Podróżniczka - Diana Gabaldon

Reflow text when sidebars are open.
Wielu wodzów górskich klanów poszło w bój,
wielu wspaniałych mężczyznzginęło.
Drogo okupili swoją śmierć, stając w obronie
prawa i królów Szkocji.
Czy już nigdy nie wrócisz?
16 kwietnia 1746 roku
Nie żył. W nosie czuł jednak bolesnepulsowanie. Uznał to za bardzo dziwne. Ufał w wyrozumiałość i łaskę Stwórcy, ale w duszykołatały mu resztki pierwotnego poczuciawiny, które sprawia, że w każdym człowieku tkwiobawa przed trafieniem do piekła. Biorąc jednak poduwagę dotychczasową wiedzę o siedzibie duszpotępionych, ani rusz nie mógł uwierzyć, że mękipiekielne, przeznaczone dla nieszczęsnych mieszkańcówotchłani, ograniczają się do bólu nosa.
Z drugiej strony był przekonany, że nie trafił teżdo nieba. Z kilku przyczyn. Po pierwsze, zupełnie na to niezasługiwał. Po drugie, nic na to nie wskazywało. A po trzecie, złamany nos nie mógł być nagrodą dlabłogosławionych ani karą dla potępionych.
Zawsze wyobrażał sobie czyściec jako miejscebezbarwne, ale teraz uznał, iż czerwonawa poświata,kryjąca wszystko wokół, jest odpowiednia naczyśćcową aurę. Bardzo powoli umysł mu sięprzejaśniał i wracała zdolność logicznegorozumowania. Ktoś, pomyślał z irytacją, powinientu przyjść i powiedzieć, jaki zapadł wyrok, jak długoprzyjdzie mu cierpieć czyśćcowe męki, zanim staniesię godny Królestwa Niebieskiego. Sam nie był dokońca pewien, czy oczekuje przybycia demona, czyanioła. Nie miał pojęcia, jakie wymagania stawia siępracownikom czyśćca; w szkole nauczyciele i księżapomijali ten temat.
Zaczął robić przegląd całego ciałai zastanawiać się, co jeszcze przyjdzie muwycierpieć. Zobaczył liczne drobne skaleczenia,nieco głębsze rany oraz mnóstwo siniaków. Znów złamałczwarty palec prawej ręki - trudno go było osłonić,bo sterczał sztywny i zmarznięty. Wszystkie obrażenianie wyglądały jednak na zbyt poważne. Co jeszcze?
Claire. To imię przeszyło mu serce, a wywołanyból był trudniejszy do zniesienia niż wszystkiedotychczasowe cielesne cierpienia.
Nie wątpił, że gdyby istniał jeszcze w realnym świecie, dźwięk tego imienia podwoiłbymęki. Wiedział, że tak będzie, gdy odsyłał ją dokamiennego kręgu. Jeżeli cierpienia duchowesą w czyśćcu podstawą, to dla niego wyznaczonokarę w postaci przeżywania bólu rozstania. Towystarczyło, jego zdaniem, do odkupienia wszelkichgrzechów, łącznie z morderstwem i zdradą.
Nie miał pojęcia, czy w czyśćcu wolno sięmodlić. Postanowił spróbować. Panie, spraw,aby ona była bezpieczna. Ona i dziecko. Był pewien,że Claire da sobie radę i dojdzie do samego kręgu;była w ciąży zaledwie od dwóch miesięcy, nadalporuszała się lekko i szybko jak błyskawica. Pozatym to najbardziej uparta i stanowcza kobieta, jaką w życiu spotkał. Czy zdoła jednak przebyć niebezpiecznądrogę do miejsca, z którego wyszła? Przemknąć się przeztajemnicze obszary oddzielające przyszłość odteraźniejszości, bezsilna wśród skał? On nigdy niepozna odpowiedzi, ale na samą myśl o tym zapomniałnawet o swym bolącym nosie.
Podjął przerwaną na chwilę inwentaryzacjęcielesnych niedomagań. Ogromnie przygnębiłogo odkrycie, że najwyraźniej brakuje mu lewejnogi. Wszelkie odczucia kończyły się kłującymmrowieniem w biodrze, dalej nie było nic. Przypuszczalnieodzyska kończynę, kiedy nadejdzie właściwa pora;może wtedy, gdy już wreszcie dostanie się do nieba,a przynajmniej w dniu sądu ostatecznego. W końcujego szwagier, Ian, zupełnie nieźle radził sobie z drewnianym kikutem, którym zastąpił utraconąnogę.
Jego próżność została jednak urażona. Notak, rzeczywiście; taka kara musiała mieć nacelu wyleczenie go z tego grzechu. Zacisnąłzęby. Postanowił zaakceptować wszystko mężniei z taką pokorą, na jaką tylko będzie mógł sięzdobyć. Nie zdołał jednak powstrzymać badającejdłoni (czy tego, co mu za dłoń służyło) i sięgnąłw dół, by się przekonać, w którym dokładnie miejscukończy się noga.
Trafił na coś twardego, palce zaplątałysię w mokre, zmierzwione włosy. Usiadł gwałtowniei z wysiłkiem rozkruszył warstwę zaschniętej krwizlepiającej mu powieki. James Fraser przypomniałsobie wszystko i głośno jęknął. Tak bardzo sięmylił. Naprawdę był w piekle. Tyle tylko, że niestetywcale nie umarł.
Na nim leżały w poprzek zwłoki jakiegośmężczyzny. Pod ich ciężarem jego noga całkowiciezdrętwiała, dlatego jej nie czuł. Głowa zmarłego,ciężka niczym kula armatnia, zwrócona twarzą w dół,wciskała mu się w brzuch. Wilgotne, splątane włosytworzyły ciemną plamę na jego mokrej koszuli. Fraserwstrząsnął się w nagłej panice; głowa zsunęła sięna kolana i przekręciła na bok, spoza osłony loków nawpół otwarte, niewidzące oczy patrzyły w niebo.
Jack Randall. Elegancki, czerwony mundur kapitanatak pociemniał od wilgoci, że wydawał się niemalczarny. Jamie niezdarnie usiłował zepchnąć z siebietrupa. Ze zdumieniem szybko się przekonał, jak bardzo brakmu sił. Jego ręka zsunęła się po plecach zabitego,druga ugięła się znienacka, gdy spróbował siępodeprzeć. Znowu leżał płasko na wznak. W górzewirowało szare niebo. Padał śnieg z deszczem. Z każdym oddechem głowa Jacka Randalla nieprzyzwoicieporuszała mu się na brzuchu; wędrowała to w górę,to w dół.
Fraser z całej siły przycisnął dłonie dobagnistego gruntu. Między palcami przeciekłazimna woda, koszulę na plecach miał przemoczoną dosuchej nitki. Przewrócił się na bok. Przekonał się, żezmarły zapewniał mu swoim ciałem odrobinę ciepła. Gdybezwładne zwłoki Randalla powoli osunęły sięna ziemię, lodowata woda zaatakowała świeżoodsłonięte fragmenty ciała Jamiego. Przeżyłszok. Nagły chłód wywołał gwałtowne dreszcze.
W lepkiej mazi wykonywał niezborneruchy. Usiłował wydobyć spod siebie zmięty,oblepiony błotem pled. Do jego uszu dochodziłydźwięki, których nie zdołało zagłuszyć zawodzeniekwietniowego wiatru. Słyszał odległe okrzyki, płacz,jęki przywodzące na myśl nawołujące się duchy. A ponad wszystko wybijały się ochrypłe głosy kruków i wron. Z intensywności krakania wynikało, że ptakówbyły dziesiątki.
Dziwne, myślał Jamie. Podczas burzy ptaki niepowinny latać. Jeszcze jeden ruch i już mógł otulićsię wydobytym spod siebie pledem. Wyciągnął rękę,żeby okryć nogi. Zauważył, że jego lewa kończynai kilt umazane są krwią. Widok ten nie wywołałwiększego wrażenia, wydał się Fraserowi nawetdość interesujący: ciemnoczerwone plamy ostrokontrastowały z szarozieloną barwą roślinwrzosowiska. Echa bitwy cichły, aż wreszcie nadpobojowiskiem pod Culloden dało się słyszećwyłącznie krakanie kruków i wron.
***
Ocknął się znacznie później. Ktoś wykrzykiwałjego imię i nazwisko.
- Fraser! Jamie Fraser! Jesteś tu?
Nie, pomyślał, nie ma mnie. Gdziekolwiek przebywałpodczas utraty świadomości, było to lepsze miejsceniż obecne. Leżał w niewielkim zagłębieniu dopołowy wypełnionym wodą. Przestało padać, alewiatr ani trochę nie osłabł; zawodził nad wrzosowiskiemi przeszywał chłodem do szpiku kości. Niebo zrobiłosię niemal czarne. Nadszedł już wieczór.
- Mówię ci, gdzieś go tu widziałem. Obok tej dużejkępy kolcolistu. - Głos, z początku donośny,powoli się oddalał.
Jamie usłyszał jakiś szelest. Odwrócił głowę i zobaczył wronę. Stała w trawie niecałe pół metraod niego, z ciemnymi piórami nastroszonymiprzez wiatr. Przyglądała mu się okrągłymi,błyszczącymi oczyma. Po chwili uznała, że Jamie nieprzedstawia żadnego niebezpieczeństwa. Obojętnieprzekrzywiła szyję i wbiła mocny, ostry dziób w okoJacka Randalla.
Jamie poderwał się gwałtownie z okrzykiemobrzydzenia, który spłoszył padlinożercę. Ptakodleciał, skrzecząc głośno na alarm.
- Patrz, jest tam!
Na mokrym gruncie rozległy się chlupoczącekroki. Przed oczyma rannego zamajaczyła czyjaś twarz,a na ramieniu spoczęła dłoń.
- On żyje! Ruszaj się, MacDonald! Podtrzymaj go,bo sam nie da rady ustać. - Było ich czterech. Podnieśli goz niemałym trudem. Fraser oparł się na ramionach EwanaCamerona i Jana MacKinnona.
Chciał im powiedzieć, żeby gozostawili. Przypomniał sobie, że przecież zamierzałumrzeć. Lecz ich towarzystwo było czymś tak cudownym,że nie miał siły się go wyrzec. Do zdrętwiałej nogipowracało życie. Dopiero teraz Fraser w pełnizdał sobie sprawę, jak poważnie został ranny. I takniedługo umrze, a dzięki Bogu nie będzie musiał tkwićsamotnie w ciemnościach.
- Wody? - Poczuł na wargach krawędźkubka. Ostrożnie uniósł się na łokciu, żeby się nieoblać. Ktoś dotknął jego czoła i cofnął rękę bezsłowa.
Cały płonął. Pod powiekami czuł płomienie,bolały go wargi, spękane od gorączki. Ale z dwojgazłego wolał to niż chłód i dreszcze. Gdy oblewało gogorąco, mógł przynajmniej leżeć spokojnie, dreszczenatomiast wyrywały ze snu demony drzemiące w jegociele.
Murtagh. Gdy myślał o ojcu chrzestnym,prześladowało go straszne uczucie, ale pamięć niepodsuwała żadnych konkretnych obrazów. Murtagh nieżył; Fraser był tego pewien, ale nie miał pojęcia, skąd towie. Ponad połowa armii szkockich górali poległa nawrzosowisku - tyle się domyślił z rozmów mężczyznzgromadzonych w wiejskim domu. Samej bitwy jednak w ogóle sobie nie przypominał.
Już wcześniej brał udział w walkach i orientowałsię, że utrata pamięci nie jest u żołnierza niczymdziwnym. Widywał podobne przypadki, ale sam nigdydotąd czegoś podobnego nie doświadczył. Wiedział,że wspomnienia powrócą, miał jednak nadzieję,że uda mu się wcześniej umrzeć. Na myśl o śmiercidrgnął. Ruch wywołał falę ostrego bólu, jakbyktoś przejechał po nodze rozpalonym do białościżelazem. Jęknął.
- Jak tam, Jamie? - Leżący obok Ewan podniósłsię na łokciu. Jego zmartwiona twarz bielała w półmroku. Zaczynało dopiero świtać. Głowęmiał owiniętą zakrwawionym bandażem, również nakołnierzu widać było rdzawe plamy. Krew wyciekałaz drobnej rany przy uchu.
- Jakoś wytrzymam - odpowiedział Fraseri z wdzięcznością dotknął ramienia Ewana. Kompanpoklepał go po ręce i z powrotem się położył.
Znów pojawiły się czarne jak noc ptaszyska. Gdyzapadł zmierzch, odleciały do gniazd, ale wróciływraz z nastaniem poranka: kruki i wrony, ptaki wojny,stawiły się na ucztę z mięsa poległych. Równiedobrze mogło się zdarzyć, że teraz okrutnymidziobami rozszarpywałyby i jego ciało. Podpowiekami wyczuwał kształt gałek ocznych. Okrągłe i gorące kąski smakowitej galarety obracałysię bezustannie, na próżno wypatrujączapomnienia. Wstające słońce zabarwiało powiekina ciemnokrwisty kolor.
Czterech mężczyzn zebranych pod jedynym oknemwiejskiego domu rozmawiało przyciszonymigłosami.
- Z tego powodu pobiec? - odezwał się jedenz nich i wskazał głową za okno. - Chryste, człowieku,najzdrowszy z nas ledwie kuśtyka, a sześciu jestkompletnie unieruchomionych.
- Jeśli możesz chodzić, to idź - mruknął ktoś z podłogi. Skrzywił się na widok własnej nogi owiniętejstrzępkami kołdry. - Dinna zostanie z nami.
Duncan MacDonald odwrócił się od okna,potrząsając głową. Uśmiechał się ponuro. Światłosłoneczne uwydatniło ostre rysy twarzy, pogłębiłobruzdy wywołane zmęczeniem.
- Nie, zaczekamy - oświadczył. - Przedewszystkim dlatego, że Anglików jest więcej niż pchełna wiejskim kundlu; widać, jak się tam kłębią. Nikt w tejchwili nie zdoła się wydostać z Drumossie.
- Nawet ci, którzy już wczoraj drapnęli z pola,nie zajdą daleko - wtrącił łagodnie MacKinnon. -Nie słyszeliście w nocy, jak angielskie oddziałyszybkim marszem przechodziły w pobliżu? Sądzicie,że wyłapanie tych wszystkich nieboraków sprawi imtrudność?
Pytanie nie wymagało odpowiedzi, obecni znaliją aż za dobrze. Wielu górali jeszcze przed bitwąledwo trzymało się na nogach, tak byli osłabienizimnem, trudami i głodem.
Jamie odwrócił twarz do ściany. Modliłsię, aby jego ludzie wyruszyli dość wcześnie. DoLallybroch było bardzo daleko. Jeśli tylko uda im sięwystarczająco oddalić od Culloden, z pewnościąnie zostaną złapani. A przecież Claire ostrzegła,że złaknione odwetu oddziały Cumberlanda dotrądaleko i spustoszą góry Szkocji.
Tym razem myśl o żonie wywołała jedynie falęstraszliwej tęsknoty. Boże, żeby tak mieć Claire przysobie, poczuć dotyk jej rąk; żeby tak opatrzyła rany i przytuliła do piersi. Ale odeszła - o całe dwieścielat - i dzięki Bogu! Spod przymkniętych powiek z wolnapociekły łzy. Nie bacząc na ból, przewrócił się na bok,aby je ukryć.
Boże, spraw, żeby była bezpieczna, modlił się. Onai dziecko.
Wczesnym popołudniem powietrzewpadające przez rozbite okno przyniosło wońspalenizny. Intensywniejszą, ostrzejszą niż zapachczarnego od sadzy dymu; przywodziła na myśl pieczonemięso.
- Palą zwłoki - powiedział MacDonald. Odkądprzybyli do chaty, prawie nie opuszczał miejsca przyoknie. Jego twarz przypominała trupią czaszkę:czarne jak węgiel, matowe z brudu włosy były mocnościągnięte do tyłu i uwidoczniały wszystkie kościtwarzy.
Co jakiś czas od strony wrzosowisk dochodziłysuche trzaski. Strzały. Coups de grâcebyły łaskawie rozdzielane przez angielskichoficerów, zanim odziani w tartan nieszczęśnicymogli spocząć na stosie u boku poległych w bojupobratymców. Gdy Jamie znowu spojrzał w górę,Duncan MacDonald nadal tkwił przy oknie, ale oczy miałzamknięte.
Siedzący tuż obok Ewan Cameron przeżegnałsię.
- Żeby tylko okazano nam tyle samo łaski -wyszeptał.
***
Okazano. Następnego dnia ledwie minęłopołudnie przed domem dały się słyszeć kroki obutychstóp. Drzwi na skórzanych zawiasach otworzyły siębezszelestnie.
- O, Chryste! - rozległy się stłumioneokrzyki.
Przeciąg poruszył cuchnące wyziewy,które unosiły się nad ponurymi, obszarpanymi,zakrwawionymi ciałami leżącymi lub siedzącymina brudnej podłodze.
Myśl o walce nie zaświtała w niczyjejgłowie. Jakobici stracili do niej serce, w zbrojnym oporze nie widzieli zresztą najmniejszegosensu. Siedzieli po prostu bez ruchu. Czekali na to,co ich gościom sprawi mnóstwo przyjemności.
Był w randze majora. W mundurze bez jednej zmarszczkii w wypolerowanych butach wyglądał jak spod igły. Przezchwilę się wahał. Obserwował z progu zebranychw domu mężczyzn, po czym wszedł do środka. Adiutantzamknął za nim drzwi.
- Jestem lord Melton - oznajmił. Rozejrzałsię wokół w poszukiwaniu przywódcy, do któregonajwyraźniej kierował słowa.
Duncan MacDonald rzucił na przybysza okiem, wstałpowoli i skłonił głowę.
- Duncan MacDonald z Glen Richie -powiedział. - A pozostali - machnął ręką -byli żołnierzami w służbie Najjaśniejszego Pana,króla Jakuba.
- Domyślam się - odparł sucho Anglik. Byłjeszcze młody, miał niewiele ponad trzydziestkę, aleemanowała z niego pewność siebie doświadczonegowojaka. Ostentacyjnie przenosił spojrzenie z jednego mężczyzny na drugiego, potem sięgnął podkurtkę i wyjął złożoną kartkę.
- Mam tutaj rozkaz podpisany przez JegoWysokość księcia Cumberlandu - oświadczył. -Uprawnia mnie do natychmiastowej egzekucji każdego,kto brał udział w zdradzieckiej rebelii, która właśniezostała stłumiona. - Ponownie omiótł wzrokiempomieszczenie. - Czy któryś z was uważa, że nie jestwinny zdrady?
Wśród Szkotów rozległ się cichutki śmiech. O jakiej to niewinności można było mówić, skoroznajdowali się o krok od pobojowiska, a ich twarzejeszcze czerniały od bitewnego pyłu?
- Nie, mój panie - odparł MacDonald z nikłym uśmiechem. - Sami zdrajcy. Zostaniemypowieszeni?
Melton skrzywił się z niesmakiem, ale zarazjego twarz ponownie przybrała wyraz całkowitejobojętności. Major był niewysoki i drobny, lecz jegopowaga i autorytet nie budziły wątpliwości.
- Zostaniecie rozstrzelani - oznajmił. -Macie godzinę na przygotowanie się. - Zawahał się,zerknął na towarzyszącego mu porucznika, jakbysię obawiał okazać nadmierną łaskę w obecnościpodwładnego. - Jeśli któryś z was chciałby napisaćlist, pisarz pułkowy dostarczy papier i pióro. -Skinął głową MacDonaldowi, zakręcił się napięcie i wyszedł.
Była to ponura godzina. Kilku mężczyznrzeczywiście poprosiło o materiały dopisania. Nabazgrali po parę słów na papierzerozpostartym na ukośnie biegnącym kominie.
MacDonald błagał o litość dla Gilesa McMartinai Fredericka Murraya. Argumentował, iż obajmieli zaledwie po siedemnaście lat i powinnibyć traktowani łagodniej niż dorośli. Prośbęodrzucono. Chłopcy siedzieli pod ścianą z pobladłymi twarzami, trzymając się za ręce.
Jamie mocno bolał nad ich losem. Żal mu byłorównież pozostałych - dobrych przyjaciół i dzielnych żołnierzy. A co do siebie, to odczuwałwyłącznie ulgę. Nic już nie będzie musiał robić, o nicsię martwić. Dla swoich ludzi, żony, nienarodzonegodziecka zrobił, co tylko mógł. Niech już wreszcie mękasię skończy, niech nadejdzie upragniony spokój.
Bardziej dla dobra innych niż z wewnętrznej potrzebyzamknął oczy i zaczął odmawiać akt skruchy, jak zwykle pofrancusku. Mon Dieu, je regrette... Tyleże nie odczuwał żalu, na to było już o wiele zapóźno.
Zastanawiał się, czy od razu po śmierci odnajdzieClaire. Czy też, jak podejrzewał, zostanie skazanyna czasową separację? W każdym razie zobaczy jąznowu; to przekonanie tkwiło w nim o wiele silniej niżwszelkie nauki Kościoła. Sam Bóg mu podarował tękobietę, więc kiedyś z pewnością ją zwróci.
Zapominając o modlitwie, przywołał w myśli obraz ukochanej: zarys policzków i skroni,szerokie gęste brwi, które zawsze zachęcały godo pocałunków, niewielką, gładką płaszczyznę u nasady nosa, między przejrzystymi, bursztynowymioczyma. Całą uwagę skupił na kształcie ust. W najdrobniejszych szczegółach wyobrażał sobiesłodycz pełnych warg, ich smak i własne uczucieradości. Przestał słyszeć słowa modlitwy,skrzypienie piór czy zdławiony płacz GilesaMcMartina.
Było już dobrze po południu, gdy Melton wróciłw asyście sześciu żołnierzy, porucznika i pisarzawojskowego. Oficer ponownie zatrzymał się w progu,lecz zanim zdążył coś powiedzieć, MacDonald wstał i oświadczył:
- Idę pierwszy.
Miarowym krokiem przemierzył izbę. Gdy jużschylał głowę w drzwiach, lord położył mu dłoń naramieniu.
- Proszę podać pisarzowi swoje imię i nazwisko, sir.
MacDonald zerknął na urzędnika. Gorzki uśmiechrozciągnął mu kąciki warg.
- Lista trofeów, co? Nie ma sprawy. - Wzruszyłramionami i wyprostował się. - Duncan WilliamMacLeod MacDonald z Glen Richie. - Ukłonił się dwornielordowi Meltonowi. - Do usług, sir. - Przeszedłprzez drzwi i wkrótce rozległ się odgłos pojedynczegostrzału oddanego w pobliżu.
Chłopcom pozwolono iść razem. Przekroczylipróg. Nadal kurczowo trzymali się za ręce. Resztębrano pojedynczo. Każdego pytano o pełne imię i nazwisko. Pisarz siedział na stołku przy samych drzwiach,z głową pochyloną nad papierami, które trzymałna kolanach, i notował. Nawet nie rzucił okiem naprzechodzących mężczyzn.
Gdy nadeszła kolej Ewana, Jamie z wysiłkiempodniósł się na łokciu i z całej siły chwycił dłońprzyjaciela.
- Wkrótce znowu się zobaczymy -szepnął.
Cameronowi drżała ręka, ale tylko sięuśmiechnął. Nagle pochylił się, ucałował w ustaJamiego i znowu się wyprostował.
Szóstkę niezdolnych do chodzenia rannychzostawiono na koniec.
- James Aleksander Malcolm MacKenzie Fraser -wyrecytował powoli Jamie, żeby urzędnik miał czaswszystko zapisać. - Pan na Broch Tuarach. - Cierpliwieprzeliterował nazwę i zerknął na Meltona. -Muszę prosić o przysługę, sir. Bez pomocy nie dam radywstać.
Major nie odpowiedział. Wpatrywał się w leżącego, a wyraz lekkiego niesmaku na jegotwarzy zmienił się nagle w zdumienie i jednocześnieprzerażenie.
- Fraser? - zapytał. - Z Broch Tuarach?
- Zgadza się - odparł cierpliwie Jamie,choć wolał, żeby lord się pospieszył. Czym innymjest poddanie się własnemu losowi, a czym innymsłuchanie odgłosów egzekucji dokonywanejna przyjaciołach. Ramiona trzęsły się Jamiemu z wysiłku, bo cały czas na nich się wspierał. Jelitanatomiast nie podzielały rezygnacji rannego i głośnym burczeniem zdradzały jego strach.
- A żeby to piekło pochłonęło! - wymruczałAnglik. Pochylił się i przez chwilę wpatrywał w Jamiego, który leżał w cieniu pod ścianą. Odwróciłsię i skinął na adiutanta. - Pomóż mi przenieśćgo do światła - rozkazał. Nie zrobili tegozbyt delikatnie. Ranny jęknął głośno. Ostry bólprzeszył ciało od okaleczonej nogi aż po sam czubekgłowy. Zamroczony nie dosłyszał ostatnich słówMeltona.
- Czy to pana nazywają "CzerwonymJamiem"? - dopytywał się niecierpliwieAnglik.
Frasera przeniknął dreszcz strachu. Jeślitylko się dowiedzą, że to on jest osławionym"Czerwonym Jamiem", z pewnością nie zadowoląsię zastrzeleniem zdobyczy. W łańcuchach zawlokądo Londynu, aby go tam osądzić. Był przecież bardzocennym trofeum. A potem go podduszą i położą naplatformie szubienicy. Oprawcy rozetną ciałoi wywloką wnętrzności. W brzuchu głośno muzaburczało. Najbliższa przyszłość, wyraziścieodmalowana w duchu, najwyraźniej nie spotkała sięz aprobatą jelit.
- Nie - odparł tak stanowczo, jak tylkozdołał. - Kończcie już, dobrze?
Lord Melton zignorował jego słowa. Opadłna kolana i rozerwał rannemu koszulę napiersi. Chwycił Jamiego za włosy i odciągnął mugłowę do tyłu.
- Niech to diabli! - zaklął. Palce oficeradźgały Frasera w gardło, tuż nad obojczykiem. Rannymiał tam niewielką, trójkątną bliznę i właśnie onawzbudziła zainteresowanie Anglika.
- James Fraser z Broch Tuarach. Rude włosyi trójkątna blizna na gardle. - Melton puściłwłosy ofiary i przysiadł na piętach. W zamyśleniupotarł dłonią podbródek, po czym wskazał na pięciupozostałych rannych.
- Weźcie resztę - poleciłporucznikowi. Jasne brwi zbiegły mu się nad nosem, naczole pojawiła się głęboka zmarszczka. Z marsem natwarzy stał nad rudowłosym Szkotem, podczas gdy innychwynoszono z chałupy.
- Muszę pomyśleć - wymamrotał. - Niech tocholera, muszę pomyśleć!
- Jasne, jeśli jest pan do tego zdolny - odparłJamie. - Ale ja muszę się położyć. - Z pomocążołnierzy usiadł. Oparł się o ścianę i wyciągnął przedsiebie nogę. Po dwóch dniach bezustannego leżeniautrzymanie pozycji siedzącej okazało się jednakponad jego siły; przed oczyma pojawiły mu się mroczki,całe pomieszczenie wirowało. Przechylił się najedną stronę i opadł na podłogę. Z zamkniętymioczyma czekał, aż minie zawrót głowy.
Melton mruczał coś pod nosem, ale Jamie nie rozróżniałposzczególnych słów. Prawdę mówiąc, nie bardzo go toobchodziło. Wcześniejsza pozycja i jasne światłosłoneczne umożliwiły mu dokładne obejrzenie rannejnogi. Doszedł do wniosku, że nie zdążą go powiesić,bo nie pożyje dostatecznie długo.
Od połowy uda ku górze wędrowała intensywnaczerwień ostrego zapalenia, przy której blakłyplamy zaschniętej krwi. Z rany sączyła się ropa. Gdytylko zmniejszył się odór bijący od innych rannych,dało się wyczuć słaby słodko-mdlący smródwydzieliny. Ciągle jednak strzał w głowę wydawałsię Szkotowi bardziej pociągający niż śmierć naskutek zakażenia, wraz z towarzyszącym jej bólemi wysoką gorączką. Słyszałeś huk, zdążyłpomyśleć i odpłynął w nicość. Chłodna, brudnapodłoga pod rozpalonym policzkiem wydała się miłai delikatna jak matczyna pierś.
Ranny powędrował w świat wywołanych gorączkąmajaków; ostry głos Meltona tylko częściowoprzywołał Jamiego do stanu świadomości.
- Grey - mówił głos. - John William Grey! Zna panto nazwisko?
- Nie - odparł Fraser, nadal oszołomionywysiłkiem i gorączką. - Posłuchaj no, człowieku,albo mnie zastrzel, albo idź sobie stąd. Jestemchory.
- W pobliżu Carryarrick. - Meltonniecierpliwie drążył temat. - Pytam o chłopca,jasnowłosego, około szesnastu lat. Spotkał go panw lesie.
Jamie spojrzał na dręczyciela. Wizerunek, jakimiał przed oczyma, był zniekształcony przez gorączkę,ale w pochylonej twarzy o delikatnych rysach i wielkich, niemal dziewczęcych oczach Fraser dostrzegłcoś znajomego.
- Och - mruknął, gdy wychwycił jedną,konkretną podobiznę z powodzi obrazówchaotycznie przepływających przez jego mózg. -Drobny chłopaczek, który usiłował mnie zabić. Owszem,pamiętam. - Znowu przymknął oczy. Dziwny, gorączkowystan, w jakim się znajdował, sprawiał, że jedno odczuciecałkowicie wypierało poprzednie. Złamał JohnowiWilliamowi Greyowi rękę; wspomnienie szczupłegoramienia chłopca w jego własnych dłoniach przesłoniłobraz przedramion Claire, kiedy uwalniał ją z kamiennejpułapki. Chłodny, wilgotny powiew musnął mu twarz,gdy dotknęły jej palce dziewczyny.
- Obudź się, do cholery! - Głowa Fraserapoleciała do tyłu, gdy major potrząsnął nimniecierpliwie. - Proszę mnie posłuchać!
Jamie z trudem uniósł powieki.
- Tak?
- John William Grey jest moim bratem - wysapałMelton. - Opowiedział mi o swoim spotkaniu z panem. Darował mu pan życie, a on złożył obietnicę. Toprawda?
Jamie z wielkim wysiłkiem skierował myśliku tamtemu zdarzeniu. Spotkał chłopca na dwa dni przedpierwszą bitwą powstańców, przed potyczką pod Preston,zakończoną zwycięstwem Szkotów. Od tamtej chwiliupłynęło sześć miesięcy, a wydawało się, żeminęło całe stulecie, tak wiele się w tym czasiewydarzyło.
- Jasne, przypominam sobie. Obiecał, że mniezabije. Nie będę miał jednak nic przeciwko temu,jeśli pan to uczyni za niego. - Powieki znowu muopadły. Czyżby musiał być przytomny, żeby go moglizastrzelić?
- Powiedział, że ma wobec pana długwdzięczności. - Melton wstał, otrzepał spodnie i zwróciłsię do adiutanta, który obserwował przesłuchaniez narastającym zdziwieniem.
- Niezły bigos, Wallace. Ten... ten jakobitajest bardzo znany. Słyszałeś o "CzerwonymJamiem"? Tym z ogłoszeń? - Porucznik skinął głową. Z zainteresowaniem spoglądał w dół, na obszarpanykształt leżący w brudzie u jego stóp. Melton uśmiechnąłsię gorzko.
- Nie, teraz nie wygląda aż takniebezpiecznie. Nadal jednak jest "CzerwonymJamiem" Fraserem. Jego Wysokość będzie więcejniż zadowolony, gdy się dowie, kogo wzięliśmy doniewoli. Nie znaleziono jeszcze Karola Stuarta, alejego popularni poplecznicy równie dobrze zabawiągawiedź pod Tower Hill.
- Powiadomić króla? - Porucznik sięgnąłpo przybory do pisania.
- Nie! - Lord wbił wzrok w więźnia. - W tymcały problem! Ten plugawy urzędnik jest pierwszymkandydatem na szubienicę, ale oprócz tego jest takżeczłowiekiem, który koło Preston wziął do niewolimojego najmłodszego brata. I zamiast go zastrzelić, naco smarkacz w pełni zasługiwał, darował mu życie i pozwolił odejść do swoich. I tym sposobem - wycedziłprzez zęby major - nałożył na moją rodzinęcholernie duży dług wdzięczności!
- O Jezu - westchnął porucznik. - A więc niemoże pan podarować "Czerwonego Jamiego" JegoWysokości.
- Nie, do licha! Nie wolno mi nawet zastrzelićtego łotra, jeśli chcę ocalić honor brata!
Fraser otworzył jedno oko.
- Jeśli mnie pan zabije, to przecież nie powiemnikomu ani słowa - rzucił i ponownie opuściłpowiekę.
- Zamknij się! - Melton stracił panowanienad sobą i ze złości kopnął więźnia. Ranny jęknąłz bólu.
- Może należałoby go zastrzelić podprzybranym nazwiskiem - podsunął usłużnieporucznik.
Lord rzucił podwładnemu pogardliwe spojrzenie,potem zerknął w okno.
- Za jakieś trzy godziny sięściemni. Będę nadzorować pogrzeb pozostałychskazańców. Zdobądź w tym czasie wózek i napełnijgo sianem. Trzeba też znaleźć woźnicę. Niech się tustawi zaraz po zmroku. Tylko uwaga, Wallace, chcę kogośdyskretnego, a to oznacza łasego na pieniądze.
- Tak, sir. Sir? Aaa... co z więźniem? - Porucznikwskazał ciało leżące na podłodze.
- Nic. Jest za słaby, aby się czołgać, a co dopierochodzić. Sam nigdzie się nie wybierze - odparł szorstkoMelton.
- Wóz? - Ranny dał znak życia. Pod wpływemnagłego wzburzenia zdołał nawet podnieść się najednym ramieniu. Szeroko rozwarte, nabiegłe krwiąoczy lśniły czujnie spod brudnych rudych włosów. -Dokąd mnie wysyłacie?
Melton odwrócił się od drzwi i spojrzał na niegoz niechęcią.
- Jest pan właścicielem Broch Tuarach,prawda? Cóż, tam właśnie pana poślę.
- Nie chcę wracać do domu! Zastrzelcie mnie!
Anglicy wymienili spojrzenia.
- Bredzi - rzucił znacząco porucznik. Oficerpotwierdził skinieniem głowy.
- Wątpię, czy przeżyje podróż, ale na szczęściejego śmierć nie spadnie na moje sumienie.
Drzwi zatrzasnęły się za Anglikami. W środkuzostał Jamie Fraser, całkiem sam i ciągle żywy.
Inverness, 2 maja 1968 roku
- Oczywiście, że nie żyje! - Podnieceniesprawiło, że słowa Claire zabrzmiały ostro; głośnorozległy się w na pół opustoszałym pokoju,echem odbiły się od opróżnionych półek. Na tlewykładanych korkiem ścian Claire wyglądała jakwięzień oczekujący plutonu egzekucyjnego. Jejspojrzenie przenosiło się z córki na RogeraWakefielda i z powrotem.
- Myślę, że nie masz racji. - Roger czuł sięstraszliwie zmęczony. Potarł dłonią twarz, po czymwziął z biurka teczkę. Zawierała wyniki badań,jakie podjął z chwilą, gdy Claire wraz z córką po razpierwszy przyszły do niego i poprosiły o pomoc. Byłoto trzy tygodnie temu.
Otworzył teczkę i przekartkował jejzawartość. Jakobici z Culloden. Powstanie z czterdziestego piątego roku. Dzielni górale,skupieni wokół sztandarów pięknego księciaKarola, jak błyskawica przeszli całą Szkocję poto tylko, aby ponieść druzgocącą klęskę z rękiksięcia Cumberlandu na szarych wrzosowiskach podCulloden.
- Proszę. - Wyciągnął kilka spiętych zesobą kartek. Archaiczne litery wyglądały dziwniena kserokopiach. - Oto spis oficerów i żołnierzypułku Lovata.
Popchnął kartki w stronę Claire, ale to jej córka,Brianna, wzięła je i zaczęła przeglądać. Międzyrudawymi brwiami dziewczyny pojawiła się niewielkazmarszczka.
- Wystarczy, jak przeczytasz pierwszą - rzuciłRoger. - Pod nagłówkiem: "Oficerowie".
- Zgoda. "Oficerowie" - odczytała nagłos. - Szymon, pan na Lovat...
- Młody Lis - wpadł jej w słowo Roger. - SynLovata. I jeszcze pięć nazwisk, zgadza się?
Brianna uniosła brew, lecz nie przerwałaczytania.
- William Chisholm Fraser, porucznik; GeorgeD'Amerd Fraser Shaw, kapitan; Duncan Joseph Fraser,porucznik; Bayard Murray Fraser, major... - przerwała,żeby przełknąć ślinę przed odczytaniem ostatniegonazwiska - ... James Aleksander Malcolm MacKenzieFraser, kapitan. - Opuściła papiery, twarz jej lekkopobladła. - Mój ojciec.
Claire szybko podeszła do Brianny i ścisnęłają za ramię. Była równie blada jak córka.
- Tak - zwróciła się do Rogera. - Wiem, żeposzedł pod Culloden. Kiedy mnie zostawił... tam, przykamiennym kręgu... miał zamiar wrócić pod Culloden,żeby ratować swoich ludzi w szeregach KarolaStuarta. I wiemy, że to zrobił... - Głową wskazałateczkę leżącą na biurku. W świetle lampy powierzchniakartonu wyglądała na dziewiczo czystą. -Znalazłeś ich nazwiska. Ale... ale... Jamie... - Dźwięktego imienia wywołał w niej burzę. Mocno zacisnęławargi.
Teraz Brianna musiała podtrzymać matkę.
- Powiedziałaś, że zamierzał tam iść. -Pełne zachęty, ciemnoniebieskie oczy dziewczynyintensywnie wpatrywały się w twarz matki. - Chciałskrzyknąć swoich ludzi z pól i wziąć udział w bitwie.
Claire przytaknęła. Odzyskała panowanienad sobą.
- Wiedział, że jego szanse na wyjście z tego cało były niewielkie. Gdyby Anglicy gozłapali... Mówił, że już woli zginąć z bronią w ręku. I właśnie to zamierzał zrobić. - Zwróciłasię ku Rogerowi, jej bursztynowe oczy połyskiwałyniespokojnie. Młodemu mężczyźnie kojarzyłysię z oczami jastrzębia. Odnosił wrażenie, żestojąca przed nim kobieta widziała znacznie dalejniż inni ludzie. - Nie mogę uwierzyć, że tam niezginął. Tylu ich przecież poległo... W dodatku onpragnął śmierci!
Niemal połowa szkockiej armii wyginęłapod Culloden, zmasakrowana pociskamiartyleryjskimi i kulami z muszkietów. Ale nie JamieFraser.
- Nie - powtórzył z uporem Roger. -Pamiętasz fragment, który ci odczytałem z książki Linklatera? - Sięgnął po białooprawiony tom zatytułowany Książę wewrzosach.
"Po bitwie - czytał - osiemnastu oficerówjakobickich schroniło się w wiejskiej chałupiew pobliżu wrzosowisk. Przez dwa dni leżeli z nieopatrzonymi ranami, znosząc ból. Na koniec zostaliwyprowadzeni i rozstrzelani. Jeden z mężczyzn,Fraser z pułku Lovata, uniknął rzezi. Reszta zostałapochowana na skraju ogrodu za domem".
- Widzicie? - Odłożył książkę i patrzył z powagą na obie kobiety. - Oficer z pułku Lovata. -Chwycił kartki z wykazem ofiar. - O, tu mamy nazwiskarozstrzelanych. Było ich sześciu. No, i tak: wiemy, żewymienionym mężczyzną nie mógł być Młody Szymon;jest to postać historykom dobrze znana i wiadomo,co się z nim stało. Z grupą swoich ludzi wycofał sięz pola bitwy, gdzie nie odniósł żadnych ran, i szpadąutorował sobie drogę na północ. W końcu doszedł z powrotem aż do zamku Beaufort, niedaleko stąd. -Roger machnął ręką w stronę okna, przez które byłowidać mrugające nocne światła Inverness.
- Ocalałym mężczyzną nie mógł być takżeżaden z pozostałych czterech oficerów: William,George, Duncan czy Bayard - stwierdził Roger. -Dlaczego? - Młody historyk wyjął z teczki kolejnydokument i potrząsnął nim triumfalnie. - Ponieważcała czwórka zginęła pod Culloden! Wszyscy czterejpolegli w czasie walki. Znalazłem ich nazwiska natablicy pamiątkowej w kościele w Beauly.
Claire dłuższą chwilę wypuszczała powietrzez płuc. Opadła na stary, skórzany fotel stojący zabiurkiem.
- Jezu Chryste! - jęknęła i przymknęłapowieki. Siedziała z rękoma opartymi na biurku,z twarzą ukrytą w dłoniach, za zasłoną z gęstych,kręconych, brązowych włosów. Brianna, na której twarzymalowało się silne wzruszenie, pochyliła się nadmatką i położyła rękę na jej plecach. Dziewczynabyła wysoka i szczupła; długa ruda grzywa Briannyciepło połyskiwała w świetle stojącej na biurkulampy.
- Jeżeli nie zginął... - zaczęłanieśmiało.
Claire poderwała głowę.
- Ale przecież on nie żyje! - krzyknęła. Jejtwarz zdradzała napięcie, wokół oczu uwidoczniłysię drobne zmarszczki. - Na miłość boską! Minęłojuż dwieście lat. Zginął pod Culloden czy nie, teraz z pewnością nie żyje!
Brianna aż się cofnęła przed gwałtownościąmatki. Nisko pochyliła głowę. Rude włosy,identyczne jak u ojca, opadły wzdłuż policzków.
- Pewnie masz rację - szepnęła. Rogerzauważył, że dziewczyna z trudem opanowuje łzy. I nicdziwnego, pomyślał. W krótkim czasie dowiedziałasię, że, po pierwsze, mężczyzna kochany i przez całeżycie zwany "ojcem" wcale nim nie był; po drugie,prawdziwy ojciec, szkocki góral, żył przed dwustu laty;a po trzecie, najprawdopodobniej zginął jakąśstraszliwą śmiercią, gdy, na zawsze rozdzielonyz żoną i dzieckiem, poświęcił siebie dla ichuratowania... To by każdego zwaliło z nóg.
Podszedł do Brianny i dotknął jejramienia. Zerknęła na niego bez zainteresowania,ale spróbowała się uśmiechnąć. Roger otoczył jąramieniem. Mimo współczucia, jakie miał dla dziewczynyw tej trudnej chwili, nie mógł się powstrzymać od myśli,jak cudowne w dotyku jest jej ciało, tak miękkie i ciepłe, a przy tym bardzo sprężyste.
Claire nadal siedziała przy biurku w całkowitymbezruchu. Pod wpływem wspomnień żółte oczyjastrzębia nabrały nieco cieplejszej barwy. Kobietaniewidzącym wzrokiem wpatrywała się we wschodniąścianę gabinetu, od podłogi po sufit upstrzonąnotatkami, pozostawionymi przez świętej pamięciwielebnego Wakefielda.
Roger podążył za spojrzeniem Claire i dostrzegł zawiadomienie o dorocznym spotkaniuTowarzystwa Białej Róży, skupiającego rozmaitychekscentryków i entuzjastów, gotowych dalej walczyćo niepodległość Szkocji. Spotykali się co roku, byzłożyć hołd Karolowi Stuartowi i góralom, którzybohatersko wytrwali u boku Pięknego Księcia.
Młody historyk cicho odchrząknął.
- Jeżeli Jamie Fraser nie zginął podCulloden... - zagadnął.
- To najprawdopodobniej zmarł wkrótcepotem. - Claire spojrzała młodzieńcowi prostow oczy. W jej wzroku czaił się dawny chłód. - Nie maszpojęcia, jak przed dwustu laty wyglądało życie -oświadczyła. - W górach Szkocji panował głód. Jużna wiele dni przed bitwą żołnierze musieli sięobywać bez większości posiłków. Wiemy, że Jamie byłranny. Nawet jeśli uciekł... to nie miał przy sobie nikogo,kto by o niego zadbał. - Przy tych słowach głos nieznaczniesię jej załamał. Obecnie miała dyplom lekarza, aleuzdrawianiem zajmowała się zawsze, także wtedy, gdydwadzieścia lat temu wkroczyła do kamiennego kręgui spotkała Jamesa Aleksandra Malcolma MacKenzieFrasera, swoje przeznaczenie.
Roger zdawał sobie sprawę ze swojego trudnegopołożenia. Znalazł się w towarzystwie dwóch ciężkodoświadczonych przez życie kobiet: jedna rozdygotanawtulała się w jego ramiona; druga siedziała przybiurku, spokojna i zrównoważona. Claire, którawkroczyła w kamienny krąg i odbyła podróż w czasie,była podejrzana o szpiegostwo i aresztowanajako czarownica, przez nieprawdopodobny splotokoliczności została wyrwana z ramion pierwszegomęża, Franka Randalla. A w trzy lata później drugimąż, James Fraser, odesłał ją przez kamienny krągz powrotem, w desperackim wysiłku uratowaniażony i nienarodzonego dziecka przed nadchodzącymnieszczęściem, które jego samego miało niebawempochłonąć.
Szkoda gadać, pomyślał, sporo przeżyła. Tyletylko, że Roger był historykiem. Miał w sobie typowądla wszystkich uczonych, nigdy nienasyconą, amoralnąciekawość, której żadne współczucie nie mogło dokońca stłumić. Co więcej, Roger w pełni uświadamiałsobie istnienie trzeciego bohatera rodzinnejtragedii: Jamiego Frasera.
- Jeżeli nie zginął pod Culloden -zaczął znowu, tym razem bardziej stanowczo - tomoże zdołam stwierdzić, co się z nim stało. Chcesz,żebym spróbował? - Z zapartym tchem czekałna odpowiedź. Przez koszulę czuł ciepły oddechBrianny.
Jamie Fraser przeżył swoje życie i umarł. Rogerpragnął odkryć całą prawdę. Uważał, że obie kobietyzasługiwały na to, by wiedzieć jak najwięcej o losachzmarłego. Dla Brianny wiedza ta byłaby wszystkim, copozostanie jej po prawdziwym, nigdy niepoznanym ojcu. A co do Claire... Za postawionym pytaniem krył się pomysł,który w umyśle wstrząśniętej kobiety jeszcze dokońca się nie wykrystalizował: skoro dwukrotnieprzekroczyła granicę czasu, to niewykluczone, żeuda jej się zrobić to ponownie. A jeżeli Jamie Frasernie zginął pod Culloden...
W zamglonych, bursztynowych oczach Roger dostrzegłmigoczące światełko, oznakę uświadomieniasobie szansy. Zwykle blada twarz Claire przybrała kolorkości słoniowej, identyczny, jaki miała rękojeśćleżącego przed nią noża do otwierania listów. Palcelekarki zacisnęły się na nim z taką siłą, żezbielałe kostki mocno się uwydatniły.
Długi czas nie odezwała się ani słowem. Jejspojrzenie powędrowało ku Briannie, po chwilipowróciło na twarz Rogera.
- Tak - odparła ledwie słyszalnymszeptem. - Tak. Dowiedz się dla mnie wszystkiego. Bardzoo to proszę.
Inverness, 9 maja 1968 roku
Na chodnikach mostu łączącego brzegi rzekiNess panował duży ruch, wszyscy spieszyli do domuna podwieczorek. Tuż przede mną szedł Roger. Dziękijego szerokim ramionom nie byłam szturchana przeztłoczących się wokół ludzi.
Moje serce tłukło w sztywne okładki książki,którą mocno przyciskałam do piersi za każdym razem,gdy przystawałam, żeby się zastanowić, co my taknaprawdę robimy. Sama już nie wiedziałam, która z dwóch możliwości wydawała mi się gorsza: czy ta, żeJamie zginął pod Culloden, czy że przeżył wojnę.
Byliśmy coraz bliżej plebanii. Każdy kolejnykrok dudnił głucho na moście. Pod naszymi stopamirozwierała się próżnia. Ramiona rozbolały mnieod ciężaru niesionych tomów; co chwila przesuwałamje z jednej strony na drugą.
- Psiakrew! Uważaj, jak jedziesz, człowieku! -wrzasnął Roger i zręcznie odsunął mnie na bok, gdyjakiś robotnik na rowerze, torując sobie drogęwśród tłumu przechodniów, omal nie wypchnął mnie zaporęcz mostu.
- Przepraszam! - odkrzyknął rowerzystaze skruchą i dał nura między wracające ze szkołydzieciaki. Obejrzałam się, żeby sprawdzić, czyprzypadkiem nie pojawiła się Brianna, ale nigdzie niebyło jej widać.
Roger i ja spędziliśmy całe popołudnie w Towarzystwie Opieki nad Zabytkami. Brianna poszłado biura przechowującego dokumenty dotyczącegórskich klanów, aby odebrać kserokopie materiałówwyszperanych przez Rogera.
- To miło z twojej strony, że zadałeś sobietyle trudu, Rogerze - powiedziałam podniesionymgłosem, żeby przekrzyczeć dudnienie mostu i szumrzeki.
- Nie zrobiłem przecież nic takiego - odparłnieco zakłopotany i przystanął, żebym mogłazrównać z nim krok. - A wszystko z ciekawości -dodał z uśmiechem. - Znasz historyków: nie potrafiązostawić niewyjaśnionej zagadki. - Potrząsnąłgłową. Usiłował odrzucić do tyłu włosy, którewiatr zwiał mu na oczy.
Owszem, znałam historyków. Nawet żyłam z jednymprzez dwadzieścia lat. Frank też nie chciał zostawić tejkonkretnej zagadki bez wyjaśnienia. Tyle tylko, żenie miał również ochoty na jej zgłębianie. Ale od dwóchlat nie żył, nadeszła więc moja kolej - i Brianny.
- Czy doktor Linklater już się odezwał? -spytałam, gdy mijaliśmy filar mostu. Było późnepopołudnie, lecz słońce stało jeszcze wysoko naniebie. Spoza liści lip rosnących na brzegu rzekioświetlało różowym blaskiem pusty granitowygrobowiec usytuowany tuż pod mostem.
Roger potrząsnął głową i zmrużył oczy przedwiatrem.
- Jeszcze nie, ale to dopiero tydzień, gdydo niego napisałem. Jeśli nie odezwie się doponiedziałku, zatelefonuję. Nic się nie martw- uśmiechnął się do mnie krzywo - wyrażałem siębardzo oględnie. Stwierdziłem tylko, że potrzebujęlisty jakobickich oficerów, którzy zaraz po bitwiepod Culloden znaleźli się w posiadłości Leanach. I spytałem, czy dysponujemy informacjami na tematmężczyzny ocalonego przed egzekucją. Prosiłem,żeby mi podał oryginalne źródła.
- Znasz Linklatera? - spytałam. Znówprzesunęłam ciężar niesionych książek bardziej nabiodro, aby odciążyć lewą rękę.
- Nie, ale użyłem papieru firmowegoBalliol College i wspomniałem o moim opiekunie zestudiów, panu Cheesewright, który zna Linklateraosobiście. - Roger mrugnął uspokajająco, a jasię roześmiałam.
Jego oczy, lśniące przejrzystą zielenią,kontrastowały ze śniadą cerą. Chęć pomocyw odtworzeniu losów Jamiego Roger tłumaczyłciekawością historyka, ale w pełni zdawałam sobiesprawę, że jego zainteresowanie sięgało znaczniegłębiej, w kierunku Brianny. Wiedziałam, że mojejcórce on również nie jest obojętny. Pytanie tylko,czy on zdawał sobie z tego sprawę.
Gdy już znaleźliśmy się w gabinecie świętejpamięci wielebnego Wakefielda, z ulgą rzuciłamksiążki na stół. Sama padłam na bujany fotel stojącyprzed kominkiem. Roger przyniósł mi z kuchni szklankęlemoniady.
Oddech się wyrównał, gdy piłam cierpko-słodkinapój, tętno natomiast znacznie przyspieszyło,gdy spojrzałam na imponujący stos przytaszczonychtomów. Czy nazwisko Jamiego figurowało na jednejz setek stron? Jeśli tak... dłonie trzymające zimnąszklankę raptem zwilgotniały. Zdławiłam tę myślw zarodku. Nie wybiegaj zbyt daleko w przyszłość,ostrzegłam się w duchu. Lepiej poczekać i zobaczyć,na czym stoimy.
Roger przeglądał książki na półkach w gabinecie. Wielebny Wakefield był całkiem dobrymhistorykiem amatorem, a poza tym nigdy niczego niewyrzucał. Listy, czasopisma, broszury, periodykifachowe, stare wydania i współczesne edycje,upchnięte byle jak, zalegały wszystkie półki.
Roger zawahał się. Po chwili jego rękazawisła nad stosem książek ułożonych na pobliskimstoliku. Były autorstwa Franka. Niezłe osiągnięcie,sądząc z pochwał drukowanych na zakurzonychobwolutach.
- Czytałaś to? - spytał Roger. Podniósł tomzatytułowany Jakobici.
- Nie - odparłam. Wlałam do ust ostatniłyk lemoniady i zakrztusiłam się. - Nie -powtórzyłam. - Nie mogłam. - Po powrociedo współczesności stanowczo odmówiłamzajmowania się materiałami dotyczącymihistorii Szkocji, mimo że Frank specjalizował się w badaniach osiemnastego wieku. Przekonana o śmierciJamiego, zmuszona do życia bez niego, unikałamwszystkiego, co mogłoby mi go przypominać. Próżnywysiłek, nie było sposobu usunięcia z myślirudowłosego Szkota, skoro samo istnienie Briannybudziło o nim wspomnienia. Mimo to nie mogłam czytaćksiążek o niewiele wartym Pięknym Księciu i jegozwolennikach.
- Rozumiem. Myślałem tylko, że może sięorientujesz, czy jest sens szukać w tej monografii... czymamy szanse natknąć się tutaj na jakąś użytecznąwskazówkę. - Urwał, jego twarz pokryła się ciemnymrumieńcem. - Czy... czy twój mąż... mam na myśli Franka -dodał pospiesznie... - czy powiedziałaś mu... o... -Głos ścichł zdławiony zakłopotaniem.
- Oczywiście, że tak - odparłam odrobinęza ostro. - A co sobie wyobrażasz? Że po trzech latachnieobecności weszłam tak po prostu do jego biura i spokojnie oświadczyłam: "Cześć, kochanie, co byśzjadł dzisiaj na kolację"?
- Nie, oczywiście, że nie -wymamrotał. Odwrócił się do mnie tyłem. Wzrok wciążmiał utkwiony w półkach z książkami.
- Przepraszam - powiedziałam i zrobiłamgłęboki wdech. - Miałeś prawo zapytać. Chodzitylko o to, że... ta rana jest wciąż świeża. - Samabyłam zdumiona i przerażona, gdy się przekonałam,jak bardzo jeszcze krwawiła. Postawiłam szklankę nastole, tuż przy łokciu. Jeśli nadal będziemy drążyćten temat, z pewnością przyda mi się coś mocniejszegood lemoniady.
- Tak, powiedziałam mu o wszystkim. O kamiennymkręgu... o Jamiem... Wszystko.
Przez chwilę Roger milczał. Potem zrobił półobrotu, tak że uwidoczniły się tylko linie jegoprofilu. Nie patrzył na mnie, lecz w dół, na stos książek,na zamieszczoną na obwolucie fotografię Franka:szczupłego, ciemnowłosego i przystojnego,uśmiechającego się dla potomności.
- Uwierzył? - spytał cicho. Wargi lepiłymi się od lemoniady. Oblizałam je starannie, zanimodpowiedziałam.
- Nie. Początkowo nie. Myślał, żeoszalałam. Odesłał mnie nawet do psychiatry. -Roześmiałam się krótko. Na samo wspomnieniejeszcze dzisiaj pięści same zaciskały mi się z wściekłości.
- No, a potem? - Roger zwrócił się twarzą domnie. Rumieniec zniknął już niemal zupełnie, tylko w oczach pozostał błysk ciekawości. - Co myślał?
Zaczerpnęłam powietrza i zamknęłam oczy.
- Nie mam pojęcia.
Malutki szpitalik w Inverness rozsiewał obcezapachy, głównie kwasu karbolowego jako środkadezynfekcyjnego oraz krochmalu.
Nie mogłam myśleć i starałam się nicnie czuć. Powrót okazał się znacznie bardziejprzerażający niż wyprawa w przeszłość. Wtedyotaczała mnie ochronna warstwa wątpliwościi niewiary w to, gdzie się znajdowałam i czego doświadczałam. Ponadto żyła we mnieniegasnąca nadzieja ucieczki. Teraz aż zbyt dobrzesię orientowałam, gdzie jestem, i wiedziałam, że niemam dokąd uciekać. Jamie nie żył.
Lekarze i pielęgniarki przemawiali do mniełagodnie, karmili i poili, ale ja byłam wypełnionarozpaczą i przerażeniem; na nic innego nie starczałojuż miejsca.
Powiedziałam im, jak się nazywam, gdy o tozapytali, ale potem nie odezwałam się ani słowem.
Z zamkniętymi oczyma leżałam w czystym, białymłóżku i osłaniałam dłońmi brzuch. Wciąż na nowoprzywoływałam z pamięci obrazy, które widziałamtuż przed wstąpieniem w kamienny krąg: tonące w deszczu wrzosowiska i twarz Jamiego. Wiedziałam,że gdy zbyt długo będę się przyglądać obecnemuotoczeniu, wywołane obrazy zblakną i zacznązanikać, zostaną wyparte przez scenki zaczerpniętez rzeczywistości: krzątające się pielęgniarki,wazon z kwiatami przy łóżku. W tajemnicy przed innymiprzyciskałam palcem nasadę kciuka. Czerpałampociechę z dotykania niewielkiej ranki, nacięciaw kształcie litery J. Zrobił je Jamie na moją prośbę:wtedy po raz ostatni mnie dotykał.
Czasami śniłam o kilku ostatnich dniachpowstania jakobitów. Wciąż na nowo stawał mi przedoczami mężczyzna w lesie - spał snem wiecznym podprzykryciem z niebieskawej pleśni. Albo DonaldMacKenzie - umierał na gołych deskach strychu w Culloden. Widziałam obszarpanych żołnierzy z armii górali. Odpoczywali w błotnistych rowach:po raz ostatni przed rzezią.
Budziłam się z krzykiem, a wtedy w nozdrza uderzałzapach środków dezynfekcyjnych, ktoś wypowiadałuspokajające słowa. Nic nie rozumiał, bo w moichuszach rozbrzmiewały gaelickie okrzyki z majaków. Pochwili znów ściskałam malutką rankę u nasady kciukai zapadłam w sen.
W pewnym momencie otworzyłam oczy i ujrzałam przedsobą Franka. Stał w drzwiach, jedną ręką przygładzałwłosy. Nie bardzo wiedział, co ma ze sobą zrobić. Trudnosię biedakowi dziwić.
Leżałam oparta o poduszki i bez słowago obserwowałam. Miał delikatne, czyste,arystokratyczne rysy i kształtną głowę z masąprostych, ciemnych włosów. Był bardzo podobny do swoichprzodków, Jacka i Aleksa Randallów. A jednak się odnich różnił, czymś nieokreślonym, co wykraczałopoza różnice w uformowaniu nosa czy ust. W jegorysach nie znalazłam śladu lęku i bezwzględności,uduchowienia Aleksa czy lodowatej arogancjiJacka. Szczupła twarz Franka była inteligentna i miła, trochę zmęczona, z lekkim zarostem i ciemnymikręgami pod oczyma. Bez wątpienia jechał całą noc,żeby się tutaj dostać.
- Claire? - Podszedł do łóżka. Odezwał się z wahaniem, jakby nie był pewien, czy to naprawdę ja.
Sama nie byłam tego pewna, ale kiwnęłamtwierdząco głową.
- Cześć, Frank - powiedziałam szorstko i chrypliwie, jakbym odwykła od mówienia.
Ujął moją dłoń, a ja mu na to pozwoliłam.
- Czy wszystko... w porządku? - spytał pochwili. Patrzył na mnie, marszcząc czoło.
- Spodziewam się dziecka. - W moimwzburzonym umyśle ta kwestia miała pierwszorzędneznaczenie. Nie zastanawiałam się, co powiemFrankowi, gdy go znów zobaczę, lecz słowa same siępojawiły. Poinformuję go o ciąży, on odejdzie,a ja zostanę z ostatnim wspomnieniem Jamiego oraz jegopalącego dotyku na moim ciele.
Frank ściągnął lekko twarz, ale nie wypuścił mojejdłoni z uścisku.
- Wiem. Już słyszałem. - Nabrał powietrza,zrobił długi wydech. - Claire... czy możesz mipowiedzieć, co się z tobą działo?
W głowie miałam kompletną pustkę. Wzruszyłamramionami.
- Myślę, że tak - odparłam. Z trudemzbierałam myśli. Nie chciałam o niczym mówić, aleczułam, że siedzący obok mnie mężczyzna ma prawo znaćprawdę. Nie kierowało mną poczucie winy, przynajmniejna razie, jednak sumienie podpowiadało, że ciążyna mnie obowiązek wyjaśnień. Ostatecznie byłam jegożoną.
- No więc... - zaczęłam - zakochałam się w kimś innym i... poślubiłam tego mężczyznę. Przykromi - dodałam, gdy na twarzy męża pojawił sięwyraz zaskoczenia i szoku. - Nic nie mogłam na toporadzić.
Tego się nie spodziewał. Otwierał i zamykał usta,a rękę ściskał mi tak mocno, że z jękim wyszarpnęłamją z jego dłoni.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - spytał ostrymgłosem. - Gdzie byłaś, Claire? - Poderwał się nanogi i patrzył na mnie z góry.
- Nie wiem, czy pamiętasz, ale kiedy widzieliśmysię po raz ostatni, wybierałam się do kamiennego kręguna Craigh na Dun.
- Tak? - Wyraz jego twarzy oscylował międzygniewem a podejrzliwością.
- No więc - oblizałam wargi, które zrobiłysię całkiem suche - szczeliną przedostałam się dokamiennego kręgu i raptem znalazłam się w tysiącsiedemset czterdziestym trzecim roku.
- Nie żartuj sobie, Claire!
- Uważasz, że się wygłupiam? - Ta myśl wydałami się tak absurdalna, że zaczęłam się śmiać, chociażdo dobrego humoru było mi bardzo daleko.
- Przestań!
Umilkłam. Jak za dotknięciem czarodziejskiejróżdżki w progu pojawiły się dwiepielęgniarki. Musiały się kręcić po korytarzu w pobliżu drzwi. Frank chwycił mnie za ramię.
- Posłuchaj - wycedził przez zęby. - Jeszczemi powiesz, gdzie byłaś i co robiłaś! Przekonaszsię!
- Właśnie ci mówię! Puść! - Usiadłam i wyszarpnęłam rękę z jego uścisku. - Przeszłamprzez kamienie i cofnęłam się o dwieście lat. Nawetspotkałam twojego krwawego przodka, JackaRandalla!
Frank zamrugał, całkowicie zaskoczony.
- Kogo?
- Czarnego Jacka Randalla. Był żądnym krwi,obrzydliwym, plugawym zboczeńcem!
Frank i pielęgniarki patrzyli na mnie z otwartymiustami. W korytarzu dał się słyszeć odgłos krokówi ożywionych rozmów.
- Musiałam poślubić Jamiego Frasera, żebyuciec Jackowi Randallowi, ale potem... pokochałamJamiego i zostałabym tam z nim, gdybym tylko mogła. Onjednak odesłał mnie z powrotem z powodu Culloden i dziecka, i... - urwałam, gdy mężczyzna w lekarskimfartuchu przepchnął się obok pielęgniarek przezdrzwi.
- Frank, przykro mi - dodałamzmęczonym głosem. - Nie chciałam, żeby tak sięstało. Próbowałam wrócić. Naprawdę. Ale niezdołałam. A teraz jest za późno.
Wbrew mojej woli łzy zaczęły mi sięzbierać pod powiekami i powoli ściekać popoliczkach. Płakałam trochę nad Jamiem i nad sobą,trochę nad dzieckiem, ale część łez poświęciłam takżeFrankowi. Pociągałam nosem, zaciskałam zęby,byle tylko nie wybuchnąć płaczem.
- Posłuchaj - odezwałam się. - Wiem, że teraznie będziesz chciał mieć ze mną nic wspólnego, i wcale cięza to nie winię. Tylko... tylko idź już sobie, dobrze?
Zmienił się na twarzy. Cały gniewwyparował, zostało przygnębienie i trochęciekawości. Przysiadł na brzegu łóżka, ignorująclekarza, który mierzył mi puls.
- Nigdzie się nie wybieram - oświadczyłłagodnie. Znów wziął mnie za rękę, chociażusiłowałam temu przeszkodzić. - Kim byłten... Jamie?
Zrobiłam głęboki, spazmatyczny wdech. Lekarzdelikatnie trzymał mnie za nadgarstek drugiejręki. Nadal próbował zmierzyć mi puls, a ja czułam sięabsurdalnie przerażona, jakby mnie właśnie branodo niewoli. Zdławiłam to uczucie i postarałam sięmówić spokojnie.
- James Aleksander Malcolm MacKenzie Fraser- oznajmiłam formalnie, oddzielając od siebieposzczególne wyrazy. W taki właśnie sposób Jamiepo raz pierwszy w dniu naszego ślubu oficjalnie mi sięprzedstawił pełnym imieniem i nazwiskiem. Wspomnieniewywołało nowy strumień łez. Otarłam je ramieniem,bo obie ręce miałam zajęte.
- Był góralem, zginął pod Culloden. - Nicnie pomagało, znowu płakałam. Łzy nie uśmierzałypoczucia dojmującej straty i nie tłumiły rozpaczy,ale po prostu stanowiły jedyną dostępną mireakcję na ból, którego w przeciwnym razie bym niezniosła. Pochyliłam się lekko. Próbowałamchoć trochę wyciszyć cierpienie. Z całejsiły skoncentrowałam się na życiu, któreniepostrzeżenie rozwijało się w moim brzuchu:jedyna spuścizna po Jamiem Fraserze.
Frank i lekarz wymienili spojrzenia. Oczywiściedla nich bitwa pod Culloden to jedynie fragment dośćodległej przeszłości. Dla mnie - wydarzeniezaledwie sprzed dwóch dni.
- Chyba powinniśmy dać pani Randall chwilęodpoczynku - zasugerował doktor. - Wydaje sięmocno przygnębiona.
Frank przeniósł niepewne spojrzenie z lekarzana mnie.
- Cóż, z całą pewnością. Ale ja naprawdęchcę wiedzieć... o co tu chodzi, Claire. - Głaszczącmnie po ręku, natknął się na srebrną obrączkę napalcu serdecznym prawej ręki. Schylił głowę, żebyją dokładnie obejrzeć. Był to klejnocik ofiarowanymi przez Jamiego w prezencie ślubnym: szeroka srebrnawstążka utworzona ze splecionych w szkocki wzór pasm,z delikatnie grawerowanymi, stylizowanymikwiatami ostu na łączeniach.
- Nie! - krzyknęłam w panice, gdy Frankspróbował zdjąć mi obrączkę. Wyrwałam rękę i zwiniętą pięść przytuliłam do brzucha poniżejbiustu. Osłoniłam pierścień lewą dłonią, na którejwciąż widniał złoty krążek ofiarowany mi przezFranka w dniu ślubu. - Nie, nie możesz mi jej zabrać,nie pozwolę! To moja ślubna obrączka!
- Ale posłuchaj, Claire... - wtrąciłsię lekarz. Przeszedł na drugą stronę łóżka i pochylony szeptał coś do ucha mojemu pierwszemumężowi. Wychwyciłam tylko kilka słów: "...nieniepokoić żony akurat teraz. Szok...". RaptemFrank zerwał się na równe nogi i na bardzo stanowczeżądanie lekarza opuścił pokój. Jednocześniedoktor dał głową sygnał jednej z pielęgniarek.
Ledwie poczułam ukłucie igły. Byłam takpogrążona w świeżej fali rozpaczy, że na nic niezwracałam uwagi. Jak przez mgłę doszły mnie pożegnalnesłowa Franka:
- W porządku... ale, pamiętaj, Claire, i tak sięwszystkiego dowiem!
Potem otoczyła mnie błogosławionaciemność. Spałam bardzo długo, bez snów.
Roger przechylił karafkę i szczodrą rękąnalał trunku do szklanki. Z półuśmiechem wręczyłnaczynie Claire.
- Babcia Fiony zawsze twierdziła, że whisky jestdobra na wszystko.
- Widywałam gorsze środki. - Claire wzięłaszklaneczkę i odpowiedziała mu również lekkimuśmiechem.
Roger nalał także sobie. Usiadł obok Claire i powoli sączył alkohol.
- Próbowałam się go pozbyć - oświadczyłaznienacka. - To znaczy Franka. Powiedziałam, że nigdynie zrozumie moich odczuć, bez względu na to, co w jegomniemaniu naprawdę się zdarzyło. Oświadczyłam,że dam mu rozwód, że musi odejść i zapomnieć o mnie... żepowinien kontynuować życie, które zaczął budowaćbeze mnie.
- Jednak tego nie zrobił - zauważyłRoger. Pochylił się, żeby zapalić stary elektrycznykominek. Teraz, gdy słońce już zaszło, w pokojurobiło się coraz chłodniej. - Z powodu twojejciąży? - domyślił się.
Claire przez moment patrzyła na niego ostrym wzrokiem,potem uśmiechnęła się trochę krzywo.
- Tak, właśnie dlatego. Oznajmił mi, że tylkoostatni łajdak porzuciłby ciężarną kobietępozbawioną środków do życia. A zwłaszcza taką,której władze umysłowe pozostawiają wiele dożyczenia - dodała ironicznie. - Nie byłam takzupełnie pozbawiona materialnych zasobów,wujek Lamb pozostawił mi drobną sumkę, ale teżtrzeba przyznać, że Frank w żadnym razie nie należałdo łajdaków. - Omiotła spojrzeniem półki, gdziestały prace historyczne jej męża. Grzbiety tomówpołyskiwały w świetle lampy.
- Był bardzo przyzwoitym człowiekiem -stwierdziła miękko. Pociągnęła kolejnyłyk i przymknęła oczy. - Ale też... wiedział albopodejrzewał, że sam nie mógłby mieć dzieci. Mocnycios dla człowieka tak żywo zainteresowanegogenealogią. Snuł rozważania dynastyczne.
- Tak, rozumiem - powiedział wolno Roger. -Ale chyba nie czułby się dobrze w roli ojca dzieckapoczętego przez innego mężczyznę?
Znów spoczęło na nim spojrzenie orzechowychoczu, ale tym razem łagodniejsze pod wpływem whisky i wspomnień.
- W zaistniałej sytuacji ojciec dzieckapozostawał nieznany, bo Frank w nic nie uwierzył,co mówiłam o Jamiem. No, a skoro nie wiedział, kim byłtamten mężczyzna, a co gorsza uważał, że ja także tegonie wiedziałam, tylko pod wpływem szoku wymyśliłamsobie całą bajkę... więc, cóż, nikt na tym świecie niemógłby mu rzucić w twarz, że to nie jego dziecko. A jużz pewnością nie ja - dodała z prawie nieuchwytnąnutką goryczy.
Claire przełknęła kolejny łyk, na tyleduży, że oczy lekko zaszły jej łzami. Dobrą chwilępoświęciła na ich wytarcie.
- Zresztą, aby już nie mieć co do tego żadnychwątpliwości, wywiózł mnie stąd. Do Bostonu -ciągnęła. - Zaproponowano mu dobre stanowiskow Harvardzie, gdzie nikt nas nie znał. I tam urodziła sięBrianna.
***
Rozpaczliwy płacz obudził mnie poraz kolejny. Poszłam do łóżka o szóstejtrzydzieści. Przedtem już pięciokrotnie wstawałam w nocy do dziecka. Rzuciłam półprzytomne spojrzenie nazegar. Była dopiero siódma. Z łazienki dobiegałradosny śpiew. Głos Franka przy słowach "Panuj,Brytanio" wzniósł się ponad szum wody.
Leżałam w łóżku i zastanawiałam się, czyzdołam wytrzymać ten płacz do czasu, gdy Frank wyjdziespod prysznica i przyniesie mi Briannę. Ręce i nogimiałam z wyczerpania ciężkie jak ołów. Dziecko jakby siędomyślało, co mi przyszło do głowy, i rozkrzyczałosię jeszcze głośniej. Płacz małej okresowo przechodziłw ostry wrzask, od czasu do czasu przerywany gwałtownymwdechem powietrza. Odrzuciłam okrycie i zerwałamsię na nogi, poganiana taką samą paniką, z jakąpodczas drugiej wojny światowej witałam nalotyLuftwaffe.
Poczłapałam wzdłuż chłodnego korytarzado pokoju dziecinnego. Trzymiesięczna Briannależała na wznak z buzią czerwoną od krzyku. Byłamtak otępiała z braku snu, iż długo docierało domojej świadomości, że przecież przed swoim odejściempołożyłam córeczkę na brzuszku.
- Najdroższa moja! Obróciłaśsię! Zupełnie sama! - Przerażona swoim wyczynemBrianna wymachiwała różowymi piąstkami i wrzeszczała coraz głośniej. Powieki miała mocnozaciśnięte.
Wzięłam maleństwo na ręce, poklepałam poplecach i zamruczałam w czubek główki pokrytejrudawym meszkiem.
- Och, mój najdroższy skarbie! Jesteś takąmądrą dziewczynką!
- A to co? - Frank stanął w progu pokoju,wycierając ręcznikiem głowę, drugim owinął sobiebiodra. - Czy Briannie coś się stało?
Podszedł do nas, wyglądał na zmartwionego. Imbardziej zbliżał się termin porodu, tym gwałtowniejkończyła się nasza wytrzymałość nerwowa. Frankbył ciągle podenerwowany, a ja przerażona: żadnez nas nie miało pojęcia, jak ułożą się między namistosunki, gdy na świecie pojawi się dziecko JamiegoFrasera. Kiedy pielęgniarka wyjęła Briannęz łóżeczka i podała ją domniemanemu ojcu zesłowami: "A oto pańska córeczka", twarz Frankaprzypominała maskę bez wyrazu. Dopiero po chwili,gdy spojrzał na malutką buzię, równie doskonałąjak pączek róży, jego rysy zmiękły, pojawił się w nich zachwyt. W ciągu tygodnia mała zawładnęła nimcałkowicie, należał do niej duszą i ciałem.
Zwróciłam się do Franka z uśmiechem:
- Przekręciła się na brzuszek! Sama!
- Naprawdę? - Zarośniętą twarz mężarozjaśnił zachwyt. - Dość wcześnie jak na taki wyczyn,prawda?
- Owszem. Doktor Spock twierdził, że dziecko ma nato jeszcze co najmniej miesiąc!
- A co on tam wie! Chodź tutaj, ślicznotko. Dajtatusiowi całusa za to, że jesteś przedwcześnierozwinięta. - Podniósł miękkie ciałko w wygodnych różowych śpioszkach i ucałował nosekw kształcie guziczka. Brianna kichnęła. Oboje sięroześmialiśmy.
Gwałtownie przestałam. Nagle uświadomiłamsobie, że śmiałam się po raz pierwszy od roku, a poza tympo raz pierwszy śmiałam się razem z Frankiem.
Mojemu mężowi przyszła do głowy ta samamyśl. Nasze spojrzenia się spotkały nad głowąBrianny. W orzechowych oczach Franka pojawiła sięczułość. Uśmiechnęłam się do niego, chociażbyłam lekko rozdygotana, bo stał przede mną prawienagi. Kropelki wody ściekały po szczupłych ramionachi lśniły na gładkiej, smagłej skórze piersi.
Naszą idyllę niespodziewanie przerwała ostrawoń spalenizny.
- Kawa! - Frank bezceremonialnie wcisnąłBriannę w moje ramiona i rzucił się w stronę kuchni. Obaręczniki zostały u moich stóp. Uśmiechnęłam się nawidok gołych, świecących bielą pośladków. Poszłamza mężem statecznym krokiem, z dzieckiem na ręku.
Stał przy zlewie, nagi, wśród niemile pachnącychoparów, które unosiły się z przypalonego dzbankado parzenia kawy. Oparłam sobie Briannę na biodrze i drugą ręką zaczęłam przeszukiwać szafkę.
- Niestety nie ma już herbaty pomarańczowej,została tylko zwykła, w torebkach.
Frank skrzywił się z obrzydzeniem. Jakopełnokrwisty Anglik wolałby chłeptać wodęwprost z sedesu, niż napić się torebkowejherbaty. Opakowanie Liptona zostawiłapani Grossman, nasza dochodząca raz w tygodniusprzątaczka. Ona z kolei uważała parzenieherbaty z liści za coś wyjątkowo brudnego i obrzydliwego.
- Nie, kupię sobie kawę po drodze nauniwersytet. Och, ? propos, pamiętasz,że zaprosiliśmy na dzisiejszy obiad dziekana z żoną? Pani Hinchcliffe ma przynieść prezent dlaBrianny.
- A, prawda - odparłam bezentuzjazmu. Zdążyłam już poznaćHinchcliffe'ów i wcale nie paliłam się dokolejnego spotkania. Wypadało jednak zdobyć się nawysiłek. Westchnęłam w duchu, przełożyłam dzieckona drugą stronę i sięgnęłam do szuflady po ołówek,żeby zrobić listę zakupów.
Brianna wtuliła buzię w mój czerwony,zdobiony aksamitem szlafrok. Mlaskała przy tym i pochrząkiwała głośno. Najwyraźniej szukałasutka.
- Chyba nie jesteś znowu głodna? -powiedziałam do czubka maleńkiej głowy. -Nie minęły jeszcze dwie godziny od ostatniegokarmienia. - Jednak w odpowiedzi na zachowanieniemowlęcia z piersi zaczęło mi się sączyćmleko. Po chwili więc siedziałam i szykowałam siędo karmienia.
- Pani Hinchcliffe twierdzi, że nie należydawać dziecku piersi za każdym razem, kiedy zapłacze- zauważył Frank. - W ten sposób tylko się jerozpieszcza. Należy się trzymać ścisłych godzinkarmienia.
Nie po raz pierwszy mój mąż przytaczał opinie paniHinchcliffe odnoszące się do wychowania dzieci.
- No to ją rozpieszczę - odparłam chłodno,nie patrząc na Franka. Małe usteczka zacisnęłysię gwałtownie i Brianna zaczęła ssać z ogromnymapetytem. Wiedziałam też, że w opinii paniHinchcliffe karmienie piersią jest i wulgarne, i niehigieniczne. Byłam innego zdania, zwłaszczaże w pamięci miałam mnóstwo osiemnastowiecznychniemowlaków z zadowoleniem ssących matczynąpierś.
Frank westchnął, jednak nie powiedział już anisłowa. Po chwili odłożył uchwyt do garnków i ruszył w kierunku drzwi.
- A zatem - odezwał się speszony - widzimysię około szóstej. Czy ci coś przynieść, żebyś niemusiała wychodzić z domu?
Uśmiechnęłam się do niego przelotnie:
- Dziękuję, dam sobie radę.
- To dobrze. - Przez chwilę stałniezdecydowany, podczas gdy ja układałam Breewygodniej na kolanach, tak że w zgięciu ramieniaspoczęła główka dziecka. Krągłość małegołebka harmonizowała z krzywizną pełnychpiersi. Podniosłam wzrok. Frank z napięciem obserwowałmój na pół obnażony biust.
Zerknęłam w dół i dostrzegłam początkierekcji. Szybko pochyliłam się nad dzieckiem, żebyukryć wypieki na twarzy.
- Do widzenia - wymamrotałam z ustami przygłówce małej.
Przez chwilę stał nieporuszony, potem pocałowałmnie w policzek. Jego ciepłe ciało znalazło sięniepokojąco blisko.
- Do widzenia, Claire - odparł miękko. -Zobaczymy się wieczorem.
Nie zajrzał już do kuchni przed wyjściem, miałam więcmożliwość nakarmienia Brianny i doprowadzeniaemocji do stanu równowagi.
Od powrotu z przeszłości ani razu nie widziałammęża nagiego, zawsze ubierał się w łazience albo w garderobie. Nigdy też, aż do dzisiejszego ostrożnegocmoknięcia, nie próbował mnie całować. Moja ciążabyła mocno zagrożona, co wykluczało dzieleniez Frankiem łóżka, nawet gdybym miała na to ochotę. A nie miałam.
Powinnam zauważyć, że to nadchodzi, aleniczego nie spostrzegłam. Pogrążona najpierw w absolutnej rozpaczy, potem w apatii i odrętwieniuzwiązanym z nadchodzącym macierzyństwemusuwałam ze świadomości wszystko, co nie wiązałosię z rosnącym brzuchem. Po przyjściu Brianny na światżyłam od jednego karmienia do drugiego, a te krótkiemomenty, kiedy mogłam trzymać jej miękkie ciałkotuż przy piersi, przynosiły chwilowe wytchnienieod myśli i wspomnień, płynące z czysto zmysłowejprzyjemności dotykania i przytulania córki.
Frank również pieścił małą i chętnie się z niąbawił. Nieraz zasypiał w ulubionym głębokim foteluz dzieckiem wyciągniętym na swym długim i chudym ciele. W cichej zgodzie chrapali oboje w najlepsze, a delikatnyróżowy policzek wtulał się w męską pierś. My dwojenatomiast nie dotykaliśmy się wzajemnie, a nawet o niczym ważnym nie rozmawialiśmy. Ograniczaliśmysię wyłącznie do wymiany podstawowych, codziennychinformacji. Jedynym wspólnym tematem byłaoczywiście Brianna.
Moje maleństwo znalazło się w centrumzainteresowania nas obojga. W tym jednym punkcieosiągaliśmy natychmiastowe porozumieniei mogliśmy zbliżyć się do siebie na odległośćramienia. A teraz nagle się okazało, że takąodległość Frank przestał uważać za bliską.
Mogłam to zrobić, przynajmniej fizycznie. Tydzieńwcześniej wypadła mi kontrolna wizyta u lekarza. Pandoktor przymrużył oko, po ojcowsku klepnął mnie w tyłek i zapewnił, że w każdej chwili mogę podjąć"relacje" ze swoim mężem.
Wiedziałam, że podczas mojej nieobecności Franknie żył w celibacie. Miał blisko pięćdziesiąt lat,ale nadal był bardzo przystojny: szczupły i muskularny,z ciemną lśniącą czupryną. Na wszystkich przyjęciachkobiety kręciły się wokół niego niczym pszczoływokół słoika z miodem i wydawały z siebie pomrukiseksualnego podniecenia.
Zwłaszcza jedna dziewczyna o brązowych włosachzwróciła na siebie moją uwagę. Pojawiła się naprzyjęciu dla pracowników wydziału. Przez długiczas tkwiła w kącie i znad kieliszka spoglądała naFranka smutnymi oczyma. Potem po pijanemu zaczęłasię mazać i została odstawiona do domu przez dwieprzyjaciółki, które kolejno rzucały na Franka i na mnie złe spojrzenia. Stałam u jego boku, w ciążowejsukience w kwiatki.
Trzeba jednak Frankowi przyznać, że w tych sprawachzachowywał dyskrecję. Na noc zawsze wracał do domui zadawał sobie wiele trudu, żeby na kołnierzykukoszuli nie pozostawały ślady szminki. A teraznajwyraźniej zamierzał powrócić na łonorodziny. Miał do tego prawo: ostatecznie znów byłamjego żoną.
Na przeszkodzie stał tylko jeden problem. To nie doFranka wyciągałam ręce, gdy budziłam się w środkunocy. To nie jego gładkie, gibkie ciało widziałam weśnie i podniecało mnie tak, że byłam mokra i z trudemłapałam powietrze, a moje serce waliło głucho odwspomnień tych częściowo zapomnianych pieszczot. Alejuż nigdy nie będzie mi dane dotknąć upragnionegomężczyzny.
- Jamie - szeptałam. - Och, Jamie. - Rankamipłakałam, a moje łzy zdobiły rudy meszek na główceBrianny. W dziennym świetle błyszczały niczym perłyi brylanty.
Nie był to dobry dzień. Brianna odparzyłasobie pupę i była rozdrażniona. Niemal bez przerwydomagała się, żeby ją brać na ręce. Naprzemienniessała i grymasiła, co chwilę pluła, brudząc i moczącmi ubranie. Przed jedenastą aż trzy razy musiałamzmieniać bluzkę.
Ciężki stanik, przeznaczony dla karmiących matek,otarł mi skórę pod pachami. Bolały mnie sutki. Gdypracowicie porządkowałam dom, spod podłogi rozległsię brzęk i regulator ogrzewania podłogowego z cichym westchnieniem wyzionął ducha.
- Nie, następny tydzień mi nie odpowiada -powiedziałam przez telefon majstrowi. Rzuciłam okiemw stronę okna. Zimna lutowa mgła groziła wdarciem sięprzez szpary i otoczeniem nas ze wszystkich stron. - W domujest zaledwie pięć stopni, a ja mam trzymiesięczneniemowlę! - Wspomniane maleństwo siedziało w swymfoteliku, opatulone we wszystkie możliwe koce,i darło się na całe gardło. Ignorując wypowiedźrozmówcy, przez dobrych kilka sekund trzymałamsłuchawkę tuż koło szeroko rozwartej buziBrianny.
- Przekonał się pan? - spytałam, gdy znówprzyłożyłam słuchawkę do ucha.
- W porządku, proszę pani - odparłzrezygnowany głos. - Zajrzę dziś po południu,między dwunastą a szóstą.
- Między dwunastą a szóstą? Nie może pandokładniej określić czasu? Muszę wyjść po zakupy- zaprotestowałam.
- Nie pani jedna ma awarię ogrzewania w domu -warknął i przerwał połączenie. Spojrzałam na zegar:wpół do dwunastej. Nie miałam cienia szans, żeby kupićwszystko w trzydzieści minut. Zakupy w towarzystwieniemowlęcia stanowiły dwugodzinną ekspedycję,wymagającą bogatego wyposażenia i olbrzymichnakładów energii.
Zgrzytając zębami, zadzwoniłam do bardzodrogiego supermarketu. Zamówiłam niezbędneprodukty i poprosiłam o dostawę do domu. W końcuzajęłam się dzieckiem, które kolorem przypominałojuż bakłażan i rozsiewało wokół siebie niemiłąwoń.
- Ojej, kochanie. Zaraz ci będzie znaczniemilej - przemawiałam kojąco podczas ścieraniabrązowej mazi z mocno zaczerwienionej pupki. Maławygięła się w łuk, byle jak najdalej odsunąćpośladki od lepkiej myjki, i rozkrzyczała się jeszczegłośniej. Rozsmarowałam grubą warstwę wazelinyi założyłam Briannie dziesiątą już tego dniapieluchę; dostawy czystych pieluch spodziewanosię dopiero nazajutrz. W całym domu cuchnęłoamoniakiem.
- No już, najdroższa, spokojnie. - Kołysałamją na ręku, poklepywałam, ale córeczka ignorowałamoje wysiłki i dalej krzyczała ile sił w płucach. Niemogłam jej za to winić: biedna pupka wyglądała jakpiwonia. Należałoby położyć dziecko nago najakimś ręczniku, ale przy braku ogrzewania było toniemożliwe. Obie miałyśmy na sobie grube swetryi ciężkie zimowe kurtki, co sprawiało, że częstekarmienie stało się jeszcze większą udręką niżzwykle; dokopywanie się do piersi zajmowałodługie minuty, a w tym czasie dziecko krzyczałowniebogłosy.
Brianna nie zmrużyła oka na dłużej niżdziesięć minut, w konsekwencji czuwałam i ja. Kiedywreszcie o czwartej obu nam jednocześnie udało sięzdrzemnąć, już po piętnastu minutach zostałyśmybrutalnie wyrwane ze snu przez hałaśliwe przybyciemontera. Głośno dobijał się do drzwi. Wcześniej niezadał sobie trudu odłożenia wielkiego, metalowegoklucza do rur.
Jedną ręką tuliłam dziecko do piersi, drugązabrałam się do przyrządzania obiadu. Z piwnicydochodziły zgrzyty i gwałtowne walenia.
- Niczego nie obiecuję, ale na razie ma paniciepło. - Monter pojawił się znienacka. Wytarłsmugę smaru z pomarszczonego czoła i pochylił sięnad Brianną. Dziecko w miarę spokojnie leżało na moimramieniu i głośno ssało własny kciuk.
- No, i jak ci ten palec smakuje, skarbie? -spytał. - Wie pani, mówią, że nie należy pozwalaćdziecku na ssanie kciuka - poinformował mnie,prostując się. - Wykrzywia zęby, a potem trzeba jeprostować.
- Naprawdę? - wycedziłam. - Ile jestempanu winna?
Pół godziny później kurczak leżał już w brytfannie: nafaszerowany, zszyty, obłożonyrozdrobnionym czosnkiem, gałązkami rozmarynui skórką cytryny. Jeszcze parę kropel sokucytrynowego na wysmarowane masłem mięso i mogłamwsadzić ptaka do pieca, i zabrać się do przebieraniaBrianny i siebie. Kuchnia wyglądała tak, jakbybuszował po niej niedoświadczony złodziej: wszystkieszafki były otwarte, na blatach poniewierały sięrozmaite narzędzia kuchenne. Po drodze zasunęłamkilka szuflad. Zamknęłam też drzwi do kuchni. Miałamnadzieję, że powstrzyma to panią Hinchcliffe odzaglądania do środka, bo na jej dobre wychowanie niemożna było liczyć.
Frank kupił dla Brianny piękną różowąsukienkę. Koronki wokół dekoltu budziły mojezastrzeżenia, ale mimo wszystko sprawiały wrażeniedelikatnych.
- Cóż, spróbujemy - oświadczyłam córce. -Tatuś chciałby, żebyś ładnie wyglądała. Postarajsię tego nie zapluć!
Brianna zamknęła oczy, wyprężyła się paręrazy, chrząknęła i zrobiła kupę.
- Och, znakomicie! - powiedziałamszczerze. Oznaczało to zmianę prześcieradła w łóżeczku, ale przynajmniej pupie nie groziłomocniejsze odparzenie. Po uprzątnięciu kupyi założeniu świeżej pieluchy staranniewytarłam małej nos i buzię, strzepnęłam różowąsukienkę i ostrożnie przełożyłam ją przez główkęcórki. Brianna mrugnęła do mnie, zagulgotała z zachwytu i pomachała piąstkami.
Opuściłam głowę i zrobiłam "Pufff!"prosto w jej pępek, co wywołało szaloną radośćdziecka. Powtórzyłyśmy tę zabawę jeszcze paręrazy, zanim zabrałam się do uciążliwej pracy, czyliwkładania sukienki.
Brianna nie polubiła nowego stroju. Gdypróbowałam wcisnąć jej pulchne łapki w bufiasterękawy, rozpłakała się rozdzierająco.
- Co się stało? - spytałamzaskoczona. Znałam już wszystkie rodzaje jej płaczu,w większości przypadków wiedziałam także, co chciałanimi wyrazić, lecz tym razem krzyk był inny: brzmiał w nimlęk i ból. - O co chodzi, kochanie?
Wrzeszczała zajadle, po policzkachciekły łzy. Gorączkowo odwróciłam ją nabrzuszek. Sądziłam, że dostała nagłego ataku kolki,ale nie podciągała kolan po sobie w górę. Walczyłazaciekle. Dopiero gdy przewróciłam ją ponownie,żeby wziąć na ręce, zauważyłam długą czerwonąpręgę na wewnętrznej stronie machającegoramienia. W materiale sukienki została szpilka,która zadrapała skórę, gdy naciągałam rękaw napulchną łapkę.
- Och, dziecinko! Przepraszam! Mamusi jestbardzo przykro! - Pociekły mi łzy, gdy usuwałamszpilkę. Przytuliłam dziecko i pogłaskałamuspokajająco. Usiłowałam wyciszyć takżewłasne przerażenie i poczucie winy. Oczywiście,że nie miałam zamiaru jej skaleczyć, ale przecież onatego nie wiedziała.
- Moja najdroższa - wymruczałam. - Jużdobrze. Tak, mamusia cię kocha, wszystko w porządku. -Dlaczego nie przyszło mi do głowy, żeby sprawdzić,czy w materiale nie ma szpilek? A w ogóle co za idiotapakuje niemowlęce ubranka, posługując sięszpilkami? Targana naprzemiennie wściekłością i poczuciem winy ubrałam Briannę, otarłam jej buzię i zaniosłam do sypialni. Położyłam ją na łóżku,a sama pospiesznie przebrałam się w przyzwoitąspódnicę i świeżą bluzkę.
Dzwonek odezwał się, gdy naciągałam rajstopy. Najednej stopie zauważyłam dziurę, ale nie miałamjuż czasu, żeby temu zaradzić. Wepchnęłam nogi w przyciasne pantofelki ze skóry aligatora, porwałamBriannę i pospieszyłam do drzwi.
Za progiem stał Frank, zbyt obładowany pakunkami,żeby posłużyć się kluczem. W wolną rękę wzięłamod niego wszystko i położyłam na stole w holu.
- Obiad gotowy, skarbie? Przyniosłem nowy obrusi serwetki. Nasze są już podniszczone. No i wino,rzecz jasna. - Uniósł butelkę, uśmiechnął się, potemzmierzył mnie wzrokiem i spoważniał. Z dezaprobatąprzenosił spojrzenie z moich rozczochranych włosówna bluzkę przed sekundą ubrudzoną ulanym mlekiem.
- Claire, na Boga - powiedział. - Powinnaśsię trochę wyszykować! Nie masz przecież nic innegodo roboty. Całe dnie spędzasz w domu. Nie mogłaśpoświęcić kilku minut na...
- Nie - odparłam głośno. Całkowiciewyczerpana wepchnęłam mu Briannę w ramiona. Dzieckoznowu marudziło. - Nie - powtórzyłam. Wyjęłamz jego rąk butelkę wina. Nie stawiał oporu. -Nie! - wrzasnęłam i tupnęłam nogą. Machnęłambutelką. Frank zdołał odskoczyć. Trafiłamprosto we framugę. Czerwone bryzgi beaujolaisprzeleciały przez próg, na podłogę posypały sięodłamki szkła. Połyskiwały w świetle wpadającymprzez otwór wejściowy.
Część butelki, która mi pozostała w ręku,rzuciłam w azalie i tak jak stałam, bez płaszcza,pobiegłam ścieżką prosto w lodowatą mgłę. Kołofurtki minęłam zaskoczonych Hinchcliffe'ów,którzy pojawili się pół godziny przedczasem. Prawdopodobnie chcieli przyłapać mnie nadomowych niedociągnięciach. Miałam nadzieję,że obiad sprawi im przyjemność.
Ciepły nawiew w samochodzie skierowałam nastopy. Jechałam zupełnie bez celu, dopóki się nieokazało, że bak jest niemal pusty. Nie zamierzałamwracać do domu, przynajmniej na razie. Jakaścałonocna kawiarnia? W tym momencie uświadomiłamsobie, że jest piątek i dochodzi północ. Mimowszystko było takie miejsce, do którego mogłampojechać. Zawróciłam w kierunku przedmieścia, gdziemieszkaliśmy, i ruszyłam do kościoła ŚwiętegoFinbara.
O tak późnej porze kaplica była jużzamknięta. Obawiano się kradzieży albo aktówwandalizmu. Dla spóźnionych adoratorówtuż pod klamką zainstalowano elektronicznyzamek. Przyciśnięcie trzech guzików w odpowiedniejkombinacji zwalniało zapadkę i umożliwiałowejście do środka.
Wolnym krokiem przeszłam na tyłykaplicy. Musiałam wpisać swoje nazwisko doksiążki wejść, umieszczonej u stóp figury świętegoFinbara.
- Finbar? - powtórzył z niedowierzaniemFrank, gdy pierwszy raz o nim usłyszał. - Przecież nie matakiego świętego.
- A właśnie, że jest - upierałam się z satysfakcją. - Był biskupem w Irlandii, żył w dwunastym wieku.
- Aaa, Irlandczyk - skwitował lekceważącoFrank. - To wszystko wyjaśnia. Ale w żaden sposóbnie potrafię zrozumieć... - urwał, najwyraźniejszukał odpowiednich słów, żeby pytanie zabrzmiałotaktownie. - Eee... no, cóż... dlaczego?
- Co dlaczego?
- Dlaczego bierzesz udział w NieustającejAdoracji. Nigdy przedtem nie zdradzałaś żadnychzapędów do dewocji, podobnie zresztą jak ja. I niechodzisz na msze. Ojciec Beggs co tydzień dopytuje sięo ciebie.
Potrząsnęłam głową.
- Naprawdę nie wiem, jak to wyjaśnić,Frank. Po prostu odczuwam potrzebę... takiegopostępowania. - Zerknęłam na niego bezradnie. -Tam jest... tak spokojnie - zakończyłam.
Otworzył usta, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć,ale tylko odwrócił się i potrząsnął głową.
Wokół panował spokój. O tej godzinieprzykościelny parking był prawie pusty. Tylko jedensamochód połyskiwał tajemniczą czernią podlatarnią łukową. Należał do dyżurnegoadoratora. Wpisałam się do książki i przeszłamdalej. Zakasłałam cicho, żeby taktownie zwrócićuwagę dyżurnego na swoją obecność, bez zwracania siędo niego bezpośrednio. Był to potężnie zbudowanymężczyzna w obcisłej, żółtej wiatrówce. Uklękłamza nim. Po chwili podniósł się, przyklęknął przedołtarzem i ruszył w stronę drzwi. Po drodze kiwnąłmi głową.
Drzwi zatrzasnęły się i zostałam sama,jeśli nie liczyć Sakramentu ustawionego naołtarzu w wielkiej, złotej, lśniącej niczym słońcemonstrancji. Obok stały dwie wysokie świece. Białe i gładkie paliły się równym płomieniem w nieruchomympowietrzu. Przymknęłam oczy. Wsłuchałam się w ciszę.
Wydarzenia całego dnia tłukły mi się po głowie,tworzyły chaos myśli i uczuć. Spacer bez płaszczaspowodował, że cała trzęsłam się z zimna. Powolizaczęłam się rozgrzewać. Dłonie, zaciśnięte w pięści, rozluźniły się i swobodnie spoczęły nakolanach.
Na koniec, jak zwykle w tym miejscu, przestałammyśleć. Sama nie wiedziałam, czy był to rezultatstanięcia w obliczu wieczności, czy też zwyczajnegopoddania się krańcowemu wyczerpaniu, ale mojepoczucie winy wobec Franka zelżało. Osłabłtakże dojmujący żal, przycichła tęsknota zaJamiem. Nawet ustawiczny wpływ macierzyństwa na mojeuczucia zmalał do poziomu szumów, nie głośniejszychniż bicie serca, regularne i kojące w ciemnejkaplicy.
- Och, Boże - wyszeptałam. - PolecamTwojej łasce duszę sługi Twego, Jamiego. - I moją,dodałam w duchu.
Siedziałam nieruchomo i obserwowałam odblaskpłomyków świec, pełgający po złotej powierzchnimonstrancji, póki nie dosłyszałam w przejściuza moimi plecami cichych kroków następnegoadoratora. Po chwili nowo przybyły ciężkoprzyklęknął. Przez całą dobę, godzina po godzinie,trwały te jednoosobowe dyżury. BłogosławionySakrament nigdy nie pozostawał sam.
Po kilku minutach podniosłam się z kolani wyślizgnęłam z ławki. Pochyliłam przedołtarzem głowę. W drodze na tyły kaplicy dojrzałamjakąś postać siedzącą w ostatnim rzędzie, w cieniuposągu świętego Antoniego. Gdy podeszłam bliżej,mężczyzna wstał. Między ławkami ruszył ku przejściu,żeby wyjść mi naprzeciw.
- Co ty tu robisz? - spytałam szeptem.
Frank wskazał głową nowego adoratora,pogrążonego już w kontemplacji. Ujął mnie za łokieći lekko pociągnął w stronę wyjścia.
Z awanturą zaczekałam, aż zamkną się za namidrzwi kaplicy. Dopiero wtedy wyrwałam się i stanęłamtwarzą w twarz z mężem.
- Co jest? - rzuciłam gniewnie. - Dlaczego zamną przyszedłeś?
- Martwiłem się o ciebie. - Wskazał ręką naparking, gdzie jego wielki buick roztaczał opiekę nadmoim małym fordem. - Poruszanie się o tej porze jestdość niebezpieczne dla kobiety. Przyszedłem, żebycię zabrać do domu. To wszystko.
Nawet słowem nie wspomniał o Hinchcliffe'ach czyo proszonym obiedzie. Moja irytacja częściowo sięrozpłynęła.
- Och, a co zrobiłeś z Brianną?
- Poprosiłem naszą sąsiadkę, starąpanią Munsing, żeby nastawiała uszu, czy dziecko niepłacze. Ale mała spała jak suseł i nie sądzę, żebysię obudziła. A teraz chodź, bo zimno.
Faktycznie; lodowaty wiatr znad zatoki tworzyłbiałe wiry wokół latarni łukowych. Ubrana tylkow cienką bluzkę trzęsłam się jak galareta.
- Spotkamy się w domu - powiedziałam.
Gdy weszłam do pokoju dziecinnego, by upewnić się,że z Brianną wszystko w porządku, przyjemnie otuliłomnie ciepło. Córeczka wciąż jeszcze spała, ale dośćniespokojnie kręciła rudą główką, otwierająci zamykając buzię niczym ryba wyciągnięta z wody.
- Robi się głodna - szepnęłam do Franka. Wszedłdo pokoju w ślad za mną i ponad moim ramieniem z upodobaniem przyglądał się dziecku. - Lepiej jąnakarmię, zanim pójdę do łóżka. Będzie dłużejspała rano.
- Zrobię ci coś ciepłego do picia - powiedziałi wymknął się do kuchni, gdy ja brałam na ręce śpiący,ciepły tobołek.
Wyssała pokarm tylko z jednej piersi, alebyło widać, że jest najedzona. Miękkie usta,jeszcze pełne mleka, oderwały się od sutka, główkaciężko spoczęła na moim ramieniu. Ani łagodnepotrząsanie, ani ciche wołanie nie zdołałynakłonić maleństwa do ssania z drugiej strony. W końcu dałam za wygraną. Delikatnie poklepałamBriannę. Rozległo się słabe, ale pełne kontentacjibeknięcie, po którym dał się słyszeć miarowy oddechabsolutnego zaspokojenia. Położyłam swojąpociechę do łóżeczka.
- Zasnęła? - Frank naciągnął na Briannękocyk ozdobiony żółtymi wiewiórkami.
- Tak. - Siedziałam w biurowym fotelu,zbyt wyczerpana fizycznie i psychicznie, żeby siępodnieść. Frank stanął za mną i lekko położył rękęna moim ramieniu.
- A więc on nie żyje? - spytał łagodnie.
Na końcu języka miałam uwagę, że przecież jużmu to mówiłam, ale powstrzymałam się. Zamknęłam ustai tylko skinęłam głową. Kołysałam się powolii wpatrywałam w ciemne łóżeczko z jego malutkąmieszkanką.
Prawa pierś boleśnie mi obrzmiała. Bez względu na to,jak bardzo byłabym zmęczona, i tak nie zdołałabymzasnąć bez uprzedniego ściągnięcia nadmiarupokarmu. Westchnęłam z rezygnacją i sięgnęłampo odciągacz do mleka, niezgrabne, śmieszniewyglądające gumowe urządzenie. Używanie gonie przydawało godności i było nieporęczne, alewolałam to od przemoczenia pościeli mlekiem i ostregobólu, który obudziłby mnie za godzinę.
Machnęłam na Franka, żeby wyszedł.
- Kładź się spać. To mi zajmie tylko parę minut,ale muszę...
Zamiast wyjść czy odpowiedzieć, wyjął miodciągacz z ręki i położył na stole. Zupełniejakby poruszane niezależnie, bez udziału Franka,jego ręce wolno uniosły się w ciepłej ciemnościpokoju dziecięcego i łagodnie objęły powiększonąpierś.
Jego głowa opadła niżej. Wargi delikatniezamknęły się na sutku. Jęknęłam. Czułam niemalbolesne kłucie, gdy mleko przepływało wąskimiprzewodami. Położyłam dłoń na głowie Franka i przyciągnęłam ją bliżej ku sobie.
- Mocniej - szepnęłam. Jego usta byłymiękkie, ich nacisk bardzo łagodny. Nie do porównaniaz bezwzględnym chwytem twardych, bezzębnych dziąsełniemowlęcia, które wczepiały się bezlitośniei domagały się pokarmu, a swą łapczywością z miejsca uruchamiały obfitą fontannę.
Frank ukląkł. Zastanawiałam się, czy tak właśnieczuje się Bóg, patrząc na tłumy czcicieli u swych stóp, czyJego też ogarnia łagodność i współczucie? Otępieniewywołane zmęczeniem sprawiło, że w moich oczachwszystko działo się w zwolnionym tempie, jakbyśmy obojeporuszali się pod wodą. Ręce Franka przesuwałysię powoli niczym kołyszące się wodorosty,dotykały mojego ciała tak łagodnie jak pęk morskiejtrawy, unosząc mnie z siłą przypływu i kładąc nabrzegu niewielkiego dywanika. Zamknęłam oczyi pozwoliłam, by ten potężny prąd uniósł mnie zesobą.
Frontowe drzwi starej plebanii otworzyły się zezgrzytem zardzewiałych zawiasów, obwieszczającpowrót Brianny Randall. Roger poderwał się na nogi i pognał do holu, przyciągnięty dźwiękiem dziewczęcychgłosów.
- Pół kilograma najlepszegomasła... Kazałaś mi to kupić, no więc kupiłam, alecały czas zastanawiałam się, czy istnieje masłodrugiego gatunku albo jeszcze gorsze... - Briannawręczała sprawunki Fionie, śmiejąc się i mówiącjednocześnie.
- No, jeżeli będziesz robić zakupy u tegostarego drania, Wicklowa, to masz ogromną szansę trafićna to gorsze - przerwała jej Fiona. - Och, przyniosłaścynamon, świetnie! Zaraz upiekę cynamonowebułeczki. Chcesz popatrzeć, jak się je robi?
- Tak, ale najpierw kolacja. Umieram z głodu! -Brianna wspięła się na palce. Z nadzieją wyławiałazapachy płynące z kuchni. - Co będziemyjeść? Podroby jagnięce?
- O Boże, prawdziwa z ciebie Angielka, szkodasłów! Przecież tego nie jada się wiosną! Owce bije siędopiero jesienią.
- Czy ja jestem Angielka? - Brianna byłazachwycona pomysłem.
- Jasne, głupolu. Ale i tak cię lubię.
Dziewiętnastoletnia, nieco pulchna i czarującaFiona śmiała się radośnie do Brianny, która o głowę przerastała szkocką koleżankę. Od córkiJamiego biła siła i powaga, co upodabniało ją dośredniowiecznej rzeźby. Z długim, prostym nosem orazdługimi włosami, połyskującymi czerwienią i złotem pod szklaną kulą sufitowego oświetleniawyglądała tak, jakby właśnie zeszła ze stroniluminowanego manuskryptu, o barwach dostatecznieżywych, by bez większej szkody przetrwać tysiąc lat.
Roger nagle uświadomił sobie, że tuż obok niego stoiClaire Randall. Patrzyła na córkę, a w jej spojrzeniumieszały się ze sobą: miłość, duma i jeszczecoś... może wspomnienia? Z lekka zaszokowany młodyhistoryk uzmysłowił sobie, że Jamie Fraser równieżmusiał odznaczać się nie tylko odziedziczonymi powikingach cechami zewnętrznymi, uderzającymwzrostem i rudymi włosami, ale prawdopodobnie tymsamym charyzmatycznym sposobem bycia.
To coś zupełnie niebywałego, myślałRoger. Przecież Brianna nie robiła ani nie mówiłaniczego niezwykłego, a nie dawało się zaprzeczyć,iż przyciągała do siebie ludzi. Było w tej dziewczyniecoś pociągającego, niemal magnetycznego, cokazało wszystkim krążyć wokół niej i pławić się w jej blasku.
Z pewnością to coś wpływało też na niego,Rogera. Brianna odwróciła się do młodegogospodarza i uśmiechnęła. To wystarczyło, żebyzupełnie nieświadomie podszedł do niej tak blisko,że mógł dostrzec piegi na jej policzkach i zwietrzyćdelikatną woń tytoniu fajkowego, którąprzyniosła z wyprawy po sklepach.
- Witaj - rzucił z uśmiechem. - Dopisałoci szczęście u Clansa czy może byłaś zbyt zajętausługiwaniem Fionie?
- Usługiwaniem? - Z rozbawienia oczydziewczyny przybrały kształt trójkątów. - Patrzciepaństwo! Najpierw nazywają mnie Angielką, potemsługą i podnóżkiem. Jak wy, Szkoci, zwracacie się doludzi, gdy usiłujecie być dla nich mili?
- Skarrrrbie - odparł, przesadniepodkreślając "r", co rozśmieszyło obiedziewczyny.
- To brzmi jak warczenie niezadowolonegoszkockiego teriera - zauważyła Claire.
- Znalazłaś coś ciekawego w bibliotece,Bree?
- Mnóstwo rzeczy - odparła dziewczyna i zaczęła grzebać w stosie kserokopii rzuconychw holu na stół. - Prawie wszystko zdążyłamprzeczytać, gdy robili dla mnie odbitki; to okazałosię najciekawsze. - Brianna wyciągnęła jakąśkartkę i podała ją Rogerowi.
Tekst był fragmentem książki zawierającejzbiór szkockich legend; pierwsza nosiła tytułSpadający Antałek.
- Legendy? - spytała Claire, zaglądającmu przez ramię. - Czy o nie nam właśnie chodzi?
- Niczego nie można wykluczyć. -Skupiony na tekście Roger odpowiadał tak, jakbyduchem był zupełnie nieobecny. - Aż do połowydziewiętnastego wieku większość opowieściszkockich górali żyła wyłącznie w tradycjiustnej. A to oznacza, że ściśle nie rozgraniczanolegend o postaciach historycznych, baśni o istotachnadprzyrodzonych czy też opowieści o heroicznychczynach dawnych bohaterów. Uczeni, którzyspisywali te historie, często sami nie wiedzielido końca, z czym mają do czynienia. Czasami była tomieszanina faktów i mitów, zdarzały się jednakopisy autentycznych zdarzeń.
- Ta legenda, na przykład - podał papier Claire- brzmi dość autentycznie. Opisuje historię, któradała nazwę określonej formacji skalnej w górachSzkocji.
Claire założyła kosmyk włosów za ucho i schyliła głowę, żeby odczytać tekst w przyćmionymgórnym świetle. Fiona, zbyt przyzwyczajonado zatęchłych dokumentów i nudnych wywodówhistorycznych, aby się tym akurat zainteresować,poszła do kuchni dopilnować obiadu.
- "Spadający Antałek - czytałaClaire. - Ta niezwykła formacja skalna, położonanad niewielką rzeczułką, lecz w pewnym od niejoddaleniu, nazwana została w ten sposób, abyupamiętnić historię jakobickiego właścicielaziemskiego i jego służącego. Ów pan, jeden z nielicznych szczęśliwców, którym udało się uniknąćmasakry pod Culloden, z trudem dotarł do domu. Musiałukrywać się przez siedem lat w jaskini na swoich gruntach,bo Anglicy przeczesywali góry w poszukiwaniuzwolenników Karola Stuarta. Dzierżawcywłaściciela ziemskiego lojalnie dotrzymywalisekretu, dostarczali do kryjówki jedzenie i wszystko,co było potrzebne. Mówiąc o swoim panu, używalinazwiska Dunbonnet, tak by pod żadnym pozorem, nawetprzypadkowo, nie zdradzić jego obecności Anglikom,którzy dość często pojawiali się w okolicy.
Któregoś dnia chłopiec niosący panu dojego pieczary beczułkę piwa natknął się naszlaku na grupę angielskich dragonów. Dzielnieodmówił żołnierzom odpowiedzi na pytania. Niechciał im również oddać niesionego przez siebieciężaru. Jeden z żołdaków zaatakował chłopaka,antałek upadł na ziemię, potoczył się po zboczu i wpadłdo płynącej w dole rzeczki".
Claire spojrzała na córkę i uniosła brew.
- Dlaczego wybrałeś właśnie tę legendę? -spytała Rogera. - Wiemy, a przynajmniej sądzimy,że wiemy - poprawiła się - że Jamie uciekł spodCulloden. Ale wielu innym też udało się zbiec. Na jakiejpodstawie przypuszczasz, że ten właściciel ziemskimógł być Jamiem?
- Z uwagi na fragment o Dunbonnecie, oczywiście- odparła Brianna, jakby zdziwiona, że takie pytaniew ogóle padło.
- Co takiego? - Roger zaskoczony spojrzał naBree. - Nie rozumiem.
W odpowiedzi dziewczyna chwyciła grube pasmoswych gęstych rudych włosów i pomachała mu tym"pędzelkiem" przed nosem.
- Dunbonnet, czyli ciemnobrązowa szkockaczapka, zgadza się? - zaczęła niecierpliwie. -Jamie Fraser zawsze nosił nakrycie głowy, ponieważpo rudych włosach był łatwo rozpoznawalny! Samaprzecież mówiłaś, że Anglicy nazywali go"Czerwonym Jamiem". Musiał więc zakrywaćgłowę!
Roger wpatrywał się w nią bez słowa. Włosyswobodnie rozsypały się jej po plecach i utworzyłykaskadę połyskującą w świetle lampy.
- Niewykluczone, że masz rację - stwierdziłaClaire. Podniecenie rozjaśniło jej oczy, gdyspoglądała na córkę. - Włosy Jamiego byłyzupełnie takie jak twoje, Bree. - Wyciągnęła rękęi łagodnie pogładziła córkę po głowie. Brianna z czułością spojrzała na matkę.
- Wiem - odparła. - Przemyślałam tosobie podczas czytania... usiłowałam go sobiewyobrazić. - Urwała i odchrząknęła, jakby cośutkwiło jej w gardle. - Zobaczyłam go, jak ukrywasię na wrzosowisku, jego włosy połyskiwały w słońcu. Mówiłaś, że już wcześniej był wyjęty spodprawa. Pomyślałam więc, że musiał już mieć dużąwprawę... w ukrywaniu się - zakończyła miękko.
- Racja - poparł ją z ożywieniem Roger, abyodpędzić cień, który zasnuł oczy dziewczyny. -Oto znakomity przykład budowania hipotezy napodstawie domysłów, ale kto wie, jeszcze odrobinawysiłku i może uda nam się dowiedzieć czegośpewnego. Jeżeli zdołamy znaleźć SpadającyAntałek na mapie...
- Uważasz mnie za niespełna rozumu? - spytałapogardliwie Brianna. - Już o tym pomyślałam. -Cień zniknął, na jego miejscu pojawiło sięsamozadowolenie. - To dlatego wróciłam takpóźno. Uparłam się, żeby mi wyciągnęli dawnemapy szkockich gór, wszystkie, jakimi dysponują. -Wydobyła ze stosu kolejną odbitkę i z triumfemwskazała palcem miejsce położone niedalekogórnej krawędzi kartki.
- Widzicie, jakie to małe? Nie figuruje nawiększości map, ale na tej się znalazło. O, dokładnietutaj jest wieś Broch Mordha, która leżała w pobliżumajątku Lallybroch, a tu... - palec przesunął się o kilka milimetrów i wskazał napis mikroskopijnejwielkości. - No, widzicie? - powtórzyła. -Wrócił do majątku Lallybroch i tam się ukrył.
- Bez lupy mogę ci tylko uwierzyć na słowo, żefaktycznie napisano tam "Spadający Antałek"- zauważył Roger, prostując się. Uśmiechnął siędo Brianny. - Gratuluję - dodał. - Myślę, żeudało ci się znaleźć Jamiego Frasera, a przynajmniejwyśledzić jego kryjówkę.
Dziewczyna uśmiechnęła się, lecz oczy jejpodejrzanie błyszczały.
- Mhmm - odparła miękko. Łagodnie dotknęłapalcami dwóch kartek papieru. - Przecież to mójojciec.
Claire ścisnęła rękę córki.
- Skoro już masz włosy po ojcu, miło wiedzieć,że po matce odziedziczyłaś rozum - zauważyłaz uśmiechem. - Chodźmy uczcić twoje odkrycie obiademFiony.
- Dobra robota - pochwalił Roger, gdy obojew ślad za Claire ruszyli do jadalni. Lekko objąłdziewczynę w talii. - Możesz być z siebie dumna.
- Dzięki - odparła z uśmiechem, ale wyrazzadumy niemal natychmiast znów wykrzywił jej usta.
- O co chodzi? - spytał miękko Roger,zatrzymując się w holu. - Coś cię martwi?
- Tak naprawdę to nie. - Odwróciłasię do niego twarzą. Pomiędzy rudymi brwiamiwidniała zmarszczka. - Tak tylko, próbowałam sobiewyobrazić... jak, twoim zdaniem, wyglądało jegożycie? Te siedem lat spędzonych w jaskini? I co się z nim potem stało?
Wiedziony impulsem Roger pochylił się i pocałował ją lekko między brwi.
- Nie wiem, najdroższa - odparł. - Ale możeuda nam się tego dowiedzieć.
Lallybroch, listopad 1752
Raz na miesiąc zachodził do domu, żeby sięogolić. Zawsze czekał, aż któryś z chłopców da mu znać,że można przemknąć się bezpiecznie. Wtedy cicho jak lisskradał się w ciemnościach nocy. Ten niewielki ukłon w stronę cywilizacji wydawał mu się jednak ogromniepotrzebny.
Niczym duch pojawił się w kuchennych drzwiach, gdzie Ianwitał go uśmiechem, a siostra pocałunkiem. Czekałajuż na niego balia z gorącą wodą, świeżonaostrzona brzytwa oraz środek służący za mydło dogolenia. Niekiedy było to prawdziwe mydło, gdy kuzynJared podesłał im trochę towaru z Francji. Częściejjednak musiał się zadowalać na wpół przetworzonymłojem, gryzącym w oczy od nadmiaru ługu.
Od razu zaczynał czuć się inaczej, gdy w jegonozdrza uderzała woń dochodząca z kuchni, ogromnieintensywna i złożona, zwłaszcza po niesionych z wiatrem słabych zapachach jeziora, wrzosowiska i lasu. Ale mógł się znowu poczuć w pełni człowiekiemdopiero, gdy zakończył rytuał golenia twarzy.
Domownicy już się nauczyli, że nie zacznieopowiadać, póki się nie ogoli; po miesiącusamotności z trudem dobierał słowa. I rzecz nie w tym,że nic mu nie przychodziło do głowy. Przeciwnie: słowa,sformułowane gdzieś w głębinach duszy, tworzyływ jego gardle zator, toczyły ze sobą zaciekłe boje,żeby wydostać się na zewnątrz w krótkim czasie, jakibył do dyspozycji. Kilka minut starannej toaletypozwalało na poukładanie wszystkiego w głowie i napodjęcie decyzji, co należy powiedzieć najpierw,a co potem.
Były również informacje, których należałowysłuchać, o to i owo zapytać: o Anglikówpatrolujących okolice, o politykę, o ostatniearesztowania i procesy w Londynie i Edynburgu. Tyleże te sprawy mogły trochę poczekać. Wolałporozmawiać z Ianem o gospodarstwie, z Jennyo dzieciach. Gdy sytuacja wydawała się całkiembezpieczna, przyprowadzano na dół dzieciaki, żebypozdrowiły wuja, ucałowały i uściskały przedsnem.
- Już niedługo stanie się mężczyzną- zagadnął Jamie, gdy pojawił się wewrześniu. Kiwnął w kierunku pierworodnego synasiostry. Dziesięcioletni imiennik Jamiego siedziałprzy stole trochę skrępowany, w pełni świadomzaszczytu, jaki na niego spłynął wraz z chwilowozajmowaną pozycją pana domu.
- Owszem. W ten sposób przybędzie mi jeszczejedna osoba, o którą będę musiała się martwić,bo tylko tego mi do szczęścia brakuje - odparłacierpko Jenny, ale dotknęła ramienia syna z dumą,która przeczyła jej słowom.
- Miałaś jakąś wiadomość od Iana? - SzwagierJamiego został przed trzema tygodniami po raz czwartyaresztowany i przewieziony do Inverness pod zarzutemsympatyzowania z jakobitami.
Jenny potrząsnęła głową. Postawiła nastole przykryty półmisek. Unosząca się z niegociepła, cudowna woń kuropatwy zapieczonej w cieście sprawiła, że ślinka napłynęła Jamiemudo ust. Musiał przełknąć, żeby móc wymówić choćsłowo.
- Nie ma się czego bać - powiedziała Jenny,nakładając mu na talerz. Jej głos nie zdradzałniepokoju, ale pionowa zmarszczka pomiędzybrwiami pogłębiła się. - Posłałam Fergusa,żeby pokazał im akt własności oraz zwolnienieIana z wojska. Odeślą mi męża do domu, jak tylkosię zorientują, że nie on jest panem na Lallybrochi że prześladując go, niczego nie uzyskają. -Zerknęła na syna i sięgnęła po dzban z piwem. -Nadarza się im teraz wspaniała okazja wykazania,iż zdrady dopuściło się małe dziecko.
Kobieta mówiła ponuro, ale na samą myśl o konsternacji, jaka zaistnieje w angielskim sądzie,w jej głosie zabrzmiała nuta satysfakcji. Na mocyaktu własności tytuł pana Lallybroch przechodziłze starszego Jamesa na młodszego. Dokument był jużwcześniej pokazywany w sądzie. Niweczył wysiłkiKorony zmierzające do przechwycenia majątku jakowłasności jakobickiego zdrajcy.
Gdy Jamie znalazł się za progiem, czuł, jak kroplapo kropli spływa z niego cieniutka warstewkaczłowieczeństwa; ubywało jej z każdym krokiem, w miarę oddalania się od domu. Czasami udawało mu sięzatrzymać tę iluzję rodzinnego ciepła przez całądrogę aż do pieczary, w której się ukrywał. W innychprzypadkach znikała niemal natychmiast, porywanalodowatym wiatrem, gwałtownym i przenikliwym,niosącym ze sobą woń spalenizny.
Anglicy puścili z dymem trzy małe gospodarstwapołożone wyżej w górach. Wyciągnęli z domówHugha Kirby'ego oraz Geoffa Murraya i obu zastrzelilituż za progiem. Nie zadawali im żadnego pytania. Nieprzedstawili formalnych zarzutów. Młody JoeFraser uciekł, ostrzeżony przez żonę, która w porędostrzegła nadejście Anglików. Schronił się wówczasw pieczarze u Jamiego i spędził tam trzy tygodnie,póki żołnierze nie opuścili okolicy, zabierającze sobą Iana.
W październiku Jamie spotkał się też z dwomastarszymi chłopcami. Byli to: Fergus, młody Francuzprzywieziony z paryskiego burdelu, oraz jegoserdeczny przyjaciel, Rabbie MacNab, syn dziewczynykuchennej.
Jamie powoli przeciągnął brzytwą popoliczku, potem w dół, przez krzywiznę żuchwy, i otarł ostrze o brzeg miski. Kątem oka dostrzegł na twarzyRabbiego MacNaba błysk fascynacji przemieszanejz zazdrością. Zauważył, że wszyscy trzej chłopcy,to znaczy Rabbie, Fergus i młodszy Jamie, siedzą z otwartymi ustami i nie odrywają od niego wzroku.
- Nigdy przedtem nie widzieliście golącegosię mężczyzny? - spytał, unosząc brew.
Rabbie i Fergus spojrzeli po sobie, lecz odpowiedźpozostawili młodszemu Jamiemu, jako tytularnemuwłaścicielowi majątku.
- No, cóż... owszem, wujku - wykrztusił chłopak,rumieniąc się. - Ale... to znaczy... - zająknął sięi zaczerwienił jeszcze mocniej. - Teraz, jak taty niema, a nawet jak jest w domu, nieczęsto widzimy, jak ktośsię goli. A ty po miesiącu masz takie mnóstwo włosówna twarzy... Chodzi o to, że się cieszymy, gdy znów nasodwiedzasz, i...
Jamiemu zaświtało nagle w głowie, że w oczach całej trójki pewnie uchodzi za postać ogromnieromantyczną. Żył samotnie w pieczarze, wieczoremwychodził na polowania, a czasami nocą wyłaniałsię z mgły, brudny i zarośnięty, ze skołtunionymiwłosami i brodą w strąkach. O tak, życie człowiekawyjętego spod prawa, ukrywającego się nawrzosowisku w ciasnej, wilgotnej jaskini musiałosię chłopcom w tym wieku wydawać najwspanialsząprzygodą. Piętnastolatek czy szesnastolatek,nie mówiąc już o dziesięciolatku, nie mają jeszczepojęcia o winie czy gorzkiej samotności. Ani o ciężarze odpowiedzialności, od której żadnebohaterskie czyny nie zdołają uwolnić.
Może umieliby zrozumieć lęk, przynajmniejw pewnym stopniu. Strach przed śmiercią, obawę przedwpadnięciem w ręce nieprzyjaciół. Ale nie lęk przedsamotnością, własną naturą czy szaleństwem. Nieten ustawiczny niepokój o to, jak wielkie ryzyko dlacałej rodziny, także dla tych niedorostków, niosłaze sobą jego obecność. Gdyby w ogóle przyszła im takamyśl do głowy, odepchnęliby ją od siebie, przekonani,jak wszyscy chłopcy, o własnej nieśmiertelności.
- No cóż, tak - odparł obojętnie, gdymłodszy Jamie zamilkł. Znów odwrócił się dolustra. - Przeznaczeniem mężczyzny są kłopotyi... bokobrody. To jedna z plag Adama.
- Adama? - Fergus nie ukrywałzaskoczenia. Pozostała dwójka udawała, iż z grubsza rozumie, o czym ich bohater mówi. No, ale Fergusbył przecież tylko Francuzem.
Jamie wyciągnął górną wargę jak najdalej w dół i zaczął się delikatnie golić pod nosem.
- Na samym początku, gdy Bóg stworzył człowieka,na twarzy Adama nie było więcej włosów niż na twarzyEwy. Całe ciała oboje mieli tak gładkie jak noworodek- dodał, gdy zauważył, jak wzrok siostrzeńca podążaszybko ku kroczu Rabbiego. Na twarzy chłopaka nie byłojeszcze zarostu, ale nieznaczny, ciemny cień na górnejwardze świadczył o pojawieniu się owłosienia równieżw innych miejscach.
- Dopiero gdy anioł z ognistym mieczem wyrzuciłich z Edenu, gdy przekroczyli bramę ogrodu, na podbródkuAdama pojawiły się włosy i zaczęły go swędzieć. Odtamtej pory niczym klątwa ciąży na mężczyznachkonieczność usuwania z twarzy zarostu. - Z zamachemzakończył golenie podbródka i złożył teatralnyukłon przed swoją widownią.
- A inne włosy? - dopytywał się Rabbie. - Tamteż powinno się ogolić! - Młodszy Jamie zachichotałi ponownie się zaczerwienił.
- Cholernie dobra myśl - zauważył Jamie. -Do tego trzeba by diabelnie pewnej ręki. No i spokojniemożna się obejść bez lustra - dorzucił przy wtórzechichotów.
- A co z kobietami? - spytał Fergus. Przy słowie"kobiety" jego głos przeszedł w żabie skrzeczenie,co pobudziło pozostałych chłopców do jeszczegłośniejszego śmiechu. - Z pewnością lesfilles też tam mają włosy, ale ich nie golą. W każdym razie, zazwyczaj - dodał. Najwyraźniejprzypomniał sobie rzeczy, które widywał w burdeluwe wcześniejszym okresie swojego życia.
Jamie dosłyszał kroki siostry w korytarzu.
- No cóż, to nie jest przekleństwo - oświadczyłzachwyconej widowni. Chwycił miednicę i zgrabniewylał jej zawartość przez otwarte okno. - Pan Bóg dał tona pociechę mężczyźnie. Jeśli tylko dostąpiciezaszczytu patrzenia na nagą kobietę, panowie... -obejrzał się i zniżył tajemniczo głos - przekonaciesię, że włosy tworzą tam rysunek strzały, którawskazuje właściwy kierunek, tak by nawet kompletnyignorant umiał trafić do celu.
Odwrócił się z godnością od ryczącychze śmiechu i nieprzyzwoicie chichoczącychchłopców. Nagle na widok siostry opanował go wstyd. Jennyszła ciężkim krokiem kobiety w zaawansowanejciąży. Na rozdętym brzuchu trzymała tacę z kolacją. Jak mógł ją tak poniżyć niewybrednymiżartami w imię chwilowego zbratania się zesłuchaczami?
- Cicho bądźcie! - warknął nachłopców. Natychmiast przestali chichotać i spojrzelina niego ze zdumieniem. Jamie rzucił się naprzód, żebyodebrać tacę od Jenny.
Postawił na stole to smakowite danieprzyrządzone z koziego mięsa i boczku. Sam zapachsprawił, że wystające jabłko Adama na szyi Fergusaporuszyło się gwałtownie. Jamie wiedział, żedostaje najlepsze kąski. Wystarczyło spojrzeć nanapięte twarze zgromadzonych wokół stołu, żebysię o tym przekonać. Zawsze gdy przychodził z wizytą,przynosił wszystko, co mógł: złapane w sidła zająceczy głuszce, czasami gniazdo z jajami siewki. Ale mięsanigdy nie było dosyć w domu, gdzie żywiła się nietylko rodzina i służba. Posiłek dostawali tu takżedomownicy pomordowanych dzierżawców: Kirby'ego i Murraya. Wdowy i osierocone dzieci musiały mieszkać w dworku co najmniej do wiosny, a on, James Fraser, powinienstarać się ich wykarmić.
- Usiądź koło mnie - zwrócił się dosiostry. Ujął ją za ramię i łagodnie podprowadziłdo ławki, na której zwykł siadać. Spojrzała na niegozaskoczona. To do niej należało obsługiwaniebrata, gdy przychodził, ale zadowolona usiadłabez protestów. Pora była późna, a ona bardzozmęczona. Miała ciemne sińce pod oczyma.
Z wielką stanowczością odkroił pokaźny kawałmięsa i postawił przed nią talerz.
- Przecież to wszystko dla ciebie! -zaprotestowała Jenny. - Ja już jadłam.
- Ale za mało - skwitował. - Potrzebujeszwięcej, również dla dziecka - dodał stanowczo. Nawetgdyby nie chciała nic jeść ze względu na siebie, dla dobradziecka zgodzi się przekąsić. Przez chwilę wyraźniesię wahała, ale potem uśmiechnęła się, chwyciłasztućce i zabrała się do jedzenia.
Nastał listopad. Chłód przenikał cienkąkoszulę i spodnie, które Jamie miał na sobie. Ledwie tojednak zauważał, tak był pochłonięty tropieniem. Nocbyła pochmurna, ale przez cienką warstwę obłokówokrągła tarcza księżyca rzucała dostatecznąilość światła.
Dzięki Bogu nie padało. Szelest kropli głuszyłkażdy dźwięk, a przenikliwy zapach wilgotnejroślinności maskował woń zwierzyny. Długiemiesiące życia na dworze wyostrzyły mu węch niemaldo bólu; aromaty domu niekiedy zwalały go z nóg,gdy wchodził do środka.
Nigdy nie udało mu się podejść dostatecznieblisko, żeby wyczuć piżmowy zapach jelenia. Czasamijednak słyszał charakterystyczny szelest, gdyrogacz zrywał się do biegu po tym, jak zwęszył wończłowieka. Teraz Jamie miał szansę: listopadowechłody zmrożą wszelkie zapachy i zostaną tylkocienie przemykające po wzgórzach pod zachmurzonymniebem.
Wolniutko odwrócił się do miejsca, gdzie,jak mu słuch podpowiadał, stał jeleń. Z łukiem w dłoniach i strzałą na cięciwie myśliwy był gotówdo działania. W najlepszym razie zdoła posłać tylkojedną strzałę, potem zwierzę zerwie się do biegu.
Tam! Jest! Na widok ciemnego zarysu rogów ponadkrzewem kolcolistu serce niemal podeszło Jamiemudo gardła. Zmusił się do spokoju, nabrał w płucapowietrza i zrobił jeszcze jeden krok.
Trzask gałęzi wywołany ucieczką jelenia zawszebrzmiał zaskakująco głośno i budził w myśliwymlęk. Tym razem jednak łowca był na to przygotowany. Nieczuł się zaskoczony, nie starał się również gonićzwierzyny. Stał nieruchomo. Mierzył z łuku, wzrokiempodążał za spłoszonym jeleniem i usiłowałuchwycić ten najwłaściwszy do strzału moment. Po chwilipoczuł na nadgarstku parzące uderzenie zwolnionejcięciwy.
Strzał był czysty. Zwierzę zostało trafionetuż za łopatką. Na szczęście. Myśliwy wątpił, czyznalazłby siłę, by ścigać po wzgórzach dorosłegobyka. Rogacz padł tuż za kępą kolcolistów, z nogami sztywno wyciągniętymi; miał w sobie dziwnąbezradność wszystkich kopytnych, z których właśnieulatuje życie. Księżyc oświetlił zachodzącebielmem oko. Z tęczówki zniknął ciepły brąz, a tajemnicę śmierci zwierzęcia skryła srebrzystapoświata.
Łowca wyjął zza pasa sztylet, klęknął przymartwym jeleniu i pospiesznie odmówił prastarąmodlitwę. Nauczył się jej od Johna Murraya, dziadkaIana. Gdy ojciec Jamiego usłyszał kiedyś te słowa, ustalekko mu zadrżały. Jamie domyślił się, iż modlitwapewnie nie jest adresowana do tego samego Boga, doktórego zwracał się co niedziela w kościele. Ojcieczachował wtedy milczenie. Teraz on, Jamie, niemalwymamrotał zapamiętany tekst. Odniósł wrażenie,że dłoń starego Johna dotyka jego ręki. Topodniecające uczucie pobudziło go do wbicia ostrzaw dymiące mięso ukryte pod owłosioną skórą.
Pewnie i z dużą wprawą chwycił jedną rękąlepki pysk zwierzęcia, drugą przeciął mu gardło.
Z otwartej rany bluznęła krew, po chwili trysnęłajeszcze dwa razy, po czym już ciągłym strumieniemopuszczała kadłub zwierzęcia przez wielkie naczyniaszyjne. Mogłoby mu się nie powieść, gdyby zacząłsię zastanawiać, ale głód, wyczerpanie i odurzeniechłodem nocy doprowadziły go do stanu, w którymdziała się instynktownie. Jamie podłożył stulonedłonie pod ciemny strumień i parującą jeszczeposokę poniósł do ust.
Księżyc oświetlił złożone dłonie, z którychkroplami wyciekał czerwonobrązowy płyn. Wszystkorazem sprawiało wrażenie, jakby myśliwy wchłaniałw siebie samą substancję jelenia, a nie po prostu piłjego krew: słoną, o posmaku srebra i temperaturzejego własnego ciała. Zwycięski łowca nie odbierałprzy połykaniu wrażenia ciepła czy zimna krwi, czułjedynie jej smak, odurzający zapach rozgrzanegometalu i nagły skurcz w brzuchu, stanowiący reakcjęna bliskość pożywienia.
Jamie przymknął oczy i głębokoodetchnął. Wilgotne, zimne powietrze wdarłosię pomiędzy ociekające krwią ścierwo a jegozmysły. Przełknął, otarł twarz wierzchem dłoni, wytarłręce o trawę i zabrał się do roboty.
Dużo trudu musiał włożyć w poruszeniebezwładnego, ciężkiego ciała, ale potem, jakby podwpływem starodawnej modlitwy, doznał przypływusiły. Rozciął skórę między nogami zwierzęcia,lecz nie otwierał jeszcze worka otrzewnego. Wymacał gotylko, gdy z oporem wsunął obie ręce w jamę brzuszną. I znowu trzeba było ogromnego wysiłku, by wyciągnąćworek na zewnątrz, gładki i lśniący. Dwa cięcia, jednou góry, drugie u dołu otrzewnej całkowicie uwolniłymasę wnętrzności - nastąpił przejaw czarnej magii,przeistaczającej jelenia w mięso.
Jak na byka zwierzę było stosunkowo niewielkie,chociaż poroże miało zupełnie niczego sobie. Przyodrobinie szczęścia może uda się odtransportowaćzdobycz bez niczyjej pomocy. Jamie wolał nie zostawiaćścierwa na łasce lisów i borsuków. Podłożyłramię pod jedno udo zwierzęcia i powoli zacząłwstawać. Postękiwał z wysiłku przy przesuwaniubrzemienia w dogodniejszą pozycję w poprzekpleców.
Ciężkim krokiem szedł w dół, a jego cień rzucanyna skały przez światło księżyca przypominałgarbatego potwora z baśni. Rogi jeleniakołysały mu się nad ramieniem, co nadawało jegosylwetce podobieństwo do rogatego człowieka. Natę myśl Jamie zadrżał lekko. Przypominał sobieopowieści o sabatach czarownic, na których pojawiałsię Rogaty, aby napić się krwi z poświęconych mu kózczy kogutów.
Trochę go mdliło. Miał zawroty głowy. W miaręupływu kolejnych miesięcy czuł się coraz bardziejzdezorientowany, rozdwojony pomiędzy swoją"osobowością" dzienną i nocną. W ciągudnia żył wyłącznie umysłem. Z uporem szukałucieczki od obezwładniającego bezruchu, czy to nastronach powieści, czy na trudnych szlakach rozważań i medytacji. Z chwilą jednak pojawienia się księżycawszelki rozsądek zanikał, z miejsca ustępowałinstynktowi łowcy. Jamie wychodził na świeżepowietrze niczym drapieżnik ze swojej nory. W głowiemiał tylko polowanie, przebieganie ciemnych wzgórz w poszukiwaniu łupu pod rozgwieżdżonym niebem. Głód,żądza krwi, upojenie światłem księżyca - w nocyjedynie to nim kierowało.
Wpatrywał się w grunt pod nogami. Widział na tyledobrze, by pomimo ciężaru nie potykać się. Cielskobyka było bezwładne i chłodne w dotyku; krótkasierść ocierała się o kark myśliwego, a jego własnypot ziębił w porywach wiatru, zupełnie jakby łowcęi jego łup dosięgnął wspólny los.
Dopiero na widok świateł dworku w LallybrochJamie poczuł, iż znów opadła na niego pelerynaczłowieczeństwa. Umysł i ciało połączyły sięw jedność, gdy przygotowywał się na spotkanie z rodziną.
Trzy tygodnie później nadal nie było mowy o powrocie Iana do domu. Prawdę mówiąc, w jego sprawiezapadła kompletna cisza. Przez szereg dni Fergus niezaglądał do pieczary. Jamie szalał z niepokoju, bonie wiedział, co się dzieje w domu. Poza wszystkim trzebabyło dostarczyć pożywienie. Przy tylu dodatkowychgębach do wykarmienia mięso z jelenia na pewno jużdawno się skończyło, a o tej porze roku ogród warzywnynie miał nic do zaoferowania.
Zdesperowany do granic wytrzymałościJamie zaryzykował wczesną wizytę. Sprawdzającpo drodze sidła, schodził z gór tuż przed zachodemsłońca. Sam jego wzrost wzbudziłby co najwyżejpodejrzenia, ale kolor włosów na pewno bygo zdradził. Starannie naciągnął na głowęwełnianą czapkę, zrobioną na drutach z szorstkiejburej przędzy. Taka ochrona była niezbędna, bowszyscy okoliczni plotkarze niewątpliwie wyleglina dwór, żeby nacieszyć się ostatnimi promieniamisłońca. W razie nieoczekiwanego zetknięciaz angielskim patrolem Jamie zdawał się na własnenogi. Nigdy nie przestawał wątpić, iż zdołają gowybawić z niebezpieczeństwa. James Fraser, w poręostrzeżony, śmiało mógł iść w zawody z zającamina wrzosowisku.
W domu panowała zadziwiająca cisza. Niesłychać było hałasu, jaki zawsze robiłydzieciaki: piątka urodzona przez Jenny i szóstkanależąca do dzierżawców, nie wspominającjuż o Fergusie i Rabbiem MacNabie, którzy wciążjeszcze potrafili gonić się wokół zabudowańgospodarczych, wrzeszcząc przy tym, ile sił w płucach.
Jamie przystanął w drzwiach kuchni. Odniósłwrażenie, iż otacza go jakaś dziwna pustka. Przeszedł dotylnego korytarza. Po jednej stronie miał spiżarnię,po drugiej zmywalnię, a tuż za sobą kuchnię. Stał bezruchu. Wytężał wszystkie zmysły, nadsłuchiwał i analizował zapachy charakterystyczne dla tegodomu. Nie, jednak ktoś tu był: słaby odgłos drapania,poprzedzający ciche, regularne pobrzękiwanie,dochodził zza obitych materiałem drzwi, którezatrzymywały ciepło z kuchni przed wydostaniem siędo zimnej spiżarni.
Dźwięk wydawał się kojąco domowy. Przybyszpchnął więc drzwi, ostrożnie, ale bez przesadnej obawy. Przystole stała Jenny w bardzo już zaawansowanejciąży. Mieszała coś w żółtej misce.
- Co tu robisz? Gdzie pani Coker?
Z okrzykiem nagłego przestrachu Jenny upuściłałyżkę.
- Jamie! - Z pobladłą twarząprzyłożyła rękę do piersi i przymknęła oczy. -Boże! Śmiertelnie mnie przeraziłeś. - Uniosłapowieki. Ciemnoniebieskie oczy, podobne do jegowłasnych, popatrzyły na niego przenikliwie. -Na Matkę Przenajświętszą, powiedz raczej, co ty turobisz? Nie spodziewałam się ciebie jeszcze przynajmniejprzez tydzień.
- Fergus przestał ostatnio zaglądać dojaskini. Zaczęło mnie to martwić - odparł poprostu.
- Jesteś kochany, Jamie. - Twarz kobietyz wolna zaczęła przybierać zdrowy kolor. Jennyuśmiechnęła się do brata, podeszła bliżej i mocno go uściskała. Było to bardzo miłe, chociażwcale niełatwe, bo sterczący brzuch mocno jej w tymprzeszkadzał. Jamie na moment przytulił policzekdo ciemnowłosej głowy siostry i wdychał bijąceod niej aromaty: wosku, cynamonu, wełny i łoju dorobienia mydła. Tego wieczoru wyczuł w jej zapachudodatkowy element. Wydawało mu się, że zaczęłapachnieć mlekiem.
- Gdzie są wszyscy? - spytał i niechętniewypuścił siostrę z objęć.
- No cóż, pani Coker umarła - odparła Jenny,a delikatna zmarszczka między brwiami pogłębiłasię.
- Tak? Bardzo mi przykro. - Jamie przeżegnałsię. Pani Coker, najpierw jako służąca, potemgospodyni, pracowała dla rodziny przeszłoczterdzieści lat od dnia ślubu jego rodziców. -Kiedy?
- Wczoraj przed południem. Można się było tegospodziewać, ale, na szczęście, biedaczka miała cichąśmierć. Umarła we własnym łóżku, tak jak zawsze tegopragnęła. Modlił się za nią ojciec McMurtry.
Jamie odruchowo spojrzał na boczne drzwi do pokojusłużącej.
- Czy ona wciąż tam jest?
Jenny pokręciła głową.
- Nie. Mówiłam jej synowi, że wypadałobyczuwać w tym domu, lecz Cokerowie uznali, że w obecnejsytuacji... - grymas na jej twarzy wskazywał, iż miałana myśli zarówno nieobecność Iana, powtarzającesię naloty Czerwonych Kubraków, koniecznośćutrzymywania dzierżawców, brak żywności, jak i kłopotliwą obecność jego, Jamesa Frasera,w niedalekiej grocie - że lepiej będzie, jeślizorganizują czuwanie nad zmarłą w Broch Mordha, w domu jej siostry. Tam więc wszyscy poszli. Powiedziałamim, że droga jest zbyt daleka, a ja nie za dobrze się czuję- dodała, uśmiechnęła się przewrotnie i uniosłabrew. - Ale tak naprawdę marzyłam tylko o tym, żebyw końcu się wynieśli. Miałabym kilka godzin ciszyi spokoju.
- I jak na złość ja się zjawiłem - wtrącił zeskruchą Jamie. - Mam sobie pójść?
- Ależ nie, ty ośle - odparła ciepło. - Siadaj,zajmę się kolacją.
- A co jest do jedzenia? - spytał i z nadziejąpociągnął nosem.
- To zależy, co przyniosłeś -odpowiedziała. Ciężko poruszała siępo kuchni. Wyjmowała rozmaite rzeczy z szafy i z koszy. Co rusz przystawała, by zamieszać zawartośćwielkiego, wiszącego nad paleniskiem kotła, z którego unosiło się cienkie pasemko pary.
- Jeżeli przyniosłeś mięso, będziemyje jedli, jeśli nie, to mamy kaszę jęczmienną i nóżki.
Skrzywił się. Perspektywa jedzenia gotowanegojęczmienia i pręgi, ostatniej pozostałościpo zasolonej tuszy wołowej, którą kupiliprzed dwoma miesiącami, nie wydawała mu sięzachęcająca.
- A więc mam dużo szczęścia - oświadczył,wywracając torbę myśliwską do góry dnem. Wypadłyz niej trzy króliki, które utworzyły na stole miękkikłąb szarego futra i zmiętoszonych uszu. - Jest teżtrochę owoców tarniny. - Wyrzucił zawartość swejwłóczkowej czapki, zaplamionej w środku czerwonymsokiem.
Na ten widok oczy Jenny rozjaśniły się.
- Zrobię pasztet - oznajmiła. - Porzeczki sięskończyły, ale tarnina będzie nawet lepsza. I masławystarczy, dzięki Bogu. - Dostrzegała nieznaczneporuszenie w szarym futrze, klapnęła ręką w stół i zgrabnie unicestwiła miniaturowego intruza.
- Zabierz je na dwór i tam obedrzyj ze skóry, Jamie,bo inaczej całą kuchnię będę miała w pchłach.
Gdy Jamie wrócił z czystymi tuszami,przygotowania do przyrządzenia pasztetu były jużmocno zaawansowane. Na sukni Jenny dostrzegł śladymąki.
- Pokrój je na plastry i połam kości, dobrze? -poprosiła, marszcząc brwi nad książką kucharskąGotowanie i pieczenie autorstwa paniMcClintock, otwartą na stronie dotyczącej pasztetuz zająca.
- Z pewnością potrafisz upiec taki pasztet bezzaglądania do książki - zauważył. Posłuszniesięgnął do kosza po drewniany młotek do miażdżeniakości. Skrzywił się. Przypomniał sobie młot, którymzłamano mu prawą rękę, gdy kilka lat temu przebywałw angielskim więzieniu. Oczyma duszy ujrzał naglepasztet zajęczy z roztrzaskanymi kawałkamikości, z których w głąb farszu wyciekają słona krewi słodkawy szpik.
- Owszem, potrafię - potwierdziła Jennyz roztargnieniem, kartkując książkę. - Tylko gdybrakuje połowy potrzebnych składników, muszęskorzystać z rady, czego użyć w zastępstwie. -Zmarszczyła czoło i zatopiła się w lekturze. -Zwykle do sosu dodaję trochę klaretu, ale nie mamyw domu ani kropli, poza zapasem od Jareda, ale nie chcętego na razie napoczynać. Jeszcze się przyda.
Nie trzeba mu było mówić do czego. Antałkiemklaretu można by kogoś przekupić i uwolnićIana z więzienia, a przynajmniej uzyskać jakieśinformacje. Jamie zerknął ukradkiem na wzdętybrzuch siostry. Niewiele się na tym znał, ale na jegorozeznanie czas rozwiązania już się zbliżał. Z roztargnieniem zanurzył sztylet we wrzątku i poruszyłnim kilkakrotnie. Po chwili wyjął nóż i wytarł doczysta.
- Dlaczego to zrobiłeś, Jamie? - Odwróciłsię i napotkał zdziwiony wzrok siostry. Wśródopadających w nieładzie ciemnych loków ciężarnejkobiety dostrzegł lśnienie jednego siwegowłosa.
- Och... - westchnął i podniósł pierwszątuszę. - Claire zawsze powtarzała, że należy umyćostrze we wrzątku, zanim dotknie się nim jedzenia.
Raczej wyczuł, niż zobaczył, że brwi Jenny unosząsię wysoko. Siostra pytała go o Claire tylko raz, gdywrócił spod Culloden, półprzytomny i półżywyod gorączki.
- Odeszła - powiedział wtedy i odwróciłtwarz. - Nigdy nie wymawiaj przy mnie jej imienia. -Lojalna jak zwykle Jenny ani razu nie wspomniałabratowej. Jamie również nie mówił na tentemat. Nie umiałby wytłumaczyć, co skłoniłogo do napomknięcia o żonie właśnie dziś. Możemarzenia.
Często widywał ją we śnie, w różnych sytuacjach,i zawsze następnego dnia wprawiało go to w niepokój,jakby Claire przez chwilę rzeczywiście była natyle blisko, iż można jej było dotknąć. Potemznów się oddalała. Jamie mógł nawet przysiąc, żeniejednokrotnie po obudzeniu wyczuwał jej zapachna swojej skórze: ciężką woń piżma przemieszaną z ostrym, świeżym aromatem liści i ziół. Nieraz podczastakich snów dochodziło do wytrysku nasienia, co zwyklepozostawiało po sobie niezbyt silne uczucie wstydui duchowego niepokoju.
- Ile czasu ci jeszcze zostało? - Głowąwskazał na jej brzuch. - Wyglądasz jak purchawka:wystarczy nacisnąć i puff! - Ruchem palcówzilustrował sytuację.
- Naprawdę? Hmm, chciałabym, żeby tobyło takie proste jak puff. - Wygięła plecy w łuk,pocierając przy tym krzyż i wypinając brzuch w sposóbwręcz alarmujący. Jamie musiał przycisnąć się dościany, żeby zrobić jej miejsce. - A co do czasu, tomyślę, że w każdej chwili. Nie jestem pewna. - Wzięłado ręki filiżankę i odmierzyła mąkę. Ponurozauważył, że z cennej zawartości worka zostałojuż bardzo niewiele.
- Poślij po mnie do groty, kiedy się zacznie -poprosił znienacka. - Zejdę tu, pal sześć CzerwoneKubraki.
Kobieta przerwała wyrabianie ciasta i uważnieprzyjrzała się bratu.
- Ty? Dlaczego?
- Cóż, nie ma Iana - zauważył. Wziął drugątuszę. Sprawnie odciął udo i oddzielił je od kości. Trzyszybkie uderzenia drewnianego młotka i mięso byłogotowe.
- Przecież w niczym nie mógłby mi pomóc, nawetgdyby był - skwitowała Jenny. - On już zrobił,co do niego należało, dziewięć miesięcy temu. -Zmarszczyła nos w stronę brata i sięgnęła po talerzz masłem.
- Mhm. - Jamie zasiadł do dalszejpracy. Brzuch siostry znalazł się teraz na poziomiejego oczu. Zawartość brzucha, ożywiona i bardzoaktywna, poruszała się bez chwili ustanku, marszcząc i wybrzuszając fartuch w coraz to innym miejscu. Jamie niezdołał opanować chęci dotknięcia monstrualnejkrzywizny; wyczuł zaskakująco mocne ruchy i kopnięcia małego mieszkańca, zniecierpliwionegociasnotą pomieszczenia.
- Przyślij po mnie Fergusa, gdy nadejdzie czas- powtórzył.
Rozdrażniona kobieta pacnęła go łyżką poręku.
- Mówiłam już, że nie będziesz mi doniczego potrzebny. Na miłość boską, człowieku,czy twoim zdaniem dom pełen ludzi, trudności z ichwyżywieniem, Ian w więzieniu w Inverness, CzerwoneKubraki kręcące się pod oknami to jeszcze nie dosyćzmartwień? Czy muszę się też denerwować, że i ciebiezabiorą?
- O mnie się nie martw, sam potrafię zadbać o siebie. - Nie patrzył na nią, zajęty krojeniemprzedniej części tuszy.
- Więc zadbaj o siebie, ale tam, na wzgórzach. -Spojrzała na Jamiego ponad brzegiem miski. - Mam juższeścioro dzieci. Nie sądzisz, że i z tym sobie samaporadzę?
- Nic nie zdoła cię przekonać, prawda? -zapytał.
- Nie - ucięła. - Zostań u siebie.
- Przyjdę.
Jenny zmrużyła oczy i bardzo uważnie przyjrzałasię bratu.
- Jesteś chyba najbardziej upartym durniem w całej Szkocji.
Jamie popatrzył na siostrę, a szeroki uśmiechrozlał się po jego twarzy.
- Może i tak - zgodził się. Czule poklepałwystający brzuch. - A może nie. Ale przyjdę. Przyślijpo mnie Fergusa, gdy nadejdzie czas.
Trzy dni później, tuż przed świtem Fergus,ciężko dysząc, pokonywał zbocze w drodze dogroty. W ciemności przeoczył szlak i teraz, gdy sięprzedzierał przez zarośla, robił tyle hałasu,że Jamie dosłyszał chłopaka znacznie wcześniej,niż posłaniec dotarł do polany.
- Milordzie... - zaczął bez tchu, lecz Jamiejuż go mijał, w biegu naciągając na ramionaokrycie. Pospiesznie ruszył w dół, ku domowi.
- Ależ milordzie... - dobiegł go z tyługłos Fergusa, zasapany i przerażony. -Żołnierze...
- Żołnierze? - Jamie stanął jak wryty. Czekałniecierpliwie, aby młody Francuz zszedł ku niemu pozboczu. - Jacy żołnierze? - spytał, gdy Ferguspoślizgiem pokonał ostatnie kilka kroków.
- Angielscy dragoni, milordzie. Miladykazała powiedzieć, żeby pan pod żadnym pozorem nieopuszczał groty. Ktoś widział ich wczoraj, jak obozowaliw pobliżu Dunmaglas.
- A niech to wszyscy diabli!
- Tak, panie. - Chłopak usiadł na kamieniu i wachlował się zamaszyście. Wąska pierś unosiłasię gwałtownie, gdy z trudem łapał powietrze.
Jamie wahał się, nie umiał podjąć decyzji. Jegoinstynkt protestował przeciwko powrotowi do groty,krew gotowała mu się z podniecenia wywołanegopojawieniem się Fergusa, w duszy wszystko buntowałosię przeciwko potulnemu wpełznięciu do kryjówki,wzorem robaka chowającego się pod kamieniem.
- Hmmm... - mruknął. Zerknął na Fergusa. W świetle wstającego dnia szczupła sylwetkachłopca ledwie się rysowała na ciemnym tle krzewówkolcolistu zachodniego. Twarz przypominała bladąplamę z parą ciemniejszych plamek w miejscu oczu. W Jamiemzaczęło narastać podejrzenie. Dlaczego siostraprzysłała Fergusa o tak dziwnej godzinie?
Gdyby istotnie zachodziła koniecznośćnatychmiastowego ostrzeżenia przed dragonami,byłoby znacznie bezpieczniej posłać chłopaka w nocy. A jeśli nie zachodziła tak pilna potrzeba, todlaczego nie poczekać do następnej nocy? Odpowiedźnasuwała się sama: ponieważ Jenny uważała,że następnej nocy nie zdoła już przysłać muwiadomości.
- Jak się ma moja siostra? - zapytałFergusa.
- Och, dobrze, milordzie, całkiem dobrze! -Entuzjastyczny ton zapewnienia utwierdził Jamiegow podejrzeniach.
- Właśnie rodzi, prawda? - dopytywałsię.
- Ależ nie, milordzie! Z całą pewnościąnie!
Jamie zacisnął dłoń na ramieniuchłopaka. Wyczuwalne pod palcami kości wydawałymu się cienkie i kruche. Przypominały zajęcze gnatki,które połamał kilka dni temu. Mimo to Jamie wzmocniłchwyt. Fergus szarpnął się, żeby się uwolnić.
- Gadaj prawdę, chłopcze.
- Nie, milordzie! Pani czuje się świetnie!
Palce na ramieniu młodego Francuza zacisnęłysię jeszcze boleśniej.
- Czy ona ci poleciła, żebyś mi nic niemówił?
Zakaz Jenny musiał być odczytany dosłownie, bo nato pytanie Fergus odpowiedział z widoczną ulgą.
- Tak, panie!
- Aha. - Jamie zwolnił uchwyt. Chłopak z miejscapoderwał się na nogi. Teraz mówił bez zahamowań,rozcierając chude ramię.
- Zapowiedziała, że nie wolno mi wspomniećo niczym z wyjątkiem tego o żołnierzach, boinaczej obedrze mnie żywcem ze skóry i przerobi nakiełbasę!
Słysząc te groźby, Jamie nie mógł powściągnąćuśmiechu.
- Owszem, brakuje nam żywności, alenie aż do tego stopnia - uspokoił swojegoprotegowanego. Spojrzał w dal. Na horyzonciezobaczył cienką różową linię, jasną i żywą zaciemnymi sylwetkami sosen.
- Idziemy. Za pół godziny będzie już całkiemjasno.
Tym razem nie chodziło już o ciszę i pustkęwokół domu. Tego dnia o świcie nawet ślepy zdołałbyzauważyć, że rzeczy nie układają się w Lallybrochtak jak zwykle. Kocioł do prania, pełen namoczonychubrań, stał na swoim miejscu na podwórzu, ale ogieńpod nim dość dawno wygasł; rozdzierające ryki,które dochodziły z obory, mówiły wyraźnie, żejedyna krowa w tym gospodarstwie pilnie domaga siędojenia. Gniewne beczenie dolatujące z komórkidla kóz powiedziało, że jej mieszkanki z najmilsząchęcią poddałyby się podobnemu zabiegowi.
W momencie, gdy Jamie wkroczył na podwórze,trzy kurczaki z wrzaskiem przemknęły mu podstopami, w panicznej ucieczce przed Jehu, miejscowymterierem. Jamie poderwał się błyskawicznie, skoczyłi kopnął psa tuż pod żebra. Zwierzę, na którego pyskumalowało się bezbrzeżne zdumienie, wyleciało w powietrze, opadło z głośnym skowytem, podkuliłoogon pod siebie i czym prędzej zwiało.
Jamie zastał dzieci, starszych chłopców, MaryMacNab i drugą służącą, Sukie, stłoczonychrazem w bawialni, pod czujnym okiem pani Kirby, bardzozasadniczej i wymagającej wdowy, pochylonych nadmodlitewnikiem:
- "I Adam nie dał się zwieść, ale zwiedzionakobieta pogwałciła prawo..." - czytałapani Kirby. Z góry dobiegł głośny, przeciągłykrzyk. Zebranym wydawało się, że nigdy się nieskończy. Matrona przerwała na chwilę, żeby każdymógł docenić wagę tego krzyku, po czym podjęłalekturę. Jej oczy, jasnoszare i wilgotne, wyglądemprzywodzące na myśl surowe ostrygi, co jakiśczas zerkały na sufit, by po chwili z satysfakcjąspocząć na twarzach słuchaczy, zdradzających silnenapięcie.
- "Pomimo to jednak oszczędzonazostanie przy porodzie, jeśli zachowa wiarę,miłosierdzie, świętość i wstrzemięźliwość..."- kontynuowała pani Kirby. Kitty wybuchnęłanagle histerycznym szlochem i ukryła twarz w ramieniusiostry. Maggie Ellen miała na piegowatej buzi corazsilniejsze rumieńce, natomiast jej starszy brat pobladłjak prześcieradło.
- Pani Kirby - odezwał się Jamie. - Proszęo ciszę.
Słowa brzmiały dość uprzejmie, ale wyraz oczu z pewnością przypominał błysk, jaki ujrzał Jehutuż przed swoją podróżą w powietrze, bo lektorkasapnęła tylko i wypuściła modlitewnik z ręki. Książka z głośnym plaśnięciem uderzyła o podłogę.
Jamie schylił się, podniósł modlitewnik i wyszczerzył do pani Kirby zęby. Grymas, mimo iżstanowił kiepską namiastkę uśmiechu, przyniósłjednak pewien efekt. Kobieta pobladła i przycisnęłarękę do swego dość wydatnego biustu.
- Może poszłyby panie do kuchni i zajęłysię jakąś pożyteczną pracą - zaproponowałJamie. Ruchem głowy wskazał drzwi. Sukie, dziewczynękuchenną, natychmiast wymiotło z pokoju niczymzeschły, niesiony z wiatrem liść. W ślad za nią ruszyłapani Kirby, bez cienia wahania, chociaż znaczniedostojniejszym krokiem.
Jamie, podniesiony na duchu tym drobnymzwycięstwem, w krótkim czasie pozbył się wszystkichzebranych. Wdowie Murray i jej córkom zlecił zajęciesię kotłem do prania; mniejsze dzieci, pod nadzorem MaryMacNab, dostały polecenie złapania wszystkichkurcząt; starsi chłopcy z wyraźną ulgą opuścilibawialnię, by zająć się inwentarzem.
Jamie pozostał przez chwilę w pustym pokoju. Niebardzo wiedział, co ma dalej robić. Niejasno czuł, żepowinien być w domu i wszystkiego dopilnować. Aleteż świetnie zdawał sobie sprawę, iż, jak to ujęłaJenny, bez względu na rozwój sytuacji w niczym nie możesiostrze pomóc. Na frontowym dziedzińcu rozległsię stukot kopyt nieznajomego muła; rodzącejprzypuszczalnie towarzyszyła akuszerka i do niejnależało zwierzę.
Jamie nie mógł usiedzieć w miejscu. Przechadzałsię niespokojnie po całej bawialni. W jednejręce trzymał modlitewnik, drugą bezustannieczegoś dotykał. Półka na książki, zniszczona i porysowana podczas ostatniego najścia CzerwonychKubraków przed trzema miesiącami. Ozdobny srebrnypółmisek, wielki i ciężki. Został lekko pogięty,ale nie zmieścił się do żołnierskiego plecaka, więcnie podzielił losu drobniejszych przedmiotów, którebez ceremonii po prostu ukradziono. Anglicy wcale sięprzy tym nie obłowili; kilka naprawdę wartościowychrzeczy, wraz z niewielkim zapasem złota, jaki jeszczerodzinie pozostał, było bezpiecznie schowanychrazem z winem Jareda.
Słysząc z góry przeciągły jęk, Jamieodruchowo spojrzał w dół, na trzymany w dłonimodlitewnik. Książka jakby sama się otworzyłana pierwszej stronie, gdzie odnotowywano śluby,narodziny i zgony poszczególnych członkówrodziny.
Listę zaczynał wpis o ślubie rodzicówJamiego. Brian Fraser i Ellen MacKenzie. Ich imiona i datę zawarcia związku małżeńskiego zapisałamatka drobnym, okrągłym pismem. Poniżej widniałdopisek: "Pobrali się z miłości", zanotowanyzdecydowanym charakterem pisma ojca. Była towiele mówiąca uwaga, zważywszy na następny wpis,z którego jasno wynikało, iż Willy przyszedł naświat zaledwie po dwóch miesiącach od daty ślubu.
Na widok tych słów Jamie jak zwykle sięuśmiechnął. Zerknął na obraz przedstawiający jegosamego jako dwulatka i Williego w towarzystwieogromnego charta szkockiego imieniem Bran. Tylko tylepozostało po starszym bracie, który zmarł na ospę w wieku jedenastu lat. W poprzek płótna biegła rysa- ślad po bagnecie. Jamie przypuszczał, że w tensposób jakiś żołnierz rozładował męczącą gofrustrację.
- A co by było, gdybyś wtedy nie umarł,braciszku? - przemówił miękko do obrazu.
Właśnie, co? Przed zamknięciem książki dojrzałjeszcze ostatni wpis: "Caitlin Maisri Murray, urodzona3 grudnia 1749 roku, zmarła 3 grudnia 1749 roku". Notak, co by było, gdyby... Gdyby Czerwone Kubrakinie przyszły drugiego grudnia. Czy jego siostra i tak urodziłaby wtedy wcześniaka? A gdyby mieliwówczas wystarczającą ilość jedzenia, czy coś byto pomogło?
- Na takie pytania nie ma odpowiedzi, prawda? -przemówił znów do obrazu. Malowana ręka Williegospoczywała na ramieniu malutkiego Jamiego. Zawszeczuł się bezpiecznie z takim obrońcą za plecami.
Z góry dobiegł kolejny krzyk. Pod wpływemnagłego strachu Jamie kurczowo zacisnął dłoń namodlitewniku.
- Módl się za nas, starszy bracie- wyszeptał. Przeżegnał się, odłożyłksiążkę i wyszedł, żeby pomóc w oporządzeniuinwentarza.
Niewiele miał do roboty. Rabbie i Fergusznakomicie dawali sobie radę z nielicznymizwierzętami, jakie rodzina jeszcze posiadała. A dziesięcioletni młodszy Jamie był dostatecznieduży, by im w razie potrzeby pomóc. Jamie rozejrzałsię za jakimś zajęciem. Zebrał rozrzucone sianoi zaniósł całe naręcze mułowi akuszerki. Gdypasza się skończy, krowę trzeba będzie zabić. W przeciwieństwie do kóz nie była w stanie wyżywićsię zimową porą na wzgórzach, mimo iż młodsze dzieciznosiły jej trawę i chwasty. Przy odrobinie szczęściazasolona tusza pozwoli im przetrwać aż do wiosny.
Gdy Jamie wszedł do obory, Fergus spojrzał na niegoznad wideł do przerzucania gnoju.
- Czy ta położna jest dobra? Madoświadczenie? - dopytywał się natarczywie młodyFrancuz. Długi podbródek chłopaka wysunął sięagresywnie. - Nie można przecież byle komu powierzyćopieki nad przyzwoitą wieśniaczką!
- A skąd mam wiedzieć? - odpowiedziałJamie, jakby odpierał atak. - Myślisz, że się znamna położnych? - Pani Martin, dawna akuszerka,która odbierała dotąd dzieci Murrayów, umarła,jak wielu innych, podczas głodu panującego narok przed Culloden. Jej następczyni, pani Innes,była znacznie młodsza. Jamie miał tylko nadzieję,iż kobieta ma wystarczająco dużą praktykę i wie,co trzeba robić.
Wyglądało na to, że Rabbie podziela ten pogląd,bo naskoczył na Fergusa:
- A co ty sobie myślisz, mówiąc"wieśniaczka"? Sam jesteś wieśniakiem! Może jużzapomniałeś?
Fergus z godnością popatrzył na Rabbiego,chociaż musiał zadrzeć głowę, bo był o ładnych kilkanaście centymetrów niższy odprzyjaciela.
- Moje pochodzenie nie ma żadnego znaczenia- odparł wyniośle. - Ale na pewno nie jestempołożną!
- W żadnym razie, palancie! - Rabbie dałprzyjacielowi potężną sójkę w bok. Fergusz okrzykiem zaskoczenia wylądował na klepiskuplecami do ziemi. Poderwał się w mgnieniu oka. Skoczyłku Rabbiemu, który przysiadł na krawędzi żłobu i zaśmiewał się do rozpuku, ale Jamie chwycił młodegoFrancuza za kołnierz i pociągnął do tyłu.
- Nic z tego - oświadczył tonem pracodawcy. -Nie chcę, żebyście zniszczyli tę resztkę siana. -Puścił Fergusa i aby odwrócić jego uwagę, zapytał:- A co ty właściwie wiesz o akuszerkach?
- Bardzo dużo, milordzie. - Chłopakotrzepywał się z kurzu dystyngowanymi ruchami. -Wiele dam u madame Elizy znalazło się w łóżku, gdyja tam mieszkałem...
- Nie ma co do tego żadnych wątpliwości- przerwał mu sucho Jamie. - A może chciałeśpowiedzieć, że wiele z nich rodziło?
- A jakże! W końcu sam tam przyszedłem na świat! -Młody Francuz z dumą wypiął wątłą pierś.
- Tak, faktycznie. - Usta Jamiego nieznaczniedrgnęły. - A więc wszystko uważnie obserwowałeśi teraz umiesz nam wyjaśnić, jak sprawy powinnywyglądać?
Fergus zignorował nutę sarkazmu.
- No, oczywiście - stwierdził rzeczowo. - Przedewszystkim akuszerka musi położyć pod łóżkiem nóż,żeby zlikwidować ból.
- Nie jestem przekonany, czy to zrobiła -wymruczał Rabbie. - Pewno nie, jeśli wierzyć własnymuszom. - W oborze słychać było tylko najgłośniejszekrzyki, większość jednak nie docierała aż takdaleko.
- A w nogi łóżka trzeba włożyć jajkopokropione święconą wodą, żeby kobieta bez truduurodziła dziecko - kontynuował Fergus, zatopionywe wspomnieniach. Zmarszczył brwi. - Osobiściewręczyłem tej położnej jajko, ale wyglądało nato, że ona nie ma pojęcia, co z nim robić. Cały miesiącprzechowywałem je w tym celu, bo kury ostatnio kiepskosię niosą, a ja chciałem mieć pewność, że choć jednobędzie pod ręką, gdy już przyjdzie co do czego - dodałżałośnie.
- No, a po porodzie - ciągnął z zapałemwykład - akuszerka musi zrobić napar z łożyskai dać położnicy do wypicia, żeby przyspieszyćwydzielanie mleka.
Rabbie lekko pozieleniał na twarzy.
- Masz na myśli to, co się rodzi po dziecku? -spytał niedowierzająco. - O Boże!
Prezentacja nowoczesnej wiedzy medycznejrównież w Jamiem wzbudziła mdłości.
- No, cóż - zwrócił się do Rabbiego z udawanąobojętnością. - Oni jedzą żaby i ślimaki. Więcmoże napój z łożyska też nie jest dla nich niczymdziwnym? - W głębi duszy zastanawiał się, jak długiczas dzieli ich wszystkich od zjadania żab i ślimaków, aleuznał, że tego rodzaju myśli lepiej na razie zachowaćdla siebie.
Rabbie udawał, że wymiotuje.
- Jezu Chryste, no i kto chciałby byćFrancuzem?!
Stojący blisko niego Fergus obrócił się napięcie i wymierzył szybki jak błyskawica cios. Drobnyi szczupły jak na swoje lata, był jednak zaskakującosilny i aż za dobrze zorientowany w położeniusłabych punktów człowieka. Wiedzy tej nabył naulicach Paryża, praktykując jako młodocianykieszonkowiec. Cios trafił prosto w dołek. Rabbie zgiąłsię we dwoje i zapiszczał niczym pęcherz wieprzowy,na który ktoś nieopacznie nadepnął.
- Odzywaj się z szacunkiem, gdy mówisz o lepszychod siebie - pouczył go wyniośle Fergus. Twarz ofiaryataku przybrała rozmaite odcienie czerwieni, a usta otwierały się i zamykały jak u ryby, gdy Rabbiewalczył o odzyskanie oddechu. Oczy niemal wyszły mu z orbit ze zdumienia. Wyglądał tak śmiesznie, że Jamie z wielkim trudem powstrzymał się od śmiechu, mimo troski o Jenny i irytacji z powodu ustawicznych utarczek międzyurwisami.
- Posłuchajcie, chłopaki, jeżeli niebędziecie trzymać łap przy sobie... - zaczął, aleprzeszkodził mu okrzyk młodszego Jamiego. Bratanekdotychczas siedział cicho, zafascynowanyrozmową.
- Co? - Jamie odwrócił się. Automatyczniesięgnął po pistolet, który miał przy sobie zawsze,ilekroć opuszczał jaskinię. Spodziewał się, iż nadziedzińcu ujrzy angielski patrol, ale nie było tamnikogo.
- O co chodzi, do cholery? - zażądałodpowiedzi. Podążył wzrokiem za wskazującympalcem dzieciaka i wtedy je dostrzegł. Trzy niewielkie,czarne punkty wolno przesuwały się nad zeschłymiłodygami w poprzek kartofliska.
- Kruki - rzekł cicho i poczuł, jak wszystkiewłoski na karku stają mu dęba. Pojawienie się w trakcie porodu ptaków wojny i śmierci zwiastowałonajwiększe nieszczęścia. Jedno z czarnych monstrówsadowiło się właśnie na dachu.
Jamie niemal instynktownie wyjął pistoletzza pasa, oparł lufę o zgięty łokieć i staranniewymierzył. Daleki strzał; odległość od drzwiobory do dachu budynku była całkiem duża. Poza tymnależało celować w górę. Jednak...
Pistolet szarpnął mu się w ręku, a kruk zamieniłsię w obłok czarnych piór. Pozostałe dwa ptakiwystrzeliły w powietrze jak z procy i odleciały,bijąc zaciekle skrzydłami. Ich ochrypłe głosy szybkoucichły w zimowym powietrzu.
- Mon Dieu! - wykrzyknąłFergus. - C'est bien ça!
- Znakomity strzał, sir - Rabbie, wciążjeszcze czerwony na twarzy i mocno zasapany,odzyskał siły na tyle, by obserwować poczynaniaJamiego. Podbródkiem wskazał dom: - Proszę spojrzeć,sir, czy to nie akuszerka?
Rzeczywiście. Pani Innes wystawiła głowę z okna pierwszego piętra. Włosy opadły jej swobodnie,gdy z góry spoglądała na dziedziniec. Możeprzyciągnął ją odgłos wystrzału, może obawiałasię kłopotów. Jamie wyszedł na dwór i pomachał ręką,aby dodać kobiecie otuchy.
- W porządku - krzyknął. - To tylkoprzypadkowy strzał. - Nie zamierzał wspominaćkruków, żeby wieść o nich nie dotarła do uszu Jenny.
- Proszę na górę - odkrzyknęła położna,ignorując jego słowa. - Dziecko już przyszło na świati siostra pana potrzebuje!
Jenny otworzyła jedno oko, niebieskie i lekkoskośne, jak jego własne.
- Jednak przyszedłeś?
- Uznałem, że ktoś powinien tu być. Jużchoćby po to, żeby się modlić za ciebie - skwitowałopryskliwie.
Zamknęła oczy. Słaby uśmiech wykrzywił jejwargi. Wyglądała jak obraz, który kiedyś Jamiewidział we Francji, namalowany przez jakiegoś Włochadawno temu, ale całkiem dobry.
- Jesteś głupi jak but, ale bardzo się cieszę- powiedziała miękko położnica. Otworzyłaoczy i spojrzała na zawiniątko spoczywające w zagłębieniu jej ramienia. - Chcesz go zobaczyć?
- Aaa, więc to on? - Delikatnie, z wprawądoświadczonego wujka podniósł tłumoczek,przytulił do siebie i odchylił brzeg kocyka.
Oczy noworodka były szczelniezamknięte. Rzęsy całkowicie się schowały w głębokich fałdach powiek, które tworzyły dużąwypukłość nad czerwonymi, gładkimi, okrągłymipoliczkami. Zapowiadało to podobieństwo do matki,przynajmniej pod względem tej jednej, godnej uznaniacechy.
Głowa maleństwa, dziwnie niezgrabna, wręczkoślawa, skojarzyła się Jamiemu ze zdeformowanymmelonem. Tłuste usteczka wydawały się całkowiciespokojne, a wilgotna różowa dolna warga drżałalekko z każdym chrapnięciem noworodka - widomymznakiem wyczerpania ogromnym wysiłkiem, jakim jestprzychodzenie na świat.
- Ciężka praca, co? - odezwał się Jamie dodziecka, ale odpowiedź nadeszła od Jenny.
- Oj, prawda. W kredensie jest trochęwhisky. Mógłbyś mi przynieść szklaneczkę? - Głossiostry brzmiał chrapliwie. Musiała odchrząknąć,żeby skończyć prośbę.
- Whisky? Czy nie powinnaś raczej dostać piwaz jajkami? - spytał Jamie. Starał się odsunąć odsiebie wizję właściwego napoju dla położnic,tak niedawno przedstawioną przez Fergusa.
- Whisky - potwierdziła zdecydowanie. -Kiedy leżałeś na dole i nie byłeś w stanie utrzymaćsię na nogach, czy dawałam ci piwo z jajkami?
- Karmiłaś mnie jeszcze gorszymipaskudztwami - odparował z uśmiechem. - Alemasz rację, przynosiłaś mi również whisky. -Ostrożnie położył dziecko na posłaniu i poszedłpo karafkę.
- Czy on ma już imię? - Kiwnął głową w stronęmaleństwa i szczodrą ręką nalał pokaźną porcjębursztynowego płynu.
- Nazwę go Ian, po jego tacie. - Przez chwilędłoń Jenny spoczywała miękko na okrągłej główce,pokrytej drobnym złotobrązowym meszkiem. Na miękkimciemieniu widać było pulsowanie tętna. Noworodekwydawał się Jamiemu nieprawdopodobnie kruchy,ale akuszerka zapewniła wuja, że dziecko jest zdrowei krzepkie. Pod wpływem niezrozumiałego impulsu,który kazał chronić nagie i wrażliwe ciemię, Jamiepodniósł chłopczyka raz jeszcze i naciągnął mu nagłowę brzeg kocyka.
- Mary MacNab opowiedziała mi o tobie i paniKirby - zauważyła Jenny, popijając alkohol. -Jaka szkoda, że tego nie widziałam. Dziewczynatwierdziła, że biedna stara omal nie udławiła sięwłasnym językiem, gdy się do niej odezwałeś.
Jamie uśmiechnął się w odpowiedzi. Łagodniepoklepał noworodka spoczywającego w jegoramionach. Głęboko uśpione drobne ciałko leżałobez ruchu niczym szynka bez kości. Miękki, kojącyciężar.
- Szkoda, że się nie udławiła. Jak ty możeszznieść tę babę we własnym domu? Gdybym mieszkał tu nastałe, chybabym ją udusił.
Siostra prychnęła i zamknęła oczy. Odchyliłagłowę, żeby whisky swobodnie wpłynęła w głąbgardła.
- No, cóż, ludzie będą ci przeszkadzać natyle, na ile im na to pozwolisz. Ja jej nie pozwoliłam, a przynajmniej nie bardzo. Jednak - dodała, otwierającoczy - nie mogę powiedzieć, że zmartwiłoby mnie,gdybym się jej pozbyła. Myślałam już o tym, żebypodesłać ją staremu Kettrickowi do Broch Mordha. W zeszłym roku stracił jednocześnie i żonę, i córkę,potrzebuje więc kogoś do opieki i prowadzeniagospodarstwa.
- Zgoda. Tyle tylko, że gdybym ja był SamuelemKettrickiem, to wziąłbym wdowę Murray, a nie wdowęKirby - zauważył Jamie.
- Peggy Murray ma już zapewnioną przyszłość- oświadczyła siostra. - Na wiosnę poślubi DuncanaGibbonsa.
- Widzę, że Duncan szybko się uwinął -zauważył, lekko zaskoczony. Po chwili przyszło mu cośdo głowy i aż się uśmiechnął na tę myśl. - Czy któreśz nich wie już o ożenku?
- Nie - odparła, odwzajemniającrozbawienie brata. Po chwili jej uśmiech zniknął,a na jego miejsce pojawiło się głębokiezamyślenie.
- A może ty sam o niej pomyślałeś?
- Ja? - Jamie był tak zaskoczony, jakby siostrazaproponowała mu wyskakiwanie oknem z drugiegopiętra.
- Ma dopiero dwadzieścia pięć lat - ciągnęłaJenny. - Dobra z niej matka i jest jeszcze dość młoda,by rodzić dzieci.
- Ile ty wypiłaś whisky?
Pochylił się i zaczął udawać, że sprawdzapoziom płynu w karafce. Dłonią podtrzymywałgłówkę niemowlęcia, aby się za mocno nieodchyliła. Wyprostował się i spojrzał na siostręmocno zirytowany.
- Żyję jak zwierzę w jaskini, a ty chcesz,żebym wziął sobie żonę? - Nagle poczuł siępusty w środku. Nie chcąc pokazać Jenny, jak bardzoprzygnębiła go jej propozycja, wstał i zacząłprzechadzać się po pokoju, cichutko pomrukującdo tłumoczka.
- Kiedy ostatni raz spałeś z kobietą, Jamie? -spytała siostra takim tonem, jakby prowadziłatowarzyską pogawędkę. Wstrząśnięty odwróciłsię na pięcie i zmierzył Jenny wzrokiem.
- A cóż to, u diabła, za pytanie!
- Nie spotykałeś się z żadną dziewczynąmiędzy Lallybroch a Broch Mordha - kontynuowałabezceremonialnie. - Na pewno bym o tym słyszała. Aniz żadną wdową...
- Cholernie dobrze wiesz, że nie - uciął. Czuł,jak policzki czerwienieją mu ze złości.
- Dlaczego nie? - spytała spokojnieJenny.
- Dlaczego nie? - Wpatrywał się w nią z lekkorozchylonymi ustami. - Czy ty całkiem oszalałaś? Coty sobie wyobrażasz? Że będę przekradał się z jednego domu do drugiego i sypiał z każdą kobietą,która mnie nie przegoni?
- Ani mi to w głowie. Nie, Jamie, uważam, że jesteśporządnym człowiekiem. - Uśmiechnęła się smutno. -Nigdy w życiu nie wykorzystałbyś kobiety. Najpierwbyś się z nią ożenił, prawda?
- Nie! - zaprzeczył gwałtownie. Niemowlęporuszyło się i zamruczało przez sen. Automatycznieprzełożył je na drugie ramię i lekko poklepałpo plecach. Nie odrywał oczu od twarzy siostry. - Niezamierzam się żenić, wybij sobie z głowy wszelkieswaty, Jenny Murray! Nie godzę się na to, słyszysz?
- Słyszę, słyszę - potwierdziłaniezrażona. Podciągnęła się na poduszce, żebymóc patrzeć mu w oczy. - Chcesz żyć jak mnich do końcaswoich dni? Umrzeć bez syna, który by ci zamknął oczy i błogosławił twoje imię?
- Zajmij się własnymi sprawami! - Sercewaliło mu jak młotem. Odwrócił się do siostry plecamii wielkimi krokami podszedł do okna. Przez dłuższy czasbezmyślnie gapił się na dziedziniec przed stajnią.
- Wiem, że w sercu nosisz jeszcze żałobę poClaire. - Dobiegł go miękki głos siostry. - Myślisz,że zdołam zapomnieć Iana, jeżeli nie wróci? Ale czas,żebyś wykonał następny ruch, Jamie. Claire na pewnonie chciałaby, żebyś do końca życia był samotny i nie miał nikogo, kto by cię pocieszał i kto urodziłbyci dzieci.
Długo milczał. Nadal stał bez ruchu. Z boku szyiczuł delikatne ciepło bijące od pokrytej meszkiemgłówki noworodka. W zamglonej szybie dostrzegłwłasne, niewyraźne odbicie. Widział wysokiego,silnego i brudnego mężczyznę, z zupełnieniepasującym do niego białym tobołkiem poniżejponurej twarzy.
- Ona była brzemienna - odezwał się wreszciecicho. - Kiedy... ją straciłem - dodał. Nie widziałinnego sposobu wytłumaczenia siostrze, gdziewłaściwie przebywała Claire. Jak miał wyjaśnićJenny, że to niegasnąca nadzieja, iż Claire nadalżyje, odbierała mu wszelką ochotę na myślenieo innej kobiecie. Nawet świadomość, że dla niegożona jest już stracona na wieki, niczego właściwienie zmieniała.
Zapadła cisza. Po dłuższej chwili Jenny odezwałasię cicho:
- Czy dlatego dzisiaj przyszedłeś?
Westchnął, odwrócił się do niej bokiem i oparłskroń o chłodną szybę. Jenny leżała na plecach,ciemne włosy rozsypały się po poduszce. Wzrok jejzłagodniał, gdy patrzyła na brata.
- Chyba tak - odparł. - Nie mogłem pomóc swojejżonie; chyba wyobrażałem sobie, że w zamian za topomogę tobie. Tyle że nie umiałem - dodał z gorycząw głosie. - Dla ciebie jestem równie bezużytecznyjak dla Claire.
Jenny wyciągnęła ku niemu rękę, na jej twarzyodbiło się cierpienie.
- Jamie, mo chridhe... -zaczęła, ale nagle urwała. Niebieskie oczyrozszerzyły się z przerażenia, gdy z dołu dobiegłygłośne krzyki i rozległ się łoskot.
- Święta Mario! - jęknęła, blednąc jeszczebardziej. - To Anglicy!
- Chryste! - krzyknął z błaganiem i zaskoczeniem w głosie. Szybko przeniósł spojrzenieod łóżka do okna. Naprędce ocenił, jakie miałbyszanse ukrycia się, a jakie ucieczki. Tupot obutych nógdochodził już ze schodów.
- Szafa, Jamie! - szepnęła nagląco Jennyi wskazała palcem mebel. Ukrył się tam bez wahania.
Chwilę później drzwi sypialni otworzyły się z trzaskiem i do pokoju wtargnęła postać w czerwonymkubraku, w przekrzywionym kapeluszu, ze szpadąw dłoni. Kapitan dragonów przystanął, omiótłspojrzeniem pomieszczenie, wreszcie utkwił wzrok w drobnejpostaci leżącej w łóżku.
- Pani Murray? - spytał.
Jenny z wysiłkiem podciągnęła się wyżej.
- To ja. A co, u diabła, robi pan w moim domu? -zapytała. Twarz miała bladą i lśniącą od potu. Ręcejej się trzęsły, ale głowę trzymała wysoko. Niespuszczała wzroku z intruza. - Proszę wyjść!
Nie zwracając na nią uwagi, mężczyzna podszedł dookna. Ze swojego punktu obserwacyjnego Jamie widziałniewyraźną figurę, która zniknęła za rogiemgarderoby, a po chwili pojawiła się znowu, zwróconado niego plecami. Dragon przemówił do Jenny:
- Jeden z moich zwiadowców doniósł, iż paręgodzin temu usłyszał strzał w okolicy tego domu. Gdziesię podziali wszyscy mężczyźni?
- Nie ma tu żadnych mężczyzn. - Nie dałarady dłużej opierać się na ramionach, zbyt silniedrżały. Opadła z powrotem na poduszki. - Wzięliściejuż mojego męża, a najstarszy syn ma zaledwiedziesięć lat. - Słowem nie wspomniała o Rabbiem i Fergusie. Chłopców w ich wieku można już było skazaćjak dorosłych. Przy odrobinie szczęścia mogli zwiać nawidok Anglików.
Oficer dowodzący był twardym mężczyznąw średnim wieku. Z pewnością nie należał dołatwowiernych.
- Trzymanie broni w górach Szkocji jest ciężkimprzestępstwem - stwierdził. - Przeszukać całydom, Jenkins - zwrócił się do towarzyszącego mużołnierza.
Wydając rozkaz, musiał podnieść głos, bo zeschodów dochodziła narastająca wrzawa. Gdy Jenkinssię odwrócił, do pokoju siłą wdarła się pani Innes,położna.
- Zostawcie tę biedną kobietę w spokoju! -krzyknęła, stając twarzą w twarz z oficerem. Dłonietrzymała zaciśnięte w pięści. Głos jej drżał,ale nie ustąpiła nawet na krok. - Wynoście się stąd,łotry!
- Nic nie robię twojej pani - odezwał się lekkozirytowany kapitan, najwyraźniej biorąc ją zajedną ze służących. - Ja tylko...
- Zaledwie przed godziną urodziła dziecko! Tonieprzyzwoite, żebyście choćby na nią patrzyli,a co dopiero...
- Ach, tak? - Głos oficera stał sięostrzejszy. Dragon z nagłym zainteresowaniemprzeniósł wzrok z akuszerki na łóżko położnicy. -Urodziła pani dziecko, pani Murray? A gdzie ono jest?
Tymczasem noworodek wiercił się w powijakach,bo uścisk przerażonego wujka był zbyt silny.
Z głębi garderoby Jamie dostrzegł twarzsiostry. Była blada jak ściana, ale nie wyrażałażadnych uczuć.
- Umarło - oświadczyła.
Zaskoczona akuszerka otworzyła szerokobuzię. Na szczęście uwaga kapitana była zwróconana Jenny.
- Och? - powiedział wolno. - Czy to...
- Mama! - Od drzwi rozległ się głosprzerażenia. Młodszy Jamie wyrwał się z rąkżołnierza i rzucił w ramiona matki. - Mamo, dzieckonie żyje? Nie, nie! - Ze szlochem padł na kolana i ukryłtwarz w pościeli.
Jakby chcąc zaprzeczyć wszystkiemu, co zostało o nim powiedziane, malutki Ian zaczął dawać dowodyswojej żywotności. Z dużą energią wierzgałnóżkami, kopiąc wuja po żebrach. Maleństwoprychało przy tym i postękiwało, czego na szczęściew ogólnym harmidrze nikt nie usłyszał.
Jenny usiłowała pocieszyć młodszego Jamiego,pani Innes bezskutecznie próbowała odciągnąćgo od łóżka, ale chłopiec kurczowo uchwycił sięrękawa matki. Kapitan przekrzykiwał zawodzeniazrozpaczonego dziesięciolatka, a ponad wszystkowybijał się głuchy tupot nóg i wrzask, który wstrząsałcałym domem.
Jamie oczekiwał teraz, iż kapitan zacznie siędopytywać o miejsce pochówku noworodka. Przytulałciałko do piersi i kołysał je, aby tylko odsunąćod maleństwa wszelką chęć do płaczu. Drugą rękąsięgnął do rękojeści swojego noża, ale był totylko próżny gest. Nawet poderżnięcie gardłakapitanowi przypuszczalnie niewiele by pomogło,gdyby drzwi od garderoby zostały otwarte.
Malutki Ian wydał z siebie pełen irytacji pomruk,dając do zrozumienia, iż kołysanie nie bardzo muodpowiada. W uszach wuja dźwięk ten zabrzmiał równiedonośnie jak rozpaczliwe zawodzenia starszegosiostrzeńca. Przerażenie Jamiego potęgowaławizja domu stającego w płomieniach oraz trupówwszystkich jego mieszkańców.
- To przez ciebie! - Młodszy Jamie, z twarzązapuchniętą od płaczu i gniewu, poderwał się na nogii ruszył na kapitana. Głowa w ciemnych lokach byłaopuszczona jak u szarżującego tryka. - Zabiłeśmojego brata, ty angielski sukinsynu!
Oficer zaskoczony nagłym atakiem postąpiłkrok do tyłu i ze zdziwieniem spoglądał nadziesięciolatka.
- Ależ nie, chłopcze, całkowicie się mylisz. Jatylko...
- Sukinsyn! Kastrowany palant! A mhic andiabhoil! - Młodszy Jamie zupełnie straciłnad sobą panowanie. Sztywnym krokiem zbliżał się dokapitana, obrzucając go wszystkimi wulgaryzmami,jakie kiedykolwiek obiły mu się o uszy, naprzemiennieangielskimi i gaelickimi.
- Eee - stęknął noworodek prosto do uchastarszego Jamiego. - Eee, eee! - Brzmiało to jak wstępdo najprawdziwszego wrzasku. Ogarnięty panikąwuj puścił nóż i wsunął kciuk w miękki, wilgotnyotwór, z którego wydobywały się złowieszczedźwięki. Bezzębne dziąsła noworodka chwyciłypalec z taką zajadłością, że niewiele brakowało,a mimowolny opiekun krzyknąłby z bólu.
- Zjeżdżajcie stąd! Wynocha albo waspozabijam! - wrzeszczał chłopak z twarząwykrzywioną z gniewu. Oficer bezradnie spojrzałna łóżko, jakby chciał prosić Jenny, żebyprzywołała syna, tak nieprzejednanego wobecwrogów. Położnica leżała jednak jak martwa, z zamkniętymi oczyma.
- Poczekam na swoich ludzi na dole - oświadczyłkapitan tak godnie, jak tylko zdołał, i pospiesznie sięwycofał. Pozbawiony wroga chłopiec osunął się napodłogę i pogrążył w rozpaczy.
Przez szparę w drzwiach Jamie widział, jak pani Innesdziwnie patrzy na swoją podopieczną i otwiera buzię,by zadać pytanie. Z palcem na ustach, z groźną minąnakazującą milczenie, Jenny poderwała się w pościeli na podobieństwo Łazarza. Młodziutki Ianwściekle ssał kciuk, coraz bardziej niezadowolony,że nie udaje mu się wyciągnąć z palca żadnegopożywienia.
Położnica przesunęła się na sam brzeg łóżkai przysiadła w oczekiwaniu. Z dołu dochodziłydźwięki świadczące o tym, że żołnierze kręcąsię po całym domu. Jenny, trzęsąc się z wysiłku,wyciągnęła rękę w kierunku garderoby.
Jamie zaczerpnął powietrza i opanowałsię. Musiał zaryzykować; jego dłoń i nadgarstekociekały śliną, a pomruki niezadowolonegomaleństwa stawały się coraz głośniejsze.
Mokry od potu, chwiejnym krokiem wyszedł z ukrycia i włożył dziecko w ramiona matki. Jenny jednym ruchemodsłoniła pierś, przycisnęła główkę dzieckado sutka i pochyliła się nad małym zawiniątkiem,jakby chciała je chronić.
Pierwsze piski rozpłynęły się w stłumionychodgłosach energicznego ssania. Jamie osunął się napodłogę; miał takie uczucie, jakby ktoś przejechałmu szpadą pod kolanami.
Dźwięk otwierających się drzwi garderobypoderwał młodszego Jamiego do siadu. Chłopak,z wyrazem całkowitego osłupienia na twarzy,przenosił wzrok z matki na wuja i z powrotem. Tuż obokdziesięciolatka klęczała pani Innes. Szeptałamu coś gorączkowo do ucha, ale na zalanej łzami buzinie było widać najmniejszych oznak zrozumienia.
Zanim okrzyki i skrzypienie uprzęży na dziedzińcuogłosiły wycofanie się angielskich żołnierzy,malutki Ian, najedzony i zadowolony, pochrapywałjuż smacznie w ramionach matki. Jamie stał przy oknie,ale tak, by go z dołu nie było widać, i wzrokiem śledziłodejście wrogów.
W sypialni zapadła cisza. Przerywały jąjedynie odgłosy bulgotania, wydawane przez paniąInnes popijającą whisky. Młodszy Jamie siedział tużprzy matce z policzkiem przytulonym do jej ramienia. Niepodniosła oczu ani razu od momentu wzięcia dziecka w ramiona. Nadal tkwiła z głową opuszczoną, a długiewłosy zasłaniały twarz.
Jamie zrobił krok do przodu i dotknął ramieniasiostry.
- Gdy się ściemni, wrócę do jaskini -powiedział cicho.
Jenny tylko kiwnęła głową. W gęstwinie jejciemnych włosów Jamie dostrzegł połyskujące tu i ówdzie srebrne nitki.
- Chyba... nie powinienem tu więcej przychodzić- wykrztusił wreszcie. - Przynajmniej przez jakiśczas.
Jenny w milczeniu znów skinęła głową.
Jednak okoliczności wymusiły na nim ponownezejście do domu. Przez dwa miesiące nieprzerwanietkwił w jaskini. Rzadko odważał się wychodzićna polowanie, nawet nocą, bo wojska angielskie,zakwaterowane w Comarze, nadal kręciły się pookolicy. Kilkuosobowe patrole przeczesywałyteren. Zabierały przy tym resztki, których jeszczenie zagrabiano, i niszczyły to, czego nie dało sięwziąć ze sobą. Towarzyszyło im błogosławieństwoudzielone przez Koronę.
Ścieżka biegła niedaleko wzgórza, w którymmieściła się jego pieczara. Właściwie nawetnie ścieżka, ale jeleni szlak. Nadal przede wszystkimsłużył on zwierzętom, chociaż tylko pozbawionyrozumu rogacz przeszedłby tędy, czując zapachyjaskini. Tak czy inaczej, gdy wiatr wiał we właściwymkierunku, Jamie wciąż widywał niewielkie stadkajeleni na szlaku lub następnego dnia natykał się naświeży trop odciśnięty w błotnistym podłożu.
Ze ścieżki korzystali również ci nieliczni,którzy mieli jakieś interesy na zboczu wzgórza. Wiatrtego dnia wiał od pieczary, więc Jamie nie liczyłna to, iż ujrzy jelenia. Odpoczywał w trawie u samego wejścia do jaskini. Przy ładnej pogodzie przezgęstą zasłonę z gałęzi kolcolistu i jesionówgórskich docierało tu dość światła, by dawało sięczytać. Książek było niewiele, ale Jaredowi wciążjeszcze udawało się przemycać pojedyncze tytułyjako podarunek z Francji.
"Tak gwałtowna ulewa zmusiła mnie docałkiem odmiennej pracy: do wycięcia dziury w nowej fortyfikacji, czegoś w rodzaju zlewu,którym mogłaby wyciekać woda. W przeciwnymrazie zalałaby moją jaskinię. Po pewnymczasie, gdy wstrząsy ustały, trochę przyszedłem dosiebie. Ażeby bardziej podnieść się na duchu, co byłomi ogromnie potrzebne, sięgnąłem do malutkiegomagazynu i pociągnąłem łyczek rumu. Zakażdym razem wydzielałem sobie alkohol bardzooszczędnie. Wiedziałem, że mój skromny zapasik nigdynie zostanie odnowiony.
Deszcz padał nieprzerwanie przez całą noc,jak również przez większą część następnego dnia,tak że nawet nosa nie wysunąłem na zewnątrz. Ale gdyosiągnąłem już względny spokój ducha, zacząłemmyśleć...".
Cień padający na książkę przesunął się,gdy drgnęły krzewy nad głową czytającego. Mającwszystkie zmysły postawione "na baczność", Jamiezdołał pochwycić szum wiatru, a wraz z nim echo ludzkichgłosów.
Poderwał się na równe nogi, rękę położyłna rękojeści noża, z którym nigdy się nierozstawał. Przystanął tylko na tyle, by starannieodłożyć książkę na ukrytą półkę skalną, po czymchwycił za granitowy występ, podciągnął sięna nim i wskoczył w wąską szczelinę wiodącą dojaskini.
Czerwień i metaliczne refleksy widocznena ścieżce wywołały w nim jednocześnie szok i irytację. A żeby to szlag trafił! Nie obawiał sięzbytnio, że któryś z żołnierzy zejdzie ze ścieżki(byli zbyt źle wyekwipowani nawet na pokonanierozległych otwartych terenów, pokrytych wrzosem lubgąbczastym torfem, co tu więc mówić o przedzieraniusię przez gęste, cierniste zarośla porastające"jego" zbocze). Ale mając ich tuż pod bokiem, nieodważy się opuścić jaskini przed zmrokiem, nawet po to,żeby sobie ulżyć czy przynieść wody do picia. Zerknąłna słój, w którym przechowywał wodę, choć z górywidział, że naczynie jest prawie puste.
Nagły okrzyk przyciągnął jego uwagę ku ścieżce. Z wrażenia omal nie stracił równowagi i nie spadł zeskalnego występu. Żołnierze otoczyli drobnąpostać, ugiętą pod ciężarem niewielkiego antałkaniesionego na ramieniu. Był to Fergus z dostawąświeżo warzonego piwa ale. A niechto wszystko piekło pochłonie! Trochę dobrego piwaprzydałoby się Jamiemu, miesiące upłynęły,odkąd miał je ostatni raz w ustach.
Wiatr znów zmienił kierunek. Teraz do uszu Jamiegodochodziły tylko fragmenty rozmowy, lecz na jego oczachfiligranowy chłopiec najwyraźniej wykłócał sięz żołnierzami i gwałtownie gestykulował wolnąręką.
- Ty idioto! - mruczał pod wąsem Jamie. - Oddajim to i już cię tu nie ma, patentowany ośle!
Jeden z żołnierzy wyciągnął ręce pobeczułkę, ale nie trafił, bo szczupły ciemnowłosydzieciak zgrabnie uskoczył na bok. Doprowadzony doostateczności Jamie palnął się ręką w czoło. Ferguszawsze robił się bezczelny w obliczu władzy, zwłaszczajeśli reprezentowali ją Anglicy.
Drobna figurka uskakiwała do tyłu,wykrzykując coś pod adresem goniących.
- Dureń! - parsknął Jamie. - Rzuć to i zwiewaj!
Zamiast jednak to zrobić, Fergus, pewny szybkościswoich nóg, odwrócił się plecami do CzerwonychKubraków i wykonał kilka obraźliwych ruchówzadkiem. Rozwścieczyło to żołnierzy do tegostopnia, że paru z nich ruszyło na przełaj przez mokrechaszcze.
Jamie widział, jak dowódca oddziału podniósłramię i krzyknął ostrzegawczo. Pewnie doszedł downiosku, że Fergus został wysłany specjalnie po to, abycały oddział zwabić w pułapkę. Chłopak równieżcoś krzyczał, a żołnierze najwyraźniej znalirynsztokowy francuski na tyle dobrze, by zrozumieć, comłody żabojad usiłował im powiedzieć. Skończyłosię na tym, że część dragonów zatrzymała się na rozkazdowódcy, czterej natomiast pognali za chłopcem.
Było jeszcze dużo krzyku, gdy Fergus kluczył,jak piskorz wymykając się z rąk żołnierzy. W całymtym zamieszaniu i przy górnym wietrze Jamie nie mógłsłyszeć świstu szpady wyciąganej z pochwy, ale nazawsze już pozostało mu przekonanie, że faktyczniego dosłyszał, jakby ów cichy świst i brzęk metaluuderzającego o metal były pierwszymi zwiastunaminieszczęścia. Jamie odnosił wrażenie, że dźwiękite zawsze dzwoniły mu w uszach, ilekroć wspominałobserwowaną scenę, a wracała do niego przez długielata.
Może dostrzegł coś w postawie żołnierzy,jakąś irytację czy wściekłość. Może przyczynależała wyłącznie w jego poczuciu przegranej,które nie opuszczało go od Culloden, jakby wszystko w okolicy było nim skażone, już choćby poprzez fakt,iż on, James Fraser, tutaj zamieszkał. Nieważne, czynaprawdę usłyszał świst szabli, czy nie, jego ciałonaprężyło się do skoku, zanim ujrzał srebrny łuk,jaki ostrze zatoczyło w powietrzu.
Ruch broni był powolny, wręcz leniwy. Mózg Jamiegomógł spokojnie zarejestrować jego tor, domyślićsię celu i bezgłośnie wykrzyczeć: nieee!!! Z całąpewnością ostrze poruszało się na tyle wolno, żeJamie zdążyłby wyskoczyć z kryjówki, wedrzeć siępomiędzy żołnierzy, chwycić rękę trzymającąszpadę i wykręcić ją tak silnie, by wypuściłaśmiercionośny kawałek metalu.
Świadoma część umysłu podszeptywała jednak,iż byłoby to nonsensem, i "przymocowała" jegodłonie do granitowego występu, przeciwstawiającsię przemożnemu impulsowi, który nakazywałJamiemu skoczyć chłopakowi na ratunek.
Nie wolno ci, szeptała cichutko, z trudemprzebijając się przez wściekłość i przerażenie. On tozrobił dla ciebie, nie pozbawiaj tego sensu. Nie możesz,powtarzała świadomość, zimna jak sama śmierć,pod zalewającym go, gorącym jak ogień poczuciempróżności wszelkich wysiłków. Nic nie zdołaszzrobić.
Tak, mógł tylko patrzeć, jak ostrze zakończyło swójpowolny ruch i dotarło do celu z cichym, niewinnymplaśnięciem. Spory antałek, wypuszczony z rąk,zaczął się toczyć po zboczu, coraz niżej i niżej, ażdo rzeczki. W końcu rozległ się plusk i wesoły bulgotbrązowawej wody daleko w dole.
W jednej chwili wrzaski ustały i zapadła głębokacisza. Jamie ledwie zauważył tę przemianę, w uszachdudniło mu coraz głośniej. Kolana ugięły się pod nimi jak przez mgłę uświadomił sobie, że zaraz zemdleje. W oczach mu pociemniało, widział tylko jakieś jasnepunkty i smugi światła na czerwonym, przechodzącymw czerń tle. Ale nawet gdyby otoczyła go całkowitaciemność, nie zdołałby wymazać ostatniego obrazuręki Fergusa, tej drobnej, zręcznej, sprytnej rękikieszonkowca, która teraz leżała nieruchomo nabłotnistej ścieżce, z dłonią zwróconą ku górze w błagalnym geście.
Czekał długich czterdzieści osiem godzin, zanim naszlaku poniżej jaskini dosłyszał pogwizdywanieRabbiego MacNaba.
- Co z nim? - spytał bez wstępów.
- Pani Jenny twierdzi, że mały się wyliże- odparł Rabbie. Jego młoda twarz była blada i ściągnięta; najwyraźniej nie otrząsnął się jeszczez szoku wywołanego wypadkiem przyjaciela. -Powiedziała, że Fergus nie ma gorączki i niewidać śladów gnicia w... - przełknął głośno -w... kikucie.
- Więc żołnierze znieśli go do domu? -Nie czekając na odpowiedź, Jamie schodził już pozboczu.
- Tak. I myślę, że czuli się bardzo nieswojo. -Rabbie przerwał, żeby odczepić koszulę od krzakadzikiej róży. Potem musiał dobrze wyciągać nogi,żeby dogonić swego pracodawcę. - Wydaje mi się,że było im przykro z tego powodu. Przynajmniej kapitanpowiedział coś w tym sensie. I dał pani Jenny złotegosuwerena dla Fergusa.
- Ach, tak? Co za wielkoduszność - sarknąłJamie i zamilkł. Już więcej się nie odezwał, póki niedotarli na miejsce.
***
Fergusa ułożono w pokoju dziecięcym pod samymoknem. Stan rannego był bardzo ciężki. Gdy Jamie wszedł dopokoju, chłopak leżał z zamkniętymi oczyma, a jegodługie rzęsy miękko układały się na wystającychkościach policzkowych. Twarz małego Francuza, beztypowego dla niej ożywienia, bez całej gamy min i grymasów, wydawała się Jamiemu całkowicieobca. Lekko orli nos nad szerokimi ruchliwymiwargami nadawał chłopcu nieco arystokratycznywygląd, a wyraziste rysy niosły obietnicę, iżpewnego dnia twarz chłopaka straci swój młodzieńczyczar i stanie się zdecydowanie przystojna.
Gdy Jamie podszedł do łóżka, ciemne rzęsynatychmiast się uniosły.
- Milordzie - odezwał się ranny, a ślad uśmiechuprzywrócił twarzy dawny znajomy wygląd. - Czy jesteśtutaj bezpieczny?
- Boże drogi, chłopcze, tak mi przykro. -Jamie ukląkł koło łóżka. Nie mógł znieść widokuspoczywającego na kołdrze, zabandażowanegokikuta. Zmusił się do uściśnięcia na powitanieramion Fergusa i pogłaskania dłonią burzy ciemnychwłosów.
- Bardzo boli? - zapytał.
- Nie, milordzie - odparł chłopak. Nagle pojego twarzy przemknął skurcz bólu. Uśmiechnął się z zażenowaniem. - No, może trochę, ale nie bardzo. A madame nie żałowała mi whisky.
Na podręcznym stoliku stała pełna szklanka. Upitybył z niej zaledwie mały łyk. Fergus, od małegoprzyzwyczajony do francuskich win, nie bardzo lubiłmocny alkohol.
- Tak mi przykro - powtórzył Jamie. Niczegowięcej nie mógł powiedzieć. Gardło zacisnęło musię ze wzruszenia. Szybko odwrócił oczy. Zdawał sobiesprawę, że jego łzy tylko zasmucą rannego.
- Ach, milordzie, proszę nie zaprzątać sobietym głowy. - W głosie chłopca zabrzmiała nuta dawnejfiglarności. - I tak miałem mnóstwo szczęścia.
Jamie musiał przełknąć, zanim zdobył się naodpowiedź.
- Jasne, żyjesz... i dzięki Bogu!
- Och, poza tym, milordzie! - Na bladej twarzypojawił się uśmiech. - Pamięta pan naszą umowę?
- Umowę?
- Tak. Zawarliśmy ją, gdy pan przyjąłmnie w Paryżu. Powiedział pan wtedy, że gdyby mniearesztowano i skazano, przez cały rok zamawiałby panmsze za moją duszę. - Zdrowa ręka podążyła do szyi,na której wisiał pogięty medalik z wizerunkiemświętego Dyzmy, patrona złodziei. - Lecz gdybymstracił ucho lub rękę podczas służby u pana...
- Przez resztę życia będę cię utrzymywał -dokończył Jamie. Sam nie wiedział, czy ma płakać,czy śmiać się, więc tylko poklepał rękę, którateraz spokojnie leżała na kołdrze. - Tak,pamiętam. Możesz mi zaufać, z pewnością dotrzymamsłowa.
- Och, zawsze panu ufałem, milordzie -zapewnił Fergus. Wyraźnie ogarniało go zmęczenie:blade policzki stały się jeszcze bledsze, a głowa z ciemną czupryną bezsilnie opadła na poduszkę. -Tak, miałem dużo szczęścia - wymamrotał, nadalsię uśmiechając. - Za jednym zamachem stałemsię dżentelmenem, który nie musi pracować,non?
Gdy wyszedł z pokoju Fergusa, Jenny już na niegoczekała.
- Zejdź ze mną do księżej norki - powiedział,ujmując siostrę za łokieć. - Muszę z tobąpogadać, a nie powinienem stać na widoku.
W milczeniu podążyła za nim wzdłużwyłożonego kamieniami tylnego korytarza,oddzielającego spiżarnię od kuchni. Pomiędzypłytami podłogi, w zaprawie murarskiejosadzono drewnianą klapę z wyborowanymidziurkami. Teoretycznie zapewniały one dopływpowietrza do leżącej niżej piwnicy, a na wypadek,gdyby ktoś podejrzliwy zechciał zbadać rzeczdokładniej, piwnica dla niepoznaki wyposażonabyła w podobną klapę wmurowaną w suficie. W rzeczywistości jednak do księżej norki wchodziłosię przez podziemne przejście na tyłach domu.
Podziurkowana płyta zapewniała księżej norcedostęp nie tylko powietrza, ale i światła. Było tociasne pomieszczenie usytuowane na tyłach piwnicy,do którego schodziło się po drabinie po usunięciudrewnianej płyty razem z ramą osadzoną w zaprawiemurarskiej.
Schowek nie miał więcej niż pół metrakwadratowego, a jego umeblowanie było naderskromne: zbita z desek ławka, koc i nocnik. Wielki dzbanz wodą i małe pudełko sucharów dopełniaływyposażenia. Pomieszczenie zostało dobudowanew ciągu ostatnich kilku lat, więc na dobrą sprawęniesłusznie nazywało się księżą norką, bo żadenksiądz nigdy w nim nie mieszkał i zupełnie się na to niezanosiło. W każdym razie jednak zasługiwało namiano norki.
Dwoje ludzi mogło się wewnątrz pomieścić tylkowtedy, gdy siedzieli na ławce obok siebie. Jamie umocowałna dawnym miejscu podziurkowaną płytę, zszedł podrabinie i zajął miejsce u boku siostry. Przez chwilęsiedział bez ruchu, potem nabrał powietrza w płuca i zaczął mówić.
- Nie zniosę tego dłużej - oznajmił takcicho, że Jenny musiała pochylić ku niemu głowęniczym ksiądz wysłuchujący spowiedzi. - Już niewytrzymuję. Muszę stąd odejść.
Siedzieli tak blisko siebie, że czuł wznoszenie sięi opadanie biustu siostry przy każdym jej oddechu. Pochwili ujęła jego dłoń. Poczuł mocny uścisk drobnychpalców.
- Znowu będziesz próbował dostać się doFrancji? - Jamie już dwukrotnie usiłował zbiec doFrancji i za każdym razem zostało to udaremnione przezAnglików, którzy czujnie obserwowali port. Dla takcharakterystycznego mężczyzny, jakim był Jamie,nie istniało skuteczne przebranie.
Potrząsnął głową.
- Nie. Po prostu pozwolę się złapać.
- Jamie! - W podnieceniu podniosłagłos, ale w odpowiedzi na ostrzegawczy uścisk rękinatychmiast zniżyła ton. - Jamie, nie możesz tegozrobić! Przecież cię powieszą!
Siedział nieruchomo, jakby pogrążony w myślach, ale słuchał uważnie, bo od razu pokręciłgłową.
- Myślę, że nie. - Zerknął na siostrę,potem szybko odwrócił wzrok. - Claire... miałakiedyś widzenie. - Wyjaśnienie równiedobre jak każde inne, pomyślał, nawet jeśli niecałkiem prawdziwe. - Zobaczyła, co się stanie podCulloden... wiedziała. Powiedziała mi również,co będzie potem.
- Aaa - odparła cicho Jenny. - To dlategokazała mi zasadzić kartofle i zbudowaćschowek?
- Zgadza się. - Uścisnął rękę siostry i puścił. Obrócił się nieznacznie na wąskiej ławce,tak by siedzieć twarzą do Jenny.
- Mówiła, że Korona będzie ścigaćjakobickich zdrajców przez jakiś czas... no i ściga- dodał cierpko. - Ale po pierwszych kilku latachprzestaną wieszać aresztantów, tylko będą ichtrzymać w więzieniach.
- Tylko! - powtórzyła niczym echo. - Jeślijuż musisz stąd odejść, Jamie, to wybierz przynajmniejwrzosowiska. Ale żeby tak iść prosto do angielskiegowięzienia...
- Poczekaj - przerwał Jamie, dotykającjej ramienia. - Jeszcze ci nie powiedziałemwszystkiego. Wcale nie zamierzam tak po prostu oddać się w ręce Anglików. Za moją głowę wyznaczono przecieżcałkiem dobrą cenę, no nie? Szkoda by było zmarnowaćnagrodę. - Dołożył starań, żeby w jego głosiezabrzmiał śmiech; Jenny dosłyszała wesoły ton i ostrospojrzała na brata.
- Matko Przenajświętsza - wyszeptała. -Chcesz, żeby ktoś cię zdradził?
- No, coś w tym rodzaju. - Podczas samotnychgodzin w jaskini opracował plan, ale aż do tej porypomysł nie wydawał mu się realny. - Doszedłem downiosku, że najlepiej nadawałby się Joe Fraser.
Jenny potarła pięścią wargi. Umiała myślećszybko. Jamie zorientował się, że od razu uchwyciłaistotę pomysłu wraz ze wszystkimi ewentualnymikonsekwencjami.
- Jamie... - szepnęła. - Nawet jeśli cię niepowieszą, chociaż to wcale nie takie pewne i cholernieryzykujesz, możesz przecież zginąć, gdy cię będąbrali!
Ramiona opadły mu ciężko, jakby rozpacz i wyczerpanie przytłoczyły go niemal do ziemi.
- Mój Boże, Jenny. Naprawdę sądzisz, żezależy mi na życiu?
Zapadło milczenie. Dopiero po dłuższej chwilikobieta odpowiedziała.
- Nie, sądzę, że nie. I nie mam ci tego za złe. -Urwała, żeby opanować drżenie głosu. - Ale mnie natwoim życiu zależy. - Pogłaskała go po głowie. -Dlatego dbaj o siebie, głuptasku, dobrze?
Drewniana klapa nad ich głowami pociemniała,dały się słyszeć czyjeś kroki. Prawdopodobnie jednaz dziewczyn kuchennych szła do spiżarni. Po chwili mroksię rozjaśnił. Jamie znowu widział twarz siostry
- Dobrze - wyszeptał wreszcie. - Będę o siebie dbał.
Przygotowania zajęły im ponad dwa miesiące. Gdynareszcie przyszła oczekiwana wiadomość, wiosnajuż była w rozkwicie.
Siedział na swej ulubionej skałce, w pobliżuwejścia do jaskini, i obserwował gwiazdypojawiające się na niebie. Nawet w najtrudniejszymczasie, w ciągu roku, który nastąpił zaraz poCulloden, zawsze o tej właśnie porze dnia udawało musię znaleźć moment ciszy. Gdy zapadał wczesny zmierzch,odnosiło się wrażenie, że wszystkie przedmiotyzostają lekko podświetlone od środka, tak żeodcinały się ostro na tle nieba czy ziemi i wyraźnie,w najdrobniejszych szczegółach było je widać. W tym dziwnym oświetleniu Jamie mógł dostrzec zarysćmy, zupełnie niewidocznej w dziennym świetle, a teraz, w zapadającym zmroku, zarysowującejsię jako trójkąt gęstniejącego cienia, ostroodcinającego się od pnia, który dotąd służył jejza kryjówkę. Jeszcze chwila, a nocny motyl rozwinieskrzydła.
Jamie popatrzył na drugi koniec doliny, ażpo linię sosen znaczących odległy klif. Potemprzeniósł spojrzenie w górę, na gwiazdy. Orion kroczyłstatecznie tuż nad horyzontem. Plejady wyłaniałysię na ciemniejącym niebie. Rozkoszował się tymwidokiem. Może to ostatni raz, a potem długo nie będziemiał okazji napawania się pięknem gwiazd. Pomyślało więzieniu, o kratach, solidnych zamkach i grubychmurach. Przypomniał mu się Fort William. Więzienie w Wentworth. Bastylia. Kamienne mury, grube na metr, niedopuszczały ani światła, ani powietrza. Brud, smród,głód, człowiek jak żywcem pogrzebany...
Odegnał ponure myśli. Wybrał swój los i byłzadowolony z podjętej decyzji. Wpatrywałsię w niebo w poszukiwaniu Byka. Wprawdzienie najpiękniejsza konstelacja, ale za to jegowłasna. Urodzeni pod tym znakiem odznaczali się siłąi uporem. Jamie miał nadzieję, że okaże się dość silny,by zrealizować swój plan.
Wśród coraz intensywniejszych nocnych odgłosówrozległo się ostre, przenikliwe pogwizdywanie. Mógłto być śpiew kulika przyzywający do gniazda nadjeziorem, ale Jamie rozpoznał sygnał. Ktoś szedł w górę ścieżki; przyjaciel.
Była to Mary MacNab. Gdy owdowiała, zostaładziewczyną kuchenną w Lallybroch. Zwykle jej syn,Rabbie, bądź Fergus przychodzili do kryjówkiz nowinami. Jednak ona również zdążyła jużkilkakrotnie odwiedzić Jemiego.
Przyniosła koszyk z zapasami. Tym razemwyjątkowo dobrze zaopatrzony: pieczona kuropatwa,świeży chleb, trochę zielonej cebuli, garść wczesnychczereśni i płaska flaszka ale. Jamieprzejrzał tę obfitość i z krzywym uśmiechem spojrzałna kobietę.
- Uczta pożegnalna, co?
W milczeniu skinęła głową. Była drobnejbudowy, mocno już szpakowata, a bruzdy na jej twarzyświadczyły o trudach życia. Ale piwne oczy nadal ciepłopatrzyły na świat, a pełne wargi pozostały łagodniewygięte.
Jamie uświadomił sobie, że gapi się na jej usta,i czym prędzej odwrócił wzrok.
- O Boże, tak się napcham, że zupełnie nie będęmógł się ruszać. Proszę, nawet ciasto tu jest! Jak wam sięudało to wszystko przygotować?
Mary MacNab wzruszyła ramionami. Nienależała do rozmownych. Wyjęła zawartość kosza i położyła wszystko na drewnianym blacie ustawionym nakamieniach. Nakryła dla obojga. W tym również nie byłonic nadzwyczajnego, jadała już z Jamiem kolacjei w trakcie posiłku opowiadała nowiny z całejokolicy. Tyle tylko, dziwił się Jamie, że jeśli miałto być jego ostatni posiłek w Lallybroch, to dlaczegonie przybyła tu ani siostra, ani chłopcy, aby wspólnie z nimzasiąść do stołu. Może w domu byli goście, którzyuniemożliwili mieszkańcom dyskretne wymknięciesię w góry.
Uprzejmym gestem zaprosił ją do stołu, sam zająłmiejsce dopiero wtedy, gdy ona już siedziała. Nogitrzymali skrzyżowane na brudnej podłodze.
- Rozmawiałaś z Joem Fraserem? Kiedy toma nastąpić? - spytał, odgryzając kęs zimnejkuropatwy.
Przekazała mu szczegóły planu: koń zostanieprzyprowadzony jeszcze przed świtem, a on ma opuścićwąską dolinę tą ścieżką. Potem musi skręcić,przeciąć skaliste podnóże i znów zjechać do dolinykoło Feesyhant's Burn, tak jakby właśnie zmierzałku domowi. Anglicy będą na niego czekali międzyStruy i Eskadale, najprawdopodobniej w Midmains. Tomiejsce świetnie nadawało się na zasadzkę, bo wąskijar stromo wznosił się po obu stronach, a przy strumieniurosło dostatecznie dużo drzew, by kilku mężczyznmogło się wśród nich ukryć.
Po skończonym posiłku kobieta spakowałakoszyk. Zostawiła Jamiemu niewielką porcjęjedzenia, żeby miał na śniadanie, zanim wyruszy w drogę. Jamie oczekiwał, że Mary MacNab już odejdzie,ale została. Pokręciła się po jaskini, starannierozłożyła pościel na podłodze, przykryła kocamii przyklękła tuż obok siennika z rękoma złożonymina podołku.
Jamie założył ręce na piersi i oparł się o ścianę. Patrzył na jej pochyloną głowę i sam niewiedział, co robić.
- Och, tak po prostu? - spytał. - Można wiedzieć,czyj to pomysł? Twój czy mojej siostry?
- A czy to ma jakieś znaczenie? - odparłaspokojnie.
Potrząsnął głową i pochylił się, żeby pomócjej wstać.
- Nie, ponieważ do niczego nie dojdzie. Doceniamto, co chciałaś zrobić, ale...
Przerwała mu pocałunkiem. Jej wargi faktyczniebyły tak miękkie, na jakie wyglądały. Stanowczoujął szczupłe nadgarstki i odepchnął ją od siebie.
- Nie! - powiedział. - To nie jest konieczne,a ja nie chcę tego zrobić. - Miał niepokojącąświadomość, że jego ciało niezupełnie zgadzasię z nim w ocenie tego, co konieczne, a jeszcze bardziejprzeszkadzała mu myśl, że przyciasne i przetartebryczesy w najmniejszym stopniu nie ukrywały rozmiarówtej niezgody, widocznych dla każdego, kto rzuciłbytam okiem. Delikatny uśmiech błąkający się na jejpełnych słodkich wargach sugerował, że ona akuratspojrzała.
Odwrócił kobietę i pchnął lekko w stronęwyjścia. Zrobiła krok w bok i sięgnęła po wiązadłaspódnicy.
- Nie rób tego! - krzyknął.
- A jak zamierzasz mnie powstrzymać? -spytała. Zdjęła spódnicę i starannie ułożyłają na jedynym stołku. Szczupłe palce spoczęły nakoronkach stanika.
- Jeśli ty stąd nie wyjdziesz, ja to zrobię -oświadczył zdecydowanie. Okręcił się na pięcie i ruszył do wyjścia.
- Mój panie! - zawołała.
Przystanął, ale nie odwrócił głowy.
- Nie powinnaś używać tego tytułu - rzuciłprzez ramię.
- Lallybroch należy do pana - odparła. -I będzie należało, jak długo pan żyje. Więc ja niezamierzam zwracać się inaczej.
- Majątek nie jest mój, tylko młodszegoJamiego.
- To nie młodszy Jamie wypełnia obowiązkiwłaściciela - odparła stanowczo. - I to nie pańskasiostra prosiła mnie, by zrobić to, co zrobiłam. Proszęsię odwrócić.
Spełnił jej prośbę z ociąganiem. Stała bosow samej koszuli, włosy swobodnie opadały jej naramiona. Była chuda, jak wszyscy w tych czasach, ale piersimiała większe, niż przypuszczał, a brodawki wyraźniewypychały do przodu cienki materiał. Koszula byłarównie znoszona jak reszta jej ubrania; na ramiączkachi u dołu mocno postrzępiona, miejscami niemalprzezroczysta. Zamknął oczy.
Poczuł na ramieniu lekkie dotknięcie. Zmusił się,by stać spokojnie.
- Ja wszystko rozumiem - powiedziała. -Widziałam pana z żoną i wiem, co was łączyło. Nigdytego nie doświadczyłam - dodała łagodniejszymgłosem - z żadnym z moich dwóch mężów. Ale umiemrozpoznać prawdziwą miłość i nie zamierzam zrobićnic takiego, żeby pan czuł, iż ją zdradził.
Leciutko dotknęła jego policzka, potemspracowany kciuk przesunął się po bruździe biegnącejod nosa do ust.
- Chcę dać panu coś innego - mówiła dalejcicho. - Może nie tak wielkiego, ale z pewnościąpotrzebnego. Coś, co pozwoli panu przetrwać. Siostraani dzieci nie mogą panu tego ofiarować.
Wciągnęła głęboko powietrze i zabrała rękęz jego twarzy.
- Przygarnął pan mnie i mojego syna. Czy pozwolipan, bym dała ten drobiazg w dowód wdzięczności?
Łzy zapiekły go pod powiekami. Poczuł, jakkobieta najdelikatniejszymi muśnięciami zbierawilgoć z jego oczu, wygładza zmierzwione włosy. Bardzopowoli wyciągnął ku niej ramiona.
Zrobiła krok do przodu i wtuliła się w jegoobjęcia równie zgrabnie i naturalnie, jak przedtemnakrywała do stołu czy słała łóżko.
- Ja... nie robiłem tego od bardzo dawna -powiedział, nagle onieśmielony.
- Ja też - odparła z półuśmiechem. - Aleprzypomnimy sobie wszystko, co trzeba.
Inverness, 25 maja 1968
Przesyłka od Linklatera nadeszła z porannąpocztą.
- Spójrz, jaka gruba! - krzyknęła Brianna. -Na pewno przysłał dokumenty! - Czubek nosazaróżowił się jej z przejęcia.
- Na to wygląda - odparł Roger. Sprawiałwrażenie zupełnie spokojnego, ale w zagłębieniujego szyi zauważyłam mocno pulsujące tętno. Przezchwilę ważył w dłoni brunatną kopertę. Potemniecierpliwie rozerwał ją kciukiem i wyjął plikkserokopii.
Pismo przewodnie, na papierze firmowymuniwersytetu, sfrunęło na podłogę. Podniosłamje i odczytałam lekko drżącym głosem.
Drogi panie Wakefield!
W odpowiedzi na Pańskie pytaniedotyczące egzekucji dokonanej przez podkomendnychksięcia Cumberlandu na oficerach jakobickichpo bitwie pod Culloden informuję, że głównymźródłem moich cytatów, przytoczonych w książce,do której Pan nawiązuje, jest prywatny dziennik lordaMeltona, oficera dowodzącego pułkiem piechoty w czasie starcia pod Culloden. Załączam kserokopieodnośnych stron dziennika. Przekona się Pan, żehistoria jakobity, jednego z tych, którzy przeżyli,niejakiego Jamesa Frasera, jest nietypowa i wzruszająca. Fraser nie należy do postaci istotnych z punktu widzenia historii i nie mieści się w zakresiemoich własnych zainteresowań zawodowych, alezawsze miałem ochotę pogłębić badania i dowiedziećsię czegoś więcej o jego dalszych losach. Jeśli udasię Panu znaleźć odpowiedź na pytanie, czy przeżyłdrogę do swojego majątku, będę ogromnie wdzięcznyza przekazanie mi tej informacji. Do dziś mam nadzieję,że zdołał dotrzeć do celu, chociaż w jego sytuacji, takjak opisał ją Melton, szanse na pomyślne zakończeniebyły raczej niewielkie.
Z poważaniem
Eric Linklater
Papier szeleścił w moich palcach. Ostrożnieodłożyłam list na biurko.
- Niewielkie szanse, co? - powiedziałaBrianna. Stanęła na palcach, żeby patrzeć ponadramieniem Rogera. - Ha! My wiemy, że wrócił!
- Przypuszczamy - poprawił ją Roger,wiedziony odruchem uczonego. Uśmiech na jego twarzybył równie szeroki jak u mojej córki.
- Czy napijecie się państwo herbaty lubkakao na drugie śniadanie? - Fiona wetknęła swojąciemną, kędzierzawą głowę w drzwi gabinetu. Naszepodniecenie opadło. - Mam świeże imbiroweciasteczka z orzechami, prosto z pieca. - Wniosła zesobą woń ciepłego imbiru. Zapach rozchodził siękusząco z jej fartuszka.
- Herbatę proszę - odparł Roger.
W tym samym momencie Brianna wykrzyknęła:
- Kakao! Znakomity pomysł!
Z zadowoloną miną dziewczyna wtoczyła dogabinetu stolik na kółkach zarówno z herbatą, jaki kakao oraz z talerzem pełnym świeżych imbirowychciasteczek z orzechami.
Z filiżanką herbaty i z odbitkami z dziennikaMeltona usadowiłam się w fotelu. Osiemnastowiecznyrękopis był zaskakująco czytelny pomimoarchaicznej pisowni. W ciągu kilku minutprzeniosłam się do wiejskiego domu w Leanach. W duchuodmalowałam sobie wszystkie szczegóły: bzyczeniemuch, poruszenie wśród ciasno upchanych ciał i ostry zapachkrwi wsiąkającej w brudną podłogę.
...aby spłacić dług wdzięcznościmojego brata, nie mogłem postąpić inaczej,niż zachować Frasera przy życiu. Dlategopominąłem jego nazwisko na liście zdrajcówskazanych na śmierć w wiejskim domu oraz poczyniłemstarania, żeby odtransportować go do jegowłasnego majątku. Nie czuję się ani szczególniemiłosierny w stosunku do Frasera, ani szczególniewinny zaniedbania obowiązków w stosunku do księcia,bo prawdopodobieństwo, że zdrajca przeżyje podróżdo domu, jest znikomo małe, a to z powodu wielkiej ranyna nodze, rozjątrzonej i zaropiałej. Honor jednaknie pozwalał mi postąpić inaczej. Muszę wyznać, żeulżyło mi na duszy, gdy ujrzałem, jak zabierano tegomężczyznę, wciąż jeszcze żywego. Ja w tym czasiepoświęciłem swoją uwagę akcji pozbywania sięciał jego towarzyszy. Przygnębia mnie wspomnienie takwielu zabitych, ilu widziałem w ciągu ostatnich dwóchdni...
Złożyłam kartki na kolanach, z trudemprzełknęłam. "Wielka rana... rozjątrzona i zaropiała...". W przeciwieństwie do Rogera i Briannyzdawałam sobie sprawę, jak poważnym zagrożeniemdla życia mogła się ona okazać, bez antybiotyków,bez fachowej opieki lekarskiej, a choćby nawet bezprymitywnych gorących okładów, stosowanych wtedyprzez zielarki szkockie. Ile czasu trzeba było się trząśćna wozie, żeby dotrzeć z Culloden do Broch Tuarach? Dwadni? Trzy? Czy udało mu się przeżyć w takim stanie, z ranąjuż zaniedbaną?
- A jednak mu się udało. - Głos Briannywtargnął w moje myśli. Córka najwyraźniejodpowiedziała na podobne wątpliwości wyrażoneprzez Rogera. Mówiła z wielkim przekonaniem, jakbyna własne oczy widziała to, co opisywał Melton, i doskonale wiedziała, co z tego wynikło. - Wróciłdo domu. Przecież to on był Dunbonnetem, nie ma co do tegowątpliwości.
- Dunbonnet? - rzuciła przez ramięzaskoczona Fiona. Z dezaprobatą popatrzyłana moją nietkniętą, już wystygłą herbatę. -Słyszeliście o Dunbonnecie?
- A ty? - Roger ze zdumieniem spojrzał na młodągospodynię.
Skinęła głową. Wylała niewypitą herbatędo doniczki z aspidistrą, stojącą tuż obok kominka,i napełniła filiżankę świeżym, gorącymnaparem.
- Owszem. Babcia wielokrotnie opowiadała mitę historię.
- To teraz ty ją nam opowiedz! - Brianna, mocnoprzejęta, pochyliła się do przodu. W obu dłoniachściskała kubeczek z kakao. - Proszę cię, Fiono! Coto za historia?
Młoda Szkotka wydawała się trochęzaskoczona faktem, że tak nagle znalazła się w centrum zainteresowania, ale się zgodziła. Lekkowzruszyła ramionami.
- Och, to taka opowieść o zwolenniku PięknegoKsięcia, z czasów wielkiej klęski pod Culloden,kiedy wielu zginęło, a tylko nielicznym udałosię pozostać przy życiu. No cóż, jeden z nich uciekłz pobojowiska i nawet przepłynął rzekę, byletylko ujść pogoni, ale Czerwone Kubraki deptałymu po piętach. Po drodze trafił na kościół, w którymakurat odprawiano mszę. Wpadł do środka i błagało miłosierdzie. Duchowny i wierni zlitowalisię nad nim i przebrali go za kapłana. Gdy chwilępóźniej Czerwone Kubraki wpadły do kościoła,uciekinier stał już na ambonie i wygłaszał kazanie,a woda z ubrania i brody utworzyła kałużę u jegostóp. Angielscy żołnierze doszli do wniosku, że siępomylili, i ruszyli dalej. W ten sposób jemu udałosię umknąć pogoni, a wszyscy zgromadzeni wówczas w kościele twierdzili, że lepszego kazania w życiunie słyszeli! - Fiona roześmiała się z całegoserca. Brianna zmarszczyła brwi. Roger wyglądał nazaskoczonego.
- To był Dunbonnet? - spytał. - A jamyślałem...
- Ależ nie! - zaprzeczyła gorąco jegogospodyni. - To wcale nie był Dunbonnet, tylko jakiśinny, cudem ocalały jakobita. Dunbonnet wróciłdo własnego majątku, ale przez siedem lat musiałsię ukrywać w grocie, bo Anglicy urządzali w górachpolowania na ludzi.
Brianna wcisnęła się w fotel i głośnowestchnęła z ulgą.
- A okoliczni dzierżawcy nazwali go Dunbonnet,żeby nie wymieniać jego prawdziwego nazwiska i nawet przypadkiem go nie zdradzić - wymruczał.
- Znasz tę historię? - spytała zaskoczonaFiona.
- A czy babcia ci mówiła, co się z nim dalejdziało? - ponaglił Roger.
- No pewnie! - Oczy dziewczyny były okrągłeniczym mleczne dropsy. - To najlepsza część całejhistorii. Widzicie, po Culloden nastał wielki głód. W wąskich górskich dolinach ludzie niedojadali,zimą bywali wyrzucani z domów, strzelano do nich,a domostwa podpalano. Dzierżawcom Dunbonnetapowodziło się trochę lepiej niż innym, ale i taknadszedł dzień, kiedy żywność się skończyła. Odrana do nocy kiszki im marsza grały. Nie było w lasachzwierzyny, zboża na polach, a niemowlęta umierały,bo matki nie miały pokarmu.
Zimny dreszcz przeszedł mi po krzyżu. Naglezobaczyłam naznaczone zimnem i głodem twarzemieszkańców Lallybroch, ludzi, których znałam i kochałam. Ogarnęło mnie nie tylko przerażenie,ale także poczucie winy. Postąpiłam zgodnie z wolą Jamiego, lecz tym samym ich opuściłam. Żyłamsobie bezpiecznie, miałam ciepły dom i jedzeniapod dostatkiem. Zerknęłam na Briannę. Siedziałazasłuchana, z lekko pochyloną rudą głową. Ból,który ścisnął mi piersi, trochę zelżał. Moja córkarównież cieszyła się bezpieczeństwem, dobrobytemi miłością, właśnie dlatego że nie sprzeciwiłamsię Jamiemu.
- Dunbonnet opracował więc śmiały plan -kontynuowała Fiona. Jej krągła twarz ożywiłasię dramatyzmem opowieści. - Wymyślił, żejeden z jego dzierżawców pójdzie do Anglików i obieca oddać uciekiniera w ich ręce. Za głowęDunbonneta wyznaczono wysoką nagrodę, bobył dzielnym żołnierzem i zwolennikiem PięknegoKsięcia. Dzierżawca miał wziąć nagrodę w złocie,żeby wydać ją, rzecz jasna, na ludzi w majątku. W zamian powie Czerwonym Kubrakom, gdzie będą moglizłapać Dunbonneta.
Ręce mimowolnie zacisnęły mi się w pięściz taką siłą, że odłamałam filigranowe uszkoporcelanowej filiżanki.
- Złapać? - wykrakałam głosem chrapliwymz przerażenia. - Czy go powiesili?
Fiona zamrugała ze zdumienia.
- Nie, dlaczego? - odparła. - Co prawdababcia mówiła, że chcieli. Wytoczyli mu nawetproces o zdradę, ale w końcu został tylko zamkniętyw więzieniu. Za to złoto pozwoliło wszystkimjego ludziom przetrzymać głód - dorzuciłaradośnie. Wyraźnie traktowała to jako szczęśliwezakończenie.
- O, Jezu! - sapnął Roger. Ostrożnie odstawiłfiliżankę. Jak zahipnotyzowany siedział i wpatrywał się w przestrzeń. - Więzienie - westchnąłz ulgą.
- Mówisz tak, jakbyś uważał to za coś dobrego -zaprotestowała Brianna. Kąciki jej ust zacisnęłysię boleśnie, a oczy zrobiły się lekko szkliste.
- Bo tak jest - odparł Roger, dostrzegającporuszenie dziewczyny. - Niewiele było więzień,w których Anglicy przetrzymywali jakobickichzdrajców, a we wszystkich prowadzono urzędowerejestry. Rozumiecie? - wodził spojrzeniem odzaskoczonej Fiony do wyraźnie zmartwionej Brianny. W końcu utkwił wzrok we mnie z nadzieją, iż w tym przypadkuspotka się ze zrozumieniem. - Jeśli trafił dowięzienia, zdołam go odnaleźć. - Odwrócił się i spojrzał na półki z książkami, zasłaniające trzyściany gabinetu od podłogi aż po sufit. Zawierałykolekcję druków i dokumentów świętej pamięciwielebnego Wakefielda, a w nich znajdowały sięwszelkie tajemnice jakobitów.
- Z pewnością tu jest - oświadczyłcicho Roger. - Figuruje na liście więźniów,a taki dokument stanowi niewątpliwy dowód! Nierozumiecie? - powtórzył pytanie. - Z chwiląpójścia do więzienia znów stał się postaciąhistoryczną! I gdzieś tutaj na pewno znajdziemy o niminformacje.
- A co potem? - Brianna westchnęła głęboko. - Cosię stało, gdy już został zwolniony z więzienia?
Roger mocno zacisnął wargi, jakby chciał odciąćsię od ewentualności, która mu przyszła do głowy:"pod warunkiem, że wcześniej nie umarł".
- Tak, dobre pytanie - powiedział, ujmującBriannę za rękę. Jego zielone oczy, z którychnie dawało się nic wyczytać, napotkały mojespojrzenie.
Po tygodniu wiara Rogera w dokumenty wciążpozostawała niezachwiana. Mniej stabilny stałsię za to osiemnastowieczny stolik w gabinecieWakefielda. Cienkie nóżki uginały się i trzeszczałyalarmująco, przytłoczone niecodziennymciężarem.
Mebelek dźwigał zazwyczaj małą lampkę i kolekcję bibelotów zmarłego. Obecnie zostałzmuszony do służby tylko dlatego, że już na wszystkichpozostałych poziomych powierzchniach w gabineciepiętrzyły się stosy papierów, czasopism, książekoraz wypchanych brązowych kopert z kserokopiamidokumentów nadesłanych przez towarzystwahistoryczne, uniwersytety i biblioteki naukowena terenie Anglii, Szkocji i Irlandii.
- Jeśli położysz tu jeszcze jedną kartkę,cała piramida się zawali - zauważyła Claire,gdy Roger beztrosko wyciągnął rękę, by dorzucićna stolik kartonową teczkę.
- Tak? Rzeczywiście, chyba masz rację. -Obrzucił wzrokiem pokój w poszukiwaniuodpowiedniego miejsca dla teczki. Wreszcie uznał, żenajlepiej będzie położyć ją na podłodze.
- Prawie skończyłam z Wenworth - oświadczyłaClaire. Palcami u nogi wskazała niestabilny stosu swoich stóp. - Nie przekopałeś się jeszcze przezdokumenty z Berwick?
- Owszem, dziś rano. Tylko co ja z nimizrobiłem? - Roger rozejrzał się bezmyślnie popokoju, który mocno upodobnił się do BibliotekiAleksandryjskiej podczas włamania, zanim jeszczerabusie zapalili pierwszą pochodnię. Roger potarłczoło, usiłując się skoncentrować. Poszukiwaniaoficjalnego śladu po Jamesie Fraserze dawałymu się we znaki. Po tygodniu niemal bezustannegoprzeglądania ręcznie pisanych rejestrówbrytyjskich placówek penitencjarnych, a takżelistów, prasy fachowej oraz dzienników prowadzonychprzez gubernatorów więzień odnosił wrażenie,że ma piasek pod powiekami.
- Była niebieska - powiedział wreszcie. - Tak,na pewno. Dostałem ją od McAllistera, wykładowcyhistorii w Trinity College w Cambridge, a oniużywają dużych błękitnych kopert z herbemuczelni. Może Fiona ją gdzieś widziała. Fiona! -zawołał.
Pomimo późnej godziny w kuchni nadal świeciłosię światło, a w powietrzu unosił się rozgrzewającyserce zapach kakao i świeżo pieczonego ciastamigdałowego. O ile istniała choćby najmniejszaszansa, że ktoś z jej otoczenia zażąda jedzenia, Fionaz całą pewnością nie zeszłaby z posterunku.
- Tak? - Kędzierzawa brązowa głowadziewczyny wyjrzała zza kuchennych drzwi. - Za chwilębędzie kakao - zapewniła. - Czekam tylko, żebywyjąć ciasto z pieca.
Roger uśmiechnął się do niej ciepło. Fiona niebrała udziału w badaniach historycznych, ale nigdynie kwestionowała zajęć pracodawcy i cierpliwieodkurzała stosy książek i papierów, dla niejzupełnie bezużytecznych.
- Dzięki, Fiono - odparł. - A przy okazji,czy przypadkiem nie widziałaś dużej niebieskiejkoperty, dość solidnie wypchanej? - Pokazałrozmiary przesyłki. - Przyszła z dzisiejszą pocztą,ale gdzieś mi się zapodziała.
- Zostawił ją pan w łazience na górze -odpowiedziała dziewczyna bez namysłu. - Razemz taką grubą książką ze złotymi napisamii wizerunkiem Pięknego Księcia na okładce oraztrzema listami, ledwie otwartymi, i rachunkiem zagaz. O tym nie wolno panu zapomnieć. Trzeba zapłacić doczternastego. Wszystko razem położyłam na bojlerze,żeby się nie plątało. - Z kuchni dobiegł ostry gongminutnika w kuchence gazowej. Młoda gosposia z okrzykiem przerażenia zniknęła za drzwiami.
Roger pognał na górę, przeskakując po dwastopnie naraz. Uśmiechał się radośnie. Przy innychzainteresowaniach i skłonnościach znakomitapamięć Fiony zapewniłaby dziewczynie miejscewśród śmietanki intelektualistów. Niestety,gosposia w najmniejszym stopniu nie nadawała się dopracy badawczej, nawet w charakterze pomocy. Zawszewiedziała, gdzie co leży, pod warunkiem jednak, że danaksiążka czy dokument zostały jej opisane pod kątemich wyglądu, nie zaś tytułu czy treści.
- Och, to drobiazg - zapewniła żywo Rogera,gdy usiłował przepraszać za bałagan, jaki robił w domu. - Gdy papiery zalegają we wszystkich kątach,mam wrażenie, że wielebny nadal żyje. Jest prawie takjak za dawnych lat.
Znacznie wolniej Roger schodził dogabinetu. Niebieską kopertę trzymał w dłoni,ale głowę zaprzątała mu myśl, co też jego przybranyojciec sądziłby o obecnych poszukiwaniach.
- Bez wątpienia włączyłby się w to bez reszty- wymruczał do siebie. Jak żywy stanął mu przedoczyma obraz łysej głowy wielebnego. Skóra naczaszce mocno lśniła pod staroświeckim, kulistymżyrandolem, gdy leciwy duszpasterz oddawał sięswojemu historycznemu hobby. W kuchni stara paniGraham, babcia Fiony, kręciła się koło pieca. Dbałao potrzeby cielesne starszego pana podczas długichgodzin jego nocnej pracy, podobnie jak wnuczka obecnietroszczyła się o Rogera.
W drodze do gabinetu myśli Rogera zaczęłykrążyć wokół ciekawego zagadnienia, jakimjest wybór drogi życiowej. Zastanawiał się, jakto było w dawnych czasach, gdy synowie zazwyczaj szliw ślady ojców. Czy wybór tego samego zawodu byłpodyktowany wyłącznie wygodnictwem i chęciązachowania firmy w rękach rodziny, czy też wynikałmoże z genetycznie uwarunkowanej predyspozycjido wykonywania określonego rodzaju pracy? Czyrzeczywiście niektórzy ludzie czuli powołaniedo kowalstwa, kupiectwa albo kariery kucharza? Czyo wyborze zawodu decydowały wrodzonezainteresowania i skłonności, czy tylkosprzyjające okoliczności zewnętrzne?
Ciąg dalszy w wersji pełnej