3
Pod dużymi dębami na mojej posiadłości pod Sag Harbor stał Rosynant, piękny i godny, i sąsiedzi przychodzili w odwiedziny, tacy sąsiedzi, o których nawet nie wiedzieliśmy, że ich mamy. Widziałem w ich oczach coś, co miałem widzieć wciąż i wciąż we wszystkich zakątkach kraju - palące pragnienie odjazdu, ruszenia się, wybrania się w drogę, dokądkolwiek, byle daleko od każdego Tutaj. Mówili spokojnie o tym, jak bardzo chcą wyjechać któregoś dnia, przenosić się z miejsca na miejsce, swobodni i niezakotwiczeni, nie ku czemuś, ale od czegoś. Widziałem to wejrzenie i słyszałem tę tęsknotę wszędzie, we wszystkich stanach, jakie odwiedziłem. Prawie każdy Amerykanin łaknie zmiany miejsca.
Jeden mały chłopiec lat około trzynastu przychodził co dzień. Stawał nieśmiało z boku i patrzył na Rosynanta; zaglądał przez drzwi, nawet kładł się na ziemi i badał tęgie resory. Był cichym, wszędobylskim małym chłopcem. Przychodził nawet po nocy, aby popatrzyć na Rosynanta. Po tygodniu nie mógł już dłużej wytrzymać. Słowa przebiły sobie drogę przez jego nieśmiałość. Powiedział:
- Jakby pan mnie z sobą zabrał, tobym wszystko robił. Gotowałbym, zmywał wszystkie naczynia i robił całą robotę, i opiekowałbym się panem.
Na nieszczęście dla mnie znałem jego marzenia.
- Chętnie bym cię wziął - powiedziałem - ale komitet szkolny i twoi rodzice, i cała masa innych mówią, że nie mogę.
- Wszystko będę robił - odrzekł.
I myślę, że tak by było. Przypuszczam, że ani na chwilę nie dał za wygraną, dopóki nie odjechałem bez niego. Miał to marzenie, które ja miałem całe życie, i nie ma na to lekarstwa.
Wyposażenie Rosynanta było długim i przyjemnym procesem. Zabrałem o wiele za dużo rzeczy, ale nie wiedziałem, co mnie spotka. Przybory na wszelki wypadek, linki do holowania, mały wielokrążek, saperka i łom, narzędzia do wyrabiania, naprawiania i improwizowania. A dalej była żywność zapasowa. Miałem się znaleźć dość późno na północnym zachodzie i mogły mnie złapać śniegi. Przygotowałem się na co najmniej tydzień odcięcia od świata. Z wodą sprawa była prosta: Rosynant miał zbiornik trzydziestogalonowy.
Przypuszczałem, że trochę popiszę w drodze, może eseje, chyba notatki, z pewnością listy. Zabrałem papier, kalkę, maszynę do pisania, ołówki, notatniki, i nie tylko to, ale także słowniki, krótką encyklopedię oraz tuzin innych książek źródłowych, i to ciężkich. Myślę, że nasza zdolność do samoułudy jest nieograniczona. Wiedziałem doskonale, że rzadko robię notatki, a jeśli tak, to albo je gubię, albo nie mogę ich odczytać. Wiedziałem również po trzydziestu latach uprawiania mojego zawodu, że nie potrafię pisać na gorąco o jakimś wydarzeniu. Musi ono przefermentować. Muszę robić to, co jeden mój przyjaciel nazwał "przeżuwaniem" przez jakiś czas, dopóki coś się nie uleży. I mimo tej samoświadomości wyposażyłem Rosynanta w ilość materiałów piśmiennych wystarczającą na dziesięć tomów. Poza tym załadowałem sto pięćdziesiąt funtów tych książek, do których czytania jeszcze się nie zabrałem - a oczywiście są to książki, do których czytania nigdy się nie zabiorę. Konserwy, naboje śrutowe, naboje kulowe, pudełka z narzędziami i o wiele za dużo odzieży, koców i poduszek, i dużo za dużo pantofli i butów, watowana bielizna na mrozy, plastikowe talerze i kubki, plastikowe wiadro do zmywania naczyń, zapasowa butla z gazem.
Przeciążone resory wzdychały i osiadały coraz niżej i niżej. Sądzę teraz, że zabrałem mniej więcej cztery razy za dużo wszystkiego.
Otóż Charley jest psem, który czyta w myślach. W ciągu jego życia wiele było podróży i nieraz musiał zostawać w domu. Wie, że wyjeżdżamy, na długo przed wyciągnięciem walizek, i chodzi tam i z powrotem, martwi się, skomli i popada w stan łagodnej histerii, choć taki jest stary. Podczas tygodni przygotowań plątał się cały czas pod nogami i naprzykrzał diabelnie. Nabrał zwyczaju chowania się w ciężarówce, gdzie zakradał się i usiłował skulić, aby być jak najmniejszym.
Zbliżało się Święto Pracy, dzień przełomowy, kiedy miliony dzieci miały powrócić do szkół, a dziesiątki milionów rodziców znaleźć się na szosach. Byłem przygotowany do wyruszenia możliwie jak najprędzej po tym wszystkim. I właśnie mniej więcej wtedy doniesiono, że huragan Donna dmie z Morza Karaibskiego w naszym kierunku. My, na czubku Long Island, zaznaliśmy tego dość, aby mieć respekt. Kiedy się zbliża huragan, przygotowujemy się jak do oblężenia. Nasza zatoczka jest niby osłonięta, ale nie za dobrze. Kiedy Donna sunęła ku nam, napełniłem lampy naftowe, zamontowałem ręczną pompę na studni i poprzywiązywałem wszelkie rzeczy ruchome. Mam jacht z kabiną, długości dwudziestu dwóch stóp, Fayre Eleyne. Uszczelniłem wszystkie jego otwory i wyprowadziłem go na środek zatoki, rzuciłem ogromną, staroświecką kotwicę na półcalowym łańcuchu i zakotwiczyłem na długim luzie. Tak mógł stać na wietrze o szybkości stu pięćdziesięciu mil, chyba żeby mu wywaliło dziób.
Donna sunęła przed siebie. Wydobyliśmy radioaparat na baterie, żeby móc słuchać wiadomości, bo prąd by wysiadł, jeśliby Donna uderzyła. Ale była jeszcze jedna dodatkowa troska - stojący między drzewami Rosynant. W koszmarach na jawie widziałem drzewo walące się na ciężarówkę i rozgniatające ją jak pluskwę. Ustawiłem ją z dala od miejsca, gdzie drzewo mogło upaść, ale to nie znaczyło, że cała korona nie przeleci pięćdziesięciu stóp w powietrzu i nie zmiażdży wozu.
Wczesnym rankiem dowiedzieliśmy się z radia, że oberwiemy, a o dziesiątej usłyszeliśmy, że oko huraganu przejdzie przez nas i że dotrze tu o pierwszej zero siedem - o jakiejś takiej dokładnej godzinie. Nasza zatoka była spokojna, bez jednej zmarszczki, ale woda wciąż ciemna, a Fayre Eleyne stała zgrabnie na kotwicy, z poluzowanym łańcuchem.
Nasza zatoka jest lepiej osłonięta od innych, toteż wiele małych łodzi przypłynęło, aby się tu zakotwiczyć. I spostrzegłem z przerażeniem, że wielu ich właścicieli nie wie, jak się to robi. Wreszcie przypłynęły dwa ładne jachty, z których jeden holował drugi. Rzucono lekką kotwicę i tak je zostawiono, przy czym dziób jednego uwiązany był do rufy drugiego, obydwa zaś znajdowały się blisko Fayre Eleyne. Poszedłem z megafonem na kraniec mojego mola i próbowałem zaprotestować przeciwko takiej głupocie, lecz właściciele albo mnie nie słyszeli, albo nic nie wiedzieli, albo nie dbali o to.
Wiatr uderzył w tym momencie, który nam zapowiedziano, i rozdarł wodę jak czarne prześcieradło. Grzmocił niczym pięścią. Cała korona jednego z dębów runęła, otarłszy się o domek, w którym byliśmy. Następny podmuch wgniótł do środka jedno z dużych okien. Wcisnąłem je na powrót i zamocowałem, wbijając siekierą kliny u góry i u dołu. Elektryczność i telefony przestały działać za pierwszym podmuchem, co, jak wiedzieliśmy, musiało się stać. Zapowiadano fale wysokości ośmiu stóp. Patrzyliśmy, jak wiatr szarpał ziemię i morze niczym sfora zajadłych terierów. Drzewa kładły się i gięły jak trawa, a na smaganej wodzie wezbrała śmietana pian. Jedna z łodzi zerwała się i wjechała na brzeg, a za nią druga. Domy budowane podczas dobrotliwej wiosny i wczesnego lata były oblewane falami po okna pierwszego piętra.
Nasz domek stoi na małym pagórku, trzydzieści stóp nad poziomem morza. Ale wezbrany przypływ przewalał się przez moje wysokie molo. Kiedy wiatr zmienił kierunek, przesunąłem Rosynanta, ażeby stale był za osłoną naszych wielkich dębów. Fayre Eleyne trzymała się dzielnie, obracając się od zmiennego wiatru jak chorągiewka na dachu.
Jachty uwiązane jeden do drugiego poplątały się teraz, hol dostał się pod śrubę i ster, a oba kadłuby uderzały i tarły o siebie. Inny stateczek wywlókł swoją kotwicę i wjechał na błotnisty brzeg.
Charley jest psem bez nerwów. Ogień armatni czy grzmoty, eksplozje czy wichury nie robią na nim żadnego wrażenia. Pośród ryczącej burzy wyszukał sobie ciepłe miejsce pod stołem i poszedł spać.
Wiatr ustał równie nagle, jak przyszedł, i chociaż fale ciągle toczyły się nierytmicznie, nie były już szarpane wichrem, a przypływ podnosił się coraz wyżej. Wszystkie mola na naszej zatoczce poznikały pod wodą i widać było tylko ich pale lub poręcze. Cisza była jak ostry szum. Radio powiedziało nam, że jesteśmy w oku Donny, w tej nieruchomej i przerażającej ciszy pośrodku przewalającej się nawałnicy. Nie wiem, jak długo trwała owa cisza. Czekanie wydawało się długie. A potem huragan uderzył w nas, z drugiej strony, wiatrem z przeciwnego kierunku. Fayre Eleyne okręciła się miękko i ustawiła dziobem do wiatru. Jednakże dwa związane jachty wywlokły kotwice, naparły na Eleyne i osaczyły ją. Zmagając się i protestując, została pociągnięta z wiatrem i przyciśnięta do sąsiedniego mola i słyszeliśmy, jak jej kadłub skrzypi, trąc o dębowe pale. Wiatr miał szybkość ponad dziewięćdziesięciu pięciu mil.
Wtedy pognałem, borykając się z wiatrem, dokoła krańca zatoki ku molu, o które obijały się jachty. Zdaje się, że moja żona, od której Fayre Eleyne wzięła imię, pobiegła za mną, nakazując mi krzykiem, żebym się zatrzymał. Powierzchnia mola była cztery stopy pod wodą, ale pale sterczały i można było ich się przytrzymywać. Torowałem sobie drogę krok za krokiem, zanurzony po kieszenie na piersiach, a wiatr wiejący ku lądowi chlustał mi wodą w usta. Mój jacht jęczał i skrzypiał, trąc o pale, i miotał się jak wystraszone cielę. Wreszcie skoczyłem i dostałem się na pokład. Po raz pierwszy w życiu miałem przy sobie nóż, kiedy był mi potrzebny. Osaczające Eleyne rozhuśtane jachty przypierały ją do mola. Przeciąłem linę kotwiczną i hol, odepchnąłem je kopniakiem, i wtedy zniosło je na błotnisty brzeg. Natomiast łańcuch kotwiczny Eleyne był nietknięty, a ten jej wielki hak wciąż tkwił na dnie - sto funtów żelaza o grotach w kształcie pazurów, szerokich jak łopaty.
Silnik Fayre Eleyne nie zawsze jest posłuszny, ale tym razem zaskoczył za pierwszym dotknięciem. Trzymałem się na pokładzie, sięgając lewą ręką do koła sterowego, przepustnicy i sprzęgła. A ten jacht usiłował mi pomóc - bo, jak myślę, taki był wystraszony. Wyprowadziłem go dalej i prawą ręką podciągnąłem łańcuch kotwiczny. W zwykłych warunkach, podczas ciszy, ledwie mogę podciągnąć tę kotwicę oburącz. Ale tym razem wszystko poszło świetnie. Pociągnąłem hak, a on poderwał się i uwolnił swoje pazury. Wtedy wydźwignąłem go z dna, ustawiłem się na wiatr, dałem gazu i ruszyliśmy w ten przeklęty wicher, i zaczęliśmy go pokonywać. Było to tak, jak gdybyśmy przeciskali się przez gęsty kleik. O sto jardów od brzegu rzuciłem kotwicę, a ona znikła pod wodą i uczepiła się dna, Fayre Eleyne zaś naprostowała się, podniosła dziób i jakby odetchnęła z ulgą.
I oto znalazłem się o sto jardów od brzegu, a Donna ujadała nade mną jak sfora białomordych ogarów. Żadna łódka nie utrzymałaby się na wodzie nawet minuty. Spostrzegłem przepływający obok kawał gałęzi i po prostu skoczyłem za nim. Nie było to niebezpieczne. Jeżelibym zdołał utrzymać głowę nad wodą, musiało mnie znieść na brzeg, ale przyznaję, że gumowe wellingtony, które miałem na nogach, zrobiły się dosyć ciężkie. Nie mogło minąć więcej niż trzy minuty, a już zgruntowałem, ta moja druga zaś Fayre Eleyne razem z sąsiadem wyciągnęła mnie z wody. Dopiero wtedy zacząłem trząść się cały, ale przyjemnie było zobaczyć nasz mały stateczek trzymający się dobrze i bezpiecznie na kotwicy. Musiałem sobie coś naderwać, ciągnąc kotwicę jedną ręką, bo w domu potrzebowałem trochę pomocy; szklanka whisky na stole kuchennym też była jakąś pomocą. Później próbowałem podnieść tę kotwicę jedną ręką i nie dałem rady.
Wiatr ucichł szybko i pozostawił nas wśród szczątków - przewody elektryczne zerwane i brak telefonu przez tydzień. Ale Rosynant nie poniósł żadnych szkód.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI