DWA
- Naprawdę to zrobiłaś?
Siadam obok Thomasa na skraju łóżka. Po naszej przepychance na zewnątrz zażądał wyjaśnienia, co się dzieje. Przenieśliśmy się na górę, żebym mogła dyskretnie wyjaśnić całą sytuację. Teraz mam w dłoni stos zdjęć, a list Paula leży rozłożony na mojej kołdrze.
- Tak, mówię ci po raz piąty, zrobiłam to.
Thomas podnosi wzrok znad mojego telefonu, jego brwi są wysoko uniesione.
- Przede wszystkim, jakość produkcji jest niesamowita.
Wzdycham.
Sięga, żeby poprawić mrożony groszek, który trzymam przy głowie.
- Poważnie, to jest świetne, Fasolko. Ta firma wyświadczyła ci przysługę, zwalniając cię. - Przechyla głowę i dotyka ekranu telefonu. - Dzięki temu już wiemy, że nie wykorzystujesz w pełni swoich prawdziwych talentów.
Odtrącam jego dłoń, ignorując przytyk powiedziany w dobrej wierze. Fotografia schodzi na dalszy plan, na czas nieokreślony.
- Niewielu ludzi uznaje podstawowe wprowadzanie danych za prawdziwy talent. A jeżeli rzeczywiście moje zdolności są tam ulokowane, poprosiłabym cię, byśmy cofnęli się w czasie do chwili, gdy prawie utopiłeś mnie w basenie babci, abyś mógł dokończyć robotę.
- Miałem siedem lat - odpowiada broniąc się. - To był wypadek.
- Wszystko może być celowe, jeśli wystarczająco się postarasz.
- Okej, skupmy się. - W roztargnieniu bawi się cienkim, złotym kółkiem w nosie. - Babcia naprawdę miała kolesia na boku?
- On nie był kolesiem na boku. Musiała spotykać się z nim jeszcze przed dziadkiem i najwyraźniej był dla niej bardzo ważny. Zamierzali uciec i potajemnie się pobrać, na litość boską. Z tego listu wynika, że była miłością jego życia!
Thomas bierze ode mnie list, skanuje go wzrokiem, a potem przegląda zdjęcia. Obserwuję, jak jego wyraz twarzy zmienia się ostrożnie, od zaciekawienia, przez zaskoczenie, po coś poważniejszego. Jego kciuk przesuwa się po uśmiechniętej twarzy babci, przełyka ślinę, gdy odkłada zdjęcia, po czym ponownie podnosi list.
- Gdzie to wszystko znalazłaś?
- Było w jednym z pudeł w garażu babci. Tata pełno ich tutaj przyniósł, pamiętasz?
- Ach, racja, pudła, w których szperałaś jak szop pracz.
Mocno szturcham go łokciem. Oddaje mi mocniej, przez co groszek wypada mi z dłoni.
Jednak nie pomylił się bardzo. Ostatnie kilka miesięcy spędziłam na przeglądaniu pudeł, które tata przyniósł do domu, kiedy wraz z trzema wujkami sprzątał dom babci. Wrócił po wykonaniu zadania cichy i z zaczerwienionymi oczami. Położył pudła w garażu i od tamtej pory ich nie tknął.
Poza zapewnieniami, że dziadek Joe był tym jedynym dla babci, wiem, że nigdy nie widział tych rzeczy. List i zdjęcia upchnięto na dnie pudełka w dużej, manilowej kopercie. Zapieczętowanej kopercie. No halo, to przecież podejrzane. Swoją nienasyconą ciekawość mam po nim.
A może oboje mamy to po babci. Nasza gra "Zdradź mi sekret" zaczęła się, gdy byłam na tyle duża, żeby jakieś mieć. Tajemnice stały się naszą walutą, którą wymieniałyśmy, zawsze po równo. Moje zaczęły się od małych i nieistotnych, które rosły razem ze mną. Rozmawiałam z nią o związkach, lękach, trudnościach szkolnych, a później o moich zmaganiach z przystosowaniem się do dezorientującego rozczarowania dorosłością. Skończyło się na tym, że dowiedziała się wszystkiego - była moim strażnikiem tajemnic, moim żywym pamiętnikiem.
Biorąc pod uwagę, jak nasza gra się pogłębiła, gdy byłam już dorosła, kwestia Paula powinna była się pojawić w rozmowie. Wciąż tylko ja wiem o tym, że ona i dziadek Joe przeszli trudny okres w latach osiemdziesiątych, że "sprawunki", po które czasami się wymykali, były właściwie pretekstem, aby pobaraszkować w samochodzie. Znała każdy soczysty szczegół dotyczący moich relacji. Dlaczego nie wiedziałam, że ten człowiek w ogóle istniał? Czy nie chciała konkretnie mi o tym powiedzieć, czy może coś w samej historii kazało jej milczeć? Tak czy inaczej, to boli. To mała zdrada zasad naszej gry.
Jeśli jest powód, dla którego się powstrzymywała, muszę go poznać.
Biorę telefon od Thomasa i przewijam w dół do komentarza, od którego moje serce wciąż trzepocze jak skrzydła kolibra.
To mój dziadek.
Poniżej kaskada odpowiedzi, wodospad "OMG" i "LUDZIE, TO SIĘ DZIEJE".
Pytanie za milion dolarów brzmi: co dokładnie się dzieje? Ta osoba może kłamać. Może mówić prawdę, ale Paul może odmówić rozmowy ze mną. Może nic nie pamiętać. Użytkownik34035872 mógł mieć trudności z rozróżnieniem czasu przeszłego i teraźniejszego, a Paul mógł w sumie już nie żyć.
Thomas opiera brodę na moim ramieniu.
- Co zamierzasz zrobić?
Jednak jego głos jest pełen zrozumienia, ponieważ mnie zna. On też by to zrobił. Jesteśmy prawie identyczni, jeśli nie liczyć jego irytująco pięknych oczu i zamiłowanie do bycia gówniarzem. Mamy szeroką na kilometr skłonność do impulsywnych decyzji, ducha rywalizacji graniczącego z morderczym i oddanie optymistycznemu podejściu "jest dobrze!", które pomaga nam przetrwać, gdy pochopne decyzje pogarszają sytuację.
Dotykam nazwy użytkownika i pojawia się pusty profil. Żadnych postów, żadnych obserwujących.
- Trochę podejrzane - mruczy Thomas.
Mimo to uruchamiam funkcję wysyłania wiadomości, po raz pierwszy od miesięcy czując, że to, co robię, ma sens.
I piszę wiadomość do rzekomego wnuka Paula.
Sadie siada naprzeciwko mnie przy stoliku przed restauracją, podając mi zamówioną sałatkę. Nad naszymi głowami, na bezchmurnym wiosennym niebie świeci blado południowe słońce.
Z radosnym westchnieniem zdejmuję górę pojemnika.
- Jesteś aniołem, Sadie Choi. Puściłam ci przelew.
Niestety, nadmierna uprzejmość w postaci używania jej pełnego imienia nie odwraca uwagi Sadie. Jej brwi się ściągają.
- Co ci mówiłam o twojej podstępnej przelewowej taktyce? Przestań mi zwracać za rzeczy, za które chcę zapłacić.
Nabijam kęs sałaty i kurczaka, a moje policzki płoną.
- Nie mogę mieć na sumieniu sałatki za dwadzieścia dolarów, okej?
Chociaż założyła białe okulary przeciwsłoneczne w kształcie serc, jestem pewna jej łagodnego spojrzenia kryjącego się za szkłami.
- Nie ma czegoś takiego jak litość pomiędzy najlepszymi przyjaciółkami. Uwielbiam ci dogadzać i to ja zaprosiłam cię dzisiaj, oczekując dobrych wieści po rozmowie kwalifikacyjnej. Tak więc, żebyś wiedziała, odrzucę twoją płatność.
- Dla twojej wiadomości, rozmowa zakończyła się fiaskiem. - Posyłam jej szeroki uśmiech, który ma ukryć moją panikę. Siedząc w tej dusznej sali konferencyjnej, podczas gdy kierownik do spraw rekrutacji wymieniał zadania na tyle nudne, że aż mi dusza usychała, po raz czterechsetny zastanawiałam się, dlaczego do cholery nie mogę dojść do tego, jak skutecznie dorosnąć.
Sadie zakłada pasmo prostych, czarnych włosów sięgających do brody, za bogato ozdobione kolczykami ucho.
- To kolejny powód, żeby ci dogodzić.
- Jeśli chcesz mi dogodzić, przekaż mi duże ilości darmowego alkoholu.
Jej odpowiedź zostaje przerwana przez dźwięk mojego telefonu. Spoglądam w dół, gwałtownie wdycham powietrze i niecierpliwość zalewa moje żyły. To powiadomienie o wiadomości z TikToka.
- Upiekło ci się, co?
- Dokładnie.
Po kilku dniach rozmów z osobą, która - jak potwierdziłam - jest wnukiem Paula, każde powiadomienie poprzedzone jest reakcją "walcz albo uciekaj". Oprócz wymiany wiadomości przesłał mi kilka zdjęć mężczyzny, który pasuje do Paula ze zdjęć babci.
Wczoraj zapytałam, czy Paul zechciałby ze mną porozmawiać. Prawie stchórzyłam, a cisza, która potem nastała, sprawiła, że zaczęłam kwestionować swoją bezczelność. Chociaż nie nazwałabym wnuka Paula wylewnym przyjacielem korespondencyjnym - jego odpowiedzi są krótkie, pozbawione osobowości, styl bardzo przypominający bota - jego czas reakcji był szybki.
Do teraz. Od dwudziestu sześciu godzin pozwala mojej prośbie czekać. Prawie boję się otworzyć jego odpowiedź.
- Weź się w garść, Noelle - mruczę pod nosem, gdy Thomas dołącza do nas, z plastikową torbą dyndającą mu na palcach. Zarówno on, jak i Sadie pracują w centrum San Francisco, chociaż Thomas dwa dni w tygodniu pracuje z domu. Kiedy mieszkałam - i pracowałam - w mieście, często spotykaliśmy się na lunchu i happy hours.
Thomas wślizguje się na siedzenie, odgarniając włosy z czoła. To przegrana sprawa. Są gęste i długie jak u surfera, więc grawitacja zawsze je przyciąga.
- Cześć dzieciaki. Dzięki tobie ten lunch jest oficjalnie najlepszą częścią mojego dnia. - Posyła Sadie olśniewający uśmiech, po czym odwraca się do mnie. - I ty też tu jesteś.
Przewracam oczami. Technicznie rzecz biorąc, Sadie najpierw była wyłącznie Thomasa; poznali się na studiach i od razu szaleńczo zakochali się w sobie. Ale gdy tylko ona i ja się poznałyśmy, stało się jasne, że jesteśmy sobie przeznaczone. Thomas i ja spędziliśmy ostatnie pięć lat, walcząc o uczucia Sadie. I jestem pewna, że przegrywam, ale to nie powstrzymuje mnie od prób, choćby po to, żeby zirytować mojego brata.
Pochyliwszy się, by oddać pocałunek Thomasa, jej uwaga ponownie skupia się na mnie. Wymachuje swoim widelcem w kierunku mojego telefonu.
- Otwórz wiadomość!
Thomas szpera w plastikowej torbie, wyciągając kanapkę i paczkę chipsów.
- Jaką wiadomość?
- Wnuk Paula jej odpisał.
- Teddy? - Jakimś cudem jego usta są już pełne chipsów, które rozsypują się obrzydliwie dookoła.
Brwi Sadie się unoszą.
- Teddy?
Opowiedziałam Sadie całą historię, na bieżąco przesyłając jej aktualizacje, ale dopiero wczoraj dowiedziałam się, jak on się nazywa. Poznanie jego imienia i świadomości, że jestem o wiele bliżej odkrycia nowego sekretu dotyczącego babci, wprawiło mnie w emocjonalne szaleństwo.
Dosłownie się ulotniłam. To właśnie robię, ilekroć smutek grozi, że owinie mi ręką szyję i udusi. Ruszam na szlak, który najbardziej mi o niej przypomina - kiedyś wędrowałyśmy razem nieustannie - i wyczerpuję całe swoje moce. Potem wykrzykuję to z całych sił, żeby nie było szans, że gdy wrócę, tata się zorientuje. Patrzenie, jak jego oczy wypełniają się smutkiem oraz współczuciem wobec mnie, szybko stało się nie do zniesienia. Wielogodzinne wędrówki są moją ucieczką i formą dbania o własne zdrowie psychiczne.
Po powrocie z prawie dziesięciokilometrowej wycieczki na górę Tam położyłam się do łóżka, wyczerpana na zbyt wiele sposobów, by je zliczyć i zapomniałam zdać relację Sadie.
Mimo to, dla niej ważny jest każdy szczegół. Ma obsesję na punkcie tej historii, odkąd jej o niej opowiedziałam.
Thomas wcina się, zanim zdążę odpowiednio poprosić o wybaczenie.
- Zakładając, że tak się nazywa. Może to być nieprawdziwe imię. Noelle podała fałszywe.
- Nieprawda! - Żałuję, że kiedykolwiek powiedziałam o tym mojemu bratu. - Powiedziałam, że mam na imię Elle. To w połowie prawda.
- Teddy pasuje pulchnym dzieciom i małym staruszkom - mówi Thomas. - Jeśli ten facet ma być wnukiem Paula, to prawdopodobnie jest w naszym wieku. Podał ci całe fałszywe imię.
Sadie kładzie rękę na ramieniu Thomasa, żeby go uciszyć.
- Otwórz wiadomość.
Mrużę oczy, spoglądając na Thomasa, który wydaje z siebie szyderczy dźwięk, po czym otwieram aplikację.
Jest tam moja wczorajsza wiadomość:
Cieszę się, że Paul zobaczył ten film i że mu się spodobał. To wiele dla mnie znaczy. Mówiłeś, że jest otwarty na rozmowę ze mną? Chciałabym z nim porozmawiać jak najszybciej. Jestem w Bay Area, nie wiem, gdzie Ty jesteś. Moglibyśmy porozmawiać przez telefon, czat wideo lub w jakikolwiek sposób, który mu odpowiada.
A poniżej odpowiedź Teddy'ego:
My też jesteśmy w Bay. Mój dziadek chce się z Tobą spotkać osobiście. Czy jesteś chętna/dostępna na spotkanie w mieście? Jeśli tak, wyślij godziny, które Ci odpowiadają.
- O mój Boże.
Nie zdałam sobie sprawy, że to krzyknęłam, dopóki wszyscy przy sąsiednich stolikach nie spojrzeli na nas.
- Co? - odkrzykuje Sadie.
- Oni tu mieszkają. To znaczy Paul, bo kogo obchodzi jego wnuk. - Odkładam telefon ekranem do dołu na stół, przytłoczona tą informacją. - Chce się ze mną spotkać.
- Musisz to zrobić. - Sadie pochyla się do przodu. W porównaniu z ramionami pływaka Thomasa wygląda na drobną, ale podekscytowanie dodaje jej dobre siedem centymetrów do jej stu pięćdziesięciu dwóch.
- To spisek - stwierdza Thomas, nie wykazując zainteresowania.
- Z drugiej strony - Sadie przykłada mu palec do twarzy - mogłaby spotkać miłość swojego życia.
- Paula?
- Jego wnuka. - Zirytowana odchyla się do tyłu. - Stary, no proszę cię. Czy nigdy nie uważałeś na tych wszystkich komediach romantycznych, które razem oglądaliśmy?
Thomas rzuca jej znaczące spojrzenie, przenosząc wzrok na mnie i z powrotem.
- Poważnie mnie o to pytasz?
Sadie się rumieni, a ja rzucam zwiniętą serwetką w głowę brata.
- Obrzydliwe. Daj spokój.
Zaczynają się słodko przekomarzać, więc odwróciłam się, aby nie słuchać ich rozmowy.
Gdy ponownie czytam tę wymianę zdań, ściska mi się żołądek. Paul chce się ze mną spotkać. To jest dokładnie to, na co liczyłam, chociaż nigdy nie spodziewałam się, że tak się stanie. To jak zagrać raz na loterii i trafić szóstkę. Wydaje się to niemożliwe, a mimo to grasz, bo wiesz, że jakaś szansa istnieje, prawda?
- Zgodzę się. Spotkam się z Paulem.
Kiedy nikt nie odpowiada, podnoszę wzrok znad telefonu. Sadie ma na ustach dłoń z mnóstwem pierścionków, zza której wyłania się ekstatyczny uśmiech. Thomas przygląda mi się z powątpiewaniem.
Gdy odpowiadam, moje kciuki przesuwają się po ekranie telefonu:
Świat jest mały! Chętnie spotkam się z Paulem. Jestem dostępna...
Zatrzymuję się, przygryzając wargę. Jestem dostępna cały czas, ale to brzmi żałośnie, więc wybieram trzy przypadkowe terminy.
W najbliższy piątek o 10:00, w niedzielę o 14:00 lub w poniedziałek o 10:00. Proszę powiedz, gdzie najbardziej Wam pasuje, aby się spotkać.
Przez następne dwadzieścia minut jednym okiem wpatruję się w telefon. Sadie i Thomas kontynuują rozmowę, ale milkną, gdy otrzymuję kolejne powiadomienie.
Piątek o 10. Spotkajmy się w Reveille Coffee na Columbus Avenue, przy jednym ze stolików na zewnątrz.
- Widzimy się w piątek. - Wypuszczam głośno powietrze, a serce bije mi jak szalone. - I wygląda na to, że Teddy też tam będzie.
Sadie opada na siedzenie.
- Boże, chciałabym pójść z tobą.
- Poszedłbym, gdybym nie musiał pracować. - Thomas, wyraźnie zawiedziony, pociera dłonią nieogoloną szczękę. - Upewnij się, że przez cały czas przebywasz w pobliżu innych ludzi, dobrze?
Salutuję mu stanowczo, po czym mój wzrok wraca do wiadomości od Teddy'ego.
Zdradź mi sekret, słyszę, jak babcia szepcze do mnie i moje serce zanurza się we wspomnieniach.
Patrzę w niebo i zastanawiam się, gdzie ona jest.
Ktoś zdradzi mi jeden z twoich.
Tydzień wlecze się w ślimaczym tempie. Mama namawia mnie, żebym spróbowała Pelotonu, a ja wytrzymuję całe trzydzieści minut zajęć, a potem spędzam kolejne trzy godziny na zastanawianiu się, czy muszę jechać do szpitala.
Również bez entuzjazmu próbuję szukać pracy. Praca, do której się kwalifikuję, nie urywa mi dupy, a żadnej pracy związanej z fotografią nie dotknę trzymetrowym kijem. Nie płacę czynszu, ale dokładam się do wydatków domowych, a bez dochodu moje marne oszczędności szybko się kończą. Mam spadek po babci, który znajduje się na moim koncie oszczędnościowym, ale ona zastrzegła w swoim testamencie, że mam przeznaczyć te pieniądze jedynie na coś, co mnie zainspiruje. Nie trzeba dodawać, że jest nietknięty.
Nietknięty pozostaje także mój aparat. Patrzy na mnie złowrogo z komody. Nie wzięłam go do ręki od pół roku.
Muszę coś zrobić, ale paraliżuje mnie niezdecydowanie i strach, i zaczyna mnie to zżerać.
W czwartek wieczorem Thomas zjawia się na kolacji i zostajemy razem przy stole na tarasie jeszcze długo po tym, jak nasi rodzice weszli do środka, omawiając plany na następny dzień. Wstaję z jękiem, gdy rozmowa cichnie, a zmęczone oczy ostrzegają mnie, że czas już iść spać.
- Hej, posłuchaj - mówi Thomas. - Nie rób sobie nadziei, dobrze?
Przerywam w połowie przeciągania się.
- Co masz na myśli?
- Wiem, że tęsknisz za babcią. - Jego ton jest ostrożny. On też miał złamane serce, kiedy umarła, ale nasz smutek nie jest taki sam i on o tym wie. - Ale nie wchodź w to, oczekując, że ci to pomoże.
- Nie mam zamiaru. - Mój obronny ton mnie zdradza, ale Thomas nie ciągnie tematu.
Z westchnieniem przeczesuje dłonią włosy.
- Powiedz mi jutro, jak poszło, dobrze? Zadzwoń do nas.
- W porządku - mówię, zirytowana jego uważną obserwacją. - Dobranoc.
Powaga naszej rozmowy musiała go obrzydzić - budzę się w piątek rano i widzę zdjęcie Theo wpatrujące się we mnie z "Forbesa" wciśniętego obok poduszki.
Fuj. Obrzydliwe, mówi mój racjonalny mózg. Piszę się na to, sprzeciwia się mój pierwotny instynkt.
Z tą irytującą myślą szykuję się do wyjścia. Zamykam pusty dom i wyjeżdżam do miasta, a mój wewnętrzny monolog toczy się tak szybko i głośno, że brzmi jak biały szum odtwarzany na pełnych obrotach.
Dopiero gdy zaparkowałam i zaczęłam iść Columbus Avenue w sercu North Beach, mój umysł milknie. Jakby zasilanie zostało wyłączone, gdy Reveille znalazło się w zasięgu mojego wzroku, kiedy zbliżam się do budynku z czarnej cegły.
Powinnam chyba najpierw zamówić kawę i dać sobie chwilę na wzięcie się w garść, ale ręce mi się trzęsą w kieszeniach dżinsowej kurtki. Kofeina wystrzeli mnie w stratosferę. Może kiedy zobaczę Paula, ten niepokój minie.
W drodze do kawiarni, zastanawiam się, czy babci trzęsły się ręce, kiedy poznała Paula, czy też kiedy uświadomiła sobie, że jest w nim zakochana. Kiedy się z nim żegnała. Czy kiedykolwiek czuła oczekiwanie tak gęste, że myślała, że się nim udławi?
Kiedy skręcam za róg w stronę stolików na zewnątrz, mój umysł tak szybko przeskakuje od myśli do myśli, że prawie ich mijam. Ale to bez wątpienia Paul siedzi przy najdalszym stole, ma siwe włosy i dłonie upstrzone starczymi plamami, owinięte wokół kubka z kawą. Jego wzrok przesuwa się po osobie, z którą rozmawia po drugiej stronie stołu - szerokich plecach i ciemnowłosej głowie zwróconej w przeciwnym kierunku niż ja - i mija mnie, po czym wraca. Jego oczy otwierają się szeroko.
Moje serce zatrzymuje się, tak samo jak nogi. Niepewnie podnoszę rękę, zszokowana jego zdumieniem, ale rozprasza mnie mężczyzna siedzący naprzeciwko niego.
Ramiona napinają się na szerokich, wyprostowanych plecach, a wnuk Paula obraca się na krześle, trzymając dłoń na oparciu turkusowego, metalowego krzesła.
I wtedy moje serce naprawdę się zatrzymuje. Theo Spencer - piękna, irytująca rozkładówka magazynu "Forbes" - patrzy prosto na mnie.