Rozdział V
Jonathan cierpi na chorobę morską
W sierpniu słońce wschodzi dość wcześnie, ale Jacques był na nogach jeszcze przed nim. O czwartej rano wszedł na mostek, ciągnąc za sobą biednego muzyka z podkrążonymi oczyma73, który nie rozumiał konieczności zrywania się z łóżka o tej porze. Jacques poprosił o dwie filiżanki kawy dość wątpliwej jakości.
- Wspaniała! - rzekł, podczas gdy jego przyjaciel każdy łyk kwitował bolesnym grymasem. - Najlepsza kawa to bezdyskusyjnie odpowiednia mieszanka gatunków bourbon, mokka i rio nunez, ale nie mam zamiaru oczerniać tej, którą nam podano, gdyż z pewnością pochodzi ona z wrzecionowatego korzenia wieloletniej rośliny należącej do podrodziny cichorioideae74.
- Zawsze potrafisz wybrnąć dzięki definicjom - odpowiedział Jonathan.
- To już coś. Zresztą łatwo mnie zadowolić, dlatego w podróży wszystko wydaje mi się doskonałe!
Około szóstej dało się odczuć działanie prądu i wkrótce "Hrabia d'Erlon" znów unosił się swobodnie na wodzie. Nie było już powodów do obaw. Statek szybko płynął w dół Loary, zostawiając za sobą Paimboeuf, główne miasto ważnego okręgu, oraz Donges, małą, malowniczą wioskę z kościołem zgrabnie wpisującym się w nadrzeczny krajobraz. Widać już było redę75 Saint-Nazaire i wkrótce podróżni pozdrawiali nowy port, któremu nantejczycy z przerażeniem przepowiadali równie szczęśliwy los Hawru76. Las masztów wznosił się ponad zamykającymi baseny portowe77 tarasami78. Na zachodzie linia wody przecinała niebo - było to otwarte morze.
Jacques nie mógł się powstrzymać: klaskał w dłonie i pozdrawiał morze wszystkimi jego mitologicznymi nazwami. Pogoda była przepiękna i gdyby nie podłużne, nieprzyjemne ruchy wielkich fal, Jonathan czułby się całkiem dobrze. Wkrótce dzwon wezwał pasażerów, by raczyli zejść na dół do salonu na śniadanie.
Posiłek nie różnił się niczym od typowego śniadania na pokładzie parowca. Potrawy były dość świeże i wszyscy wyglądali na zadowolonych79. Jeśli chodzi o Jacques'a, to rzucił się na jedzenie z ogromnym apetytem. Przyczynił się nawet do zniknięcia sporej ilości grillowanych sardynek80, które kapitan polecił kubkom smakowym paryskich smakoszy.
- Oto sardynki złowione dokładnie w miejscu, gdzie właśnie się znajdujemy. Nigdzie indziej nie zjecie podobnych!
- Przepyszne - odpowiedział Jacques. - Ośmieliłbym się nawet powiedzieć: wyśmienite, gdyby miało to panu sprawić przyjemność!
Śniadanie upłynęło w doskonałych nastrojach. Później obaj przyjaciele znów weszli na pokład, akurat w chwili, kiedy stary marynarz zaczynał opowiadać o swoich wyprawach.
Ze względu na sprzyjający wiatr, kapitan polecił rozwinąć żagle, nazywając je fokiem i bezanem81 - te piękne nazwy napełniły Jacques'a niekłamanym zachwytem. Tymczasem pozostali pasażerowie, którzy pozostali w salonie, po uprzątnięciu ze stołów zajęli się grą w bezika82, jedną z tych okropnych gier karcianych, które w dużym stopniu przyczyniły się do obniżenia poziomu intelektualnego narodów. Czasami głosy tych skądinąd szacownych obywateli docierały aż na pokład:
- Osiemdziesiąt za króle, czterdzieści za walety i sześćdziesiąt za królowe!
Jacques był wściekły! Te okrzyki zepsuły mu radość z pokonywania Oceanu Atlantyckiego.
Podróżni zostawili za horyzontem niebezpieczne rafy otaczające ujście Loary. Nie było już widać skał znanych jako Charpentiers. Wyspa Noirmoutier ginęła w promieniach słońca. Rozciągnięty nad pokładem płócienny dach chronił pasażerów przed gorącem, ale Jacques, jak na doświadczonego żeglarza przystało, zdecydował się wystawić swoją twarz na działanie promieni słonecznych, więc położył się wygodnie w zamocowanej przy burcie szalupie. Wisząc ponad pieniącymi się falami, z twarzą owiewaną wilgotnym, słonym powietrzem, nie odczuwał najmniejszych nawet dolegliwości, które mogłyby wskazywać na chorobę morską. Za bardzo interesował się wszystkim, co widział, co słyszał i o czym myślał - w dodatku nie bardzo wierzył w istnienie tej słabości, co oczywiście pomaga jej uniknąć.
Jonathan, o wiele mniej zachwycony, nie czuł się zbyt dobrze - nie miał ani nóg, ani duszy marynarza, a do tego dokuczał mu żołądek. Kurczowo trzymając się lin, z bladą twarzą i bolesnym uciskiem wokół skroni gorliwie wznosił modły do Matki Boskiej od Mdłości. Nagle zerwał się i pobiegł na rufę. Widać było83, że wychylając się przez reling84, powierzał kilwaterowi85 sekrety swych boleści.
Jacques nie mógł powstrzymać się od śmiechu, a biedny Jonathan nawet nie miał odwagi się o to gniewać.
- W zasadzie - rzekł z załzawionymi oczami nieco drżącym głosem - całkiem dobrze mi to zrobiło. Czuję zdecydowaną ulgę!
Około drugiej na horyzoncie pojawiła się wyspa Île d'Yeu86. Pasażerowie widzieli ją na prawej burcie, ponieważ kapitan skierował statek między stały ląd i wyspę, zbliżając się nawet bardziej ku niej, z nadzieją, że zakupi homary u okolicznych rybaków. Kilka barek o czerwonych żaglach odbiło od brzegu, ale żadna z nich nie zbliżyła się do parowca, ku wielkiej rozpaczy kucharza87. Przymusowy postój poprzedniej nocy zniweczył jego plany dotyczące wyżywienia - bał się, że zapasy się wyczerpią, zanim statek dotrze do Bordeaux.
- Zresztą jutro rano na pewno rzucimy kotwicę na Garonnie - stwierdził spokojnie kapitan.
Jacques był pod wrażeniem pewności marynarza, który z taką dokładnością88 potrafił przewidzieć czas trwania podróży. Podczas gdy parowiec okrążał południowo-wschodni kraniec wyspy, aż do uszu Jacques'a dotarła na skrzydłach wiatru płaczliwa melodia. Pobiegł zaraz do Jonathana i wyrywając go z ponurych89 rozważań, zawołał:
- Posłuchaj, Jonathanie! Bryzę morską wypełnia niebiańska harmonia! Chodź, możemy usłyszeć jedną z tych prostych melodii, które morze skrywa w swych głębinach90!
Jonathan nie mógł pozostać obojętny na to poetyckie wezwanie. Wystawił się na podmuchy niosącego melodię atlantyckiego wiatru, gotów zanotować w swoim podróżnym notatniku ulotne dźwięki. Wsłuchał się uważnie. Jakiś stary wieśniak grał Il balen del suo sorrizo z opery Trubadur91.
- To osobliwe, a nawet przygnębiające - powiedział Jacques. - Co o tym sądzisz?
- Myślę, że to jedynie nasila moją chorobę morską - odparł Jonathan, po czym wrócił na swoje stanowisko obserwacyjne.
Gdy mijali Les Sables-d'Olonne, rozległ się głos dzwonu wzywającego podróżnych na obiad. Przy stole pozostało kilka wolnych miejsc, a między nimi także puste było to zajmowane przez Jonathana. Kucharze okrętowi zawsze po kryjomu liczą na taki rozwój wydarzeń i nie należy mieć im tego za złe. Wieczorem wiatr się ochłodził i zwrócił na południe. Kapitan kazał zwinąć żagle, przez co statek, mniej dociśnięty do fali, zaczął się kołysać wzdłuż i na boki w nieprzyjemny sposób. Jonathan nie mógł pozostawać w kabinie, gdzie czuł się jeszcze bardziej chory, więc owinięty w swój podróżny pled z filozoficzną rezygnacją ułożył się do snu na pokładzie, po którym tymczasem Jacques przechadzał się tam i z powrotem krokiem prawdziwego marynarza pierwszej klasy, z nogami szeroko rozstawionymi dla zachowania równowagi i cygarem w ustach. Noc okrywała płynącą maszynę swym cienistym płaszczem.
73 Ciągnąc za sobą... oczyma - zamiast: "ciągnąc za sobą Jonathana. Biedny muzyk miał podkrążone oczy i zachrypnięty głos".
74 Cichorioideae - podrodzina w obrębie rodziny astrowatych (Asteraceae); autorowi chodziło o cykorię, roślinę leczniczą, wykorzystywaną jako składnik kawy zbożowej.
75 Reda - obszar wodny przylegający do portu, zwykle osłonięty przed wiatrem i falą, przeznaczony dla statków oczekujących na wprowadzenie do portu przez pilota.
76 Hawr - miejscowość i gmina we Francji, w regionie Normandia, port założony w 1517 roku stał się największym portem we Francji.
77 Basen portowy - część akwatorium portu, miejsce postoju statków; zwykle ma kształt wąskiego prostokąta z betonowymi nabrzeżami, uzbrojonego w dźwigi, magazyny itp.
78 Tarasami - zamiast: "ta szeroka zatoka u wejścia do portu wydawała się wystarczająco szeroka, by gościć najpiękniejsze statki linii transatlantyckich".
79 Wszyscy - zamiast: "nawet Jonathan".
80 Spędzając wakacje w Chantenay, J. Verne wysyłał swojemu wydawcy, P.-J. Hetzelowi, sardynki złowione w pobliżu miejscowości Les Sables-d'Olonne, La Turballe oraz Le Croisic (list z lata 1866).
81 Fok i bezan - rodzaje żagli: fok - główny żagiel przedniego masztu, bezan - żagiel na maszcie tylnym.
82 Bezik - gra karciana dla dwóch, trzech lub czterech osób, w grze wykorzystuje się kilka połączonych talii, najczęściej 32-kartowych.
83 Widać było - zamiast: "Jacques ujrzał".
84 Reling - pionowa bariera zabezpieczająca znajdujących się na pokładzie ludzi przed wypadnięciem za burtę lub upadkiem na znajdujący się niżej pokład; zbudowana z metalowych lub drewnianych słupków, połączonych metalowymi rurkami, prętami, drewnianymi przęsełkami, linami.
85 Kilwater - zawirowanie wody powstające za rufą, zazwyczaj z powodu poruszania się statku, układające się w widoczny ślad spienionej wody.
86 Île d'Yeu - francuska wyspa w pobliżu wybrzeża Wandei, powierzchnia 23 km?, ok. 5 tys. mieszkańców; administracyjnie jest gminą w departamencie Wandei.
87 Kucharza - zamiast: "pasażerów".
88 Z taką dokładnością - zamiast: "co do godziny".
89 Ponurych - zamiast: "gorzkich".
90 Głębinach - skreślone: "w swych głębinach! Słuchaj, słuchaj! - Jonathan nie mógł pozostać obojętny na wołania przyjaciela".
91 Z opery Trubadur - aria hrabiego di Luny z II aktu, sceny 2.