Podróż schizofrenii - Gabriela Przystupa

Kup ebooka

10.10 zł
8.38 zł (8,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 3

Odpowiedź ze strony o egzorcyzmach przyszła szybciej, niż przypuszczała, bo już następnego dnia. Na trzecim roku politechniki piątek był dniem wolnym od zajęć. Tyle dobrego - pomyślała. Miała się wziąć za pisanie pracy inżynierskiej. Miała drobne opóźnienia. Pracowała nad projektem domku jednorodzinnego z ogrzewaniem podłogowym. Projekt robiła w programach KAN OZC oraz KAN CO Graf. Teoretycznie powinna się bronić w styczniu, ale już teraz wiedziała, że najbliższy termin, na jaki może liczyć, to czerwiec. Jeśli chodzi o odpowiedź od egzorcystów, to była krótka - stwierdzała, że rzeczywiście tego typu przypadki są opisane w kanonie, więc powinna się zgłosić do diecezjalnego egzorcysty. Jednocześnie w odpowiedzi było napisane, że to mógł być przypadek.

Maryna weszła na stronę diecezjalnego egzorcysty i znalazła jego adres. Kościół ten mieścił się w dzielnicy Księże Wielkie. Szybko się ubrała i pojechała do wyznaczonego miejsca. Otworzył jej miły starszy zakonnik, który skierował ją do domu zakonnego. Szybko udała się w tamtą stronę i po chwili już mogła rozmawiać na świeżym powietrzu z księdzem egzorcystą. Po opowiedzeniu mu swojej historii Maryna uzyskała błogosławieństwo. W bardzo dobrym nastroju pojechała do domu. Ksiądz zachęcił Marynę do uczestnictwa w spotkaniach kółka biblijnego, następnie wróciła do akademika. Po powrocie położyła się do łóżka. Dobry sen to najlepsze lekarstwo - pomyślała i zaraz zasnęła. Gdy się obudziła, to poczuła się niezwykle lekko. Paweł cię bardzo kocha - pomyślała, a na jej twarzy pojawił się grymas niezadowolenia. Ale cóż, takie życie. Wylegiwanie się przerwała Agnieszka, wchodząc do pokoju.

- To niesamowite... Ty już skończyłaś zajęcia? - zapytała Maryna.

- Tak, a ty jak zwykle leniuchujesz w piątek do południa.

- Tak jest, no wiesz, sen to mój najlepszy przyjaciel.

- Okej.

- Wstaję już. - Przeciągnęła się leniwie i spojrzała na zegarek: była już dwunasta, a na piętnastą musiała dotrzeć do pracy.

Praca w ankietach była dla Maryny bardzo fajna, spotykała tam fajnych ludzi, z którymi mogła pogadać, pośmiać się, no i po latach niemówienia, czyli przeżywania schizofrenii prostej, nie mogła przestać mówić. Udawało jej się zrobić około siedmiu ankiet na dzień, co stanowiło całkiem niezły wynik. Za ankietę brała cztery złote i za godzinę trzy złote. Zarabiała około sześćdziesięciu złotych na dzień. Poza tym, jak nie miała czasu, to nie chodziła na ankiety. Pomyślała o szybkim prysznicu i o tym, w co się dziś ubierze. Jak pomyślała, tak zrobiła: obiad, prysznic - i była gotowa do wyjścia. Niezwykle lekko jej się szło i pomyślała, że ta modlitwa naprawdę działa. Postanowiła jeszcze raz zadzwonić do księdza egzorcysty i umówić się na więcej modlitw. Jeśli takie krótkie błogosławieństwo zrobiło tak wiele, że czuję się tak lekko, to co dopiero więcej modlitw - myślała, jadąc autobusem MPK. Po dojechaniu do pracy przywitała się ze wszystkimi. Dzisiaj na ankietach był Wojtek, student medycyny, który jak zawsze był niezwykle poważny. Poza tym Agata, która miała rodzinę na utrzymaniu, bo jej mąż stracił pracę, a jej malutki synek był kaleką. Agata jak zawsze była niezwykle skupiona na pracy, starała się zrobić jak najwięcej ankiet, ponadto pracowała w sklepie monopolowym. Synek, o którym z niezwykłą dumą rozprawiała przy herbacie, w czasie przerwy, zapowiadał się całkiem dobrze zdaniem jego fizjoterapeuty. Była również Ewka, na którą Maryna patrzyła z lekką zawiścią, bo studiowała ona psychologię, a robienie reklam i socjologia były rzeczami, które Marynę najbardziej interesowały. Była też Jadwiga, która nie cierpiała swojego imienia i ciągle się wzdrygała na jego dźwięk. Wszyscy Jadzi radzili, żeby je sobie zmieniła - do czasu, gdy dowiedzieli się, że już tego próbowała, a mianowicie poszła do odpowiedniego urzędu i powiedziała, że chce się nazywać Matel. Panie z urzędu popatrzyły na siebie, po czym kazały jej znaleźć dwóch świadków, którzy potwierdzą, że jest tak powszechnie nazywana, i dopiero wtedy zmienią jej imię. Jadzia została przy swoim. Była także Maria, która nie mogła donosić ciąży - już sześć razy poroniła - i miała w domu małego pieska, którego nazywała Donek. No i ona, Maryna. Wchodząc, powiedziała:

- Cześć wszystkim! Od dawna jesteście?

- Ja od czternastej trzydzieści - powiedziała Agata. - Jak zwykle jestem pod kreską.

- Rozumiem. Aha, no to czas się zalogować i rozpocząć pracę.

- No tak, jak zwykle osiem godzin przed nami.

- O kurde, na Skypie nie mam pieniędzy - powiedziała Jadwiga.

- To idź po szefa - powiedziała Agata.

- Nie trzeba - odparł szef, stojąc w drzwiach. - Sam przyszedłem. Czy panie potrzebują czegoś jeszcze? - spytał pan Czesław.

- Tak, poprosimy o grzejnik, bo tu jakoś zimno.

- Pani Ewo, jest pani największym zmarzluchem, jakiego znam, ale oczywiście przyniosę grzejnik.

Panie wzięły się ostro do pracy. W pokoju dało się słyszeć gwar rozpoczętych ankiet - wszystkie kobiety mówiły. Maryna jak zwykle mówiła bardzo szybko, żeby ankietowany obywatel nie mógł się połapać w pytaniach kwalifikujących i w rezultacie wszyscy byli w grupie respondentów. Mniej więcej po godzinie nastąpiła przerwa wymuszona koniecznością zmoczenia gardła. Wszystkie poprosiły o herbatę, więc Agata miała zagotować jak najwięcej wody w czajniku. Gdy tylko rozpoczęła się przerwa, panie zaczęły miło gawędzić. Zaczęło się od psów i kotków, a skończyło na Chinach. Po krótkiej wymianie zdań o domowych milusińskich nowy temat zaczęła Ewa:

- Wiecie co, dziewczyny, od mojej siostry z pracy pojechali do Chin na audyt i nic nie mogli przełknąć w chińskich restauracjach, gdyż na ich oczach zaszlachtowano małe pieski, poszli więc do McDonalda i myśleli, że się przesłyszeli... Wyobraźcie sobie, że w McDonaldzie leciała polska muzyka, a mianowicie Pieski małe dwa, to ich tak rozwaliło, że nie mogli w to uwierzyć.

- Tak, ja też słyszałam, że polska muzyka jest tam bardzo popularna - powiedziała Maria.

- Uwaga! Niosę herbatę.

Chwilę potem wszystkie zaczęły pracę i dobrnęły do godziny dwudziestej pierwszej. Czas na ankietach mijał bardzo szybko, ponieważ ankieterki czytały odpowiedzi szybko, a ankietowani musieli się dostosować. Maryna wyszła po zmroku i szybkim krokiem udała się w stronę przystanku MPK.

W akademiku była około godziny dwudziestej drugiej. Nic, tylko położyć się spać - pomyślała. Szybka kąpiel i po chwili była już w szlafroku. Zostało jeszcze pomodlić się wieczorem. Maryna bardzo poważnie traktowała sprawy wiary - pochodziła ze wsi i wyniosła z domu bardzo ludowe podejście: Bóg jest i tyle, bo kwiaty pachną, a drzewa pięknie szumią, bo jest morze i góry, a przede wszystkim ludzie, których ona kocha i którzy ją kochają. Ktoś kiedyś ją zapytał, jak sobie wytłumaczyła swoją chorobę. Ona niewiele powiedziała, rzekła tylko: "Życie to nie koncert życzeń, czasami trafia się szczęście, a czasami smutek, ale ja wierzę, że szczęścia jest więcej, bo optymistom jest łatwiej. Lub jak mówił Forrest Gump: "Życie jest jak pudełko czekoladek - nigdy nie wiadomo, co się trafi"". Religia jej bardzo pomogła w zwalczeniu schizofrenii prostej na etapie, gdy nad wszystkim się zastanawiała - czy ktoś dobrze zrozumiał jej słowa - i za wszystko przepraszała. Kiedy zastanawiała się nad każdym słowem, wpadła jej w ręce książeczka Tajemnica szczęścia (Świętej Brygidy). Szybko zrozumiała, że książeczka ta to dla niej wybawienie. Wśród piętnastu obietnic jest jedna, dzięki której można uzyskać wszystko, o co się poprosi. Człowiek uzyskuje to, gdy będzie te modlitwy odmawiał przez rok. Reszta stanowiła dla Maryny już tylko kwestię, jak dopilnować, aby codziennie odmówić Tajemnicę szczęścia. I tak wyleczyła się z zastanawiania nad tym, jak mówiła. Po prostu poprosiła dobrego Boga o to, aby wszyscy ją rozumieli we właściwy sposób, i tak to się skończyło. Prosiła, żeby zniknęły lęki, że ktoś ją okradł w sklepie, i tak się stało. Jej podejście do wiary opierało się głównie na wierze w Matkę Bożą i jej nieustanną pomoc i obronę. Maryna już od małego ogromnie lubiła czytać, a tak się składało, że jej kuzynka była w zakonie, więc często i gęsto przywoziła coś z zakonnej biblioteczki - książki te były uznawane przez jej matkę za najbardziej wartościowe i czytane przez wszystkich domowników. Poza tym inna kuzynka pracowała w wiejskiej bibliotece i stamtąd też były przywożone książki. Maryna miała dużo koleżanek, więc strategią owej kuzynki było nieustanne zachęcanie jej do czytania. Maryna - jako mała dziewczynka - była niezwykle zakompleksiona: nosiła szerokie swetry, wstydząc się niejako swojego dojrzewania i wyrastających piersi, chodziła więc po górach zgarbiona i ubrana w kurtkę o trzy numery za dużą. Aż pewnego razu wpadła jej w ręce książka o objawieniach fatimskich i tam przeczytała relacje dzieci z owych objawień. Opowiadały one o tym, że Matka Boża jest niezwykle piękną kobietą i jest ubrana w niezwykle piękne stroje. Poruszyła kiedyś ten temat ze swoją babcią. Babcia - osoba niezwykle pracowita i niezwykłej mądrości - spojrzała na nią i powiedziała:

- Ameryki nie odkryłaś, przecież zawsze na wszystkie święta wszyscy ubierają się odświętnie, wszystkie kobiety kupują sobie nowe chustki i inne ubrania.

Maryna zastanowiła się nad tym przez chwilę i przyznała jej rację.