasopismem, które zdecydowało się na zupełnie inny model biznesowy, co wydatnie przyczyniło się do zwiększenia rozpoznawalności marki i poszerzenia grona wiernych klientów.

Niektóre biura podróży nadal przynoszą zyski. Mimo wczesnej pory - dziesiąta rano w zwykły dzień tygodnia - parter paryskiej filii jest już otwarty, choć na klientów czeka na razie bardzo nieliczny personel: jedna konsultantka, która siedzi za biurkiem, odgrodzona od reszty pomieszczenia szklaną taflą, trzymając w wypielęgnowanych dłoniach dzisiejsze wydanie "Le Monde". Na razie nie ma żadnych interesantów, ale "Travelers" chlubi się, że w takich miejscach jak Paryż jego przedstawicielstwo jest czynne od rana do późnego wieczora.

Will nie przyszedł jednak do biura podróży.

Przytyka do czytnika zwykłą białą kartę magnetyczną, bez żadnych symboli i napisów. Bramka otwiera się z ledwie słyszalnym trzaskiem. Will wspina się na górę po szerokich schodach. Na pierwszym piętrze pokoje mają ponad pięć metrów wysokości, a podłogi wyłożone są marmurem. Podchodzi do strzelistych podwójnych drzwi z ogromną mosiężną gałką na środku.

Nie wie, co dzieje się w pozostałych częściach budynku. Widział, jak kręcą się tu jacyś ludzie, ale nie ma żadnych tabliczek ani jakiegokolwiek oznakowania, które wskazywałoby, kto tu pracuje.

Naciska guzik i wmontowany w ścianę panel wysuwa się z cichym świstem. Will przeciąga kartę przez szczelinę i otwiera kolejne drzwi.

Paryskie przedstawicielstwo "Travelers" składa się z dużego pomieszczenia dzielonego, przynajmniej teoretycznie, przez dwie osoby: młodą Francuzkę i nieco starszego Amerykanina. Will nigdy nie widział ich w tym pokoju razem. O wiele większą sympatią darzy kobietę i jest zadowolony, że dzisiaj trafił właśnie na nią. Inez lubi apaszki, ma piegi i szeroko rozstawione oczy łani.

- Bonjour, Monsieur Rhodes. Comment ça va?

- Ça va bien. Et toi? - Will wyjmuje kopertę i podaje ją Inez.

- Pas mal. Et merci[9].

Kobieta bierze przesyłkę i słychać sekwencję dźwięków sześciocyfrowego, wybieranego tonowo kodu, który otwiera szufladę. Taki zamek został zamontowany specjalnie z myślą o pracującym na pół etatu niewidomym redaktorze. Dźwięki są ledwie słyszalne, ale coś Willowi przypominają, jakąś melodię albo refren znanej piosenki, którą kiedyś wykonywał jego zespół. Jest lekko wkurzony, że nie potrafi sobie tego przypomnieć. Czy to początki starczej demencji? Niedługo zacznie tracić słuch i będzie miał kłopoty z erekcją.

Inez wyciąga z szuflady teczkę, w której schowana jest wyściełana koperta. Firma ma doskonale funkcjonujący system przechowywania dokumentów. W końcu zagraniczne przedstawicielstwa utworzono na długo przed pojawieniem się komputerów i internetu. Co kilka lat ktoś proponuje cyfrową rewolucję, ale redaktor naczelny dusi takie inicjatywy w zarodku.

Will siada i otwiera kopertę nożem do papieru, zdecydowanie za ostrym, więc robi to bardzo ostrożnie. Ze środka wyjmuje kilka kartek, parę zdjęć na błyszczącym papierze, w formacie piętnaście na dwadzieścia jeden centymetrów, oraz mapy, które na pewno gruntownie przestudiuje, starając się zapamiętać nie tylko główne drogi i dokładne położenie celu swojej podróży, lecz także nazwy ulic, parków, plaż, muzeów, miast, wsi i łańcuchów górskich. Za każdym razem, kiedy dokądś się wybiera, musi znać to miejsce od podszewki.

- To nowe dokumenty?

- Oui. Je crois que c'est vrai[10].

- Niektóre wyglądają znajomo. Jest pani pewna?

- Zdaje pan sobie sprawę, że nie jestem w stanie udzielić takich informacji. - Ta dziewczyna nigdy nie jest w stanie udzielić żadnych informacji. - Aha, mam coś jeszcze. - Otwiera inną szufladę i wyjmuje z niej dużą nylonową torbę na suwak.

Will zagląda do środka.

- Merci, Mademoiselle, comme toujours.

- De rien, Monsieur Rhodes[11].

~ ? ~

Przez cały dzień łazi po mieście, wsiada do metra i wysiada z niego, zagląda do kawiarni na wzmacniające espresso i robi notatki. Późnym popołudniem bierze prysznic, przebiera się i wychodzi z hotelu, mijając sztuczne rośliny w doniczkach i dwóch krzepkich portierów, którzy w zależności od sytuacji mogą być bardzo przyjaźni albo wręcz odwrotnie.

Na ulicy zatrzymuje się długi czarny mercedes. Otwierają się drzwi i widać zastawioną torbami tylną kanapę. Siedzi na niej kobieta wyglądająca trochę jak Pig-Pen z Fistaszków, któremu udało się dorobić. W powietrzu roztacza się zapach perfum i lakieru do włosów. Kobieta obrzuca Willa taksującym spojrzeniem, opuszcza ciemne okulary, wyprostowuje nogi wystające spod spódnicy Chanel i wychodzi na chodnik rue Saint-Honoré, żeby po chwili zniknąć w hotelowym lobby. Kolejne udane popołudnie spędzone na zakupach. Czas na relaksującą kąpiel w pianie, kieliszek schłodzonego sancerre, lekturę magazynu wnętrzarskiego, a potem lekką kolację w L'Arp?ge, szklaneczkę czegoś mocniejszego przed snem, a na koniec spektakularny seks z przystojnym mężem...

Chociaż niekoniecznie. Może to tylko wyidealizowana wersja jej życia, którą Will wymyślił, żeby łatwiej było ją sprzedać czytelnikom. Zawsze gdy siada za klawiaturą, stara się stworzyć podobną fantazję. Jego celem jest wywołanie marzeń i tęsknot, a następnie pokazanie, że to wcale nie mrzonki. Iluzoryczne życie ludzi z wyższych sfer nie jest tak bardzo nieosiągalne dla kobiety, która mieszka w dużym domu w północnym Indianapolis. Chociaż nie jeździ do Paryża na zakupy, to może sobie przecież pozwolić na torebkę reklamowaną na stronie osiemdziesiątej dziewiątej, tuż obok felietonu Willa. Taką torebkę można znaleźć w każdym lepszym centrum handlowym w Ameryce, a potem udawać, że kupiło się ją na rue Saint-Honoré tuż przed wizytą w jednej z eleganckich restauracji na rue de Varenne.

Zazwyczaj się o tym nie mówi, ale Will jest głęboko przekonany, że tak naprawdę w całym tym biznesie chodzi o to, by czytelnicy kupili właśnie taką torebkę.

Okrąża plac Vendôme, głównie po to, żeby sprawdzić, czy nic się nie zmieniło, ale tutaj nigdy nic się nie zmienia, może z wyjątkiem coraz bardziej zaawansowanego remontu hotelu Ritz. Wchodzi na dziedziniec Palais-Royal i spaceruje pod siedemnastowiecznymi arkadami, zaglądając do butików z antykami, galanterią skórzaną i rzemieślniczą biżuterią. Kupuje dla Chloe T-shirt z terierem, który wabi się Gigi. Jego żona uwielbia tę rasę psów, ale nie na tyle, żeby sprawić sobie szczeniaka. Uważa, że byłaby złą opiekunką dla zwierząt.

Po północnej stronie Palais-Royal znajduje się kilka barów. Will wchodzi do jednego z nich - przestronne wnętrze, jasne drewniane meble, duże okna - i zamawia kieliszek wina z przystawkami. Potem skręca za róg i wstępuje do mniejszego i bardziej zatłoczonego bar a vins[12], w którym już kiedyś był. Siada za zniszczonym kontuarem na wysokim stołku obitym skórą i obserwuje klientów, których twarze odbijają się w wielkim lustrze. Potem zjada pikantną jagnięcinę duszoną z warzywami, którą popija czerwonym winem o mocnym aromacie, od czasu do czasu zapisując coś w swoim notatniku w zamszowej okładce. Kupił go we Florencji. Jest już nieco sfatygowany, ale w środku są zapiski, które robił na siedmiu kontynentach. Taki notes to prawdziwy skarb.

Jedzenie jest niemal idealne, być może tylko trochę za mocno doprawione. Bar też przypadł mu do gustu - ciemna, nastrojowa sala z wiszącymi na ścianach zygzakowatymi półkami z setkami butelek, stoły z surowego drewna, celowo niepasujące do siebie talerze i sztućce, klasyczny jazz puszczany z winylowych płyt, które od czasu do czasu się zacinają i przeskakują, oraz nie do końca wygodne skórzane taborety, na których wiercą się goście. Taki jest już urok tego miejsca, część jego klimatu.

- Ça était, Monsieur? - pyta go barman.

- Formidable, Pierre. Formidable[13].

Wśród klientów dużo jest atrakcyjnych kobiet w eleganckich spódnicach i w butach na wysokich obcasach. Towarzyszą im mężczyźni z falującymi włosami i jedwabnymi apaszkami owiniętymi wokół szyi. Pary śmieją się, dokazują i przekomarzają, dźgając palcami powietrze, co ma wzmocnić siłę ich argumentów. Willowi bardzo się tu podoba.

Paryż jest jednym z tych miast, w których mógłby zamieszkać. Często to sobie wyobraża, zastanawiając się, jak bardzo realna byłaby taka przeprowadzka. Fantazjuje o zupełnie innym życiu, ważąc argumenty za i przeciw. Po to właśnie są podróże - można zanurzyć stopy w nieznanych wodach, żeby sprawdzić, czy sprawia nam to przyjemność.

Często musi powstrzymać chęć napisania, że chciałby przenieść się gdzieś na stałe - do Marais, Malibu, Dordogne albo na wzgórza Cotswolds. Zdaje sobie sprawę, że czytelnicy nie oczekują od niego takich wynurzeń, ponieważ nie ma to żadnego związku z ich doświadczeniem. Chociaż nigdy nie wyraził takiej opinii wprost, jest niemal pewien, że w jego artykułach można wyczytać między wierszami: "To świetne miejsce do życia w alternatywnym wszechświecie".

Płaci rachunek, żegna się z Pierre'em i wychodzi na spokojną ulicę.

W niektórych zakątkach Paryża o tej porze wciąż jest głośno i gwarno - chodnikami spacerują tłumy ludzi, trąbią taksówki, na rogach obściskują się pary, w powietrzu kłębi się dym papierosowy, a przechodnie krzyczą do komórek: J'arrive![14]. Ale w tej części miasta jest inaczej. Will idzie powoli w kierunku następnej przecznicy, jednak w połowie drogi zamiera z przerażenia...

Nie wziął z baru swojego notatnika.

Odwraca się na pięcie i rusza niespokojnym krokiem kogoś, kto zapomniał zabrać coś ważnego. Nie zwraca szczególnej uwagi na to, co dzieje się dookoła i dlatego nie zauważa potężnie zbudowanego mężczyzny, który idzie w przeciwnym kierunku, starając się unikać jego wzroku.

~ ? ~

Pogrążony w myślach błąka się po niemal wyludnionych ulicach. Z odrętwienia budzi go kobiecy krzyk i trzaśnięcie drzwiami. Czasem zapomina o zagrożeniach, które późnym wieczorem czyhają na samotnych przechodniów w wielkim mieście. Ogląda się przez ramię i przyspiesza kroku.

W pokoju hotelowym czekają na niego obicia z aksamitnego pluszu, ozdobne poduszki, błyszcząca armatura i śnieżnobiałe kafelki. Jest cicho i spokojnie, ale czuje się tutaj jak w wysterylizowanym kokonie. Zaczyna żałować, że tak szybko wrócił. Przypominają mu się myśli, które miał w głowie, gdy samolot spadał. Są niczym grupa protestujących, którzy wykrzykują głośno swoje hasła, nie pozwalając, żeby ich ignorował. Ich główne przesłanie brzmi: "Powinieneś być szczęśliwy, a nie jesteś".

Dla Willa wszystko musi być perfekcyjne. Chce mieć perfekcyjną żonę, perfekcyjne dzieci, perfekcyjnie odrestaurowany stary dom, w którym będzie podawał gościom perfekcyjne jedzenie i perfekcyjne wino w perfekcyjnych kieliszkach. Jego garnitur powinien być perfekcyjnie skrojony, a buty perfekcyjnie wyglansowane. Na wyjazdach musi mieszkać w perfekcyjnym hotelu, przemieszczać się nocnymi pociągami i chodzić na wycieczki z miejscowym przewodnikiem. Jego kariera to w gruncie rzeczy nieustająca pogoń za perfekcją.

Na razie się nie udaje, ale Will jest już blisko. Jeśli nie teraz, to w następnej pracy, przy następnym posiłku, podczas następnego wyjazdu. Może w przyszłym roku, a może trochę później.

Chloe nie jest tak idealna, jak mu się kiedyś wydawało. Brakuje im pieniędzy i ten stan wcale nie wygląda na przejściowy - mieszkają w rozpadającym się domu w podejrzanej dzielnicy, czekając na dodatkowy dochód, który kiedyś na pewno się pojawi. Wtedy będą mogli skończyć remont, umeblować pokoje i przygotować się na narodziny dziecka, o którym tak bardzo marzą. Zaczną wreszcie prowadzić dorosłe życie. Stanie się tak w bliżej niesprecyzowanej, ale nieodległej przyszłości. Wystarczy, że dotrą do punktu przełomowego, tego majaczącego w oddali frustrującego wkrótce.

Will zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę jest szczęściarzem. Wykonuje zawód, który daje mu wiele przyjemności, lecz mimo to czuje się znudzony i zblazowany. Coraz częściej podejrzewa, że wybrał niewłaściwą ścieżkę kariery. I być może niewłaściwą żonę. Ma wrażenie, że w wieku trzydziestu pięciu lat podjął już najważniejsze decyzje w swoim życiu. Czyżby wszystkie były złe?

~ ? ~

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji