Dlaczego nadal podróżuję?
W każdą podróż wyruszam pełna entuzjazmu i otwarta na nową przygodę. Z każdej podróży wracam silniejsza i bogatsza w doświadczenie.
.
Kocha się mimo czegoś, a nie za coś. Tak mogę opisać swój osobisty, romantyczny, słodko-gorzki związek z podróżami. Anthony Bourdain powiedział, że podróż nie zawsze jest piękna. Nie zawsze jest wygodna. Czasami rani i boli, nawet łamie serce. Ale to wszystko jest w porządku. Podróż nas zmienia - a przynajmniej powinna. Pozostawia ślady w pamięci, świadomości, w sercu i ciele. Zabieramy coś ze sobą i mamy nadzieję, że również coś dobrego za sobą zostawiamy.
W tej książce pokazuję, że podróże nie są usłane różami, bywają ciężkie momenty, ale nie ma co się załamywać, lepiej podchodzić do sytuacji z dystansem. Każde doświadczenie czegoś nas uczy i dzięki temu się zmieniamy. Życie to największa podróż. I warto nauczyć się doceniać, co się ma, nieważne, czy w Tajlandii, czy w Ciechocinku.
Podróże są jak romantyczny związek między dwiema osobami. Łatwo jest się zakochać, czuć motyle w brzuchu przed każdym spotkaniem, ekscytować się każdym szczegółem randki, gestem drugiej osoby. Motylków jednak nie czuć podczas kłótni, gdy nie zgadzam się z partnerem, gdy podnoszę głos i przestaję słuchać, gdy rodzi się napięcie.
Podczas kłótni te wszystkie małe, słodkie gesty przestają być urocze, zaczynają denerwować, irytować, doprowadzać do szewskiej pasji. Aż chcę krzyczeć, czasem ze złości, czasem z niemocy. Każda burza jednak mija. Niebo się rozpogadza, chmury znikają. Wszystko się jakoś układa. Pozostaję w związku, bo są ważniejsze rzeczy niż drobne nieporozumienia i kłótnie. Związek jest wart walki o niego. Trwam w nim, bo mimo wszystko się kochamy. Tak samo jest z podróżami.
Z podróżami jest jak z wchodzeniem pod górę, na wysoki szczyt, na przykład na Kilimandżaro. Oczekuję przygody życia. W głowie układam i planuję jej każdy najmniejszy etap. Wszystko jest przygotowane, jestem gotowa. Idealizuję tę wyprawę, oczekuję sukcesu, czyli wejścia na szczyt. Przyjeżdżam na miejsce, jest trochę chaotycznie, dużo ludzi, ktoś coś mówi w innym języku, trzeba gdzieś pójść coś podpisać. W końcu wychodzimy w góry. Zostawiam za sobą przyziemne zmartwienia, jestem gotowa na zdobycie szczytu. Są momenty zapierające dech w piersiach, widoki jak z bajki. Po to tu przyjechałam. Ale są też takie, kiedy przeklinam wszystko i wszystkich. Włażę pod tę górę w zasadzie nie wiadomo czemu i po co. Pot się leje, ubranie przykleja się do ciała. Słońce pali w twarz i razi w oczy. Albo pada deszcz, leje się strumieniami. Przeklinam każdy napotkany kamień, skałę i stopień. Są chwile, kiedy chcę to wszystko rzucić w cholerę. A jeszcze, nie daj Boże, dopadnie mnie choroba wysokościowa, mdli mnie, wymiotuję dalej, niż widzę. Pytam siebie: "Serio? I ja jeszcze za to płacę? Dość. Dalej nie idę...". A jednak idę. Mimo tych wszystkich wkurzających mnie rzeczy i przeciwności. Mam swój cel, swoje marzenie. Wchodzę na szczyt i to wynagradza moje wysiłki. Poczucie satysfakcji, samospełnienia i radość są nie do opisania. Po to szłam te pięć dni. Było warto.
Mogę narzekać, że irytuje mnie kultura, transport jest słaby, jedzenie zbyt pikantne lub zbyt mdłe, za gorąco lub za zimno. Ale nie wracam do domu, nie zmieniam biletu. Mówię sobie, że takie rzeczy się zdarzają, i jadę dalej, w nowe miejsce, tam może będzie lepiej, z innymi ludźmi, w innej kulturze. Los się jeszcze odwróci.
Mam wrażenie, że kiedy jestem w Polsce, stoję w miejscu. Uwielbiam się uczyć, rozwijać. Podróże co chwilę dostarczają mi nowych wrażeń, emocji, lekcji i możliwości samorozwoju. Z podróżami jest jak z wchodzeniem pod górę.
Podróżowanie jest jak wchodzenie na Kilimandżaro.
Lista rzeczy, których nauczyły mnie podróże, wypełniłaby Bibliotekę Aleksandryjską. Nie wiem, czy mieszkając w Polsce, dowiedziałabym się promila z tego o świecie i o sobie. Może brzmi to jak wyświechtane, górnolotne, wyniosłe frazesy, ale jest prawdziwe.
Nigdy nie wyobrażałam sobie, że będę mieszkać w Polsce, nawet zanim przeprowadziłam się pierwszy raz za granicę. Uwielbiam Trójmiasto. Morze jest dla mnie nieodzowną częścią krajobrazu, to część mnie i zawsze szukam jej w podróży. Nad Bałtykiem się wychowałam, spędziłam młodość, studia, tam podjęłam pierwszą pracę, przeżyłam pierwszą miłość. Tych miłości w Trójmieście było trochę więcej. Gdybym kiedykolwiek miała wrócić i mieszkać w Polsce, to byłoby Trójmiasto.
Ale czy ja kiedykolwiek wrócę?
Kocham to miejsce, ale nie mogę tam robić tego, co kocham - nurkować. No dobra, mogę, ale nie chcę w takich warunkach. Nurkowałam w Polsce kilka razy i wiem, że to absolutnie nie dla mnie. Chciałabym z mojej pracy i nurkowania czerpać przyjemność. A w Polsce nie umiem. Woda jest zimna, ciemna, niewiele widać. Boję się ciemności, a pod wodą to już w ogóle. Nurkowanie nocne nie jest problemem, zresztą często tego nie robię. Ale Bałtyk to już za dużo jak dla mnie. Nie będę raczej nigdy nurkiem technicznym, odkrywającym głębokie wraki, schodzącym poniżej czterdziestu metrów. Nie kręci mnie to i nie pociąga. W Polsce wiem, że dopłynęłam do wraku, bo moja maska o niego uderza.
Podróż może zwalić z nóg, czasem dosłownie.
Jest cała rzesza ludzi, którzy kochają nurkować w jeziorach, kopalniach, kamieniołomach i zimnych wodach. Podziwiam ich, ale z daleka. Mięczak ze mnie? Może i tak. Zresztą to nie są zawody, nikomu nie chcę imponować ani zbierać odznaczeń i zaszczytów. Ja wiem, czego chcę, i wiem, że jak na razie nie znajdę tego w ojczyźnie. To jak w związku z drugą osobą. Czasami kogoś bardzo kochamy, ale nie możemy ze sobą być. Życie pisze dla nas inne scenariusze.
Gdy kończyłam studia w 2011 roku, pracowałam na etacie w fantastycznej organizacji pozarządowej i nie wyobrażałam sobie, że mogłabym robić coś innego. Jednak z czasem zorientowałam się, że nie bardzo pasuję do otoczenia wokół mnie. Znajomi z liceum, studiów i pracy robili wszystko, żeby się ustatkować - brali śluby, zakładali rodziny, kupowali mieszkania. Rozmowy kończyły się na pytaniu, jaki stół z Ikei kupić. Podczas wyprowadzki z domu rodziców znalazłam stary pamiętnik, w którym spisałam sobie listę celów, tego, co chciałabym osiągnąć. Nauczyciel przedsiębiorczości w liceum mawiał, że jak sobie czegoś nie zapiszesz, to tego nie osiągniesz. Ja, mimo że to sobie zapisałam, nadal tego nie osiągnęłam. Były tam między innymi dalekie podróże, życie i praca za granicą. Wprowadzałam się właśnie do nowego mieszkania, miałam rozpocząć nowy rozdział w życiu, ale czułam, że to tylko tymczasowe, przecież jeszcze uda mi się spełnić moje marzenia. Czas płynął, byłam w poważnym związku i coraz bardziej oddalałam się od swoich marzeń, ale robiłam to, czego ode mnie oczekiwano. Powielałam utarty schemat, który nie był szyty na moją miarę. Czułam wtedy, że nie odnajduję się w tym życiu, w tej rzeczywistości. Nie chciałam jeszcze kupować stołu. Kupiłam więc bilet do Gruzji.
Zaczęłam spełniać swoje marzenia. Po dziewięciu latach w podróży i na emigracji pytanie, czy spełniać marzenia, czy się ustabilizować, powraca jak bumerang. Po zakończeniu każdego kontraktu pojawia się dylemat, czy szukać nowego, czy jednak zostać tu, gdzie jestem, albo wrócić do Polski. Ale ten powrót do kraju też jest trochę wyidealizowany. Wydawałoby się, że jak wrócić z podróży, to zawsze do ojczyzny i tam zacząć stabilne życie. Ale dlaczego tam? Dlaczego muszę się stabilizować? I co to w ogóle oznacza? Praca na etacie, mąż, dzieci, emerytura? Przy każdej rozmowie z rodziną, czy to bliższą, czy dalszą, zawsze padają takie pytania. Kiedy w końcu osiądę, kiedy znajdę pracę w zawodzie (mój dziewięćdziesięcioletni dziadek upiera się, że powinnam pracować w biotechnologii, bo to mój pierwszy kierunek studiów), kiedy wrócę do Polski, a co z przyszłością, oszczędnościami, kapitałem, emeryturą? Oczekiwania, których nie mogę teraz spełnić i nie wiem, czy kiedykolwiek spełnię. Czy to by było takie straszne wrócić do Polski, znaleźć stałą pracę i zapuścić korzenie?
W życiu robiłam już wiele rzeczy: zarządzałam projektami w organizacjach pozarządowych, uczyłam angielskiego, byłam tłumaczką, przewodnikiem, teraz jestem instruktorką nurkowania. Bardzo chciałabym pozostać w obecnej profesji. Jednak w życiu niczego nie mogę być pewna. Może zdarzy się coś, co zmieni moje plany, i przyjdzie mi pracować w innym zawodzie. Czy wtedy wrócę do Polski?
Wyobrażam sobie nie mieszkać w Polsce, nie zestarzeć się tam. Ale nie wyobrażam sobie nie być blisko rodziny, gdy jestem potrzebna, gdy ktoś zaczyna chorować i odchodzić. Rodzice nie stają się młodsi z każdym rokiem. Z tym dylematem będę musiała się kiedyś zmierzyć.
Mimo wszystko nadal jeżdżę. Pakuję plecak i jadę w długą. Im dalej, tym lepiej. Gdy za długo siedzę w Polsce, to zaczyna mnie uwierać. Czegoś mi brakuje, gdzieś mnie ciągnie.
Przez wiele lat w podróży imałam się różnych zajęć, między innymi uczyłam angielskiego dzieci i dorosłych w Chinach. Parę lat zajęło mi znalezienie życiowej pasji. Zaczęło się w Tajlandii, a reszta to już historia.
Podróże to wielka niespodzianka - nigdy nie wiemy, co może nam się przytrafić. Mawiam często: "Zaplanujesz wszystko idealnie, a później zdarza się życie". Mimo to nadal podróżuję, nadal zapuszczam się w nieznane.
Podróże, emigracja i taki styl życia mają swoją cenę. Wszystko ma. Płacę tę cenę świadomie. Wyjazd i życie w podróży lub emigracja to moja decyzja. W trudnych momentach w podróży czujemy się trochę jak dzieci, tęsknimy za domem, rodzicami, smakami, chcemy to mieć tu i teraz. Ale przecież to była nasza decyzja o wyjeździe. Nikt jej za nas nie podjął. Uczucie tęsknoty za domem dostajemy w pakiecie z podróżami, jest na metce z ceną, wliczone jako podatek. Ale nadal decydujemy się za to płacić.
Musimy sobie zadać pytanie: ile byśmy stracili z naszego życia, gdybyśmy jednak nie podróżowali? Którą cenę jesteśmy bardziej skłonni zapłacić? Ja wybrałam. Ale to nie zmienia faktu, że są ciemne strony podróżowania. To też wybór, a nie wyrok. Nic nie zostało mi odebrane wbrew mojej woli, ja wybrałam po prostu coś innego. Nie znaczy to, że wybór był łatwy.
Wokół podróży narosły mity i legendy. Może nie mijają się z prawdą, ale nie są jedynie tym. Gdy podróżuję lub mieszkam za granicą, szukam nowych przygód, ekscytacji, ludzi, kultur i miejsc, rzeczy, których bym nie doświadczyła ani nie zobaczyła w Polsce. Ale to tylko jedna strona z księgi tej opowieści.
W dobie social mediów podróże stały się wybraną częścią rzeczywistości, przestrzenią idealną, gdzie można podziwiać piękne widoki i snuć życiowe przemyślenia. Nie ma tam miejsca na historie o molestowaniu, próbach porwania, złamanym sercu, zepsutej kanalizacji ani na samotność, tę niechcianą, przymusową, której nie wybieramy.
Czasem trudno jest nakreślić granicę między osobistym niezadowoleniem lub rozczarowaniem a generalizacją w odniesieniu do kraju, miejsca i narodu. Podczas gdy ja przeżywałam trudne chwile w Gruzji, w tym samym czasie ktoś najpewniej zakochiwał się w tym kraju.
Może też nie chcę rozczarować siebie i innych. Jak by to brzmiało, gdyby długo wyczekiwana podróż czy przeprowadzka okazała się fiaskiem? Łatwo jest idealizować podróże jako wyprawy bez zmartwień, w szeroko lub bardzo indywidualnie rozumianym raju. Czasami zakochujemy się w myśli o podróży, a nie w niej samej.
Nic nie daje mi takiego spokoju ducha jak nurkowanie. Zanurzenie się pod wodę, otaczająca cisza i natura w najpiękniejszej postaci - nigdzie indziej nie czuję się tak cudownie.
Podróże nie są idealne, ale dają nam więcej, niż zabierają. Nie idealizujmy ich, ale bądźmy szczerzy. Nie chcę młodej dziewczynie opowiadać, że podróże są bezpieczne, bo takie nie są. Ale to nie znaczy, że powinna siedzieć w domu i nie wyściubiać nosa poza próg.
Podróże są jak reszta życia - nieidealne. Wyjeżdżając, nie uciekamy od problemów. Czasem napotykamy nowe. Samotność, choroba, zmartwienia dnia codziennego są podobne, czy to w Polsce, w domu, czy w podróży lub na emigracji.
Mam wielkie szczęście, że mogę tyle podróżować i mieszkać w różnych zakątkach świata. Jeżdżąc po nich, gromadzę doświadczenia. Historie z tych podróży - śmieszne, wesołe, ale też smutne i przerażające - opowiadam w tej książce. Są nie tylko moje, ale i kilku innych podróżniczek, które się tutaj rozgościły.
Was też zapraszam do podróży - po kartach tej książki.
Podróż nie zawsze jest komfortowa. Czasem wymaga spania na dworcu autobusowym, co przytrafiło mi się w Dakarze.