Intro
Łut szczęścia jest nie do przecenienia w samotnych podróżach. Dzięki niemu poznałam na szlaku ludzi, którzy nauczyli mnie więcej niż wszystkie szkoły razem wzięte. A spotykałam na swojej drodze awanturników, podróżników, naukowców, urzędników, bojowników o wolność, różnej maści kryminalistów, pisarzy, aktywistów. To moi najlepsi nauczyciele, a jednocześnie największa inspiracja, i to im poświęcone są spisane w tej książce historie.
Jej tytuł nawiązuje do mojego e-booka z 2012 roku Podróżnik bez powodu. Impresje z drogi. Tytuł Podróżnik bez powodu jest mi na tyle bliski, że i ta książka go nosi. Moje podróżowanie takie właśnie jest - bez powodu, a często i bez konkretnego celu. Znajomi mawiają, że i bez pomyślunku... Ale do samotnej wyprawy nie są one potrzebne. Niezbędne są natomiast: determinacja, otwartość i odrobina pieniędzy. Przy czym to ostatnie naprawdę nie jest najważniejsze. Zwłaszcza, kiedy jest się backpackerem - turystą z plecakiem. Determinacja jest natomiast istotna, inaczej człowiek szybko zawróciłby z trasy. Chociaż najsilniejsza wola i determinacja czasem nie wystarczą, jeśli los nie będzie ci sprzyjał. Last but not least - otwartość. Otwartość na obcych ludzi, kultury i zwyczaje, które mogą nam się wydawać, nie ukrywajmy, absurdalne, dziwne, a czasem przerażające.
Podróżuję głównie sama. Żeby było trudniej (a właściwie: ciekawiej), staram się nic nie przygotowywać przed wyjazdem, nie rezerwuję miejsc noclegowych, nie robię planów. Ląduję i wtedy zaczynam kombinować, co zrobić. Skutkiem tego na przykład po wylądowaniu po wielu godzinach w Kuala Lumpur zdecydowałam, że od razu wyruszę w dalszą trasę na Borneo. Na lotnisku sprawdziłam, jak nazywają się większe miasta na wyspie i do którego z nich można dolecieć najtaniej. Tym sposobem zawitałam do Kuching, gdzie rozpoczęła się moja trzytygodniowa włóczęga po tej malowniczej wyspie.
Czasami korzystam z couchsurfingu. Couchsurfing.org to internetowa społeczność, do której należą osoby, które oferują u siebie nocleg turystom, oraz podróżnicy, którzy z takich noclegów korzystają. To nie tylko oszczędność pieniędzy, ale przede wszystkim wspaniały sposób na poznanie danego miejsca z prawdziwie lokalnej perspektywy. Cenię to bardzo i nawet gdy nie couchsurfuję, udaje mi się poznać "lokalną perspektywę". I tu wracamy do otwartości: z ludźmi należy rozmawiać, uśmiechać się do nich, nie bać się zagadać, a kiedy trzeba - pomóc. W Laosie w mieście Phonsavan tak się złożyło, że naprawiłam zlew w hostelu (nic wielce skomplikowanego, podłączyłam po prostu rury do odpływu), przeprowadziłam gościnną lekcję w wiejskiej szkole nieopodal miasta, a panom z biura podróży pomogłam sformatować tekst w Wordzie - i nagle okazało się, że całe miasto stoi przede mną otworem! Ludzie zaczynają opowiadać o życiu, historii, o swoim kraju. Zdobywasz zaufanie, kiedy w praktyce wykazujesz, że nie jesteś kolejnym dupkiem z Europy, który przyjechał skorzystać z tanich narkotyków.
Rozmawiałam kiedyś ze znajomym globtroterem, amerykańskim dziennikarzem, który przemierzał świat z plecakiem.
- Kobiety często mówią mi - powiedział - że chętnie też by tak podróżowały, ale nie mogą, bo są kobietami. Mężczyźnie jest łatwiej, a dla kobiety to po prostu niemożliwe.
Bzdura. To jest segregacja płciowa w naszych głowach. Oczywiście, nie wybrałabym się teraz sama w celach turystycznych do Somalii czy Afganistanu, ale, umówmy się, kwestia płci jest tu drugorzędna. Jeśli kobieta stosuje się do kilku prostych zasad, sprowadzających się w gruncie rzeczy do zdrowego rozsądku, nie ma się czym przejmować. Należy szanować zwyczaje kulturowe, nie paradować w obcisłych strojach w kraju muzułmańskim, zasłaniać włosy, nosić luźne, stare ubrania, zakrywające ramiona, nogi i kobiece kształty; nie pić alkoholu z obcymi mężczyznami, nie szlajać się nocą po podejrzanych dzielnicach, zamykać drzwi na klucz w pokojach ho(s)telowych, mieć przy sobie gwizdek ratowniczy, żeby w razie czego wezwać pomoc, racjonalnie oceniać sytuację... Oto złote zasady bezpieczeństwa, z których każdą zdarzyło mi się kiedyś złamać.
W podróży nie zaszkodzi odrobina bezczelności i asertywności, zwłaszcza w takich, dajmy na to, Indiach, gdzie mężczyźni potrafią być mocno natarczywi. Miałam wrażenie, że choć natarczywi, to raczej nie posunęliby się do fizycznej agresji, lecz późniejsze doniesienia medialne o napaściach na kobiety wydają się jednak tej tezie przeczyć. Należy być czujnym. Muszę przyznać, że moje różne perypetie po drodze sprawiają, że czasem tę czujność tracę - chociaż wynika to pewnie raczej z charakteru niż doświadczenia podróżniczego. Czasem po prostu nie umiem (a może i umiem, ale nie chcę) ustąpić. I tak we wspomnianych już Indiach wdałam się w scysję połączoną z rękoczynami, która nie przerodziła się w większą bójkę tylko dzięki interwencji przechodniów (żeby nie było wątpliwości - to ja bym oberwała). Więc jeśli coś mnie kiedyś zgubi, to mój temperament.
Żebyśmy się dobrze zrozumieli - nikogo nie zachęcam do nazbyt ryzykownych zachowań. Trzeba mierzyć siły na zamiary. Jak ktoś nie ma łatwości nawiązywania kontaktu i po prostu nie lubi obcych, za to mocno ceni prywatność, nie potrafi korzystać z kompasu, nie zna języków i nie umie w razie czego dać jakiemuś chamowi po ryju - to niech lepiej odpuści sobie egzotyczne podróże w pojedynkę.
I nie pytajcie, proszę, czy się nie boję podróżować sama. Co chwila ktoś mi zadaje to pytanie. Nie. Nie boję się. Czego tu się bać? Jak ma ci spaść cegła na głowę, to spadnie - niezależnie od tego, czy jesteś sam, czy w towarzystwie. Czy w Polsce, czy na drugim końcu świata.
Co powiedziawszy, zapraszam do lektury mojej podróżniczej opowieści!
***
Zwykłam mawiać, że moje podróże mają znakomitą ścieżkę dźwiękową. Dlatego każdemu rozdziałowi niniejszej książki towarzyszy inny utwór muzyczny - zachęcam do czytania przy dźwiękach muzyki, której ja sama słuchałam na danej trasie lub która w szczególny sposób wiąże się z miejscami i bohaterami tej książki.
What A Wonderful World
Borneo
Borneo było jednym z moich wymarzonych kierunków od lat. W poprzedzających wyjazd, niezwykle pracowitych miesiącach moje eskapady ograniczały się do krótkich wypadów w odwiedziny do mieszkających w Europie przyjaciół. Brakowało mi drogi. W ciepły sierpniowy dzień, tuż przed wyjazdem na lotnisko, pakowałam w pośpiechu ostatnie rzeczy do plecaka.
- Bilet, paszport, książeczka szczepień, kompas, kasa, latarka, repelenty, papierosy... - mówiłam sama do siebie, sprawdzając, czy spakowałam wszystko co najważniejsze.
Wydawało mi się, że o niczym nie zapomniałam. Ha! Oczywiście, że zapomniałam... Ale o czym, opowiem w dalszej części tej historii.
Pozostało wskoczyć w "ciuchy na drogę". Zawsze wyglądam tak samo, wybierając się w podróż - mam nieśmiertelną kurtkę safari, która była ze mną w Europie, Afryce, Ameryce i Azji, buty trekkingowe, stare jeansy, czarny T-shirt, okulary przeciwsłoneczne oraz buff (czyt.: baf), czyli rodzaj kołnierza z mikrofibry - mistrzowski wynalazek. Mój buff ma napis Adventure Begins Today i jest jednym z najfajniejszych gwiazdkowych prezentów, jakie kiedykolwiek dostałam. Ma już ładnych kilka lat i towarzyszył mi podczas wędrówki po Azji, służąc i za czapkę, i za opaskę, i za szalik, i za opatrunek, a odcięty z niego scyzorykiem fragment okazał się niezawodny przy związywaniu włosów.
W momencie, kiedy ubieram się w mój podróżniczy "mundur", zakładam plecak i ruszam na lotnisko... Nie, nie staję się inną osobą, nie nabywam supermocy - po prostu czuję wówczas radość i ekscytację. Jakbym przestawiała się na tryb "podróż". Automatycznie przestaję stresować się jakimikolwiek sprawami. Nie denerwuję się podróżą, a wielogodzinne loty uwielbiam. Mam wreszcie czas na to, żeby pomyśleć, posłuchać muzyki, nadrobić zaległości filmowe i po prostu odpocząć. Lubię nawet kilkugodzinne międzylądowania, podczas których zwykle siedzę gdzieś z kawą (najczęściej na podłodze, koło kontaktu) i piszę, obserwując ludzi. Wybierając się w podróż - mając tylko bilet, bez żadnego planu - cieszę się na samą myśl o wyzwaniach, które czekają mnie po drodze. Zmęczenie, a czasem nawet zmordowanie, podczas podróży to dla mnie najlepszy relaks.
Do wyprawy na Borneo się nie przygotowałam. W ogóle. Postanowiłam wynieść moje samotne eskapady na nowy poziom i niczego nie sprawdzać przed wyjazdem. Choć miałam przewodnik, to go nie przeczytałam. Pomyślałam, że to będzie podwójnie ekscytujące. Wylądowałam w Kuala Lumpur i stwierdziłam, że właściwie mogłabym od razu lecieć dalej. Odebrałam bagaż, usiadłam i sprawdziłam w przewodniku większe miasta na Borneo. Znając już nazwy, ruszyłam po bilety. W ofercie był akurat bardzo atrakcyjny cenowo lot do Kuching. Niestety, dopiero za pięć godzin. Zdecydowałam, że poczekam, a w tym czasie poczytam przewodnik i wypiję kawę. "Znakomicie - pomyślałam, gdy znalazłam nazwy jakichś hotelików w Kuching - a zatem ramowy plan już jest".
Kuching
Wysiadłam na lotnisku w Kuching koło godziny 21.00 i pojechałam do hostelu. Nie było wolnych miejsc. Poszłam do drugiego hostelu. Nie było wolnych miejsc. Do trzeciego. Nie było wolnych miejsc. Do czwartego, piątego... Z każdym krokiem mój plecak zdawał się ważyć coraz więcej. Byłam tak zmęczona, że myśl o położeniu się i przekimaniu na zaśmieconym i śmierdzącym szczynami chodniku wydawała się coraz bardziej kusząca. Przemierzałam miasto od hotelu do hotelu. Nigdzie nie było miejsc. Później okazało się, że akurat odbywało się jakieś lokalne święto, rodzaj festiwalu, i wszystkie tańsze miejsca noclegowe były zarezerwowane z dużym wyprzedzeniem.
Idąc niewielką uliczką, zobaczyłam oświetlony, duży, drewniany stół wystawiony przed kilkupiętrową kamienicą. Siedziało przy nim sześciu młodych mężczyzn. Kilku z nich bez koszul, bardzo elegancko umięśnionych - nie głupkowato przypakowanych z napuchniętymi mięśniami, jak nasi niektórzy wielbiciele siłowni, ale szczupłych, z wyraźnie zaznaczonymi wąskimi pasmami mięśni, taki typ umięśnienia "boksera tajskiego". Na tychże imponujących klatach widniały niesamowite tatuaże. Wymalowane czarnym tuszem wzory jakichś mitologicznych kreatur, tajemnicze (dla mnie) symbole i litery. Mimo iż byłam nieziemsko zmęczona (moja podróż trwała już ponad trzydzieści godzin), zwróciłam na to uwagę, wyglądali naprawdę nieźle.
- Hej. Szukasz noclegu? - zagadnął jeden z chłopaków.
- Tak!
- Mam pokój.
- Ile?
Okazało się, że stół należał do knajpki położonej przy hostelu, którego ów chłopak był pracownikiem. Pokój był niezbyt tani, ale - jak się okazało - generalnie Borneo jest dość drogie. Miał okno, materac na podłodze i wspólną dla całego piętra łazienkę w korytarzu. Było tam w miarę czysto.
- Zostaję. Dwa dni minimum. Czy można u was kupić piwo?
- Tak, mamy piwo.
"No to git" - pomyślałam.
Zamiast położyć się spać, ogarnęłam się nieco, wzięłam papierosy i poszłam do baru. Okazało się jednak, że papierosy nie są najlepszym icebreakerem na Borneo. Muzułmanie tam raczej nie palą. Nie piją też piwa. Siedzieli przy kawie. Tylko jeden z mężczyzn, z wytatuowanym krzyżem, palił.
Piwo na Borneo jest horrendalnie drogie. Mała buteleczka kosztuje kilka dolarów. Nie ma tam żadnych browarów, wszystko jest importowane. Generalnie piwa się nie pije, jest przywożone tylko dla turystów i pewnie stąd jego obłędna cena. Nie znaczy to jednak, że mieszkańcy Borneo (mówimy tu rzecz jasna o wyznawcach innych niż islam religii) nie piją alkoholu. Owszem, pędzą bimber. Diabelsko mocny i niesmaczny trunek. O jego degustacji opowiem chwilę później.
Udało mi się złapać kontakt z nowymi kolegami z Kuching i nawiązać rozmowę. Mówili dobrze po angielsku. Okazało się, że była to grupa tatuażystów z "salonu" położonego nieopodal. Podczas rozmowy pierwszy raz usłyszałam o lokalnych plemionach i ich zwyczajach, między innymi o tradycyjnym, czy też raczej rytualnym tatuowaniu młodych mężczyzn. Podobno po tatuażach można poznać, z jakiego plemienia ktoś pochodzi.
Dzień później dowiedziałam się, że moje piwo wypiłam w towarzystwie nie byle kogo. Jeden z moich kompanów znany jest jako "najlepszy tatuażysta świata". Przypuszczam, że o wielu tatuażystach krążą takie pogłoski, ale faktem jest, że Malezja słynie ze sztuki tatuażu, a oglądając wzory, którymi ozdobione były ręce, szyje czy plecy moich nowych znajomych, uznałam, że rzeczywiście coś w tym jest. Po prostu dzieła sztuki.
- To jak? Zdecydujesz się na tatuaż? - spytał jeden z Malezyjczyków.
Hm. Myśl była niezwykle kusząca. Ale widziałam ten ich salon - w obdrapanej, brudnej, starej kamienicy - i mimo całej sympatii do nowych kolegów stwierdziłam, że raczej nie zaryzykuję. Zarażenie żółtaczką czy innym świństwem to zdecydowanie nie jest ten rodzaj adrenaliny, którego poszukuję w życiu. Podziękowałam dyplomatycznie, odpowiadając, że chętnie bym się skusiła, ale moja mama mi nie pozwoliła. Pokiwali ze zrozumieniem głowami. Myślę, że po tej wypowiedzi paradoksalnie zyskałam w ich oczach: "Może i nie jest muzułmanką, ale przynajmniej słucha mamy".
Moi nowi koledzy opowiedzieli mi też o łowcach głów. O tym, że odcinanie i mumifikowanie głów wrogów było wiekową tradycją na wyspie i że do dziś zmumifikowane głowy wiszą w tradycyjnych, długich domach na wsiach, w których mieszka czasem po kilka rodzin. Głowy wywieszane są (po dziś dzień) pod dachem, na ganku - wspólnym dla wszystkich zamieszkujących dany dom lokatorów - i mają chronić ich przed złymi mocami, jakby dając im dodatkowo siłę ich wrogów.
- Ale ten zwyczaj odszedł już do historii? - spytałam.
- No... w sumie tak... Ale zrozum, Borneo to naprawdę dzika wyspa, w głębi dżungli może zdarzyć się wszystko.
Myślałam, że mnie wkręcają, jednak usłyszałam potwierdzenia tych opowieści od kilku innych przedstawicieli lokalnych plemion, których spotkałam po drodze. A tak na marginesie, odcinanie głów to może najbardziej przemawiająca do wyobraźni, acz chyba nie najgorsza z rzeczy, które miały bądź mają miejsce w borneańskiej dżungli. Rozwinę tę myśl nieco później.
Jak już wspomniałam, do podróży się nie przygotowałam. Nie była to najmądrzejsza decyzja. Okazało się, że busy, noclegi w parkach narodowych i turystyczne atrakcje były zarezerwowane z wyprzedzeniem - nigdzie nie dało się znaleźć wolnych miejsc. Aha, i jeszcze jedna ważna informacja. Był ramadan. To mocno ograniczało możliwości jedzenia, picia czy jakiegoś socjalizowania się z lokalnymi mieszkańcami za dnia. Nawet jeśli jakieś knajpki były otwarte, to świeciły pustkami. Kuching - mimo ciekawych rozmów - oszałamiające nie było... Co chwilę padał deszcz, a tamtejszy deszcz to po prostu ulewa, jakiej nigdy wcześniej nie widziałam. Oberwanie chmury, ściana wody.
Tu zagadka - o jakim elemencie ekwipunku warto nie zapomnieć, kiedy wybieramy się do lasu deszczowego? Czyżby o kurtce przeciwdeszczowej? Zgadnijcie, czego zapomniałam spakować do plecaka...
Park Narodowy Bako
W Kuching zostałam ładnych parę dni, bo to dobry punkt wypadowy do położonego nieopodal Parku Narodowego Bako oraz rezerwatu orangutanów. Do parku udałam się tylko na jeden dzień, bo nie udało mi się... niespodzianka... znaleźć tam noclegu. Wiedziałam zatem, że to będzie intensywny dzień trekkingu. Z miasta wyjechałam koło 5.00 rano, złapałam pierwszy autobus, następnie łódź. Na szczęście łodzie były pięcioosobowe, co pozwoliło mi dołączyć do dwóch miłych par - z Niemiec i Belgii. Umówiliśmy się, że będziemy również wracać wspólnie, około godziny 16.15, żeby zdążyć na ostatni autobus do Kuching, który odjeżdżał po 17.00.
Dojechałam do położonego na półwyspie parku Bako i byłam oszołomiona pięknem krajobrazu. Błękitna woda, soczyście zielone wzgórza. W parku wytyczono kilka tras, zdecydowałam, że wybiorę jeden z dłuższych jednodniowych szlaków. Pierwszy raz maszerowałam po prawdziwej tropikalnej dżungli. Niezwykłe doświadczenie. Nie spodziewałam się aż takiej wilgotności w lasach i suchego żaru na płaskowyżu. Świetna trasa, częściowo dość stroma. Idąc po lesie, pomyślałam, że to wszystko prawda, co wyczytałam w przewodniku Lonely Planet - kilometr w dżungli to jak dwa na innym szlaku, a pociłam się tak, że wreszcie dowiedziałam się, po co człowiekowi brwi. Otóż gdyby nie one, pot w takich sytuacjach zalałby nam oczy. W tym kontekście moje krzaczaste brwi okazały się niezwykle funkcjonalne. To nie było zwykłe zmęczenie i spocenie - jak po nawet cięższym wysiłku fizycznym. I wybaczcie naturalistyczne opisy, ale miałam wrażenie, że całe moje ciało zaraz zamieni się w ciecz. To nie były strużki, to były rzeki potu. Nie wiem nawet, do czego to porównać. Bo nie chodzi tylko o upał, ale również o wilgoć w powietrzu i samą trasę pod górę - ten miks sprawia, że człowiek czuje się, jakby wspinał się po stromych schodach w saunie. To chyba najbardziej obrazowe i najlepsze porównanie.
Nawiasem mówiąc, kilka dni później spotkałam w hostelu... autora wspomnianego przewodnika i miałam okazję mu osobiście powiedzieć, że miał całkowitą rację, opisując trekking w dżungli.
Las jest niezwykle gęsty, z najróżniejszymi gatunkami roślin, których nigdy wcześniej nie widziałam, strzelistymi drzewami o grubych pniach, pokrytymi porostami, pędami, kłączami; ze zwierzętami, które można po drodze usłyszeć. Ale nie zobaczyć. Człowiek jest tam intruzem, zwierzęta się go boją. W sumie nie ma się co dziwić. Tak czy siak, udało mi się zobaczyć jeden z endemicznych gatunków małp nosaczy. Z daleka tego wyraźnie nie widziałam, ale małpy wyglądają zabawnie - mają długie, grube nosy, kompletnie nieproporcjonalne do ich pociesznych mordek. Są, obok orangutanów i ptaków dzioborożców, jednym z symboli wyspy.
Park Bako jest niezwykle popularny wśród turystów, według Lonely Planet to atrakcja numer jeden na wyspie. Większość odwiedzających wybiera krótkie trasy, przez co na moim szlaku byłam sama, a przynajmniej - nikogo nie spotkałam. W drodze powrotnej znalazłam, również bezludną, zatoczkę. Był akurat odpływ, więc najpierw po białym piasku, a następnie w wodzie po kolana przeszłam do wapiennych skałek i usiadłam na kamiennej półce. Sama. W słońcu, zmęczona po kilku godzinach trekkingu, obserwowałam morze i wysepki wyłaniające się w oddali ze spokojnej tafli błyszczącej refleksami słonecznymi wody. Pozbierałam kolorowe muszelki, poszłam popływać, zrobiłam trochę notatek, pobyłam sama ze swoimi myślami i po prostu powygrzewałam się na skale. Bardzo sobie cenię te spokojne momenty samotności, kiedy jestem otoczona przez wspaniałość przyrody tej planety. Perfekcyjna chwila.
Pomyślałam, że nawet jeśli przyjechałabym na Borneo jedynie dla tego widoku i trekkingu w Bako - to było warto. Nie przypuszczałam wówczas, że podróż będzie warta zapamiętania z tak wielu innych powodów. Jako soundtrack do tej wyprawy wzięłam ze sobą głównie rockowe utwory - Borneo kojarzyło mi się z dżunglą, więc playlistę dumnie otwierał Guns N' Roses. Ale to nie pasowało do takiego miejsca. Niezwykłe piękno przyrody Parku Narodowego Bako przypomniało mi utwór Louisa Armstronga What a Wonderful World.
Około 15.30 wróciłam do wejścia do parku. Para z Niemiec już czekała. Zamieniliśmy kilka słów, obserwując małpę, która ukradła komuś puszkę coli ze słomką, a następnie szybko wspięła się na dach i popijała napój, z zaciekawieniem spoglądając na ludzi na dole. Ludzie na dole z zaciekawieniem spoglądali w górę. Następnie małpa zaczęła... sikać, prosto na jeden ze stołów.
- No, nie dziwota. Po tej całej coli - skomentował Niemiec.
Belgijska para dołączyła do nas po paru minutach i ruszyliśmy w stronę plaży. Naszej łodzi nie było. Inne przypływały i odpływały, kolejne grupy turystów opuszczały park, aż zostaliśmy na plaży zupełnie sami. W tym czasie niebo nad półwyspem zaczęło się chmurzyć. Spadły pierwsze duże krople. Z każdą minutą deszcz przybierał na sile. Nagle niebo przeciął błysk, a po chwili usłyszeliśmy pierwszy grzmot. A my nadal czekaliśmy na łódź! Fakt, że dopiero pół godziny, ale i tak czuliśmy się już jak rozbitkowie.
Kiedy w końcu łódź się pojawiła i ruszyliśmy w podróż powrotną, rozpętała się prawdziwa burza. Pioruny, wiatr, zacinający deszcz. Przynajmniej na tej części nieba nad nami. Kiedy spojrzałam w prawo, widziałam błękit i słońce, po lewej zaś stronie niebo miało niebieskawy kolor i widać było na nim tęczę. Hoop for the lowly, jak poetycko określił ją Kerouac w swojej, znakomitej zresztą, powieści Dharma Bums. A w samym środku tego wszystkiego my przedzierający się przez sztorm.
Zakupione w Kuching plastikowe poncho na niewiele się zdało. Ubrania były całkowicie mokre. Burza trwała może ze dwadzieścia minut. Kiedy dotarliśmy do autobusu, słońce znów jasno świeciło. Znacie utwór Everywhere I Go It Rains On Me? Na Borneo przypominał mi się kilka razy. Czego się jednak spodziewać, kiedy jedziemy do lasu deszczowego?
Orangutany
Na spotkanie z włochatymi pomarańczowymi małpami wybrałam się o świcie. W rezerwacie Semenggoh, nieopodal miasteczka Kuching, żyją one na "półwolności" - poruszają się swobodnie po lesie, ale dwa razy dziennie mają karmienie. To moment, kiedy turyści mogą je oglądać. Z moich obserwacji wynika, że większość turystów podjeżdża autokarami do wejścia blisko miejsc karmienia, wyskakuje na chwilę, robi zdjęcia i odjeżdża. Ja chciałam trochę pospacerować po lesie, publiczny autobus przywiózł mnie do głównego wejścia, skąd do miejsc karmienia są jakieś trzy, cztery kilometry. Miałam nadzieję, że po drodze uda mi się zobaczyć zwierzęta. Niestety. Ponieważ byłam w parku wcześnie rano, przy piaszczystym placu, punkcie zbiórki dla grup, było raptem kilka osób. "Może nie będzie tak źle" - pomyślałam. Płonne nadzieje, im bliżej godziny 9.00, godziny karmienia, tym więcej turystów. Po prostu tłum, na pewno ponad sto osób. W tym czasie wokół placu zaczęły szeleścić drzewa, a z oddali dochodziły trzaski łamanych gałęzi. To orangutany zmierzały na śniadanie.
Orangutan w deszczu na Borneo
Ależ one są piękne! Ciemnopomarańczowe, grube, długie futro. Jeden z nich był naprawdę potężny, myślę że ważył grubo ponad sto kilo. Była też mama z noworodkiem i inna mama ze swoim nieco starszym dzieckiem, które spało wczepione w jej futro. Orangutany wyglądały jak wielkie, pocieszne przytulanki, ale przeskakiwały nad naszymi głowami ze zwinnością i gracją, chwytając kolejne liany i gałęzie. Nie tracąc równowagi, wisząc na jednej ręce, drugą wyciągały w kierunku opiekuna po owoc. Obserwując je, pomyślałam, że bardzo przypominają ludzi. Co więcej, wydają się inteligentniejsze niż niektórzy...
Po karmieniu poczekałam, aż grupy odjadą. Zostałam w parku i poszłam na spacer, ale znowu padał deszcz, więc zdecydowałam, że czas wracać. Dotarłam do głównej, betonowej drogi prowadzącej do wyjścia. Idąc, fotografowałam co ciekawsze okazy roślin mijane po drodze. W pewnej chwili skończyły mi się baterie w aparacie, lecz miałam przy sobie zapas, więc przykucnęłam na jedno kolano, zdjęłam plecak i zaczęłam szukać w nim baterii. I znów to samo! Czy to torebka, z którą chodzę do pracy, czy plecak na trekking, zawsze mam problem, żeby znaleźć tam to, czego akurat szukam.
Grzebiąc w plecaku, podniosłam nagle wzrok. Jakieś dwa metry przede mną stała na czterech łapach orangucica z młodym na plecach. Oniemiałam. Ja, kucająca i przygarbiona, oraz ona, byłyśmy mniej więcej tego samego wzrostu - patrzyłyśmy sobie prosto w oczy. Nie wstając, żeby jej nie przestraszyć, powoli wycofałam się na bok, przepuszczając ją na drodze. Przeszła obok spokojnie, a po paru krokach odwróciła się i raz jeszcze badawczo zmierzyła mnie wzrokiem. No i właśnie po to pojechałam na Borneo - aby stanąć oko w oko z orangutanem. Mission accomplished.
Sibu
Do Sibu dotarłam z Kuching po wielogodzinnej podróży łodzią. Tu, pośrodku niczego, znalazłam kolejną inspirację. W portowym miasteczku, w czasie ramadanu, bez turystów i jakichkolwiek atrakcji. Zastanawiałam się, czy iść na chwilę spać i od razu wyruszyć w dalszą drogę, czy zostać tam na jedną noc. Jako że znalazłam sympatyczny hotel, postanowiłam zostać. Sytuacja rozwija się jednak dynamicznie podczas moich podróży, więc dodam, uprzedzając nieco fakty, że zatrzymałam się tam i na kolejny dzień.
"Brud i smród" - takie były moje pierwsze myśli po zejściu z łodzi. Śmierdziało nadgniłymi rybami, na nadbrzeżu powitały mnie obdrapane budynki z zardzewiałymi metalowymi elementami, odpadającymi szyldami i łuszczącą się farbą. Wszystko wyglądało na zniszczone i mocno nadgryzione zębem czasu. Na tym tle biały (acz od brudu poszarzały) pomnik dumnie prężącego się łabędzia - będącego symbolem miasta - wyglądał nieco kuriozalnie.
Szłam nabrzeżem, szukając miejsca do spania. Jeden hotelik gorszy od drugiego, ciemne, duszne, wilgotne pokoje bez okien (okno to tutaj luksus, za który trzeba dopłacać). Wreszcie trafiłam do prowadzonego przez Chińczyków hotelu, który był tani, czysty i schludny, i w którym było piwo (przypominam: nie dość, że muzułmański kraj, to jeszcze ramadan). Czego chcieć więcej? Oddałam rzeczy do prania, ucięłam sobie drzemkę i postanowiłam wyjść na kolację. Słońce już zaszło, a zatem restauracje powinny były już być otwarte (za dnia wszystko było pozamykane ze względu na ramadan).
Szłam małymi uliczkami, przy których jednak nie było zbyt wielu jadłodajni. Właściwie to zobaczyłam tylko jedną. Plastikowe krzesełka i stoliczki na zewnątrz (używam zdrobnień, bo zgodnie z trendami panującymi w ulicznych barach Azji Południowo-Wschodniej krzesła i stoliki są dużo mniejsze niż standardowe), przy nich sporo miejscowych, głównie o chińskich rysach twarzy. W Sibu, jak się później dowiedziałam, mieszka duża społeczność chińska. Co ciekawe zresztą, Malezyjczycy podchodzą do nich z rezerwą, pełni uprzedzeń i stereotypów. Było po 19.00, uliczka była ciemna, a oświetlona restauracja wyraźnie kontrastowała z otaczającą ją ciemnością. Przy jednym ze stolików zobaczyłam białą twarz. Postawny, dobrze zbudowany, wysoki mężczyzna, około czterdziestu pięciu lat, o szerokich barach i atletycznej sylwetce oraz intrygującej twarzy. Złamany nos, śniada cera; taka twarz raczej ciosana siekierą niż rzeźbiona przez Michała Anioła. Powiedzmy sobie szczerze, na intelektualistę to on raczej nie wyglądał. Może ten opis nie brzmi jakoś zachęcająco, ale choć wyglądał na zbira, szpetny nie był. I może od razu bym zagadała i się przysiadła, widząc w azjatyckiej mieścinie białą twarz, ale uznałam, że byłoby to niestosowne (ten cały konserwatyzm i ramadan najwyraźniej tak na mnie podziałały). Poza tym na stoliku stały przed nim dwie butelki piwa, więc wywnioskowałam, że nie jest sam.
Szłam więc dalej, kolejnymi ciemnymi uliczkami, na których nie było żadnych knajpek. Wreszcie trafiłam na jakąś jadłodajnię, lecz wyglądała tak obskurnie (a w środku nie było żadnego klienta), że zdecydowałam, że wrócę do miejsca mijanego wcześniej. Gość cały czas tam był. Spytałam, czy jedzenie jest OK, odpowiedział z uśmiechem, że tak, i gestem zaprosił mnie do stolika.
- A te dwa piwa przynieśli przez pomyłkę. Jestem sam.
Zauważyłam, że miał lekki wschodni akcent. Pomyślałam, że to pewnie Rosjanin. Okazało się, że (geograficznie) niewiele się pomyliłam.
- Skąd jesteś? - spytałam.
- Stąd - padła odpowiedź.
- Jak to stąd? Nie wyglądasz... - zdziwiłam się.
- Mówię "stąd", bo od dziesięciu lat siedzę na Borneo. Pracuję w dżungli, w kopalni.
"Hm, górnik. Cool" - pomyślałam.
Nie mam zbyt często okazji rozmawiać z górnikami, a już tym bardziej pracującymi na Borneo, więc naprawdę się ucieszyłam. Z pewnością będzie to ciekawa rozmowa. A i może postać do kolejnej książki. Z każdym kolejnym zdaniem rosło moje zadziwienie. Nie dość, że poznany mężczyzna posiadał imponującą wiedzę na temat historii, polityki, filozofii, to jeszcze zwiedził praktycznie cały świat, najmując się do pracy w kopalniach. Nawiasem mówiąc, dowiedziałam się od niego między innymi, że w zatoce Ha Long w Wietnamie odkryto złoża złota. Prace przygotowawcze trwały kilka lat, aż wreszcie rząd zdecydował, że dziedzictwo przyrodnicze świata jest ważniejsze od krótkoterminowych benefitów, i pogonił kompanie wydobywcze! Mądra, słuszna postawa, niestety rzadka w krajach rozwijających się.
Ten temat jeszcze zresztą powróci, bo pod względem dzikiej, niezrównoważonej i rabunkowej polityki dotyczącej wszelkich surowców naturalnych rząd Malezji jest w rzeczy samej w światowej czołówce. O czym zresztą też mówił mój nowy znajomy. W ciągu blisko dziesięciu lat na Borneo swoje zobaczył... Kiedy opowiadał mi kolejne przygody, pomyślałam, że naprawdę jest wyjątkowym człowiekiem. Iran, Irak, Libia, Burkina Faso, Tajlandia, Wietnam, Ameryka Południowa. Gdy zaczął opisywać swoje życie na Borneo, jak hobbystycznie kartografuje niedostępne rejony dżungli, moje zdumienie jeszcze bardziej wzrosło. Ale "supergórnika" poznałam! Niby wiem, że można być niezwykle elokwentnym samoukiem, ale i tak czułam się zaskoczona.
Kiedy wspomniałam o swojej książce, mężczyzna wyciągnął wizytówkę i poprosił, żebym mu przesłała tekst. Spojrzałam na podany kartonik i zrozumiałam swój błąd. Ten "samouk" miał doktorat z geologii. I tak w małym miasteczku w prowincji Sarawak na Borneo, jednym z miejsc, do których turyści trafiają na parę godzin, czekając na łódź lub samolot, zanim ruszą w dalszą drogę, na skraju dżungli, w małej, zapyziałej chińskiej knajpce dwóch doktorów debatowało o literaturze, filozofii, polityce, problemach współczesnego świata i podróżach.
Nowy kolega opowiadał o swoich przygodach w Iranie, kiedy o mało co nie rozstrzelano go za zhańbienie kobiety (jak twierdził, chodziło tylko o uścisk ręki widziany przez brata owej pani). O tym, jak przedsiębiorczy Polacy na zapleczu meczetu (sic!) w Libii pędzili bimber. O tym, że w kopalniach w dżungli Borneo ukrywa się wielu kryminalistów z Europy (potwierdzili to też moi późniejsi rozmówcy). Jeden z jego dobrych kolegów i współpracowników właśnie tam czekał na przedawnienie swojego wyroku. Europejskie ramię sprawiedliwości nie sięga na Borneo. Co więcej, mam wrażenie, że nie sięga tam żadne ramię sprawiedliwości...
Z kopalni nie da się wydostać w prosty sposób.
- Nie ma czegoś takiego jak drogi. Jedziesz przez dżunglę, następnie możesz przeprawić się kawałek łodzią, jeśli stan rzeki na to pozwala, a jeśli nie, zostaje ci marsz do wioski. Następnie dopiero możesz przejechać samochodem kolejny odcinek, do kolejnej łodzi, która już dowiezie cię do Sibu, skąd możesz nawet udać się samolotem w dalszą trasę. Sama podróż do Sibu trwa kilka dni - opowiadał mój znajomy. - Mamy pięć dni wolnych w miesiącu, wtedy możemy jechać do miasta po zakupy.
- I odpowiada ci takie odcięcie od świata? - Byłam naprawdę zafascynowana tą historią.
- Tak, mam czas na to, co ważne. Pracuję, piszę, robię mapy. Czytałaś manifest komunistyczny? - zapytał nagle.
- E... no, tak, kiedyś na studiach. A skąd to pytanie?
- Bo ja właśnie coś takiego napisałem.
- Manifest komunistyczny?!
- No, nie ten oryginalny. Nie jestem aż tak stary. - Mężczyzna uśmiechnął się. - Mój manifest. Cywilizacyjny. O tym, jak ludzie rabunkowo korzystają z zasobów tej planety. Nawet to, co robimy w kopalni...
Z pasją mówił o problemach społeczno-ekologicznych, o niszczeniu lasów tropikalnych i związanej z tym faktycznej zagładzie rdzennych plemion zamieszkujących Borneo. Powracał też temat przestępców, z którymi mój towarzysz stykał się w kopalni. Słuchałam tego wszystkiego z szeroko otwartymi oczami, zastanawiając się, czy każdy w samodzielnych podróżach spotyka takich oryginałów, awanturników, jakby żywcem wyjętych z kart powieści przygodowych.
- A więc jesteś jak jedna z tych Amerykanek, samotnie podróżująca?
- Nie wiem, czy jak jedna z Amerykanek, ale tak, podróżuję sama. - Przedstawiłam pokrótce moją życiową filozofię.
- Nigdy tu nikogo takiego nie spotkałem. Ale masz świadomość, że w Sibu dziewczyna naprawdę nie powinna sama spacerować po nocy? To miasto portowe i, uwierz mi, najbezpieczniej tu nie jest. Różne typy się tu przewijają. Zdarzają się gwałty nawet na mężczyznach.
- Innymi słowy, będziesz tak miły i odprowadzisz mnie do hotelu?
- Oczywiście, że cię o tej godzinie nigdzie samej nie puszczę.
Niepostrzeżenie zrobił się środek nocy. Ulice opustoszały całkowicie, za barem drzemał oparty o poplamioną ceratę właściciel knajpki. Rozmawialiśmy ładnych parę godzin. A ja już wiedziałam, że następnego dnia nie opuszczę Sibu, tylko będę odsypiać zarwaną noc. Mój znajomy natomiast wracał do swojej dżungli.
- Idziemy?
- Mhm - skinęłam głową bez entuzjazmu.
Zapłaciliśmy, widząc wyraźną wdzięczność w zaspanych oczach sympatycznego chińskiego restauratora, i wyruszyliśmy w kierunku mojego hotelu. Po kilku piwach i godzinach rozmowy zachowywaliśmy się jak starzy znajomi. Gadaliśmy, śmialiśmy się i szliśmy objęci, co było - jak się miało za chwilę okazać - jednym z moich bardziej lekkomyślnych zachowań.
Musiał ich zobaczyć kątem oka. Przystanął. Ulica była pusta, ale po drugiej stronie stał, bacznie nam się przyglądając, patrol policji. "Supergórnik" natychmiast się ode mnie odsunął.
- Cholera, jeszcze nas aresztują. Jak potrzeba, to nigdy ich nie ma, a tu w środku nocy... Fuck - zaklął szeptem.
- Za co, przepraszam? Jakaś godzina policyjna tu jest?
- Moja droga, za publiczne obściskiwanie się. Nie zapominaj, gdzie jesteś. To obraza moralności. - Mówił to całkowicie poważnie.
I dopiero do mnie dotarło. Błyskawicznie narzuciłam na głowę chustę, która spoczywała luźno na moich ramionach, nie zakrywając nawet dekoltu. Mój towarzysz powiedział coś do policjantów w niezrozumiałym dla mnie języku. Ja zrobiłam mój najgrzeczniejszy z wszystkich możliwych wyraz twarzy i skinęłam przepraszająco głową w kierunku funkcjonariuszy. Moja mina mówiła: "Przepraszam, przepraszam, przepraszam. To się więcej nie powtórzy".
Cała akcja trwała chwilę - oni patrzyli w milczeniu na nas, a my na nich. Nie odzywałam się, uznając, że kobieta i tak nie ma w takiej sytuacji nic do powiedzenia. Mój towarzysz raz jeszcze coś do nich powiedział; był bardzo spokojny i poważny. Poskutkowało. Jeden z nich odparł coś i, nie spuszczając ze mnie srogiego wzroku, machnął ręką. Uznaliśmy to za znak rozgrzeszenia i poszliśmy dalej. Swoją drogą, co za ironia losu - nowy znajomy miał mnie odprowadzić, żebym się po drodze nie wpakowała w tarapaty.
- Teraz rozumiem, co miałaś na myśli, opowiadając o dziwnych rzeczach, które ci się przytrafiają podczas podróży.
- Ale ja zawsze z durnych przygód wychodzę cało i zdrowo, więc będziemy mieć po prostu taką zabawną anegdotkę do opowiadania. - Wraz z oddalającym się patrolem policji, a tym samym wizją malezyjskiego więzienia, wracał mój dobry humor.
- Szkoda, że zmierzamy w tak różne strony.
- Wiem. - Pokiwałam głową ze smutkiem.
To spotkanie było kolejnym w moich podróżach, które utwierdziło mnie w przekonaniu, że na świecie są naprawdę nietuzinkowi ludzie. Idealiści, pasjonaci, którzy żyją tak jak chcą, a nie tak jak nakazują jakieś "społeczne normy". Cieszę się, że w drodze było mi dane poznać paru z nich.
Miri
Skoro mówimy o interesujących osobach - parę dni później w miasteczku Miri poznałam przez przypadek grupę aktywistów i jednego z liderów lokalnej opozycji. W tym miejscu trzeba wyjaśnić kilka rzeczy: podróżowałam po północnej, należącej do Malezji, części Borneo, podzielonej na dwie prowincje - Sarawak (południowy zachód) oraz Sabah (północ, gdzie toczy się spór o własność części ziemi z Filipinami). Południowo-wschodnie Borneo to prowincja Kalimantan będąca częścią Indonezji. Na Borneo położony jest również sułtanat Brunei - malutkie i obrzydliwie bogate państewko ultramuzułmańskie, z opartym na szariacie prawodawstwem, zyski czerpiące z bogatych złóż ropy naftowej.
Oględnie rzecz ujmując, rząd malezyjski nie cieszy się na Borneo zbyt wielką estymą, traktując wyspę jak kolonię, którą można rabunkowo eksploatować, wywożąc z niej wszystko, karczując lasy, zamieniając tysiące hektarów dżungli w plantacje zabójczej dla ekosystemu palmy oleistej, niszcząc tym samym i unikalną bioróżnorodność, i lokalne plemiona. To tytułem wstępu.
I tak w Miri trafiłam (nie będę się tu wdawać w szczegóły, żeby nie napisać słowa za dużo) do grupy miejscowej opozycji i aktywistów społecznych. Grupy lokalnie ważnej. Ich przywódca, również szef jednego z lokalnych plemion, miał szansę przedstawiać postulaty społeczności plemiennych przedstawicielom Narodów Zjednoczonych. Opozycjoniści opowiedzieli mi o historii prowincji Sarawak, która stanowiła onegdaj autonomiczny region, a następnie została - w drodze pokojowych negocjacji - inkorporowana przez Malezję. Nikt nie spodziewał się, że wtedy właśnie zaczną się tak olbrzymie problemy, grożące katastrofą ekologiczną. Zresztą nie tylko dla wyspy, ale i całej Ziemi. Dżungla Borneo to wszak jedne z "zielonych płuc" naszej planety. Nazywana jest nawet, ze względu na ogromną bioróżnorodność, Arką Noego.
Deforestacja niesie ze sobą niezwykle poważne konsekwencje, nie tylko dla środowiska naturalnego, ale również dla zamieszkujących te tereny ludzi. W szczególności dla lokalnych plemion, które często żyją tu tak, jak przed setkami lat, pielęgnując tradycję. Dla nich las jest wszystkim - domem, źródłem pożywienia i schronienia, apteką. Nie znają cywilizacji, mówią w swoich językach, nie używają pieniędzy i mediów czy systemu polityczno-ekonomicznego.
Jednym z problemów jest fakt, że pracownicy koncernów wycinających las czy kopalni w dżungli to nie zawsze porządni ludzie, którzy szanują odmienność kulturową lokalnych plemion. Jak już wspominałam, są wśród nich także kryminaliści. I kiedy spotykają lokalne plemiona, zachowują się jak kolonizatorzy. Jakby to wszystko należało do nich. Niestety, dochodzi do gwałtów na lokalnych kobietach, a także wykorzystywania ich naiwności, niewiedzy czy uczuć. Według moich rozmówców takie sytuacje (nie tylko dobrowolne współżycie, ale i gwałty) zdarzają się nagminnie, a sprawcy mają poczucie całkowitej bezkarności. To poważny problem, niezwykle delikatnej natury. Z tych związków rodzą się dzieci. "Dzieci mają jasną cerę, niebieskie oczy. Nie wyglądają jak my, ale są nasze, musimy je chronić" - tłumaczyli mi członkowie lokalnych plemion.
Słuchając tego, nagle zrozumiałam, że są części świata, w których nic się nie zmieniło od setek lat. W których wciąż rządzą konkwistadorzy, jeśli tylko mają pieniądze lub jakiś kraj, który ich wspiera, przymykając oczy, a tym samym legitymizując te zachowania. Rząd malezyjski niewiele robi w tej sprawie, nie ma interesu w ochronie ani lasów, ani lokalnych plemion. Są one niewielkie liczebnie. Według jednego z moich rozmówców jego plemię liczyło około tysiąca osób. A zatem nawet jeśli panowałaby tam tzw. demokracja, to i tak nie mieliby szans, aby prowadzić efektywne działania lobbystyczne i zmienić sytuację w drodze wyborów. Co więcej, nie mają pieniędzy, więc nie mogą wynająć prawnika i bronić swoich praw przed sądem. Chociaż procesy - głównie o ziemię - zdarzają się. Z pomocą takich właśnie grup aktywistów, jakich spotkałam.
Przykład: położony na Borneo Park Krajobrazowy Mulu. Teren ten odebrano lokalnym plemionom, jednocześnie zabraniając im wstępu do parku. Tu trzeba wyjaśnić, że ów park to tysiące hektarów dżungli. Żeby tam wejść, jego mieszkańcy muszą kupić bilet, jak turyści. Jeśli policja ich złapie, są aresztowani. Taka malezyjska "nacjonalizacja". Kiedy tam byłam, sprawa ta była akurat w sądzie - mam ogromną nadzieję, że mieszkańcy tych terenów odzyskają prawa do swojej ziemi.
Olbrzymie nadzieje pokładali w Organizacji Narodów Zjednoczonych oraz w Kościele katolickim - moi rozmówcy byli katolikami i dostrzegali niezwykle ważną funkcję społeczną religii katolickiej jako cementującej wspólnotę różnych plemion, a jednocześnie będącej ich wyróżnikiem wobec "mainstreamowego" islamu.
Kiedy do dżungli wkracza, na przykład wraz z pracownikami korporacji wydobywczych, "cywilizacja", ludzie ci tracą wszystko. Po swojej stronie mieli rozgłośnię radiową z Londynu, która ich wspierała, Radio Wolny Sarawak. Słuchanie audycji okazało się prawdziwym przeżyciem. Siedzieliśmy wieczorem na dachu wiekowej kamienicy, zgromadzeni wokół starego radioodbiornika, popijając bimber. Płynących z głośnika słów miejscowi słuchali wręcz z nabożeństwem. Dla mnie, choć nie rozumiałam ani słowa z audycji, było to naprawdę poruszające.
- Napisz o nas - powiedział jeden z opozycjonistów.
Nie musiał tego mówić. Wiedziałam, że muszę spisać to, czego się dowiedziałam. W języku polskim. W naszym kraju media zajmują się głównie analizowaniem gówna z każdej strony, zamiast otwierać oczy na problemy, z jakimi zmagają się ludzie w różnych, wcale nie tak odległych w dobie globalizacji, zakątkach Ziemi.
Wracając do radia - mieszkańcy dżungli często są niepiśmienni, radio jest jedynym medium, za pomocą którego można do nich dotrzeć. Społecznicy zbierają fundusze na zakup radioodbiorników, a następnie rozwożą je po wsiach, żeby głos Radia Wolny Sarawak mógł dotrzeć pod strzechy.
- Ludzie w długich domach nie mają elektryczności, czystej wody, dostępu do edukacji. Dlatego rząd może nimi łatwo manipulować - tłumaczył mi jeden z opozycjonistów.
- Najważniejsza jest edukacja. Tylko za jej pomocą możemy coś osiągnąć - dodał inny.
Zgadzam się z nimi w pełni, uważam, że edukacja to klucz do rozwiązania większości problemów. Wraz z edukacją przychodzi krytyczne myślenie, umiejętność porównywania i analizy. We współczesnym świecie wciąż jednak wiele jest wpływowych grup niezainteresowanych tym, żeby ludzie myśleli krytycznie. I, niestety dla Malezji i jej mieszkańców, takie grupy wydają się dość wpływowe w tym pięknym kraju.
Próbowałam zapoznać się także z opinią "drugiej strony", przeglądając anglojęzyczne, oficjalne gazety. Merytorycznych argumentów nie znalazłam; opozycji przypięto po prostu łatkę "komunistów". To żadni komuniści, rozmawiałam z nimi. Dane mi było się przekonać, że są zdesperowani i prawie stracili nadzieję, że można zmienić sytuację w sposób pokojowy i za pomocą dialogu, jednak ich poglądom daleko do radykalizmu. Nie są też przeciwni gospodarce wolnorynkowej, chcą jedynie zrównoważonego rozwoju dla swojego kraju. Wydaje mi się, że gdyby nie problemy typu korupcja, taki właśnie zrównoważony rozwój byłby możliwy. Im dłużej drążyłam temat, tym więcej patologii w polityce rozwojowej tego państwa odkrywałam.
Aresztowania opozycjonistów, brutalne pobicia, brak dostępu do służby medycznej, zyski z rabunkowej eksploatacji Borneo lądujące w kieszeniach potentatów z Kuala Lumpur, hegemonia zagranicznych koncernów wydobywczych... I tak dalej, i tak dalej...
Wiem, że jestem zbyt emocjonalna i że to żaden obiektywny raport. Ale, szczerze mówiąc, mam to gdzieś. Na Borneo zetknęłam się z rzeczywistą niesprawiedliwością zglobalizowanego świata. I mówię wam, krew człowieka zalewa i chce się wyć z bezsilności. Nie może być słuszne i nie może prowadzić do niczego dobrego czerpanie ekonomicznych korzyści z wyzysku innych. Mam nadzieję, że - może z pomocą ONZ i międzynarodowych mediatorów - rząd malezyjski sprosta jednak wyzwaniu i zrównoważony rozwój dla Borneo będzie możliwy. Borneo z całą swą bioróżnorodnością i bogactwem kulturowym jest przecież częścią dziedzictwa całej planety.
***
A tak przy okazji - jak następnym razem przyjdzie komuś do głowy taki "piękny" pomysł jak wielomilionowa transakcja z rządem Malezji pod tytułem "czołgi za olej palmowy", to niech się dwa razy puknie w łeb i poczeka, aż mu ta myśl wyparuje spod czaszki. Bo w imię krótkoterminowych korzyści finansowych te czołgi są wymieniane na dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze naszej planety. Szkoda jeszcze, że kością słoniową nie kazaliście sobie zapłacić.
Etyka, głupcze!
Park Narodowy Mulu
W Miri zostałam kilka dni. W trakcie pobytu tam wybrałam się również do wspomnianego wcześniej Parku Narodowego Mulu, do którego dostać się można jedynie samolotem - nie prowadzą do niego żadne drogi. Lot nad rozciągającymi się po horyzont plantacjami palmy oleistej trwa jakieś dwadzieścia minut. Gdy wysiadłam, ku mojemu zdziwieniu czekał na mnie samochód. To moi koledzy opozycjoniści zrobili mi taką niespodziankę. Z lotniska odebrał mnie ich znajomy i podrzucił do noclegowni - dużego domu z jedną izbą na jakieś trzydzieści łóżek.
Hostel prowadzili lokalni mieszkańcy, więc decydując się na nocleg w nim, wiedziałam, że moje pieniądze pójdą tam, gdzie są potrzebne, a nie do rządu (w samym parku położonych jest kilka państwowych hoteli i hosteli). Warunki okazały się niezwykle skromne: prąd udostępniano z generatora tylko przez kilka godzin wieczorem, a woda była zimna, nie bieżąca, a z deszczówki. Ponadto zauważyłam tam dużo nietoperzy i gekonów, co akurat było bardzo dobre, bo oznaczało brak robactwa. W hostelu spotkałam grupę sympatycznych backpackerów, wśród nich francuską antropolog, podróżującą dookoła świata parę z Niemiec oraz nieco zwariowanego Amerykanina hinduskiego pochodzenia. Przy wspólnym posiłku okazało się, że z naszej piątki aż trzy osoby w Wietnamie jadły serce kobry. Ciekawe towarzystwo.
Przed wyjazdem do Mulu postanowiłam część rzeczy zostawić w Miri i wziąć tylko to, co będzie potrzebne przez trzy dni w parku. Przepakowywałam się w pośpiechu, wrzucając do jednej reklamówki to, co chciałam wziąć, a do drugiej odkładając rzeczy, które miały zostać w hostelu. Żeby było weselej, okazało się, że do plecaka spakowałam nie tę torbę... Nie miałam więc ze sobą w parku ani dresu-piżamy (dość istotne, jak się śpi w dormitorium), ani kostiumu kąpielowego (jest tam wodospad, w którym można się kąpać). Nie wiem, czemu czasem jestem taka roztrzepana, czemu muszę sobie zwiększać poziom trudności. Oczywiście i w tej sytuacji sobie poradziłam (dzięki wykorzystaniu moich "macgyverowskich" talentów zrobiłam sobie elegancką piżamę z długiego szalika), ale można było ten fragment zabawy ominąć. Ponieważ było tam cały czas wilgotno, co chwila padało, nie było mowy o zrobieniu przepierki, więc niestety trzy dni spędziłam w jednych i tych samych spodniach, które miałam na tyłku, wyjeżdżając z Miri.
Pierwszego wieczoru wybrałam się na nocny spacer po szlaku zwanym botanicznym i muszę przyznać, że byłam pod wrażeniem. Mimo iż park jest znakomicie zorganizowany, ścieżki są wytyczone, a rośliny opisane, to i tak można odnieść wrażenie, że podróżuje się po prawdziwej dżungli. To coś zupełnie innego niż park botaniczny czy zoo gdzieś w Europie - tu naprawdę czujesz, że otacza cię dzika przyroda. Po drodze widziałam wielkie, barwne motyle, których skrzydła były mniej więcej wielkości moich dłoni, olbrzymie ślimaki, jaszczurki wygrzewające się w słońcu. A po zapadnięciu zmroku wybrałam się na spacer z przewodnikiem, który pokazywał owady, których sama bym nie zauważyła, wśród nich kilkudziesięciocentymetrowe patyczaki wyglądające naprawdę jak gałęzie oraz ćmy, które nazywał "latarniami" - z długimi "nosami" przypominającymi latarenki. No i świetliki. Widok złotych punkcików migoczących w ciemnościach nocy, wśród dźwięków lasu - szelestów, świstów, skrzeczenia żab, cykania świerszczy - sprawił, że czułam się, jakbym wylądowała w Nibylandii.
Most zawieszony w koronach drzew w borneańskiej dżungli
Podobało mi się w Mulu, cały dzień chodziłam po lesie, oglądając rośliny i podpatrując zwierzęta (co akurat proste nie było). Okazało się również, że niepotrzebnie wzięłam ze sobą repelenty - jeśli chcemy mieć szansę na zobaczenie jakiegokolwiek zwierzęcia, nie wolno się nimi spryskiwać, bo zapach tych środków odstraszy zarówno owady, jak i ssaki. Wybrałam się także na dwie zorganizowane wycieczki. Chętnie wykupiłabym ich więcej, ale okazało się, że przewodników trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem i niestety musiałam odpuścić sobie zobaczenie wielu ciekawych miejsc. Ale za to udałam się na spacer po wąskim moście linowym zawieszonym w koronach drzew. Co za frajda! Przewodnik tłumaczył, że roślinność w dżungli jest piętrowa i zupełnie co innego zobaczymy przy ziemi, a co innego kilkanaście metrów wyżej. Niby wszyscy uczyliśmy się tego na biologii, ale fascynujące było zobaczyć tę zieloną różnorodność na własne oczy.
Przewodnik pokazał nam też ciekawe drzewo, które cyklicznie gubi korę (łuszczy się jak wąż), żeby pozbyć się niechcianych towarzyszy, czyli innych roślin, które je oplatają i na nim rosną, a także pasożytów i grzybów. Raz w roku gubi również liście, też po to, aby uciec od niechcianego towarzystwa.
- To drzewo po prostu lubi być samo - zażartował przewodnik.
Hm. Gdybym miała być drzewem, to właśnie tym.
Dowiedziałam się także, że w dżungli znaleźć można leki na wszelkie choroby oraz trucizny na każdą okazję. Sztuka zielarska przekazywana jest ustnie z pokolenia na pokolenie wśród lokalnych plemion. Widziałam drzewo, którego sok działa jak natychmiastowa trucizna - używany był do przygotowywania zatrutych strzał przed polowaniami. Momentalnie paraliżuje mięśnie ofiary.
Odwiedziłam też jedną z położonych na terenie parku jaskiń, popularną wśród turystów. Znajduje się w niej jedna z największych na świecie kolonii nietoperzy, licząca ponad dwa miliony tych sympatycznych ssaków. Opuszczają one jaskinię o zmierzchu, kiedy wylatują na żer, tworząc na niebie czarny wir. Bardzo chciałam to zobaczyć. Niestety, zaczął padać deszcz, a w deszczu nietoperze nie latają.
Zwiedzając jaskinię, przekonałam się również, że nie należy patrzeć w górę z rozdziawioną z ciekawości buzią, kiedy nad tobą gniazduje milion nietoperzy... Cenna lekcja na przyszłość.
Kota Kinabalu
Tymczasem ramadan dobiegał końca. Rozpoczęło się święto Hari Raya Aidilfitri. Jechałam lokalnym autobusem z Miri do Kota Kinabalu w prowincji Sabah. Droga wiedzie przez Brunei. Bardzo ciekawe doświadczenie. Sułtanat obserwowany z okna autobusu to "full wypas" i bogactwo. Nowoczesne autostrady, murowane, eleganckie domy i meczety, w oddali zaś płonące pióropusze szybów naftowych. Czysto, schludnie, ładnie.
Tyle że na granicy stoi osobna budka ze służbą cenzorską, najwyraźniej w ramach służby celnej pracują tam również cenzorzy pilnujący, co się do Brunei wwozi. Tego dnia byłam zresztą aż na ośmiu przejściach granicznych. Najpierw malezyjskim, następnie brunejskim, następnie znowu malezyjskim i brunejskim, następnie ponownie Malezja-Brunei, potem znowu Brunei-Malezja. To taka lekcja geografii w praktyce. Na każdym z przejść dostałam pieczątkę do paszportu, a w Brunei dwukrotnie wizę (za każdym razem na dziewięćdziesiąt dni). Za każdym razem wywoływałam również zaciekawienie.
- Podróżujesz sama?
- Tak.
- Ale wszystko z tobą w porządku?
Dużym autobusem jechało tylko sześciu pasażerów, ja byłam wśród nich jedyną turystką. Podróż trwała ponad dwanaście godzin. I tak dotarłam do... Sopotu. No, nie do prawdziwego Sopotu, ale do Kota Kinabalu. To właśnie taki borneański Sopot, turystyczne miasteczko nad brzegiem morza. Multum turystów, głośna muzyka w stylu "hity z satelity" (popowo-dyskotekowy badziew), wszędzie karaoke. Ponieważ uznałam, że po ostatnich dniach w hostelach i dormitoriach należy mi się porządny nocleg (tudzież samodzielny pokój z łazienką), trafiłam do średniej klasy hotelu. I co się stało? Od razu po moim przyjeździe wysiadła woda i prysznic mogłam (musiałam) wziąć w hostelu połączonym z tymże hotelem. Czyli ponownie - wspólna łazienka. Dzięki temu jednak dostałam znaczący rabat. Dodatkową zniżkę przyznano mi w ramach przeprosin za hałas - pod oknem mojego pokoju ustawiono bowiem scenę karaoke. Na szczęście śpiewy kończyły się koło północy, jednakże We Will Rock You Queen w wykonaniu wyjących turystów na zawsze pozostanie w mojej pamięci.
Odpoczęłam tam dwa dni, spędzając czas na spacerach po okolicznych wyspach i pływaniu w Morzu Południowochińskim. Planowałam odwiedzić tylko jedną z pobliskich wysepek, ale zakolegowałam się z filipińskim właścicielem łódki (małej motorówki) i za cenę dowozu w jedno miejsce zaproponował mi wycieczkę też na inne wysepki. Po drodze przepływaliśmy koło położonych na morzu osiedli (w dużej mierze nielegalnych) emigrantów filipińskich. Przewożący mnie człowiek, który był w Malezji legalnie, opowiedział mi, że wielu jego rodaków stara się o lepsze życie na Borneo, uciekając przed problemami gospodarczymi i społecznymi z filipińskiego archipelagu, a następnie koczując nielegalnie na wodach Morza Południowochińskiego. Osiedla wyglądały niezwykle biednie. Widziałam pływające wioski w różnych państwach Azji, ale to, co zobaczyłam tym razem, sprawiało przygnębiające wrażenie nawodnych slumsów. Zwłaszcza w zderzeniu z kolorowymi sklepami, hotelami i radosnymi turystami parę kilometrów dalej.
***
W drogę powrotną do Europy ruszałam z Kuala Lumpur. Na jakiż obskurny hostel tam trafiłam! Miniaturowy pokój wyglądał jak cela więzienna, z metalowym łóżkiem, małym oknem i drzwiami z dykty. W hostelu nie było wielu turystów z naszego kręgu kulturowego, za to kręciło się sporo Malezyjczyków i Hindusów, sami faceci. Przyznam szczerze, że nie czułam się tam bezpiecznie, zwłaszcza korzystając ze wspólnej dla kobiet i mężczyzn (sic!) obskurnej łazienki. Obeszłam wiele innych hosteli i nigdzie nie było miejsc, nie miałam więc wyboru. Przy drzwiach pokoju postawiłam plecak, licząc na to, że jeśli ktoś będzie wchodził, to usłyszę przewracający się bagaż, wyjęłam mój nieśmiertelny gwizdek ratowniczy i po jakimś czasie zasnęłam. Na szczęście noc upłynęła spokojnie.
Nie weszłam na wieże Petronas, symbol miasta. To mój prywatny protest. Po pobycie na Borneo stanowią one dla mnie symbol gospodarki rabunkowej. Przejeżdżając przez wyspę, oprócz gigantycznych plantacji plamy oleistej widziałam także miejsca, z których wywożono dosłownie wszystko. Najpierw wykarczowano las (gdzieniegdzie widać było pnie), następnie wykopano cały żwir i piasek - zabrano wszystko, co nadawało się na budulec w kontynentalnej części kraju. I mając to na świeżo w pamięci, nie byłam w stanie zapłacić za podziwianie nowoczesnej, betonowo-szklanej panoramy Kuala Lumpur.
Tak jak po powrocie z Birmy miałam wrażenie, że odwiedziłam kraj z powieści Orwella, a nie istniejący naprawdę (o czym w dalszej części książki), tak po powrocie z Borneo miałam wrażenie, jakbym była w zaginionej krainie. To świat, w którym co roku naukowcy odkrywają kilkadziesiąt gatunków roślin i zwierząt, a tubylcze plemiona żyją jak przed setkami lat, w symbiozie z przyrodą, porozumiewając się w swoich, niespisanych nigdy, językach. Świat, który jeszcze istnieje, ale lada chwila zostanie całkowicie zniszczony przez współczesnych konkwistadorów...
Tego dnia o świcie wylądowałam w Hanoi, stolicy Wietnamu. Potrzebowałam snu, więc pierwsze kroki skierowałam do hotelu. Wieczorem wyszłam poznać miasto. Schodząc po schodach, zobaczyłam siedzącego przy komputerze, odwróconego do mnie tyłem mężczyznę. Nie zwracając na niego uwagi, podeszłam do recepcji, by zapytać o drogę do katedry. I wtedy za plecami usłyszałam:
- Ja wiem, gdzie to jest. Mogę ci pokazać drogę.
Tak właśnie poznałam towarzysza mojej podróży po Wietnamie, a także - jak teraz mogę powiedzieć - dobrego kumpla.
Już po chwili rozmowy ustaliliśmy, że kolejnego dnia będziemy zwiedzać miasto wspólnie. Po godzinie uznaliśmy, że w sumie i dalej możemy wybrać się razem.
- A tak w ogóle mam na imię Katarzyna - powiedziałam.
Jakoś wcześniej nie wpadliśmy na to, żeby się sobie przedstawić. Mój towarzysz był biologiem specjalizującym się w zagadnieniach ochrony środowiska. Właśnie obronił doktorat i wybrał się na miesiąc do Wietnamu. Inteligencja, poczucie humoru, imponująca wiedza, ale bez zadęcia, czyli normalny, sympatyczny facet. W dodatku słuchający dobrej muzyki. Mój wietnamski soundtrack został uzupełniony między innymi o Black Keys.
A propos ścieżki muzycznej - do Wietnamu zabrałam Ramonesów, Dylana, Rolling Stonesów, Hendrixa, Brian Jonestown Massacre. Na liście była też oczywiście jedna piosenka, której nie mogło zabraknąć podczas wyprawy do Wietnamu - Fortunate Son. Ten utwór pojawia się chyba we wszystkich amerykańskich filmach o wojnie w Wietnamie. Muszę przyznać, że taki klasyczny rock pasuje do Azji.
Ilekroć siedziałam na balkonie w Cat Ba Town, słuchając Creedence i popijając piwo Ha Long, i patrzyłam na zatokę oraz zachodzące nad nią słońce, miałam poczucie, że to jest właśnie idealna chwila.
Chwila doskonała to taki moment w czasie i przestrzeni, w którym zdaję sobie sprawę, że jestem szczęśliwa. Tak po prostu. Nie piszę tu o chwilach, w których jesteśmy ze swoimi bliskimi. To odrębna kategoria. Mam na myśli takie momenty, na które nikt inny nie ma wpływu. Takie, w których jest się samemu, nawet w tłumie. Wtedy przestaję myśleć o wszelkich sprawach mniej lub bardziej przyziemnych. Tak rozumiany idealny moment jest właściwie stanem umysłu, okamgnieniem euforii, pośrednio jedynie zależnym od położenia geograficznego czy warunków atmosferycznych. Na idealny moment składa się wiele czynników, których odczuwanie jest niezwykle subiektywne. W moim wypadku są to najczęściej krajobrazy (szeroko rozumiane, czyli wliczając w nie zabytki), które mnie zachwycają, słońce, dźwięki - muzyki lub przyrody. Moim idealnym chwilom często towarzyszy również zimne piwo lub adrenalina. I, jak już zapewne nie uszło Waszej uwadze, idealne chwile są leitmotivem moich podróżniczych opowieści.
Idealne chwile są rzadkie. Tymczasem podczas podróży po Wietnamie doświadczyłam kilku. Wspomniany zachód słońca, pełna ekscytacji chwila tuż przed zjedzeniem bijącego jeszcze serca kobry, widok pokrytych soczystą zieloną dżunglą wzgórz w rzęsistym deszczu czy wreszcie chwila doskonała na śnieżnobiałej piaszczystej plaży na jednej z bezludnych wysepek zatoki Ha Long, kiedy zachwyciłam się lśniącą szmaragdową wodą i wyrastającymi z niej skalnymi wyspami. Pewnie dlatego uważam wyjazd do Wietnamu za jedną z najlepszych podróży. To była istna kumulacja chwil absolutnie doskonałych. Swoją drogą, mam nadzieję, że nie wyczerpałam ich limitu.
A mogło przecież ułożyć się inaczej. Miałam jechać do Wietnamu tydzień wcześniej, ale zbyt długo czekałam z rezerwacją i mój bilet przepadł. Na lotnisku w wyniku nieporozumienia nie chciano mnie wpuścić do Wietnamu i chwilę zajęło wyjaśnianie (w skrócie - wyjaśnianie, że nie jestem wielbłądem). Miałam też zatrzymać się w innym hotelu, ale kiedy tam dotarłam, okazało się, że mimo dokonanej rezerwacji nie mieli już dla mnie miejsca. Często w wyniku takich zdarzeń losowych poznaję ciekawych ludzi. Może dlatego tak lubię słówko serendipity.
Zatoka Ha Long
Włóczyliśmy się razem po północnym Wietnamie. Pierwszy raz, odkąd zaczęłam moje samotne podróże, spędzałam cały czas z kimś, w dodatku z jedną i tą samą osobą. Nowe i ciekawe doświadczenie. Jednak podobała mi się taka formuła - w każdej chwili mogłam iść w swoją stronę, nie byłam do niczego zobowiązana - jak to ma miejsce, kiedy wyrusza się w podróż z kimś. Kiedy spotykasz kogoś na szlaku, jest inaczej, takie towarzystwo nie ogranicza wolności, nie zmniejsza swobody. Wszystko rzecz jasna zależy od danego człowieka, ale mój znajomy z Wietnamu był po prostu fenomenalnym towarzyszem podróży. Spędziliśmy razem cały mój wyjazd - do moich ostatnich godzin w Hanoi.
Zatoka Ha Long w Wietnamie
Początkowo myśleliśmy, że w kolejnych dniach się rozdzielimy. On chciał jechać do Sapa, a ja do strefy zdemilitaryzowanej. Ale mijały kolejne dni, a my kontynuowaliśmy wspólną podróż, mając po drodze wiele mniej lub bardziej zabawnych przygód. A to zepsuł się autobus, którym podróżowaliśmy, pośrodku niczego (pisząc "nic", mam na myśli środek wyspy, bez zasięgu komórkowego). A to pływając w zatoce Ha Long, zostaliśmy "zaatakowani" przez ławicę małych, srebrnych latających rybek. Był to, swoją drogą, ciekawy widok. Owe rybki wyskakują bowiem nad wodę, co sprawia wrażenie, jakby latały. Kiedy zaczęły wokół nas skakać, wyglądało to tak, jakbyśmy znaleźli się w środku małego srebrnego tornada. Niektóre z nich wskakiwały mi na głowę, zaplątując się we włosy (całkiem zmyślna siatka rybacka, nieprawdaż?). Zaiste urocze. Normalnie powiedziałabym, że nieco zbyt urocze (a raczej kiczowate), jak na mój gust, ale będąc tam, byłam zachwycona wszystkim, co widziałam. Bo takiego krajobrazu jak zatoka Ha Long nigdy wcześniej nie było mi dane oglądać. Nie dziwię się, że to miejsce okrzyknięto jednym z siedmiu cudów świata przyrody. W istocie, pejzaż zapierał dech w piersiach.
Ha Long to zatoka na Morzu Południowochińskim, część Zatoki Tonkijskiej. "Ha Long" oznacza "lądujący smok". Zatoka usiana jest wapiennymi wyspami. Jest ich tam blisko dwa tysiące. Legenda głosi, że skały powstały z łez smoka. Zresztą według lokalnych wierzeń ów smok do dziś żyje gdzieś w niebiesko-zielonych wodach zatoki. Tego akurat nie potrafię potwierdzić - nie spotkałam go.
Do zatoki jechaliśmy lokalnym autobusem z Hanoi. Jeśli tylko jest taka możliwość, staram się podczas podróży korzystać ze zwykłych, lokalnych środków transportu. Na dworcu chcieliśmy upewnić się, że autobus zawiezie nas do miasteczka Ha Long, ale chyba nie do końca zostaliśmy zrozumiani. Gdzieś na środku drogi kierowca się zatrzymał i... kazał nam wysiąść. Oczywiście, jak to w Wietnamie, zaraz zjawili się uczynni kierowcy motorynek, oferując - za horrendalnie wysoką opłatą - transport do miasteczka. Po chwili targowania i analizie sytuacji (staliśmy na poboczu autostrady, alternatywą był autostop - ale nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy i w którą stronę jest Ha Long), pojechaliśmy, płacąc za - jak się później okazało - niemal dziesięciokilometrową przejażdżkę jakieś pięć dolarów (dużo).
W Ha Long City weszliśmy do pierwszego lepszego hoteliku, a ponieważ zaproponowano nam tam bardzo niską cenę, po pobieżnym obejrzeniu kilku pokoi zostaliśmy. I to był błąd. Bo, choć nie było tego widać na pierwszy rzut oka, w moim pokoju roiło się od robactwa. Karaluchopodobne insekty wyszły wieczorem na żer i były dosłownie wszędzie. Odsunęłam łóżko od ściany, wysprayowałam siebie i nogi łóżka repelentem, ale na niewiele się to zdało, i tak zostałam pogryziona.
Ha Long City leży tuż nad zatoką. Typowa turystyczna miejscowość, na nadbrzeżu hotel obok hotelu, knajpa obok knajpy. Tyle że miasto było całkowicie opustoszałe. Restauracje pozamykane, wyludnione uliczki, żadnych turystów. W ramach wieczornego wyjścia kupiliśmy piwo w sklepie i wypiliśmy je na plaży. W sumie wolę być w takich miejscach poza sezonem turystycznym, ale aż takiego spokoju, ciszy i pustki się nie spodziewałam.
Było dość ciepło, może jakieś dwadzieścia pięć stopni. I gdy tak siedzieliśmy na plaży, w letnich ubraniach, klapkach (podkreślam - klapkach japonkach), kontemplując zachód słońca i popijając piwo, podszedł do nas Wietnamczyk i zapytał, czy nie chcielibyśmy skorzystać z usługi... polerowania butów. W Latającym Cyrku Monty Pythona by tego nie wymyślili! Czysty absurd.
Wiedzieliśmy, że nie zabawimy w Ha Long długo. Co prawda, inteligentni ludzie nigdy się nie nudzą, ale myśl o zostaniu tam dłużej nie wydawała się zbyt zachęcająca. O świcie następnego dnia wyruszyliśmy łodzią w kierunku wyspy Cat Ba. Był to właściwie dwudniowy rejs wycieczkowy, jednak my ustaliliśmy, że zabierzemy się z wycieczkowiczami w jedną stronę - przepłyniemy zatokę do miasta Cat Ba i tam wysiądziemy.
Padał deszcz. Wyłaniające się z gęstej mgły skały w zatoce przypominały mi filmy o piratach. Wszystko spowite było szarością, jakieś takie "niepokojąco-złowieszcze", ale przy tym majestatycznie pięknie. Było zimno. Wraz z deszczem spadła i temperatura. Wiał silny wiatr. Mijaliśmy kolejne wyspy, zatrzymując się przy niektórych i zwiedzając położone tam jaskinie. Zauważyłam wtedy, że Wietnamczycy mają jeden bardzo popularny gest. To energiczne zataczanie kółek palcem wskazującym skierowanym do dołu - gest uniwersalny.
- Ile mamy tu czasu? - zapytał sympatyczny Kanadyjczyk naszego przewodnika. W odpowiedzi uzyskał tenże uniwersalny gest. - I co on mi chce powiedzieć? Że mam się wmieszać w tłum? - pytał retorycznie nasz, zadziwiony niewerbalną odpowiedzią, nowy kolega.
Gest ten widziałam też w restauracjach. Kiedy prosiłam o rachunek, wykonując gesty przyjęte w Europie, obsługa nie wiedziała, o co mi chodzi. Gdy zaczęłam stosować "gest uniwersalny" - od razu przynosili rachunek. Chcąc zamówić następne piwo, należało wskazać na butelkę, a następnie wykonać "gest uniwersalny".
Wracając do meritum. Dopłynęliśmy do wyspy Cat Ba. Tam nas wyrzucono na ląd, ale okazało się, że wcale nie przypłynęliśmy do miasta. Staliśmy z plecakami, w deszczu, dokładnie na drugim końcu wyspy. Popatrzyliśmy na siebie i zaczęliśmy się po prostu śmiać. Był to kolejny absurd. No bo co teraz? Na piechotę? Byłam zmarznięta, cała przemoczona i powoli zaczynałam mieć dość. Naturalnie, po chwili zjawili się kierowcy motorynek. To taki sprytny sposób, aby wyciągnąć od turystów nieco pieniędzy.
- Trudno. To część naszego wietnamskiego doświadczenia. Jedziemy z nimi - zadecydował mój towarzysz podróży.
I absolutnie nie żałuję, że nie trafiliśmy od razu do miasta. Jechaliśmy jakieś czterdzieści kilometrów, a może więcej, na motorach, przez całą wyspę. Dzięki temu mogłam zobaczyć, jak wyglądają bajecznie zielone wzgórza Cat Ba, wioski przy drodze i same drogi - kręte, strome, czasem prowadzące nad skalnymi urwiskami. Wspaniała wycieczka. Choć w deszczu.
Cat Ba
Dotarliśmy do miasteczka Cat Ba, malowniczo położonej miejscowości wypoczynkowej. Moje pierwsze wrażenie - byli tam ludzie! I to całkiem sporo, zarówno miejscowi krzątający się po ulicach, w sklepikach i małych restauracjach, jak i turyści spacerujący nadbrzeżem. Tu trafiliśmy do czystego (bez robactwa!), schludnego i taniego hoteliku, a ja dostałam pokój z balkonem i widokiem na zatokę. Przestało też padać. Niestety, tylko na chwilę.
Następny dzień spędziliśmy na trekkingu w parku narodowym. Kiedy tylko tam dotarliśmy, zaczęło lać. Nie muszę chyba dodawać, że oczywiście nie miałam ze sobą nic przeciwdeszczowego. W budce z biletami do parku można było na szczęście kupić foliowe peleryny. Przyodziana w gustowną pelerynkę w twarzowym zgniłozielonym kolorze, wykonaną z cienkiej folii, z jakiej robi się jednorazowe torebki śniadaniowe, wyruszyłam w trasę. Szlak był w miarę prosty. Albo inaczej - byłby prosty, gdyby nie padał deszcz i droga nie była taka śliska. Kiedy dotarliśmy na szczyt i zobaczyłam ten widok - skąpanych w deszczu zielonych wzgórz Cat Ba - poczułam rozpierającą mnie energię i, jak już wspominałam, byłam po prostu szczęśliwa. Chociaż wyglądałam jak zmokła i spocona kura, obtoczona w błocie, w ogóle mi to nie przeszkadzało.
Takiej samej idealnej chwili doświadczyłam również kolejnego dnia, tym razem zwiedzając okoliczne wyspy na własną rękę - kajakiem. Woda była spokojna, słońce świeciło na bezchmurnym niebie. Płynęliśmy w przejrzystej wodzie pełnej ryb, zbierając egzotycznie wyglądające muszle na białej plaży na jednej z bezludnych wysepek (trochę w stylu Robinsona Crusoe) i podziwiając wspaniałość tego morskiego krajobrazu; czułam się po prostu rewelacyjnie. Musieliśmy przemierzyć kajakiem naprawdę wiele kilometrów, płynęliśmy ładnych kilka godzin. Mięśnie bolały, na rękach pojawiły się odciski, ale takiej kajakowej wycieczki jeszcze nie przeżyłam (a byłam na wielu różnych spływach kajakowych).
Spacerując wieczorem po miasteczku, zobaczyłam mężczyznę, który po ulicy rozrzucał karty do gry. To jedna z moich prywatnych "tajemnic Wietnamu". Karty do gry spotykałam w tym kraju w najróżniejszych miejscach. W hotelu na podłodze, na ulicy, nawet wczepione w kable elektryczne. Miałam wrażenie, że to nie są zwykłe śmieci, że za kartami kryje się coś więcej, że to rodzaj tamtejszego voodoo. Niestety, moje próby rozmowy na ten temat z miejscowymi nie zakończyły się sukcesem. Później przeczytałam, że w czasie wojny wietnamskiej karty były wykorzystywane jako oręż w walce psychologicznej, Amerykanie przed nalotami zrzucali karty - a dokładniej asy pik - na dany teren. As pik miał bowiem w wierzeniach wietnamskich symbolizować nieszczęście i śmierć. Nie udało mi się znaleźć odpowiedzi, czy za tymi rozrzucanymi kartami, które widziałam, kryła się jakaś głębsza symbolika.
W Cat Ba widziałam również scenę, która na zawsze zostanie w mojej pamięci. Zobaczyłam obdartego ze skóry sporych rozmiarów psa, w dużej czerwonej plastikowej misce, na ulicy, przed małą restauracją. Pochylał się nad nim mężczyzna z nożem, zapewne z zamiarem rozbiórki mięsa. Pies miał zaciśnięte zęby, jakby w spazmie bólu. Wstrząsający obraz.
Wietnamska kuchnia jest specyficzna. Rozumiem (z trudem, acz rozumiem), że można jeść psy, ale obdzieranie ich żywcem ze skóry (a tak przypuszczalnie się dzieje) to według mnie po prostu skrajne barbarzyństwo. Z drugiej strony wietnamskie potrawy oparte na warzywach i owocach morza są wyśmienite. Nigdy chyba nie próbowałam tak dobrego jedzenia jak w Wietnamie. Pewnym wyzwaniem były jednak pałeczki. Jedzenie ryżu (zwykłego, nielepiącego się) pałeczkami okazało się dla mnie na początku podróży bardzo kłopotliwe. Stołowaliśmy się w lokalnych przybytkach (widelców tam nie było) i już przewidywałam, że przyjdzie mi sporo schudnąć w Wietnamie, skoro zjedzenie małej porcji ryżu zajmowało mi godzinę.
Włócząc się po Hanoi, trafiliśmy też do restauracji urządzonej w zwykłym mieszkaniu. W stolicy Wietnamu jest wiele bardzo wąskich kamienic ze względu na wysokie ceny gruntu. Fronty zajmują sklepy i punkty usługowe, ludzie zaś mieszkają wyżej. Dojście tam możliwe jest bardzo wąskimi korytarzami między budynkami, tak wąskimi, że dwie, nawet szczupłe, osoby nie mogą tam iść obok siebie. W jednym z takich właśnie ciemnych, długich korytarzy zobaczyłam papierowy lampion i pomyślałam, że to znak, że coś musi się tam znajdować.
Miałam rację. Po przejściu korytarzem i wejściu po schodach okazało się, że w jednym z mieszkań wydawane jest domowe jedzenie. Wzbudziliśmy życzliwe zainteresowanie właścicieli i zjedliśmy coś (nie mam pojęcia, co to była za potrawa, na bazie warzyw i makaronu ryżowego), siedząc u nich na balkonie i słuchając szczekających gekonów (gekony wydają bowiem takie dźwięki, jakby szczekały). To jedne z moich ulubionych zwierząt. Uważam je za dobry znak, nie tylko dlatego, że zjadają robaki (to zresztą bardzo użyteczna funkcja, jeśli więc w pokoju hotelowym zobaczycie gekona, cieszcie się z tego, to wasz ekologiczny odkaraluszacz pokoju). Będąc na Sri Lance, dowiedziałam się o pewnym przesądzie. Według starych wierzeń jeśli podczas twojej wypowiedzi zaszczeka gekon, oznacza to, że mówisz prawdę z głębi serca. Gekony jako rodzaj poligrafu! Uważam to za najbardziej uroczy przesąd ze wszystkich, na jakie natknęłam się gdziekolwiek na świecie. Jestem więc nawet skłonna w niego uwierzyć.
Oprócz znakomitych potraw w Wietnamie zjadłam również coś z zupełnie innej kategorii, już o tym wspominałam. Otóż postanowiłam spróbować surowego, bijącego jeszcze serca kobry. Popiłam je wódką zmieszaną z krwią gada i wódką zmieszaną z płynem z woreczka żółciowego. Potem spróbowałam różnych potraw przyrządzonych z reszty żmii. Smażona skóra (obrzydlistwo, gumowa konsystencja), zupa z podrobów kobry (w konsystencji jak znane nam flaki), smażone, pokruszone kości z naleśnikiem (całkiem smaczne), mięso z ryżem (bez tragedii), zupa (kleista maź o smaku... kobry). Podsumowując: smaczne to to nie było. Ale też nie zwymiotowałam (co jest pewnym sukcesem, bo czując pulsujące na języku serce, czułam też jednocześnie nadchodzące torsje), nie zatrułam się, żyję i mam się dobrze. Co więcej, Wietnamczycy wierzą, że serce kobry zapewnia zdrowie i witalność. Podobno szczególnie dobrze wpływa na sprawność seksualną.
Ten ostatni aspekt dotyczy chyba raczej mężczyzn, być może więc dlatego wywołałam pewne zdziwienie właścicieli restauracji, w której postanowiłam zjeść moją kobrę. Dopytywali kilka razy, czy jestem pewna, że chcę to zrobić. Phi! Oczywiście, że byłam pewna. Wnioskuję jednak, że niewiele pań daje się skusić na ten specjał. I w sumie nie ma się co dziwić. Zrobiłam to, bo była taka możliwość, chciałam mieć fajną historię do opowiadania i odczuwałam skok adrenaliny na samą myśl o jedzeniu surowego węża. A ja bardzo lubię skoki adrenaliny. W tym miejscu chciałabym również zaznaczyć, że ową kobrę zjadłam całkowicie legalnie - w restauracji, w której węże są hodowane do celów kulinarnych. Mam oczywiście świadomość, że kobry są na liście gatunków zagrożonych wyginięciem, i odczuwam z tego powodu pewien dysonans poznawczy.
Najlepsze i najgorsze jedzenie. Absurdy i przygody, perfekcyjne chwile. Wietnam jest wyjątkowy, a okolice zatoki Ha Long uważam za najpiękniejsze miejsce na ziemi. Przynajmniej z tych, które do tej pory dane mi było odwiedzić.
Take It As It Comes
Indonezja
Po wyprawie na Borneo obiecałam sobie, że będę się choć trochę przygotowywać do następnych podróży. No ale cóż, dobrymi chęciami wiadomo co jest wybrukowane - droga do Indonezji.
Co wiedziałam o tym kraju? Niewiele. Głównie to, że nie chcę jechać na Bali czy inne Komodo. Nie miałam zamiaru minglować się z turystami. Chciałam pobyć sama i zobaczyć coś wyjątkowego. No i pisać. I odpocząć. High Hopes.
Czy byłam przygotowana? Merytorycznie niezbyt. Ale miałam ze sobą nowy aparat fotograficzny (którego, jak się wkrótce okazało, nie umiałam obsługiwać), stare ubrania, latarkę czołówkę z automatycznym sygnałem SOS oraz zapas papierosów (zupełnie niepotrzebnie, w Indonezji papierosy są tanie i powszechnie dostępne, palenie tytoniu jest rodzajem narodowej tradycji). Dodatkowo znajomy podrzucił mi przed wyjazdem opisy indonezyjskich grup ekstremistycznych ze zdjęciami ich przywódców.
- Jak któregoś zobaczysz, to biegnij! Tylko w przeciwną stronę, a nie do niego, robić z nim wywiad! - przestrzegł mnie żartem. - I uważaj na siebie - dodał już całkowicie poważnie.
Oczywiście nic z dostarczonych przez niego materiałów nie zapamiętałam, z wyjątkiem tego, że terroryzm jest sporym problemem w Indonezji, co w sumie i tak już wiedziałam.
- Czy ty masz death wish? - zapytał jeden z przyjaciół po tym, jak z entuzjazmem i podekscytowaniem opowiadałam, że w Indonezji są częste trzęsienia ziemi i wybuchy wulkanów.
Au contraire. Mam ogromny life wish. Chciałabym doświadczyć trzęsienia ziemi, chciałabym zobaczyć wybuch wulkanu, a potem to wszystko opisać.
- Jesteś jak Dr Jekyll i Mr Hyde. Grzeczna, miła pani doktor zmieniająca się podczas podróży w potwora - skomentował mój wspaniały nauczyciel i nie mniej wspaniały przyjaciel, kiedy z kolei dukałam po portugalsku, że w Indonezji planuję zjeść szaszłyk ze szczura.
Generalnie, przyjaciele podchodzili nieco sceptycznie do mojego pomysłu samotnej wyprawy na indonezyjskie wyspy.
W Indonezji miałam wrażenie, że to nie ja gdzieś (świadomie, intencjonalnie) zmierzam, ale że to sama droga prowadzi mnie do zapierających dech w piersiach krajobrazów, do ludzi, wydarzeń i emocji. Do pełni życia. Idealnym soundtrackiem do tej podróży byłoby Take It As It Comes Doorsów, nie miałam jednak tego utworu ze sobą.
Jak już wiecie, samotne podróżowanie a la Maniszewska polega, ogólnie rzecz ujmując, na nieplanowaniu. Między ogólnym nieplanowaniem a nieplanowaniem niczego jest jednak różnica. Tym razem już wsiadając w Warszawie do samolotu, miałam przeczucie, że powinnam zdać się na los. Nie rzucałam monetą, tylko podejmowałam decyzje w ostatniej chwili, bez wcześniejszego przemyślenia, całkowicie spontanicznie, ufając instynktowi. Co za tym idzie, z czystego przypadku wynikało, gdzie danego dnia wyląduję i co będę robić. Nie byłam nawet pewna, czy zostanę w Indonezji. Zjawiałam się na dworcach i lotniskach, bez celu i planu, pytając o dostępne bilety.
Nawiasem mówiąc, czytam różne wywiady ze znanymi podróżnikami i często podkreśla się w nich, jak ważne jest dobre przygotowanie oraz dokładne zaplanowanie podróży. To uznane autorytety, a takie podróżowanie jest z pewnością bezpieczniejsze i rozumniejsze. Warto o tym pamiętać. Bez ironii. Ja jednak dobrze czuję się ze swoim stylem podróżowania i koniecznością zmagania się z różnymi trudnościami, których... można by łatwo uniknąć (ale, niestety - uniknąć również niektórych przygód), planując wyjazd wcześniej.
Do Dżakarty leciałam przez Dubaj, gdzie czekało mnie kilkugodzinne międzylądowanie. Lubię lotniska. To miejsca poza czasem. Zwłaszcza taki hub jak Dubaj. Podróżni przybywają z najróżniejszych stref czasowych oddalonych od siebie o wiele godzin. Spotykają się tam ludzie, których zegarki pokazują inne godziny, inne daty. Podróżnicy w czasie. Tak sobie myślę, że może dlatego nie cierpię na jet lag, że po prostu przystosowuję się do pory, jaką mam do dyspozycji. Mogę spać wtedy, kiedy akurat mam czas na sen, nie musi to być noc. Mogę jeść wtedy, kiedy jest coś do jedzenia. Mogę być zmęczona, ale jak trzeba gdzieś iść czy lecieć dalej, daję radę.
Co prawda doprowadziłam kilka razy mój organizm do stanu takiego wyczerpania, że mimo najszczerszych chęci - i choć nie było tego w planie - po prostu zasypiałam. Raz zdarzyło się to zresztą właśnie na lotnisku w Dubaju. Nie spałam już jakieś trzydzieści godzin. Siedząc na ławce i czekając na samolot, czułam, że "odpływam". Wtedy zrozumiałam, czemu mówi się "ledwo widzieć na oczy" - widziałam coraz gorzej, coraz bardziej niewyraźnie. Wreszcie oczy same mi się zamknęły, mój organizm po prostu zastrajkował - i zasnęłam. Na szczęście życzliwa i przytomna obsługa mnie obudziła i zaprowadziła do samolotu.
Yogyakarta
Wróćmy jednak do Indonezji. Wczesnym popołudniem wylądowałam w Dżakarcie. Postanowiłam zacząć od zasięgnięcia informacji na temat lotów krajowych. Znalazłam okienko Lion Air.
- Czy są może bilety do Solo? - Znalazłam tę nazwę miejscowości w przewodniku i jako solo-podróżnikowi bardzo mi się spodobała.
- Nie.
- A czy są jakieś inne bilety? Może Yogyakarta? - kontynuowałam, kalecząc indonezyjską wymowę niemiłosiernie.
- Tak. Dziś jest jeszcze Yogyakarta. - Samolot miał startować za godzinę.
- Znakomicie, to poproszę bilet.
- Nie. Biletu tu kupić nie można. Musisz iść na terminal krajowy.
Jak się okazało, do terminalu krajowego można było dostać się autobusem, na który ładnych parę minut czekałam. Kiedy wreszcie tam dotarłam, do odlotu zostało jakieś czterdzieści minut, a ja cały czas nie miałam biletu. Front budynku zajmowały punkty usługowe, wśród nich stanowiska linii lotniczych. Ruszyłam biegiem... niestety w złą stronę. Zanim znalazłam okienko Lion Air, do odlotu zostało mniej niż pół godziny.
- Bilet do Yogyakarty. Na teraz. - Pan w okienku popatrzył najpierw pytająco na mnie, później na zegarek.
- Tak, tak, wiem, że jest późno. Bilet poproszę.
Wystawił mi bilet, ale okazało się, że przy tym okienku zapłacić nie można, trzeba to zrobić w innym, w środku terminalu. Takie tam usprawnienia logistyczne. Pobiegłam zapłacić, a następnie pędem do odprawy. Do odlotu pozostało około piętnastu minut. Kolejną chwilę zajęło mi przekonywanie, żeby wydano mi kartę pokładową.
- No dobrze, proszę, to pani karta pokładowa, ale bagażu przyjąć już nie możemy, samolot za chwilę startuje. Jeśli ochrona panią przepuści, może pani lecieć, jeśli security check wypadnie niepomyślnie, to niestety zostaje pani w Dżakarcie.
W tym miejscu opowieści przypomnijmy, że byłam prosto z podróży z Europy, miałam duży plecak i jeden mniejszy, podręczny. W bagażu były: nóż, zapalniczki, zapas repelentów w sprayu, kosmetyki, płyny, czyli cała masa przedmiotów, których na pokład samolotu wnosić nie wolno. I oczywiście nic by się nie stało, jakbym nie poleciała. Straciłabym po prostu trzydzieści dolców i trochę czasu. Postanowiłam jednak potraktować to jako próbę - swego rodzaju wyzwanie. I zaiste, udało mi się przekonać strażników, że niezwykle istotne jest, abym znalazła się na pokładzie tego samolotu, który za dziesięć minut ma startować. Przyznam, że ku mojemu zaskoczeniu nie było to nawet za bardzo skomplikowane. Chyba wzbudzam zaufanie.
I tak dotarłam do Yogyakarty, gdzie najpierw znalazłam nocleg, a następnie piwko i coś do jedzenia. Hotelik był czysty, pokój miał okno i właśnie tu po raz pierwszy zobaczyłam mandi. Bynajmniej nie jest to żeńskie imię. To indonezyjska tradycyjna łazienka. Oh, mandi... Jak cię opisać? Spróbujmy. W skład mandi wchodzą: kibel typu dziura w ziemi oraz zabudowany rodzaj głębokiego zlewu, wąski i głęboki na ponad metr, do którego napuszcza się wody, a następnie do mycia wodę nabiera się z tegoż zlewu małym kubełkiem z rączką. Człowiek myje się nad ubikacją-dziurą w ziemi, stojąc w rozkroku - żeby nie wpaść do toalety, a jednocześnie załatwione jest tym samym spuszczanie wody. Nie dość, że rozwiązanie zmyślne, to jeszcze ekologiczne. Korzystałam też z mandi bardziej nowoczesnych, w których nad kibelkiem zamontowany był prysznic. Tak czy siak, po blisko trzech tygodniach korzystania głównie z takiego typu łazienek i zimnej wody musiałam jednak przyznać, że nie jest to ten poziom higieny, do którego jestem na co dzień przyzwyczajona. Antybakteryjne chusteczki były niezwykle przydatnym rekwizytem.
Yogyakarta to dobry punkt wypadowy do eksploracji pobliskich świątyń. Na każdym rogu sprzedawano pakiety turystyczne - zorganizowane wycieczki autokarowe. Przy kolacji zagadałam z jednym z pracowników hostelu i umówiłam się z nim, że obwiezie mnie - za bardzo rozsądną cenę - po okolicznych zabytkach na motorynce. Szkoda, że nie przemyślałam, że niektóre z owych atrakcji turystycznych są oddalone od Yogyakarty o kilkadziesiąt kilometrów. Wierzcie mi, sto trzydzieści kilometrów na motorynce po czasem mocno wyboistych drogach to pewne wyzwanie dla - eufemistycznie rzecz ujmując - dolnej części pleców.
Pierwsze dni w Indonezji spędziłam, zwiedzając świątynie w okolicy, po drodze zahaczając o inne szlaki turystyczne. Mój kierowca znał dobrze topografię terenu i kiedy zorientował się, że interesują mnie miejsca mniej odwiedzane, zabrał mnie o 4.00 rano na wycieczkę na górę (dosyć wysoką), z której roztaczał się piękny widok na wulkaniczną panoramę i położoną w dolinie świątynię Borobudur, która wyłaniała się z porannej mgły. Widok przypominał mi stupy Bagan w Birmie (choć akurat tych o wschodzie słońca nie widziałam - szczegóły w rozdziale o Birmie).
Mimo że Borobudur jest jedną z głównych atrakcji turystycznych Indonezji, muszę przyznać, że specjalnego wrażenia na mnie nie zrobiła. To olbrzymia buddyjska stupa, coś jakby buddyjska piramida, kilkupoziomowa. Na górnych poziomach umieszczonych jest kilkadziesiąt mniejszych stup, w każdej z nich znajduje się posążek Buddy. Powstała około VIII wieku naszej ery. Gdyby była to pierwsza tego typu budowla, którą widziałam, pewnie opadłaby mi szczęka. Ale ponieważ różne imponujące świątynie było mi już dane widzieć, zwiedziłam ją z zainteresowaniem, robiąc liczne pamiątkowe zdjęcia, jednak widok mnie nie zachwycił.
Tego dnia w drodze powrotnej mój sympatyczny kierowca zawiózł mnie do podnóży wulkanu Merapi, który wybuchł ostatnio w 2006 roku. Wdrapałam się kawałek na górę, mijając punkt widokowy pełny turystów, ale po jakichś dwóch godzinach marszu uznałam, że nie ma co przesadzać. Nie byłam przygotowana na pięciogodzinny trekking, upał był nieznośny. Po drodze widziałam jednak wulkaniczny krajobraz. Roślinność się już odrodziła, gdzieniegdzie widać było tylko spalone kikuty wysokich drzew, lecz droga wciąż pokryta była gęstym wulkanicznym pyłem, skrzącym się w słońcu. Widziałam ruiny domów i koryto rzeki wypełnione zastygniętą lawą i pyłem.
Kolejny dzień spędziłam, zwiedzając pozostałości kompleksu świątynnego Prambanan. To świątynie hinduistyczne oraz buddyjskie, acz symbole obu religii są... wymieszane. Motywy hinduistyczne, czyli typowe zdobienia, można odnaleźć na artefaktach buddyjskich i vice versa. Niektóre budowle wyglądały jak świątynie hinduistyczne, ale zwieńczone były charakterystycznymi dla buddyzmu stupami. Byłam zafascynowana, zwiedzając świątynie - w dużej mierze mocno zniszczone przez trzęsienie ziemi - i odkrywając motywy, rzeźbienia, które przypominały to, co widziałam już w Indiach, na Sri Lance, w Angkorze, w Bagan i wielu innych miejscach Azji. I nagle doznałam małego, osobistego olśnienia - mianowicie zrozumiałam nazwę "Indonezja". Byłam bowiem w miejscu będącym połączeniem Indii i Azji, czego plastyczny wyraz stanowiły pozostałości wiekowych świątyń.
Wulkan Bromo
Zastanawiałam się, gdzie jechać dalej. Czy ruszyć autobusem do Surabaya, czy też minibusem do Bromo. Nie byłam pewna, gdzie chcę jechać i co zobaczyć. Do Bromo zmierzali wszyscy turyści, do Surabaya nikt. Myśl o udaniu się tam była coraz bardziej kusząca. W ostatniej chwili stwierdziłam jednak, że pojadę do Bromo i wsiadłam do minibusu.
Po dwóch godzinach drogi zatrzymaliśmy się na krótką przerwę. Pijąc colę, obserwowałam ruchliwą ulicę. Przejechał nią autobus do Surabaya. "Hm, w sumie mogłam nim jechać" - pomyślałam. Trasa do obu miejscowości prowadziła bowiem tą samą drogą.
Po kolejnych dwóch godzinach przejeżdżaliśmy przez przejazd kolejowy. Koło torów leżał, przewrócony na bok, duży autobus. Bok miał zgnieciony jak harmonijka. Wokół kłębił się tłum gapiów. Przy autobusie zobaczyłam przykryte ciemną płachtą dwa ciała. Kiedy przejeżdżaliśmy obok, odruchowo odwróciłam się, żeby spojrzeć na miejsce tragedii z drugiej strony, i wtedy dostrzegłam przód autobusu i szyld z napisem "Surabaya". Dostałam gęsiej skórki. To był "mój" autobus! Oczywiście nie jest powiedziane, że gdybym nim pojechała, zginęłabym w tym wypadku. Może bym "tylko" złamała nogę, a może nic by mi się nie stało. Jednak świadomość tego, jak niewiele brakowało, że miałam szanse pięćdziesiąt na pięćdziesiąt i że tylko moja intuicja, los, spontaniczność decyzji spowodowały, że nie było mnie w tym autobusie - to wszystko sprawiło, że odruchowo pomyślałam: "dziękuję". Nie wiem, komu dziękowałam. Swojej intuicji, aniołowi stróżowi, losowi? Wtedy po raz pierwszy, acz nie ostatni, miałam wrażenie, że coś kieruje moim życiem i jeszcze nie pora na mnie.
Po dwunastu godzinach w minibusie dotarłam do Bromo - to aktywny wulkan, na który można dość łatwo wejść, ma około 2300 metrów. Właściwie dotarłam do małej wioseczki u podnóża wulkanu. Tak przynajmniej myślałam.
Z położonych nieopodal Bromo miejscowości bladym świtem turyści tłumnie wyruszają jeepami na punkt widokowy położony na sąsiedniej górze, z którego podziwiają wschód słońca nad Bromo; następnie jeepy zawożą ich do samego podnóża wulkanu i wszyscy wdrapują się po kilkuset schodkach na górę. Ja postanowiłam wyjść w nocy, wejść od razu na wulkan i z niego zobaczyć wschód słońca. Wyruszyłam około 3.00. Trzeba tu dodać, że temperatura spadła dramatycznie, do około pięciu stopni. Ubrana w bluzę, kurtkę, szal i z latarką na czole ruszyłam. Idę, idę, idę, idę. Końca drogi - asfaltowej, pod górę - nie widać. Przejeżdżał samochód.
- Podwieźć cię? - zapytał kierowca.
- Nie, dziękuję. - Myślałam, że to jakiś naciągacz.
- Ale wiesz, że do wejścia do parku masz jeszcze siedem kilometrów?
- Ile??!
Okazało się, że minibus zostawił mnie w miejscowości oddalonej od parku - wejścia na szlak do Bromo - jakieś dziesięć kilometrów. Mimo zupełnie innych ustaleń (tego naprawdę nie lubię podczas podróży, robią cię w konia, jak tylko mogą). Skorzystałam z podwózki. I raz jeszcze rozpoczęłam wędrówkę. Było całkowicie ciemno. Moja latarka oświetlała... nic. Bo n i c nie było widać. Szłam najpierw w dół, następnie po czymś, co zdawało mi się piaszczystą równiną. I w rzeczy samej, później, już w dziennym świetle, zobaczyłam, że był to rodzaj płaskowyżu, zwany zresztą Morzem Piasku. Na szlaku nie było żywej duszy. Szłam w całkowitej ciemności, mając nadzieję, że zmierzam we właściwym kierunku. Podobno wzdłuż szlaku ustawiono białe pachołki. Nie zauważyłam ani jednego. Nie jestem przesadnie strachliwa, ale trzeba uczciwie powiedzieć, że w pewnym momencie miałam wątpliwość, czy samotna wycieczka nocą na wulkan na pewno była dobrym pomysłem.
W końcu dobrnęłam do schodów prowadzących do krateru. Wdrapywałam się na nie mozolnie. Było mi zimno, dusiły mnie opary siarki, zaczęły mnie boleć uszy - czyżby od ciśnienia? Dzień wcześniej przeziębiłam się i katar, zatkane zatoki plus wspinaczka w oparach z wulkanu okazały się nie najlepszą kombinacją. Wreszcie dotarłam na górę. Byłam sama. Mało widziałam, wciąż otaczała mnie ciemność. Latarką oświetliłam drogę i poszłam w lewą stronę wąską ścieżką. Przeszłam kawałek i zmęczona usiadłam. Postanowiłam poczekać na wschód słońca. W dolinie robiło się coraz jaśniej, słońce zaczynało wschodzić. Wtedy zobaczyłam, że dróżka, którą szłam wzdłuż wulkanu, była naprawdę wąska i niczym niezabezpieczona. Wystarczyło się potknąć w ciemności i spadłabym w kierunku krateru. Może dlatego turyści nie wchodzą tam w nocy... Cenna lekcja. I przestroga na przyszłość dla szanownych Czytelników: jak będziecie się wdrapywać na Bromo po ciemku, usiądźcie na górze od razu przy schodach i poczekajcie, aż zrobi się widno.
Spacerowałam wokół krateru, robiłam zdjęcia, cały czas na górze nie było nikogo.
- Naprawdę nie wiem, czy trzeba było wstawać tak rano, żeby to zobaczyć - usłyszałam nagle. Po chwili zobaczyłam dwie osoby.
- Dzień dobry. Skąd jesteście? - spytałam po polsku, bo właśnie w tym języku mówiły.
- Z Łodzi.
Była to para młodych podróżników, dzięki którym mam zdjęcie na wulkanie Bromo. Zapaliliśmy sobie papieroska na wulkanie i pogadaliśmy o podróżach, po czym ruszyliśmy wspólnie w drogę powrotną.
Surabaya
Z Bromo postanowiłam udać się do Surabaya, notabene miasta określanego jako zupełnie nieturystyczne, w którym nie ma nic ciekawego. Po takiej recenzji po prostu musiałam się tam choć na chwilę pojawić. Najpierw należało jednak znaleźć transport do cieszącego się złą sławą (ze względu na liczbę oszustw i kradzieży) dworca autobusowego Prombolingo. Po przybyciu do hotelu okazało się, że mogę się zabrać z wycieczką minibusem, który podrzuci mnie do Prombolingo. To jakieś pół godziny drogi. W minibusie nie było za bardzo miejsc, więc upchali mnie z przodu, siedziałam wciśnięta w drzwi z lewej strony, obok mnie jakiś turysta, a obok niego kierowca.
Kierowca powiedział coś w języku indonezyjskim (bahasa indonesia). Spojrzałam na siedzącego koło mnie chłopaka porozumiewawczo.
- No tak, wszystko jasne.
- Rozumiesz, co powiedział? - spytał chłopak.
- Tak, jasne, znam ten język biegle - powiedziałam z poważną miną. - A ty nie? - dodałam ironicznie.
Nic nie odpowiedział, tylko lekko się uśmiechnął.
Po chwili kierowca skończył rozmawiać przez telefon, a mój sąsiad... zaczął go zagadywać po indonezyjsku. Po prostu osłupiałam. Po chwili zebrałam myśli.
- OK. Jestem pod wrażeniem. Skąd znasz ten język?
- Znam to za dużo powiedziane, ale jakoś się dogadam, jestem tu od dwóch miesięcy.
Okazało się, że właśnie kończył swoją roczną podróż po Azji. Miał zostać kilka dni w Prombolingo, a następnie pojechać do Surabaya, dokąd ja zmierzałam tego dnia. Zaczęliśmy rozmawiać.
- Wiesz, właściwie zastanawiam się, czy nie jechać z tobą. Co byś powiedziała, jakbym do ciebie dołączył?
- Zapraszam! - Wiedziałam od chwili, w której zaczęliśmy rozmawiać, że będzie nie tylko znakomitym towarzyszem podróży, ale także inspiracją do kolejnej książki.
Nigdy wcześniej nie spotkałam nikogo, kto miałby taki wpływ na ludzi. Wszyscy po drodze do niego lgnęli. Z każdym rozmawiał, z uśmiechem dawał sobie robić zdjęcia, rozmawiał z ludźmi w ich lokalnych językach - oprócz bahasa indonesia znał po kilka słów w lokalnych językach indonezyjskich i kiedy kogoś z danego regionu spotykał, używał na przykład pozdrowienia lub podziękowania w lokalnym dialekcie. Każda mijana osoba się do niego uśmiechała, co druga chciała, żeby zrobił sobie z nią zdjęcie. Prawdziwa gwiazda. W tej części mojej podróżniczej historii ja byłam jedynie aktorem drugoplanowym. Jednak nie przeszkadzało mi to, bacznie obserwowałam jego zachowania, rozmowy z mieszkańcami.
Mój nietuzinkowy towarzysz był nieco młodszy ode mnie i był robotnikiem. Kiedy zaczęłam opowiadać o latach spędzonych w Berlinie, o tym, że chodziłam tam do gimnazjum, powiedział:
- A, gimnazjum, to pewnie masz maturę? Ja skończyłem zawodówkę.
W którejś rozmowie wspomniałam też o studiowaniu, ale uznałam, że mój doktorat nie musi być tematem konwersacji. Zauważyłam, że czasami ludzie się peszą, kiedy opowiadam o moim wykształceniu, co wydaje mi się niezrozumiałe, bo wykształcenie formalne, tytuly i stopnie tak naprawdę niewiele znaczą, a już na pewno niedużo mówią o tym, jakim kto jest człowiekiem. Po świecie pałęta się cała masa różnych utytułowanych indywiduów mocno ograniczonych intelektualnie, acz przekonanych o swojej boskości. Pamiętajcie słowa Marka Twaina: Never let your schooling interfere with your education. W wolnym tłumaczeniu: "Niech wykształcenie nigdy nie stanie na drodze twojej edukacji". Nie wyjechałam z Surabaya następnego dnia, tylko zdecydowałam się zostać, wiedząc, że spotkałam właśnie jednego z bohaterów mojej kolejnej podróżniczej opowieści.
Włóczyliśmy się wspólnie po mieście przez kilka dni. Wiele się od niego nauczyłam. I przydatnych zwrotów, i na przykład sposobu jedzenia. W Indonezji jemy tylko prawą ręką, lewa uchodzi za "brudną", służy bowiem do - wybaczcie dosadność - podcierania się, chociaż nie jest to najbardziej adekwatne określenie, bo w tradycyjnych mandi nie ma czegoś takiego jak papier toaletowy, jest tylko kubełek z wodą. Najpierw myślałam, że facet stroi sobie żarty, aż zaobserwowałam, że faktycznie nikt nie je lewą ręką.
Dużo rozmawialiśmy, mój towarzysz uczył mnie podstaw indonezyjskiego. Nawiasem mówiąc, język ten wydaje się dość prosty, pozbawiony skomplikowanych zasad gramatycznych. Wieczorami siadaliśmy na ganku, obserwując biegające szczury, od których roiło się w naszym hostelu. Jedliśmy w lokalnych budkach (bo to nawet ciężko nazwać restauracyjkami), piliśmy piwo Bintang, niezbyt smaczne i zdecydowanie zbyt drogie, ja paliłam goździkowe papierosy kretek, on nic, bo palenie rzucił rok temu.
- Hm..., jak czuję ten słodki dym, to przypomina mi się ten smak. Goździki...
- Jak tyle już nie palisz, to nie zaczynaj. Ale fakt, są przepyszne!
W tym miejscu jedna istotna uwaga - nie zachęcam nikogo do palenia, niemniej w podróżach zawsze mam ze sobą papierosy, bo pomagają nawiązać kontakt. Między palącymi wytwarza się więź. Papierosy są uniwersalnym komunikatorem i nieprzypadkowa, moim zdaniem, jest rola fajki pokoju w historii. Wspólne palenie tytoniu zbliża, pomaga nawiązać niewerbalną nić porozumienia i zaufania.
Zresztą, goździkowe papierosy przywiozłam do Polski jako suweniry dla znajomych-palaczy. To adekwatna pamiątka z Indonezji, gdyż tytoń jest tam niezwykle popularny. Miałam wrażenie, że dobudowana jest do tego wręcz cała ideologia. W niektórych regionach wierzy się, że papierosy korzystnie wpływają na zdrowie, są też tradycyjnym upominkiem, kiedy idzie się w gości. Co również ciekawe, tamtejsze papierosy są niezwykle mocne. Widziałam kreteki z zawartością 30 miligramów nikotyny na papieros! Spróbowałam oczywiście, ale wrażenie było takie, jakbym się próbowała zaciągnąć cygarem. Zdecydowanie nie dla mnie. Pas. Ale goździkowe łagodne smakowały znakomicie.
Wracając z fabryki tytoniu, głównej atrakcji turystycznej Surabaya, przeszliśmy przez kolorową i przyjazną dzielnicę muzułmańską. Wzbudziliśmy tam życzliwe zainteresowanie. Jeden z panów stojących na ulicy zaprosił nas do prowadzonej przez siebie kawiarenki internetowej. Była to mała klitka, wielkości może czterech metrów kwadratowych, z obdrapanymi drewnianymi drzwiami, w środku której, wśród wielu rupieci, stał jeden stary stacjonarny komputer.
Miałam wrażenie, że ludzie w Surabaya są wyjątkowo mili i pozytywnie nastawieni do obcych - może dlatego, że nie było ich w mieście zbyt wielu. Oprócz starszego pana w naszym hostelu i pary z Japonii w fabryce tytoniu nie widzieliśmy żadnych innych turystów.
Włóczyliśmy się po mieście, po chińskiej dzielnicy, małych uliczkach, targach, spacerowaliśmy nad kanałami, gubiąc się co chwilę, a raz nawet maszerując kilka godzin w kółko, jak się potem okazało, ale nie przeszkadzało mi to. Zatrzymywaliśmy się na herbatę w małych jadłodajniach, w których on rozmawiał ze sprzedawcami, a ja próbowałam czytać gazety. Było to kilka dni po znaczącym meczu Borussi na początku 2013 roku, w którym ładnie spisał się Lewandowski. Piłka nożna stanowiła jeden z częstych tematów rozmów. Mój towarzysz w takich przypadkach wskazywał na mnie i mówił, że jestem z Polski, kraju Lewandowskiego, co wywoływało uśmiech uznania na twarzach naszych rozmówców. Kilka zwrotów na temat piłki nożnej okazało się bezcennych w nawiązywaniu kontaktów później, kiedy znów samotnie przemierzałam bezdroża północnego Sulawesi.
I chociaż jakichś spektakularnych przygód nie mieliśmy, to po prostu dobrze się bawiliśmy. Oglądaliśmy zdjęcia z jego podróży po Azji; na małej uliczce zatrzymaliśmy się przy straganiku starszej pani, która z powagą opowiadała nam o magicznej mocy minerałów - kupiliśmy nawet u niej pierścienie z turkusem, które, jak obiecała, zapewnią nam bezpieczeństwo; rozmawialiśmy o życiu i śmierci; słuchaliśmy hardrockowych hitów, wspominając lata 80.; oglądaliśmy nawet, wygłupiając się jak dzieci, rodzaj indonezyjskiego Teleranka, w którym główną rolę odgrywał śpiewający pluszowy kwiatek.
Skłania mnie to do refleksji, że najlepiej czuję się w towarzystwie obcych ludzi (tak en bloc, bo są, rzecz jasna, i w Warszawie wyjątki potwierdzające ową regułę). Coraz ciężej znaleźć obcych w zglobalizowanym świecie, ale - odpukać - jakoś mi się to udaje. Z obcymi mogę rozmawiać o wszystkim, nie muszę niczym się przejmować, ani wyglądem, ani sposobem mówienia (np. jak mam taki kaprys, mogę do woli przeklinać), mogę opowiedzieć o swoim życiu, bez stresu, że powiem o słowo za dużo. Nikt mnie nie ocenia, a jeśli nawet, to jest mi to obojętne. I wiadomo, że ci obcy stają się później znajomymi, ale różnice geograficzne, środowiskowe, językowe i wszelkie inne powodują, że nie mają żadnego przełożenia na moją warszawską codzienność.
Tak czy inaczej, spędziłam z moim nowym kolegą cztery dni i wiedziałam, że najwyższy czas wyruszyć w dalszą drogę. Ta myśl obudziła mnie w środku nocy. Wstałam wcześnie rano, wzięłam prysznic, spakowałam po cichu plecak. Mój towarzysz chrapał na sąsiednim łóżku. Obudziłam go.
- Przepraszam, że cię budzę, ale na mnie już czas, a nie chciałam iść bez pożegnania. Dzięki za wszystko. I może do zobaczenia kiedyś na szlaku - powiedziałam szybko, uśmiechnęłam się i wyszłam.
Nad miastem świtało, sprzedawcy rozstawiali swoje stragany. Maszerowałam środkiem ulicy, kiedy podszedł do mnie staruszek. Zapytał, skąd jestem. Odpowiedziałam w bahasa indonesia, że z Polski i że jadę na lotnisko. Spytałam, gdzie mogę złapać taksówkę. Pokazał mi drogę, a na pożegnanie chwycił moją dłoń, ściskając ją dłuższą chwilę w serdecznym i pełnym szacunku uścisku, jednocześnie się kłaniając. Odkłoniłam się i skinęłam głową. I pomyślałam, że to perfekcyjne pożegnanie z wyspą Jawa. "Polecę na Sulawesi", zdecydowałam.
Manado
Na lotnisku próbowałam kupić bilet do Makasaru, miasta na południu wyspy Sulawesi. Przelot był jednak dość drogi.
- Hm, a gdzie indziej mogę polecieć? Jakie są jeszcze miasta? - spytałam rezolutnie.
- Madame, z całym szacunkiem, mamy w Indonezji sporo miast, proszę się na coś zdecydować, chociaż kierunek - odparł nie mniej rezolutnie ładną angielszczyzną pan z okienka.
- Sulawesi. - To proponuję Manado.
- Proszę chwilę zaczekać. - Zaczęłam grzebać w plecaku, żeby znaleźć przewodnik. Nie miałam pojęcia, gdzie leży Manado. Okazało się, że położone jest na północnym końcu wyspy Sulawesi, po przeciwnej stronie niż Makasar. - OK, zatem Manado.
Odlot był dopiero za pięć godzin, za to bilet kupiłam za naprawdę okazyjną cenę. Może dlatego, że turyści jeżdżą do Makasaru, a nie na północ. W samolocie byłam jedyną turystką. Nie pamiętam, ile trwał lot, chyba trzy godziny plus zmiana czasu, a może dwie, nieważne. Nie był długi, jednak nad równikiem nasz samolot (linii Lion Air - nienależącej do najbardziej zaufanych, zwłaszcza po wypadku na Bali) wpadł w turbulencje. Trochę latam, więc wiem, jak wyglądają turbulencje. Te sprawiały jednak wrażenie wyjątkowo silnych. Dość powiedzieć, że na wszelki wypadek sięgnęłam do kieszeni fotela przede mną, żeby sprawdzić, co to za samolot i gdzie są wyjścia awaryjne.
Wyjęłam kartę, spojrzałam na nią i zdębiałam. To nie była instrukcja bezpieczeństwa, to była... invocation card. Karta modlitewna. Formatu instrukcji bezpieczeństwa, zafoliowana, z wydrukowanymi na niej krótkimi modlitwami dla wyznawców (?) różnych religii, w różnych językach. Na dole kartki znajdowały się (chyba skrótowe) angielskie tłumaczenia tychże modlitw. Były to modlitwy tematyczne - nie pamiętam dokładnie ich treści, ale sens był mniej więcej taki: "Panie Boże/Allachu/Buddo - pozwól załodze tego samolotu dowieźć nas bezpiecznie do celu". Bardzo sprytne. To ostatnia instancja, a umieszczenie modlitw różnych religii powoduje, że prawdopodobieństwo wysłuchania próśb pasażerów rośnie. Byłam tym tak zdumiona, że zapomniałam o turbulencjach, które zresztą wkrótce ustały. Podczas podróży robię zazwyczaj krótkie notatki na kartach z przewodnika. Z tego lotu mam dwa wpisy, cytuję: "Hm. Turbulencje. A może to jednak będzie koniec?". I poniżej drugi wpis: "Nie będzie :)".
Wylądowałam w Manado i już jadąc z lotniska do miasta, zorientowałam się, że Sulawesi diametralnie różni się od Jawy. Po drodze minęłam kilka (lub wręcz kilkanaście) kościołów - chrześcijańskich. Sulawesi było kolonią holenderską, te wpływy do dziś są wyraźnie widoczne, nie tylko w liczbie kościołów, ale i architekturze czy nawet stylistyce kawiarni (wiatraki jako dekoracja). Wzbudziło to mój lekki niepokój.
W mojej osobistej klasyfikacji regiony buddyjskie są bardzo bezpieczne, regiony muzułmańskie średnio bezpieczne, a najbardziej niebezpieczne są regiony katolickie. Dopiero potem zauważyłam, że większość kościołów to świątynie protestanckie. Z religii wynika sposób postrzegania obcych, ale i stosunek do kobiet oraz używek. W muzułmańskiej społeczności pijacy nie będą cię zaczepiać, bo ich tam po prostu nie ma. O ile potrafisz się dostosować do zasad i uszanować zwyczaje, zakryjesz włosy, będziesz grzeczna i układna, nic ci się nie stanie. Społeczności katolickie od alkoholu nie stronią (to moja obserwacja), a największym zagrożeniem dla kobiet samotnie podróżujących są moim zdaniem pijani mężczyźni, to oni mogą zrobić krzywdę, nawet jeśli na trzeźwo do przemocy by się nie posunęli. Na szczęści Sulawesi, mimo moich obaw, było całkowicie bezpieczne. Serdeczne przyjęcie, z jakim się spotkałam na wsiach, było doprawdy ujmujące. Lecz nie uprzedzajmy wydarzeń.
Mój pobyt na wyspie zaczął się od, zakończonej porażką, próby znalezienia taniego noclegu. Pierwszy hostel, który odwiedziłam, ulokowany był w starym, kolonialnym budynku - od czasów kolonialnych raczej nieremontowanym. Weszłam do wielkiego, wysokiego i wykafelkowanego hallu. Był pusty, jedynie na środku pomieszczenia stała bladoróżowa, zakurzona waza ze sztucznymi kwiatami. Zadzwoniłam mosiężnym dzwonkiem leżącym na kontuarze recepcji i po chwili pojawił się recepcjonista. Chciałam obejrzeć pokoje, więc wziął pęk kluczy i poszliśmy.
Pierwszy pokój, jakieś trzydzieści metrów kwadratowych, cały wykafelkowany sinozielonymi płytkami, bez okna i mebli, z obdrapanym, starym, dużym łóżkiem na środku i dziurawym baldachimem. W kącie, za kotarą, ulokowano łazienkę. Wielka wanna była pełna zielonkawej wody, na której unosił się osad, pewnie glony. Wszystko oświetlone było jarzeniową lampą wiszącą na suficie. Wyglądało to przerażająco i z powodzeniem mogłoby robić za scenografię niejednego horroru. Obejrzałam jeszcze trzy inne pokoje, wszystkie w podobnym "stylu". Podziękowałam i poszłam dalej.
W kolejnym hostelu nie mieli wolnych pokoi, za wyjątkiem jednego, bez łazienki, do którego wchodziło się nie przez recepcję, a od ulicy. Była to obskurna komórka z drzwiami zbitymi z desek. Uciekłam. Szukając po drodze innych miejsc, trafiłam jeszcze do dwóch hosteli; w jednym nie było miejsc, w drugim pokoje były niemiłosiernie brudne, a cena za taki standard zdecydowanie za wysoka - około piętnastu dolarów. Gdy mijałam oświetlony, elegancko wyglądający hotel, zdecydowałam się tam zajrzeć. Nocleg był dość drogi, jak na tamtejsze warunki, bo za noc liczono około dwudziestu pięciu dolarów. Dostałam za to czysty pokój, z normalną łazienką, ciepłą wodą, a w lobby mogłam skorzystać z Internetu bezprzewodowego. Obsługa była wybitnie niesympatyczna, a śniadanie absolutnie nie nadawało się do jedzenia, natomiast pokój był znakomity. Tak więc polecam: Hotel Regina Manado.
Zostawiłam rzeczy i poszłam na kolację do pobliskiego barku. Lokalne miejsce, trzy stoły na krzyż, właścicielka gotująca na zapleczu. Zamówiłam piwo i kaczkę z ryżem. Zapaliłam. Do knajpki weszła dziewczyna.
- Cześć - uśmiechnęłam się.
- Cześć. Mogę się przysiąść? - spytała z wyraźnym francuskim akcentem.
- Jasne. Zapraszam - odpowiedziałam po francusku.
Była to sympatyczna studentka prawa z Paryża, akurat w trakcie gap year sfinansowanego przez rodziców, którzy również na studiach zrobili sobie rok przerwy w Azji.
- Skąd znasz francuski? - spytała.
- Mieszkałam w Belgii. Ale wiem, że mój francuski jest tragiczny.
- Ej, nie jest tak źle. Ja cię rozumiem - pocieszyła mnie.
Ale i tak rozmawiałyśmy głównie po angielsku. Nie było to zresztą nasze ostatnie spotkanie. Obie planowałyśmy pojechać do Tomohon, ja w poszukiwaniu szczura do zjedzenia, ona - ochłody od upałów, klimat bowiem jest tam chłodniejszy ze względu na wysokość.
Po zwiedzeniu Manado, kolejnego dnia, ruszyłam lokalnym minibusem do Tomohon. Minibusy kursują często na tej trasie, a droga zajmuje jakąś godzinkę, a może trochę dłużej... W Indonezji zupełnie straciłam poczucie czasu.
Z dworca w Tomohon pojechałam do upatrzonego (w przewodniku Lonely Planet) hotelu, za drobną dodatkową opłatą kierowca mikrobusa podwiózł mnie pod drzwi. A właściwie pod bramę, bo był to "ośrodek" z bungalowami, zlokalizowany nieopodal wulkanu Lokon, małego, acz mocno aktywnego, na który chciałam wejść kolejnego dnia. Właściciel ośrodka miał wolny domek, bardzo przyzwoity, drewniany, z ratanowymi meblami, w miarę czystą pościelą, bieżącą wodą i prądem w nocy (za dnia prądu nie było). Jak tam było głośno w nocy! Po dachu skakały jakieś zwierzątka, drewniana chatka cała trzeszczała, a ja tylko miałam nadzieję, że to przyjazne zwierzęta i nie zeżrą mnie, jak zasnę.
Nagle usłyszałam głośne chrobotanie za szafką. "No tak, szczury" - pomyślałam. Zajrzałam za szafkę. To nie był szczur. To był wielgachny... gekon! Odetchnęłam z ulgą. Duży gekon - duże szczęście. Zje wszystkie robaki, mogę spać spokojnie. Nazwałam go roboczo Stefan. Ze Stefanem wiąże się jeszcze jedna anegdotka. Otóż od kilku dni nie miałam czasu zrobić prania i brudne rzeczy trzymałam w reklamówce. Dokąd postanowił wleźć Stefan, czym mało nie przyprawił mnie o zawał? Tak, do torby z moimi brudnymi skarpetami... Podejrzewam, że gekony nie są wyposażone w zmysł węchu. Tego dnia miałam akurat imieniny i dostałam SMS-a z życzeniami od przyjaciółki, mojej imienniczki. Podziękowałam i napisałam, jak to Stefan zrobił sobie posłanie w brudach. W odpowiedzi celnie spointowała: "No cóż, zwierzęta domowe lubią rzeczy przesiąknięte zapachem właścicieli".
O świcie wyruszyłam na Gunung Lokon. Właściciel ośrodka ostrzegł mnie, że wulkan jest w fazie zwiększonej aktywności i ośrodek monitorujący aktywność sejsmiczną zabrania wspinania się na górę. OK. Przyjęłam tę przestrogę i poszłam. Nie weszłam na szczyt. Doszłam do punktu widokowego, a tam okazało się, że dalszy szlak... nie istnieje, jest cały zarośnięty. Pewnie ze względu na aktywność wulkanu nie wykarczowano drogi. Stwierdziłam, że nie będę się przebijać przez te krzaczory tylko po to, żeby złamać zakaz wspinaczki. Usiadłam więc na betonowym tarasie widokowym. Byłam sama. W oddali widać było dymiące szczyty wulkanów i bujną zieleń, na zboczach pola uprawne, a w dolinie małe domki Tomohonu. Wszystko skąpane w słońcu. Patrzyłam na to, nie mogąc uwierzyć w ten widok, w te dymiące wulkany, głęboki błękit nieba, soczystą zieleń. Czułam się tak, jakby świat się do mnie uśmiechał. Wiem, że brzmi to banalnie i kiczowato, ale czasami banalnie i kiczowato znaczy prawdziwie. I to była moja pierwsza perfekcyjna chwila w Indonezji.
Po powrocie z wycieczki, po południu wybrałam się do miasta. Na targ. Targ w Tomohon słynie na cały świat! Sprzedają tam bowiem między innymi mięso psów, szczurów i nietoperzy. Ja miałam nadzieję na spróbowanie szczura i nietoperza. Od razu napiszę, że do tego nie doszło, na targu można bowiem kupić jedynie surowe mięso, do samodzielnego przyrządzenia. Zatem pas. Próbowałam znaleźć te przysmaki w lokalnych restauracjach, ale to chyba nie są tam bardzo popularne dania, a raczej pewien folklor. Wracając do targu, na betonowych podestach leży mięso, wokół latają muchy, we znaki dawał się nieznośny upał i fetor. Na wejściu powitał mnie sporych rozmiarów świński łeb, obok kawałki mięsa, stoisko dalej szczury na patykach - coś w rodzaju szaszłyka, gotowego do upieczenia nad ogniskiem. Kawałek dalej - nietoperze. Korpusy osobno, skrzydła na stercie obok, sprzedawane oddzielnie. Nieopodal, na grubym kołku, wisiał wąż. Wyglądał jak anakonda, część była już odcięta i pokrojona w grube, kilkunastocentymetrowe plastry. Na stoisku w oddali zobaczyłam kontury psów. Nic dla wrażliwych. Ja już trochę w życiu widziałam, ale takiej makabry jeszcze nigdy. Odechciało mi się jedzenia na długo... No, może nie na zbyt długo.
Na kolację wybrałam się z Francuzką poznaną w Manado, która też już dotarła do Tomohon. Opowiedziała mi o wyspie Bunaken, magicznym miejscu na skraju rafy koralowej, uchodzącym za jeden z najlepszych na świecie punktów do nurkowania. Wysepka położona jest na północny wschód od Manado. "Znakomicie. A zatem wyruszę tam. Tylko najpierw przekonam się jeszcze, co to jest tarsier", pomyślałam.
O tarsierach słyszałam już od fińskich podróżników spotkanych kilka dni wcześniej. To jakieś zwierzątko endemiczne na Sulawesi. Można je zobaczyć w Parku Narodowym Tangkoko. Postanowiłam się tam wybrać. Nie było to proste. Niby blisko, ale droga bardzo skomplikowana.
Świątynia Borobodur na wyspie Jawa
Krwawy targ w miasteczku Tomohon
Najpierw z Tomohon wzięłam minibus do Tondano, następnie w Tondano autobus do Bitung, potem motorynkę do Girian i jeepa do Tangkoko. Na mikrobusy i autobus czekałam w sumie kilka godzin. A właściwie nie na środki transportu, te stały na dworcu, ale na pasażerów. Na Sulawesi nie ma rozkładów jazdy. Kierowcy odjeżdżają, kiedy zbiorą się pasażerowie. Tu trzeba też powiedzieć, że na przykład do małego minibusa na jakieś dziewięć osób wchodzi osób piętnaście - dopiero wtedy kierowca odjeżdża. Tłok, upał, pot, bagaże - czasem dziwne, typu kosz z żywymi kurami... I w tym wszystkim ja, jedyna turystka.
Nikt nie mówił po angielsku, ale wszyscy byli dla mnie przemili. Częstowali mnie jedzeniem i napojami, a ja pochłaniałam wszystko, nawet podejrzanie wyglądające tłuste placki, mając nadzieję, że mój żelazny żołądek sobie z tym poradzi. I w rzeczy samej - chociaż sama byłam zdziwiona, po tym co w drodze zjadłam - obyło się bez problemów gastrycznych. Najdłużej czekałam na jeepa do parku, nie było bowiem żadnych innych turystów. Wreszcie zjawiła się para ze Stanów. Kierowca twierdził, że nie pojedzie z mniejszą liczbą pasażerów niż pięciu, ale wynegocjowaliśmy wreszcie podwózkę dla naszej trójki i nawet za dużo nie zapłaciliśmy. Zatrzymaliśmy się w hostelu, który polecili mi wspomniani już Finowie. Dostałam mały pokoik z zepsutymi drzwiami, wypadała klamka z zamkiem. Na szczęście miałam w scyzoryku śrubokręt i tak radziłam sobie z otwieraniem i zamykaniem drzwi, za każdym razem przykręcając klamkę śrubokrętem.
Na poszukiwanie tarsierów wyruszyliśmy w nocy kilkuosobową grupą, w skład której, oprócz mnie, wchodzili: para ze Stanów oraz rodzina, także z USA, o której za chwilę szerzej. Towarzyszyło nam trzech przewodników. Wyprawa do dżungli trwała jakieś sześć godzin. Udało nam się zobaczyć i rodzinę tarsierów - małych, puchatych myszowato-lemurowatych stworzeń, i endemiczny gatunek dzioborożca, a także całą kolonię czarnych makaków. Sama dżungla nie była tak spektakularna jak borneańska, miałam wrażenie, że gatunków roślin jest tu znacznie mniej. Może był to akurat taki specyficzny fragment lasu, a możliwe, że to kwestia pory roku. W każdym razie, choć z moim nowym aparatem fotograficznym cały czas nie do końca sobie radziłam, udało mi się zrobić zdjęcia wszystkim interesującym zwierzętom, które widzieliśmy.
Po powrocie z lasu resztę dnia spędziłam na spacerach po okolicy i pisaniu. Kolejnego dnia wyruszyłam w drogę powrotną do Manado. Przed wyjazdem z Tangkoko umówiłam się z amerykańską rodziną, że spotkamy się kolejnego dnia i wyczarterujemy wspólnie łódź do Bunaken.
- Mój syn został w Manado, jest w hotelu Regina, może go spotkasz - powiedział mi na odchodnym Amerykanin.
Jak tylko dotarłam do Reginy, zobaczyłam w lobby młodego chłopaka z bujną rudą czupryną. Nie musiałam pytać, wiedziałam, że to właśnie ów kolejny członek poznanej na wycieczce do dżungli rodziny. Podeszłam się przywitać. Ustaliliśmy, że następnego dnia ruszymy wspólnie do portu - tam byłam umówiona z jego rodzicami i siostrą.
I tak dotarłam na wyspę Bunaken. Podobno jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie, znakomite do nurkowania. W rzeczy samej, oszołomiła mnie uroda podwodnego krajobrazu. Barwne korale, granatowe rozgwiazdy, ryby mieniące się wszystkimi barwami tęczy, wielometrowe gąbki, żółwie morskie. Po prostu podwodna bajka. Jak już wiecie, przypłynęłam tam na łodzi wraz z amerykańską rodziną poznaną parę dni wcześniej. I super, dzięki temu podróż na wyspę wyniosła mnie jedynie jakieś pięć dolarów. W drugą stronę musiałam zapłacić około trzydziestu pięciu... Ale o tym za chwilę.
Tarsier - gatunek endemiczny na Sulawesi
Czarny makak w lesie tropikalnym na północy Sulawesi
Amerykańska rodzina była niezwykła. Dwadzieścia lat temu ona i on wyruszyli w podróż dookoła świata. W podróży spędzili piętnaście miesięcy, a po powrocie do USA założyli rodzinę. Ona była szkolną pielęgniarką, on prowadził własną firmę. Mieli dwójkę dzieci - syna i młodszą córkę. Kiedy dzieci podrosły, postanowili wraz z nimi wyruszyć w podróż - było to dziesięć miesięcy przed naszym spotkaniem. Całą rodziną zwiedzili Amerykę Południową, Afrykę i Azję. Indonezja była ostatnim przystankiem na ich drodze. Dzieci, dziewiętnastoletni chłopak i czternastoletnia dziewczyna, były świetne - mądre, rozgarnięte, wygadane i sympatyczne. Rodzice przygotowywali ich od małego do podróży, jeździli głównie do Azji na dwu-trzytygodniowe urlopy, zupełnie niezorganizowane, bez wcześniejszych rezerwacji. Dzięki temu dzieci wiedziały, jak się podróżuje, i mimo młodego wieku były bardziej doświadczonymi podróżnikami niż niejeden dorosły.
Cała podróżująca familia była otwarta i inteligentna, widać, że jej członkowie dobrze się czuli w swoim towarzystwie. W gruncie rzeczy fajna sprawa, taki model rodziny. Na Bunaken spędziłam z nimi dwa dni. Zatrzymaliśmy się w gościńcu (takie wymyśliłam tłumaczenie słowa guesthouse) Lorenso. Pływałam, pisałam i wypoczywałam, myśląc o tym, jakie mam wielkie szczęście, że mogę tu być i zwiedzać tak piękne zakątki naszej planety.
Rzadko w czasie podróży korzystam z uroków morza, nieczęsto pływam, bo jako samodzielnie podróżująca wolę nie wystawiać się półnaga na widok publiczny, zwłaszcza w krajach muzułmańskich. Tu było jednak inaczej. W całym gościńcu, oprócz mnie i amerykańskiej rodziny, była tylko turystka z Barcelony i para z Australii, a jedno z najlepszych miejsc do nurkowania znajdowało się zaraz przy naszej plaży. Bez większych obiekcji oddałam się więc jednemu z moich ulubionych zajęć - pływaniu. Kiedy tylko zanurzyłam głowę w wodzie, zobaczyłam widok jak z innej planety. Wielobarwne koralowce, ryby o najróżniejszych kształtach w kolorach tęczy, rozgwiazdy, olbrzymie gąbki. To wszystko w krystalicznie czystej wodzie. Nawet słynący z podwodnych atrakcji Mauritius, który swego czasu zwiedzałam, nie może się z tym równać.
Płynąc nad tą feerią barw w płytkiej wodzie, nagle dociera się do podwodnego urwiska. Uczucie towarzyszące przekroczeniu tej granicy porównać mogę jedynie ze skokiem spadochronowym. Wrażenie głębi jest porywające. Człowiek czuje się tak, jakby nie płynął, a latał w przestworzach. Kiedy to pierwszy raz przeżyłam, byłam jak odurzona. Szczęściem. Kolejna perfekcyjna chwila. Nie chciałam wracać.
Tymczasem termin wylotu do Europy zbliżał się nieubłaganie, za trzy dni musiałam być w Dżakarcie. Promy publiczne odpływały z Bunaken do Manado wczesnym rankiem, a ponieważ chciałam spędzić na wyspie dodatkowe parę godzin ostatniego dnia pobytu na niej, wynajęłam prywatną łódkę do miasta. Kosztowało mnie to trzydzieści pięć dolarów, ale co tam. Okazało się, że promy nie bez przyczyny wyruszają o świcie. Wówczas bowiem ocean jest w miarę spokojny...
Moja łódka była małą, czteroosobową, drewnianą motorówką. Razem ze mną zabrała się jedna Indonezyjka, więc wraz z kierowcą było nas troje. Niebo zakryło się czarnymi chmurami, wiatr się wzmógł, pojawiły się fale, które robiły się coraz większe. Zaczęła się burza. Łodzią mocno kołysało, siedząca naprzeciwko mnie pani zaczęła się modlić... To chyba jakiś taki ich sposób na kryzysowe sytuacje, wystarczy wspomnieć kartę modlitewną w samolocie. Ja z kolei, rozglądając się wokół, wymyśliłam, że moją jedyną szansą, jeśli łódka nam się wywróci i zatonie, jest dopłynięcie do którejś z wysepek archipelagu. Położone były stosunkowo niedaleko, może jakieś trzy kilometry, nie był to dystans nie do pokonania.
Wykoncypowałam również, że jedyną rzeczą, którą mogę wziąć ze sobą w wypadku wywrotki, jest... karta kredytowa. Łódź przechylała się tak, że przez burtę nalewała się do niej woda. Zaczęłam się przygotowywać - wyjęłam kartę kredytową i wsadziłam ją dyskretnie za stanik. Nie wypadnie, a nawet jeśli, warto było spróbować. Dopłynąć, myślę, to bym dopłynęła - robiłam kiedyś kurs na ratownika, nigdy co prawda nie podchodziłam do egzaminu, ale dużo się wtedy nauczyłam, a i pływałam na długie dystanse. I chociaż moi przyjaciele, jak to im później opowiadałam, mało się ze śmiechu nie posikali, ja nadal uważam, że to wcale nie był taki głupi pomysł. Paszport jest większy i papierowy, a plastikowa karta pozwoliłaby mi na zakup ubrania i biletu do miejscowości z polską ambasadą.
Jak się zapewne domyślacie, fakt, iż zajęłam się obmyślaniem takiego planu, świadczy o tym, że sytuacja wyglądała dość poważnie. A jednak - i tym razem - udało mi się wyjść cało z opresji i dotrzeć w jednym kawałku, na łodzi i z całym swoim bagażem do Manado. Tu pierwsze kroki skierowałam do "mojego" hotelu Regina. Sprawdziłam kalendarz i swój bilet lotniczy. Pamiętacie, jak wspomniałam, że straciłam poczucie czasu w Indonezji? Okazało się, że nie miałam dwóch dni. Mój lot z Dżakarty był wieczorem następnego dnia. W panice ruszyłam na miasto w poszukiwaniu jakiegoś biura podróży, w którym mogłabym kupić bilet do Dżakarty. Znalazłam. Niestety obsługa nie mówiła po angielsku, więc zamiast na 6.00 rano otrzymałam bilet na 6.00 po południu, co uniemożliwiało mi złapanie lotu do Europy. Ale głupi ma szczęście (a raczej łut szczęścia), więc szybko się zorientowałam, że coś jest nie tak, wróciłam do biura podróży i za dopłatą przebukowałam ten lot na inny, wczesnym rankiem.
Na lotnisku kupiłam jeszcze garść pamiątek z Sulawesi i o czasie wylądowałam w Dżakarcie. Miałam tam blisko dziesięć godzin. Postanowiłam pojechać do miasta. Kosztowało mnie to dwadzieścia dolarów, ale umówiłam się z taksówkarzem, że w ramach tej kwoty obwiezie mnie po mieście, po drodze zwiedzę muzeum historii i wrócimy na lotnisko. Ponieważ taksówkarz nie do końca mnie zrozumiał, trafiłam do muzeum... sztuki nowoczesnej. I fajnie. Z własnej inicjatywy na pewno bym się tam nie wybrała. Zdążyłam też do muzeum historii. Ani jedno, ani drugie specjalnie ciekawych czy wybitnych eksponatów w swojej kolekcji nie miały.
Zjadłam lunch w burżujskiej knajpie Botavia, wyglądającej jak z lat 70., zdobionej artystycznymi zdjęciami postaci popkultury, i wróciłam na lotnisko, na którym zakupiłam jeszcze dwa pierścionki, tym razem z myślą o mojej mamie. Nie przymierzając, władca pierścieni. Dla siebie turkus i perła, dla mamy rubin i topaz - bądź szkiełka w tym kolorze - w Azji nigdy nie wiadomo, co ci sprzedają. Ale w sumie to właśnie jeden z uroków tej części świata...
Obiecałam sobie wrócić do Indonezji. Krótka wyprawa na Jawę i Sulawesi była jedną z najbardziej interesujących w moich dotychczasowych podróżach. Spacerowałam w oparach siarki na wulkanie, podziwiałam barwne korale w oceanie, podpatrywałam endemiczne gatunki w dżungli, włóczyłam się po starożytnych świątyniach i lokalnych targach, po miastach i po wsiach, pociłam się w temperaturze przekraczającej trzydzieści pięć stopni i marzłam w spadającej poniżej pięciu stopni, zachwycałam pięknem przyrody i zastanawiałam nad swoim życiem. No i znalazłam kilka moich "perfekcyjnych chwil", o których tak często piszę i których szukam w różnych zakątkach globu.
W Indonezji doszłam do wniosku, że żyję po to, żeby podróżować, a podróżuję, żeby żyć. Rozmawiałam kiedyś w Kambodży z chłopakiem, który od ponad roku jeździł po świecie. Spytałam go, czego szuka. "Miłości. Kiedy zakocham się w jakimś kraju lub dziewczynie, zostanę" - powiedział. A czego ja szukam? Chyba właśnie perfekcyjnych chwil, cała reszta dzieje się niejako przy okazji.
Stairway To Heaven
Sulawesi
Podczas pierwszej podróży do Indonezji trafiłam na północną części wyspy Sulawesi. Kiedy rok później szykowałam się do wyprawy na Papuę, postanowiłam, niejako "po drodze", odwiedzić położony na Sulawesi region Tana Toraja, słynący z osobliwych zwyczajów... pogrzebowych.
Do Makasar, miasta na południu wyspy - dotarłam w Wigilię Bożego Narodzenia, w środku nocy. W hoteliku powitał mnie zaspany recepcjonista w czapce Świętego Mikołaja i, chyba w ramach prezentu gwiazdkowego, pierwszą noc dostałam gratis. W Makasar było szaro, pochmurno i co chwila padał deszcz. Miasto sprawiało wrażenie opustoszałego, na nadbrzeżu straszyły zrobione ze słomy i plastiku choinki z napisami "Merry Christmas" w krzykliwych kolorach. Jak może pamiętacie z poprzednich rozdziałów, choć Indonezja jest największym krajem muzułmańskim na świecie, jest również państwem o olbrzymim bogactwie kulturowym i różnorodności religijnej, uwarunkowanej, w dużej mierze, kolonialną historią kraju. Sulawesi, zwana dawniej Celebes, to wyspa (o fantazyjnym kształcie skorpiona, leży między Borneo a Papuą), którą skolonizowali Holendrzy, wprowadzając chrześcijaństwo. Religia ta na dobre wrosła w kulturę tych terenów, a lokalne plemiona połączyły je ze swoimi pradawnymi wierzeniami - czasem w zaskakujący sposób.
Na marginesie, w Indonezji ateizm jest nielegalny. Religię traktuje się niezwykle poważnie, do tego stopnia, że wyznanie wpisywane jest w dowodach osobistych. Mieszkańcy wyznający różne plemienne, pierwotne wierzenia najczęściej dla celów statystycznych klasyfikowani są jako muzułmanie. Nie oznacza to jednak, że naprawdę wyznają islam. Indonezja to olbrzymi kraj, zamieszkany przez ponad dwieście pięćdziesiąt milionów ludzi. Państwo wyspiarskie obejmujące nie tylko Jawę, Sumatrę czy Bali, ale i część Papui, Borneo, Sulawesi, a łącznie ponad siedemnaście tysięcy wysp! Kilkaset grup etnicznych. Factbook CIA podaje, że w Indonezji w użyciu jest około siedmiuset różnych języków. Oczywiście, są w Indonezji i regiony ortodoksyjnie muzułmańskie, na czele z prowincją Aceh na północy Sumatry, gdzie wprowadzono prawo oparte na szariacie. I to muzułmanie są w większości, również reprezentowani w establishmencie kraju. Niemniej - liczba wyznawców islamu w Indonezji jest znacznie mniejsza niż ponad osiemdziesiąt procent podawane przez oficjalne statystyki.
Rantapao
Do Rantapao, serca regionu Tana Toraja, pojechałam autobusem. Miejsce koło mnie zajął mężczyzna, który od razu zaczął mnie zagadywać. Powiedziałam, skąd jestem, jak się nazywam. On na to zanurkował do plecaka, wyjął dokument tożsamości, przedstawił się, dodał, że jest miejscowym urzędnikiem, wylegitymował mi się, a następnie - bez zbędnych ceregieli - spytał, czy za niego wyjdę.
- Co takiego?! - myślałam, że się przesłyszałam. On jednak z całą powagą powtórzył propozycję matrymonialną. Odmówiłam dyplomatycznie, dziękując za propozycję. Jednak przyznajcie, oświadczyny po pięciu minutach znajomości to - niezależnie od okoliczności - niezły wynik.
Jeszcze podczas jednego z przystanków na trasie zakumplowałam się z parą Amerykanów i po przyjeździe do Rantapao, prosto z dworca, wybraliśmy się wspólnie na kolację, później na poszukiwanie noclegu. Z uwagi na sezon świąteczny nie było to proste. Krążyliśmy po mieście z trzy godziny; wreszcie udało nam się znaleźć miejsce w noclegowni, a lepszy hotel z prostymi acz eleganckimi bungalowami na kolejny dzień.
- Pod warunkiem, że ci, co zapowiadali wymeldowanie, naprawdę się wymeldują - ostrzegł recepcjonista.
W Rantapao okazało się, że Święta Bożego Narodzenia to nie tylko tradycyjny czas sztucznych ogni, które tuż po zapadnięciu zmroku rozbrzmiewały i rozświetlały niebo nad miastem ferią barw, ale również czas pogrzebów.
Mieszkańcy Tana Toraja wierzą, że najważniejszym wydarzeniem w życiu człowieka jest jego... pogrzeb. Całe życie się do niego przygotowują, również finansowo.
Pogrzeb trwa wiele dni, a w trakcie ceremonii składane są rytualne ofiary z byków i świń. Na uroczystość zaprasza się całą rodzinę, często z daleka, a także okolicznych mieszkańców. Bywa, że gromadzi się kilkaset osób. Pogrzeb odbywa się w specjalnie zbudowanej na ten cel wiosce - stawiane są drewniane domy dla gości oraz okazały dom dla zmarłego, w którym odprawiana jest główna część ceremonii.
Długie prostokątne chaty, zwane tongokanami, zwieńczone dachami przypominającymi łodzie to znak charakterystyczny dla regionu. Zamieszkujący te tereny Toradżowie wierzą, że ich przodkowie przypłynęli tu z północy na łodziach - stąd tongokany zawsze usytuowane są w osi północ-południe. Architektura toradżańska trafiła zresztą na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Taki tradycyjny pogrzeb to nie lada operacja logistyczna, wymagająca nie tylko czasu, ale i znacznych środków finansowych. Zdarza się, że od śmierci do pogrzebu mijają w związku z tym całe lata! Co więcej, ludzie ci są przekonani, że w momencie śmierci nie stajemy się martwi... aż do chwili pochówku jesteśmy po prostu "chorzy".
-Sick person mieszka w domu z rodziną - tłumaczył nasz przewodnik niezłą angielszczyzną. - W osobnej izbie, ale to, że jest chora, nie znaczy, że nie ma swoich potrzeb, więc codziennie dostaje papierosy i kawę - objaśniał.
Popatrzyłam na Amerykanów, którzy mieli coraz bardziej niewyraźne miny. Byliśmy akurat w starej, tradycyjnej wiosce, w której można było obejrzeć wnętrze domów, postawionych na wysokich palach, zwieńczonych dachami z wygiętymi do góry rogami, przystrojonych kośćmi byków (ubitych przy okazji pogrzebów - im więcej poroża i czaszek zdobiło dom, tym bogatsza rodzina go zamieszkiwała). W jednej izbie, podzielonej na dwie części, może o wymiarach kilkunastu metrów kwadratowych, mieszkała cała rodzina. W jednej części zdrowi (czytaj: żywi), w drugiej, mniejszej - chorzy (czyli zmarli). Zmarłych trzymało się w specjalnych drewnianych pojemnikach (przypominających koryto lub trumnę bez wieka) w wywarach z ziół, które zapobiegały rozkładowi ciał.
- Ale teraz jest o wiele prościej. Mamy formalinę! Jest tania i skuteczna - opowiadał przewodnik. "Chory" musi leżeć z głową skierowaną ku północy, dopiero tuż przed pogrzebem odwraca się go w stronę południa - tam bowiem znajdują się zaświaty.
Ja i Amerykanie nie mogliśmy uwierzyć w to, co słyszymy. Zostaliśmy zaprowadzeni na cmentarz. Zobaczyliśmy wykute w skale komory, w których chowano zmarłych. Z komór wystawały kości, a przed niektórymi ustawiano na czymś w rodzaju zbitych z desek balkonów drewniane podobizny zmarłych. Niektóre rzeźby miały ręce wyciągnięte do góry, jakby w błagalnym geście. Jak się później dowiedziałam, tak przedstawiano tych zmarłych, na których pogrzebie nie poświęcono dostatecznej ilości byków. Rodziny, kiedy tylko będzie je na to stać, dopełnią obowiązku i ubiją kolejne zwierzęta, aby zapewnić pośmiertny spokój swoim bliskim.
W kolejnym miejscu pochówku, na starym skalnym cmentarzu, elementy drewniane dawno się rozpadły, w skałach i pod nimi piętrzyły się ludzkie kości i czaszki. A wśród nich pełno niedopałków. "Co za skandal!" - pomyślałam. Pewno to turyści tacy bez szacunku dla zmarłych. Idąc krętą drogą w górę pogrzebowej skały zauważyłam czaszkę, której wszystkie otwory wypełniały papierosy. Przystanęłam i wyjęłam aparat.
- Daj papierosa - zagaił mimochodem starszy pan przechodzący obok.
- Przepraszam, ale akurat robię zdjęcie - rzuciłam znad obiektywu.
- Papierosa dla niego - wskazał na czaszkę.
Skalne grobowce w regionie Tana Toraja
Składanie papierosów w ofierze jest oznaką szacunku dla zmarłego
I dopiero zrozumiałam. To nie żaden akt wandalizmu, ale po prostu ofiarowane zmarłym papierosy - w geście miłości i szacunku.
W tym miejscu ważna uwaga - Toradżanie, jak i inne plemiona zamieszkujące Sulawesi, w większości są obecnie chrześcijanami. Uprzednio krwawe ofiary składano także przy innych okazjach (narodziny, śluby etc.). W wyniku swoistego kompromisu zawartego przed laty z misjonarzami, mogą odprawiać swoje rytuały pogrzebowe, ale nie praktykują już innych wierzeń - misjonarze zabronili składania ofiar w związku z uroczystościami na cześć żywych. Swoją drogą, ciekawe, jak wypracowano tak dziwaczne porozumienie. Zmierzam do tego, że pod skalnymi katakumbami spotkać można na przykład wieńce pogrzebowe zdobione krzyżami. I muszę przyznać, że wygląda to surrealistycznie.
To nie koniec osobliwości. Otóż fakt, że ktoś miał wyprawiony pogrzeb i został pochowany, wcale nie znaczy, że nie ma swoich potrzeb - dlatego właśnie podrzuca się do grobów papierosy, jak również wyprowadza zmarłych na spacery i przebiera w czyste ubrania (przypuszczam, że do czasu, kiedy jest co zbierać, bo samych kości chyba nie wyprowadzają na spacer). Teatr absurdu, a może raczej danse macabre...
Byliśmy w szoku, ale też coraz bardziej zafascynowani tym, co widzimy i słyszymy. Spytaliśmy więc, czy w pobliżu odbywa się jakiś pogrzeb i czy moglibyśmy uczestniczyć w obrządku. I tak zostaliśmy zaproszeni na imprezę - najważniejszy dzień dla pewnej pani, która zmieniła status na sick person dwa lata temu, będąc już w podeszłym wieku. Jako prezent mieliśmy przynieść karton papierosów.
Następnego dnia z rana, podekscytowani, stawiliśmy się na miejscu zbiórki, skąd zabrano nas starym, rozklekotanym samochodem kilkanaście kilometrów za miasto. Po drodze mijaliśmy ogrodzone prowizorycznym drewnianym płotem pole, mniej więcej wielkości szkolnego boiska, wokół którego zaczęli gromadzić się ludzie. Tam odbywały się walki byków.
- Chcecie przegrać trochę forsy? - zaśmiał się pytająco nasz przewodnik.
- Tak! - samą mnie zdziwił mój własny entuzjazm, ale adrenalina w Tana Toraja powodowała, że poczułam, że muszę nie tylko obejrzeć walkę byków, ale i obstawić wynik.
Amerykanie przyklasnęli, im też udzieliła się atmosfera. Poprzedniego dnia wpadli zresztą na "genialny" pomysł, aby zakupić sztuczne ognie na lokalnym targu i puszczać je w nocy w parku w środku miasta. Ja do szemranych fajerwerków, wyglądających jak wielgachne laski dynamitu opakowane w barwną krepinę, podchodziłam sceptycznie, ale nowi znajomi kupili trzy race.- Po jednej dla każdego! - ogłosił z radością Amerykanin, a mi pozostało tylko dołączyć do zabawy. Miałam szczęście, wypaliły i obyło się bez utraty palców. Ale raca koleżanki zaczęła wydawać dziwne dźwięki, jakby pęcznieć i wtedy przerażona dziewczyna odruchowo rzuciła ją na ziemię. Wówczas nastąpił pierwszy "pusty" wybuch, następnie raca zaczęła wirować i strzelać "na oślep". W ten chytry sposób ostrzelaliśmy fajerwerkami pobliskie domy... Sami salwując się ucieczką. (Wróciliśmy tam później sprawdzić, czy niczego nie podpaliliśmy). W każdym razie, na brak wrażeń z nowymi kompanami narzekać nie mogłam.
- OK, to najpierw pójdziemy się przywitać, a potem obejrzymy walki byków - zadecydował przewodnik.
Walka byków organizowana z okazji pogrzebu na Sulawesi
Weszliśmy na wzgórze, na którym w dwóch rzędach, naprzeciw siebie, zbudowano domy pogrzebowe dla gości, każdy według takiego samego schematu: drewniana podłoga, bez ścian, słomiany (tj. pewnie z liści palmowych), wygięty na dwóch końcach dach na grubych palach. Dominowały kolory ciemnobrązowy i purpurowy - tak budynki były ozdobione. Na szczycie alejki stała najbardziej okazała budowla, na kamiennym podwyższeniu; górowała o dobre kilka metrów nad okolicą. Doszliśmy do tego właśnie domu i po schodach weszliśmy na górę. Tam, na zbitej z desek podłodze, stał tron - wysokie, pięknie zdobione, drewniane krzesło na cokole. Na krześle siedziała starsza pani. Podeszliśmy. To była gospodyni imprezy. Sick person.
Wyglądała jak żywa, zaczesane białe włosy, spokojny wyraz twarzy; ręce przywiązane były dyskretnie do oparcia fotela, a stopy do cokołu. Ubrana w odświętne, śnieżnobiałe szaty, naszyjnik, bransolety. Tradycja nakazywała się przywitać i poczęstować papierosami. Tak, owszem, dobrze rozumiecie - na krześle siedziały zabalsamowane zwłoki, do których musiałam podejść, ukłonić się i zostawić tymże zwłokom papierosy.
Mistrz ceremonii ubrany w białe spodnie, koszulę oraz tegoż koloru przewiewną pelerynę i bordową, haftowaną czapę, przemawiał do zebranych. Znak czasów - miał nawet mikrofon. Nie rozumiałam ani słowa, ale później dowiedziałam się, że opowiadał o życiu zmarłej. W pewnym momencie ogłosił coś, co poruszyło tłum. Wszyscy zaczęli gromadzić się w jednym miejscu placu. Tam za chwilę miała nastąpić rytualna ofiara. Przyprowadzono zwierzęta. Długimi nożami mężczyźni rozpruwali żyły potężnym bykom i świniom. Zwierzęta ginęły, powoli się wykrwawiając, na co tłum reagował entuzjastycznie. Obserwowałam to, mając wrażenie, że jestem na innej planecie. To bardziej przypominało jakąś scenę z filmu science-fiction niż Ziemię w XXI wieku.
Przyniesiono palnik gazowy i potraktowano nim złożonego w ofierze knura (żeby wypalić sierść zapewne). Żadne słowa nie oddadzą tych doznań - upał, unoszący się w rozgrzanym powietrzu zapach spalenizny, krwi, zwierzęcych odchodów, okrzyki i brawa tłumu, gdzieniegdzie jakaś biała twarz z aparatem fotograficznym pośrodku rytualnego uboju, aby zrobić jak najlepsze zdjęcie umierających zwierząt... Czułam obrzydzenie. Sięgnęłam po papierosa, odwróciłam się i odeszłam. Jem mięso, mam skórzaną kurtkę i noszę skórzane buty, ale składanie ofiar z żywych istot w imię jakiegoś okołoreligijnego widzimisię nie mieści mi się w głowie. Natomiast wrażliwość mieszkańców Tana Toraja jest z goła inna. Tak przy okazji - mała przestroga - lokalnym przysmakiem są tam psy. Toradżanie jedzą je często i częstują nimi przyjezdnych.
Po tym pogrzebowym spektaklu okrucieństwa walka byków wydawała się dobrą zabawą. Obstawiałam nawet, ale akurat w "mojej" walce byki zamiast starcia wybrały... zabawę. Mieliśmy nawet podejrzenia, że poczuły do siebie miętę.
Wieczorem przy szklance wina palmowego przeżywaliśmy nasze przygody.
- To było jak jakiś krwawy Disneyland! - powiedziała Amerykanka.
- Nie wierzę, że to się działo naprawdę! - dodał jej partner.
Wymienialiśmy komentarze w tym tonie, siedząc w małym ulicznym barku nad jedną z tradycyjnych toradżańskich potraw - mięsem zmieszanym z krwią i ugotowanym w wydrążonym bambusie (taka bambusowa kaszanka, całkiem smaczna). Wtedy spostrzegliśmy na ulicy naszego kierowcę i zaprosiliśmy go do stolika. Toradżanin z urodzenia, przez kilkanaście lat pracował w kopalni na Papui. Kiedy usłyszał, że się tam wybieram, najpierw z łobuzerskim błyskiem w oku zaproponował, że pokaże mi swoją kotekę (a co to koteka, dowiecie się w następnym rozdziale), a następnie z poważną miną powiedział:
- Nie jedź tam sama. To jest dziki kraj. Zabiją cię i zjedzą.
- Żartujesz sobie - odparłam lekceważąco.
Potrząsnął głową. Amerykanie wyraźnie zaciekawili się i zaczęli dopytywać o szczegóły. Wtedy opowiedział, że choć już nielegalny, kanibalizm cały czas zdarza się w głębi wyspy. Że Papuasi nienawidzą obcych, są agresywni, a przemoc jest na porządku dziennym.
- Mam nóż - prychnęłam zirytowana.
- Taki jak ten? - odpiął od paska półmetrowe ostrze. Mój nóż był jakieś cztery razy mniejszy.
- Rozmiar nie jest taki ważny - uśmiechnęłam się. - Naprawdę dam radę.
- Dziewczyno, nie wiesz, co cię czeka... - zawiesił głos na pożegnanie.
Kiedy w naszym hotelu, spytana o dalszą trasę, opowiedziałam, że wracam do Makasar, aby złapać samolot na Papuę, obsługa również zareagowała z widocznym niepokojem i próbowała mi wyperswadować ten kierunek. Przypomniało mi się, że pogranicznik na lotnisku w Dżakarcie, kiedy podałam jako cel podróży Papuę, także rzucił jakąś zniechęcającą uwagę. Przez głowę przemknęła myśl, że może coś jest na rzeczy.
Chociaż wyprawę na Papuę odradzano mi na każdym kroku i zaczęłam czuć pewien niepokój z tym związany, postanowiłam nie zmieniać planów. Kupiłam bilet do Jayapury, stolicy Zachodniej Papui, będącej formalnie częścią Indonezji. W przewodniku wyczytałam, że po przyjeździe muszę zameldować się na policji i uzyskać tzw. surat jalan - pozwolenie na poruszanie się po prowincji.
W samolocie byłam jedyną białą. Zwróciłam uwagę na jednego mężczyznę, po rysach twarzy sądzę, że pewnie z Sulawesi, choć był bardzo postawny, a mieszkańcy wyspy są raczej drobno zbudowani i niscy (to jest: niżsi ode mnie; mam 175 centymetrów wzrostu). Dużo wyższy ode mnie, szeroki w barach, długie czarne włosy związał w gruby warkocz. Nowocześnie ubrany, wyróżniał się spośród współtowarzyszy podróży. Na lotnisku w Jayapurze spytał perfekcyjną angielszczyzną z australijskim akcentem, czy jestem sama. Skinęłam głową. Niestety, nie było to zaproszenie na kawę, a coś zgoła odmiennego. Ów jegomość się po prostu przeraził. - Jak to sama?! A dokąd jedziesz? Masz tu jakichś znajomych? - zasypał mnie pytaniami. - Nie, nie mam żadnych znajomych. Zmierzam na trekking do doliny Baliem - odpowiedziałam spokojnie.
- Wsiadaj do następnego samolotu i wracaj! Nie podróżuj tu sama. - Prawie na mnie krzyczał. Miałam wrażenie, że autentycznie się o mnie zmartwił. On sam w Jayapurze miał tylko międzylądowanie.
- Nic mi się nie stanie. Umiem o siebie zadbać (a dokładnie: I can manage - angielskie zdanie, które wypowiadałam ilekroć przestrzegano mnie przed podróżą na Papuę).
Ta sytuacja sprawiła, że znowu zaczęłam się nieco denerwować, chociaż powtarzałam sobie, że to tylko takie gadanie. Lotnisko, na którym wylądowałam, nie znajdowało się w Jayapurze, ale w położnej nieopodal miejscowości Sentani. Trzeba było się tam zatrzymać - Sentani ma dobrą bazę noclegową. Nie wiedziałam tego jednak i pojechałam do Jayapury. Zameldowałam się w pierwszym lepszym hotelu - tanim i obskurnym, z karaluchami i dziwnie wyglądającymi gośćmi. Siedzieli w "lobby" (czyli korytarzu, w którym był telewizor) i przypominali bandę gangsterów. Przypomniał mi się hostel, do którego trafiłam kiedyś w Kuala Lumpur, z drzwiami z dykty. Tu drzwi były solidne, ale zamek nie działał. Nie wiedziałam, czy zaraz mi wszystko ukradną, ale musiałam szybko zgłosić się na policję, żeby móc kolejnego dnia wyruszyć na wymarzony trekking.
Na posterunku spędziłam wiele godzin, najpierw szukano osoby odpowiedzialnej za pozwolenia, później blankietów dokumentu, później zepsuła się wiekowa drukarka - jak się okazało, jedyna na cały posterunek. Policjanci nie mówili po angielsku. Na szczęście udało mi się dogadać po indonezyjsku. Mój indonezyjski był zresztą coraz lepszy, miałam więc nadzieję, że dam sobie radę z komunikacją także w dalszej trasie. Uprzedzając nieco fakty - jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że Papuasi w ogóle nie mówią w tym języku. Z posterunku wracałam już po ciemku, w rzęsistym deszczu, zdążyłam sobie jeszcze tylko kupić gumowe poncho (tym razem zabrałam fajną, sportową kurtkę przeciwdeszczową z Polski, ale zgubiłam ją już pierwszego dnia; notabene, poncho było w kolorze złotym, z odblaskowymi paskami - istny szok estetyczny) i wróciłam do hotelu.
Następnego dnia pojechałam do Sentani i kupiłam bilet do Wameny - miejscowości położonej w środku Papui, stanowiącej punkt wypadowy do wycieczek po dolinie Baliem. W głębi Papui nie ma dróg, jedynym środkiem komunikacji z wybrzeżem jest samolot. Dlatego też wszystko jest tą drogą transportowane w głąb lądu - i z tego względu nawet podstawowe produkty są tam drogie, jeśli w ogóle dostępne.
Dolina Baliem
Samolot przewoźnika Trigana Air był mały i mógł zabrać na pokład tylko jakieś osiem-dziesięć osób. Chociaż było kilka miejsc więcej, uprzedzono nas, że nie może być przeciążony - samoloty wykorzystywane są bowiem do transportu towarów (które, mam wrażenie, mają pierwszeństwo przed pasażerami). Oprócz mnie leciało jeszcze kilku turystów ze swoim lokalnym przewodnikiem.
Po krótkim (może czterdziestominutowym) locie wylądowaliśmy w Wamenie. Tamtejsze lotnisko to właściwie ubite pole i stojąca przy nim blaszana, zardzewiała buda. Później okazało się, że są tam też murowane budowle (np. mały posterunek policji), ale na pierwszy rzut oka nie było tego widać. Wysiadłam z samolotu i podeszłam - jak inni - do luku bagażowego. I tam okazało się, że mojego plecaka nie ma. Inni turyści odebrali bagaże i gdzieś zniknęli, a ja, z rozmówkami indonezyjskimi w dłoni, próbowałam się dowiedzieć, jak mogę odzyskać swoje rzeczy. Obsługa mnie nie rozumiała i przegoniła pod blaszaną budę ("terminal"). Tam kłębił się tłum mężczyzn. Zauważyłam już w Sentani i Jayapurze, że Papuasi mają zupełnie odmienne rysy twarzy niż Azjaci, Europejczycy czy Afrykanie. Pomyślałam, że wyglądają podobnie do Aborygenów, jednak rysy są jakby "ostrzejsze", moje pierwsze - niezbyt poprawne politycznie - wrażenie było takie, że wyglądają, jakby byli cały czas źli i patrzyli spode łba. Oczywiście to kompletna bzdura, ale stałam tam w tłumie Papuasów (którzy zerkali na mnie, jak mi się wydawało, spode łba), próbując znaleźć kogokolwiek, z kim mogłabym się dogadać w jakimkolwiek znanym mi, choć w podstawach, języku (i tu wyliczmy, w kolejności prawdopodobieństwa, z jakim, jak mi się wydawało, ktoś mnie zrozumie: indonezyjski, angielski, francuski, niemiecki, portugalski, hiszpański, rosyjski, polski).
Stałam tak, zagadując obcych w kolejnych językach, a także na migi, tracąc nadzieję, że kiedykolwiek odzyskam mój bagaż, kiedy zobaczyłam starszego pana. Szedł przez lotnisko w moją stronę. Był nagi. Na głowie miał koronę z rudych piór, a na przyrodzeniu długą kotekę, sięgającą czoła; koniec koteki przywiązany był do korony. Koteka to rodzaj tykwy, która jest tradycyjnym męskim strojem Papuasów, noszą ją na penisach i jest to jedyna część ciała, która jest czymkolwiek osłonięta. Podczas wyprawy widziałam różne rodzaje kotek - z różnych materiałów, ozdobione, proste, skręcone, różnej - że tak powiem - średnicy, krótkie lub tak długie, że musiały być mocowane do obręczy lub przepasek na głowach. Wcześniej o kotekach nie słyszałam i nie spodziewałam się takiego obrazu. Widok nagiego mężczyzny nie jest dla mnie specjalnie szokujący, jednak gość w koronie i z tykwą na interesie mnie zadziwił. Staruszek dziarskim krokiem podszedł do mnie, zaczął coś mówić, uśmiechnął się czerwonymi zębami (dlaczego wszyscy mają ciemnoczerwone uśmiechy, opowiem chwilę dalej), a następnie chwycił moje dłonie i je serdecznie uściskał. I poszedł dalej. Po prostu mnie powitał.
Miałam wrażenie, że wylądowałam na Marsie i właśnie nawiązałam pierwszy kontakt z pozaziemską cywilizacją.
Wprawił mnie w takie osłupienie, że zapomniałam o swoim zgubionym bagażu. Po chwili rozejrzałam się wokół i zobaczyłam pana, który sięgał po papierosa; chwyciłam swoją paczkę i mu podałam. Bingo! Przyjął tytoń, ukłonił się i - po angielsku - spytał, skąd jestem. Byłam uratowana. Czekał na swoją rodzinę, która miała przylecieć kolejnym samolotem na imprezę noworoczną. Aha, bo na Papui wylądowałam kilka dni przed Nowym Rokiem. Uspokoił mnie, mówiąc, że mój plecak z pewnością będzie na pokładzie kolejnej maszyny. I zaiste. Przyleciały i jego rodzina, i mój plecak. Nowy znajomy był przewodnikiem (jak pewnie każdy mieszkaniec Wameny, kiedy rozmawia z turystą), ponieważ zrobił na mnie dobre wrażenie, umówiłam się z nim na oprowadzenie po okolicy nazajutrz oraz na trekking w kolejne dni.
Z lotniska ruszyłam na piechotę z plecakiem i mapką w ręku na poszukiwanie noclegu. Hoteli w Wamenie jest niewiele; te, które są, mają bardzo wygórowane ceny (przynajmniej jak na ten region świata), nieprzystające do standardów. Za miastem jest jeden luksusowy hotel prowadzony przez Europejczyków, w którym pokój kosztuje jakieś sto euro. Zatrzymałam się w centrum miasteczka, w hotelu o średnim standardzie, za który płaciłam około czterdziestu dolarów za noc. Był to świetny wybór, nieliczni turyści, których spotykałam na trasie, a którzy poruszali się po okolicy w ramach wykupionych wcześniej wycieczek, również tam nocowali.
W hotelu czekała mnie kolejna niespodzianka - dowiedziałam się, że w całej prowincji obowiązuje ścisła prohibicja. Podobno Papuasi źle tolerują alkohol, stają się agresywni i potrafią posunąć się nawet do zabójstwa, i to na wniosek starszyzn plemiennych lokalny rząd wprowadził prohibicję.
Zamiast alkoholu w powszechnym użyciu jest tytoń (i inne zioła do palenia), jak również betel. Betel widziałam już w innych krajach azjatyckich, ale nigdy wcześniej go nie próbowałam. To liście, w które zawija się nasiona palmy, dodaje jakiegoś białego proszku (neutralnego, substancje, o które chodzi, są w liściach). Żucie betelu pobudza, ma podobno właściwości lecznicze, ale też brudzi zęby na czerwono-brunatny kolor.
Mój przewodnik pierwszego dnia zabrał mnie na spacer po mieście i na targ. Przestrzegł, żebym trzymała rzeczy przy sobie i nikogo nie zagadywała. Na targowisku sprzedawano warzywa, owoce, mięso, tytoń i betel właśnie. Innych produktów nie widziałam. Sprzedawcy siedzieli na ziemi. Kobiety część towarów trzymały w plecionych siatkach na plecach, uchwyt siatki założony był jak opaska na głowę. W większości byli ubrani. Gdzieniegdzie widać było starszych mężczyzn w kotekach; tylko nieliczni młodzi zdają się hołdować tej tradycji. W przeważającej większości mężczyźni młodzi i w średnim wieku noszą spodnie - z pewnością to wpływ misjonarzy chrześcijańskich z jednej strony, a muzułmańskiej Indonezji z drugiej.
Przystanęliśmy przed kupcem, który sprzedawał grube, skręcone rolki tytoniu. Przewodnik wiedział już, że palę, i kupił mi lokalnego papierosa - sprzedawca odkroił kawałek tytoniu i zawinął w liść. Zapaliłam. Wypuściłam dym, krztusząc się. Bardzo mocny papieros. Zaciągnęłam się jeszcze ze dwa razy i oddałam resztę mojemu towarzyszowi.
Kolejnym przystankiem na używkowym spacerze był betel. Przy stoisku zebrała się większa grupa gapiów chcących zobaczyć białego dziwoląga żującego używkę. Na migi instruowali mnie, pokazywali gesty "OK" i głośno komentowali, uśmiechając się szeroko. "Raz kozie śmierć" - pomyślałam. Wzięłam zawiniątko do ust i zaczęłam żuć. I... nie rozumiem, jak może to być tak popularna substancja. W ogóle mi nie smakowało. Kiedy przeszliśmy dalej, dyskretnie wyplułam tę papuaską gumę do żucia, a po powrocie do hotelu szorowałam zęby, żeby pozbyć się czerwonawego nalotu.
Podczas spaceru zaproponowano mi również oglądanie walki kogutów. W odległej części targu, na małym placyku, kwitł hazard. Rudopióre ptaki ścierały się ze sobą otoczone przez rozentuzjazmowanych i pokrzykujących mężczyzn. Ja obserwowałam spokojnie i już miałam wyjąć pieniądze, aby obstawić kolejną walkę, kiedy wszyscy zaczęli uciekać. Właściciele pospiesznie chwycili swoje koguty pod pachę i w nogi! Wszyscy biegli, wyglądało to tak, jakby nagle w tumanach kurzu poderwało się całe targowisko. Okazało się, że znalazłam się w samym środku nalotu policyjnego.
- Za mną! - krzyknął przewodnik i również zaczął biec co sił w nogach. Do dziś nie wiem, dlaczego wszyscy tak się przestraszyli. Pewnie nie było to spowodowane jedynie nielegalną walką kogutów, być może w grę wchodziły jakieś inne interesy bądź po prostu strach przed władzą w państwie policyjnym. Wybiegliśmy na drogę, natychmiast zatrzymała się przejeżdżająca ciężarówka i wzięła nas na pakę, na drugi koniec miasta. Tam mój towarzysz miał jakąś sprawę do załatwienia ze znajomymi. Przyjechaliśmy na "osiedle" - małe domki, przypominające nasze domki działkowców, w których mieszkały całe, liczne rodziny.
Do hotelu wróciłam autobusem, a właściwie starym minibusem, których w Wamenie pełno i które za drobną opłatą wożą miejscowych do targowisk. Kolejnego dnia czekał mnie trekking po dolinie Baliem.
Uzgodniłam rozsądną cenę za dwudniowy trekking i o świcie wyruszyłam, zaopatrując się uprzednio w zapas wody. Towarzyszyli mi przewodnik i tragarz, który niósł plecak z wodą, jedzeniem i kuchnią, i szedł skrótem - prosto do miejsca postoju. Ja niosłam niby mały plecak z podstawowymi rzeczami, wodę, aparat - wydawałoby się, że niewiele... Jednak w upale i prażącym słońcu, idąc cały czas pod (stromą) górę, po jakichś dwóch-trzech godzinach opadłam z sił i nawet niewielki bagaż wydał się być ciężarem nie do udźwignięcia. Pot zalewał mi oczy, było mi niedobrze, ale musiałam iść. I to w dość szybkim tempie, aby zdążyć do miejsca noclegu przed zmierzchem. Kiedy, późnym popołudniem, już w schronisku, pytałam innych turystów, ile im zajęła droga, odpowiadali, bez cienia zadyszki, że jakieś trzy godziny.
Dopiero kolejnego dnia udało mi się wyjaśnić zagadkę, otóż jako że: a) przewodnik uznał mnie za osobę nad wyraz sprawną fizycznie, b) planowałam tylko krótki trekking, mój przewodnik postanowił po drodze do schroniska pokazać mi trasę, którą zwykle robi się w dwa dni i podczas gdy inni podjechali samochodami na tyle blisko, że w miarę nieobciążającym spacerem dostali się po trzech godzinach do schroniska, ja zasuwałam w upale pod górę, przez przełęcz i znowu pod górę - w sumie z sześć godzin (plus postoje w mijanych wioskach na trasie).
To niestety było znaczące przeszacowanie moich możliwości. W schronisku dostałam domek - małą okrągłą chatkę pokrytą dachem ze słomy, może o średnicy dwóch i pół metra, wysokości w najwyższym miejscu około półtora metra. Położyłam się na podłodze, w materiałowym, lekkim śpiworze, weszłam do niego cała, i leżąc jak mumia, w świetle latarki widziałam, jak zaczyna po mnie chodzić wypełzające zewsząd robactwo. Czułam się źle. Miałam mdłości, nasilał się ból głowy, dostałam palpitacji serca, przyspieszonego oddechu, skórę miałam tak gorącą, że aż parzyła, ale w środku czułam dreszcze. Nie byłam w stanie nawet sięgnąć do plecaka po repelent czy środek przeciwbólowy. Sądzę, że to był jakiś rodzaj udaru słonecznego. Leżałam tak, zwijając się z bólu, i myślałam, że przyjdzie mi umrzeć na tym odludziu, gdzie nie ma ani zasięgu sieci komórkowej, ani jakichkolwiek służb ratowniczych. Co, oczywiście, było grubą przesadą; po prostu zaczęłam się nad sobą rozczulać. Ale piszę to szczerze, żebyście wiedzieli, że samotna podróż to nie jest pasmo radosnych przygód. Doskonale opisał to mój ulubiony Kerouac: "Rzecz jasna podróżowanie po świecie nie jest tak wspaniałe, jak się wydaje; dopiero po powrocie z tego całego upału i horroru zapominasz o tym, co cię wkurzało, a przypominasz sobie te wszystkie niesamowite sceny, które widziałeś".
Obudziłam się zdrowa i w doskonałej formie, lecz i tak poprosiłam przewodnika o krótszy trekking. W jednej ze wsi mijanych po drodze mieszkańcy zaprosili mnie na posiłek. Gdyby nie misjonarze i cywilizacja, która dość brutalnie wkroczyła na wyspę, lokalne plemiona trwałyby jeszcze pewnie w epoce kamienia łupanego. Wciąż używają kamiennych narzędzi, ale nie znaliby garnków, nie gotowali płynów na ogniu. Gotuje się tam bowiem za pomocą gorących kamieni układanych w dole wykopanym w ziemi. Posiłek przygotowuje wspólnie cała społeczność. Najpierw w dole (o średnicy jakichś dwóch metrów) ląduje warstwa liści, na nią kładą warzywa, głównie bulwy słodkich ziemniaków, na to następną warstwę liści i gorących kamieni, na których z kolei układane jest mięso (je się tam głównie kurczaki, czasami świnie - przy okazjach świątecznych), całość "pakowana" jest w liście i obkładana kolejną warstwą rozżarzonych kamieni.
Ja dodatkowo upiekłam sobie jako przystawkę dwa pająki złapane po drodze. Pająki, średniej wielkości (kilku centymetrów), których jest tam pełno, stanowią cenne źródło białka, a i smakują nieźle (tj. neutralnie, nie wywoływały mojego obrzydzenia). Wioska, w której się zatrzymałam, była dość duża, kilkanaście tradycyjnych domów oraz kościół protestancki. Nikt nie chodził w kotekach, mężczyźni pomagali w gotowaniu.
To pewien ewenement. Papuasi kobiety traktują przedmiotowo. Mają wiele żon, jeśli tylko ich na to stać (żonę kupuje się za jednego prosiaka) i to one pracują w wioskach; uprawiają ziemię, co w górzystym, suchym klimacie jest bardzo ciężkim wysiłkiem fizycznym; zajmują się dziećmi, sprzątają, gotują. Mężczyźni nie robią nic. Kiedyś jeszcze polowali, ale dziś, kiedy zwierzyna łowna jest przetrzebiona, a zjadanie ludzi surowo karane, całymi dniami siedzą i palą tytoń. Wszyscy mężczyźni śpią w jednej chacie, kobiety z dziećmi nocują w osobnych domach. Mężczyzna odwiedza dom kobiety tylko wtedy, kiedy ma ochotę na seks. Jeśli ma wiele żon, wybiera sobie ten dom, który danego dnia (a raczej danej nocy) ma chęć odwiedzić. "Seksistowskie trutnie" - skomentowałabym, ale w końcu to nie ich wina, innej drogi nie znają; taki etap ewolucji i rozwoju społeczeństwa. Swoją drogą, czasami wydaje mi się, że w wielu polskich rodzinach - co do zasady - panują podobne zwyczaje, choć nikt nie chodzi w kotekach.
Po powrocie do hotelu w Wamenie spotkałam sympatycznych turystów - paczkę przyjaciół z Tajlandii i Niemiec, pracujących w Dżakarcie. Zaprosili mnie na kolację, a następnego dnia zwiedzaliśmy okolicę wspólnie. Postanowiliśmy również znaleźć jakiś bimber, aby uczcić Nowy Rok. Nie udało się. Nawet spod lady, nawet na szemranych straganach, nigdzie nie można było kupić alkoholu. Zaopatrzyliśmy się w bezalkoholowy napój Bintang zero (Bintang to azjatycka marka piwa; przynajmniej nazwa korespondowała z naszym planem) i oglądaliśmy fajerwerki, popijając zdecydowanie zbyt słodki napój. Kolejnego dnia chciałam wracać do Sentani.
Papuas w tradycyjnym stroju - koronie z piór oraz kotece
Przygotowanie posiłku w papuaskiej wiosce
Wamena mnie nie oszołomiła, trekking wykończył, widoki - choć ładne - nie zapierały tchu w piersi, a lokalni mieszkańcy, choć mili, zaczynali być mocno uciążliwi. Wszyscy mnie z zaciekawieniem dotykali, kobiety ciągnęły za włosy, mężczyźni szczypali po tyłku, ramionach i biodrach. Wszyscy się uśmiechali. Rozumiem zainteresowanie dziwolągiem o białej skórze i prostych włosach oraz sylwetce odbiegającej nieco od papuaskich, jednak biorąc pod uwagę kanibalistyczną historię regionu, człowiek czuje się dość nieswojo, będąc cały czas obmacywanym jak jakaś sztuka mięsa na targu.
Poza tym ja po prostu nie lubię być dotykana przez obcych. Znoszę to podczas podróży, bo wiem, że w innych kulturach i zwyczaje są inne, a że trafiam na osoby, które rzadko, a może i nigdy nie widziały człowieka mojej rasy, trzeba to znieść z godnością, jednak towarzyszy temu każdorazowo dyskomfort. A kiedy w jednej z mijanych na trasie wiosek otoczyli mnie nadzy panowie w kotekach i zaczęli podszczypywać, to naprawdę nie wiedziałam, czego chcą i czy to jest życzliwe zaciekawienie obcym, czy zainteresowanie o podłożu seksualnym, czy też kulinarnym, że się tak wyrażę.
***
Tymczasem okazało się, że z Wameny nie tak łatwo było się wydostać. Lotnisko zamknięto z dnia na dzień, bez żadnych wyjaśnień. Turyści, którzy mieli bilety kupione przez biura podróży, mieli lecieć od razu po otwarciu lotniska, inni pasażerowie - kiedy będzie miejsce. A ja nie miałam nawet wcześniej kupionego biletu. Poszłam na lotnisko kolejnego dnia z myślą, że jakoś to będzie. Już wcześniej słyszałam, że w Wamenie funkcjonuje czarny rynek biletów. Na lotnisku ani w pobliskim komisariacie nie udało mi się nic załatwić, dowiedziałam się za to, że loty powinny być po południu wznowione i powinnam czekać przy kasie biletowej. Kasa... Budka z okienkiem, w której nikogo nie było. Przed budką koczowało kilkadziesiąt osób. Próbowałam zorientować się, jak wygląda kolejka, kto jest ostatni, ale nikt mnie nie rozumiał. Zaobserwowałam, że ludzie podchodzili do okienka, coś do niego wkładali przez wąską szparę i odchodzili. Podeszłam bliżej. Oni wrzucali tam swoje dowody osobiste (dokumenty tożsamości) - to właśnie była kolejka. Kiedy wreszcie w okienku pojawił się sprzedawca, kolejność podchodzenia wyznaczały kolejne dokumenty, które brał do ręki. Stałam zrezygnowana. Nie będę przecież wrzucać paszportu przez jakąś szparę do rozklekotanej budy na tym nibylotnisku! Zapaliłam, zastanawiając się, co dalej.
- Masz bilet? - zapytał chłopak, może w moim wieku.
- Nie mam - odpowiedziałam. - Czy wiesz może, gdzie mogłabym kupić?
- Coś wymyślimy. - Mrugnął porozumiewawczo. - Chodź za mną.
Byłam przekonana, że udało mi się znaleźć "konika", który sprzeda mi bilet, pewnie za podwójną cenę, ale wydostanę się z Wameny. Nie był "konikiem", zaprowadził mnie do jednego z nich, okazało się jednak, że biletów na najbliższe loty nie ma - nawet na czarnym rynku.
- No trudno, zostanę w Wamenie - uśmiechnęłam się kwaśno. Poczęstowałam go papierosem, w luźnej wymianie zdań, wspomniałam, że piszę. Wyraźnie się zainteresował. Usiedliśmy nieopodal lotniska i zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że nowy znajomy - pochodzący z relatywnie dobrze sytuowanej rodziny, po studiach na jednym z indonezyjskich uniwersytetów - był zaangażowany w działalność Organizacji Wyzwolenia Papui (Organisasi Papua Merdeka, w skrócie OPM). I tak, dowiedziałam się, niejako z "pierwszej ręki", jak wygląda walka o niepodległość prowincji.
Dla Indonezji Papua Zachodnia jest istną żyłą złota, i to dosłownie, bo znajdują się tu bogate złoża tego kruszcu. Tendencje niepodległościowe są brutalnie tłumione. Do prowincji sprowadzani są emigranci z Sumatry, Jawy i Sulawesi, którzy przejmują właściwie wszystkie prace. Papuasi tymczasem są pozbawieni możliwości zarobkowania. Rzeczywiście, czy to w hotelach, czy sklepach, czy na policji, czy jako obsługa lotniska - wszędzie widać było Azjatów, nie Papuasów.
- Rząd prowadzi celową politykę dyskryminacji, pozbawiając Papuasów środków do życia, jednocześnie kradnąc ich ziemię - mówił ściszonym głosem. - Propaganda przedstawia Papuę jako dziki, niebezpieczny kraj, a jej mieszkańców jako zdolnych do wszystkiego, krwiożerczych wręcz, przestępców. Dlatego nie ma tu turystów - wyjaśniał. Korespondowało to z moimi obserwacjami z drogi na Papuę.
- Nie ma wolności słowa. Dziennikarzy tu nie wpuszczają. Jak już komuś dadzą pozwolenie, to policja go nie odstępuje na krok. Wszędzie pełno tajnych informatorów i współpracowników - mówił. Sytuacja plemion papuaskich przypomniała mi Borneo. Brutalne wejście tzw. cywilizacji do świata, który jest na innym etapie rozwoju. Indonezja, wraz z mainstreamowym islamem, występowała też brutalnie przeciwko miejscowym zwyczajom i strojom, w tym kotekom.
- To walka z kamieniami i strzałami przeciw karabinom - wyjaśniał, kiedy pytałam o ataki przypisywane OPM. - Nie mamy wyboru. Ale nie mamy też możliwości, żeby skutecznie walczyć z siłami rządowymi.
To tłumaczenie mnie naturalnie nie przekonuje. Nie ma usprawiedliwionego terroryzmu. Chociaż na Papui doprawdy nie wiadomo, co jest prowokacją indonezyjską, co działaniem zwykłych przestępców, a co atakiem bojowników (celowo używam tego określenia) na cele rządowe.
Opowiedział mi o Theysie Eluayu, przywódcy pokojowego ruchu narodowowyzwoleńczego Papui, który w 2001 roku został zamordowany przez milicję indonezyjską. Jego zabójcy dostali śmiesznie niskie wyroki.
- Idź na jego grób w Sentani. Sama zobaczysz. Tobie nic nie zrobią, możesz się tam wybrać - mówił.
Rząd indonezyjski wprowadził surowe kary za odtwarzanie i śpiewanie hymnu Wolnej Papui, do więzienia trafia się także za samo pokazywanie flagi zwanej "Poranną Gwiazdą" (Morning Star) - jest to przestępstwo zdrady narodowej. Każdy, kto odwiedza grób Eluaya, jest automatycznie podejrzewany o sympatyzowanie z "terrorystami".
Nowy znajomy opowiadał także o referendum "niepodległościowym" zorganizowanym w 1969 roku. Prowincja miała pozostać w indonezyjskiej administracji do czasu uzgodnionego z ONZ referendum, w którym Papuasi mieli zdecydować, czy chcą pozostać częścią Indonezji, czy też utworzyć niepodległe państwo. Rząd indonezyjski doprawdy przeszedł sam siebie. Najpierw starannie wyselekcjonowano tysiąc osób jako jedynych uprawnionych do głosowania reprezentantów Papuasów, a następnie przemocą fizyczną i zastraszaniem zmuszono ich do "prawidłowego" głosowania. Jednogłośnie opowiedzieli się za przyłączeniem do Indonezji.
Z działaczem OPM rozmawiałam dobre dwie godziny, na zakończenie powiedział:
- Ja mam miejsce na ten samolot. Oddam Ci je. Mogę polecieć później. - Poszedł ze mną na lotnisko, zapłaciłam podaną, zwykłą cenę i dostałam bilet - pusty kartonik, na którym było jedynie napisane flamastrem "Mr. Karolina", ale to wystarczyło, żeby dostać się na pokład najbliższego samolotu.
W Sentani pierwsze kroki skierowałam na grób Theysa Eluaya. Na starym boisku piłkarskim, pod betonowym daszkiem, stoi jego grób. Pęknięty (pewnie celowo uszkodzony) drewniany krzyż zdobi zniszczony nagrobek pomalowany olejną farbą we wzór flagi Morning Star. Przejmujący widok i obrazowy symbol braku wolności na Papui.
Nigdy nie zrozumiem, czemu interesy ekonomiczne przekładają się na taką znieczulicę na forum międzynarodowym. Dlaczego narodom odmawia się prawa do samostanowienia. Czy naprawdę potrzeba terroryzmu, aby zwrócić uwagę światowej opinii publicznej na problem danej grupy etnicznej? Nawet jeśli by tak było, Papuasi raczej nie mają na to szans. Nikt się nimi nie interesuje, nie mają żadnych bogatych sponsorów, jak to ma miejsce w przypadku chociażby grup islamistycznych w innych rejonach świata (vide: Hamas), nie mają broni, technologii, wiedzy, nie piszą o nich zachodnie media. Nie istnieją w świadomości świata. I dlatego ich walka skazana jest na przegraną. To dramatyczny bój jedynie (a może aż) o własną godność. I pewnie wkrótce zostaną wyniszczeni - prowadzoną z premedytacją polityką rządu indonezyjskiego, wspieranego przez korporacje wydobywcze. Przy milczącej obojętności reszty świata.
Kota Biak
W Sentani spędziłam dwa dni, włócząc się po malowniczej okolicy. Miejscowość leży nad jeziorem, otoczona wzgórzami. W przewodniku wyczytałam, że niedaleko położony jest park, w którym obejrzeć można powstałe w neolicie zdobienia skał i kamieni przedstawiające między innymi ryby i żółwie. Zardzewiała i zamknięta brama nie zachęcała do wejścia. Nie było żadnej obsługi, przewodników. Bramę udało mi się otworzyć z pomocą kierowcy motorynki, który mnie tam przywiózł - przeżarty rdzą łańcuch po prostu puścił przy mocnym szarpnięciu. Rysunki naskalne ciężko było dostrzec wśród wysokiej, pożółkłej od palącego słońca trawy porastającej zapuszczony teren. W parku nie było poza mną nikogo.
Zastanawiałam się, gdzie jechać dalej. Chciałam dostać się do Papui Nowej-Gwinei (państwa we wschodniej części wyspy), jednak procedura wizowa zabrałaby blisko tydzień. Nie miałam tyle czasu. Po krótkim namyśle kupiłam bilet do Kota Biak, miasta położonego na wysepce Biak, leżącej już na Pacyfiku, blisko północnego wybrzeża Papui. Wyspa była świadkiem dramatycznych wydarzeń historycznych - strategicznych bitew w czasie II wojny światowej, a także krwawego stłumienia przez indonezyjską milicję próby powstania zorganizowanego przez OPM i rozpoczętego od zajęcia wieży ciśnień w 1998 roku. Demonstrantów pojmano i zamordowano, a ciała trafiały do oceanu - fale jeszcze długo wyrzucały zwłoki na brzeg. Nie ma przesady w stwierdzeniu, że tubylcza ludność nienawidzi rządu. W samym mieście zresztą Papuasów nie widziałam wielu, dopiero kiedy wybrałam się w głąb wyspy, trafiłam do rdzennych mieszkańców tych terenów.
Będąc tam, starałam się dowiedzieć jak najwięcej o historii II wojny światowej na Pacyfiku, odwiedziłam pomnik ofiar II wojny, muzeum poświęcone historii Bitwy o Biak, system jaskiń, w których ukrywali się japońscy żołnierze. Właśnie ze względu na historyczne wydarzenia wyspę po wojnie często odwiedzali amerykańscy weterani; turystyka kwitła. Z Los Angeles podobno były bezpośrednie loty na Biak.
- Ale oni są już albo za starzy, albo nie żyją. Teraz nikt nie odwiedza Biak - mówiła właścicielka małego pensjonatu, w którym się zatrzymałam (a właściwie domu, w którym wynajmowała dwa pokoje).
Hotele zamknęły podwoje, budynki niszczeją. Ja wzbudzałam ogromne zainteresowanie. Jeśli tylko ktoś miał telefon komórkowy, robił mi zdjęcie, zapraszano mnie co chwilę na jedzenie, oferowano napoje, każdy chciał ze mną porozmawiać. Większość mieszkańców posługiwała się prostą, ale jednak, angielszczyzną. To pewnie zostało z turystycznego boomu.
Grób Theysa Eluaya w Sentani
Malownicza wyspa archipelagu Padaido
Jako że wokół Biak położony jest archipelag koralowych wysp Padaido, postanowiłam skorzystać z uroków przyrody, wynajęłam łódź i popłynęłam na spotkanie z bezludnymi wyspami. Rajskie widoki, niebiańskie plaże, kryształowo-błękitna woda ze srebrną poświatą skrzącą się w promieniach, wszystkie odcienie zieleni bujnej roślinności na wysepkach. Pływanie i relaks. Chyba tego potrzebowałam na zakończenie podróży po Papui. Podczas kilkudniowego pobytu na Biak nie spotkałam żadnego białego. Czułam się tam dobrze, przyjaźni ludzie - tak autochtoni, jak i napływowi - dobre jedzenie (znakomite ryby), spokojna chwila na pisanie. Mogłabym się zaszyć w takim miejscu na dłużej, ale moja podróż dobiegała końca. Powrotny lot do Warszawy miałam z Sajgonu. Przedostanie się z Biak do Makasar, z Makasar do Dżakarty, z Dżakarty do Singapuru i z Singapuru do Sajgonu zajęło mi w sumie dwa dni. Kiedy dotarłam do Wietnamu, poczułam się, jakbym wróciła do cywilizacji. Śmiać mi się chciało, kiedy przypominałam sobie, jak będąc kilka lat wcześniej po raz pierwszy w Wietnamie, postrzegałam kraj jako pełny osobliwości. Po wyprawie na Papuę trzeba będzie czegoś naprawdę wyjątkowego, żeby mnie zaskoczyć.
Nie wolno było wymawiać jej imienia. The Lady. W dniu mojego przyjazdu do Rangunu junta zwolniła ją z aresztu domowego. Był to historyczny moment, który de facto zapoczątkował obecną drogę Birmy do przemian. Dziś jej partia jest już w parlamencie, Polska dzieli się z tym krajem doświadczeniami z transformacji ustrojowej. Tamtego dnia nikt nie wiedział, co z tego wyniknie. I nigdy bym nie przypuszczała, że parę lat później będę miała okazję posłuchać jej wykładu o roli edukacji w budowaniu demokracji i społeczeństwa obywatelskiego wygłoszonego na Uniwersytecie Warszawskim.
Rangun
Przyleciałam do stolicy Birmy i poszłam do hotelu. Tam okazało się, że mam poważny problem - pieniądze, które miałam ze sobą, nie nadawały się do wymiany. Nie wiedzieć czemu przyjmowano tam jedynie nowiusieńkie banknoty dolarowe. Te, które miałam ze sobą, były OK, nie były zniszczone, ale tu i ówdzie zagięte. To je dyskwalifikowało. Cudem udało mi się wymienić dwadzieścia dolarów. W Birmie nie ma bankomatów, najbliższy był w sąsiedniej Tajlandii. Jednak jeśli wyjechałabym do Tajlandii, nie mogłabym już wrócić do Birmy, bo miałam wizę pozwalającą na jednokrotne przekroczenie granicy.
Poszłam spać. Lady była jeszcze w areszcie domowym. Obudziłam się. Lady uwolniono. Było już późno. Nie pojechałam pod jej dom, poszłam na krótki spacer, zobaczyć reakcje ludzi na ulicy w centrum. Ulice były puste.
Usiadłam przed hotelem z piwem. Przy stoliku obok siedziało dwóch gentlemanów. Na oko nieco starszych ode mnie, ubranych backpackersko, popijających piwo. Po chwili zorientowałam się, że rozmawiają po polsku. Dobry wieczór! Tegoż wieczoru opróżniliśmy barową lodówkę, gadając do późna. Panowie okazali się przesympatyczni, obdarzeni nie tylko inteligencją, ale i ciętym dowcipem, co niezwykle sobie cenię. Przyjaźnili się od studiów, zwiedzili kawał świata i opowiadali mnóstwo ciekawych anegdotek z podróży. I jak miało się później okazać, nie było to nasze ostatnie spotkanie.
Kolejnego dnia postanowiłam pojechać pod jej dom. Nie miałam pieniędzy. A konkretnie: miałam niewiele kiatów i dolary, średnio "wymienialne". Postanowiłam podjąć kolejną próbę wymiany ich na lokalną walutę. Złapałam taksówkę i wyruszyłam, przypuszczając, że dom może być otoczony przez policję, a biała twarz będzie się wyróżniać. Sprawdziłam w przewodniku restaurację nieopodal (ze dwa kilometry) i poprosiłam kierowcę, żeby mnie tam zawiózł. I zawiózł, tyle że nie było tam żadnej knajpy. Wysiadłam na obrzeżach miasta. Przy wąskiej ulicy stały niskie, biednie wyglądające domki. Ruszyłam w drogę. Spostrzegłam szyld, z którego wywnioskowałam, że w jednym z większych baraków mieści się restauracja. Weszłam tam. Było pusto. Spytałam, czy mogę wymienić tu pieniądze lub zapłacić dolarami. Nie było takiej możliwości. Za ostatnie kiaty kupiłam sobie puszkę coli, uznając, że dostarczy mi ona kalorii i ugasi pragnienie. Szłam dalej. Po około dwudziestu minutach doszłam do jeziora, przy którym stoi dom Lady.
Niesamowite, że szłam praktycznie pustymi ulicami (szerokimi arteriami); gdzieniegdzie widziałam patrole wojska i policji, ale spodziewałam się tłumów, demonstracji, a tymczasem było pusto i niepokojąco cicho. Po krótkim spacerze po okolicach, pod czujnym okiem wojskowych, postanowiłam usiąść nad jeziorem. Podszedł do mnie staruszek, pochylił się nade mną i pokazał jeden z domów. Nic nie powiedział. Wiedziałam, że to był jej dom. Później widziałam również młodzież. Też ze mną nie rozmawiali, ale z ukrycia pokazali mi jej zdjęcie, uśmiechając się przy tym szeroko i pokazując gest "OK". Miałam takie wrażenie, że nikt o niej nie mówi, ale że ona jest wszędzie. Z magnetofonów w małych przydrożnych knajpkach i sklepikach rozlegały się dźwięki piosenki Boba Marleya Get Up, Stand Up. Nie sądzę, aby był to przypadkowy wybór. Słyszałam ten utwór w Birmie wiele razy. No, chyba że mieszkają tam sami fani jamajskiego muzyka...
Z obrzeży Rangunu próbowałam dostać się do miasta. Nie było to proste, wziąwszy pod uwagę, że nie miałam pieniędzy. Wreszcie udało mi się złapać autostop. Podziękowałam, a wysiadając, chciałam panu zostawić dolara, ale przestraszył się i nie wziął banknotu. Później ktoś mi powiedział, że nielegalne posiadanie waluty jest surowo karane.
W dalszej części podróży, kiedy szłam w nocy ulicami miasta Mandalay, widziałam policję zatrzymującą się przy każdym domu po kolei i coś spisującą. Podejrzewam, że byłam świadkiem kontroli po zapadnięciu godziny policyjnej. Coś mi się wydaje, że zamordyzm w tym kraju był (jest?) o wiele większy, niż nam się tu wszystkim w Europie wydaje. W dzień policji na ulicach nie było. Przynajmniej w mundurach. Były za to megafony, z których puszczano bardzo głośno różne "patriotyczne" hasła (tak przynajmniej przypuszczam).
W drodze do hotelu spotkałam moich nowych znajomych, z którymi wybrałam się na kolację. Udało mi się też wymienić nieco pieniędzy, a część wymienili mi nowi koledzy, którzy przezornie zabrali więcej gotówki.
Już wtedy zorientowaliśmy się, że kuchnia birmańska nie należy do najlepszych, ale prawdziwy horror kulinarny miał dopiero nastąpić. Opowiedziałam kolegom, że następnego dnia planuję wyjechać w kierunku Bagan. Najwyraźniej ich zainspirowałam. Spotkaliśmy się kolejnego dnia na lotnisku. I tak zaczęła się nasza już wspólna podróż po Birmie.
Bagan
Bagan porównywane bywa do kambodżańskiego Angkoru - to kompleks małych stup, stożkowatych świątyń z XI-XIII wieku, rozrzuconych na obszarze wielu kilometrów. Są ich tysiące. Od razu po przylocie udaliśmy się na zwiedzanie. Skorzystaliśmy z konnej taksówki (rodzaj bryczki).
- Kurczę, ten koń ma na imię Oskar, ten gość tak na niego mówi - zauważył jeden z kolegów.
Chwilę później znowu usłyszeliśmy wołanie "Oskar!" dobiegające od innego kierowcy bryczki. - Hm... To jakieś tradycyjne końskie imię? - zafrapowałam się. - Zaraz. Nie "Oskar", a horse car!
No tak, "koński samochód". Ciężko zrozumieć Birmańczyków mówiących po angielsku, mają niezwykle silny akcent.
Dotarliśmy naszym powozem do świątyń. Widok w istocie niesamowity. Jak okiem sięgnąć, z płaskiego, porośniętego gdzieniegdzie drzewami krajobrazu wyłaniają się stożkowate formy. Całość traci urok, kiedy ogląda się je z bliska. Są często "odrestaurowane" w stylu, który w Birmie spotykałam często - mianowicie zapaćkane jakąś brunatną mazią, a wokół posągów Buddy umieszczone są kolorowe - wręcz odpustowo wyglądające - lampki. Innym elementem używanym, mam wrażenie, do wszystkiego, jest tam... blacha falista. Na przykład zabytkowa drewniana (!) świątynia w ramach "renowacji" obita jest blachą falistą.
Świątynie chciałam jednak zobaczyć również o wschodzie słońca.
- No nie. Będziemy wstawać tak rano? Daruj! - oponowali moi towarzysze podróży.
- Chłopaki, to trzeba zobaczyć, wszędzie piszą, że widok o wschodzie słońca jest niesamowity. Być w Bagan i nie widzieć świątyń o wschodzie słońca?
Przekonałam ich. Ale niestety - tego dnia byłam tak zmęczona (w sumie od przylotu cały czas coś się działo, spałam w ostatnich dniach łącznie kilka godzin), że... zaspałam. Podobno koledzy dobijali się koło 5.00 rano do drzwi, ale spałam snem sprawiedliwego i nic nie było mnie w stanie obudzić. Owszem, może mieć to również związek z faktem wypicia przeze mnie poprzedniego dnia kilku piw i szklanki koniaku, o połowie flaszeczki Baileysa nie wspominając... No cóż. "Zdarza się", jak mawia jeden z moich warszawskich przyjaciół.
Koledzy wrócili z porannej wycieczki po siódmej.
- To co robimy, może się stąd ruszymy?
- Ale dokąd? Do Mandalay?
- Czemu nie.
W naszym hoteliku powiedziano nam, że samolot do Mandalay odlatuje o 8.00, ale jest opóźniony i zdążymy. Była 7.20.
- Szybka decyzja.
- Jedziemy!
Nigdy w życiu tak błyskawicznie nie spakowałam plecaka. Na lotnisku byliśmy parę minut przed ósmą. A samolot... już dawno odleciał, przed czasem. Dziwna ta Birma.
Wyszliśmy z plecakami z lotniska. Od razu podbiegło do nas kilkunastu kierowców, proponując transport do miasta.
- Dokąd chcecie jechać?
- Do Mandalay.
- Dokąd?!
Transport autem kosztował nas więcej niż trzy bilety lotnicze razem wzięte. Uważaliśmy to za prawdziwą grandę. Później przekonaliśmy się, dlaczego tak jest - bo coś takiego jak "droga do Mandalay" nie istnieje. Trzeba było wcześniej przeczytać poemat Kiplinga.
On the road to Mandalay
Where the flyin' fishes play
Może wtedy zorientowałabym się, że droga, o której pisał, to droga łodzią, po rzece. A nie lądem. Można było też wcześniej przeczytać jakiś przewodnik. Ale przewodniki są przecież dla mięczaków...
Drogi - w tradycyjnym rozumieniu tego słowa - tam nie było. Jechaliśmy rozklekotanym samochodem przez wsie, wyschniętym korytem rzeki oraz przez pola. Wiele godzin. Siedem, może osiem. Podróż była męcząca, ale ciekawa, inaczej nigdy nie zobaczylibyśmy prawdziwej birmańskiej wsi. Tak wyglądała nasza droga do Mandalay.
Mandalay
Na miejscu poszliśmy na piwo. Zamówiliśmy je, a po chwili kelner przyniósł nam... zupę (tj. przegotowaną wodę z kawałkami cebuli). Próbowaliśmy tłumaczyć, że chcieliśmy piwo, aż zorientowaliśmy się, że zupę podaje się tam DO piwa. Jak u nas orzeszki czy inne przekąski.
Podczas jednego z wypadów za miasto postanowiliśmy w lokalnej knajpce spróbować "zestawu birmańskiego". Właściciel lokalu łamaną angielszczyzną objaśnił, że w skład zestawu wchodzą różne tradycyjne przysmaki. Na tym iście zaczarowanym stoliczku, który po chwili się nakrył, stały przed nami mniejsze i większe miseczki wypełnione różnymi dziwnymi wynalazkami, wśród nich na szczególną uwagę zasługiwały: tajemnicze mięso w oleju, kurza łapka w oleju, skóra (kury zapewne) w oleju oraz kiszonki. Ten przepalony olej, w którym wszystko pływało, wyglądał na tłuszcz, na którym smażono od dobrych kilku dni - był gęsty, brunatny i śmierdział. Kiszonki smakowały tak, jakby zostały ukiszone, następnie wystawione na słońce, potem po paru dniach na przykład zakopane w ziemi, po czym odkopane, poddane jeszcze trochę fermentacji i wreszcie zaserwowane na stół. Było to niewyobrażalnie niesmaczne.
Był też deser, wyglądał niewinnie, jak kostki maggi. "Cukierki" - pomyślałam. To był błąd, owe brązowe kostki smakowały jak ziemia zmieszana z jakąś niezidentyfikowaną przyprawą. Do dziś "birmański bufet" jest dla mnie synonimem czegoś niejadalnego (chociaż, jak już wiecie, wybredna kulinarnie specjalnie nie jestem). Zupa "cebulowa", serwowana do piwa, wydawała się odległym wspomnieniem kulinarnego raju.
Podróżując po Azji, zawsze mam ze sobą netbooka i spokojne chwile wykorzystuję na pisanie. W Birmie też miałam komputer, niestety prąd wyłączano tam po 21.00. Z Internetem też nie było łatwo, aczkolwiek w różnych miejscach trafialiśmy do kawiarenek internetowych.
- Dzień dobry. Chcielibyśmy skorzystać z Internetu - przywitaliśmy się w jednej z nich.
- Ale z czego?
- No, z Internetu.
- Ale z czego? Yahoo, Gmail, Hotmail?
- E... Yahoo.
- A to nie ma. Był wczoraj. Dziś mamy Hotmail.
W innej było jeszcze ciekawiej.
- Dzień dobry. Chcielibyśmy skorzystać z Internetu.
- Awaria.
- Aha, to poczekamy.
- To znowu my, czy jest już może Internet? - Spróbowaliśmy po piętnastu minutach.
- Nie
Wróciliśmy tam po kolacji.
- A może teraz można by skorzystać z Internetu?
- Jeszcze nie.
Papieros, piwo - tymczasem mijają jakieś trzy godziny.
- Jest już?
- Nie.
- Hm. A kiedy ostatnio był Internet?
- W zeszłą sobotę.
Niestety, bieżącą wodę też wyłączali wieczorem. Oczywiście, gdybyśmy mieszkali w dobrych (drogich, nabijających kabzę juncie) hotelach, to byśmy takich problemów nie mieli. Spotykaliśmy czasami na szlaku, na przykład na lotniskach, wycieczki emerytów z wielgachnymi plastikowymi walizkami, skaczącymi wokół nich przewodnikami... No ale to nie mój styl. Na szczęście nie był to też styl moich kolegów.
Muszę przyznać, nieraz widziałam, że czasami mieli mnie dość (a to zgubiłam klucze, a to pieniądze, a to sama się zgubiłam), ale jednak znosili to dzielnie. Kiedy się zgubiłam (a właściwie niefrasobliwie pomyliłam miejsce spotkania), jeden z nich mnie opierniczył z góry na dół. Zdenerwował się, bo myślał, że coś mi się stało. Traktowali mnie jak młodszą siostrę, na którą trzeba uważać, bo może się wpakować w tarapaty. Ta nienachalna, ale wyczuwalna opiekuńczość była niezwykle sympatyczna i czułam się znakomicie w ich towarzystwie. Nigdy się też tyle nie śmiałam, co podczas tego wyjazdu. Do łez rozbawiały nas różne surrealistyczne sceny, które obserwowaliśmy i komentowaliśmy, mając wrażenie, że jesteśmy w środku Misia, a może w którymś z odcinków Cyrku Monty Pythona. Samodzielna podróż po Birmie nie byłaby tak fajna.
A propos Misia - kiedy wyjeżdżałam z Rangunu, na lotnisku próbowałam nadać swój bagaż do Warszawy. Pani stropiła się i oświadczyła, że nie ma takiego miasta.
- Ależ jest, to w Polsce, kod lotniska WAW.
- Aha, no dobrze, ale i tak się zepsuło urządzenie, więc niech pani sobie idzie, a ktoś z obsługi doniesie kwitek bagażowy przed startem samolotu.
I rzeczywiście, doniesiono mi kwitek bagażowy. Mój bagaż nadano do... Wahpeton w Północnej Dakocie. Dopiero dzięki sprawnej pomocy obsługi lotniska w Bangkoku udało się wyjaśnić sprawę i plecak wylądował wraz ze mną w Warszawie.
Oprócz problemów z prądem, wodą, Internetem i przejazdami w Birmie w oczy rzucała się duża liczba szczurów i robactwa. Niestety, zostałam dosyć mocno pogryziona przez robaki. Chyba pierwszy raz w życiu aż tak. Na plecach i tyłku miałam czerwony pas ugryzień, jedno obok drugiego, całość spuchła, tworząc mało estetyczną "oponkę" na wysokości nerek. Generalnie - obrzydliwość. Na szczęście koledzy mieli jakieś specyfiki na ugryzienia, które przynosiły ulgę. Co ja bym bez nich (kolegów, nie specyfików) zrobiła?
Byliśmy w buddyjskim klasztorze/szkole, gdzie zresztą staliśmy się świadkami - w moim odczuciu - mocno żenującego spektaklu dla turystów. Młodzi, półnadzy mnisi brali prysznic na świeżym powietrzu w otoczeniu licznych turystek. Było mi po prostu głupio tak gapić się na ludzi, którzy się kąpią. A paniom nie było głupio. Wręcz przeciwnie, reagowały entuzjastycznie, robiły im zdjęcia, komentowały. Przecież to mnisi, tudzież kandydaci na mnichów! Trochę szacunku!
Widzieliśmy i kapiące złotem świątynie, i prawdziwą biedę, pływające wioski, a właściwie pływające ogrody przy jeziorze Inle, i wspaniały most tekowy. Dziurawe chodniki, pod którymi płynęły ścieki, a z dziur wypełzały szczury i karaluchy giganty, i lotniska, na których rozkład lotów był napisany mazakiem na kartce przylepionej do ściany. Birma to była jedna wielka przygoda. Przygoda, której groziło, że z braku środków finansowych zakończy się po dwóch dniach, ale trwała dzięki kolejnym szczęśliwym zbiegom okoliczności.
Klucząc małymi uliczkami Waranasi wśród starych, wręcz rozpadających się budynków, czułam się jak w labiryncie, w którym dość często na drodze stawała krowa, skutecznie tarasując przejście. W uliczkach panowały egipskie ciemności, na ziemi siedzieli ludzie, ich twarze czasami oświetlały migotliwe płomienie świec. Zgubiłam się. Nagle w blasku świecy przy ulicznym straganie zobaczyłam... tatuaż, który wyglądał znajomo.
Charakterystyczny, barwny wzór zdobił całe ramię. Należało ono do mojego sąsiada z hotelu, Norwega. Był jedną z tych osób, dzięki którym Europejczycy w Waranasi cieszą się sławą amatorów marihuany. I właśnie gdy go zauważyłam, dokonywał transakcji. Odetchnęłam z ulgą. Bynajmniej nie z powodu narkotyku, ale dlatego, że ten człowiek doskonale znał Waranasi. Spędził tu wiele miesięcy.
- A ty co tu robisz? O tej porze? Sama?!
Było przed północą.
Trzeba przyznać, że nie gubię się często, ale jak już się zgubię, to spektakularnie - albo w środku lasu na samotnym trekkingu, albo w środku nocy w najstarszej części jednego z najstarszych miast świata. Z wdzięcznością przystałam na propozycję pomocy i odprowadzenia do hotelu. Po drodze mijaliśmy małe stoiska, sprzedawcy w większości spali, ale słysząc kroki, budzili się i proponowali zakup... tu zagadka. Czego zakup proponują mi najczęściej lokalni sprzedawcy? Narkotyków. Nie chciałam ich, ale pomyślałam, że spróbuję kupić piwo. Nie udało się, na pytanie o piwo reagowali nerwowo, czasem wręcz z oburzeniem, oferując w zamian na przykład kokainę.
Z Norwegiem wcześniej nie rozmawiałam, ale tatuaż zapamiętałam. Na szczęście. Facet okazał się fascynującym rozmówcą. Spędziliśmy wiele godzin, rozmawiając o Indiach, Nepalu i podróżach jako sposobie na życie. Podróżował od kilku lat. O Nepalu opowiadał z ogromną energią i zaangażowaniem. Widać było, że kochał ten kraj. Miał tam zaprzyjaźnioną rodzinę, a właściwie całą wioskę, w której się zatrzymywał. Opowiadał, jak pełni współczucia Nepalczycy postanowili go wyswatać z jedną z miejscowych piękności. Stan kawalerski w jego wieku był tam bowiem postrzegany jako życiowa porażka. Ciężko było im wytłumaczyć, że to nie koniec świata i że można być wolnym z wyboru. Nie mogli tego zrozumieć. A jak poznać, że przekroczyło się granicę i jest się już w Indiach? Po śmieciach. Po stronie indyjskiej piętrzą się hałdy śmieci, po stronie nepalskiej jest czysto.
Muszę przyznać, że Indie mnie rozczarowały. Właśnie tym wszechobecnym brudem i osobliwymi zwyczajami higienicznymi. Widok ludzi załatwiających bez skrępowania potrzeby fizjologiczne na ulicy (a nawet na peronie na dworcu) był dla mnie sporym szokiem. Zaczepki ze strony mężczyzn, pozwalających sobie zdecydowanie na zbyt wiele na widok kobiety wyglądającej po europejsku, również nie zwiększały komfortu podróży. Kombinowanie, żeby napić się piwa, którego praktycznie nigdzie nie sprzedawali; temperatury powyżej czterdziestu stopni; nocne pociągi, którymi przemierzałam drogę, a w których roiło się od robactwa - to wszystko tylko potęgowało moje głębokie zniesmaczenie. Jestem przyzwyczajona do spartańskich warunków, nie przeszkadzają mi, wręcz uważam je za obowiązkowy punkt każdej wyprawy, jednak Indie to był prawdziwy konglomerat negatywnych odczuć i obserwacji. I kiedy już pogodziłam się z faktem, że podczas podróży nie zobaczę nic, co wprawi mnie w prawdziwy zachwyt, dotarłam do Waranasi. I to był prawdziwy coup de foudre.
Waranasi
W upalny kwietniowy dzień wysiadłam z zatłoczonego pociągu w Waranasi. Prosto z dworca trafiłam do starej części miasta. Ponieważ ulice są tu zbyt wąskie dla pojazdów, ruszyłam z plecakiem piechotą na poszukiwania noclegu. A idąc nadbrzeżem Gangesu, zrozumiałam, że ja już znam Waranasi - z książki Wzdłuż równika, dziennika Marka Twaina z podróży dookoła świata. Pisarz był w Waranasi w drugiej połowie XIX wieku. Nazywano je wówczas Benares. "Benares jest starsze niż historia, starsze niż tradycja, starsze nawet od legend, a wygląda jeszcze starzej" - pisał Twain. Przechodząc obok olbrzymich stosów drewna sandałowego i rytualnych ogni pogrzebowych, widząc kąpiących się w Gangesie Hindusów, modlące się kobiety, zdałam sobie sprawę, że miasto niewiele się zmieniło od czasów, kiedy odwiedził je Twain. Świadomość, że oglądam to samo co on przeszło sto lat temu, sprawiła, że poczułam się, jakbym podróżowała nie tyle w przestrzeni, ile w czasie.
Jako że miałam Wzdłuż równika ze sobą, zaczęłam czytać fragmenty o Benares. I tak za przewodnik posłużył mi dziennik pisarza. Według hinduskich podań cytowanych przez Twaina tu właśnie miało miejsce stworzenie świata - przez boga Wisznu. Miejscowi z kolei opowiadali mi, że miasto założył bóg Sziwa. "Benares to Wezuwiusz religii" - pisał Twain i trudno się z nim nie zgodzić. Dziesiątki, a może setki świątyń, kapliczek i meczetów, tysiące pielgrzymów, a wśród nich najwięcej wyznawców hinduizmu, ale też liczni muzułmanie oraz buddyści. Nieopodal Waranasi, w miejscowości Sarnath, Budda wygłosił swoje pierwsze kazanie. Rytuały religijne wyglądały tajemniczo. Zaintrygowała mnie ceremonia puja (pudźa), podczas której ubrani w złote szaty młodzi Hindusi (być może tamtejsi mnisi) wykonywali rytualne tańce, by następnie dokonać obmycia wodą z Gangesu.
Waranasi to jedno z najstarszych wciąż zamieszkanych miast na świecie. Ma kilka tysięcy lat. Ile dokładnie? Nie wiadomo. Wiadomo, że w VI w. p.n.e. było stolicą Królestwa Kashi (wówczas miasto było znane właśnie pod nazwą Kashi). Dla Hindusów to miejsce święte. Być po śmierci skremowanym nad brzegiem Gangesu to wielka nobilitacja.
Benares jest plątaniną wąskich uliczek. W powietrzu unosi się przedziwna mieszanina woni egzotycznych przypraw, palonego drewna sandałowego oraz drażniących zapachów ulicy, odchodów zwierząt, ścieków i palonych zwłok. Mój hotel położony był tuż obok jednej z "płonących" ghat, czyli małych przystani, schodów prowadzących do rzeki, usytuowanych wzdłuż Gangesu. Palące się na brzegu cały dzień ogniska to obraz niezwykły. W tle widnieją kilkumetrowe stosy drewna, obok których stoją ogromne wagi, na których ważone jest drewno. Ludzie rozmawiają, negocjują ceny, rodziny odprowadzają zmarłych w ostatnią drogę. Panuje harmider. Na turystów Hindusi patrzą z niechęcią. Miałam chustę zakrywającą włosy i ramiona, starałam się nie rzucać w oczy i z dystansu obserwować sceny, które wyglądały jak z zamierzchłych czasów.
Ponieważ pochówek w tym miejscu jest bardzo kosztowny, Hindusi opracowali specjalne techniki efektywnego spalania, wykorzystując do tego dokładnie tyle drewna, ile trzeba, by zwęglić ciało. Jednak czasem rodziny nie stać nawet na tyle i zmarłego nie udaje się w całości skremować; wówczas do Gangesu trafia nie tylko popiół... Hindusi pilnujący ognisk długimi kijami przewracają ciała, by przyspieszyć proces palenia. Dla mnie to szokujące. Jednak jeszcze bardziej szokujący byli turyści próbujący "z ukrycia" robić zdjęcia rytualnym ogniom. Najwyraźniej bez głębszej refleksji, traktowali to jako ciekawostkę, nie okazując krzty szacunku dla tamtejszych obyczajów pochówku.
Mark Twain był w Benares już po zakazie ceremonii sati, wprowadzonym przez Brytyjczyków na początku XIX wieku, ale w swoich zapiskach wspominał o tym osobliwym zwyczaju. Sati to ceremonia samospalenia żony w trakcie kremacji męża. Według tego obyczaju żona powinna umrzeć wraz z mężem, wówczas jej dusza zostaje uwolniona, a ona sama staje się święta. Z moich rozmów z miejscowymi wynikało, że zwyczaj ten do dziś traktowany jest przez niektórych Hindusów z szacunkiem i wciąż bywa praktykowany (choć współcześnie za popieranie sati grożą surowe kary).
Gangesem płynie wszystko - nie tylko ścieki i chemikalia wpuszczane bezpośrednio do rzeki, ale także najróżniejsze inne zanieczyszczenia, w tym martwe zwierzęta oraz resztki ludzkich zwłok. Tymczasem Hindusi z całych Indii zjeżdżają do Benares w celu dokonania rytualnego obmycia w świętej wodzie rzeki. Co więcej, również niektórzy turyści się w niej kąpią. Ja nie dałam się do tego przekonać. Kiedy płynęłam łódką po Gangesie, mijałam a to martwą krowę, rozszarpywaną przez ptactwo, a to fragmenty zwęglonego ciała, a przy brzegu setki osób zażywających kąpieli, pijących wodę wprost z Gangesu, robiących pranie, tuż obok krów i innych zwierząt również kąpiących się i pijących z rzeki. Z pewnością jest to fenomen i chyba przykład triumfu ducha nad ciałem. Ci ludzie żyją. Mimo że pewnie chorują, to jednak kąpią się w chemiczno-organicznym ścieku, piją z niego wodę - i żyją. Twain również zwracał na to uwagę, przywołując pogłoski, iż woda z Gangesu zabija nawet zarazki cholery. "Indie to kraj, który ciężko zrozumieć" - pisał.
Nad brzegami Gangesu każda scena, choćby były to najbardziej prozaiczne czynności, wygląda dostojnie, plastycznie i mogłaby zostać z powodzeniem uwieczniona na zdjęciu lub obrazie. Nie spotkałam wcześniej takiego nasycenia barw - ozdobione budynki, płachty w intensywnych kolorach suszące się na słońcu. Róż, oranż, karmazyn, błękit, soczysta zieleń.
Któregoś wieczoru, siedząc na balkonie, obserwowałam nietoperze. W Waranasi jest ich mnóstwo, wyfruwają ze swych kryjówek o zmierzchu. Zaczęły krążyć na niebie nad Gangesem wokół dużego, czarnego latawca - jakby była to ich królowa, której oddawały cześć.
Nad brzegiem Gangesu w Waranasi
Na kolację poszłam do małej restauracji przy jednej z ghat. Zobaczyłam, że na ręku mężczyzny przy stoliku obok siedział spory robak. Zwróciłam na to uwagę i strąciłam robala z jego rękawa. Karaluch spadł na ziemię, a ja, nie myśląc wiele, z impetem go przydeptałam. Duży błąd.
- Musiałaś go zabić?! - spytał z takim wyrzutem i złością, jakbym popełniła ciężką zbrodnię.
- Przepraszam - odpowiedziałam zawstydzona.
Wszyscy patrzyli na mnie z oburzeniem, kiwali zniesmaczeni głowami, a właściciel natychmiast przyniósł mi rachunek, wyraźnie dając do zrozumienia, że nie jestem tam mile widziana. Cenna lekcja tolerancji i pokory. Twain pisał: "Hindusi to dziwny naród. Wydaje się, że dla nich każde życie jest święte, z wyjątkiem ludzkiego. Nawet życie robactwa jest święte i nie wolno go odbierać".
Khajuraho
Podczas podróży po Indiach postanowiłam wybrać się do Khajuraho. Chciałam zobaczyć tamtejszy słynny kompleks świątyń, które ozdobione są płaskorzeźbami przedstawiającymi sceny z Kamasutry.
Kiedy dojechałam na miejsce, okazało się, że najbliższy pociąg do Waranasi, do którego następnie zmierzałam, odjeżdża za... cztery dni. I tak utknęłam w Khajuraho, małej mieścinie, na zwiedzanie której spokojnie wystarczą dwa dni. Tym lepiej zatem, że go spotkałam. Pracował w hotelu, w którym się zatrzymałam. W Khajuraho po raz pierwszy od przyjazdu do Indii trafiłam do czystego, niedrogiego hotelu z miłą obsługą, z piwem, które bez problemu mi sprzedawano, oraz pysznym jedzeniem. Pogodziłam się zatem dość łatwo z myślą, że spędzę tu kilka dni.
Zaczęliśmy rozmawiać i okazało się, że miesiąc wcześniej odwiedził Warszawę, gdzie miał przyjaciół. Był sympatycznym, kulturalnym Hindusem, mówiącym znakomicie po angielsku. Jaka miła odmiana po tych wszystkich wulgarnych zaczepkach, których wysłuchiwałam od przyjazdu do Indii.
- Wiesz, że według badań sześćdziesiąt procent żonatych Hindusów nigdy nie widziało swojej żony nago? - spytał, kiedy narzekałam na zachowanie jego rodaków.
Przypuszczam, że zmyślał dane, żeby uwiarygodnić swoje opowieści, ale pewnie taka "pruderyjność" jest w Indiach dość powszechnym zjawiskiem. Ponadto zawarcie związku małżeńskiego utrudniają: system kastowy, kwestie finansowe i religijne, a i o seksie przed małżeństwem nie może być przecież mowy. Zatem, obiektywnie rzecz ujmując, nie powinno dziwić, że niektórzy są sfrustrowani. Stąd zapewne dość dziwne zachowania na widok podróżujących kobiet.
Ponieważ nowy kolega był naprawdę sympatyczny, dałam się zaprosić na wycieczkę po okolicy. W ten oto sposób od razu po przyjeździe trafiłam na jedno ze stanowisk archeologicznych, położone nieco poza miastem. Mój towarzysz opowiedział mi o tamtejszych bóstwach i o tym, jak ważny jest w tamtejszej religii kult płodności symbolizowany przez falliczne lingamy w świątyniach. Sam nie był hinduistą, a dźinistą. Dźinizm, jak się dowiedziałam, to religia nonteistyczna, wyznawców na świecie jest relatywnie niewielu, kilka milionów.
Ściany świątyń, które oglądaliśmy, były ozdobione płaskorzeźbami przedstawiającymi różne sceny, w tym pary uprawiające seks. Nie do końca było dla mnie jasne, dlaczego takie sceny były uwieczniane.
- W celach edukacyjnych - wyjaśnił mój nowy kolega. - Miały pokazać ludziom, jak mogą się kochać. Skąd inaczej mogliby to wiedzieć? - spytał retorycznie.
Muszę przyznać, że czerwieniłam się lekko, oglądając owe obrazy, chociaż do specjalnie pruderyjnych nie należę. Ale to, co widziałam pierwszego dnia, to nic w porównaniu ze zdobieniami na świątyniach w środku miasta, w tzw. zachodnim kompleksie świątynnym. Znalazłam się tam już o 6.00 rano. Przede wszystkim po to, żeby uciec przed upałem, który był nieznośny. Temperatury w południe przekraczały czterdzieści stopni.
Okazało się, że byłam pierwszą zwiedzającą, zupełnie sama. Zielono-różowe papużki latały mi nad głową, małpy bawiły się na dachach świątyń, a ja spokojnie spacerowałam, oglądając kolejne budowle. Wszystkie są do siebie architektonicznie podobne - strzeliste, ze stromymi schodami i portykiem z kolumnami. Zdobią je misternie wykonane płaskorzeźby przedstawiające bogów, tajemnicze stwory, smoki, sceny bitew, dzielnych wojowników, piękne kobiety o bujnych kształtach. Niektóre świątynie do dziś pełnią funkcje sakralne. Przypomniały mi się kambodżański Angkor i birmańskie Bagan. Uwielbiam zwiedzać stare świątynie. Chyba powinnam była zostać archeologiem.
Przy jednej ze świątyń miałam spotkanie z... grupą małp. Zaciekawione, zaczęły do mnie podchodzić, jedna, dwie, trzy; nagle zrobiło się ich naprawdę dużo. Rozejrzałam się nerwowo wokół i zobaczyłam na schodach świątyni długi drewniany kij. Chwyciłam go i zaczęłam stukać w kamienną podłogę. Poskutkowało. Taki sposób odstraszania małp zdradził mi właściciel pensjonatu w Agrze. Zwierzęta te, niestety, bywają agresywne, a poza tym po ugryzieniu czekałaby mnie szczepionka na wściekliznę, więc tym bardziej wolałam nie ryzykować.
Po ucieczce z Planety Małp kontynuowałam zwiedzanie. Płaskorzeźby przedstawiały sceny batalistyczne, sceny z życia codziennego oraz wspomniane już sceny erotyczne. A właściwie chyba pornograficzne. Można tam bowiem zobaczyć nie tylko pary, również trójkąty, czworokąty, sekwencje przedstawiające po kolei różne pozycje z Kamasutry. Czasami iście akrobatyczne, wydające się wręcz przeczyć prawom fizyki. Na przykład mężczyzna stoi na głowie, a na nim siedzi kobieta - jak tu złapać równowagę, przepraszam? Chyba tylko absolwenci szkół cyrkowych mogliby się na to porwać.
Niektóre płaskorzeźby rzeczywiście wyglądały jak instruktaż - kilka podobnych scen różniących się jedynie na przykład ułożeniem nóg. Były i pary w miłosnych objęciach, jedynie z delikatną nutką erotyki. Generalnie wnioskuję, że mieszkańcy tych terenów monogamistami nie byli, za to bardzo lubili eksperymentować, a kobiety musiały być dość wyzwolone. Jak się pomyśli, że te dzieła powstały w X-XI wieku... I to w kraju, w którym obecnie panuje taka pruderyjność. Po prostu - ze skrajności w skrajność. Przyznaję, zwiedzając świątynie, byłam nieco zszokowana tudzież lekko zażenowana.
W knajpce spotkałam zafascynowaną hinduską astrologią dziewczynę z Łotwy.
- Większość małżeństw jest tu aranżowana i jednym z kryteriów jest właśnie astrologiczna kompatybilność. To niezwykle istotne! Po tym można poznać, czy para do siebie pasuje i stworzy udany związek - powiedziała z takim przekonaniem, jakby opowiadała o jakichś naukowych faktach.
Wierzyła święcie w horoskopy i chciała poznać swoją przyszłość - po to przyjechała do Indii. Ja jestem w tym względzie raczej sceptyczna. Być może jednak rzeczywiście pewne cechy charakteru w jakiś sposób zależą od daty urodzenia. Podchodzę do tego z rezerwą, ale i tak uważam, że najfajniejszym znakiem zodiaku jest Wodnik. Nie sądzę jednak, żebym dalej chciała eksplorować zagadnienia astrologiczne. To wszystko było dla mnie zbyt harrypotterowo-abrakadabrowe, choć przecież w podróżach często spotykam się z magicznymi wierzeniami, a niektóre z nich uważam nawet za interesujące. Kilka słów o tym w epilogu.
***
Wszechobecna w Khajuraho seksualność pozostawała w ostrym kontraście nie tylko z obecną obyczajowością kraju, ale i z jednym z najpiękniejszych architektonicznych symboli miłości, obiektem, który trafił nie tylko na listę UNESCO, ale i do katalogu współczesnych cudów świata. Mauzoleum Tadż Mahal. Grobowiec ten zbudowano z rozkazu Szahdżahana w XVII wieku, na cześć jego żony Mumtaz Mahal, która zmarła podczas porodu ich czternastego (!) dziecka.
Płaskorzeźby na ścianach świątyń w Khajuraho
Przed wyprawą do Agry, miasta, w którym znajduje się Tadż Mahal, byłam sceptyczna. Sądziłam, że to przereklamowana atrakcja turystyczna, wyobrażałam sobie tysiące turystów wokół budynku, który w istocie spektakularny nie jest. Jakże się myliłam! Budowla okazała się niezwykła. Wykonana z białego, półprześwitującego marmuru, z kunsztownymi zdobieniami, w środku wysadzana mozaiką kolorowych kamieni. Poszłam tam z samego rana i wcale nie było tłumów. Tadż Mahal wyglądał majestatycznie, zdawał się skrzyć w pierwszych promieniach słońca. Widok baśniowy i refleksja, że "on ją musiał naprawdę kochać".
***
W autobusie do Agry spotkałam rodzinę z Afganistanu. On, ona, ich mały (może trzyletni) synek i czworo kuzynostwa (małżeństwo i dwóch chłopaków mniej więcej w moim wieku). Muzułmanie. Przesympatyczni, grzeczni i kulturalni. Jeden z kuzynów opowiedział mi praktycznie całą historię swojego życia (osiem godzin w autobusie...). Mówił, że odkąd pamięta, była wojna. W czasie talibanu jego rodzina przeniosła się do Pakistanu, gdzie skończył studia. Był pełen nadziei na przyszłość swojego kraju i wychwalał pod niebiosa amerykańskich żołnierzy. To bardzo ciekawy punkt widzenia, w Europie w tym czasie toczyła się dyskusja na temat wycofania wojsk z Afganistanu - widziałam jednak wyraźnie, że dla tego człowieka obecność sił stabilizacyjnych oznaczała bezpieczeństwo, zachowanie pokoju i, co może nawet ważniejsze, zachowanie "normalności" (rozumiem przez to utrzymanie warunków, które mogą w końcu doprowadzić do rozwoju kraju). To, co warto w tym miejscu ponownie podkreślić, to fakt, że moi rozmówcy byli muzułmanami. Pełnymi strachu przed islamskimi ekstremistami. Ta rozmowa dała mi możliwość zweryfikowania stereotypów związanych z islamem.
Na marginesie - było to jakieś dwa tygodnie przed zabiciem Bin Ladena (2011), o którego śmierci dowiedziałam się od właściciela małej jadłodajni w Waranasi. Podał mi jedzenie i spytał przejęty:
- Słyszałaś, co się stało? Znaleźli go! Bin Laden jest martwy!
Wszyscy o tym mówili.
Wracając do mojego rozmówcy z Afganistanu - jego rodzina miała korzenie w Uzbekistanie, a on znał sześć języków obcych (z tego regionu, do tego angielski). Cała rodzina mówiła zresztą płynnie po angielsku. Musieli być relatywnie zamożni, ojciec pracował jako urzędnik wysokiego szczebla w administracji publicznej. Dziecko wyraźnie nudziło się podróżą i chciało się ze mną bawić. Mama mu pozwoliła, przez co uroczy malec męczył mnie już do końca drogi. Ulubioną zabawą stało się zabieranie kuzynostwu okularów przeciwsłonecznych i przynoszenie ich do mnie. Operację tę powtórzył jakieś dwadzieścia razy.
Zmierzam do tego, że cała rodzina traktowała mnie całkowicie normalnie, przyjaźnie i z szacunkiem, czego rzadko można było doświadczyć ze strony mieszkańców Indii.
Indie są pełne sprzeczności. A ja przez miesiąc włóczęgi po północy kraju miałam mocno mieszane uczucia. Cuda świata, znakomite jedzenie, uśmiechnięci ludzie i tolerancja religijna na jednym biegunie, a na drugim - oszuści, natarczywi i wulgarni mężczyźni, uprzedmiotowienie kobiet, brud i fekalia na ulicach. Przedziwny kraj.
All You Need Is Love
Kambodża
- Dam ci dobrą radę. Nie pal na ulicy. Kobiety nie palą. Jedyne palące to dziwki.
Wiedział wiele o kambodżańskim półświatku. Sam właśnie wyszedł z więzienia. Bynajmniej nie był żadnym więźniem politycznym, lecz zwykłym kryminalistą zamieszanym w jakąś strzelaninę. Opowiadał o wojnach gangów narkotykowych na północy, o tym, jak powszechny jest w Kambodży dostęp do broni. Do mnie podchodził z nieufnością. Zdziwił się, że podróżuję sama. Dopiero po dwóch dniach zaczął ze mną rozmawiać i wówczas dowiedziałam się, że moim kierowcą jest były więzień. Nie był oczywiście licencjonowanym przewodnikiem, miał motorynkę i zarabiał na życie, wożąc turystów.
O historii uznanego za jeden z cudów świata kompleksu średniowiecznych świątyń Angkor Wat nie wiedział wiele. Ale może to i dobrze, zwiedzałam dzięki temu na własną rękę i trafiałam do ruin, w których oprócz mnie nie było żadnych innych turystów (to dość duży wyczyn, Angkor roi się od wycieczek z całego świata). Porośnięte mchem, oplecione grubą warstwą pajęczyn ruiny w połączeniu z powyginanymi fantazyjnie konarami i korzeniami drzew sprawiły, że znowu czułam się, jakbym podróżowała wehikułem czasu. Spędziłam tam wiele dni, eksplorując świątynie i inne budowle.
Pozostałości Angkor Wat są uważane za jeden z cudów świata. Angkor to jednak nie tylko znane z fotografii świątynie Angkor Wat czy Bajon (słynne uśmiechające się twarze). Średniowieczne (powstałe w XII w. n.e.) miasto było stolicą potężnego Imperium Khmerów.
Wstawałam z samego rana, przed wschodem słońca, i cały dzień zwiedzałam, docierając do coraz bardziej odległych (i zapuszczonych) miejsc, gdzie mogłam wspinać się po ruinach, stertach kamieni, przechodzić częściowo odgruzowanymi korytarzami, by trafić do kolejnych komnat i pomieszczeń. To nie tylko prawdziwa przygoda, ale również lekcja historii i dziedzictwa kulturowego ludzkości. Podróżując po Azji, odkrywałam historię regionu i zdałam sobie sprawę, że motywy architektoniczne z Angkoru widziałam już wcześniej - na Sri Lance.
Niemal dwadzieścia kilometrów od Siem Reap (miejscowości wypadowej do ruin Angkoru) położona jest buddyjska świątynia Banteay Srei. Zbudowana około X w. n.e. z kamienia o różowym odcieniu, sprawia wrażenie wręcz filigranowej w porównaniu z okolicznymi budowlami. Nazywana jest "świątynią kobiet".
- Jej zdobienia są tak dokładnie i precyzyjnie wykonane, iż legenda głosi, że budowały ją kobiety, bo tylko one mają tyle cierpliwości - wytłumaczył mi buddyjski mnich.
Kambodżańska świątynia Bajon
Nasze spotkanie zaczęło się od małego nieporozumienia. Podszedł do mnie, prosząc o zrobienie zdjęcia. Zgodziłam się bez entuzjazmu, przekonana, że będę musiała zapłacić jakiegoś dolara za sfotografowanie go. Jakież było moje zdziwienie, kiedy mnich zaprowadził mnie do swoich kolegów - również mnichów, ubranych w tradycyjne pomarańczowe szaty - i zaczął im coś tłumaczyć, po czym wszyscy wyciągnęli zza pasów telefony komórkowe i zaczęli fotografować... mnie. Cóż, tym razem to ja wystąpiłam w roli atrakcji turystycznej. Niestety, na to, że trzeba było pobrać od nich po dolarze, wpadłam dopiero później.
Trafiłam też nad rzekę Kbal Spean, której koryto wieki temu ozdobiono płaskorzeźbami, aby oczyścić płynącą tędy wodę. Po prawie dwukilometrowym spacerze po lesie, pod górę, dochodzi się do małego wodospadu, gdzie na skałach - pod płynącą wodą - widnieją płaskorzeźby przedstawiające bogów Wisznu i Sziwę, symbole religijne, motywy roślinne i zwierzęce. Całe koryto rzeki pokryte jest tajemniczymi znakami, dzięki którym przepływająca woda miała być czystsza i poświęcona. Skądinąd, sprytny sposób uzdatniania wody.
Wróćmy jednak do mojego nowego znajomego. W Kambodży, w przeciwieństwie do sąsiedniej Tajlandii, tatuaże nie są dobrze widziane, stanowią za to znak rozpoznawczy kryminalistów. Mój nowy kolega był wytatuowany, choć tatuaże skrzętnie zakrywał koszulą z długimi rękawami. Kiedyś znajomy Lankijczyk powiedział, że odnajduję się w każdej sytuacji i umiem rozmawiać z każdym. Owszem. Także z kambodżańskim kryminalistą znalazłam wspólny język.
Zabrał mnie nawet na wieś, bo chciałam zobaczyć "prawdziwe życie". Jadąc przez peryferie, zobaczyłam nagle kolorowy baldachim.
- Ślub - powiedział kierowca i zwolnił.
W Kambodży tradycyjne wesela trwają kilka dni. To był dzień trzeci świętowania zaślubin, ale jeszcze zdążyliśmy wznieść toast za zdrowie młodej pary i posłuchać trochę muzyki. Przypominała disco polo. Najwyraźniej wiejskie wesela w różnych miejscach świata mają podobny klimat.
W Kambodży dzięki różnym szczęśliwym zbiegom okoliczności poznałam również sprzedawczynie z lokalnego targu, które zaprosiły mnie po pracy na drinka. I tak trafiłam (zresztą w Boże Narodzenie) na kolację do lokalnej (w pełnym tego słowa znaczeniu) restauracji, w której uraczono mnie... suszonym wężem. Nigdy nie zapomnę tego smaku. Wówczas sądziłam, że to najobrzydliwsza rzecz, jaką kiedykolwiek w życiu przyjdzie mi zjeść. Kilka lat później okazało się jednak, że flaki z kobry to jeszcze większe paskudztwo. No ale było to moje pierwsze spotkanie z potrawą "ekstremalną". I choć smak pozostawiał wiele do życzenia, zainspirowało mnie to do dalszych kulinarnych eksploracji.
Lata wojny i głodu sprawiły, że do kambodżańskiej kuchni trafiły owady, płazy i gady - właściwie wszystko, co nadaje się do jedzenia. Okazuje się również, że specjały te są zaskakująco smaczne. Pieczone karaczany smakują jak... ziarna słonecznika (jakby się jadło słonecznik z łupinkami). Suszony wąż jest, jak już wspomniałam, obrzydliwy, za to grillowany - znakomity (bardzo dobre białe mięso). Grillowany krokodyl z kolei to trochę loteria - białe mięso jest smaczne, trochę "rybne" w smaku. Problem jest jedynie taki, że czasem po prostu śmierdzi mułem rzecznym i wówczas zapach naprawdę psuje doznania smakowe. Smażone świerszcze i larwy stanowią niezłą zakąskę do piwa, trzeba tylko przełamać początkowe obrzydzenie. Później można już delektować się smakiem. Pieczone żaby (jedzone w całości) to z kolei istna uczta dla podniebienia. Naprawdę. Bardzo polecam. Za najbardziej "ekstremalną" potrawę uważałam wówczas smażoną tarantulę. Pająk jest właściwie bez smaku, ale te włochate, czarne nóżki wchodzą między zęby i bardzo trudno je wydłubać - szczególnie jeśli nie mamy akurat pod ręką szczoteczki do zębów... Cenna lekcja: zabierając się za jedzenie tarantuli, zwłaszcza w towarzystwie, warto mieć przy sobie wykałaczki.
Z Siem Reap wyruszyłam łodzią motorową do Phnom Penh. Pożegnałam się z nowym kolegą, życząc mu, aby więcej nie mieszał się w podejrzane interesy. Szkoda, że nie mogłam spędzić tam więcej czasu, ale z powodu kłopotów z wizą musiałam pilnie znaleźć się w stolicy. W tamtych (niezbyt zresztą odległych) czasach Polacy potrzebowali wiz do Tajlandii. Myślałam, że uzyskam ją na przejściu granicznym (lądowym), okazało się jednak, że jest to możliwe tylko na lotnisku. Miałam bilet na samolot powrotny z Bangkoku, musiałam więc trochę pokombinować, żeby znaleźć jakiś lot z Kambodży do stolicy Tajlandii (taki, na który byłoby mnie stać - bilety z Siem Reap były zdecydowanie za drogie). W sumie dobrze się stało, bo dzięki temu miałam okazję w ciągu siedmiu godzin przejechać praktycznie cały kraj na dachu łodzi, obserwując życie toczące się na obu brzegach jeziora Tonle Sap i na samym jeziorze, w pływających wioskach. Słońce, wiatr, ciekawe krajobrazy i... Rolling Stonesi w uszach. Perfekcyjna chwila.
Kiedy już dotarłam do Phnom Penh, pierwsze kroki skierowałam na targ, by zakupić więcej lokalnych przysmaków (żaby, larwy, karaluchy), a następnie do hostelu. Tam spytałam, czy mogę zamówić piwo, a zjeść to, co sama sobie przyniosłam z targu. Obsługa się zgodziła, ale ponieważ inni turyści byli mocno zdegustowani, widząc mój talerz, poproszono, żebym przeniosła się do schowanego w rogu sali stolika. Przysiadła się do mnie dziewczyna, z którą od razu nawiązałam dobry kontakt i która stała się lata później jedną z głównych inspiracji dla spisania moich podróżniczych opowieści.
To była jedna z tych niezwykłych znajomości zawieranych w drodze - spotykasz kogoś, zaczynasz rozmowę i spędzasz kolejne kilka godzin, gadając o wszystkim. Otwarta, ciepła osoba, pełna życia i pomysłów. Ładna. Może nie urodą klasycznej piękności, ale radością, którą emanowała. Kochała muzykę. Przypominała mi trochę... Fizię Pończoszankę.
Pochodziła z Nowego Jorku, podróżowała już od kilku miesięcy, a swoje przygody opisywała na blogu. Smażonych robali jednak nie chciała ze mną jeść. A kupiłam przecież (niezwykle dumna z siebie) same rarytasy: świerszcze, larwy, karaluchy i żaby. Dziewczyna opowiedziała, że w NYC w jej mieszkaniu były karaluchy.
- Rozumiem. Nie jadasz współlokatorów - skwitowałam.
Roześmiałyśmy się serdecznie. Urodziła się tego samego dnia co ja, choć innego roku. Nigdy jej później nie widziałam, ale czasem kontaktowałyśmy się i okazywało się, że w życiu każdej z nas różne wydarzenia jakoś się zbiegały, na przykład mniej więcej w tym samym czasie w dwóch różnych zakątkach świata postanowiłyśmy skoczyć ze spadochronem. Zabrzmi to górnolotnie, wiem, ale miałam wrażenie, że wtedy w Kambodży spotkałam swoje nowojorskie alter ego.
Dwa lata później dowiedziałam się, że zginęła podczas trzęsienia ziemi w odległym zakątku świata. Wychodziła akurat ze studia tatuażu, miała już bilet na samolot - następnego dnia miała wreszcie wracać do Ameryki, do domu. Chociaż ona uważała, że dom to miejsce, w którym jesteśmy i czujemy się dobrze, że nie ma czegoś takiego jak jeden dom. Dom możemy sobie stworzyć, gdziekolwiek będziemy. There's nowhere you can be that isn't where you're meant to be - taki właśnie napis, inspirowany utworem All You Need Is Love, miała sobie wytatuować. Wyszła ze studia tatuażu i po chwili rozstąpiła się pod nią ziemia.
"Nie możesz być tam, gdzie nie było ci przeznaczone być".
Był Hmongiem. Spotkałam go w Phonsavan, jednym z najbrzydszych miejsc, do których kiedykolwiek trafiłam. Połączenie architektury realnego socjalizmu z wpływami azjatyckimi, okraszone wyglądającą z okien biedą. Spytał, czy może z nami jechać jego kolega, który uczy się na przewodnika i chciałby podszkolić angielski. Zgodziłam się. W ten oto sposób ja i Hmongowie - przewodnik, jego kolega oraz kierowca - wyruszyliśmy z Phonsavan w kierunku owianej tajemnicą równiny dzbanów.
Na laotańskim płaskowyżu Xieng Khouang znajduje się kilkaset kilkumetrowych kamiennych amfor, przypominających olbrzymie urny. Niestety, jest to teren pełen niewybuchów i stąd dla zwiedzających dostępne są jedynie trzy niewielkie stanowiska archeologiczne, na których oglądać można kilkadziesiąt dzbanów. Amfory powstały przypuszczalnie w epoce żelaza i służyły do przechowywania pożywienia i wody lub jako urny cmentarne. To najbardziej prawdopodobne hipotezy. Ale i najmniej tajemnicze.
- Dzbany zostały wykute na rozkaz króla olbrzymów, którzy tu mieszkali przed wiekami - tłumaczyli mi moi towarzysze podróży. - Trzymano w nich lao lao [ryżowy alkohol], którym oblewano zwycięstwa gigantów nad nieprzyjacielem.
W tym miejscu małe wyjaśnienie. Wspomniałam, że byli Hmongami. Otóż Hmongowie to jedno z plemion w Laosie, a właściwie jedna z grup etnicznych zamieszkujących Azję Południowo-Wschodnią. Co ciekawe, są animistami, a nie wyznawcami buddyzmu, tak popularnego w tym rejonie świata.
- Wierzymy w przyrodę, w to, że otaczają nas dusze roślin i zwierząt, które są potężniejsze niż ludzie i z którymi musimy żyć w harmonii - tłumaczyli mi.
Laotańscy Hmongowie stali się ofiarami burzliwej historii tego kraju. Wspierali monarchię, a później - podczas wojny w latach 60. i 70. - również wojska amerykańskie. Kiedy komunistyczna partyzantka Pathet Lao przejęła władzę w kraju, rozpoczęły się prześladowania i masowe wywózki do obozów "reedukacji". Wielu Hmongów uciekło do Tajlandii, część do USA, natomiast ci, którzy zostali w Laosie, do dziś, jak mi powiedziano, są dyskryminowani. Zdarzają się nawet przypadki fizycznej agresji skierowanej przeciwko nim. Moi towarzysze opowiadali o tym niechętnie, zwłaszcza jeśli wokół byli inni ludzie. Miałam wrażenie, że obawiają się swobodnie mówić o swoich korzeniach.
Zatrzymaliśmy się przy wodospadzie That Lang. Jest on niewielki, ale malowniczo położony, można się po nim wspinać w czasie pory suchej - koryto rzeki i wodospadu prawie całkowicie wtedy wysycha. Pierwszy raz szłam po wodospadzie. Niezłe ćwiczenie, niewymagające wielkiej sprawności fizycznej, za to wymagające dobrych butów trekkingowych. Po drodze widzieliśmy jaszczurki i węże wylegujące się leniwie na kamieniach. Następnie szlak prowadził przez gęsty las. Wchodząc do niego, minęliśmy tablicę z napisem: "Idź za mną, nie zbaczaj z drogi!".
Lazurowe kaskady w Laosie
W Laosie taką przestrogę należy traktować poważnie. Kraj zmaga się z ogromnym problemem niewybuchów - pozostałych głównie z czasów nalotów dywanowych w czasie wojen w latach 60. i 70. Powiedziano mi, że najwięcej pocisków pochodzi z nalotów z roku 1970, z okresu "sekretnej wojny" z USA. Nikt nie wie, ile ich jest i gdzie są. Dowiedziałam się także, że Laos nie podpisał traktatu ottawskiego, na mocy którego państwa mają się zobowiązać do usunięcia min. Kraju na to nie stać, nawet z pomocą międzynarodową jest to zadanie niewykonalne ze względu na ogromną ilość min i topografię terenu. Swoją drogą, później dowiedziałam się, że również Polska nie ratyfikowała owego traktatu (choć podpisała go w 1997 roku). Nie do końca to rozumiem, w końcu to nasz rodak, oficer Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, Józef Kosecki skonstruował pierwszy przenośny wykrywacz min. Powinniśmy być pierwsi w kolejce do podpisania takiego dokumentu.
Podczas mojej podróży po Laosie obserwowałam nie tylko liczne tablice ostrzegawcze, ale i ciekawe sposoby wykorzystania fragmentów bomb przez lokalną ludność, jako anteny satelitarne czy elementy konstrukcji domów lub stodół. Pozostałości pocisków przetapiane tam są natomiast na narzędzia i sztućce.
Przy wejściu do trzeciego stanowiska Równiny Dzbanów zobaczyłam miejscowych grających w petang (tamtejszą odmianę gry w boule). Uśmiechnęłam się pytająco. Odpowiedzieli uśmiechem i gestem zaprosili mnie do gry. Oczywiście, reguły były mi kompletnie nieznane, a współgracze nie mówili w żadnym ze znanych mi języków, ale i tak (a może właśnie dlatego) wspaniale się bawiłam, rozgrywając kolejne partyjki.
Tajemnicza Równina Dzbanów
Chyba musiałam zrobić na moim przewodniku dobre wrażenie, bo zapytał, czy nie miałabym czasu pojechać z nim do jego przyjaciela, nauczyciela angielskiego w szkole we wsi nieopodal Phonsavan, i przeprowadzić gościnnie lekcję z jego klasą. Przystałam na to z największą radością. Po drodze do wioski kupiłam trochę ołówków z myślą, że przekażę je nauczycielowi.
Owa lekcja była największym dydaktycznym wyzwaniem mojego życia. Nauczyciel powitał mnie przed szkołą - małym, murowanym budynkiem. Powiedział, że lekcja trwa dwie godziny. Weszłam do klasy i oczom moim ukazała się grupa około czterdziestu osób. W wieku, na oko, od siedmiu do dwudziestu siedmiu lat. W zajęciach biorą bowiem udział i dzieci, i dorośli. Tego się nie spodziewałam!
Opowiadałam im o Polsce i zadawałam pytania o codzienne życie w Laosie. W tyle głowy pozostawała myśl, że jestem w kraju komunistycznym. Nie chciałam sprawiać kłopotów, więc starałam się nie wspominać o polityce. Nie jest to łatwe, kiedy się pochodzi z kraju, w którym powstała "Solidarność". Uczniowie byli wspaniali. Znaleźliśmy wspólny język i nieskromnie powiem, że chyba mnie polubili. Były zabawne momenty, na przykład kiedy zapytali mnie - a było to ich pierwsze pytanie - jak duża jest moja rodzina. Nie mogli uwierzyć, że w wieku trzydziestu lat nie mam dzieci. Wywołało to prawdziwy szok.
Zresztą kiedy rozmawiałam z innymi ludźmi poznawanymi w Laosie, zawsze zaczynali od tego pytania: "Jak duża jest twoja rodzina?". To najważniejsza kwestia - nie: "Jak masz na imię?" czy "Skąd jesteś?". Wiele mówi to o tamtejszym systemie wartości i postrzeganiu świata. W Laosie zwykle bierze się ślub, mając około osiemnastu lat, a w wieku dwudziestu pięciu lat Laotańczycy mają już trójkę czy czwórkę dzieci. Widziałam więc szczere współczucie w oczach swych uczniów, kiedy próbowałam wyjaśnić im, że w moim kraju brak współmałżonka nie jest bynajmniej tragedią ani jakimś wielkim ewenementem.
Rozmawialiśmy o jedzeniu, szkole, o ich planach na przyszłość. Planach bardzo zwyczajnych, marzeniach, które nam wydają się oczywistością. Ta lekcja była jednym z najcenniejszych doświadczeń w całym moim życiu.
Po zajęciach podziękowałam nauczycielowi i dałam mu ołówki. Nie chciałam ich przekazywać przy klasie, czuję się zawstydzona w takich sytuacjach. Następnego dnia spotkałam owego nauczyciela w kawiarence internetowej (Phonsavan to małe miasteczko). Powiedział, że uczniowie byli niezmiernie wdzięczni.
- Przecież to tylko ołówki. Chciałabym móc bardziej pomóc. - Byłam tym naprawdę skrępowana.
- Tylko ołówki? Po raz pierwszy od wielu miesięcy mamy ołówek dla każdego ucznia. Zwykle podczas lekcji trzy, cztery osoby dzielą się jednym.
Czy my sobie w ogóle zdajemy sprawę z tego, jakie mamy szczęście? Tylko dlatego, że urodziliśmy się w bogatych, rozwiniętych krajach? Jedno jest pewne, podróże całkowicie zmieniły mój sposób patrzenia na świat. Wszelkie problemy czy przeszkody, które napotykam na swojej drodze, wydają się małe i nieistotne, kiedy myślę o tym, co widziałam w Kambodży, Laosie czy na Papui...
Hungry Like The Wolf
Sri Lanka
Na Sri Lankę wybrałam się z plecakiem, uzbrojona w dobrą mapę, przewodnik, repelent i, rzecz jasna, kompas, bez żadnej hotelowej rezerwacji, z myślą, że będę po prostu odkrywać wyspę na własną rękę. O historii i dziedzictwie kulturowym kraju nie wiedziałam wiele. Sri Lanka kojarzyła mi się z Tamilskimi Tygrysami, cejlońską herbatą i... kiczowatym zespołem Duran Duran, który swój teledysk do piosenki Hungry Like The Wolf nagrywał na Sri Lance właśnie. Utwór kiepski, ale w wykonaniu grupy Hole wart posłuchania.
Szukając noclegu w stolicy Sri Lanki, Kolombo, korzystałam ze strony internetowej dla niskobudżetowych podróżników Couchsurfing.org. Jeden z członków tej społeczności odpowiedział mi: "Luz. Możesz się u mnie zatrzymać. Adres prześlę SMS-em". Okazało się, że był to adres luksusowego hotelu. Wracałam właśnie z kilkudniowego trekkingu w środku wyspy. Dosłownie. Prosto z lasu, w zabłoconych ubraniach, brudna, spocona - cóż, wyglądająca jak kloszard - wsiadłam do samochodu zmierzającego do Kolombo. Adres hotelu mnie zdziwił, ale wytłumaczyłam to sobie w ten sposób, że mój gospodarz pewnie tam pracuje.
- Jak cię poznam? - zapytał.
- Hm... jak to wytłumaczyć... Spędziłam właśnie pięć dni w lesie, na trekkingu. Uwierz mi, nie sposób mnie nie zauważyć.
Kiedy wchodziłam do kapiącego złotem hotelu, brudna jak nieboskie stworzenie, miałam wrażenie, że ochrona mnie zaraz wyrzuci. Zobaczyłam młodego człowieka idącego w moją stronę. Nie mógł pohamować śmiechu.
- No cóż, rzeczywiście, trudno cię nie zauważyć.
Był fotografem, znakomitym zresztą. Takim, który miał szczęście być w odpowiednim momencie we właściwym miejscu - to chyba najważniejsza cecha dobrego fotografa. Mieszkał nieopodal owego hotelu, a dla swoich gości miał osobny pokój z łazienką. Długa kąpiel, czyste ubrania i zimne piwo - tego mi było trzeba. Odżyłam.
Wracałam wtedy z Parku Narodowego Horton, gdzie znajduje się ciekawe skalne urwisko nazywane przez Lankijczyków "końcem świata". Aby tam dotrzeć i nie zgubić się na szlaku, najlepiej wynająć przewodnika. Warto również być tam z samego rana, jeszcze przed pojawieniem się mgły wypełniającej dolinę. W rzeczy samej stanęłam u bram parku koło 5.00 rano. Ku mojemu zdziwieniu nie było tam nikogo, oprócz zaspanego stróża, który pozwolił mi wejść, ale ostrzegł, żebym uważała, bo jest wcześnie, przewodników jeszcze nie ma i będę w całym rezerwacie sama.
Jak się później okazało, nie byłam sama - w którymś momencie na drogę wyskoczył mały dzik, co mnie tak zaskoczyło, że zamarłam. Aby dodać sobie odwagi, idąc nagrywałam komentarz dotyczący szlaku, który pokonywałam ("Jestem tu kompletnie sama, po kostki w błocie, w środku lasu, drogę właśnie przebiegł mi dzik; jak spadnę ze skały, to przynajmniej będziecie mieć nagranie mojej ostatniej drogi..." etc.). Oczywiście, należy przyznać uczciwie, że to nie była trudna trasa, natomiast idąc w półmroku i mając świadomość, że jestem kompletnie odcięta od świata zewnętrznego, odczuwałam z jednej strony poczucie absolutnej wolności, a z drugiej, nie ukrywam, nieco podniesiony poziom adrenaliny.
Kiedy dotarłam na "koniec świata" i spojrzałam w dół, w kilkusetmetrową skalną przepaść, i na rozciągającą się wokoło zieloną dolinę, rozświetlaną przez pierwsze promienie słońca, byłam po prostu szczęśliwa.
W drodze powrotnej spotkałam na szlaku turystów. W pewnej chwili zobaczyłam dwie wąskie ścieżki w lesie. Skracając długą historię - wybrałam tę niewłaściwą. Zorientowałam się, że coś jest nie w porządku, kiedy wpadłam w wielką pajęczynę rozpostartą między drzewami po dwóch stronach dróżki. Turyści, których widziałam, nie mogli tędy iść, bo inaczej to oni, a nie ja, mieliby pajęczynę na sobie. Zgubiłam się.
Znalezienie drogi powrotnej zajęło mi dłuższą chwilę. Do pomocy miałam bardzo ogólną mapę parku i kompas, który - jak wspomniałam - zawsze zabieram ze sobą. Przedzierałam się przez las poza szlakiem, ślizgając się w błocie i łapiąc wiszące konary, aby zachować równowagę na spadzistej trasie. Kiedy wreszcie dotarłam do wyjścia, wyglądałam jak obraz nędzy i rozpaczy - i właśnie w tym stanie zawitałam jakieś siedem godzin później do Kolombo.
- Co robimy? Idziemy na miasto?
Poszliśmy. Nagle na ulicy usłyszałam wołanie:
- Hej, Kat!
Odwróciłam się i oczom mym ukazał się znajomy Lankijczyk z miasta Kandy, który pomagał mi w pierwszych dniach pobytu na wyspie. Sri Lanka to spory kraj, Kolombo też niemałe. Ja znałam jedną osobę i voila! Akurat był w stolicy. Resztę wieczoru spędziliśmy, włócząc się we trójkę po barach i knajpach. Gdybym go nie spotkała, nie dowiedziałabym się, że kolejnego dnia w klubie Shine odbywa się koncert zespołów heavymetalowych i w rezultacie nie miałabym okazji posłuchać cr?me de la cr?me lankijskiej sceny rockowej.
Podczas koncertu dowiedziałam się z kolei, że w mieście trwa akurat folklorystyczny festiwal piercingu i tatuażu. Postanowiłam to zobaczyć. Nie wiedziałam dokładnie, gdzie się odbywa, ale pomyślałam, że z pomocą kierowców tuk-tuków na pewno tam trafię. Nie przewidziałam jednak, że owi kierowcy nie mówią po angielsku i doskonale się z tym kryją. Po prostu udają, że wszystko rozumieją, żeby klient na pewno skorzystał z ich usług.
Jechaliśmy przez miasto, oddalając się od centrum i trafiając do coraz bardziej podejrzanie wyglądających zakamarków i uliczek. Cały czas byłam przekonana, że kierowca zrozumiał, dokąd chcę się dostać. Kulminacją była wąska uliczka między rozpadającymi się, brudnymi barakami, gdzie kierowca zatrzymał się przed blaszaną budą z napisem "Tattoo". Zrozumiał bowiem, że to ja chcę się wytatuować... Stało tam, opierając się o ściany, kilkunastu mężczyzn. Otoczyli nas z zaciekawieniem. Założę się, że byłam pierwszą turystyką (a może w ogóle pierwszą białą kobietą), która tam trafiła. Wysiadłam z tuk-tuka i weszłam do baraku - "studia tatuażu". Gapie z ulicy podążyli za mną.
To, co zobaczyłam w środku, przypominało film klasy B. Dwumetrowy, łysy dżentelmen, który przedstawił się jako Mr. Piercing (to nie żart), zaczął mnie namawiać łamaną angielszczyzną na zrobienie tatuażu tudzież przekłucie różnych części ciała. I tu właśnie po raz pierwszy (acz nie ostatni) podczas moich samotnych eskapad po prostu się przestraszyłam - bałam się, że wytatuują mnie na siłę po to tylko, żeby dostać trochę pieniędzy. Zebrałam się jednak w sobie, wzniosłam na wyżyny asertywności i po prostu wyszłam. A wracając przez Kolombo, pomyślałam, że podczas podróży mam więcej szczęścia niż rozumu.
***
Na Sri Lankę trafiłam jakiś czas później ponownie. Leciałam przez Dohę. Z tą podróżą wiąże się zabawna anegdotka. Otóż na lotnisku we Frankfurcie okazało się, że mój samolot ma (za) mało pasażerów, więc połączono loty. I tak, pierwszy przystanek na trasie stanowił... Rijad, w którym oczywiście nie mogłam wyjść z samolotu, ale i tak było to ciekawe doświadczenie. Stewardesy zarekwirowały wszystkie czasopisma - na zdjęciach były w końcu kobiety (o zgrozo - z odsłoniętymi twarzami!), zacierały ślady po wszystkich alkoholach i poinformowały, że za wwóz do Arabii Saudyjskiej alkoholu grozi obcięcie ręki.
Tymczasem w mojej walizce spokojnie spoczywały... cztery flaszki żubrówki. "Obcięliby mi i obie ręce, i obie nogi", pomyślałam. W Rijadzie wysiedli prawie wszyscy pasażerowie. W samolocie zostało raptem kilka osób i polecieliśmy dalej - do Dohy, gdzie zmęczona, przechodząc przez bramki, bezmyślnie zdjęłam bluzę. Miała metalowy suwak, a na lotniskach zwykle takie rzeczy się zdejmuje przed przejściem przez bramki wykrywające metal. No i trzeba było widzieć tłum strażników, którzy z przerażeniem rzucili się w moją stronę, jakbym była jakimś terrorystą, każąc mi natychmiast zakryć ręce, robiąc oburzone i groźne miny. Co kraj, to obyczaj.
A to przypomina mi o mojej przygodzie w stolicy Tajlandii. Prawdziwie niesympatyczna przygoda spotkała mnie nie w dżungli, nie w azjatyckich slumsach, a na nowoczesnym lotnisku w Bangkoku, które znam już wzdłuż i wszerz. Miałam tam ładnych kilka godzin do następnego lotu. Miejsce dla palaczy jest mocno ukryte, trzeba zejść na dół wielkiego budynku; tam, w końcu jednego z korytarzy, w mało uczęszczanej części terminala postawiono przeszkloną budkę dla palących. Było późno w nocy, okoliczne gate'y były zamknięte. W palarni siedziało dwóch młodych, może dwudziestoparoletnich mężczyzn o wyglądzie bliskowschodnim, ubranych europejsko. Weszłam do środka, zapaliłam. Zaczęli o mnie rozmawiać. Nie znałam ich języka, ale po prostu wiedziałam. Wyjaśnię również od razu, że nie byłam wyzywająco ubrana czy roznegliżowana. Jeansy, T-shirt, trekkingowe buty i kurtka z grubego materiału.
Niestety czasem nawet najmniej seksowne ubranie nie uchroni przed zaczepkami ze strony tych, którzy podniecają się na sam widok białej kobiety z odsłoniętymi włosami. W tym miejscu podkreślam, że darzę głębokim szacunkiem wszystkie kultury i religie, opisuję tu moje obserwacje, które rzecz jasna nie przekładają się na całościowy obraz innych społeczeństw, nie mają też na celu utrwalania stereotypów - generalnie rzecz ujmując, idiotów można spotkać w każdym kręgu kulturowym.
Wracając do opowieści, czułam się mocno niekomfortowo. Zgasiłam więc papierosa i wyszłam. Podążyli za mną, czego początkowo nie zauważyłam. Skręciłam do toalety i zamykając drzwi, zobaczyłam, że są tuż za mną, przyspieszyli kroku, mamrocząc coś w swoim języku. Nigdy w życiu nie dostałam takiego przyspieszenia. Wpadłam do kabiny i zaryglowałam drzwi. Ich głosy stawały się coraz bardziej nerwowe, pokrzykiwali i próbowali wyważyć drzwi. Na lotnisku - jak to na lotnisku - nie miałam przy sobie nic, co mogłoby posłużyć za broń. Ani scyzoryka (chociaż nawet jakbym miała nóż, pewnie wiele bym nim nie wskórała), nic w sprayu (miałam zapalniczkę) - to byłoby z pewnością skuteczniejsze.
Analizując swoją sytuację, doszłam do wniosku, że mam po prostu przekichane. Nie miałam szans z dwoma rosłymi facetami, jeśli doszłoby do konfrontacji fizycznej. W panice zaczęłam przeszukiwać plecak w poszukiwaniu... gwizdka ratowniczego. Oj, dziwili się moi znajomi, jak mówiłam, że zabieram gwizdek w trasę. Tym razem mógł mi uratować życie (no dobra, może nie życie, nie przesadzajmy, ale cholera ich wie, co by mi zrobili). Znalazłam. Nie zdążyłam go użyć - w tej samej sekundzie do pomieszczenia weszła ochrona.
- Co się tu dzieje?!
Bliskowschodnio wyglądający mężczyźni zaczęli łamaną angielszczyzną obracać sprawę w żart, a ja poczekałam, aż ochrona ich wyprowadzi, i dopiero wtedy wyszłam.
W tym miejscu pragnę podziękować mojemu aniołowi stróżowi (bądź kamerom monitoringu). Żarty żartami, ale ktoś musiał zauważyć, że weszli za mną do damskiej toalety, i zawiadomił straż. Całe zajście trwało pewnie kilka minut. Chociaż, wierzcie mi, w takich sytuacjach czas jest pojęciem względnym. Podczas podróży obserwuję, jak bardzo kobiety są dyskryminowane i jak przedmiotowo traktowane w niektórych kulturach. Niestety czasami przekonuję się o tym na własnej skórze. Nie przepadam za Bangkokiem. Nie tylko ze względu na opisaną przygodę na lotnisku. Jest tam zawsze gorąco, parno i smogowato (hm, chyba nie ma takiego przysłówka). Okolice Khao San to jedna wielka pijacka impreza. Masa tu backpackerów, ale dużo też wycieczkowiczów, którzy chcą się po prostu zabawić. Nie przemawia do mnie również stylistyka wszechobecnych ladyboys (czyli młodych transwestytów) - nie zrozumcie mnie źle, niech sobie każdy żyje, jak chce, i niech się z tym obnosi do woli - jestem w tym względzie dość postępowa. Problem w tym, że owi ladyboys często się prostytuują.
W miejscach takich jak Bangkok jak w soczewce widać słabości cywilizacji Zachodu. Handel ludźmi (bo prostytucja to właśnie handel ludźmi), narkotyki, hektolitry alkoholu. I znów, nie chcę, żeby to źle zabrzmiało: ja za kołnierz też nie wylewam, ale to, co można obserwować w BKK, to pijacki szał, zarzygana i odurzona narkotykami młodzież z Europy, starsi panowie z dużo młodszymi (często po prostu nieletnimi) partnerami i partnerkami. Byłam kiedyś w Amsterdamie i przeszłam się po ulicy czerwonych latarni. I widząc te panie prezentujące swoje wdzięki przez szklane szyby, czułam taki sam niesmak, zażenowanie pomieszane ze wstydem i współczuciem, jak wówczas, gdy obserwowałam ulice Bangkoku.
***
Po tej nieco przydługiej dygresji wróćmy na Sri Lankę. Miałam szczęście zjawić się tam chwilę po podpisaniu porozumienia o zawieszeniu broni pomiędzy rządem a Tamilskimi Tygrysami w 2009 roku. Konflikt tamilski był (i chyba jest po dziś dzień) wykorzystywany propagandowo przez władze, w tym do rozprawy z politycznymi przeciwnikami. Tysiące Tamilów nie mogło wrócić do swoich domów, według danych Amnesty International około trzystu tysięcy osób przetrzymywanych było w zamkniętych obozach.
Starałam się dowiedzieć czegoś więcej na temat sytuacji internowanych. Nie było to proste. Lankijczycy bali się rozmawiać z obcymi o polityce, w szczególności krytykować rząd i prezydenta. Plakaty z jego wizerunkiem wisiały dosłownie wszędzie. Widziałam je nie tylko w miastach, miasteczkach i na wsiach, przy drogach, a nawet przyklejone do skał przy szlakach trekkingowych. W Kolombo byłam świadkiem przygotowań do państwowego święta. Na stadionie narodowym zorganizowano paradę, jakiej nie powstydziłaby się Korea Północna.
Konflikt tamilski na Sri Lance ma nie tylko podłoże historyczno-etniczne, ale i religijne - lankijscy Tamile są w większości hinduistami, istnieje też tamilska społeczność muzułmańska. Stąd celami ataków terrorystów stawały się obiekty buddyjskie. W tym Anuradhapura. To jedno ze starożytnych miast, stolica regionu od około IV w. n.e. Dziś można tam podziwiać ruiny starodawnego miasta i imponujących rozmiarów stupy, zwane na Sri Lance dagobami. W nowej części miasta, w kompleksie świątyń, znajduje się "drzewo Bodhi" - święte w tamtejszej kulturze, w której wierzy się, że pod tym właśnie drzewem Budda doznał objawienia.
Tu właśnie w 1985 roku miał miejsce krwawy atak terrorystyczny, w wyniku którego zginęło sto czterdzieści sześć osób, wśród nich wiele dzieci. Terroryści z Frontu Wyzwolenia Tamilskich Tygrysów (LTTE) porwali autobus, wjechali nim do miasta i otworzyli ogień, zabijając na oślep przechodniów. Nie zdziwiła mnie zatem obecność policji i wojska oraz innych zabezpieczeń (łącznie z kontrolami osobistymi) przed wejściem na teren świątyni. Mimo że podczas mojej wyprawy na Sri Lankę sytuacja na wyspie teoretycznie była pod kontrolą rządu, nie dało się nie zwrócić uwagi na środki bezpieczeństwa, wojskowe punkty kontroli na drogach, ostrą broń noszoną nie tylko przez służby mundurowe, ale i na przykład ochroniarzy w sklepach.
Sigirija
Północno-Centralną Prowincję zwiedzałam samochodem z wynajętym kierowcą. Trafiłam nie tylko do Anuradhapury, ale i innych zabytkowych miast i świątyń tej części wyspy. Była to moja pierwsza samotna podróż po Azji i zabytki dosłownie rzuciły mnie na kolana. Z perspektywy czasu oceniam, że jedno z tych miejsc powinno być na liście rzeczy, które trzeba zobaczyć przed śmiercią. To wykuty w skale kompleks pałacowo-klasztorny Sigirija.
Sigirija, Sri Lanka - ruiny starożytnego pałacu zbudowanego w skale
Do Sigirii, wpisanej na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, dotarłam o świcie, dzięki czemu nie spotkałam wielu innych turystów, za to u wejścia powitało mnie kilkudziesięciu przewodników. Aby podziwiać w pełni tę kamienną fortecę z V w. n.e., wraz z otaczającymi ją ogrodami, basenami i wielometrowymi rzeźbami, trzeba przemierzyć w górę około dwóch tysięcy schodów. To tyle, ile miałby studwudziestopięciopiętrowy wieżowiec (licząc po szesnaście schodów na piętro). Po drodze na szczyt mijałam malowidła naścienne przedstawiające półnagie kobiety.
- Król, który tu mieszkał, posiadał harem złożony z pięciuset pięknych kobiet z całego świata. To ich podobizny - wyjaśnił mój przewodnik.
Kiedy miejsce przejęło funkcje religijne i stało się de facto klasztorem, freski zostały zamalowane, aby nie rozpraszały mieszkających tam mnichów. Nic dziwnego, panie na freskach dumnie prężyły bowiem obfite biusty.
Mój przewodnik, rezolutny młody człowiek przypominający mi Shorty'ego z Indiany Jonesa, po zwiedzeniu ze mną skalnego pałacu z poważną miną oznajmił:
- Dasz radę. Mogę ci pokazać inną skałę, z pomnikiem Buddy. Zwykle turyści tam nie docierają, bo po Sigirii są zbyt zmęczeni.
Przypuszczałam co prawda, że to jakaś sprytna próba naciągnięcia mnie na dodatkowe pieniądze, ale i tak "Shorty" przemówił mi do ambicji i mimo zmęczenia nie protestowałam. Po krótkim marszu przez las dotarliśmy do skały, na której szczycie rzeczywiście mogłam podziwiać kilkumetrowy pomnik leżącego Buddy. Nie było tam żywej duszy. Po powrocie do Polski starałam się znaleźć informację o tym, co właściwie widziałam, w przewodniku Lonely Planet nie zauważyłam żadnej wzmianki na ten temat. Po długich poszukiwaniach dowiedziałam się, że skalna świątynia nosi nazwę Pidurangala i powstała około V wieku n.e. (a zatem w tym samym czasie, co Sigirija), lecz rzeczywiście większość turystów nawet o niej nie wie, nie mówiąc o jej odwiedzeniu. Jeśli będziecie kiedyś na Sri Lance, idźcie tam, weźcie tylko ze sobą zapas wody. Droga pod stromą górę jest naprawdę męcząca. Ja w pewnym momencie byłam tak wycieńczona, że dostałam dreszczy - przedziwne uczucie, iść w upale, pocić się jak mysz i jednocześnie trząść się z zimna...
To właśnie przygody na Sri Lance były początkiem moich dalszych samodzielnych wypraw. To tu przekonałam się, że daję radę. Mogę być wycieńczona, brudna, zgubić się w lesie, stać oko w oko z wyglądającym jak rzezimieszek tatuażystą, a jednak daję radę. Po powrocie do Polski byłam z siebie tak zadowolona, jakbym zdała jakiś ważny życiowy egzamin. Zaczęłam pisać o podróżach i kombinować, kiedy i gdzie mogę znowu wyjechać.
O, Lucky Man!
Wyspa Wielkanocna
Od dziecka - odkąd przeczytałam po raz pierwszy Kon-Tiki - marzyłam, żeby kiedyś znaleźć się na Wyspie Wielkanocnej. Jakby mi ktoś te trzydzieści lat temu, w czasach zapyziałego PRL-u, powiedział, że pewnego dnia dotrę na Wyspę Wielkanocną, uznałabym to za równie prawdopodobne jak, dajmy na to, znalezienie w przedpokoju drzwi do Nibylandii. Kiedy, blisko trzy dekady później, trafiłam na wyspę, czułam się, jakbym znowu miała dziesięć lat i z wypiekami na twarzy słuchała mojej mamy opowiadającej o tajemniczych rzeźbach z Rapa Nui. I kiedy nad brzegiem Pacyfiku zobaczyłam po raz pierwszy moai, pomyślałam, że właśnie ziszcza się moje kolejne marzenie, a życie to naprawdę jedna wielka przygoda.
Przypomina mi to cytat, przypisywany Josephowi Conradowi, zresztą znacznie bardziej (u)znanemu na świecie niż u nas. Cytatem podzielił się ze mną poznany w trasie podróżnik, kiedy opowiadałam o Wyspie Wielkanocnej: Crei que era una aventura y en realidad era la vida - "Sądziłem, że to była przygoda, a tak naprawdę to było życie". Sprawdziłam później, że hiszpańskojęzyczna Wikipedia podaje jako źródło cytatu Jądro ciemności. Jednak nie znalazłam takiego fragmentu, nawet w hiszpańskim tłumaczeniu. Przypuszczam, że cytat może być Conradowi przypisywany, lecz nie on jest autorem. Zresztą to chyba nieistotne. Ważne, że po pierwsze nie wydaje się kiczowaty, a trafia w sedno sprawy (sprawy zwanej życiem), a po drugie - zaintrygował mnie na tyle, że - choć brzmi to absurdalnie - to właśnie dzięki podróży na Wyspę Wielkanocną odkryłam opowiadania Conrada. W tym miejscu dygresja: jak większość Polaków nie czytałam wcześniej Twix Land & Sea (idę o zakład, że lwia część rodaków nie zna tytułu Między lądem a morzem) - starając się znaleźć źródło owego cytatu, sięgnęłam po tę książkę. I kiedy ją otworzyłam, zobaczyłam tytuł pierwszego rozdziału: A Smile Of Fortune. Uśmiech losu. Właściwie łut szczęścia.
Hanga Roa
Podróż na Wyspę Wielkanocną do najtańszych nie należy, przy ograniczonym budżecie trzeba mieć odrobinę fartu, żeby znaleźć w miarę przystępny bilet. Takiż łut szczęścia mi dopisał, kiedy znalazłam w dobrej cenie (czyli około czterystu dolarów) bilet z chilijskiego Santiago do Hanga Roa (czyli jedynego miasta na Wyspie Wielkanocnej). Niestety, tylko na trzy dni. Jednak los wyraźnie chciał, żebym została tam dłużej. Przedziwny łańcuch zdarzeń rozpoczął się od huraganu, który zastał mnie na Wyspie Wielkanocnej i z powodu którego odwołano mój lot powrotny. Zyskałam dzień. Nazajutrz już siedziałam w samolocie, a maszyna zaczęła jechać po płycie lotniska, kiedy usłyszałam dziwny huk - to silnik z prawej strony, na wysokości mojego miejsca, się zepsuł, a właściwie trochę... wybuchł. Próbowano go naprawić na miejscu, ale się nie udało. W związku z tym spędziłam następną dobę na wyspie, czekając, aż z Santiago przyleci po nas kolejny samolot. I skrzętnie wykorzystałam ten nadprogramowy czas na zwiedzanie. Swoją drogą, całkiem mnie ucieszyło, że silnik przestał działać w czasie jazdy po płycie lotniska, a nie już w powietrzu.
Tak, jak zwykle podczas podróży, również jadąc na Wyspę Wielkanocną nie poczyniłam żadnych rezerwacji. Nie było to roztropne. Wysiadłam z samolotu wraz z tłumem turystów, głównie zorganizowanych grup. Wszyscy mieli zarezerwowane miejsca noclegowe i samochody, które ich odbierały z lotniska. Po jakichś trzydziestu minutach wszyscy zniknęli (dosłownie wszyscy, łącznie z obsługą lotniska). Odbiór turystów przebiegł nadzwyczaj sprawnie. Zostałam ja i jeden kierowca z kartką z francusko brzmiącym imieniem i nazwiskiem. Turysta się nie pojawił (a właściwie, jak się później okazało, pojawił się, tylko zabrał się do hotelu z jakąś grupą). "Zgarnęłam" zatem kierowcę, który pomógł mi również znaleźć nocleg. Jako że w hotelach po drodze ani tych wyszukanych w Lonely Planet miejsc nie było, kierowca zawiózł mnie do swojej kuzynki, która na niewielkiej działce kończyła budowę domków letniskowych. I tak wylądowałam w uroczym, drewnianym domku z kamienną podmurówką, pełnym małych, krzykliwych gekonów. Domku, co prawda, jeszcze nie wykończonym, ale łóżko było, a łazienka funkcjonowała. A gospodyni częstowała bananami, awokado oraz nieznanym mi słodkim, czerwonym owocem o gęstym miąższu. Czego chcieć więcej?
Ani kierowca, ani jego kuzynka po angielsku nie mówili, nadszedł więc moment sprawdzenia mojego hiszpańskiego. Hiszpański w moim wykonaniu jest prawdziwie żałosny, niemniej rozumiem ten język dość dobrze. A przynajmniej wystarczająco, żeby korzystać z usług hiszpańskojęzycznych przewodników. Rację mieli znajomi Portugalczycy, którzy powtarzali, że jak się człowiek nauczy portugalskiego, to zaczyna automatycznie rozumieć hiszpański, do tego trochę nauki samodzielnej plus jakiś krótki kurs, na który kiedyś chodziłam i jakoś dawałam radę. Z sympatycznym kierowcą uzgodniłam dobrą cenę za dwudniowe obwiezienie po wyspie i następnego dnia o świcie wyruszyłam szlakiem stanowisk archeologicznych.
Wyspa Wielkanocna uważana jest za najodleglejszy (jeden z najbardziej odizolowanych od świata zewnętrznego) zamieszkany zakątek świata. Jej pierwotna nazwa Te pito o te henua, najczęściej tłumaczona jako "pępek/środek świata", może jednak również oznaczać "koniec świata", i ta druga wersja chyba bardziej koresponduje z położeniem geograficznym owego miejsca. Nazwa Rapa Nui oznacza z kolei "Wielka Rapa". I podejrzewam, że "rapa" znaczy po prostu "wyspa". To słowo ma w nazwie też inna wyspa Polinezji (Rapa Iti) i podobno tak nazywa się język, jakim posługują się mieszkańcy Rapa Iti (jednak nie na Rapa Nui, tamtejszy lokalny język nazywa się rapanui).
Nazwę "Wyspa Wielkanocna" miejsce zawdzięcza holenderskiemu podróżnikowi Jakubowi Roggeveenowi, który "odkrył" ją w Niedzielę Wielkanocną w 1722 roku. Musiała zupełnie inaczej wyglądać w XVIII wieku... Porastała ją bujna roślinność w kolorze soczystej zieleni, kamienne posągi strzegły nadbrzeża wśród gęstej dżungli. Tak przynajmniej sobie to wyobrażam. Burzliwa historia sprawiła, że wyspa, przechodząc z rąk do rąk - tak państw, jak i kompanii handlowych - została właściwie zupełnie splądrowana i wyjałowiona; dziś nie rośnie tam prawie nic, ludzie w przydomowych ogródkach uprawiają bananowce, natomiast wyspa jest pokryta niską strzępiastą trawą, piaskiem i kamieniami, drzew jak na lekarstwo. Również rodowitych mieszkańców spotkały tragiczny los, choroby, niewolnictwo, ale i plemienne walki, w wyniku których najprawdopodobniej zniszczone i poprzewracane zostały kamienne posągi będące symbolem wyspy zwane moai.
Obecnie Wyspa Wielkanocna jest częścią Chile, administracyjnie wchodzi w skład regionu Valparaiso. Jej mieszkańcy nie zrezygnowali jednak z ambicji niepodległościowych. Na wyspie działa rodzaj parlamentu - zgromadzenia mieszkańców, na wielu domach w Hanga Roa wywieszone są tradycyjne flagi i transparenty na znak protestu przeciw rządowi chilijskiemu. Kiedy byłam na wyspie, akurat szykowano się do protestu - blokady dojazdu do najsłynniejszych moai i innych ważniejszych stanowisk archeologicznych, aby zwrócić uwagę zagranicznych turystów (a co za tym idzie, międzynarodowej opinii publicznej) na sytuację Rapa Nui. Odcięta od reszty świata, a jednocześnie tak wyjałowiona wyspa nie byłaby jednak samowystarczalna. Myślę, że bez wsparcia ze strony jakiegoś większego organizmu państwowego los mieszkańców mógłby się tylko pogorszyć. Mądra polityka zmierzająca do autonomii, być może uzyskania jakiego specjalnego międzynarodowego statusu (w końcu to niebagatelna część historycznego dziedzictwa Ziemi - istotna dla nas wszystkich), połączona z transferem zysków z turystyki dla rozwoju lokalnego, wydaje się tu rozsądniejszym rozwiązaniem niż tradycyjnie rozumiana niepodległość. Tak przynajmniej sądzę po odbyciu kilku rozmów na ten temat tak z mieszkańcami wyspy, jak i Chilijczykami.
A jak w ogóle wyspa została zaludniona? Na Oceanii mówią, że przez żeglarzy z Polinezji, Thor Heyerdal z kolei twierdził, że przez Indian z Ameryki Południowej (zresztą w spektakularny sposób dowiódł on prawdopodobieństwa takiego procesu, docierając do Oceanii z Peru na tratwie Kon-Tiki). Polinezyjczycy mieszkający na wyspie opowiadali mi natomiast, że ich przodkowie przybyli z Pacyfidy - odpowiednika Atlantydy, tyle że ulokowanej na Oceanie Spokojnym.
Moai stoją na brzegach wyspy, odwrócone plecami do oceanu (jest jeden wyjątek - przynajmniej obecnie). Być może wcześniej było ich więcej, również w głębi lądu, ale dziś zostało tylko jedno stanowisko z kilkoma figurami w środku wyspy, reszta posągów strzeże nadbrzeży. Do dziś dnia zachowało się ich ponad osiemset. Zadziwiły mnie. Przede wszystkim rozmachem - nie spodziewałam się, że są tak wielkie! Sama głowa była niekiedy wyższa ode mnie. Zauważyłam, że każdy ma inne rysy twarzy. To wydaje się potwierdzać hipotezę, że wykuwano je na część zmarłych - choć najprawdopodobniej nie były nagrobkami, ale rodzajem pomników. Ciała kremowano.
Posągi stały na prostokątnych platformach zbudowanych z ociosanych kamieni, jakby ołtarzach, zwanych ahu, zwieńczenie figur stanowiły pukao - czyli walcowate nakrycia głowy, wykonane z czerwonawego kamienia wulkanicznego. Przypuszczalnie posągi były malowane. To trochę jak z greckimi figurami - dziś Antyk kojarzy nam się z dostojną bielą, ale pamiętać należy, że rzeźby zwykle barwiono (musiało to wyglądać, swoją drogą, dość kiczowato jak na dzisiejsze standardy).
Posągi powstały około XI-XV wieku naszej ery. Wiem, że to dość duży rozrzut czasowy, ale różne informacje podawane są w publikacjach, a na wyspie mówiono mi, że powstały około roku 1000 n.e. Mierzyły kilka metrów, największy znaleziony, acz nieukończony, miał mieć ponad dwadzieścia metrów. Proporcjonalnie dużo ważą - po kilkadziesiąt ton. Wykuwano je w kamieniołomie położonym w kraterze wygasłego wulkanu Rano Raraku. Tam też dziś podziwiać można kilkadziesiąt moai, wyglądających jakby były rozrzucone po całym terenie. Jedne są gotowe do transportu, inne przewrócono po drodze, niektóre stoją krzywo wkopane w ziemię. Jest też zadbana ścieżka turystyczna, przy której zostały ustawione (przypuszczam, że jedne z najlepiej zachowanych) moai; w kraterze znajduje się też figura niedokończona, która z kolei wygląda, jakby spała w skalnej grocie. W kraterze spędziłam kilka godzin, wraz z moim kierowcą-przewodnikiem, który zaprowadził mnie nie tylko na oczywiste szlaki turystyczne, ale pokazał mi też moai bardziej ukryte, na górze pokrytej wysoką trawą wewnętrznej strony wulkanu. Stamtąd mogłam zobaczyć panoramę tego niezwykłego miejsca. Poprzewracane figury są rozsiane na zboczach góry - sprawia to wrażenie, jakby nagle "fabryka" moai została opuszczona, a całość zastygła w czasie.
Kiedy ogłosiłam przyjaciołom, że wybieram się na Wyspę Wielkanocną, kazali mi sprawdzić, jak posągi były transportowane i czy potrzebna do tego była ingerencja kosmitów. To, rzecz jasna, żarty, ale w dość niespodziewany sposób wpadłam na moją własną hipotezę dotyczącą przemieszczania posągów.
Jakiś czas temu przeczytałam, że naukowcy przeprowadzili eksperyment, w wyniku którego orzekli, że posągi transportowane były w pozycji pionowej, za pomocą lin, przenosząc ciężar z jednej strony na drugą, co wyglądało trochę jakby kroczyły. Wydaje mi się to zbyt skomplikowane. Sądzę raczej, że były toczone na balach drewna (pamiętajmy, że w tamtym czasie teren porastał las). Dodatkowo, wyspa ma pewne specyficzne właściwości - nie wiem, czy to zaburzenia pola magnetycznego, a może anomalie grawitacji, ale w niektórych miejscach przedmioty same toczą się pod górę. Podobno nie tylko obiekty metalowe i podobno tych miejsc jest kilka. Sama tego doświadczyłam, kiedy samochód, zostawiony na luzie, zaczął samoistnie wjeżdżać pod górę.
Posągi były wykuwane w skale, w wygasłym kraterze wulkanu, więc materiał musiał być bogaty w minerały, może i żelazo, które pasowałoby do mojej teorii. Mieszkańcy być może mieli rodzaj "mapy" szlaków, na których mogło im pomagać pole magnetyczne, i w ten sposób łatwiej toczono posągi, na drewnianych balach lub kamiennych kołach. Taką mam hipotezę, niczym niepotwierdzoną, rzecz jasna, bo jakież badania można przeprowadzić w ciągu pięciu dni? Pamiętacie, jak wykombinowałam, skąd wzięła się nazwa Indonezja? Bardzo prawdopodobne, że i tym razem się mylę. Ale przyznajcie, że moja teoria - pod względem prawdopodobieństwa - leży gdzieś pomiędzy pomocą ze strony kosmitów lub kuzynów z Pacyfidy a transportem za pomocą sznurów przetestowanym przez archeologów.
Tajemnice Wyspy Wielkanocnej pobudzają wyobraźnię. Eksperymenty ze znalezionym tam antybiotykiem rapamycyną (z bakterii znalezionych w glebie na Rapa Nui) pokazują, że substancja wydłuża życia ssaków. Nie dość, że Wyspa dała nam najwyraźniej eliksir młodości, to jeszcze znajduje się na niej punkt kumulujący kosmiczną energię. Jest to owalny kamień uważany przez mieszkańców za środek świata (a być może nawet Wszechświata), który otaczają cztery okrągłe, wypolerowane kamienie. Miejsce to, położone obok ahu Te Pito Kura (co oznacza "środek światła"), uważane było nie tylko za środek świata, ale i za święte, przyciągające kosmiczną energię, którą - jak mi tłumaczono - do dziś czuć, kiedy dotknie się głównego kamienia. Byłam, widziałam, dotknęłam, żadnej energii nie poczułam, za wyjątkiem tego, że kamień był po prostu nagrzany od słońca. Kamień musi mieć jednak właściwości magnetyczne, bo położony na nim kompas dosłownie wariuje i nie wskazuje północy. Miejscowi głęboko wierzą, że z kamienia płynie magiczna moc, między innymi zwiększająca... płodność kobiet. Należy położyć ręce na kamieniu i ciąża gwarantowana. Cóż, o wierzeniach się nie dyskutuje.
Nieopodal znajduje się mała grota, może wysokości 1,40 metra, głębokości ze dwa metry, do której trzeba było się wspiąć po dość stromych kamieniach. Kiedy tam weszliśmy z przewodnikiem, ten zapytał, jak sądzę, jakie było przeznaczenie tego miejsca. Od razu wysnułam teorię, że to był punkt obserwacyjny na ocean. Otóż nie, to była... porodówka! Wchodziły tam kobiety, kiedy zaczynały rodzić. Z kolei kilka metrów obok, na wysuniętej skale, palono ciała zmarłych. Cykl życia i śmierci otwierał i zamykał się właściwie w jednym miejscu.
Nie mniej tajemnicze niż tamtejsze zwyczaje i posągi moai jest rongo-rongo, czyli pismo, którym posługiwali się mieszkańcy. Było zarezerwowane dla elit, więc de facto znała je pewnie garstka ludzi, i być może to jedna z przyczyn, dla których do dziś nie udało się go odczytać. Wydaje się, że składało się ze znaków być może symbolizujących dźwięki (litery?) oraz piktogramów przedstawiających zwierzęta lub zwierzęto-podobne stwory, wśród nich człowieka-ptaka, bóstwa otaczanego na Rapa Nui kultem. Jego podobiznę znaleźć można również na petroglifach rozsianych na wyspie.
Moai nad brzegiem Pacyfiku
Krater wygasłego wulkanu Rano Raraku - tu wykuwano w skale posągi
Pierwszą linię rongo-rongo czytało się od lewej dolnej strony drewnianej tabliczki do prawej, następnie tabliczkę się odwracało i kolejną linię odczytywano od prawej do lewej. Na taką informację natrafiłam w British Museum, w którego zbiorach znajduje się jedna z niewielu zachowanych do dziś tablic z tym tajemniczym pismem. Nie znaleziono dotychczas jednak dla rongo-rongo "kamienia z Rossety" - brak punktu odniesienia umożliwiającego odszyfrowanie znaczenia. Jeśli jednak Wyspa Wielkanocna zasiedlona została przez mieszkańców Ameryki Południowej, to być może pewnego dnia właśnie tam zostanie odnaleziony klucz do odczytania rongo-rongo.
Właściwie wszystkie wątki związane z historią wyspy owiane są tajemnicą. Całe dnie zwiedzałam stanowiska archeologiczne, oglądając kolejne ahu i moai z rosnącym zachwytem i refleksją, że Wyspa Wielkanocna to intrygujące świadectwo ludzkiej historii. A wspaniałości tej planety, które dane mi jest zobaczyć, sprawiają, że każdy, nawet najbardziej szary, zwyczajny dzień nabiera sensu, gdyż jest tylko krokiem na drodze - drodze do Angkor Wat, do zatoki Ha Long, dżungli Borneo czy na Rapa Nui.
***
Po pięciu dniach na Wyspie Wielkanocnej wróciłam do Santiago. Wracałam z żalem i poczuciem niedosytu. Każda chwila na Rapa Nui była chwilą perfekcyjną. Tak bardzo nie chciałam wracać, że szalejący huragan i zepsuty samolot przyjęłam jako dobrodziejstwo losu. Zresztą, gdybym wróciła zgodnie z pierwotnym planem, pewnie nie zaczęłabym czytać Conrada.
Wysiadłam po ponad pięciogodzinnym locie w stolicy Chile. Wśród tłumu pasażerów przemierzających halę przylotów zwróciłam uwagę na pewnego mężczyznę. Na oko w moim wieku, z plecakiem, wysportowana sylwetka, intrygująca twarz, mądre spojrzenie. No ale cóż, na lotniskach jest mnóstwo ludzi, statystycznie zdarzają się i interesujący. Poczekałam na swój bagaż i ruszyłam w stronę wyjścia. Na lotnisku w Santiago alternatywą dla taksówek i transportu publicznego są między innymi busy, które zabierają po kilku pasażerów i rozwożą pod wskazane adresy. Opcja wygodna, a i racjonalna kosztowo. Wsiadłam do busa, podałam adres hotelu, w którym zatrzymywałam się już w Santiago. Nagle pojawił się ów mężczyzna, na którego zwróciłam uwagę chwilę wcześniej. I to już byłby miły zbieg okoliczności, ale kiedy podał kierowcy adres, ten zaczął się śmiać i pokazał na mnie:
- No proszę, jedziecie w to samo miejsce!
Nie rozmawialiśmy w drodze. Nie rozmawialiśmy nawet, kiedy znajomy już recepcjonista powitał mnie, mrugając porozumiewawczo: - O widzę, że z Wyspy Wielkanocnej przywiozłaś towarzystwo.
Zaprotestowałam energicznie, tłumacząc, że to tylko przypadek, że wchodzimy z tym panem razem. Zameldowałam się i poszłam do pokoju. Pod wieczór zeszłam na patio. Siedział tam i palił papierosa. Przywitałam się skinieniem głowy, usiadłam przy drugim stoliku, zapaliłam. Za plecami usłyszałam: - Mówisz po hiszpańsku?
Na samym początku mojej "kariery" zawodowej zajmowałam się pisaniem horoskopów. Nie przyznawałam się do tego później - aż do chwili, kiedy dowiedziałam się, że jeden z moich autorytetów literackich, jedyny w swoim rodzaju Hunter S. Thompson, również od tego zaczynał. Wtedy pomyślałam, że większość z nas nie przy budowaniu Rzymu startuje i może te horoskopy to żadna ujma. Rzecz jasna, nie mam tu na myśli jakichkolwiek "poważnych" przepowiedni opartych na astrologicznych przesłankach (swoją drogą, czy "poważny horoskop" to nie oksymoron?), ale pisania tego, co ślina na język przyniesie.
"Byku, w tym tygodniu miej się na baczności. Ktoś może chcieć pokrzyżować Twoje plany, knuć intrygi za Twoimi plecami. Wyjdziesz z tej sytuacji obronną ręką, o ile zachowasz zimną krew i pogodę ducha. W mroźne dni pamiętaj o owocach bogatych w witaminę C - o przeziębienie nietrudno! W drugiej połowie miesiąca zawrzesz ciekawą znajomość".
Ładnie, nieprawdaż? I, co najważniejsze, prawdziwe. Skoro już się na tym nie znałam, a wiedziałam, że niektórzy biorą ten szajs na poważnie - mimo że wyraźnie zaznaczaliśmy, że to przepowiednie z przymrużeniem oka - starałam się wymyślać takie rzeczy, które będą prawdziwe. No bo czyż w mroźne dni nie warto pamiętać o witaminie C albo czy nie warto mieć się na baczności? Zawsze warto mieć się na baczności i nie zapominać o owocach w diecie, a każda znajomość może być uznana za ciekawą (tu można było się nawet pokusić o bardziej szczegółowe umiejscowienie w czasie, żeby uwiarygodnić przekaz). Pamiętajcie o tym, czytając te wszystkie brednie w kolorowych czasopismach.
A skoro już jesteśmy w harrypotterowo-abrakadabrowo--magicznym klimacie... Wróżono Wam kiedyś? Mnie tak. Robiły to osoby mocno przekonane o możliwości odczytania prawdy objawionej na przykład z układu linii papilarnych.
- Nie, naprawdę, dajżesz spokój. Obejrzyj sobie własną rękę! - burknęłam, gdy usłyszałam propozycję.
- Pokaż, uczyła mnie tego babcia, to są ważne wskazówki - powiedział stanowczo i poważnie.
- Wskazówki do czego, przepraszam?
Doktor literatury z Kalifornii, który wytatuował sobie cytat z wiersza francuskiego poety, paznokcie malował ciemnymi, matowymi lakierami i używał więcej make-upu niż ja, a także miał obsesję na punkcie fryzury (to akurat, jak wynika z moich obserwacji, częsta cecha u Amerykanów). Publikował artykuły w prestiżowych magazynach literaturoznawczych. Ekscentryk.
To była wyjątkowo chłodna wiosna w Warszawie.
- Weź mój szalik, zimno na zewnątrz - powiedziałam.
- Nie ma mowy, nie założę babskiego szalika. I tak wyglądam nietypowo. Jak założę twój szalik, wszyscy pomyślą, że jestem gejem.
"Yeah, right. Bo bez tego szalika nikomu to nie przejdzie przez myśl..." Chociaż teraz, po latach myślę, że obecnie uchodziłby po prostu za hipstera. Swoją drogą - zwracam się tu do młodszych czytelników - "hipster" to nie jest określenie wynalezione w XXI wieku. Przeczytajcie Skowyt.
Ale znowu mocno odbiegam od tematu, którym przecież były wróżby, gusła i inne zabobony.
Zobaczył moją rękę i zmienił się na twarzy.
- Czy mogę ci to powiedzieć? - zapytał, tajemniczo zawieszając głos.
- Jasne. Wal śmiało. I tak w te głupoty nie wierzę.
- A zatem... no... umrzesz szybko.
Po czym roztoczył przede mną wizję, jak to moje życie skończy się dużo wcześniej, niż powinno w wyniku jakiegoś spektakularnego wydarzenia - a to wypadku, a to innej cegły spadającej na głowę. Może poślizgnę się na oleju słonecznikowym? Taki żarcik. Biorąc pod uwagę moje wszystkie przygody: jakby ktoś tam na górze planował mnie wykończyć, miałby już ku temu tysiąc okazji. Poza tym, jak kiedyś przeczytałam, życie mierzy się intensywnością, z jaką je przeżywamy. Czas jest relatywny. Tak sprawę ujmując, mam już jakieś dwieście lat.
Innym razem znajoma postanowiła opowiedzieć mi o mojej przyszłości. Było to w przeddzień mojego służbowego wyjazdu za granicę.
- Czeka cię podróż - ogłosiła, powołując się przy tym na układy gwiazd, moją datę urodzenia i inne galaktyczne moce.
- No, kochana, przekonałaś mnie do horoskopów. Zaiste, czeka mnie podróż. Właśnie wyjeżdżam do Brukseli - odparłam z uśmiechem.
- Nie, nie chodzi mi o ten wyjazd. Czekają cię podróże, nie jedna, bardzo odległe. Po prostu będziesz podróżować. To twoja przyszłość.
Treść tylko w pełnej wersji książki.