Inverness, 9 maja 1968 roku
Na chodnikach mostu łączącego brzegi rzekiNess panował duży ruch, wszyscy spieszyli do domuna podwieczorek. Tuż przede mną szedł Roger. Dziękijego szerokim ramionom nie byłam szturchana przeztłoczących się wokół ludzi.
Moje serce tłukło w sztywne okładki książki,którą mocno przyciskałam do piersi za każdym razem,gdy przystawałam, żeby się zastanowić, co my taknaprawdę robimy. Sama już nie wiedziałam, która z dwóch możliwości wydawała mi się gorsza: czy ta, żeJamie zginął pod Culloden, czy że przeżył wojnę.
Byliśmy coraz bliżej plebanii. Każdy kolejnykrok dudnił głucho na moście. Pod naszymi stopamirozwierała się próżnia. Ramiona rozbolały mnieod ciężaru niesionych tomów; co chwila przesuwałamje z jednej strony na drugą.
- Psiakrew! Uważaj, jak jedziesz, człowieku! -wrzasnął Roger i zręcznie odsunął mnie na bok, gdyjakiś robotnik na rowerze, torując sobie drogęwśród tłumu przechodniów, omal nie wypchnął mnie zaporęcz mostu.
- Przepraszam! - odkrzyknął rowerzystaze skruchą i dał nura między wracające ze szkołydzieciaki. Obejrzałam się, żeby sprawdzić, czyprzypadkiem nie pojawiła się Brianna, ale nigdzie niebyło jej widać.
Roger i ja spędziliśmy całe popołudnie w Towarzystwie Opieki nad Zabytkami. Brianna poszłado biura przechowującego dokumenty dotyczącegórskich klanów, aby odebrać kserokopie materiałówwyszperanych przez Rogera.
- To miło z twojej strony, że zadałeś sobietyle trudu, Rogerze - powiedziałam podniesionymgłosem, żeby przekrzyczeć dudnienie mostu i szumrzeki.
- Nie zrobiłem przecież nic takiego - odparłnieco zakłopotany i przystanął, żebym mogłazrównać z nim krok. - A wszystko z ciekawości -dodał z uśmiechem. - Znasz historyków: nie potrafiązostawić niewyjaśnionej zagadki. - Potrząsnąłgłową. Usiłował odrzucić do tyłu włosy, którewiatr zwiał mu na oczy.
Owszem, znałam historyków. Nawet żyłam z jednymprzez dwadzieścia lat. Frank też nie chciał zostawić tejkonkretnej zagadki bez wyjaśnienia. Tyle tylko, żenie miał również ochoty na jej zgłębianie. Ale od dwóchlat nie żył, nadeszła więc moja kolej - i Brianny.
- Czy doktor Linklater już się odezwał? -spytałam, gdy mijaliśmy filar mostu. Było późnepopołudnie, lecz słońce stało jeszcze wysoko naniebie. Spoza liści lip rosnących na brzegu rzekioświetlało różowym blaskiem pusty granitowygrobowiec usytuowany tuż pod mostem.
Roger potrząsnął głową i zmrużył oczy przedwiatrem.
- Jeszcze nie, ale to dopiero tydzień, gdydo niego napisałem. Jeśli nie odezwie się doponiedziałku, zatelefonuję. Nic się nie martw- uśmiechnął się do mnie krzywo - wyrażałem siębardzo oględnie. Stwierdziłem tylko, że potrzebujęlisty jakobickich oficerów, którzy zaraz po bitwiepod Culloden znaleźli się w posiadłości Leanach. I spytałem, czy dysponujemy informacjami na tematmężczyzny ocalonego przed egzekucją. Prosiłem,żeby mi podał oryginalne źródła.
- Znasz Linklatera? - spytałam. Znówprzesunęłam ciężar niesionych książek bardziej nabiodro, aby odciążyć lewą rękę.
- Nie, ale użyłem papieru firmowegoBalliol College i wspomniałem o moim opiekunie zestudiów, panu Cheesewright, który zna Linklateraosobiście. - Roger mrugnął uspokajająco, a jasię roześmiałam.
Jego oczy, lśniące przejrzystą zielenią,kontrastowały ze śniadą cerą. Chęć pomocyw odtworzeniu losów Jamiego Roger tłumaczyłciekawością historyka, ale w pełni zdawałam sobiesprawę, że jego zainteresowanie sięgało znaczniegłębiej, w kierunku Brianny. Wiedziałam, że mojejcórce on również nie jest obojętny. Pytanie tylko,czy on zdawał sobie z tego sprawę.
Gdy już znaleźliśmy się w gabinecie świętejpamięci wielebnego Wakefielda, z ulgą rzuciłamksiążki na stół. Sama padłam na bujany fotel stojącyprzed kominkiem. Roger przyniósł mi z kuchni szklankęlemoniady.
Oddech się wyrównał, gdy piłam cierpko-słodkinapój, tętno natomiast znacznie przyspieszyło,gdy spojrzałam na imponujący stos przytaszczonychtomów. Czy nazwisko Jamiego figurowało na jednejz setek stron? Jeśli tak... dłonie trzymające zimnąszklankę raptem zwilgotniały. Zdławiłam tę myślw zarodku. Nie wybiegaj zbyt daleko w przyszłość,ostrzegłam się w duchu. Lepiej poczekać i zobaczyć,na czym stoimy.
Roger przeglądał książki na półkach w gabinecie. Wielebny Wakefield był całkiem dobrymhistorykiem amatorem, a poza tym nigdy niczego niewyrzucał. Listy, czasopisma, broszury, periodykifachowe, stare wydania i współczesne edycje,upchnięte byle jak, zalegały wszystkie półki.
Roger zawahał się. Po chwili jego rękazawisła nad stosem książek ułożonych na pobliskimstoliku. Były autorstwa Franka. Niezłe osiągnięcie,sądząc z pochwał drukowanych na zakurzonychobwolutach.
- Czytałaś to? - spytał Roger. Podniósł tomzatytułowany Jakobici.
- Nie - odparłam. Wlałam do ust ostatniłyk lemoniady i zakrztusiłam się. - Nie -powtórzyłam. - Nie mogłam. - Po powrociedo współczesności stanowczo odmówiłamzajmowania się materiałami dotyczącymihistorii Szkocji, mimo że Frank specjalizował się w badaniach osiemnastego wieku. Przekonana o śmierciJamiego, zmuszona do życia bez niego, unikałamwszystkiego, co mogłoby mi go przypominać. Próżnywysiłek, nie było sposobu usunięcia z myślirudowłosego Szkota, skoro samo istnienie Briannybudziło o nim wspomnienia. Mimo to nie mogłam czytaćksiążek o niewiele wartym Pięknym Księciu i jegozwolennikach.
- Rozumiem. Myślałem tylko, że może sięorientujesz, czy jest sens szukać w tej monografii... czymamy szanse natknąć się tutaj na jakąś użytecznąwskazówkę. - Urwał, jego twarz pokryła się ciemnymrumieńcem. - Czy... czy twój mąż... mam na myśli Franka -dodał pospiesznie... - czy powiedziałaś mu... o... -Głos ścichł zdławiony zakłopotaniem.
- Oczywiście, że tak - odparłam odrobinęza ostro. - A co sobie wyobrażasz? Że po trzech latachnieobecności weszłam tak po prostu do jego biura i spokojnie oświadczyłam: "Cześć, kochanie, co byśzjadł dzisiaj na kolację"?
- Nie, oczywiście, że nie -wymamrotał. Odwrócił się do mnie tyłem. Wzrok wciążmiał utkwiony w półkach z książkami.
- Przepraszam - powiedziałam i zrobiłamgłęboki wdech. - Miałeś prawo zapytać. Chodzitylko o to, że... ta rana jest wciąż świeża. - Samabyłam zdumiona i przerażona, gdy się przekonałam,jak bardzo jeszcze krwawiła. Postawiłam szklankę nastole, tuż przy łokciu. Jeśli nadal będziemy drążyćten temat, z pewnością przyda mi się coś mocniejszegood lemoniady.
- Tak, powiedziałam mu o wszystkim. O kamiennymkręgu... o Jamiem... Wszystko.
Przez chwilę Roger milczał. Potem zrobił półobrotu, tak że uwidoczniły się tylko linie jegoprofilu. Nie patrzył na mnie, lecz w dół, na stos książek,na zamieszczoną na obwolucie fotografię Franka:szczupłego, ciemnowłosego i przystojnego,uśmiechającego się dla potomności.
- Uwierzył? - spytał cicho. Wargi lepiłymi się od lemoniady. Oblizałam je starannie, zanimodpowiedziałam.
- Nie. Początkowo nie. Myślał, żeoszalałam. Odesłał mnie nawet do psychiatry. -Roześmiałam się krótko. Na samo wspomnieniejeszcze dzisiaj pięści same zaciskały mi się z wściekłości.
- No, a potem? - Roger zwrócił się twarzą domnie. Rumieniec zniknął już niemal zupełnie, tylko w oczach pozostał błysk ciekawości. - Co myślał?
Zaczerpnęłam powietrza i zamknęłam oczy.
- Nie mam pojęcia.
Malutki szpitalik w Inverness rozsiewał obcezapachy, głównie kwasu karbolowego jako środkadezynfekcyjnego oraz krochmalu.
Nie mogłam myśleć i starałam się nicnie czuć. Powrót okazał się znacznie bardziejprzerażający niż wyprawa w przeszłość. Wtedyotaczała mnie ochronna warstwa wątpliwościi niewiary w to, gdzie się znajdowałam i czego doświadczałam. Ponadto żyła we mnieniegasnąca nadzieja ucieczki. Teraz aż zbyt dobrzesię orientowałam, gdzie jestem, i wiedziałam, że niemam dokąd uciekać. Jamie nie żył.
Lekarze i pielęgniarki przemawiali do mniełagodnie, karmili i poili, ale ja byłam wypełnionarozpaczą i przerażeniem; na nic innego nie starczałojuż miejsca.
Powiedziałam im, jak się nazywam, gdy o tozapytali, ale potem nie odezwałam się ani słowem.
Z zamkniętymi oczyma leżałam w czystym, białymłóżku i osłaniałam dłońmi brzuch. Wciąż na nowoprzywoływałam z pamięci obrazy, które widziałamtuż przed wstąpieniem w kamienny krąg: tonące w deszczu wrzosowiska i twarz Jamiego. Wiedziałam,że gdy zbyt długo będę się przyglądać obecnemuotoczeniu, wywołane obrazy zblakną i zacznązanikać, zostaną wyparte przez scenki zaczerpniętez rzeczywistości: krzątające się pielęgniarki,wazon z kwiatami przy łóżku. W tajemnicy przed innymiprzyciskałam palcem nasadę kciuka. Czerpałampociechę z dotykania niewielkiej ranki, nacięciaw kształcie litery J. Zrobił je Jamie na moją prośbę:wtedy po raz ostatni mnie dotykał.
Czasami śniłam o kilku ostatnich dniachpowstania jakobitów. Wciąż na nowo stawał mi przedoczami mężczyzna w lesie - spał snem wiecznym podprzykryciem z niebieskawej pleśni. Albo DonaldMacKenzie - umierał na gołych deskach strychu w Culloden. Widziałam obszarpanych żołnierzy z armii górali. Odpoczywali w błotnistych rowach:po raz ostatni przed rzezią.
Budziłam się z krzykiem, a wtedy w nozdrza uderzałzapach środków dezynfekcyjnych, ktoś wypowiadałuspokajające słowa. Nic nie rozumiał, bo w moichuszach rozbrzmiewały gaelickie okrzyki z majaków. Pochwili znów ściskałam malutką rankę u nasady kciukai zapadłam w sen.
W pewnym momencie otworzyłam oczy i ujrzałam przedsobą Franka. Stał w drzwiach, jedną ręką przygładzałwłosy. Nie bardzo wiedział, co ma ze sobą zrobić. Trudnosię biedakowi dziwić.
Leżałam oparta o poduszki i bez słowago obserwowałam. Miał delikatne, czyste,arystokratyczne rysy i kształtną głowę z masąprostych, ciemnych włosów. Był bardzo podobny do swoichprzodków, Jacka i Aleksa Randallów. A jednak się odnich różnił, czymś nieokreślonym, co wykraczałopoza różnice w uformowaniu nosa czy ust. W jegorysach nie znalazłam śladu lęku i bezwzględności,uduchowienia Aleksa czy lodowatej arogancjiJacka. Szczupła twarz Franka była inteligentna i miła, trochę zmęczona, z lekkim zarostem i ciemnymikręgami pod oczyma. Bez wątpienia jechał całą noc,żeby się tutaj dostać.
- Claire? - Podszedł do łóżka. Odezwał się z wahaniem, jakby nie był pewien, czy to naprawdę ja.
Sama nie byłam tego pewna, ale kiwnęłamtwierdząco głową.
- Cześć, Frank - powiedziałam szorstko i chrypliwie, jakbym odwykła od mówienia.
Ujął moją dłoń, a ja mu na to pozwoliłam.
- Czy wszystko... w porządku? - spytał pochwili. Patrzył na mnie, marszcząc czoło.
- Spodziewam się dziecka. - W moimwzburzonym umyśle ta kwestia miała pierwszorzędneznaczenie. Nie zastanawiałam się, co powiemFrankowi, gdy go znów zobaczę, lecz słowa same siępojawiły. Poinformuję go o ciąży, on odejdzie,a ja zostanę z ostatnim wspomnieniem Jamiego oraz jegopalącego dotyku na moim ciele.
Frank ściągnął lekko twarz, ale nie wypuścił mojejdłoni z uścisku.
- Wiem. Już słyszałem. - Nabrał powietrza,zrobił długi wydech. - Claire... czy możesz mipowiedzieć, co się z tobą działo?
W głowie miałam kompletną pustkę. Wzruszyłamramionami.
- Myślę, że tak - odparłam. Z trudemzbierałam myśli. Nie chciałam o niczym mówić, aleczułam, że siedzący obok mnie mężczyzna ma prawo znaćprawdę. Nie kierowało mną poczucie winy, przynajmniejna razie, jednak sumienie podpowiadało, że ciążyna mnie obowiązek wyjaśnień. Ostatecznie byłam jegożoną.
- No więc... - zaczęłam - zakochałam się w kimś innym i... poślubiłam tego mężczyznę. Przykromi - dodałam, gdy na twarzy męża pojawił sięwyraz zaskoczenia i szoku. - Nic nie mogłam na toporadzić.
Tego się nie spodziewał. Otwierał i zamykał usta,a rękę ściskał mi tak mocno, że z jękim wyszarpnęłamją z jego dłoni.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - spytał ostrymgłosem. - Gdzie byłaś, Claire? - Poderwał się nanogi i patrzył na mnie z góry.
- Nie wiem, czy pamiętasz, ale kiedy widzieliśmysię po raz ostatni, wybierałam się do kamiennego kręguna Craigh na Dun.
- Tak? - Wyraz jego twarzy oscylował międzygniewem a podejrzliwością.
- No więc - oblizałam wargi, które zrobiłysię całkiem suche - szczeliną przedostałam się dokamiennego kręgu i raptem znalazłam się w tysiącsiedemset czterdziestym trzecim roku.
- Nie żartuj sobie, Claire!
- Uważasz, że się wygłupiam? - Ta myśl wydałami się tak absurdalna, że zaczęłam się śmiać, chociażdo dobrego humoru było mi bardzo daleko.
- Przestań!
Umilkłam. Jak za dotknięciem czarodziejskiejróżdżki w progu pojawiły się dwiepielęgniarki. Musiały się kręcić po korytarzu w pobliżu drzwi. Frank chwycił mnie za ramię.
- Posłuchaj - wycedził przez zęby. - Jeszczemi powiesz, gdzie byłaś i co robiłaś! Przekonaszsię!
- Właśnie ci mówię! Puść! - Usiadłam i wyszarpnęłam rękę z jego uścisku. - Przeszłamprzez kamienie i cofnęłam się o dwieście lat. Nawetspotkałam twojego krwawego przodka, JackaRandalla!
Frank zamrugał, całkowicie zaskoczony.
- Kogo?
- Czarnego Jacka Randalla. Był żądnym krwi,obrzydliwym, plugawym zboczeńcem!
Frank i pielęgniarki patrzyli na mnie z otwartymiustami. W korytarzu dał się słyszeć odgłos krokówi ożywionych rozmów.
- Musiałam poślubić Jamiego Frasera, żebyuciec Jackowi Randallowi, ale potem... pokochałamJamiego i zostałabym tam z nim, gdybym tylko mogła. Onjednak odesłał mnie z powrotem z powodu Culloden i dziecka, i... - urwałam, gdy mężczyzna w lekarskimfartuchu przepchnął się obok pielęgniarek przezdrzwi.
- Frank, przykro mi - dodałamzmęczonym głosem. - Nie chciałam, żeby tak sięstało. Próbowałam wrócić. Naprawdę. Ale niezdołałam. A teraz jest za późno.
Wbrew mojej woli łzy zaczęły mi sięzbierać pod powiekami i powoli ściekać popoliczkach. Płakałam trochę nad Jamiem i nad sobą,trochę nad dzieckiem, ale część łez poświęciłam takżeFrankowi. Pociągałam nosem, zaciskałam zęby,byle tylko nie wybuchnąć płaczem.
- Posłuchaj - odezwałam się. - Wiem, że teraznie będziesz chciał mieć ze mną nic wspólnego, i wcale cięza to nie winię. Tylko... tylko idź już sobie, dobrze?
Zmienił się na twarzy. Cały gniewwyparował, zostało przygnębienie i trochęciekawości. Przysiadł na brzegu łóżka, ignorująclekarza, który mierzył mi puls.
- Nigdzie się nie wybieram - oświadczyłłagodnie. Znów wziął mnie za rękę, chociażusiłowałam temu przeszkodzić. - Kim byłten... Jamie?
Zrobiłam głęboki, spazmatyczny wdech. Lekarzdelikatnie trzymał mnie za nadgarstek drugiejręki. Nadal próbował zmierzyć mi puls, a ja czułam sięabsurdalnie przerażona, jakby mnie właśnie branodo niewoli. Zdławiłam to uczucie i postarałam sięmówić spokojnie.
- James Aleksander Malcolm MacKenzie Fraser- oznajmiłam formalnie, oddzielając od siebieposzczególne wyrazy. W taki właśnie sposób Jamiepo raz pierwszy w dniu naszego ślubu oficjalnie mi sięprzedstawił pełnym imieniem i nazwiskiem. Wspomnieniewywołało nowy strumień łez. Otarłam je ramieniem,bo obie ręce miałam zajęte.
- Był góralem, zginął pod Culloden. - Nicnie pomagało, znowu płakałam. Łzy nie uśmierzałypoczucia dojmującej straty i nie tłumiły rozpaczy,ale po prostu stanowiły jedyną dostępną mireakcję na ból, którego w przeciwnym razie bym niezniosła. Pochyliłam się lekko. Próbowałamchoć trochę wyciszyć cierpienie. Z całejsiły skoncentrowałam się na życiu, któreniepostrzeżenie rozwijało się w moim brzuchu:jedyna spuścizna po Jamiem Fraserze.
Frank i lekarz wymienili spojrzenia. Oczywiściedla nich bitwa pod Culloden to jedynie fragment dośćodległej przeszłości. Dla mnie - wydarzeniezaledwie sprzed dwóch dni.
- Chyba powinniśmy dać pani Randall chwilęodpoczynku - zasugerował doktor. - Wydaje sięmocno przygnębiona.
Frank przeniósł niepewne spojrzenie z lekarzana mnie.
- Cóż, z całą pewnością. Ale ja naprawdęchcę wiedzieć... o co tu chodzi, Claire. - Głaszczącmnie po ręku, natknął się na srebrną obrączkę napalcu serdecznym prawej ręki. Schylił głowę, żebyją dokładnie obejrzeć. Był to klejnocik ofiarowanymi przez Jamiego w prezencie ślubnym: szeroka srebrnawstążka utworzona ze splecionych w szkocki wzór pasm,z delikatnie grawerowanymi, stylizowanymikwiatami ostu na łączeniach.
- Nie! - krzyknęłam w panice, gdy Frankspróbował zdjąć mi obrączkę. Wyrwałam rękę i zwiniętą pięść przytuliłam do brzucha poniżejbiustu. Osłoniłam pierścień lewą dłonią, na którejwciąż widniał złoty krążek ofiarowany mi przezFranka w dniu ślubu. - Nie, nie możesz mi jej zabrać,nie pozwolę! To moja ślubna obrączka!
- Ale posłuchaj, Claire... - wtrąciłsię lekarz. Przeszedł na drugą stronę łóżka i pochylony szeptał coś do ucha mojemu pierwszemumężowi. Wychwyciłam tylko kilka słów: "...nieniepokoić żony akurat teraz. Szok...". RaptemFrank zerwał się na równe nogi i na bardzo stanowczeżądanie lekarza opuścił pokój. Jednocześniedoktor dał głową sygnał jednej z pielęgniarek.
Ledwie poczułam ukłucie igły. Byłam takpogrążona w świeżej fali rozpaczy, że na nic niezwracałam uwagi. Jak przez mgłę doszły mnie pożegnalnesłowa Franka:
- W porządku... ale, pamiętaj, Claire, i tak sięwszystkiego dowiem!
Potem otoczyła mnie błogosławionaciemność. Spałam bardzo długo, bez snów.
Roger przechylił karafkę i szczodrą rękąnalał trunku do szklanki. Z półuśmiechem wręczyłnaczynie Claire.
- Babcia Fiony zawsze twierdziła, że whisky jestdobra na wszystko.
- Widywałam gorsze środki. - Claire wzięłaszklaneczkę i odpowiedziała mu również lekkimuśmiechem.
Roger nalał także sobie. Usiadł obok Claire i powoli sączył alkohol.
- Próbowałam się go pozbyć - oświadczyłaznienacka. - To znaczy Franka. Powiedziałam, że nigdynie zrozumie moich odczuć, bez względu na to, co w jegomniemaniu naprawdę się zdarzyło. Oświadczyłam,że dam mu rozwód, że musi odejść i zapomnieć o mnie... żepowinien kontynuować życie, które zaczął budowaćbeze mnie.
- Jednak tego nie zrobił - zauważyłRoger. Pochylił się, żeby zapalić stary elektrycznykominek. Teraz, gdy słońce już zaszło, w pokojurobiło się coraz chłodniej. - Z powodu twojejciąży? - domyślił się.
Claire przez moment patrzyła na niego ostrym wzrokiem,potem uśmiechnęła się trochę krzywo.
- Tak, właśnie dlatego. Oznajmił mi, że tylkoostatni łajdak porzuciłby ciężarną kobietępozbawioną środków do życia. A zwłaszcza taką,której władze umysłowe pozostawiają wiele dożyczenia - dodała ironicznie. - Nie byłam takzupełnie pozbawiona materialnych zasobów,wujek Lamb pozostawił mi drobną sumkę, ale teżtrzeba przyznać, że Frank w żadnym razie nie należałdo łajdaków. - Omiotła spojrzeniem półki, gdziestały prace historyczne jej męża. Grzbiety tomówpołyskiwały w świetle lampy.
- Był bardzo przyzwoitym człowiekiem -stwierdziła miękko. Pociągnęła kolejnyłyk i przymknęła oczy. - Ale też... wiedział albopodejrzewał, że sam nie mógłby mieć dzieci. Mocnycios dla człowieka tak żywo zainteresowanegogenealogią. Snuł rozważania dynastyczne.
- Tak, rozumiem - powiedział wolno Roger. -Ale chyba nie czułby się dobrze w roli ojca dzieckapoczętego przez innego mężczyznę?
Znów spoczęło na nim spojrzenie orzechowychoczu, ale tym razem łagodniejsze pod wpływem whisky i wspomnień.
- W zaistniałej sytuacji ojciec dzieckapozostawał nieznany, bo Frank w nic nie uwierzył,co mówiłam o Jamiem. No, a skoro nie wiedział, kim byłtamten mężczyzna, a co gorsza uważał, że ja także tegonie wiedziałam, tylko pod wpływem szoku wymyśliłamsobie całą bajkę... więc, cóż, nikt na tym świecie niemógłby mu rzucić w twarz, że to nie jego dziecko. A jużz pewnością nie ja - dodała z prawie nieuchwytnąnutką goryczy.
Claire przełknęła kolejny łyk, na tyleduży, że oczy lekko zaszły jej łzami. Dobrą chwilępoświęciła na ich wytarcie.
- Zresztą, aby już nie mieć co do tego żadnychwątpliwości, wywiózł mnie stąd. Do Bostonu -ciągnęła. - Zaproponowano mu dobre stanowiskow Harvardzie, gdzie nikt nas nie znał. I tam urodziła sięBrianna.
***
Rozpaczliwy płacz obudził mnie poraz kolejny. Poszłam do łóżka o szóstejtrzydzieści. Przedtem już pięciokrotnie wstawałam w nocy do dziecka. Rzuciłam półprzytomne spojrzenie nazegar. Była dopiero siódma. Z łazienki dobiegałradosny śpiew. Głos Franka przy słowach "Panuj,Brytanio" wzniósł się ponad szum wody.
Leżałam w łóżku i zastanawiałam się, czyzdołam wytrzymać ten płacz do czasu, gdy Frank wyjdziespod prysznica i przyniesie mi Briannę. Ręce i nogimiałam z wyczerpania ciężkie jak ołów. Dziecko jakby siędomyślało, co mi przyszło do głowy, i rozkrzyczałosię jeszcze głośniej. Płacz małej okresowo przechodziłw ostry wrzask, od czasu do czasu przerywany gwałtownymwdechem powietrza. Odrzuciłam okrycie i zerwałamsię na nogi, poganiana taką samą paniką, z jakąpodczas drugiej wojny światowej witałam nalotyLuftwaffe.
Poczłapałam wzdłuż chłodnego korytarzado pokoju dziecinnego. Trzymiesięczna Briannależała na wznak z buzią czerwoną od krzyku. Byłamtak otępiała z braku snu, iż długo docierało domojej świadomości, że przecież przed swoim odejściempołożyłam córeczkę na brzuszku.
- Najdroższa moja! Obróciłaśsię! Zupełnie sama! - Przerażona swoim wyczynemBrianna wymachiwała różowymi piąstkami i wrzeszczała coraz głośniej. Powieki miała mocnozaciśnięte.
Wzięłam maleństwo na ręce, poklepałam poplecach i zamruczałam w czubek główki pokrytejrudawym meszkiem.
- Och, mój najdroższy skarbie! Jesteś takąmądrą dziewczynką!
- A to co? - Frank stanął w progu pokoju,wycierając ręcznikiem głowę, drugim owinął sobiebiodra. - Czy Briannie coś się stało?
Podszedł do nas, wyglądał na zmartwionego. Imbardziej zbliżał się termin porodu, tym gwałtowniejkończyła się nasza wytrzymałość nerwowa. Frankbył ciągle podenerwowany, a ja przerażona: żadnez nas nie miało pojęcia, jak ułożą się między namistosunki, gdy na świecie pojawi się dziecko JamiegoFrasera. Kiedy pielęgniarka wyjęła Briannęz łóżeczka i podała ją domniemanemu ojcu zesłowami: "A oto pańska córeczka", twarz Frankaprzypominała maskę bez wyrazu. Dopiero po chwili,gdy spojrzał na malutką buzię, równie doskonałąjak pączek róży, jego rysy zmiękły, pojawił się w nich zachwyt. W ciągu tygodnia mała zawładnęła nimcałkowicie, należał do niej duszą i ciałem.
Zwróciłam się do Franka z uśmiechem:
- Przekręciła się na brzuszek! Sama!
- Naprawdę? - Zarośniętą twarz mężarozjaśnił zachwyt. - Dość wcześnie jak na taki wyczyn,prawda?
- Owszem. Doktor Spock twierdził, że dziecko ma nato jeszcze co najmniej miesiąc!
- A co on tam wie! Chodź tutaj, ślicznotko. Dajtatusiowi całusa za to, że jesteś przedwcześnierozwinięta. - Podniósł miękkie ciałko w wygodnych różowych śpioszkach i ucałował nosekw kształcie guziczka. Brianna kichnęła. Oboje sięroześmialiśmy.
Gwałtownie przestałam. Nagle uświadomiłamsobie, że śmiałam się po raz pierwszy od roku, a poza tympo raz pierwszy śmiałam się razem z Frankiem.
Mojemu mężowi przyszła do głowy ta samamyśl. Nasze spojrzenia się spotkały nad głowąBrianny. W orzechowych oczach Franka pojawiła sięczułość. Uśmiechnęłam się do niego, chociażbyłam lekko rozdygotana, bo stał przede mną prawienagi. Kropelki wody ściekały po szczupłych ramionachi lśniły na gładkiej, smagłej skórze piersi.
Naszą idyllę niespodziewanie przerwała ostrawoń spalenizny.
- Kawa! - Frank bezceremonialnie wcisnąłBriannę w moje ramiona i rzucił się w stronę kuchni. Obaręczniki zostały u moich stóp. Uśmiechnęłam się nawidok gołych, świecących bielą pośladków. Poszłamza mężem statecznym krokiem, z dzieckiem na ręku.
Stał przy zlewie, nagi, wśród niemile pachnącychoparów, które unosiły się z przypalonego dzbankado parzenia kawy. Oparłam sobie Briannę na biodrze i drugą ręką zaczęłam przeszukiwać szafkę.
- Niestety nie ma już herbaty pomarańczowej,została tylko zwykła, w torebkach.
Frank skrzywił się z obrzydzeniem. Jakopełnokrwisty Anglik wolałby chłeptać wodęwprost z sedesu, niż napić się torebkowejherbaty. Opakowanie Liptona zostawiłapani Grossman, nasza dochodząca raz w tygodniusprzątaczka. Ona z kolei uważała parzenieherbaty z liści za coś wyjątkowo brudnego i obrzydliwego.
- Nie, kupię sobie kawę po drodze nauniwersytet. Och, ? propos, pamiętasz,że zaprosiliśmy na dzisiejszy obiad dziekana z żoną? Pani Hinchcliffe ma przynieść prezent dlaBrianny.
- A, prawda - odparłam bezentuzjazmu. Zdążyłam już poznaćHinchcliffe'ów i wcale nie paliłam się dokolejnego spotkania. Wypadało jednak zdobyć się nawysiłek. Westchnęłam w duchu, przełożyłam dzieckona drugą stronę i sięgnęłam do szuflady po ołówek,żeby zrobić listę zakupów.
Brianna wtuliła buzię w mój czerwony,zdobiony aksamitem szlafrok. Mlaskała przy tym i pochrząkiwała głośno. Najwyraźniej szukałasutka.
- Chyba nie jesteś znowu głodna? -powiedziałam do czubka maleńkiej głowy. -Nie minęły jeszcze dwie godziny od ostatniegokarmienia. - Jednak w odpowiedzi na zachowanieniemowlęcia z piersi zaczęło mi się sączyćmleko. Po chwili więc siedziałam i szykowałam siędo karmienia.
- Pani Hinchcliffe twierdzi, że nie należydawać dziecku piersi za każdym razem, kiedy zapłacze- zauważył Frank. - W ten sposób tylko się jerozpieszcza. Należy się trzymać ścisłych godzinkarmienia.
Nie po raz pierwszy mój mąż przytaczał opinie paniHinchcliffe odnoszące się do wychowania dzieci.
- No to ją rozpieszczę - odparłam chłodno,nie patrząc na Franka. Małe usteczka zacisnęłysię gwałtownie i Brianna zaczęła ssać z ogromnymapetytem. Wiedziałam też, że w opinii paniHinchcliffe karmienie piersią jest i wulgarne, i niehigieniczne. Byłam innego zdania, zwłaszczaże w pamięci miałam mnóstwo osiemnastowiecznychniemowlaków z zadowoleniem ssących matczynąpierś.
Frank westchnął, jednak nie powiedział już anisłowa. Po chwili odłożył uchwyt do garnków i ruszył w kierunku drzwi.
- A zatem - odezwał się speszony - widzimysię około szóstej. Czy ci coś przynieść, żebyś niemusiała wychodzić z domu?
Uśmiechnęłam się do niego przelotnie:
- Dziękuję, dam sobie radę.
- To dobrze. - Przez chwilę stałniezdecydowany, podczas gdy ja układałam Breewygodniej na kolanach, tak że w zgięciu ramieniaspoczęła główka dziecka. Krągłość małegołebka harmonizowała z krzywizną pełnychpiersi. Podniosłam wzrok. Frank z napięciem obserwowałmój na pół obnażony biust.
Zerknęłam w dół i dostrzegłam początkierekcji. Szybko pochyliłam się nad dzieckiem, żebyukryć wypieki na twarzy.
- Do widzenia - wymamrotałam z ustami przygłówce małej.
Przez chwilę stał nieporuszony, potem pocałowałmnie w policzek. Jego ciepłe ciało znalazło sięniepokojąco blisko.
- Do widzenia, Claire - odparł miękko. -Zobaczymy się wieczorem.
Nie zajrzał już do kuchni przed wyjściem, miałam więcmożliwość nakarmienia Brianny i doprowadzeniaemocji do stanu równowagi.
Od powrotu z przeszłości ani razu nie widziałammęża nagiego, zawsze ubierał się w łazience albo w garderobie. Nigdy też, aż do dzisiejszego ostrożnegocmoknięcia, nie próbował mnie całować. Moja ciążabyła mocno zagrożona, co wykluczało dzieleniez Frankiem łóżka, nawet gdybym miała na to ochotę. A nie miałam.
Powinnam zauważyć, że to nadchodzi, aleniczego nie spostrzegłam. Pogrążona najpierw w absolutnej rozpaczy, potem w apatii i odrętwieniuzwiązanym z nadchodzącym macierzyństwemusuwałam ze świadomości wszystko, co nie wiązałosię z rosnącym brzuchem. Po przyjściu Brianny na światżyłam od jednego karmienia do drugiego, a te krótkiemomenty, kiedy mogłam trzymać jej miękkie ciałkotuż przy piersi, przynosiły chwilowe wytchnienieod myśli i wspomnień, płynące z czysto zmysłowejprzyjemności dotykania i przytulania córki.
Frank również pieścił małą i chętnie się z niąbawił. Nieraz zasypiał w ulubionym głębokim foteluz dzieckiem wyciągniętym na swym długim i chudym ciele. W cichej zgodzie chrapali oboje w najlepsze, a delikatnyróżowy policzek wtulał się w męską pierś. My dwojenatomiast nie dotykaliśmy się wzajemnie, a nawet o niczym ważnym nie rozmawialiśmy. Ograniczaliśmysię wyłącznie do wymiany podstawowych, codziennychinformacji. Jedynym wspólnym tematem byłaoczywiście Brianna.
Moje maleństwo znalazło się w centrumzainteresowania nas obojga. W tym jednym punkcieosiągaliśmy natychmiastowe porozumieniei mogliśmy zbliżyć się do siebie na odległośćramienia. A teraz nagle się okazało, że takąodległość Frank przestał uważać za bliską.
Mogłam to zrobić, przynajmniej fizycznie. Tydzieńwcześniej wypadła mi kontrolna wizyta u lekarza. Pandoktor przymrużył oko, po ojcowsku klepnął mnie w tyłek i zapewnił, że w każdej chwili mogę podjąć"relacje" ze swoim mężem.
Wiedziałam, że podczas mojej nieobecności Franknie żył w celibacie. Miał blisko pięćdziesiąt lat,ale nadal był bardzo przystojny: szczupły i muskularny,z ciemną lśniącą czupryną. Na wszystkich przyjęciachkobiety kręciły się wokół niego niczym pszczoływokół słoika z miodem i wydawały z siebie pomrukiseksualnego podniecenia.
Zwłaszcza jedna dziewczyna o brązowych włosachzwróciła na siebie moją uwagę. Pojawiła się naprzyjęciu dla pracowników wydziału. Przez długiczas tkwiła w kącie i znad kieliszka spoglądała naFranka smutnymi oczyma. Potem po pijanemu zaczęłasię mazać i została odstawiona do domu przez dwieprzyjaciółki, które kolejno rzucały na Franka i na mnie złe spojrzenia. Stałam u jego boku, w ciążowejsukience w kwiatki.
Trzeba jednak Frankowi przyznać, że w tych sprawachzachowywał dyskrecję. Na noc zawsze wracał do domui zadawał sobie wiele trudu, żeby na kołnierzykukoszuli nie pozostawały ślady szminki. A teraznajwyraźniej zamierzał powrócić na łonorodziny. Miał do tego prawo: ostatecznie znów byłamjego żoną.
Na przeszkodzie stał tylko jeden problem. To nie doFranka wyciągałam ręce, gdy budziłam się w środkunocy. To nie jego gładkie, gibkie ciało widziałam weśnie i podniecało mnie tak, że byłam mokra i z trudemłapałam powietrze, a moje serce waliło głucho odwspomnień tych częściowo zapomnianych pieszczot. Alejuż nigdy nie będzie mi dane dotknąć upragnionegomężczyzny.
- Jamie - szeptałam. - Och, Jamie. - Rankamipłakałam, a moje łzy zdobiły rudy meszek na główceBrianny. W dziennym świetle błyszczały niczym perłyi brylanty.
Nie był to dobry dzień. Brianna odparzyłasobie pupę i była rozdrażniona. Niemal bez przerwydomagała się, żeby ją brać na ręce. Naprzemienniessała i grymasiła, co chwilę pluła, brudząc i moczącmi ubranie. Przed jedenastą aż trzy razy musiałamzmieniać bluzkę.
Ciężki stanik, przeznaczony dla karmiących matek,otarł mi skórę pod pachami. Bolały mnie sutki. Gdypracowicie porządkowałam dom, spod podłogi rozległsię brzęk i regulator ogrzewania podłogowego z cichym westchnieniem wyzionął ducha.
- Nie, następny tydzień mi nie odpowiada -powiedziałam przez telefon majstrowi. Rzuciłam okiemw stronę okna. Zimna lutowa mgła groziła wdarciem sięprzez szpary i otoczeniem nas ze wszystkich stron. - W domujest zaledwie pięć stopni, a ja mam trzymiesięczneniemowlę! - Wspomniane maleństwo siedziało w swymfoteliku, opatulone we wszystkie możliwe koce,i darło się na całe gardło. Ignorując wypowiedźrozmówcy, przez dobrych kilka sekund trzymałamsłuchawkę tuż koło szeroko rozwartej buziBrianny.
- Przekonał się pan? - spytałam, gdy znówprzyłożyłam słuchawkę do ucha.
- W porządku, proszę pani - odparłzrezygnowany głos. - Zajrzę dziś po południu,między dwunastą a szóstą.
- Między dwunastą a szóstą? Nie może pandokładniej określić czasu? Muszę wyjść po zakupy- zaprotestowałam.
- Nie pani jedna ma awarię ogrzewania w domu -warknął i przerwał połączenie. Spojrzałam na zegar:wpół do dwunastej. Nie miałam cienia szans, żeby kupićwszystko w trzydzieści minut. Zakupy w towarzystwieniemowlęcia stanowiły dwugodzinną ekspedycję,wymagającą bogatego wyposażenia i olbrzymichnakładów energii.
Zgrzytając zębami, zadzwoniłam do bardzodrogiego supermarketu. Zamówiłam niezbędneprodukty i poprosiłam o dostawę do domu. W końcuzajęłam się dzieckiem, które kolorem przypominałojuż bakłażan i rozsiewało wokół siebie niemiłąwoń.
- Ojej, kochanie. Zaraz ci będzie znaczniemilej - przemawiałam kojąco podczas ścieraniabrązowej mazi z mocno zaczerwienionej pupki. Maławygięła się w łuk, byle jak najdalej odsunąćpośladki od lepkiej myjki, i rozkrzyczała się jeszczegłośniej. Rozsmarowałam grubą warstwę wazelinyi założyłam Briannie dziesiątą już tego dniapieluchę; dostawy czystych pieluch spodziewanosię dopiero nazajutrz. W całym domu cuchnęłoamoniakiem.
- No już, najdroższa, spokojnie. - Kołysałamją na ręku, poklepywałam, ale córeczka ignorowałamoje wysiłki i dalej krzyczała ile sił w płucach. Niemogłam jej za to winić: biedna pupka wyglądała jakpiwonia. Należałoby położyć dziecko nago najakimś ręczniku, ale przy braku ogrzewania było toniemożliwe. Obie miałyśmy na sobie grube swetryi ciężkie zimowe kurtki, co sprawiało, że częstekarmienie stało się jeszcze większą udręką niżzwykle; dokopywanie się do piersi zajmowałodługie minuty, a w tym czasie dziecko krzyczałowniebogłosy.
Brianna nie zmrużyła oka na dłużej niżdziesięć minut, w konsekwencji czuwałam i ja. Kiedywreszcie o czwartej obu nam jednocześnie udało sięzdrzemnąć, już po piętnastu minutach zostałyśmybrutalnie wyrwane ze snu przez hałaśliwe przybyciemontera. Głośno dobijał się do drzwi. Wcześniej niezadał sobie trudu odłożenia wielkiego, metalowegoklucza do rur.
Jedną ręką tuliłam dziecko do piersi, drugązabrałam się do przyrządzania obiadu. Z piwnicydochodziły zgrzyty i gwałtowne walenia.
- Niczego nie obiecuję, ale na razie ma paniciepło. - Monter pojawił się znienacka. Wytarłsmugę smaru z pomarszczonego czoła i pochylił sięnad Brianną. Dziecko w miarę spokojnie leżało na moimramieniu i głośno ssało własny kciuk.
- No, i jak ci ten palec smakuje, skarbie? -spytał. - Wie pani, mówią, że nie należy pozwalaćdziecku na ssanie kciuka - poinformował mnie,prostując się. - Wykrzywia zęby, a potem trzeba jeprostować.
- Naprawdę? - wycedziłam. - Ile jestempanu winna?
Pół godziny później kurczak leżał już w brytfannie: nafaszerowany, zszyty, obłożonyrozdrobnionym czosnkiem, gałązkami rozmarynui skórką cytryny. Jeszcze parę kropel sokucytrynowego na wysmarowane masłem mięso i mogłamwsadzić ptaka do pieca, i zabrać się do przebieraniaBrianny i siebie. Kuchnia wyglądała tak, jakbybuszował po niej niedoświadczony złodziej: wszystkieszafki były otwarte, na blatach poniewierały sięrozmaite narzędzia kuchenne. Po drodze zasunęłamkilka szuflad. Zamknęłam też drzwi do kuchni. Miałamnadzieję, że powstrzyma to panią Hinchcliffe odzaglądania do środka, bo na jej dobre wychowanie niemożna było liczyć.
Frank kupił dla Brianny piękną różowąsukienkę. Koronki wokół dekoltu budziły mojezastrzeżenia, ale mimo wszystko sprawiały wrażeniedelikatnych.
- Cóż, spróbujemy - oświadczyłam córce. -Tatuś chciałby, żebyś ładnie wyglądała. Postarajsię tego nie zapluć!
Brianna zamknęła oczy, wyprężyła się paręrazy, chrząknęła i zrobiła kupę.
- Och, znakomicie! - powiedziałamszczerze. Oznaczało to zmianę prześcieradła w łóżeczku, ale przynajmniej pupie nie groziłomocniejsze odparzenie. Po uprzątnięciu kupyi założeniu świeżej pieluchy staranniewytarłam małej nos i buzię, strzepnęłam różowąsukienkę i ostrożnie przełożyłam ją przez główkęcórki. Brianna mrugnęła do mnie, zagulgotała z zachwytu i pomachała piąstkami.
Opuściłam głowę i zrobiłam "Pufff!"prosto w jej pępek, co wywołało szaloną radośćdziecka. Powtórzyłyśmy tę zabawę jeszcze paręrazy, zanim zabrałam się do uciążliwej pracy, czyliwkładania sukienki.
Brianna nie polubiła nowego stroju. Gdypróbowałam wcisnąć jej pulchne łapki w bufiasterękawy, rozpłakała się rozdzierająco.
- Co się stało? - spytałamzaskoczona. Znałam już wszystkie rodzaje jej płaczu,w większości przypadków wiedziałam także, co chciałanimi wyrazić, lecz tym razem krzyk był inny: brzmiał w nimlęk i ból. - O co chodzi, kochanie?
Wrzeszczała zajadle, po policzkachciekły łzy. Gorączkowo odwróciłam ją nabrzuszek. Sądziłam, że dostała nagłego ataku kolki,ale nie podciągała kolan po sobie w górę. Walczyłazaciekle. Dopiero gdy przewróciłam ją ponownie,żeby wziąć na ręce, zauważyłam długą czerwonąpręgę na wewnętrznej stronie machającegoramienia. W materiale sukienki została szpilka,która zadrapała skórę, gdy naciągałam rękaw napulchną łapkę.
- Och, dziecinko! Przepraszam! Mamusi jestbardzo przykro! - Pociekły mi łzy, gdy usuwałamszpilkę. Przytuliłam dziecko i pogłaskałamuspokajająco. Usiłowałam wyciszyć takżewłasne przerażenie i poczucie winy. Oczywiście,że nie miałam zamiaru jej skaleczyć, ale przecież onatego nie wiedziała.
- Moja najdroższa - wymruczałam. - Jużdobrze. Tak, mamusia cię kocha, wszystko w porządku. -Dlaczego nie przyszło mi do głowy, żeby sprawdzić,czy w materiale nie ma szpilek? A w ogóle co za idiotapakuje niemowlęce ubranka, posługując sięszpilkami? Targana naprzemiennie wściekłością i poczuciem winy ubrałam Briannę, otarłam jej buzię i zaniosłam do sypialni. Położyłam ją na łóżku,a sama pospiesznie przebrałam się w przyzwoitąspódnicę i świeżą bluzkę.
Dzwonek odezwał się, gdy naciągałam rajstopy. Najednej stopie zauważyłam dziurę, ale nie miałamjuż czasu, żeby temu zaradzić. Wepchnęłam nogi w przyciasne pantofelki ze skóry aligatora, porwałamBriannę i pospieszyłam do drzwi.
Za progiem stał Frank, zbyt obładowany pakunkami,żeby posłużyć się kluczem. W wolną rękę wzięłamod niego wszystko i położyłam na stole w holu.
- Obiad gotowy, skarbie? Przyniosłem nowy obrusi serwetki. Nasze są już podniszczone. No i wino,rzecz jasna. - Uniósł butelkę, uśmiechnął się, potemzmierzył mnie wzrokiem i spoważniał. Z dezaprobatąprzenosił spojrzenie z moich rozczochranych włosówna bluzkę przed sekundą ubrudzoną ulanym mlekiem.
- Claire, na Boga - powiedział. - Powinnaśsię trochę wyszykować! Nie masz przecież nic innegodo roboty. Całe dnie spędzasz w domu. Nie mogłaśpoświęcić kilku minut na...
- Nie - odparłam głośno. Całkowiciewyczerpana wepchnęłam mu Briannę w ramiona. Dzieckoznowu marudziło. - Nie - powtórzyłam. Wyjęłamz jego rąk butelkę wina. Nie stawiał oporu. -Nie! - wrzasnęłam i tupnęłam nogą. Machnęłambutelką. Frank zdołał odskoczyć. Trafiłamprosto we framugę. Czerwone bryzgi beaujolaisprzeleciały przez próg, na podłogę posypały sięodłamki szkła. Połyskiwały w świetle wpadającymprzez otwór wejściowy.
Część butelki, która mi pozostała w ręku,rzuciłam w azalie i tak jak stałam, bez płaszcza,pobiegłam ścieżką prosto w lodowatą mgłę. Kołofurtki minęłam zaskoczonych Hinchcliffe'ów,którzy pojawili się pół godziny przedczasem. Prawdopodobnie chcieli przyłapać mnie nadomowych niedociągnięciach. Miałam nadzieję,że obiad sprawi im przyjemność.
Ciepły nawiew w samochodzie skierowałam nastopy. Jechałam zupełnie bez celu, dopóki się nieokazało, że bak jest niemal pusty. Nie zamierzałamwracać do domu, przynajmniej na razie. Jakaścałonocna kawiarnia? W tym momencie uświadomiłamsobie, że jest piątek i dochodzi północ. Mimowszystko było takie miejsce, do którego mogłampojechać. Zawróciłam w kierunku przedmieścia, gdziemieszkaliśmy, i ruszyłam do kościoła ŚwiętegoFinbara.
O tak późnej porze kaplica była jużzamknięta. Obawiano się kradzieży albo aktówwandalizmu. Dla spóźnionych adoratorówtuż pod klamką zainstalowano elektronicznyzamek. Przyciśnięcie trzech guzików w odpowiedniejkombinacji zwalniało zapadkę i umożliwiałowejście do środka.
Wolnym krokiem przeszłam na tyłykaplicy. Musiałam wpisać swoje nazwisko doksiążki wejść, umieszczonej u stóp figury świętegoFinbara.
- Finbar? - powtórzył z niedowierzaniemFrank, gdy pierwszy raz o nim usłyszał. - Przecież nie matakiego świętego.
- A właśnie, że jest - upierałam się z satysfakcją. - Był biskupem w Irlandii, żył w dwunastym wieku.
- Aaa, Irlandczyk - skwitował lekceważącoFrank. - To wszystko wyjaśnia. Ale w żaden sposóbnie potrafię zrozumieć... - urwał, najwyraźniejszukał odpowiednich słów, żeby pytanie zabrzmiałotaktownie. - Eee... no, cóż... dlaczego?
- Co dlaczego?
- Dlaczego bierzesz udział w NieustającejAdoracji. Nigdy przedtem nie zdradzałaś żadnychzapędów do dewocji, podobnie zresztą jak ja. I niechodzisz na msze. Ojciec Beggs co tydzień dopytuje sięo ciebie.
Potrząsnęłam głową.
- Naprawdę nie wiem, jak to wyjaśnić,Frank. Po prostu odczuwam potrzebę... takiegopostępowania. - Zerknęłam na niego bezradnie. -Tam jest... tak spokojnie - zakończyłam.
Otworzył usta, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć,ale tylko odwrócił się i potrząsnął głową.
Wokół panował spokój. O tej godzinieprzykościelny parking był prawie pusty. Tylko jedensamochód połyskiwał tajemniczą czernią podlatarnią łukową. Należał do dyżurnegoadoratora. Wpisałam się do książki i przeszłamdalej. Zakasłałam cicho, żeby taktownie zwrócićuwagę dyżurnego na swoją obecność, bez zwracania siędo niego bezpośrednio. Był to potężnie zbudowanymężczyzna w obcisłej, żółtej wiatrówce. Uklękłamza nim. Po chwili podniósł się, przyklęknął przedołtarzem i ruszył w stronę drzwi. Po drodze kiwnąłmi głową.
Drzwi zatrzasnęły się i zostałam sama,jeśli nie liczyć Sakramentu ustawionego naołtarzu w wielkiej, złotej, lśniącej niczym słońcemonstrancji. Obok stały dwie wysokie świece. Białe i gładkie paliły się równym płomieniem w nieruchomympowietrzu. Przymknęłam oczy. Wsłuchałam się w ciszę.
Wydarzenia całego dnia tłukły mi się po głowie,tworzyły chaos myśli i uczuć. Spacer bez płaszczaspowodował, że cała trzęsłam się z zimna. Powolizaczęłam się rozgrzewać. Dłonie, zaciśnięte w pięści, rozluźniły się i swobodnie spoczęły nakolanach.
Na koniec, jak zwykle w tym miejscu, przestałammyśleć. Sama nie wiedziałam, czy był to rezultatstanięcia w obliczu wieczności, czy też zwyczajnegopoddania się krańcowemu wyczerpaniu, ale mojepoczucie winy wobec Franka zelżało. Osłabłtakże dojmujący żal, przycichła tęsknota zaJamiem. Nawet ustawiczny wpływ macierzyństwa na mojeuczucia zmalał do poziomu szumów, nie głośniejszychniż bicie serca, regularne i kojące w ciemnejkaplicy.
- Och, Boże - wyszeptałam. - PolecamTwojej łasce duszę sługi Twego, Jamiego. - I moją,dodałam w duchu.
Siedziałam nieruchomo i obserwowałam odblaskpłomyków świec, pełgający po złotej powierzchnimonstrancji, póki nie dosłyszałam w przejściuza moimi plecami cichych kroków następnegoadoratora. Po chwili nowo przybyły ciężkoprzyklęknął. Przez całą dobę, godzina po godzinie,trwały te jednoosobowe dyżury. BłogosławionySakrament nigdy nie pozostawał sam.
Po kilku minutach podniosłam się z kolani wyślizgnęłam z ławki. Pochyliłam przedołtarzem głowę. W drodze na tyły kaplicy dojrzałamjakąś postać siedzącą w ostatnim rzędzie, w cieniuposągu świętego Antoniego. Gdy podeszłam bliżej,mężczyzna wstał. Między ławkami ruszył ku przejściu,żeby wyjść mi naprzeciw.
- Co ty tu robisz? - spytałam szeptem.
Frank wskazał głową nowego adoratora,pogrążonego już w kontemplacji. Ujął mnie za łokieći lekko pociągnął w stronę wyjścia.
Z awanturą zaczekałam, aż zamkną się za namidrzwi kaplicy. Dopiero wtedy wyrwałam się i stanęłamtwarzą w twarz z mężem.
- Co jest? - rzuciłam gniewnie. - Dlaczego zamną przyszedłeś?
- Martwiłem się o ciebie. - Wskazał ręką naparking, gdzie jego wielki buick roztaczał opiekę nadmoim małym fordem. - Poruszanie się o tej porze jestdość niebezpieczne dla kobiety. Przyszedłem, żebycię zabrać do domu. To wszystko.
Nawet słowem nie wspomniał o Hinchcliffe'ach czyo proszonym obiedzie. Moja irytacja częściowo sięrozpłynęła.
- Och, a co zrobiłeś z Brianną?
- Poprosiłem naszą sąsiadkę, starąpanią Munsing, żeby nastawiała uszu, czy dziecko niepłacze. Ale mała spała jak suseł i nie sądzę, żebysię obudziła. A teraz chodź, bo zimno.
Faktycznie; lodowaty wiatr znad zatoki tworzyłbiałe wiry wokół latarni łukowych. Ubrana tylkow cienką bluzkę trzęsłam się jak galareta.
- Spotkamy się w domu - powiedziałam.
Gdy weszłam do pokoju dziecinnego, by upewnić się,że z Brianną wszystko w porządku, przyjemnie otuliłomnie ciepło. Córeczka wciąż jeszcze spała, ale dośćniespokojnie kręciła rudą główką, otwierająci zamykając buzię niczym ryba wyciągnięta z wody.
- Robi się głodna - szepnęłam do Franka. Wszedłdo pokoju w ślad za mną i ponad moim ramieniem z upodobaniem przyglądał się dziecku. - Lepiej jąnakarmię, zanim pójdę do łóżka. Będzie dłużejspała rano.
- Zrobię ci coś ciepłego do picia - powiedziałi wymknął się do kuchni, gdy ja brałam na ręce śpiący,ciepły tobołek.
Wyssała pokarm tylko z jednej piersi, alebyło widać, że jest najedzona. Miękkie usta,jeszcze pełne mleka, oderwały się od sutka, główkaciężko spoczęła na moim ramieniu. Ani łagodnepotrząsanie, ani ciche wołanie nie zdołałynakłonić maleństwa do ssania z drugiej strony. W końcu dałam za wygraną. Delikatnie poklepałamBriannę. Rozległo się słabe, ale pełne kontentacjibeknięcie, po którym dał się słyszeć miarowy oddechabsolutnego zaspokojenia. Położyłam swojąpociechę do łóżeczka.
- Zasnęła? - Frank naciągnął na Briannękocyk ozdobiony żółtymi wiewiórkami.
- Tak. - Siedziałam w biurowym fotelu,zbyt wyczerpana fizycznie i psychicznie, żeby siępodnieść. Frank stanął za mną i lekko położył rękęna moim ramieniu.
- A więc on nie żyje? - spytał łagodnie.
Na końcu języka miałam uwagę, że przecież jużmu to mówiłam, ale powstrzymałam się. Zamknęłam ustai tylko skinęłam głową. Kołysałam się powolii wpatrywałam w ciemne łóżeczko z jego malutkąmieszkanką.
Prawa pierś boleśnie mi obrzmiała. Bez względu na to,jak bardzo byłabym zmęczona, i tak nie zdołałabymzasnąć bez uprzedniego ściągnięcia nadmiarupokarmu. Westchnęłam z rezygnacją i sięgnęłampo odciągacz do mleka, niezgrabne, śmieszniewyglądające gumowe urządzenie. Używanie gonie przydawało godności i było nieporęczne, alewolałam to od przemoczenia pościeli mlekiem i ostregobólu, który obudziłby mnie za godzinę.
Machnęłam na Franka, żeby wyszedł.
- Kładź się spać. To mi zajmie tylko parę minut,ale muszę...
Zamiast wyjść czy odpowiedzieć, wyjął miodciągacz z ręki i położył na stole. Zupełniejakby poruszane niezależnie, bez udziału Franka,jego ręce wolno uniosły się w ciepłej ciemnościpokoju dziecięcego i łagodnie objęły powiększonąpierś.
Jego głowa opadła niżej. Wargi delikatniezamknęły się na sutku. Jęknęłam. Czułam niemalbolesne kłucie, gdy mleko przepływało wąskimiprzewodami. Położyłam dłoń na głowie Franka i przyciągnęłam ją bliżej ku sobie.
- Mocniej - szepnęłam. Jego usta byłymiękkie, ich nacisk bardzo łagodny. Nie do porównaniaz bezwzględnym chwytem twardych, bezzębnych dziąsełniemowlęcia, które wczepiały się bezlitośniei domagały się pokarmu, a swą łapczywością z miejsca uruchamiały obfitą fontannę.
Frank ukląkł. Zastanawiałam się, czy tak właśnieczuje się Bóg, patrząc na tłumy czcicieli u swych stóp, czyJego też ogarnia łagodność i współczucie? Otępieniewywołane zmęczeniem sprawiło, że w moich oczachwszystko działo się w zwolnionym tempie, jakbyśmy obojeporuszali się pod wodą. Ręce Franka przesuwałysię powoli niczym kołyszące się wodorosty,dotykały mojego ciała tak łagodnie jak pęk morskiejtrawy, unosząc mnie z siłą przypływu i kładąc nabrzegu niewielkiego dywanika. Zamknęłam oczyi pozwoliłam, by ten potężny prąd uniósł mnie zesobą.
Frontowe drzwi starej plebanii otworzyły się zezgrzytem zardzewiałych zawiasów, obwieszczającpowrót Brianny Randall. Roger poderwał się na nogi i pognał do holu, przyciągnięty dźwiękiem dziewczęcychgłosów.
- Pół kilograma najlepszegomasła... Kazałaś mi to kupić, no więc kupiłam, alecały czas zastanawiałam się, czy istnieje masłodrugiego gatunku albo jeszcze gorsze... - Briannawręczała sprawunki Fionie, śmiejąc się i mówiącjednocześnie.
- No, jeżeli będziesz robić zakupy u tegostarego drania, Wicklowa, to masz ogromną szansę trafićna to gorsze - przerwała jej Fiona. - Och, przyniosłaścynamon, świetnie! Zaraz upiekę cynamonowebułeczki. Chcesz popatrzeć, jak się je robi?
- Tak, ale najpierw kolacja. Umieram z głodu! -Brianna wspięła się na palce. Z nadzieją wyławiałazapachy płynące z kuchni. - Co będziemyjeść? Podroby jagnięce?
- O Boże, prawdziwa z ciebie Angielka, szkodasłów! Przecież tego nie jada się wiosną! Owce bije siędopiero jesienią.
- Czy ja jestem Angielka? - Brianna byłazachwycona pomysłem.
- Jasne, głupolu. Ale i tak cię lubię.
Dziewiętnastoletnia, nieco pulchna i czarującaFiona śmiała się radośnie do Brianny, która o głowę przerastała szkocką koleżankę. Od córkiJamiego biła siła i powaga, co upodabniało ją dośredniowiecznej rzeźby. Z długim, prostym nosem orazdługimi włosami, połyskującymi czerwienią i złotem pod szklaną kulą sufitowego oświetleniawyglądała tak, jakby właśnie zeszła ze stroniluminowanego manuskryptu, o barwach dostatecznieżywych, by bez większej szkody przetrwać tysiąc lat.
Roger nagle uświadomił sobie, że tuż obok niego stoiClaire Randall. Patrzyła na córkę, a w jej spojrzeniumieszały się ze sobą: miłość, duma i jeszczecoś... może wspomnienia? Z lekka zaszokowany młodyhistoryk uzmysłowił sobie, że Jamie Fraser równieżmusiał odznaczać się nie tylko odziedziczonymi powikingach cechami zewnętrznymi, uderzającymwzrostem i rudymi włosami, ale prawdopodobnie tymsamym charyzmatycznym sposobem bycia.
To coś zupełnie niebywałego, myślałRoger. Przecież Brianna nie robiła ani nie mówiłaniczego niezwykłego, a nie dawało się zaprzeczyć,iż przyciągała do siebie ludzi. Było w tej dziewczyniecoś pociągającego, niemal magnetycznego, cokazało wszystkim krążyć wokół niej i pławić się w jej blasku.
Z pewnością to coś wpływało też na niego,Rogera. Brianna odwróciła się do młodegogospodarza i uśmiechnęła. To wystarczyło, żebyzupełnie nieświadomie podszedł do niej tak blisko,że mógł dostrzec piegi na jej policzkach i zwietrzyćdelikatną woń tytoniu fajkowego, którąprzyniosła z wyprawy po sklepach.
- Witaj - rzucił z uśmiechem. - Dopisałoci szczęście u Clansa czy może byłaś zbyt zajętausługiwaniem Fionie?
- Usługiwaniem? - Z rozbawienia oczydziewczyny przybrały kształt trójkątów. - Patrzciepaństwo! Najpierw nazywają mnie Angielką, potemsługą i podnóżkiem. Jak wy, Szkoci, zwracacie się doludzi, gdy usiłujecie być dla nich mili?
- Skarrrrbie - odparł, przesadniepodkreślając "r", co rozśmieszyło obiedziewczyny.
- To brzmi jak warczenie niezadowolonegoszkockiego teriera - zauważyła Claire.
- Znalazłaś coś ciekawego w bibliotece,Bree?
- Mnóstwo rzeczy - odparła dziewczyna i zaczęła grzebać w stosie kserokopii rzuconychw holu na stół. - Prawie wszystko zdążyłamprzeczytać, gdy robili dla mnie odbitki; to okazałosię najciekawsze. - Brianna wyciągnęła jakąśkartkę i podała ją Rogerowi.
Tekst był fragmentem książki zawierającejzbiór szkockich legend; pierwsza nosiła tytułSpadający Antałek.
- Legendy? - spytała Claire, zaglądającmu przez ramię. - Czy o nie nam właśnie chodzi?
- Niczego nie można wykluczyć. -Skupiony na tekście Roger odpowiadał tak, jakbyduchem był zupełnie nieobecny. - Aż do połowydziewiętnastego wieku większość opowieściszkockich górali żyła wyłącznie w tradycjiustnej. A to oznacza, że ściśle nie rozgraniczanolegend o postaciach historycznych, baśni o istotachnadprzyrodzonych czy też opowieści o heroicznychczynach dawnych bohaterów. Uczeni, którzyspisywali te historie, często sami nie wiedzielido końca, z czym mają do czynienia. Czasami była tomieszanina faktów i mitów, zdarzały się jednakopisy autentycznych zdarzeń.
- Ta legenda, na przykład - podał papier Claire- brzmi dość autentycznie. Opisuje historię, któradała nazwę określonej formacji skalnej w górachSzkocji.
Claire założyła kosmyk włosów za ucho i schyliła głowę, żeby odczytać tekst w przyćmionymgórnym świetle. Fiona, zbyt przyzwyczajonado zatęchłych dokumentów i nudnych wywodówhistorycznych, aby się tym akurat zainteresować,poszła do kuchni dopilnować obiadu.
- "Spadający Antałek - czytałaClaire. - Ta niezwykła formacja skalna, położonanad niewielką rzeczułką, lecz w pewnym od niejoddaleniu, nazwana została w ten sposób, abyupamiętnić historię jakobickiego właścicielaziemskiego i jego służącego. Ów pan, jeden z nielicznych szczęśliwców, którym udało się uniknąćmasakry pod Culloden, z trudem dotarł do domu. Musiałukrywać się przez siedem lat w jaskini na swoich gruntach,bo Anglicy przeczesywali góry w poszukiwaniuzwolenników Karola Stuarta. Dzierżawcywłaściciela ziemskiego lojalnie dotrzymywalisekretu, dostarczali do kryjówki jedzenie i wszystko,co było potrzebne. Mówiąc o swoim panu, używalinazwiska Dunbonnet, tak by pod żadnym pozorem, nawetprzypadkowo, nie zdradzić jego obecności Anglikom,którzy dość często pojawiali się w okolicy.
Któregoś dnia chłopiec niosący panu dojego pieczary beczułkę piwa natknął się naszlaku na grupę angielskich dragonów. Dzielnieodmówił żołnierzom odpowiedzi na pytania. Niechciał im również oddać niesionego przez siebieciężaru. Jeden z żołdaków zaatakował chłopaka,antałek upadł na ziemię, potoczył się po zboczu i wpadłdo płynącej w dole rzeczki".
Claire spojrzała na córkę i uniosła brew.
- Dlaczego wybrałeś właśnie tę legendę? -spytała Rogera. - Wiemy, a przynajmniej sądzimy,że wiemy - poprawiła się - że Jamie uciekł spodCulloden. Ale wielu innym też udało się zbiec. Na jakiejpodstawie przypuszczasz, że ten właściciel ziemskimógł być Jamiem?
- Z uwagi na fragment o Dunbonnecie, oczywiście- odparła Brianna, jakby zdziwiona, że takie pytaniew ogóle padło.
- Co takiego? - Roger zaskoczony spojrzał naBree. - Nie rozumiem.
W odpowiedzi dziewczyna chwyciła grube pasmoswych gęstych rudych włosów i pomachała mu tym"pędzelkiem" przed nosem.
- Dunbonnet, czyli ciemnobrązowa szkockaczapka, zgadza się? - zaczęła niecierpliwie. -Jamie Fraser zawsze nosił nakrycie głowy, ponieważpo rudych włosach był łatwo rozpoznawalny! Samaprzecież mówiłaś, że Anglicy nazywali go"Czerwonym Jamiem". Musiał więc zakrywaćgłowę!
Roger wpatrywał się w nią bez słowa. Włosyswobodnie rozsypały się jej po plecach i utworzyłykaskadę połyskującą w świetle lampy.
- Niewykluczone, że masz rację - stwierdziłaClaire. Podniecenie rozjaśniło jej oczy, gdyspoglądała na córkę. - Włosy Jamiego byłyzupełnie takie jak twoje, Bree. - Wyciągnęła rękęi łagodnie pogładziła córkę po głowie. Brianna z czułością spojrzała na matkę.
- Wiem - odparła. - Przemyślałam tosobie podczas czytania... usiłowałam go sobiewyobrazić. - Urwała i odchrząknęła, jakby cośutkwiło jej w gardle. - Zobaczyłam go, jak ukrywasię na wrzosowisku, jego włosy połyskiwały w słońcu. Mówiłaś, że już wcześniej był wyjęty spodprawa. Pomyślałam więc, że musiał już mieć dużąwprawę... w ukrywaniu się - zakończyła miękko.
- Racja - poparł ją z ożywieniem Roger, abyodpędzić cień, który zasnuł oczy dziewczyny. -Oto znakomity przykład budowania hipotezy napodstawie domysłów, ale kto wie, jeszcze odrobinawysiłku i może uda nam się dowiedzieć czegośpewnego. Jeżeli zdołamy znaleźć SpadającyAntałek na mapie...
- Uważasz mnie za niespełna rozumu? - spytałapogardliwie Brianna. - Już o tym pomyślałam. -Cień zniknął, na jego miejscu pojawiło sięsamozadowolenie. - To dlatego wróciłam takpóźno. Uparłam się, żeby mi wyciągnęli dawnemapy szkockich gór, wszystkie, jakimi dysponują. -Wydobyła ze stosu kolejną odbitkę i z triumfemwskazała palcem miejsce położone niedalekogórnej krawędzi kartki.
- Widzicie, jakie to małe? Nie figuruje nawiększości map, ale na tej się znalazło. O, dokładnietutaj jest wieś Broch Mordha, która leżała w pobliżumajątku Lallybroch, a tu... - palec przesunął się o kilka milimetrów i wskazał napis mikroskopijnejwielkości. - No, widzicie? - powtórzyła. -Wrócił do majątku Lallybroch i tam się ukrył.
- Bez lupy mogę ci tylko uwierzyć na słowo, żefaktycznie napisano tam "Spadający Antałek"- zauważył Roger, prostując się. Uśmiechnął siędo Brianny. - Gratuluję - dodał. - Myślę, żeudało ci się znaleźć Jamiego Frasera, a przynajmniejwyśledzić jego kryjówkę.
Dziewczyna uśmiechnęła się, lecz oczy jejpodejrzanie błyszczały.
- Mhmm - odparła miękko. Łagodnie dotknęłapalcami dwóch kartek papieru. - Przecież to mójojciec.
Claire ścisnęła rękę córki.
- Skoro już masz włosy po ojcu, miło wiedzieć,że po matce odziedziczyłaś rozum - zauważyłaz uśmiechem. - Chodźmy uczcić twoje odkrycie obiademFiony.
- Dobra robota - pochwalił Roger, gdy obojew ślad za Claire ruszyli do jadalni. Lekko objąłdziewczynę w talii. - Możesz być z siebie dumna.
- Dzięki - odparła z uśmiechem, ale wyrazzadumy niemal natychmiast znów wykrzywił jej usta.
- O co chodzi? - spytał miękko Roger,zatrzymując się w holu. - Coś cię martwi?
- Tak naprawdę to nie. - Odwróciłasię do niego twarzą. Pomiędzy rudymi brwiamiwidniała zmarszczka. - Tak tylko, próbowałam sobiewyobrazić... jak, twoim zdaniem, wyglądało jegożycie? Te siedem lat spędzonych w jaskini? I co się z nim potem stało?
Wiedziony impulsem Roger pochylił się i pocałował ją lekko między brwi.
- Nie wiem, najdroższa - odparł. - Ale możeuda nam się tego dowiedzieć.