Prolog
Nie jest pani osobą, której szukam
Miał wrażenie, że czekają i czekają. Jakby minuty, nawet sekundy, rozciągnęły się w wieczność. Równie nieskończoną, co śmierć babci. Potem, kiedy mecenas Branicki, starszy dystyngowany pan, wieloletni przyjaciel babci, zaprosił ich do swojego gabinetu, zganił się za tę myśl. Przyszło mu do głowy, że jest pozbawiona szacunku. Musiał jednak przyznać sam przed sobą, tak zupełnie szczerze, że nie poczuł się winny. Nie bardzo.
Daniel i jego rodzina zasiedli przy długim konferencyjnym stole. Branicki poprawił marynarkę, usiadł, rozłożył przed sobą dokumenty. Po jego prawej zasiadł syn, niemota jakich mało. Spojrzał kolejno na zebranych, jakby odhaczał w głowie listę obecności. Ciekawe, co sobie o nich myślał? Jeden: wyrodny syn, który od lat nie interesował się własną matką i na końcówkę życia umieścił ją w, owszem, luksusowym, ale jednak domu starców. Dwa: synowa, która całe życie okazywała niezadowolenie, gdy tylko teściowa pojawiała się w pobliżu. W sumie... standardowa synowa. No i trzy: on. Wnuk wykształcony za pieniądze babci. Wnuk, któremu jej majątek pozwolił pójść swoją drogą i wystartować. A mimo to, a może właśnie dlatego, nigdy nie znajdował czasu, by ją odwiedzić. Nawet w święta. Nawet w jej urodziny. Nawet... zwłaszcza w ten głupi, śmieszny dzień, który tak bardzo pragnęła świętować z nimi wszystkimi.
- Na co czekamy? - burknął ojciec Daniela. Doskonale zdawał sobie sprawę, że czas to pieniądz. Daniel również dyskretnie spojrzał na zegarek.
Mecenas Branicki uśmiechnął się nieznacznie.
- Nie na co, a na kogo - odpowiedział.
- Jesteśmy już wszyscy - stwierdził spokojnie ojciec.
Właśnie wtedy drzwi do sali konferencyjnej stanęły otworem i sekretarka wprowadziła jakąś kobietę.
Przyjrzał się jej. Długie, zwinięte w ciasny kok kasztanowe włosy, blada cera, zielone oczy. Długa czarna spódnica z wysokim stanem, jasna bluzka i ciemna kamizelka. Pokręcił głową. Ubrała się jak na apel w szkole. Ponadtrzydziestoletnia. Zatem za stara na stażystkę, ale raczej za młoda na partnerkę w jakiejś kancelarii. Może czyjaś reprezentantka? Tylko czyja? Sekretarka wyjaśniła sytuację, przedstawiając nowo przybyłą:
- Mecenasie, pani Kochanowska.
Kobieta nadal stała niepewnie w drzwiach, nie wiedząc, czy podejść, czy uciec.
Stary Branicki spojrzał na kobietę i zmarszczył brwi. Mimo profesjonalizmu nie udało mu się ukryć, że jest zły. Rzucił zirytowane spojrzenie swojemu synowi i pokręcił głową, jakby po raz kolejny upewniał się, że spłodził idiotę.
- Pani Kochanowska? - zapytał, wychodząc naprzeciw kobiecie, która wciąż stała tuż przy drzwiach. - Anna Kochanowska? - powtórzył.
Kobieta delikatnie skinęła głową, by potwierdzić. Branicki podał jej rękę na przywitanie.
- Bardzo mi miło, mecenas Bartosz Branicki. Jednak wydaje się, że zaszła pomyłka. Zdaje się, nie jest pani osobą, której szukam...
Znów posłał synowi krótkie, złe spojrzenie. Ten bąknął:
- Może wnuczka?
- Moja babcia nie żyje od ponad czterdziestu lat - odparła kobieta. - Miała na imię Jadwiga. Jadwiga Kochanowska.
Tym razem Daniel nie potrafił zamaskować prychnięcia, które mu się wyrwało. Ojciec też był poirytowany, zazgrzytał zębami.
- Panie mecenasie, czy wyjaśni mi pan, co tu się dzieje? Czekają na mnie w szpitalu... Zaczynajmy! - Ojciec chyba zamierzał wylać swoją frustrację na prawnika, bo wyraźnie podniósł głos, a potem poczerwieniał.
- Bardzo mi przykro, na odczytaniu ostatniej woli pani Olszańskiej powinny być wszystkie wskazane przez nią osoby, ale wygląda na to, że zaszła pomyłka...
- To pani Wiola nie żyje? - Głos nieznajomej zatrząsł się wyraźnie, co go zdziwiło.
I nie tylko jego. Wszyscy ze zdziwieniem spojrzeli na kobietę stojącą w drzwiach. Branicki obdarzył ją nowym zainteresowaniem.
- Czy mogę prosić pani dowód osobisty? Wygląda na to, że może być pani jednak osobą, której szukam.
Poprowadził ją do stołu. Zdjęła płaszcz i usiadła na krześle naprzeciwko niego. Zgodnie z poleceniem Branickiego wyjęła z torebki portfel, a z niego dowód tożsamości i podała adwokatowi babki. Branicki przyjrzał mu się, a potem stwierdził:
- Czy dobrze zrozumiałem, że potwierdza pani, iż znała Wiolettę Olszańską?
Kobieta pokiwała głową w roztargnieniu, próbując odłożyć dowód do odpowiedniej przegródki w portfelu.
- Pracowała pani dla pani Olszańskiej od lipca dwa tysiące osiemnastego do stycznia dwa tysiące dwudziestego roku?
Kobieta znów skinęła głową, wyciągając ze sfatygowanej, skórzanej czerwonej torebki chusteczki. Przyszło mu do głowy, że powinna ją wymienić na inną. Ta miała już bardzo wyraźne ślady użytkowania. Jedną z chusteczek wydobyła z opakowania. Zanim jednak otarła łzy (udawane? prawdziwe?), odpowiedziała:
- Odeszłam krótko po jej ślubie. Uznałam, że nie jestem już potrzebna. Moja posada towarzyszki straciła w tym momencie sens, więc złożyłam wypowiedzenie.
Zauważył, że Branicki przygląda się kobiecie z zaciekawieniem. Chyba, podobnie jak oni wszyscy, widział ją na oczy pierwszy raz w życiu. Tyle że, w przeciwieństwie do nich, przynajmniej wiedział o jej istnieniu.
- Zatem jesteśmy już wszyscy. Zaprosiłem państwa, by odczytać ostatnią wolę pani Wioletty Olszańskiej. "Ja niżej podpisana"... - zaczął Branicki.
Wiedział, że teraz nastąpi kilka formułek i terminów, które muszą paść w takiej sytuacji. Wreszcie jednak usłyszał to, co ich wszystkich obchodziło najbardziej:
- "Mojemu synowi, który na końcówkę życia umieścił mnie w domu starców za moje własne pieniądze..."
Na te słowa nieznajoma kobieta poderwała głowę i spojrzała ze zdziwieniem na jego ojca.
- "...nie zostawiam nic. Oby w przyszłości syn sfinansował ci dom starców, kochany Karolu".
Popatrzył na ojca. Ten poczerwieniał jak burak. Pomyślał, że jeszcze chwila i para pójdzie mu uszami. Ojciec otworzył usta, by protestować, ale Branicki uciszył go ruchem ręki.
- "Mojej synowej, za którą nigdy nie przepadałam, ani ona za mną, nie zostawiam nic. Moja droga, oby mąż kochał cię tak bardzo, żeby utrzymywać cię do końca życia, a syn pamiętał, by zapewnić ci luksusowy dom starców".
Pokręcił głową. Babcia była specyficzna... Ale to? No, nie spodziewał się. W grze został tylko on i obca kobieta. Dawna opiekunka? "Towarzyszka", tak sama siebie określiła. Chyba coś kiedyś mu się obiło o uszy o jakiejś damie do towarzystwa. Może to ona?
- "Mojemu wnukowi pozostawiam firmę. Zaznaczam jednak, że jeżeli postanowi ją zamknąć lub sprzedać, musi wszystkim moim pracownikom, zarówno pracowni krawieckiej, jak i sklepów w każdym mieście, zapewnić trzymiesięczną odprawę. Życzę sobie także, by z tych pieniędzy powołał stypendium mojego imienia dla jakiegoś ubogiego studenta Uniwersytetu Artystycznego im. Magdaleny Abakanowicz. Wnukowi mojemu pozostawiam także kilka mieszkań, które kupiłam na wynajem, oraz całą biżuterię, żeby jego przyszła żona miała się z czego cieszyć. Mój drogi, bądź tak dobry i okaż trochę serca. Zostawiłam ci dość, żebyś sfinansował swoim rodzicom jakiś przyjemny dom starców, gdy nadejdzie pora. Wszystkie te aktywa zostawiam ci jednak pod pewnymi warunkami"...
Zrobiło mu się gorąco.
- Warunkami? - wyjąkał.
- Do tego przejdziemy za chwilę - uciął Branicki. - "Annie Kochanowskiej pozostawiam moje poznańskie mieszkanie"...
Ojciec wciągnął mocno powietrze.
- "A także, zgodnie z życzeniem mojego męża, mieszkanie w Kołobrzegu, które odziedziczyłam po jego śmierci. Poznaliśmy się w końcu dzięki Tobie, Anno. Obojgu nam podarowałaś na starość jedne z najpiękniejszych lat życia. Jesteśmy ci wdzięczni".
"Kim ty jesteś, do licha?", zastanawiał się, spoglądając dyskretnie na kobietę siedzącą dokładnie naprzeciw niego. Ta jednak ani na moment nie podniosła wzroku. Wciąż wlepiała go w zapięcie swojej torebki. Torebki, która wcale nie była wyrobem marki Olszańska. Ciekawie. Coraz ciekawiej. Wyglądało na to, że kobieta znała nie tylko babcię, ale co więcej, zapoznała ją z mężem, tym śmiesznym facecikiem, za którego babcia wyszła w wieku siedemdziesięciu dwóch lat. Na szczęście mąż zmarł po pięciu latach. Jego mieszkanie przeszło na babcię, pomnażając jej majątek, a nie go uszczuplając. Najwidoczniej był bezdzietny, tym lepiej dla nich wszystkich. Też coś. Ślub siedemdziesięciolatki! Taka fanaberia na stare lata.
Kobieta oderwała wzrok od swojej torebki i przeniosła spojrzenie na prawnika. Zamrugała.
Branicki w tym momencie spojrzał na jego ojca i matkę.
- Dziękuję państwu za przybycie, na tym kończy się ta część testamentu, która państwa dotyczy.
- To jakiś absurd. - Ojciec poderwał się z krzesła. Popatrzył na syna z nadzieją. - To można podważyć, prawda?
Daniel wzruszył ramionami.
- Wszystko można podważyć - odpowiedział. - Nawet to, że niebo jest niebieskie. Tylko to potrwa, stracisz pieniądze...
- Mówisz tak, bo wszystko dostałeś! - żachnął się ojciec.
- Podważenie ostatniej woli wymaga wykazania, że pańskiej matce grożono, popełniono jakiś błąd lub że nie była w odpowiednim stanie psychofizycznym... - wtrącił się mecenas.
Ojciec działał szybko:
- Oczywiście, że nie była. Załamała się po śmierci ukochanego męża! Przecież... - Zamachał ręką w nieokreślonym kierunku. - Nasza rodzina nawet nie zna tej kobiety. Jak matka mogła jej zapisać mieszkanie warte sześćset tysięcy złotych!?
Anna Kochanowska drgnęła. Wciąż jednak uparcie wpatrywała się w swoją torebkę.
- Odprowadź, proszę, państwa. - Branicki zwrócił się do syna.
- Ja tak tego nie zostawię - zagroził jego ojciec.
- Oczywiście, ma pan takie prawo - przyznał mecenas Branicki. - Wtedy będziemy musieli porozmawiać w sądzie o rażącej niewdzięczności wobec spadkodawczyni, której dopuściła się państwa rodzina, a ta z kolei stała się podstawą wydziedziczenia pana i małżonki. Zatem, do zobaczenia na rozprawie, jeśli taka jest państwa wola.
Syn adwokata wyprowadził jego opierających się rodziców. Kiedy zostali sami, Branicki znów usiadł. Popatrzył na nich. Najpierw na osłupiałą kobietę, potem na niego.
- Pani Kochanowska?
Kobieta zadrżała wyraźnie.
- Proszę wybaczyć, że zapytam, ale od tego zależeć będzie dalszy przebieg naszego spotkania. Czy w okresie od dwunastego stycznia dwa tysiące dwudziestego roku, kiedy zakończyła pani pracę dla Wioletty Olszańskiej, do dnia dzisiejszego, dziewiątego grudnia dwa tysiące dwudziestego piątego, wyszła pani za mąż?
Kobieta poderwała głowę.
- Słucham? - zapytała, mrugając obficie.
- Od pani odpowiedzi zależy dalszy przebieg tego spotkania - wyjaśnił spokojnie Branicki.
- Nie - odpowiedziała. - Nie wyszłam - dodała ciszej.
Z leżących na stole dokumentów adwokat wyłowił dwie koperty. Jedną przesunął ku niemu, drugą podsunął kobiecie. Na każdej z nich wypisane było imię.
- Pani Olszańska życzyła sobie, żebyście je państwo odczytali na głos. Najpierw pan.
W tej chwili naprawdę nienawidził swojej babci. Był przekonany, że stara prukwa nawet zza grobu wywinie mu jakiś numer.
Kochany Danielu,
zawsze byłeś moim ukochanym wnukiem, choć gdy dorosłeś, nigdy nie miałeś czasu. Ani na to, by mnie odwiedzić, ani na to, by samemu się zatrzymać. Dlatego Cię do tego zmuszę. Chcesz moje pieniądze? Dam Ci je, dam Ci je prawie wszystkie i zrób z nimi, co chcesz. Ale mam pewien warunek. Wprowadzisz się na pół roku do mojego mieszkania przy Iłły. Zrobisz to przed świętami w 2025 roku i wyprowadzisz się, jeśli jeszcze zechcesz, w maju 2026. Będziesz miał jednak współlokatorkę w postaci mojej dobrej przyjaciółki Anny. Nie martw się, polubisz ją. Jest wspaniała. Zakładam, że Anna będzie chciała spędzić święta ze swoją rodziną, ale jeśli się zgodzi, musisz spędzić z nią sylwestra, a także przynajmniej tydzień majówki. W mieszkaniu w Kołobrzegu, które należało do mojego męża. Poznałam go dzięki Annie, wiesz? Poproś ją, opowie Ci tę historię. Nikt tak zabawnie nie opowiada różnych historyjek jak ona. Wiem jednak, że zupełnie Cię to nie interesuje...
Takie jest moje życzenie. Przez ten czas będziesz mieszkał z Anną w moim mieszkaniu. Spędzisz z nią sylwestra i urlop. Bawcie się dobrze. Zabezpieczyłam u pana Branickiego na ten cel pewien fundusz, który nie wszedł do Twojego spadku, więc się nie martw. Nie stracisz na tym.
Żeby nie było niedomówień. Jestem naprawdę dumna z tego, co osiągnąłeś, i chcę, żebyś odziedziczył moje pieniądze. Dlatego się postaraj.
Kocham Cię (choć może teraz na to nie wygląda)
Babcia
Pokręcił głową. "To są jakieś jaja". Ma zamieszkać z zupełnie obcą kobietą? I to na kilka miesięcy? Jak babcia sobie to wyobrażała?
Z zamyślenia wyrwał go głos Branickiego:
- Pani Kochanowska, pani list.
Obserwował, jak Anna Kochanowska bez słowa rozdziera kopertę. Rozłożyła kartkę. Zdziwił się. Było na niej tylko kilka słów.
Księżniczko Anno,
Tokio, Paryż, Amsterdam, Praga, Seul, Kołobrzeg...
Rzym.
Zgodzisz się?
Potraktuj to jako kolejną przygodę. Ostatnią, którą Ci wytyczyłam...
O następne zadbasz sama.
Wioletta
Ze zdziwieniem zobaczył, że po policzku Anny Kochanowskiej spływają kolejne łzy. Rozpłakała się bezgłośnie. Otarła szybko twarz dłonią. Branicki bez słowa podał jej chusteczkę. Doprowadziła się do porządku, wzięła głęboki oddech i popatrzyła na prawnika.
- Co, jeśli któreś z nas się nie zgodzi?
- Aktywa zostaną spieniężone i zasilą stypendium dla artystów, które było wspomniane w testamencie - odpowiedział spokojnie prawnik.
- Ani grosza dla rodziny? - zapytał zszokowany.
- Ani grosza - przyznał spokojnie Branicki.
Anna Kochanowska wstała. Podała mecenasowi dłoń.
- Dziękuję za spotkanie.
- Zaraz. - Daniel poderwał się z krzesła. - Co to wszystko znaczy?
Po raz pierwszy Anna Kochanowska zaszczyciła go spojrzeniem.
- Dla mnie nic się nie zmieni. Po prostu stąd wyjdę. Na którym cmentarzu pochowano pańską babcię? Chciałabym jej zanieść kwiaty.
- To nie...
Wiedział, jakim absurdem jest przekonywać obcą kobietę, by z nim zamieszkała. Wiedział też, że musi się wprowadzić do dawnego mieszkania babci przed gwiazdką. Zostało mu niewiele czasu. Był początek grudnia.
- Co to znaczy? - powtórzył pytanie. Zapytał głupio. Niepotrzebnie. Jak każdy, kto zadając pytanie, zna odpowiedź.
- Że się nie zgadzam.
- Miasta wymienione w liście, o co z nimi chodzi? - Miał dobrą pamięć, więc bez trudu wyrecytował: - Tokio, Paryż, Amsterdam, Praga, Seul, Kołobrzeg, Rzym.
Anna Kochanowska złożyła list.
- Mogę go zatrzymać? - zapytała, patrząc nie na niego, a na starego adwokata.
Mecenas Branicki skinął głową.
- Do widzenia. - Ruszyła ku wyjściu.
Pobiegł za nią.
- Zapłacę za ten czas - przekonywał. - Ze spadku zapłacę, ile tylko pani chce. Pięćdziesiąt tysięcy? Sto?!
- Nie potrzebuję pieniędzy.
- Ale mieszkanie w Kołobrzegu i to w Poznaniu, to naprawdę... Może pani nie potrzebuje, ale na pewno zna pani kogoś, kto potrzebuje... - plątał się, biegnąc za nią przez korytarz.
W odpowiedzi Anna Kochanowska po prostu przyśpieszyła kroku.
Rozdział I
Gdybym nie była świadoma swoich obowiązków wobec rodziny i kraju, nie wróciłabym dziś. Ani już nigdy*
Kiedy zadzwoniła, by poprosić o spotkanie, nie zdziwił się. Przyjął ją w swoim gabinecie. Widocznie Wioletta znała ją na tyle dobrze, by przewidzieć, że dziewczyna będzie miała skrupuły, będzie się wahała. Przewidziała też, że wróci.
Sekretarka wprowadziła ją do gabinetu. Anna Kochanowska miała na sobie ten sam płaszcz co poprzednio. Ubrana była w długą aż do kostek, czarną spódnicę w czerwone liście i w białą bluzkę. W jej stroju było coś dziwnego, staromodnego. Cała osoba Anny Kochanowskiej trochę trąciła myszką. Przyszło mu do głowy, że nie bardzo pasowała do wnuka Wioletty. Czy tych dwoje naprawdę da radę mieszkać ze sobą przez tyle czasu i się nie pozabijać? Pieniądze to potężny motywator. Przypuszczał jednak, że to, o czym w skrytości ducha marzyła jego przyjaciółka, się nie ziści. Nie wystarczy kilka miesięcy. Nie wystarczyłoby nawet i pół wieku. Pomieszkają ze sobą przez te miesiące, on zgarnie firmę, ona dwa mieszkania i oboje będą szczęśliwi. Osobno. Takie było zdanie starego mecenasa. I gotów był się założyć, nawet z tym swoim głupim synem, nawet o wynagrodzenie z tego zlecenia, że ma rację.
Gdy ją zobaczył, był przekonany, że nie jest pazerna. Opowiadając o niej, Wioletta zawsze wyrażała się w samych superlatywach. Mówiła o niej "moja przyjaciółka Anna". Dlatego był przekonany, że Anna była kobietą w wieku Wioletty, a nie młodą dziewczyną. Ile miała lat, gdy się poznały? Szybko policzył. Około dwudziestu pięciu. Proszę, jak to się można pomylić. Cóż innego mogło ją tu przygnać, jeśli nie pieniądze?
- Zmieniła pani zdanie? - domyślił się.
Pokręciła przecząco głową.
- Nie, po prostu próbuję zrozumieć - odpowiedziała Anna Kochanowska. - Co stało za tak absurdalnym pomysłem pani Wioletty.
Mecenas zastanowił się, co odpowiedzieć. Zamierzał działać dla dobra klientki. A w jej interesie było to, żeby ci dwoje ze sobą zamieszkali.
- Myślę... że naprawdę kochała was oboje.
Anna Kochanowska otworzyła szeroko oczy.
- Jak pan sobie to wyobraża? - zapytała. - Nie znam tego człowieka. Jak miałabym z nim zamieszkać? I to na pół roku?
- Zna pani układ mieszkania, nieraz pani tam bywała - przypomniał jej. - Cztery pokoje. Każde z was będzie miało swój. W drzwiach pani sypialni można zamontować zamek. - Podsunął pomysł.
Anna Kochanowska uśmiechnęła się smutno.
- Widzę, że wszystko pan sobie przemyślał.
Udał, że nie usłyszał. Kontynuował:
- Poza tym, praktycznie go pani nie zobaczy. Z tego, co o nim wiem, wnuk Wioletty pracuje po czternaście godzin na dobę, może nie wracać nawet na noc. Nie bez powodu już w tak młodym wieku został wspólnikiem. Jest piekielnie zdolny i pracowity. Ma to po babci. Kochała pani Wiolettę, prawda?
Anna Kochanowska skinęła głową.
- To jej wnuka też pani polubi. Jest do niej bardzo podobny. Dogadacie się, zobaczy pani. To jak?
Anna Kochanowska pokręciła głową, niezdecydowana.
- To szaleństwo - uznała.
Branicki wyciągnął z szuflady biurka klucze do poznańskiego mieszkania Wioletty Olszańskiej. Położył je na blacie, dokładnie pośrodku, między nimi.
- To przygoda - odpowiedział. - Tak, jak napisała Wioletta. To przygoda.
- Ale to nadal szaleństwo.
- Ma pani z nim spędzić tylko sylwestra i tydzień majówki - przypomniał. - Naprawdę nie da pani rady?
- I pół roku mamy razem mieszkać - przypomniała mu.
- To może być upierdliwe, ale nie bardzo bolesne. Moje zdanie nie ma tu znaczenia, ale Wioletta musiała uważać panią za kogoś niezwykłego.
- Dlaczego? - zdziwiła się młoda kobieta.
- Sądziła, że da pani radę wyhamować jej wnuka. - Mecenas pokręcił głową. - Widuję go czasem w sądzie. Ten człowiek żyje, żeby pracować, a nie pracuje, żeby móc żyć. Musiała panią naprawdę bardzo cenić, skoro stwierdziła, że przez pół roku otworzy mu pani oczy na to, że nie żyje się po to, żeby wygrywać w sądzie. Tym testamentem chciała go chyba uratować. I uznała, że to pani ma to zrobić, skoro ją też kiedyś pani uratowała.
Anna Kochanowska zaśmiała się smutno.
- Dlaczego ja? To wszystko, wtedy, te siedem lat temu, to po prostu był przypadek.
- Myślałem, że jest pani w jej wieku. Dlatego tak bardzo dziwiło mnie, że mam panią zapytać o męża... - Mecenas był bardzo dobry w udawaniu, że czegoś nie słyszy, jeśli nie chciał tego słyszeć. - Czuła się winna wobec pani. Myślę, że swoją ostatnią wolą chciała pani zadośćuczynić.
Anna Kochanowska zmarszczyła brwi.
- Zadośćuczynić, za co?
- Za Rzym - wyjaśnił. - Pojechała pani potem do Rzymu?
Kobieta pokręciła przecząco głową.
- Nigdy już potem nigdzie nie wyjechałam.
- No to wygląda na to, że czeka panią w przyszłym roku tydzień w Kołobrzegu.
Anna Kochanowska zamyśliła się głęboko.
- On nie zwrócił uwagi, prawda?
- Na co? - zapytał prawnik i uśmiechnął się dziwnie.
- Mój spadek nie jest obwarowany warunkiem, prawda?
- Zauważyła pani. - Adwokat nie sądził, że w emocjach i stresie młoda kobieta okaże się tak spostrzegawcza.
- To znaczy, że mogę się nie zgodzić, a jednak zachować swój spadek. Wyjść stąd jako właścicielka dwóch mieszkań, jednocześnie powodując, że rodzina Olszańskich nie odziedziczy po pani Wioletcie nic, prawda?
- Jak mówiłem... Wioletta bardzo panią ceniła, dlatego byłem przekonany, że jest pani...Hmm, no cóż, starsza.
- Teraz wszystko zależy ode mnie - powiedziała cicho, jakby do siebie, Anna.
Adwokat pokiwał głową.
- Teraz wszystko zależy od pani - potwierdził.
- Czy mogę zrzec się tych mieszkań na rzecz wnuka pani Olszańskiej? Już dziś? Mógłby pan przygotować dla mnie takie dokumenty? Zapłacę.
- Przykro mi. Polskie prawo nie daje pani takiej możliwości. Może pani, oczywiście, w ciągu tego pół roku zrzec się spadku, ale nie na rzecz konkretnej osoby.
- Ale mogę zrobić coś, żeby odziedziczył te mieszkania? - drążyła Anna.
- Może pani mu je sprzedać.
- Nie o to mi chodzi.
Prawnik pokiwał głową. Doskonale wiedział, do czego chciała doprowadzić, ale zupełnie jej nie rozumiał. A to go irytowało.
- Może pani dokonać darowizny na rzecz pana Olszańskiego, wtedy mieszkanie na pewno trafi do niego, ale będzie się to też wiązało z ogromnym podatkiem. Nie polecam. Lepiej się zrzec, jeśli taka pani wola... - Stary adwokat nie wytrzymał. Wiedział, że jego pytanie jest nieprofesjonalne, a jednak je zadał. - Ale dlaczego? Dlaczego miałaby pani to zrobić?
Anna zastanowiła się.
- Bo mogę - odpowiedziała dziwnie.
Branicki pokręcił głową zaskoczony.
- Pani naprawdę nie obchodzi, że odziedziczyła spore pieniądze i może zaraz, dziś stąd z nimi wyjść, prawda?
- Nie bardzo - przyznała Anna. - Czyli mógłby pan dla mnie przygotować stosowne dokumenty?
- Owszem.
- Więc proszę to zrobić. Za pół roku, na dzień przed terminem, zrzeknę się spadku po Wioletcie Olszańskiej - zdecydowała Anna Kochanowska.
- Więc jednak pani z nim zamieszka? - domyślił się adwokat i szczerze zdziwił.
Pokręcił głową. Wioletta trafiła na naprawdę niezwykłą młodą kobietę. Anna Kochanowska każdym swoim czynem, każdym słowem, zadziwiała go coraz bardziej. W odpowiedzi młoda dziewczyna stwierdziła:
- Sami to powiedzieliście, pan i pani Wioletta. Może to moja ostatnia przygoda?
Gdy wyszła, chwycił za telefon i zadzwonił do wnuka Wioletty Olszańskiej.
- Anna Kochanowska wprowadzi się jutro do mieszkania po pana babci. Właśnie dałem jej klucze - wyjaśnił krótko.
- Jak pan ją przekonał?! - krzyknął uszczęśliwiony Daniel Olszański. Szybko się zreflektował. - Pieniądze, jasne, że chodzi o pieniądze... Przemyślała sprawę, ale prawie milion złotych drogą nie chodzi...
Mecenas pokręcił głową. Lubił tego chłopaka, ale czasami był taki głupi. Zupełnie jak jego własny syn. Bartosz Branicki wątpił, by chodziło tu o pieniądze, ale do tego młody musiał dojść sam. Gdyby on miał jednak obstawiać, powiedziałby, że Anna Kochanowska zgodziła się zamieszkać z Danielem dlatego, że naprawdę z całego serca kochała Wiolettę. A Wioletta właśnie tego chciała. Takie było jej ostatnie życzenie. Anna Kochanowska zrozumiała to i postanowiła je spełnić.
*
Wniosła bagaże na odpowiednie piętro i otworzyła drzwi. Zatrzymała się niepewnie w progu. Czuła się jak intruz. Nie była tu kilka dobrych lat. Kiedy pierwszy raz przekroczyła próg tego mieszkania, była zupełnie inną osobą. Wydawało jej się, że tak wiele wie o ludziach i świecie. Nie wiedziała praktycznie nic. Rozejrzała się wokół siebie. Wygląda na to, że nic się nie zmieniło. Niepewnie otworzyła drzwi do pokoju, który jak pamiętała, był salonem. Duża zielona kanapa, gdzie siedziały, popijając herbatę i oglądając teleturnieje, stała dokładnie w tym samym miejscu. Podobnie jak niski kawowy stolik i fotel bujany, w którym pani Wioletta tak lubiła przesiadywać, mimo że potem trudno jej się było z niego podnieść.
Słoneczna duża kuchnia była tego dnia spokojna, pozbawiona obecności Wioletty. Wydała się Annie zupełnie innym miejscem. Dotąd zawsze tętniła życiem. Długi, drewniany stół, który jak twierdziła staruszka, przyjechał z nią z domu rodzinnego, jeszcze z Kresów, też tkwił na swoim miejscu. Pewnego dnia pani Wioletta, dotykając go, powiedziała:
- Uszyłam przy nim swoją pierwszą torebkę.
Anna pokręciła głową. Jakże wtedy nie potrafiła słuchać.
Przecież wiedziała, nie była głupia, że staruszka kryje w sobie jakąś tajemnicę. Mimo że mieszkała w starej kamienicy, mieszkanie było wyremontowane i nowoczesne. Ponadto "normalna" emerytka nie mogłaby sobie pozwolić na podróżowanie po świecie. Ani na opłacanie damy do towarzystwa. Nigdy wcześniej jednak Anna nie zadała sobie właściwych pytań. A nawet gdyby je wtedy zadała, pewnie postawiłaby na to, że kobieta jest wdową po jakimś prawniku, lekarzu albo biznesmenie, a nie, że jest właścicielką... firmy szyjącej luksusowe, unikatowe i ręcznie robione torebki dla kobiet.
Czy przyszłoby jej to do głowy, gdy piły razem herbatę, oglądając tak bardzo lubiane przez panią Wiolettę seriale o prawnikach, wychodziły do parku, by pospacerować, albo czekały w kolejce do lekarza? W życiu. Dopiero, gdy sama otrzymała od niej torebkę... Tę samą, z którą od tamtego momentu cały czas szła przez życie, jakby mogły się w niej zmieścić wszystkie jej myśli, wszystkie marzenia, uczucia, wszystkie przemyślenia i zmartwienia... Nie mogły, to oczywiste. Przecież była taka malutka. Mieściła w sobie tylko czerwony notes.
Z kuchni przeszła do sypialni. Tutaj też nic się nie zmieniło. Wyposażenie było dość nowoczesne. Duże, wygodne łóżko, na ścianie plazmowy telewizor. Kawałek dalej, w rogu, lustro. Anna była ciekawa, czy nadal... Podeszła do lustra, delikatnie odgięła haczyk i odchyliła swoje odbicie na bok. Ależ tak. Wisiały wszystkie w równiutkich rządkach, powbijane w poduszeczki umieszczone za lustrem. Wisiorki, bransoletki, pierścionki i kolczyki. Cała biżuteria pani Wioletty. Ta to dopiero była sroką. Anna uśmiechnęła się do swoich wspomnień.
Jeszcze jeden pokój. Kolejne wygodne łóżko, pusta szafa. Anna pamiętała go doskonale, bo kiedy zasiedziała się u pani Wioletty i ta uznawała, że jest za późno, by po nocy wracać do domu, czasami sypiała właśnie tutaj. Starsza pani mówiła, że to pokój dla jej wnuka.
- Kiedy odwiedzi mnie Daniel, chcę, żeby miał wygodnie - wyjaśniała raz po raz, uśmiechając się.
Tyle że wnuk nigdy nie przyjechał.
W wyobraźni Anny zawsze był tym małym chłopcem siedzącym z babcią pod choinką. Pani Wioletta miała takie zdjęcie na toaletce. Wskazywała je nieraz i chwaliła się, że to "jej mały chłopczyk". Choć czasem patrzyła na nią i stwierdzała: "Przypomnij mi, ile masz lat?", a kiedy uzyskiwała odpowiedź, kiwała głową i stwierdzała: "Daniel jest od ciebie dwa lata starszy. Będzie uznanym prawnikiem, wiesz?". Anna uśmiechała się wtedy i kiwała głową. "Na pewno jest pani z niego dumna", powtarzała za każdym razem. I choć wiedziała, że Daniel jest już dorosły, wciąż widziała chłopca ze zdjęcia. Kiedy więc zrozumiała, że niesympatyczny mężczyzna z zaciśniętymi ustami i skwaszoną miną jest właśnie owym uśmiechniętym chłopcem ze zdjęcia, przeżyła szok.
Ostatni pokój, gabinet. Pani Wioletta trzymała tu swoje książki, wygodną kanapę do czytania, ale też duże biurko. Pokazała jej kiedyś ten pokój i powiedziała:
- Wiesz, chyba jestem romantyczką.
- Dlaczego?
- Czasami, gdy wchodzę do tego pokoju, widzę, jak Daniel pracuje przy tym biurku, a na kanapie siedzi jego żona i czyta książkę. W końcu jednak, znudzona, wstaje i odrywa go od pracy. Oby miała taką władzę. Zostawiłam dużo wolnej przestrzeni, żeby mogli sobie czasem potańczyć... Ty lubisz książki, prawda, Anno?
- Uwielbiam.
- Możesz pożyczać moje. Spędzaj tu tyle czasu, ile tylko ci się podoba - zachęciła starsza pani.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
* Rzymskie wakacje, reż. William Wyler, USA 1953.