Podróże Gulliwera - Jonathan Swift

Kup ebooka

3.49 zł
2.86 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Krótka wiadomość o życiu i pismach Jonathana Swifta, z Waltera Skotta

Ludzie, mający upodobanie w rozpamiętywaniu zmiennych kolei losu będącego zwykle podziałem tych, którzy znakomitemi zdolnościami sławę sobie u świata zjednali, znajdą w żywocie Swifta zajmującą i głęboką naukę. - Zrodzony w niedostatku, wychowany obojętnem i niedbałem staraniem dwóch stryjów, nie przypuszczony do stopni uniwersyteckich, przez parę lat zmuszony poprzestać na bezsilnej protekcyi Sir Williama Temple, pierwsze karty bijografji Swifta przedstawiają nam obraz gieniuszu upokorzonego i zawiedzionego w swych oczekiwaniach. Pomimo tych wszystkich niepowodzeń, stał się potem doradcą ministrów wielkiej Brytanji, najzręczniejszym obrońcą systematu ich administracyi, i żył w stosunkach ścisłej zażyłości ze wszystkiemi rodem lub zdolnościami, za klassycznego panowania królowej Anny odznaczającemi się osobami.

Ostatnie lata życia jego równie uderzającą przedstawiają nam zmienność losu. - Ogarnięty niełaską swych protektorów, prześladowany, zmuszony opuścić Anglią, żyć daleko od przyjacioł, nagle takiej potem dostąpił popularności, iż stał się bożyszczem Irlandyi, i postrachem rządców tego królestwa. Życie jego domowe nie mniej było nadzwyczajne. Kochał dwie kobiety, wdziękami i powabem pomiędzy spółczesnemi celujące, i najczulej był od nich kochany; ale przeznaczeniem jego było: z żadną z nich szczęśliwego i spokojnego niezawrzeć związku. Widział je kolejno zstępujące do grobu, z tem przekonaniem że zawiedzione nadzieje i niewzajemna miłość zgonu ich stały się przyczyną.

Zdolności umysłowe Swifta, źródło jego sławy i dumy, których blaskiem tak długo świat dziwił i czarował, przyćmione zostały chorobą, skażone namiętnościami w miarę jak się zbliżał do kresu życia, a nim skonał, tak zmarniały, że najpospolitsi ludzie o wiele go jeszcze pod tym względem przewyższali.

Żywot Swifta ważną więc jest nauką dla ludzi sławnych; pokaże im, że jeźli gieniusz pod ciężarem nieszczęść upadać niepowinien, sława, jakkolwiek wielka, nie powinna być podnietą do zarozumiałości. Czytając dzieje tego znakomitego męża, ci którym los równie świetnych odmówił przymiotów, lub nie dał sposobności rozwinięcia ich, przekonają się że szczęście, ani od wpływu politycznego ani od wielkiej nie zależy chwały.

I

Jonathan Swift, doktor teologji i dziekan Ś go Patrycego w Dublinie, pochodził z młodszej linji rodziny Swiftów, z hrabstwa York, oddawna w tej ziemi osiadłej.

Ojcem jego był szósty czy siódmy syn wielebnego Tomasza Swift, wikarego w Goodrich: liczne jego potomstwo, przy szczupłości mienia, nie dozwala nam oznaczyć z większą dokładnością następstwa ich po sobie. Sam dziekan uwiadomia nas że ojciec jego otrzymał kilka posad i urzędów w Irlandyi.

Jonathan urodził się w Dublinie, w małym domku, który mieszkańcy tej części miasta pokazują dziś jeszcze. Wiek jego dziecinny, równie jak i ojca, szczególnem był naznaczony zdarzeniem. Kolebka Tomasza Swifta stała się łupem żołnierzy, syn zaś sam został porwany.

Mamka jego była z Whitehaven, dokąd ją nagle wezwał umierający jej krewny po którym się spodziewała zapisu, ale ona tak się przywiązała do powierzonego sobie dziecka, że niechcąc się z niem rozstać, nie ostrzegłszy matki, zabrała je z sobą. W Whitehaven pozostał trzy lata; zdrowie bowiem jego tak było wątłe, że matka nie chciała go narażać po raz drugi na podobną podróż, i zostawiła go przy kobiecie która mu dała taki dowód przywiązania. Poczciwa mamka tak starannie zajęła się wychowaniem dziecka, że wróciwszy do Dublina umiał syllabizować: w piątym roku czytał już w Biblji.

Swift dzielił niedostatek matki którą czule kochał, i utrzymywał się przytem z łaski stryja Godwina. Zdaje się że zależność ta, głębokie od dzieciństwa na wyniosłym umyśle jego uczyniła wrażenie, w owym już bowiem czasie przebijać się w nim zaczęła skłonność do mizantropji, która go dopiero wraz z utratą władz moralnych opuściła. Zrodzony po śmierci ojca, wychowany z miłosierdzia, przyzwyczaił się zawczasu dzień swego urodzenia za nieszczęsny uważać. W rocznicę dnia tego odczytywał zawsze to miejsce w piśmie świętém gdzie Job opłakuje i przeklina dzień, w którym oznajmiono w domu ojca jego "że się narodziło dziecko płci męzkiej."

W szóstym roku posłany został do szkół w Kilkenny założonych i nadanych przez rodzinę Ormond. Pokazują w nich jeszcze pulpit Swifta, na którym wyrył nożem swoje nazwisko.

Z Kilkenny posłano Swifta, mającego w ówczas lat piętnaście, do kollegium Ś tej Trójcy w Dublinie. Zdaje się podług rejestrów, że przyjętym został na bursę dn. 24. kwietnia 1682 i został oddany pod dozór nauczyciela St George Ashe. Krewny jego Tomasz Swift, przyjęty był do kollegium, około tegoż czasu, i dwa te nazwiska zapisane w rejestrach bez imion chrzestnych rzuciły niepewność na niektóre drobiazgowe szczegóły bijografji dziekana. Przyjęty będąc do uniwersytetu, żądano po nim, aby się zajął naukami, jakie w owym czasie zwykle wykładano; niektóre z nich wcale mu nie przypadały do smaku. Napróżno zalecano mu logikę którą wtedy za naukę nad naukami uważano; czuł w sobie wstręt wrodzony do sofizmatów Sznigleciusów, Keckermanusów, Burgersdiciusów i innych tym podobnych poważnych doktorów, którzy nam teraz zaledwie z nazwiska są znani. Nauczyciel jego, nie mógł go nakłonić aby przeczytał parę kart tych uczonych usów, chociaż do zdania examinu, trzeba było koniecznie przynajmniej powierzchowną znajomość kommentarzów Aristotelesa posiadać. W tenże sposób zaniedbywał wszystkie nauki które mu się niepodobały. - Jeżeli czytał, to więcej dla zabawy, lub dla rozerwania smutnych myśli, niż dla nabycia wiadomóści. Jednakże musiał wiele i w różnych czytać przedmiotach, bo w owym już czasie rzucił pierwszy rys powieści o beczce, który pokazał Waringowi. Cóż nam z tego wnosić wypada? że w siedmnastym wieku, uczeń leniwy, czytając w chwilach wolnych dla zabawy i zabicia czasu, był w stanie nabyć wiadomości, któreby w naszym wieku, ucznia pracowitego zadziwić mogły.

Nie mamy nic coby nam mogło dać miarę obszerności nauki Swifta; nie można powiedzieć żeby głębokie posiadał wiadomości, nikt jednak nie zaprzeczy żeby niebyły różnostronne. - Widziemy z pism jego że z historyą i poezyą, tak dawnych jak i nowszych wieków, bardzo był obeznany. Z wielką zawsze łatwością, na poparcie rzeczy o której mówi, najlepiej ją wyjaśnić mogące miejsca z autorów klassycznych przytacza. Chociaż sam nie wielkie miał wyobrażenie o posiadanych przez siebie wiadomościach, i oskarża się że przez lenistwo i nieustwo swoje utracił stopień uniwersytecki, choć ostro gromił zaszczycających imieniem uczonego człowieka, którego większa część życia nie nauce była poświęconą, nie wiele jednak cenił samą tyko pilnością odznaczającego się ucznia.

Kiedy więc Swift tak od niechcenia i bez gorliwości nauki swoje odbywał, byłby został zmuszony przerwać je zupełnie, gdyby po śmierci stryja swego Godwina, która odkryła smutny stan majątku tegoż, nieznalazł był opiekuna w drugim stryju swoim. Dryden William Swift serdeczniej, zdaje się, i uprzejmiej niż brat jego przyszedł napomoc młodemu synowcowi, ale ograniczone mienie nie dozwalało mu hojniejszym być od brata. - Swift wspominał go zawsze najczulej jako najlepszego z krewnych. Często opowiadał następujące zdarzenie które mu się przytrafiło, kiedy jeszcze był w kollegium, a wktórem krewny jego Willoughby Swift, syn Drydena Williama główną gra rolę.

Siedząc raz w swoim pokoju bez grosza przy duszy, ujrzał na podwórzu majtka, który, jak się zdawało szukał mieszkania jednego z uczniów. - Przyszło mu do głowy że to może być posłaniec od krewnego Willoughby wówczas dla interessów handlowych osiadłego w Lisbonie. Ledwie że to pomyślał, drzwi się otwierają, człowiek ów wchodzi do pokoju, zbliża się do Swifta, wyciąga z kieszeni duży worek skórzany pełen pieniędzy i oddaje go Swiftowi jako podarunek od krewnego Willoughby. Swift, w zachwyceniu, ofiarował posłańcowi część skarbu swojego, ale poczciwy majtek przyjąć jej niechciał.

Od owego czasu, Swift, poznawszy co jest bieda postanowił sobie skromnym swoim dochodem w ten sposób zarządzać, aby nigdy nie zostać zupełnie ogołoconym z pieniędzy i zachowane jego rejestra dowodzą, że od czasu kiedy był na uniwersytecie, aż do stracenia władz umysłowych, był w stanie zdać sobie rachunek co do grosza z każdorocznego wydatku.

W roku 1688 wojna wybuchnęła w Irlandyi; Swift miał wówczas lat dwadzieścia jeden. Bez pieniędzy, a choć nie bez nauki, uchodzący za takiego, jakoteż za człowieka niesfornego i krnąbrnego, bez przyjaciela któryby się nim zajął i opiekował, - opuścił uniwersytet Dubliński. Powodowany więcej, jak się zdaje, miłością synowską niż nadzieją polepszenia losu, udał się do Anglji, gdzie wówczas w hrabstwie Leicester matka jego mieszkała. Własne jej położenie, zawisłe było od łaski cudzej, poleciła więc synowi aby się udał pod protekcyą Sir Williama Temple, którego żona była jej krewną, i znała rodzinę Swiftów. Tomasz Swift, krewny naszego autora, był dawniej kapelanem Sir Williama.

Sir William przyjął Swifta do swego domu, ale przez pewien czas żadnego mu nie dawał dowodu zaufania i przychylności. Zawołany ten polityk i literat wykształcony, nie mógł zapewne wielkiego znajdować upodobania w drażliwym charakterze i niedokładnych wiadomościach nowego swego gościa. Ale uprzedzenia Sir Williama zmniejszyły się stopniowo i Swift zjednał sobie nareszcie przychylność jego, a ciągłą pracą, której po ośm godzin na dzień poświęcał, zbogacił zasób swych wiadomości. Pilność ta, przy wrodzonych przymiotach Swifta, uczyniła go skarbem nieocenionym dla Sir Williama przy którym dwa lata pozostał, aż nareszcie stan jego zdrowia zmusił go do przerwania swych zatrudnień. Osłabienie żołądka, i pochodzące ztąd częste zawroty głowy omało go nieprzyprawiły o życie. Skutki tej słabości nie opuściły go aż do śmierci. Będąc raz bardzo chorym udał się do Irlandyi, w nadziei że rodzinne powietrze boleściom jego ulgę przyniesie; ale nie czując żadnego polepszenia, wrócił do Moor-Park, gdzie chwile wolne od cierpień poświęcał naukom.

Wówczas to Sir William Temple wielki mu dał dowód zaufania, przypuszczając go do obecności króla Wilhelma, kiedy monarcha ten przyjeżdżał do Moor-Park: Zaszczyt który winien był Temple dawnej z królem jeszcze w Hollandyi zażyłości, a przyjmując go z uszanowaniem i godnością, wywdzięczał mu się rozsądnemi radami w duchu konstytucyjnym. Kiedy podagra niedozwalała Sir Williamowi opuścić łóżka, Swift miał zlecenie przyjmować króla; i wszyscy bijografowie poety uwiadomiają nas że Wilhelm ofiarował mu kompanią jazdy, i nauczył go krajać szparagi po hollendersku. Niesłuszną byłoby więc rzeczą gdybyśmy mieli zamilczeć ile skorzystał nauczywszy się, za własnym przykładem królewskim, jeść tę jarzynę po hollendersku, to jest zjadać ją całą z główką i łodygą. - Ważniejsze jednak dla jego ambicyi obiecywano mu korzyści; czyniono mu nadzieję awansu w stanie duchownym któremu się poświęcał i przez powołanie i dla widoków które mu stan ten na przyszłość otwierał. Wielkie zaufanie które mu okazywano, utwierdzało w nim te nadzieje. - Sir William Temple polecił mu przedstawić królowi powody które go powinny nakłonić do zezwolenia na bill trzechletności parlamentu, a Swift poparł zdanie Sir Williama dowodami wyjętemi z historyi angielskiej. Król jednak uparł się przy swojem zdaniu i bill ten za wpływem korony odrzuconym został przez izbę niższą. Było to pierwsze zetknięcie się Swifta z dworem, i często powtarzał swoim przyjaciołom że uleczyło go z próżności, rachował zapewne na pomyślny skutek negocyacyi i zmartwił się widząc że się nie udała.

Kiedy Swift wrócił do Irlandyi, opatrzony posadą sto funtów szterlingów dochodu czyniącą, biskupi do których się udawał w celu wyświęcenia się, żądali od niego świadectwa dobrego zachowania się w czasie pobytu przy Sir Williamie Temple. Warunek ten był nieprzyjemny; aby otrzymać świadectwo trzeba było uniżyć się, napisać prośbę. Nareszcie po pięcio-miesięcznem wahaniu się napisał list przepraszający, i prośba jego wysłuchaną została. - List Swifta, był zapewne pierwszym krokiem do pojednania się ze swym patronem. - W dwanaście dni otrzymał żądane świadectwo, bo akt wyświęcenia na dyakona datowany jest 18 października 1694, a na księdza 13 stycznia 1695. Zdaje się że Sir William do żądanego świadetwa przyłączył rekomendacyę do Lorda Capel, ówczesnego wice-króla Irlandyi, bo prawie zaraz po wyświęceniu się Swifta na księdza, daną mu była prebenda w Kilroot, w dyecezyi Connor, przynosząca około 100 funtów sterlingów na rok. Osiadłszy więc na swojem probostwie, prowadził życie wiejskiego plebana.

Wkrótce jednak znudziło mu się życie tak odmienne od tego do którego nawykł był w Moor-Park wśród najpierwszych w kraju rodem lub talentami osób. Z drugiej zaś strony Sir William Temple żywo czuł stratę poniesioną przez oddalenie się Swifta, i oświadczył mu chęć oglądania go znowu u siebie. Kiedy Swift wahał się jeszcze czy ma porzucić sposób życia który sobie obrał, zdaje się że skłoniła go do tego ostatecznie następująca okoliczność, malująca całą dobroć jego charakteru. Częste robiąc wycieczki w okolicy, spotkał raz jednego duchownego z sąsiedztwa, a znalazłszy w nim człowieka obszernej nauki, skromnego, i wzorowych obyczajów, ściślejszą z nim zabrał znajomość. Poczciwy ten wikary był ojcem ośmiorga dzieci i miał 40 funtów szterlingów dochodu ze swojej plebanji. Swift, nie mając konia, pożyczył jego klaczy karej, i nie uprzedziwszy go o swoim zamyśle, pojechał do Dublina, zrzekł się prebendy w Killroot, i wyrobił iż ją dano nowemu jego przyjacielowi. - Twarz dobrego starca zajaśniała radością, kiedy się dowiedział że otrzymał beneficium; ale kiedy usłyszał że to Swift własnej na rzecz jego zrzekł się prebendy, radość jego zamieniła się w najtkliwszy wyraz zadziwienia i wdzięczności, sam zaś Swift tak był wzruszony, iż mówił często, że nigdy w życiu nie był szczęśliwszy jak w owej chwili. Przy rozstaniu się, poczciwy starzec, nalegał na Swifta aby przyjął jego klacz karą, której nieodmówił bojąc się go obrazić. Pierwszy raz więc w życiu, własnego mając konia, i ośmdziesiąt funtów szterl. w kieszeni, powrócił do Anglji i zajął znowu w Moor-Park przy Sir Williamie Temple miejsce przybocznego sekretarza.

II

TEKST DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

III

TEKST DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

IV

TEKST DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

List kapitana Gulliwera do swego kuzyna Ryszarda Sympson

Jeżeli się kiedy sposobność nadaży, to mam nadzieję że nieomieszkasz publicznie oświadczyć, iż tylko twoje usilne i ponawiane prośby spowodowały mię, błędnie napisaną historyą moich podróży, drukiem ogłosić, przyczem zobowiązałem cię, wezwać z którego z naszych Uniwersytetów kilku młodych akademików na pomoc, do uporządkowania materyałów i poprawy stylu, tak jak na moją radę uczynił kuzyn mój Dampier z swoją książką, pod tytułem: Podróż około świata. Lecz jeżeli sobie dobrze przypominam, to niepozwoliłem ci nic wypuszczać, a jeszcze mniej dodawać. Zmuszony więc jestem co do ostatniego przypadku, nieprzyznać tego wszystkiego co nie jest mojem, a szczególniej ustępu o ś. p. Najjaśniejszej Królowej Annie najpobożniejszej i najchwalebniejszej Pani. Lubo ją więcej szacowałem i uwielbiałem jak kogo kolwiek z jej płci, powinniście byli jednak rozważyć, ty lub któren z twych współpracowników co sobie pozwolił wsunąć ten ustęp, najprzód: że nie jest moim zwyczajem pochlebiać sobie równym, potem że nieprzyzwoicie było, stworzenie tego co ja gatunku, chwalić przed moim nauczycielem Houyhnhnm; lecz co więcej, jest to zupełnie fałszem, bo ja większą część panowania Jej Królewskiej Mości żyłem w Anglji, i oile wiem, rządziła ta Pani ciągle przez pierwszego ministra, w początku Lorda Godolphin, poźniej Lorda Oxford, a tak umieściliście na mój karb fałsz oczywisty. A nawet w wystawieniu mojem Akademji Projektarzów i w niektórych miejscach mojej mowy do nauczyciela Houyhnhnm, powypuszczaliście główne zdarzenia, alboście je tak poobcinali i poodmieniali, że mi z trudnością przychodziło poznać własne moje dzieło. Jeżeli ci czyniłem wyrzuty w którym z moich listów, odpowiadałeś mi, iż się lękasz obrazić władzę publiczną, która co do wolności w druku ciągle baczna i wszystko cokolwiek pozór ma przymówki (sądzę że to wyrażenie stosowne) gotowa nietylko wykładać ale i karać. Ale, proszę cię, jak można to, co ja napisałem przed tylą laty i w oddaleniu 2500 mil, stosować do którego z Jahus, którzy dziś, jak powiadają, rządzą naszą trzodą; zwłaszcza że to wszystko pisałem w czasie, kiedym się nie mógł obawiać powrotu pod ich panowanie? Czyliż nie mam przyczyny dręczyć się na widok tych samych Jahus ciągnionych w powozach przez Huyhnhnm, jak gdyby ostatni bydlęta a tamci rozumne byli stworzenia? Prawdziwie, dla tego tylko tu się usunąłem, ażeby uniknąć tego szkaradnego widowiska.

To jest, co mniemałem być koniecznem powiedzieć, tak ze względu na ciebie, jako i zadania które ci powierzyłem.

Co do drugiego: wyrzucam sobie słabość moją, iż na prośby i fałszywe powody, przez ciebie i niektórych innych użyte, zezowoliłem na ogłoszenie moich Podróży. Przypomnij sobie, jak często cię prosiłem, kiedy chcąc niechęć moją przezwyciężyć, przedstawiałeś mi powody dobra powszechnego: jak często, mówię, prosiłem cię byś rozważył, że Jahus są zwierzęta zupełnie niezdolne do poprawy ani nauką ani przykładem. Wypadki stwierdziły tę opinią, gdyż, zamiast coby moja książka ich nauczyła, przynajmniej na tej małej wyspie usunąć nadużycia i zepsucie, jak się nadzieją cieszyłem, widzisz że po sześciomiesięcznem jej ogłoszeniu, żadnego z tych skutków nie przyniosła. Prosiłem cię uwiadomić mię listownie, kiedy stronnictwo zniknie, sędziowie będą oświeceni i nieprzedajni: pieniacze poczciwi, umiarkowani i niezupełnie z rozumu obrani; kiedy równina Smithfield zajaśnieje pożarem stósów ksiąg prawniczych; lekarze wygnani; żony Jahus zbogacone w cnoty, honor, szczerość, zdrowy rozsądek; dwory i sale posłuchalne ministrów oczyszczone z plugawstwa; zasługa i nauki wynagrodzone; a ci co wierszem lub prozą druk hańbią, skazani zostaną za jedyne pożywienie mieć swój papier, a za napój atrament. Po twoich zachęcaniach, rachowałem na te zmiany i na tysiąc innych, które tam jasno były wytknięte. I trzeba przyznać że siedm miesięcy wystarczały na poprawę tych wszystkich przywar i słabości którym Jahus są poddani, gdyby choć trochę mądrości i cnoty posiadali. Przeciwnie jednak oczekiwaniom moim, przynosił mi każden twój posłaniec z listem paki małych pism, uwag nad drugą częścią, w których mię oskarżano, żem spotwarzył urzędników stanu, rodzaj ludzki poniżył (mają bowiem bezczelność przywłaszczania sobie tego nazwiska), i płeć niewieścią osławił. Poznałem zaraz że pisarze tych ramot nie są z sobą w zgodzie, jedni bowiem niechcą przyznać żebym ja był autorem moich podróży, drudzy zaś wmawiają we mnie pisma zupełnie mi obce.

Muszę także napomknąć że twój drukarz pokładł fałszywe daty niektórych moich podróży i czasu mego powrotu, i ani roku ani miesiąca ani dnia nie podał dokładnie: dosłyszałem przytem że rękopism mój po ogłoszeniu dzieła zniszczonym został: a że nie mam żadnej kopji onego, przesyłam ci przeto niektóre sprostowania, które przy drugiem wydaniu umieścić możesz, nie zaręczam jednak za nie, i zostawuję rozsądnym i słusznym czytelnikom staranie, tak te rzeczy uważać, jak uważanemi być powinny. -

Powiedziano mi że nasi Jahuscy żeglarze mowę moją żeglarską, w niektórych miejscach zestarzałą znajdują. W pierwszej mojej podróży będąc jeszcze bardzo młodym, uczony byłem od starych żeglarzy i tak się nauczyłem mówić jak oni mówili. Poźniej widziałem, że Jahus na morzu tak są skłonni do przyjmowania nowych słów, jak Jahus na lądzie, którzy co rok prawie tak mowę swą odmieniają, że ile razy do mej ojczyzny wróciłem, zawsze znalazłem dyalekt tak zmienionym, iż go zaledwie mogłem zrozumieć. Podobnie, gdy mię kto z ciekawych z Londynu odwiedzi, nigdy się niemożemy zrozumieć, bo do wyrażenia swych myśli, zupełnie innych słów używamy.

Gdyby mię krytycy Jahusów choć najmniej interesowali, to miałbym zupełną słuszność na wielu z nich się użalać, którzy tyle byli bezczelni, naprzód zaraz utrzymywać, że podróże moje są czystą bajką w mózgu moim wylęgłą, a nawet tak dalece zuchwałość swą posunęli iż ośmielili się powiedzieć, że równie niema Houyhnhnmów i Johusów jak i mieszkańców Utopji.

CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI

ROZDZIAŁ I.

Autor namienia wkrótkości o swojem urodzeniu, familji i pierwszych przyczynach podróży. - Ponosi rozbicie i w pław dostaje się do Lilliputu, gdzie go związano i w głąb kraju zaprowadzono

Mój ojciec miał szczupły majątek położony w prowincyi Nottingham. Z pięciu jego synów ja byłem trzeci. W czternastym roku posłał mię do szkół w Kambridge, gdzie trawiąc czas pożytecznie, przez trzy lata zostawałem.

- Ale że pomimo wszelkiej oszczędności, wydatki na utrzymanie mnie w tych szkołach zbyt były wielkie, przeto oddano mię na naukę do Pana Jakóba Bates sławnego chirurga w Londynie u którego zostawałem przez cztery lata. Nadsyłane mi od ojca mojego szczupłe zasiłki pieniężne, obracałem na uczenie się żeglugi i umiejętności matematycznych potrzebnych dla tych którzy chcą odbywać morskie podróże, a co ja, czy prędzej czy poźniej, za przeznaczenie moje uważałem. Porzuciwszy Pana Bates, wróciłem do mego ojca, i tak od niego jako też od mego stryja Jana i od niektórych moich krewnych, zebrałem czterdzieści funtów szterlingów, z zapewnieniem trzydziestu funtów szterlingów co rok na utrzymanie moje w Leydzie. Tam przybywszy, oddałem się nauce medycyny, będąc przekonanym, że ta umiejętność czasu swego, bardzo mi się przyda w moich podróżach. -

W krótce po powrocie moim z Leydy, na zalecenie mego zacnego nauczyciela Pana Bates otrzymałem urząd chirurga na okręcie Jaskółka, na którym zostając przez półczwarta roku pod komendą kapitana Abrahama Panell, odprawiłem podróże na Wschód i do innych krajów.

Za moim powrotem postanowiłem osięść w Londynie. Pan Bates zachęcał mię do tego przedsięwzięcia i zdał mi niektórych swoich chorych. Nająłem mieszkanie w jednym małym domu położonym w części miasta zwanej Old-Jewry i wkrótce potem ożeniłem się z Panną Maryą Burton drugą córką Pana Edwarda Burton kupca z Ulicy Newgate, która mi wniosła w posagu czterysta funtów szterlingów: lecz gdy we dwa lata potem umarł mój kochany nauczyciel P. Bates, nie wielu mając przyjacioł, dochody moje poczęły się znacznie zmniejszać, zwłaszcza że i sumienie moje niepozwalało mi w leczeniu udawać się do środków, których wielu z moich kollegów używało. Naradziwszy się przeto z żoną i niektóremi mojemi przyjaciołmi, przedsięwziąłem jeszcze jedną morską podróż. Byłem raz poraz chirurgiem na dwóch okrętach i przez sześć lat odbyłem rozmaite podróże do Indyi wschodnich i zachodnich, przez co powiększyłem trochę mój szczupły majątek. Godziny wolne od zatrudnień poświęcałem na czytanie najlepszych dawnych i nowszych autorów, będąc zawsze dostateczną liczbą książek opatrzony, a jeżeli się znajdowałem na lądzie, uważałem obyczaje i charaktery różnych narodów i uczyłem się ich języków, co mi z wielką łatwością przychodziło, bo miałem bardzo dobrą pamięć.

Gdy mi ostatnia podróż niebardzo udała się szczęśliwie, zbrzydziłem morze, i umyśliłem osiąść przy mojej żonie i dziatkach. Z Old-Jewry wyprowadziłem się na ulicę Fetter-lane a z tamtąd na Wapping, w nadziei że pomiędzy tamtejszemi majtkami znajdę dostateczną sposobność do leczenia; lecz ta zmiana niebardzo mi była korzystną.

Po trzech latach próżnego oczekiwania poprawy mojego losu, otrzymałem od Kapitana Wilhelma Prichard korzystne miejsce na jego okręcie Antylopa mającym właśnie płynąć na morze południowe. Ruszyliśmy z Bristol dnia 4. maja 1699 roku, i początek żeglugi był bardzo szczęśliwy.

Próżną byłoby rzeczą nudzić czytelnika szczegółami przypadków które się nam na tych morzach przytrafiły, dosyć jest powiedzieć, że płynąc do Indyi wschodnich, przez burzę zostaliśmy zapędzeni między zachód i północ ziemi Van-Diemen - i znajdowaliśmy się pod trzydziestym stopniem i dwoma minutami szerokości południowej. Dwunastu z pomiędzy naszych żeglarzy umarło ze zbytecznej pracy i złego pożywienia. Piątego listopada, który był początkiem lata w tamtym kraju, czas był pochmurny i majtkowie ujrzęli skałę wtedy dopiero, gdy już niewięcej jak na połowę długości liny od okrętu była oddaloną - a wiatr był tak gwałtowny, że nas prosto na nią pędził: jakoż w momencie rozbił się nasz okręt. Sześciu z nas pospieszyło do szalupy usiłując oddalić się od skały i okrętu. Płynęliśmy podług mojego rachunku, trzy morskie mile robiąc ciągle wiosłami, aż nakoniec sił nasze zwątlone długiem natężeniem, zmusiły nas oddać się mocy wałów, i w przeciągu może półgodziny szalupa nasza uderzona wiatrem od północy wywróconą została.

Niewiem co się stało z towarzyszami mojemi którzy byli w szalupie, ani z temi co się ratowali na skałę albo się na okręcie zostali, mniemam, że wszyscy zginęli. Co do mnie, płynąłem na los szczęścia, gdzie mię pęd morza i wiatru unosił. Często opuszczałem nogi, lecz nie mogłem zgruntować; nakoniec, kiedy się już prawie miałem za zgubionego, bom już ustawał na siłach, dostałem dna, i nawałność zmniejszać się poczęła. Musiałem iść blizko milę nim się do lądu dostałem, około godziny ósmej wieczór, według mojej rachuby. Szedłem dalej może pół mili, lecz ani śladu mieszkańców lub domów niepostrzegłem. Zmordowanie, upał i pół kwarty wódki, którą wypiłem opuszczając okręt do snu mię wzbudzały; położywszy się przeto na trawie, którą bardzo miętką znalazłem, zasnąłem mocniej jak kiedy w mojem życiu: tak spałem może przez dziewięć godzin. Dzień już był jasny gdy się obudziłem: chciałem wstać, lecz ruszyć się niemogłem. Leżałem wznak: postrzegłem że moje ręce i nogi były do ziemi po przywięzywane, toż samo i włosy, - dojrzałem nawet cieniutkie sznurki, które mnie od piersi aż do nóg opasywały. Nie mogłem patrzeć tylko w górę, a słońce zaczęło mocno dopiekać i światłem swojem raziło mnie w oczy.

Jakiś szmer na około dochodził moje uszy, ale w położeniu w jakiem się znajdowałem, tylko niebo widzieć mogłem. Wtem poczułem że się coś rusza po mojej lewej nodze, i lekko postępując po piersiach zbliżyło się aż ku brodzie. Co za podziwienie moje było, gdym ujrzał jakąś malutką postać ludzką, niewięcej jak sześć calów wysoką, z łukiem, strzałą w ręku, i z kołczanem na ramieniu, przy tem postrzegłem może ze czterdzieści podobnych postaci za pierwszą postępujących. Zdziwiony, zacząłem głośno krzyczeć, tak, że wszystkie te drobne stworzenia przejęte bojaźnią uciekły, i niektóre z nich, jak się potem dowiedziałem, uciekając spiesznie i skacząc ze mnie na ziemię, niebezpiecznie szwankowały. Wkrótce jednak wrócili, i jeden z nich który miał odwagę tak się do mnie zbliżyć, aż mógł całą moją twarz zobaczyć, podniósłszy z podziwienia ręce i oczy, cichym ale wyraźnym głosem zawołał: Hekinach Degul. Inni też same słowa pokilkakrotnie powtórzyli, ale ja naówczas nierozumiałem ich znaczenia.

Czytelnik łatwo sobie wystawi że położenie moje było nienajwygodniejsze. Dobyłem więc wszystkich sił moich na uwolnienie się z tych więzów i potargałem szczęśliwie owe sznurki czyli nici, powyrywałem kołki do których moja prawa ręka była przywiązaną, ponieważ podniósłszy ją nieco, zobaczyłem co mnie więziło. Skręciwszy mocno głową, chociaż z niemałym bolem, naciągnąłem nieco sznurków któremi włosy moje z prawej strony były przywiązane, tak, że mogłem cokolwiek ruszyć głową. Co ujrzawszy te człowieczki, krzycząc przeraźliwie pouciekali, wprzód, nim mogłem którego z nich uchwycić. Gdy krzyk ustał, usłyszałem że jeden z nich zawołał Tolgo Phonac; i wnet uczułem że więcej stu strzał padło na moją lewą rękę, i jak szpilki kłóły. Poczem nastąpił jeszcze drugi strzał w powietrze, tak jak my w Europie bomby puszczamy; pewno wiele strzał musiało paść na mnie, ale ich nieczułem, inne zaś padały mi na twarz, którą zaraz prawą ręką zasłoniłem. Gdy ten grad strzał przeminął, począłem na nowo próbować czybym się nie mógł uwolnić z mych więzów, ale natychmiast zaczęto jeszcze rzęsiściej strzelać niż pierwej, a nawet niektórzy poczęli mię kłóć swojemi kopiami; szczęściem że miałem na sobie kaftan bawoli, którego nie mogli przekłóć. Poznałem przeto że najlepszy sposób, zostawać spokojnie w tym stanie aż do nocy, że w ten czas wywikławszy lewą rękę potrafię zupełnie się uwolnić: co zaś do tych mieszkańców, to czułem się na siłach iż potrafię wyrównać najpotężniejszemu ich wojsku, któreby na attakowanie mnie wysłać mogli, jeźliby wszyscy tego byli wzrostu, jak ci, których do tego czasu widziałem. Lecz szczęście inszy mi los przeznaczało.

Kiedy postrzegli żem się uspokoił, zaprzestali strzelać, ale z wzmagającego się gwaru poznałem, że liczba tego ludu znacznie się powiększała. Słyszałem także, w odległości może czterech łokci odemnie, prosto mego ucha prawego, więcej jak przez godzinę, szelest ludzi jakby około czegoś pracujących: obróciwszy więc na tę stronę głowę, ile mi włosy i sznurki pozwoliły, ujrzałem może na półtory stopy wysokie wzniesienie, z poprzystawianemi dowchodu drabinami, na którem czterech z tych ludzi mogło się pomieścić. Jeden z nich, co mi się zdawał być jakąś znaczną, osobą, miał z tamtąd do mnie długą mowę, której i słowa nierozumiałem. Muszę jednak napomknąć, że nim ta zacna osoba mówić poczęła, potrzykróc zawołała: Langro dehul san. (Te słowa wraz z pierwszemi, zostały mi poźniej powtórzone i objaśnione).

Natychmiast zbliżyło się z pięćdziesięciu tych ludzi i pourzynali sznurki, któremi głowa moja z lewej strony była przywiązana, tak, że mogłem obrócić ją na prawą stronę, i uważać postać i czynności człowieczka, chcącego do mnie mówić. Był to mąż średniej postaci i szczuplejszy jak inni trzej którzy mu towarzyszyli. Jeden z tych był paź i trzymał mu ogon od sukni który był cokolwiek dłuższy jak mój średni palec: inni dwaj stali obok tego znacznego męża i trzymali go pod boki. Rolę mowcy dobrze odgrywał, i mogłem w wielu miejscach groźby, obietnice, litość i grzeczność rozróżnić. Dałem odpowiedź w kilku wyrazach, jednak jak najuniżeńszych, a lewą rękę i oczy podniósłem ku słońcu, jak by go na świadectwo wzywając żem umierał z głodu, niejadłszy od dawnego czasu.

CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI