Każda opowieść ma swój początek. Ta szczególna wydarzyła się dawno, dawno temu, w małym królestwie, którego nazwy nikt już nie pamięta. Krainą tą rządziła piękna i mądra królowa Aurora, która ze wszystkich sił starała się godnie zastąpić króla. Władca krainy był bowiem zawsze zajęty - jeździł na wojenne wyprawy, podpisywał traktaty pokojowe, a to znów wszczynał kolejną wojnę.
Aurora codziennie zasiadała na swoim tronie i słuchała problemów swoich poddanych, ich sporów i próbowała je mądrze rozwiązać. Mieszkańcy przekonali się, że wydawane przez nią wyroki są sprawiedliwe i litościwe. Dlatego też kochali swoją królową i dziękowali niebiosom, że ktoś mądry i dobry sprawuje w królestwie rządy.
Sielanka nie trwała jednak długo i przewrotny los postawił przed władczynią zadanie, którego nie mogła rozwiązać mimo swojej mądrości i władzy. Była nim choroba jej jedynej i ukochanej córeczki - Lukrecji. Dzień, w którym dziewczynka przyszła na świat, był najpiękniejszym dniem w życiu Aurory. Ale matczyne szczęście było krótkie - nowo narodzona księżniczka nie potrafiła zasnąć. Ani pierwszego dnia, ani każdego kolejnego. Królowa łapała się wszelkich sposobów, aby uśpić córeczkę. Kołysała, przytulała i nuciła jej piosenki. Zatrudniła do opieki cały tabun ludzi - nianiek, piastunek i opiekunek. Ale nic nie pomagało. W końcu zrozpaczona władczyni nakazała posłać po najlepszych medyków z całego świata.
Na królewskie wezwanie stawił się tuzin najmądrzejszych uzdrowicieli, znachorów i lekarzy. Każdy z nich chwalił się tytułami naukowymi, dyplomami i przykładami cudownych uzdrowień. I każdy z nich był święcie przekonany, że to właśnie on wyleczy małą księżniczkę z bezsenności.
Pierwszy z nich, ubrany w eleganckie szaty, zaświecił przed oczami zabranych złotym zegarkiem. Podszedł do kołyski i zaczął rytmicznie machać nim przez buzią dziewczynki. Przez pierwszą godzinę niewiele się działo, przez drugą również. Po trzeciej Lukrecja przeciągle ziewnęła, po czym wybuchnęła histerycznym płaczem.
Drugi z medyków, w kwiatowym kimonie, zaprezentował królowej i swoim kolegom po fachu małe tekturowe pudełeczko. Gdy Aurora zobaczyła jego zawartość, aż się wzdrygnęła ze strachu. W środku znajdowały się setki ostrych i cienkich igiełek. Mędrzec, widząc trwogę w oczach władczyni, pospiesznie wyjaśnił, że akupunktura to bardzo stara i wyjątkowo mało bolesna sztuka leczenia.
I faktycznie księżniczka nawet nie pisnęła, kiedy medyk wbijał pierwszą igłę w jej zgrabny nosek. Nie pisnęła też przy ostatniej igle, którą lekarz umieścił na czubku jej małego paluszka u prawej stópki. Ale i też nie zasnęła.
Kolejni medycy przynosili napary, maści, syropy, pigułki, jednak żadne z tych lekarstw nie przyniosło upragnionego snu. Królowa odprawiała ich po kolei, aż w końcu pożegnała ostatniego z nich. Zrezygnowana wróciła do komnat i z żalem spojrzała na swoją salę tronową. Mimo że miała wielką władzę, czuła się zupełnie bezradna wobec choroby swojego jedynego dziecka. Usiadła na schodach prowadzących do królewskiego tronu i głośno zapłakała.
Pogrążona w smutku, nie zauważyła, że do sali bezszelestnie wsunęła się posługaczka w czarnym czepku. Stara kobieta ukłoniła się pokornie przed władczynią i powiedziała ze współczuciem:
- Serce nie pozwala mi przejść obojętnie obok łez matki. Pozwól, że pomogę ci w twoim nieszczęściu.
Królowa podniosła na nią swój zdziwiony wzrok. Przez chwilę bacznie jej się przyglądała. Staruszka miała na sobie popielaty fartuch, więc z pewnością pracowała na jej dworze. Aurora znała każdego mieszkańca zamku, ale jej nie mogła sobie przypomnieć. Zwłaszcza że powinna ją pamiętać - twarz staruszki była tak charakterystyczna, iż nie sposób było przejść obok niej obojętnie. Oczy żywe jak dwie iskry kontrastowały z bladą i pomarszczoną cerą. Uwagę przykuwał też turban, pod którym staruszka chowała swoje najprawdopodobniej siwe włosy. Był ogromnych rozmiarów i opadał ciężko na przygarbione plecy kobiety.
- Jak możesz mi pomóc? - jęknęła boleśnie Aurora. - Nawet najwięksi mędrcy tego nie potrafili...
Kobiecina nie zraziła się wcale powątpiewaniem władczyni. Podeszła bliżej i odezwała się pewnie:
- Medycy może i są najmądrzejsi na świecie, ale nie są w stanie pomóc księżniczce. Najlepiej będzie, gdy wybierzesz się osobiście do Niego...
- Do kogo? - Królowa ściągnęła brwi.
- Jak to do kogo? - Posługaczka była tym pytaniem zdziwiona. - No... do Władcy Snów, ma się rozumieć. On na pewno będzie wiedział, dlaczego księżniczka nie może zasnąć.
Aurora nie wiedziała, czy ma się zaśmiać, czy ponownie zapłakać.
- Co ty za głupoty opowiadasz - powiedziała. - Przecież nikt taki nie istnieje. Władca Snów to mit... to wymysł bajarzy.
Niezrażona jej słowami staruszka wyjaśniła:
- Ten stary uparciuch nie lubi rozgłosu, więc zaszył się w swoim pałacu na końcu świata i nie wyściubia z niego nosa. Ale ja dobrze wiem, gdzie on mieszka. Zaprowadzę cię tam. - Uśmiechnęła się zuchwale, odsłaniając braki w uzębieniu.
W pierwszej chwili królowa miała ochotę zbesztać służącą i odesłać w siną dal. Przemyślała jednak dokładnie swoją sytuację - wszystkie racjonalne sposoby i najmądrzejsi lekarze zawiedli. Nie mogła nic więcej zrobić. I właśnie w tej chwili w jej głowie pojawiła się iskierka nadziei, ale też natrętna myśl: "A co ja mam do stracenia?". Szybko i głęboko zakorzeniła się w głowie władczyni. Nie wiedząc właściwie kiedy, Aurora pokiwała pewnie głową i rozkazała:
- Zaprowadź mnie do niego. Byle jak najszybciej!
?
Posługaczka, jak się okazało, nie była zwyczajną służącą. Władczyni wątpiła nawet w to, czy w ogóle była służącą. Nie chciała słuchać rozkazów - sama wręcz dyktowała warunki ich wspólnej wyprawy.
- Po pierwsze: idziemy same. Bez żadnej służby, rycerzy czy dam dworu. Skoro on nie chce, aby ktokolwiek wiedział, gdzie