Podróż po miłość. Lilianna - Dorota Ponińska

Reflow text when sidebars are open.
Połońce, wiosna 1926
Ten pamiętnik ofiarowała mi dziś moja mama, wierząc zapewne, że pisanie pomoże uleczyć moją melancholię, której wszyscy już mają serdecznie dosyć. Podobnie jak ja sama.
Bo czy już do końca życia mam opłakiwać Emila? Ile to już lat? Prawda, był moją pierwszą i największą miłością. Wiązałam z nim nadzieje na wspólne szczęśliwe życie, które upływać nam miało między uczuciem a poezją. Bo Emil był poetą! Jego wiersze wypełniały piękno, liryzm i... pewien smutek - jak gdyby przewidywał swój tragiczny koniec. Choć jak niby mógł przewidzieć, że jego, jedynego syna swoich rodziców, subtelnego, uduchowionego artystę przeszyje na wskroś śmiertelne pchnięcie sowieckiego bagnetu? Ale bo też i po co się pchał do wojska na ochotnika? Zła jestem na niego! Chociaż nie żyje. Czułam, że to się źle skończy. Przekonywałam go, że te patriotyczne zrywy dobrze wyglądają w literaturze, ale nie w realnym życiu. Dawne wojny zabrały przedwcześnie moich obu dziadków: jednego - krymska, drugiego - amerykańska secesyjna. Dlatego moi rodzice zawsze uważali wojnę za najgorszą rzecz, od której trzymać się trzeba z daleka. Wielką Wojnę przeżyliśmy jakoś w naszym podwileńskim majątku, czasem tylko cierpiąc głód, zwłaszcza kiedy Niemcy nasilili rekwizycje dla swego wojska. Ale kiedy armia niemiecka wycofała się na zachód, nasza Ojczyzna się odrodziła, a Sowieci najechali Polskę, wszystko się zmieniło.
Moja mama urodziła się i spędziła młodość w Rosji, więc dobrze wiedziała, czego można się spodziewać po bolszewikach. Podobno znała pewnego rewolucjonistę, który zaczynał od bajania o wyzwoleniu ludu, a skończył na mordowaniu niewinnych ludzi, w imię ich wyzwolenia oczywiście. Dlatego gdy tylko Armia Czerwona zaczęła się zbliżać do naszych okolic i gdy usłyszeliśmy w oddali pierwsze wybuchy i strzały nadciągającego frontu, mama kazała zabić deskami okna i drzwi naszego dworu, spakować najcenniejsze rzeczy i kupić bilety kolejowe. Całą rodziną wyprawiliśmy się pociągiem z Wilna do Warszawy, a stamtąd dalej na zachód, w piękne okolice Borów Tucholskich. Wynajęliśmy pokoje w dużej leśniczówce, mama nadal malowała swoje pejzaże i portrety, tata leczył ludzi i tak przetrwaliśmy wojnę.
To tam właśnie poznałam Emila. Przyjechał na wakacje do swej ciotki, żony naszego leśniczego. Miałam dwadzieścia lat i najbardziej ze wszystkiego pragnęłam wielkiej miłości. Słuchałam romantycznych piosenek z gramofonowych płyt, czytałam miłosną poezję, a przede wszystkim patrzyłam na szczęście moich rodziców, którzy choć niemłodzi, wciąż cieszyli się sobą i swoją bliskością. Pragnęłam spotkać takiego mężczyznę, który stałby się dla mnie tym, kim mój ojciec dla mojej mamy. I zobaczyłam go w Emilu.
Studiował na Wydziale Polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Miał rozmarzone niebieskie oczy i szczupłą, eteryczną sylwetkę. Od razu wyczuwało się w nim pewną subtelność. Kochał poezję i potrafił mówić wyszukanym językiem pełnym ozdobników i metafor. Cytował z pamięci wiersze współczesnych i dawnych poetów i zachwycał się ich oryginalnymi porównaniami. W czasie naszych przechadzek i przejażdżek konnych po lesie opowiadał mi o życiu warszawskich kawiarni literackich, o tym, jak podziwiał Staffa, Lechonia i Tuwima i jak pragnął być im przedstawiony. Przychodził czasem do Ziemiańskiej na kawę po to tylko, by popatrzeć na swoje bożyszcza albo przepuścić któregoś z poetów w przejściu. Pokazywał mi swoje wiersze, które tak jak u skamandrytów opiewały raczej uroki zwykłego życia niż wielkie idee. Ale kiedy Sowieci przekroczyli Bug i zaczęli posuwać się ku Wiśle, i kiedy zagrozili Warszawie, Emil nie zważając na protesty moje ani swojej matki, zaciągnął się na ochotnika do wojska! W bitwie warszawskiej nie brał jeszcze udziału, ponieważ przechodził wtedy szkolenie wojskowe, ale kiedy po zwycięstwie Marszałka front przeniósł się na wschód, w okolice naszego Niemna, dowódcy uznali, że Emil zdatny jest już do walki. Chyba przedwcześnie, bo zginął w pierwszym tygodniu swojej frontowej przygody, przeszyty bagnetem przez prostego żołnierza, w czasie potyczki z wycofującą się już Armią Czerwoną.
Wiadomość o tym zastała nas przy wspólnym podwieczorku. Matka Emila zemdlała na sam widok dwóch oficerów z czapkami w rękach i z grobowymi minami - przeczuła, z czym przychodzą, zanim zdążyli otworzyć usta. Ja czekałam na ich słowa, nie mogąc uwierzyć, by tak miał wyglądać kres mojej miłości. A jednak... Rodzice sprowadzili ciało i pochowali Emila z honorami na warszawskich Powązkach. Niewiele pamiętam z tego pogrzebu. Na szczęście gęsta woalka zasłaniała mi twarz, całą czerwoną i mokrą od łez. Coś wtedy we mnie pękło, coś się załamało.
Teraz, po latach rozpamiętywania chwil spędzonych z Emilem, sama już nie jestem pewna, czy więcej w tym było prawdziwych uczuć, czy mojej imaginacji i tęsknoty za uczuciem. Bo ja zobaczyłam w nim swój ideał, ale co on we mnie zobaczył? Owszem, chodziliśmy na spacery, trzymając się za ręce, a nawet całowaliśmy się nad strumieniem, w gorących podmuchach wiatru, na łące nabrzmiałej brzęczeniem owadów, ale żadne deklaracje między nami nie padły. Emil czytał mi swoje wiersze, opowiadał o planach i patrzył na mnie w uniesieniu tymi niebieskimi oczami marzyciela i poety. Wyczytałam w tym spojrzeniu jego miłość do mnie. Ale czy nie na wyrost? Tego już się nie dowiem. Gdy wyjechał do punktu mobilizacyjnego, byłam przekonana, że gdy tylko wróci, poprosi rodziców o moją rękę. Ale nie wrócił. A ja od jego pogrzebu żyłam fantazjami o tym, jak piękne mogłoby być nasze życie, jaką szczęśliwą kobietą stałabym się u jego boku. I te właśnie marzenia, a raczej żal za tym, co miało się wydarzyć, a nie wydarzy się już nigdy, wpędziły mnie w moją melancholię.
Radość ze mnie uszła. I nadzieja.
Rodzice mówią mi, że to normalne po bolesnej stracie. Ale czas żałoby przeminął, potem kolejny rok i kolejny, a ja nie mogę powrócić do dawnej siebie. Tęsknię za Emilem, a może za wyobrażeniem naszego wspólnego życia. Nic mnie nie cieszy, nic nie interesuje. Uczepiłam się tego Emila, jakby prócz niego inni młodzi mężczyźni już nie istnieli na świecie. Gdy ktokolwiek z okolicznej młodzieży próbuje zbliżyć się do mnie w czasie sąsiedzkich przyjęć we dworach, szybko zniechęca go moja cierpiętnicza mina, obojętność i wieczny smutek. Bo i po co komu narzeczona, która wciąż rozpamiętuje dawną, utraconą miłość? Trwa to bez końca. Wiem, że rodzice martwią się o mnie. Zabierają mnie na wycieczki do Warszawy, do Krakowa, a nawet do Paryża, mając nadzieję, że to mnie trochę ożywi i rozweseli. Ale ja zawsze myślę, że po stokroć wolałabym być tam z Emilem niż z nimi. Wreszcie mama dała mi ten pamiętnik i powiedziała: "Opisz tu swoje wszystkie żale, a potem już zapomnij o nich i zacznij żyć, bo inaczej zadręczysz się i zmarnujesz całą młodość. Jeśli jedna miłość zawiedzie, trzeba dać szansę następnej".
Mówiła tak przekonująco, jakby znała to z własnego życia.
Trochę to mnie otrzeźwiło. Trochę jakbym się opamiętała. Bo przecież trudno spędzić całe życie na żalu za kimś, kogo się znało ledwie jedno lato. Więc powiedziałam sobie wreszcie, że dość już tej rozpaczy. Że przecież Emil pewnie nie chciałby wcale widzieć mnie we łzach przez długie lata. Że może patrzy na mnie z góry i dziwi się, czemu się zadręczam, zamiast cieszyć życiem. No a do tego...
Do tego niedawno wprowadzili się do sąsiedniego majątku nowi właściciele. Stara dziedziczka umarła bezpotomnie, a dalsza rodzina wystawiła dwór i majątek na sprzedaż. I właśnie nie dalej jak trzy dni temu złożyli nam pierwszą wizytę państwo Olędzcy. On, adwokat z praktyką w Wilnie, ona - lekko histeryczna, wpatrzona w swego syna jak w słońce. I syn... dobiegający trzydziestki kawaler, uczciwie przyznać muszę: o pięknym obliczu i jakiejś tajemnicy w czarnych jak noc oczach, którą pragnęłoby się rozwikłać. Ma na imię Leon. Jest nienachalny w sposobie bycia, grzeczny, a nawet skryty. Nie mówi zbyt wiele. Skończył prawo, jak ojciec i znalazł zatrudnienie w jego kancelarii, którą ma wszelkie widoki odziedziczyć. I mam wrażenie, że to właśnie Leon wprowadzi w moje życie ten nowy impuls, którego tak potrzebuję. Bo jego tajemnicze spojrzenie i pełna dystansu postawa zaczęły mnie dziwnie intrygować...
Połońce, dwa miesiące później
Ledwo dostałam ten pamiętnik, ledwo obiecałam sobie, że będę pisać systematycznie, a już odłożyłam go na długie tygodnie! Ale nie miałam zbyt wiele czasu na pisanie, bo jak zwykle zjechała do nas na lato moja daleka kuzynka Hania z mężem i dziećmi. Zawsze robią tyle harmidru i zamieszania wokół siebie, że trudno znaleźć przy nich spokojną chwilę na cokolwiek innego niż to intensywne bycie razem. Ale lubię, kiedy przyjeżdżają - kuzynka od lat jest moją powierniczką.
Hania należy do rodziny ze strony mojego ojca. Moja świętej pamięci babcia Malwina, osoba trochę szalona, wyjechała przed laty do Ameryki, by móc żyć tam spokojnie z moim dziadkiem Januarym, a jej brat pozostał tu, w ich rodzinnym majątku. Hania jest właśnie jego wnuczką. Wprawdzie wyjechała za mężem do Warszawy i mają tam piękne mieszkanie, ale na lato, jak dawniej, przyjeżdża do nas. Od wczesnego dzieciństwa była mi nie tylko cioteczną siostrą, ale i najbliższą przyjaciółką. Jako małe dziewczynki lubiłyśmy znikać dorosłym z oczu i gubić się w ogrodzie, gdzieś między krzakami porzeczek albo na łące wśród wysokich traw. Snułyśmy wtedy marzenia, jak też będzie wyglądać nasze dorosłe życie: oczywiście wielka miłość miała być jego częścią centralną. Wyobrażałyśmy sobie naszych przyszłych mężów: jacy będą przystojni, jak bardzo będą nas kochać i jakie będziemy szczęśliwe.
Życie Hani okazało się wcale nie tak odległe od tych marzeń. Kiedy miała dziewiętnaście lat, w jej domu pojawił się przedstawiony przez kogoś znajomego młody ułan, oficer Wojska Polskiego, Ignacy. Mundur leżał na nim pięknie, cholewy jego butów lśniły, ostrogi brzęczały przy każdym kroku. "Ułani, ułani! Malowane dzieci!". A on podkręcił wąsa i poprosił Hanię do tańca, gdy tylko ktoś z gości usiadł przy fortepianie i zagrał jakieś modne tango.
Hania mówiła mi potem, że od tego pierwszego tanga zatonęła w jego oczach i w jego ramionach, i nie chciała, żeby dźwięk fortepianu umilkł kiedykolwiek. Miała szczęście! Nie dość, że Ignacy zakochał się w niej z miejsca, to jeszcze wyszedł bez szwanku z wojny z bolszewikami, a nawet po jakiejś brawurowej akcji został awansowany na podpułkownika. Wrócił z frontu bez jednej rany, w glorii bohatera, a oprócz ostróg brzęczały także jego ordery. Wkrótce poprosił Hanię o rękę, został przyjęty z radością i po ślubie wywiózł ją do Warszawy, gdzie dostał posadę w Sztabie Generalnym Wojska Polskiego. Już niespełna rok po ślubie zostali rodzicami ślicznej córeczki, a po dwóch latach - synka. Zawsze na początku czerwca zjeżdżali do nas na lato, a gdy Ignacemu kończył się urlop, wracał do Warszawy, Hania z dziećmi zostawała zaś u nas aż do września. Wtedy mogłyśmy znowu nagadać się do woli!
Hania już od śmierci Emila namawiała mnie, żebym o nim szybko zapomniała i szukała nowej miłości. Posunęła się nawet do tego, że przywiozła kiedyś ze sobą młodszego kolegę Ignacego, Stefana, i próbowała nas sobą zainteresować. Nic z tego nie wyszło oczywiście, nie potrzebowałam wtedy żadnych swatów, a Stefan irytował mnie od pierwszej chwili (głównie rolą, jaką mu wyznaczono), więc byłam dla niego tak nieuprzejma, że poprosił o konie na stację i wyjechał wcześniejszym pociągiem. Moja kuzynka tylko kręciła głową z dezaprobatą.
Teraz jednak było inaczej. Kiedy tylko Hania i Ignacy z dziećmi pojawili się u nas, moi rodzice zaprosili państwa Olędzkich i wydali letnie przyjęcie w ogrodzie. Rodzice usiedli po jednej stronie stołu, my po drugiej i nagle stało się jakoś tak, jakby to Leon był moją parą... Hania od razu tak go zaczęła traktować. Wiem, że robiła to dla mnie, jak gdyby chciała mi użyczyć odrobinę swojego szczęścia.
Ojciec Leona perorował właśnie o niedawnym zamachu stanu, który marszałek Piłsudski przeprowadził w Warszawie. Mimo że nie obyło się przecież bez ofiar, pan Olędzki wierzył, że wyjdzie to Polsce na dobre. Przekonywał, że silne rządy Wodza, który potrafił powstrzymać bolszewicką nawałnicę, okażą się lepsze dla kraju niż wieczne sejmowe spory politycznych pieniaczy. Mój ojciec jednak, urodzony i wychowany w Ameryce, wierzył w demokrację i odnosił się krytycznie do wydarzeń w Warszawie, mówiąc, że to nie żadna sanacja, tylko bezprawne wprowadzenie rządów autorytarnych. Ignacy, który przybył z samego środka tego zamieszania (cudem otrzymał zgodę na urlop w tej napiętej sytuacji), chciał się włączyć do rozmowy jako naoczny niemal świadek, ale Hania nie pozwoliła mu dojść do głosu, zignorowała dyskusję naszych rodziców i zwróciła się tylko do naszej czwórki:
- A może wybralibyśmy się jutro we czworo na przejażdżkę konną nad Niemnem? Co pan na to, panie Leonie? - rzuciła tonem, w którym tylko pozornie brzmiało pytanie. W istocie słychać w nim było nieodwołalne postanowienie. - Jestem pewna, że nie poznał pan jeszcze wszystkich okolicznych terenów.
Stół był rozstawiony pod jabłoniami, w miejscu, z którego rozciągał się wspaniały widok na dolinę Niemna. Łąki koiły oczy soczystą, szmaragdową zielenią, błękitne lustro wody odbijało bezchmurne, czyste niebo, a lekki wiatr przynosił zapach ziół znad rzeki. Kolorowe motyle fruwały nad naszymi głowami. Rzeczywiście, warszawskie, a nawet wileńskie sprawy wydawały się tu równie odległe jak księżyc, a przemierzanie naszych malowniczych okolic mogło zdać się przybyszom z miasta najmilszą rozrywką.
Leon w milczeniu podnosił do ust łyżkę z chłodnikiem i rozważał propozycję Hani - bez widocznego entuzjazmu.
- Często jeżdżę konno - odparł, kiedy Hania przeszywała go wzrokiem, domagając się odpowiedzi - i znam już trochę okolicę.
- A był pan na poziomkowej polanie? - nie dawała za wygraną.
- Nie.
- Och, widzi pan! Koniecznie musi pan zobaczyć poziomkową polanę! Jeździłyśmy tam z Lilką setki razy jako dzieci. Nigdzie nie znajdzie pan takich cudnych poziomek jak tam! Więc postanowione. Podjedziemy do pana jutro o jedenastej, to po drodze. Zgoda?
Leon popatrzył niepewnie na matkę.
- Ależ jedź z państwem, Leosiu, oczywiście. Rozerwij się. Zapraszamy państwa - zaszczebiotała pani Olędzka.
Ignacy nie protestował - dość nawydawał się rozkazów na co dzień w sztabie armii. W czasie urlopu i w sprawach domowych zostawiał dowodzenie żonie, z czego Hania skwapliwie i z wdziękiem korzystała.
Spór o czyn Marszałka przeciągnął się aż do deseru, ale nie został rozstrzygnięty. Dopiero przy kawie moja mama i pani Olędzka zdołały wymienić uwagi o ostatniej premierze w kinie, filmie Trędowata, z Jadwigą Smosarską w roli nieszczęsnej Stefci Rudeckiej.
A już następnego dnia pojechaliśmy razem na poziomki. Moja kuzynka uprzedziła mnie, że specjalnie pojadą z Ignacym przodem, żeby dać nam sposobność swobodnej rozmowy. Przekonywała mnie, że Leon na pewno jest mną zainteresowany, tylko trzeba go nieco ośmielić, bo naturę ma delikatną, romantyczną i skrytą.
- Uwierz mi, ja się znam na ludziach! - zapewniała mnie. - On za tobą szaleje, tylko taki jest nieśmiały. I delikatny. Ale to dobrze. Nie będzie się za innymi oglądał.
Hania zdawała się wierzyć, że wystarczy, iż kobieta spojrzy wybranemu mężczyźnie głęboko w oczy, uśmiechnie się słodko, a on z miejsca zakocha się w niej i poprosi ją o rękę. Tak było z nią i z Ignacym, ale nikt nie mógł mieć pewności, że sprawdzi się to w przypadku moim i Leona. Jednak kuzynka postawiła sobie za cel mnie wyswatać, jakby czuła się moją dłużniczką.
Zgodnie z obietnicą Hania z Ignacym wypuścili się w cwał przed nami, a my z Leonem jechaliśmy za nimi spokojnym kłusem, który pozwalał nam rozmawiać. Dzień był cudowny, słoneczny, z lekkim wiaterkiem niosącym śpiew ptaków i brzęczenie pszczół. Jakby stworzony do początku romansu.
- I jak, zadowolony pan jest z przeprowadzki? Nie nudzi pana to wiejskie życie? - zaczęłam rozmowę, pomna rad Hani, że należy Leona ośmielić.
- Lubię wieś, ma wiele uroków - odpowiedział uprzejmie. Miał na sobie elegancki strój do konnej jazdy, jakby brał udział w biegu świętego Huberta. Jego zadbana, czarna bródka połyskiwała w słońcu. - Mówią, że człowiek inteligentny nigdy się nie nudzi.
- Zatem nie ma pan żalu do rodziców, że pana wywieźli z Wilna w tę naszą głuszę?
- Nie. Mógłbym pozostać w Wilnie, w naszym mieszkaniu. Ale starczy mi, że tam pracuję. Wolałem przenieść się na wieś i mieć więcej swobody. W mieście człowiek zawsze jest na oczach innych ludzi.
I tak rozmawialiśmy spokojnie, uprzejmie, o sprawach w gruncie rzeczy obojętnych. Ale nie wiem, czy to podszepty Hani, czy mojego własnego, stęsknionego za miłością serca sprawiły, że zaczęłam myśleć o Leonie jak o moim przyszłym ukochanym, zaczęłam widzieć w nim następcę Emila. Był dobrą partią - adwokat, z widokami na własną kancelarię, z liczną klientelą i wyrobionym w Wilnie nazwiskiem. A do tego - nasze majątki sąsiadowały. Przypuszczam, że naszych rodziców ucieszyłby taki związek. Przyszło mi nawet do głowy, że być może dlatego tak często zapraszali się wzajemnie, żeby ich jedyne dzieci mogły się poznać, bo zarówno Leon, jak i ja byliśmy w wieku, gdy czas najwyższy było myśleć o zakładaniu własnej rodziny.
Gdy dojechaliśmy do poziomkowej polany, zobaczyliśmy, że biały koń Hani i siwy Ignacego uwiązane do konara dębu skubią spokojnie trawę. Jeźdźców nie było widać. Zeskoczyliśmy z siodeł, Leon uwiązał nasze konie. Zaczęliśmy zbierać poziomki - słodkie, pachnące, rozgrzane słońcem. Miałam ochotę zerwać ich pełną garść i podać Leonowi prosto do ust, jak w wierszu Leśmiana o malinach. Poczuć na nagiej dłoni łaskotanie jego czarnych wąsów, warg, a może i ciepłego języka... Ale chyba za wcześnie jeszcze na takie poufałości?
Po chwili z gęstwiny krzewów dzikiego bzu, rosnących na skraju naszej polany, wyszła zarumieniona Hania o roziskrzonych oczach. Zauważyłam od razu, że miała włosy w nieładzie, a na ramieniu jej jeździeckiego żakietu wisiały przyczepione źdźbła traw i suchy liść. Mówiła mi nieraz o wielkich apetytach małżeńskich swojego męża. Zaraz za nią wyszedł i Ignacy, podkręcając wąsa i gwiżdżąc pod nosem jakąś ułańską piosenkę.
- Nie mogliśmy się was doczekać, więc poszliśmy na mały spacer - wytłumaczyła ich Hania, uśmiechając się promiennie.
Ależ jej zazdrościłam! Ja do tej pory nie znałam tego uczucia. Mimo woli popatrzyłam z nadzieją na Leona.
- I jak panu smakują poziomki, panie Leonie? A zresztą, może mówmy sobie wszyscy po imieniu, po co nam te ceregiele! - zaproponowała.
- Poziomki wyborne, Haniu. - Leon ukłonił się, akceptując jej propozycję. - Wdzięczny jestem tobie i Lilce, żeście wyjawiły przede mną swoje sekretne miejsce.
Od tego dnia Hania stała się naszym dobrym duchem. Organizuje wycieczki, przejażdżki i wieczorki. Zamyka się w kuchni z moją mamą ("Ciociu, mogę ciocię poprosić na słówko?"). Raz nawet po niedzielnej mszy podeszła do pani Olędzkiej, pochwaliła jej kapelusz i poszeptała z nią w cieniu starej lipy. Leon niemalże się u nas zadomowił, gdy jego ojciec zamknął na lato kancelarię. I jakoś tak się stało, że wszyscy zaczęli nas traktować jak parę. A ja wyobrażam sobie, jak wychodzę dumnie z kościoła, wsparta na ramieniu mojego pięknego i szanowanego męża, mecenasa Leona Olędzkiego. Ach!
I tak mija nam to lato, a w moim sercu rośnie nadzieja, że może szczęśliwe dni nadejdą i dla mnie. Zaczęłam się częściej uśmiechać. Moi rodzice chyba wreszcie odetchnęli z ulgą.
Połońce, połowa sierpnia
Nareszcie, nareszcie! Nadszedł ten dzień, który sobie wymodliłam. Leon nareszcie poprosił mnie o rękę!
Temat naszych zaręczyn od wielu dni wisiał w powietrzu tak samo wyczuwalny jak zapach koszonych traw z pobliskich łąk. Co rusz ktoś z domowników lub gości mówił, jaka piękna z nas para, jak uroczo wyglądamy razem, albo co to za szczęśliwy traf, że nasze majątki przylegają do siebie, tworząc idealną całość. Moi rodzice coraz bardziej zaprzyjaźnieni z Olędzkimi (pomimo różnicy w politycznych zapatrywaniach) patrzyli na nas, kiwając głowami. Polubili Leona. Mówili, że stateczny, że uprzejmy, że ma widoki na przyszłość i że nie ma na co czekać. Wiedziałam dobrze, że te zachęty są podszyte lękiem przed moim staropanieństwem, które zaczęło zaglądać mi w oczy, gdy trawiłam lata na żalu za Emilem. Ale przecież mają rację: należało się z tego otrząsnąć, żyć dalej i pomyśleć o przyszłości. A ja tak bardzo chciałam już wyjść za mąż i zostać szczęśliwą mężatką, jak Hania.
Więc kiedy wczoraj Leon pojawił się u nas na podwieczorku z bukietem czerwonych róż, ubrany w popielaty garnitur, zadrżałam z emocji, bo domyśliłam się, w czym rzecz. Pobiegłam zaraz do swojej sypialni, żeby się przebrać w odświętną sukienkę - tę liliową, z koronką. A kiedy klęknął przede mną i poważnym głosem zapytał, czy zechcę zostać jego żoną, poczułam, że wreszcie moje życie wchodzi na właściwe tory.
- Tak, oczywiście, że tak! - odpowiedziałam radośnie, a Hania i rodzice zaczęli nam bić brawo.
Wszyscy odetchnęli z ulgą, jakby udało się przeprowadzić jakieś niezwykle trudne przedsięwzięcie. Ja także.
Połońce, 17 września 1926
I znów nie pisałam od dawna, ale ten miesiąc nie dał mi chwili wytchnienia! Przygotowania do ślubu pochłonęły mnie zupełnie. Bo tuż po zaręczynach nasi rodzice uznali, że nie warto czekać miesiącami, i od razu dali na zapowiedzi. Miałam urwanie głowy: wybór sukni, wizyty krawcowej, przyjęcie weselne, zaproszenia. Na szczęście Hania została u nas trochę dłużej, żeby pomóc w przygotowaniach. Kochana Hania.
A to już jutro! Ślub w kościele, o dwunastej w południe, potem obiad rodzinny, przyjęcie, wieczorny bal i... noc poślubna. Jakie to szczęście, że Hania wszystko mi powiedziała! Jej, biedaczki, nikt nie uprzedził, czego się spodziewać. Myślała, że ten Ignacy to jakiś chory szaleniec. Ale szybko ją przekonał, że wszystko z nim w porządku, powiedział, jak się rzeczy mają, i proszę - już trzecie dziecko w drodze, a Hania kwitnie. Trochę przytyła, ale wciąż promienieje. I wszystko mi powiedziała: żeby się nie bać, że trochę może boleć, ale to szybko minie, i że potem niebo się otwiera... I żeby się nie wstydzić i nie leżeć jak kłoda. No dobrze, postaram się, żeby Leon był zadowolony.
Leon... Jakież będzie to nasze życie wspólne? Właściwie nie znam go zbyt dobrze, chociaż stał mi się prawdziwie bliski tego lata. Leon jest barczysty, świetnie jeździ konno - widywałam go często z okna mojego pokoju, jak galopował rano na swym czarnym koniu.
A kiedy bywa u nas na obiedzie, zawsze cichy i poważny, siedzi, jakby jego myśli zajmowały jakieś sprawy wielkiej wagi. Rodzice nasi rozprawiają o zbiorach, o sanacyjnych rządach, o automobilach i modnych kapeluszach, a on siedzi milczący, tylko wąs czarny podkręca i marzy. Przeczuwam w nim naturę subtelną i uczuciową. Zajmuje moje myśli. Intryguje mnie jego małomówność. Jakby był zagadką, którą będę musiała rozwikłać po ślubie. Jestem pewna, że i on obdarza mnie uczuciem. Czytam to z jego twarzy.
Przychodzi ten mój narzeczony do nas na podwieczorki, zawsze grzeczny, z wypomadowanym wąsem, a cholewki jego butów tak lśnią, że można się w nich przejrzeć. To dobrze, jak mężczyzna taki zadbany. Już się nie mogę doczekać, żeby go zobaczyć w ślubnym garniturze!
Dziś krawcowa ukończyła wreszcie moją suknię. Wysz-ła pięknie! Cała z połyskliwego atłasu, z trenem i koronkowym dekoltem. Hania mi doradziła ten model.
No, ale czas już spać, żebym nie miała rano oczu podkrążonych.
Połońce, dwa dni potem
No i zostałam panią mecenasową Leonową. Lilianna Olędzka, tak się teraz nazywam. Ale Hania po dawnemu mówi do mnie "Lilka".
- No i jak, Lilka, jak było? - zapytała mnie szeptem, kiedy zeszłam na śniadanie. Hania aż drżała z niecierpliwości, żeby usłyszeć moją opowieść. Jakby to wynagradzało jej wysiłki tego lata.
Leon jeszcze spał. Po przyjęciu weselnym i balu zostaliśmy u moich rodziców. Tę noc niepowtarzalną miałam spędzić we własnym domu. Ach, jak ja się przygotowałam! Włożyłam piękną batystową koszulę sprowadzoną z Paryża - prezent od mamy. Miałam za uszami i na przegubach roztarte perfumy pachnące jak moje imię, liliowym bzem. I miałam nadzieję zostać wreszcie prawdziwą kobietą, poczuć jak to jest. I pokazać mężowi, że nie jestem żadną drewnianą kłodą.
Kiedy po mszy w kościele, po wycałowaniu setek ciotek, wujów i sąsiadów, po obiedzie i wieczornym balu dotarliśmy nad ranem do naszej sypialni, byliśmy zmęczeni jak orne woły na wiosnę. Ale przecież pomimo zmęczenia moje ciało drżało z emocji. Czekałam na mojego męża, na jego usta, na jego słowa, na naszą miłość. Na to, że doda mi odwagi w tej chwili niełatwej i że zamieni mój wstyd w poryw namiętności. Liczyłam na to, że cała subtelność i romantyzm jego duszy znajdą wyraz w tej chwili.
Gdy weszliśmy do sypialni, wrześniowy świt zaczynał lekko rozjaśniać niebo tuż nad horyzontem. Przez otwarte okno wpadał chłodny powiew przesycony zapachem jesiennych kwiatów. Biała firanka była wydęta podmuchem wiatru jak brzuch ciężarnej kobiety. Ledwie dawało się dostrzec kontury mebli. Leon nie zapalił światła. Wszedł za parawan, przebrał się w elegancką pidżamę i nie rzekł ani słowa. Myślałam, że rozepnie mi haftki sukni, że będzie przebierać niecierpliwie w moich halkach, może rozedrze atłas z pośpiechu. Ale nie. Nic nie uczynił. Wszedł pod kołdrę i odwrócił się plecami.
Pomyślałam, że i dla niego ta chwila nie jest łatwa. Może i on miał spędzić noc z kobietą po raz pierwszy. Więc sama uporałam się z suknią, wykręcając ręce przy rozpinaniu haftek na plecach. Zrzuciłam bieliznę, pończochy. Stanęłam naga w ciemnościach. Czekałam, może mój mąż podniesie się z łóżka i podejdzie do mnie. Ale nie.
W ciemnościach wsunęłam batystową koszulę z Paryża, rozczesałam włosy szylkretowym grzebieniem i wślizgnęłam się cicho pod kołdrę. Czekałam, aż Leon odwróci się do mnie i sięgnie po moje ciało. Ale usłyszałam tylko jego równy oddech. Spał.
Co więc miałam odpowiedzieć Hani? Opowiedziała mi o swojej nocy poślubnej w szczegółach. Czekała na rewanż. Odwróciłam twarz do okna.
- Dobrze, Haniu, dobrze - odparłam szeptem i poczułam, jak moje oczy robią się wilgotne.
Następny ranek
I znowu nic. Tego wieczoru trudno mówić o zmęczeniu, bośmy dzień spędzili u jego rodziców, na obiedzie. Przywieźli ze sobą z Wilna świetną kucharkę, która przyrządziła dla nas znakomitego bażanta, upolowanego przez ojca Leona. Bażant był wykwintny, podany elegancko, z piórami w ogonie, razem z kaszą gryczaną i pysznym sosem grzybowym. Ale z trudem wmuszałam w siebie kolejne kęsy. Czerwone wino w kryształowych kieliszkach na tle śnieżnobiałego obrusa nasuwało mi myśl o mojej krwi, która miała splamić prześcieradło, a nie splamiła.
Teściowie moi mili, uprzejmi jak zawsze. Wydawało mi się, że matka Leona patrzyła na nas badawczo, z troską w oczach, jakby chciała zapytać: "No i jak wam było ostatniej nocy, czyście się kochali?". Ale przecież nie wyrzekła tego na głos, więc paplałyśmy o nowej zastawie, obrusach i przepisach na konfitury. Gdy wieczorem wracaliśmy do mego domu bryczką, wzięłam Leona pod rękę, przytuliłam twarz do jego ramienia. Cały zesztywniał. Mój Boże, barczysty jak bokser, a nieśmiały jak panna!
A w sypialni - znowu nic. "Dobranoc, Lilko" jedynie i tylko plecy jego w pasiastej pidżamie przywdzianej za parawanem. Nawet go nie widziałam nagiego jeszcze. Jak długo to ma trwać w ten sposób? I czy się doczekam, by mój mąż wreszcie się mną zainteresował?
Dwa tygodnie po ślubie
Dziś odkryłam jego sekret. Choć sama już nie wiem, czy wolałabym znać prawdę, czy nie. Serce mi tak wali całe popołudnie, że musiałam zażyć kropli walerianowych. Ja - okaz zdrowia. Ręce mi się trzęsą - stąd to pismo koślawe. Jak mam to opisać? Po kolei.
Więc to już dwa tygodnie od naszego ślubu, a mój mąż wciąż mnie nie tknął. "Czy aż tak jestem odrażająca? Czy brzydko pachnę? Czy go coś we mnie denerwuje i mierzi? Lecz skoro nie pociągam go nic a nic - po co żenił się ze mną?" - tak zadręczałam się od dwóch tygodni, unikając rozmów z Hanią i z matką. Bo jak im powiedzieć, że własny mąż mnie nie chce? Sama tego nie rozumiałam. Aż do dziś.
Dziś bowiem, jeszcze przed obiadem, miałam iść z dziećmi Hani narwać dalii do wazonów, ale zobaczyłam, że służąca już to zrobiła. Chciałam więc poczytać przez tę chwilę do obiadu. Poszłam po książkę na górę. A kiedy zbliżałam się do białych drzwi naszej sypialni, usłyszałam dziwne jakieś sapanie i jęki. Jęki rozkoszy? Głos Leona. Czy to znaczy, że nie sięgnąwszy nawet po mnie, już mnie zdradza z którąś z pokojówek? Zamarłam. Stałam chwilę pod drzwiami. Nasłuchiwałam. Nie miałam wątpliwości - to Leon. Tylko z którą z nich? Wbiłam paznokcie jednej ręki w nadgarstek drugiej, aż do krwi. Poczułam mdłości. Myślałam przez chwilę, co powinnam zrobić. Może odejść dyskretnie i milczeć z godnością? Udać, że niczego nie usłyszałam? Tak byłoby najłatwiej. Ale dość miałam mojego upokarzającego stanu małżonki dziewicy. To przecież mój dom, moja sypialnia. Otworzyłam drzwi z impetem, ciekawa, którą ze służących będę musiała wyrzucić. I co ujrzałam?
Och, mój Boże... Trudno mi o tym nawet pisać.
Mój mąż, Leon, stał na środku sypialni, oparty plecami o metalową ramę naszego łoża. Dyszał ciężko. Jego twarz miała wyraz, jakiego nigdy na niej nie widziałam - absolutnej błogości, a nawet ekstazy. Jego bryczesy były opuszczone do kolan, biała koszula zwisała swobodnie, a na podłodze u jego stóp zobaczyłam... nie, nie Bronkę ani Zośkę, tylko... klęczącego Mietka, chłopca stajennego. Mietek był zupełnie nagi. Jego krzepkie, opalone ciało odcinało się od śnieżnej bieli naszej pościeli. Z twarzą przy kroczu Leona zaspokajał go wprawnymi ruchami. Krzyknęłam. Mietek oderwał twarz od przyrodzenia mojego męża, które najpierw wyprężone, teraz opadło bezradnie.
Nie wiem, kto z nas był najbardziej przerażony sytuacją. Mietek wyraźnie - najmniej. Wstał spokojnie, prezentując swoje muskularne ciało i popatrzył na mnie bezczelnie, bez zażenowania, a nawet z cieniem drwiny w oczach, jakby chciał powiedzieć: "Jeśli jaśniepaństwo sobie nie radzą w tych sprawach, to może i pani dogodzę". Leon patrzył na mnie z wyrazem bezmiernej udręki i wstydu w oczach, ale zarazem jakby z ulgą, że jego sekret się wydał i że ciężar zalegający między nami od dwóch tygodni skruszył się. Choć zostały gruzy. Gruzy naszego małżeństwa.
Mietek spokojnie wciągnął swoje portki i koszulę, wziął buty do ręki i wyszedł, zostawiając nas samych. Leon niezdarnie podciągnął bryczesy i upychał w nich koszulę. Widziałam, że ręce mu drżały. Miał nieszczęśliwą minę. Rumieniec na twarzy. Milczał. Bo i co tu mówić w tej sytuacji? Ja też nie miałam siły odezwać się do niego. Odwróciłam się, zeszłam na dół i wybiegłam do ogrodu.
Moja ulubiona ścieżka powiodła mnie do parku, nad staw, gdzie można się schować w cieniu stuletniej wierzby płaczącej, która chroni przed światem w cieniu swoich witek, zwisających aż do ziemi. Jej smukłe listki zaczynają już żółknąć. Osłonięta tym falującym na wietrze, zielono-złotym namiotem, upadłam na trawę i zaczęłam płakać. Płakałam z żalu nad swoim losem, z żalu nad tym kuriozalnym małżeństwem, nad miłością, którą znowu ulokowałam tak niefortunnie, i nad szczęściem, które mnie ominęło, a na które czekałam. Na obiad nie poszłam.
Kiedy wróciłam do domu, wszyscy siedzieli już przy kolacji. Brakowało tylko Leona.
- O, widzę, że młodzi małżonkowie tak sobą zajęci, że zapomnieli o bożym świecie - rzucił wesoło ojciec znad pasztetu.
Ale Hania popatrzyła na mnie z niepokojem.
Nie wiedziałam, jak im to powiedzieć. Głowa mnie bolała. Nie mogłam nic przełknąć. Posiedziałam w milczeniu przy stole, wypiłam tylko szklankę wody. Poszłam na górę, do sypialni. Weszłam do niej ze wstrętem. I co, mamy znowu położyć się do jednego łóżka i zasnąć w milczeniu, jakby nic się nie stało? I tak przez kolejne lata? Dlaczego los znów zadrwił ze mnie i z moich marzeń?
Męczy mnie silna migrena. Leona wciąż nie ma. Idę spać.
Następnego ranka
O mój Boże, co za noc! Moja teściowa, Sabina Olędzka, przyjechała do nas po północy. Spałam mocno, ale w końcu obudził mnie hałas na dole. Antoni nie chciał jej wpuścić, perswadując, że wszyscy już śpią. Nie dała się odesłać. Szlochała w sieni. W końcu zeszliśmy wszyscy na dół w szlafrokach, zaspani i zdziwieni jej wtargnięciem o niestosownej porze. Nie zapomnę jej spojrzenia, które wymierzyła we mnie jak pocisk: pełno w nim było bólu, ale i niemego oskarżenia.
- Leoś się zastrzelił... - zawyła.
I spojrzała na mnie tak, jakby to była moja wina.
Moi rodzice wyrwani ze snu patrzyli, nic nie rozumiejąc.
- Ale jak to? To niemożliwe. Jakaś pomyłka. Był tu przecież. Lila, gdzie Leon? - bełkotali bezładnie.
Ale ja pamiętam jego wzrok. Wiem, że mógł to zrobić. To, co wzięłam kiedyś za subtelny romantyzm jego duszy, mogło być jedynie strachem przed ujawnieniem sekretu. Być może nie potrafił się zmierzyć z perspektywą ujawnienia światu swej tajemnicy. Choć przecież nikomu o tym nie powiedziałam.
Żal mi się zrobiło Leona i jego płaczącej matki, ale jednocześnie, wybacz mi, Boże, poczułam niespodziewaną wdzięczność, że tym tragicznym gestem sam rozwiązał nasze kuriozalne małżeństwo, które miało być jedynie osłoną jego skłonności. Pozostawił mnie wprawdzie dziewicą wdową, ale zwrócił wolność.
Do świtu moja teściowa i moi rodzice siedzieli w salonie, roztrząsając szczegóły "wypadku", kiwając głowami z niedowierzaniem i załamując ręce nad moim losem. Obejmowali mnie, współczuli i dodawali otuchy. Przez moment zastanawiałam się, czy im powiedzieć o dzisiejszym odkryciu. Ale postanowiłam im tego oszczędzić, przynajmniej teraz. Z trudem dobrnęliśmy do świtu. Wreszcie Olędzka pojechała do siebie. Padam z nóg. Choć mam dziwne i niepoprawne poczucie ulgi.
Połońce, cztery dni później
Dziś pochowaliśmy Leona. Już po raz drugi musiałam patrzeć na opuszczanie do zimnego dołu trumny z ciałem mężczyzny, z którym planowałam spędzić życie. Dzień był cichy, cmentarz spowijała mgła, a nas owiewał wilgotny jesienny chłód. Znów kapelusz z czarną woalką, znów czarne suknie i płaszcze, i znów szloch matki, która straciła jedynego syna. I ja, młoda wdowa, odrętwiała z bólu. Na cmentarzu pojawiło się mnóstwo naszych sąsiadów i krewnych, przybyłych z Wilna młodszych i starszych adwokatów, dalszej rodziny Olędzkich i innych ludzi, zwabionych wieścią o niezwykłej śmierci młodego małżonka. Czułam na sobie dyskretne, a czasem natrętne spojrzenia wielu z nich, jakby chcieli dociec: "Co takiego zrobiłaś mu, kobieto, że odebrał sobie życie po dwóch tygodniach spędzonych z tobą?". Ciężar tego niewypowiedzianego, a unoszącego się w powietrzu pytania, przytłaczał mnie. Ukryta za woalką patrzyłam na ludzi zgromadzonych wokół trumny okrytej świeżymi kwiatami: w jednych spojrzeniach widziałam żal i współczucie, ale w innych - lęk. Jakby niektórych ogarnęła jakaś pradawna, zabobonna wiara, jakby mieli ochotę splunąć na mój widok i przeżegnać się ukradkiem. Choć jeszcze niedawno wielu z nich składało nam życzenia w kościele i tańczyło na naszym weselu.
Ksiądz, który znał mnie od dziecka, próbował znaleźć słowa otuchy, mówił o niezbadanych wyrokach boskich, o odnalezieniu pocieszenia w modlitwie i oddaniu się w opiekę Najświętszej Panience. Po zakończeniu ceremonii pogrzebowej podszedł i próbował mnie szczerze pocieszyć, ale gdy przyjmowałam kondolencje od ustawionego w kolejce tłumu gości, u wielu z nich pod konwencjonalnym zachowaniem wyczuwałam chłodną rezerwę. I nie wiem już, co mnie bardziej przytłaczało: zawiedzione nadzieje, rozczarowanie losem tego małżeństwa czy ten wiszący w powietrzu niemy wyrzut, że być może Leon zastrzelił się przeze mnie, bo jakiż inny mógłby mieć powód?
Gdy wychodziliśmy z cmentarza, na uboczu, pod ogrodzeniem, zobaczyłam człowieka, który patrzył na mnie z prawdziwym współczuciem i zrozumieniem, a także z bólem w oczach. To był Mietek. Przez chwilę wydało mi się zabawne, że cały tłum gości z towarzystwa zachodzi w głowę, co mogło być przyczyną desperackiego kroku Leona, a tylko jeden jedyny chłopiec - stajenny Mietek - zna prawdę. Choć pewnie nie wyjawi jej nikomu, bo nikt z gości nie tylko nie zechce z nim rozmawiać, lecz także nie dostrzega jego istnienia. A kto wie, może poza rodzicami to właśnie Mietek będzie tęsknił za Leonem najbardziej. I może to on znał go z nas wszystkich najlepiej.
Stypę urządzili Olędzcy u siebie - siedziałam sztywno przy stole i starałam się nie słuchać ściszonych rozmów dociekających niestrudzenie przyczyny śmierci. Męczyło mnie odczytywanie znaczeń w kierowanych na mnie spojrzeniach. Siedziałam więc ze spuszczonym wzrokiem, nie szukając kontaktu z nikim, i marzyłam o końcu tej uroczystości. Nawet moi rodzice i Hania z Ignacym siedzieli zakłopotani i milczący, nie bardzo wiedząc, jak mnie pocieszać. Wreszcie przyjęcie dobiegło końca i z poczuciem ulgi mogłam pojechać do siebie. Nie planowałam wracać do domu moich teściów zbyt często.
Połońce, 1927
Nie pisałam dawno. Nie miałam sił. O czym tu pisać? Jeden ukochany zginął na froncie, drugi z własnej ręki. Jak tu nie wierzyć w fatum? Czy to ze mną jest coś nie tak? Może to ja ściągam nieszczęścia na tych, których kocham... Co za straszna myśl! Czy to znaczy, że pisana mi jest samotność? I że powinnam się trzymać z dala od młodych mężczyzn, bo ściągam na nich śmierć? Moja mama mówi, że to bzdura, że nie można tak myśleć. Że obaj zginęli, bo taki był ich los, i nic to nie ma ze mną wspólnego. Łatwo jej mówić.
Pogrążyłam się w żałobie na kolejny rok - miałam pod dostatkiem czarnych sukienek i czarnych myśli. Znowu odsunęłam się od ludzi i nie chciałam nikogo widywać, a już szczególnie szczęśliwych młodych mężatek i mam. Nawet wizyty Hani stały się mi niemiłe.
Wreszcie mama, zaniepokojona moim stanem, przekonała mnie, żebym wyszła choć do kościoła. Ubrałam się, pojechałam z rodzicami na mszę, pomodliłam się za obie dusze moich wybrańców w zaświatach. A kiedy wyszłam z kościoła, gotowa już spojrzeć ludziom w twarz i wymienić uprzejmości, zobaczyłam w ich oczach nie tyle współczucie, ile popłoch, jakby bali się, że przez sam kontakt ze mną i oni zaraz padną trupem. A może tylko jestem przewrażliwiona? Ale kiedy mijałam grupę młodzieńców z sąsiedztwa, rozmawiających po mszy w cieniu lip, ukłonili się, ale umilkli i spuścili oczy. Widać, już nie tylko baby po wsiach plotkują o mnie, ale i młodzież z towarzystwa. Jak tak dalej pójdzie, to na pewno już następnego męża w całej okolicy nie znajdę. Ta myśl znowu wprawiła mnie w odrętwienie i ponury nastrój. Rodzice znów zaczęli mi się przyglądać zatroskanym wzrokiem i szeptać wieczorami ze zbolałą miną.
Połońce, 1930
Pustka, znowu pustka. Mijają miesiące. I lata. Na świecie podobno kryzys. Ludzie tracą fortuny, tracą pracę, rzucają się z okien. Tak piszą w gazetach. I w moim sercu też kryzys, przeciągający się znów ponad miarę. Życie przecieka mi między palcami. Zajmuję się gospodarstwem. Pomagam smażyć konfitury. Haftuję obrusy. Jeżdżę do krawcowej do Wilna szyć nowe sukienki. Ale po co to wszystko? Po co? Mężczyźni boją się mnie, jakby ciążyła nade mną klątwa. Nie ma chętnych do sprawdzenia, czy i trzeciego wybranka czeka u mego boku rychła śmierć.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
Niebo nad Londynem miało kolor świetlistego błękitu, choć właśnie zaczął się listopad. Przez duże okno widać było wciąż zielony trawnik i staw, po którym pływały pięknie ubarwione kaczki.
"Ci Anglicy tak kochają wieś, że nawet nowoczesny park biznesowy potrafią urządzić w stylu sielskiej countryside" - pomyślała Marta, siedząc przy długim stole w przeszklonej sali konferencyjnej. Słońce grzało przez szybę tak mocno, że zdjęła swój ciemnoszary żakiet i powiesiła go na oparciu krzesła. W tafli szkła oddzielającej salę od korytarza odbijała się jej szczupła sylwetka z ciemnymi, krótko ostrzyżonymi włosami.
- Excuse me... - powiedziała przed chwilą wysoka posągowa piękność, prowadząca międzynarodowe spotkanie, i opuściła salę. Który to już raz dzisiaj? Zgromadzeni wokół stołu menedżerowie odprężyli się i zaczęli cicho rozmawiać, a niektórzy zerkali na zegarki, sprawdzając, czy zdążą na samolot.
Marta obserwowała kaczki. Patrzyła na grupę młodych pracowników biurowych siedzących na ławkach albo wprost na trawie dookoła stawu i pochłaniających zestawy lunchowe: kanapki i sałatki z plastikowych miseczek. Niektórzy rzucali kaczkom resztki swoich bułek.
Odkąd jej firma przeniosła siedzibę europejskiej centrali z londyńskiego City do nowego centrum biznesowego na przedmieściach, z jego sielskimi stylizacjami i rozległym parkiem położonym pośród biurowców, Marcie potencjalna praca tu wydawała się jeszcze atrakcyjniejsza niż dawniej. Bo czy nie byłoby miło pracować w tak profesjonalnym otoczeniu, w firmie, która jest liderem branży, a jednocześnie jadać lunche na trawie, nad brzegiem stawu? Iść rankiem do pracy przez zadbany park i w przerwach koić wzrok widokiem zielonych drzew? Gdy pobliska stacja metra pozwala się znaleźć w centrum Londynu w ciągu zaledwie dwudziestu minut. Kiedy Marta stała w korkach w zatłoczonej Warszawie albo kiedy bezskutecznie szukała rano wolnego miejsca parkingowego w centrum, często stawał jej przed oczami ten uroczy park i powracało marzenie o pracy w europejskiej centrali. Na szczęście była singielką bez zobowiązań, więc przeprowadzka do Londynu nie stanowiłaby dla niej żadnego problemu.
Prowadząca spotkanie wróciła do sali i znów stanęła przed audytorium. Ponownie uruchomiła rzutnik i popatrzyła na ekran, na ostatni slajd prezentacji, by wrócić do przerwanego wątku.
Żelazna Victoria. Dyrektor public relations na Europę. Szefowa Marty i jej mentorka. Inteligentna, profesjonalna, skuteczna. A do tego posągowo piękna. Marta podziwiała ją od dawna, uczyła się, podpatrując jej metody pracy. Sama była dyrektorem PR polskiego oddziału firmy i traktowała swoją karierę bardzo poważnie. Spośród wielu znanych jej menedżerów to właśnie Victoria stanowiła dla niej niedościgniony wzór profesjonalizmu i zawodowej skuteczności. Ale czy rzeczywiście wciąż niedościgniony?
- Jak wiecie, byliśmy ostatnio z Nigelem w Nowym Jorku na kwartalnym spotkaniu z inwestorami z Wall Street - wróciła do przerwanego wątku Victoria. - Spotkanie nie należało do przyjemnych, bo wyniki firmy za ostatni kwartał są znacznie poniżej ich oczekiwań. Ostatnia europejska kampania nie przyniosła takiego wzrostu, jak się spodziewaliśmy.
Ton Victorii był tak poważny, że Marta mimo woli zaczęła się zastanawiać, czy mogła zrobić coś więcej, by wynik sprzedaży w Polsce okazał się trochę lepszy.
- Przecież jest kryzys, czy oni tego nie wiedzą? Ludzie mniej kupują - zauważył Herman, dyrektor PR z Niemiec.
Victoria spiorunowała go wzrokiem.
- Wiedzą doskonale. Ale wiedzą też, że dobry menedżer potrafi zarabiać nawet w kryzysie. A kto nie potrafi, odpada - odparła szorstko, spoglądając Hermanowi w oczy.
Victoria umiała być ostra, ale z jej zdaniem liczyli się nawet członkowie głównego zarządu firmy. Marta popatrzyła na nią z uznaniem. Oczywiście, że zasłanianie się kryzysem to zwykłe mazgajenie się. Liczy się skuteczność.
- Czy jest już nowa koncepcja wizerunkowa, czy trzeba ją stworzyć? - zapytała Marta, gotowa natychmiast do burzy mózgów i wymyślania, jak przekonać europejskich konsumentów, by kupowali batony właśnie jej firmy.
Victoria przeniosła wzrok na Martę. Bardziej łaskawy.
- Jest. Stworzyliśmy ją razem z marketingiem. Ale marketing potrzebuje naszego wsparcia, silniejszego niż zwykle.
A kiedy kilkanaście par oczu podniosło się na nią znad stołu, by poznać nowy koncept, Victoria znów gwałtownie odłożyła pilot do rzutnika.
- Excuse me...
I wyszła z sali.
To się stawało trochę denerwujące, ale nikt z obecnych nie śmiał skrytykować szefowej.
Tylko Nigel popatrzył wymownie na puste miejsce, gdzie przed chwilą stała Victoria, a potem spojrzał z uśmiechem na Martę. Odwzajemniła uśmiech.
Nigel...
Nigel był szefem brytyjskiej agencji PR, która obsługiwała ich firmę, i zawsze uczestniczył w spotkaniach europejskich PR-owców. Marta przyjaźniła się z nim od lat, odkąd podzielił się z nią, debiutantką, swoją wiedzą i pomógł odnieść spektakularny i zauważony w światowej centrali sukces. Lubiła jego kanarkowożółte i słodkoróżowe koszule noszone do czarnych garniturów, jego nonszalancję i brytyjską flegmę, przykrywające żelazną logikę wywodów. Podziwiała go za kreatywność i skuteczność, które sprawiały, że informację o nowym produkcie potrafił umieścić w głównym wydaniu wieczornych wiadomości w najbardziej niewiarygodnych kontekstach. Z przyjemnością współpracowałaby z nim na co dzień.
Co znaczył ten uśmiech? I to spojrzenie? Czyżby Nigel sugerował, że byłaby już w stanie zastąpić Victorię?
Marta poczuła, że jej policzki robią się gorące, a tętno przyspiesza.
Żelazna Victoria najwyraźniej traciła formę. Kto to widział, żeby kilkanaście razy przerywać prezentację i wychodzić? Była blada i jakaś rozkojarzona. Nigdy wcześniej nie zachowywała się w ten sposób, jej perfekcjonizm był legendarny.
Marta nie ukrywała przed sobą, że od dawna widziała się w marzeniach na miejscu Victorii. Od dawna zastanawiała się (czysto hipotetycznie), czy gdyby dano jej taką szansę, poradziłaby sobie w europejskiej centrali. Pracowała na swój sukces sumiennie, dbała o rozwój zawodowy, wkładała w swoją pracę mnóstwo inwencji i zaangażowania. Dlaczego Polka nie mogłaby być szefem PR na Europę, skoro Włoszka może? Lubiła Londyn. Lubiła Nigela.
Marcie nie chodziło wcale o władzę nad ludźmi, jak wielu jej kolegom, marzącym o awansie. Powodowała nią czysta ambicja: chciała sprawdzić, czy podołałaby takiemu zadaniu jak kierowanie całym PR-em i komunikacją w Europie. Nawet nie chodziło tak bardzo o bajeczną pensję i liczne przywileje związane z tym stanowiskiem. Chodziło o zawodowe wyzwanie. Kolejne studia, języki, kursy i szkolenia, lata ciężkiej pracy i całkowita dyspozycyjność doprowadziły ją do miejsca, w którym się znalazła - oto jeden z najlepszych PR-owców Londynu puszcza do niej oko, wskazując na pusty fotel szefowej PR na Europę.
Victoria wróciła. Stanęła znów na środku sali, a jej mina mówiła, że sama jest już znużona tymi ciągłymi przerwami, jakakolwiek byłaby ich przyczyna.
- Więc jeszcze raz: inwestorzy nie są zachwyceni wynikami firmy - przypomniała. - Powiedzieli, że muszą więcej wycisnąć z rynku w Europie. Jeśli nie zrobimy lepszego wyniku, wycofają kapitał i cena akcji spadnie. Wiecie, co to oznacza.
Wiedzieli. To zawsze oznaczało jedno: brak lukratywnych premii rocznych i zwolnienia.
- Potrzebna jest idea, która przyciągnie nowych klientów i wypracuje lepszy wynik - ciągnęła Victoria.
Teraz wszyscy patrzyli na nią uważnie, z długopisami w dłoniach gotowymi do notowania. Albo z palcami zawieszonymi nad klawiaturami laptopów.
- Ustaliliśmy z marketingiem, że postawimy na zdrowie. Mamy nowy koncept: magnez! Nasze batony wzbogacimy magnezem i przekonamy target, że wspierają one koncentrację dzieci w szkole, ułatwiają naukę, i tak dalej. Sami wiecie. Dlatego od dziś wszystkie światła na magnez! Sprawdźcie, co się w waszych krajach mówi i pisze o magnezie, znajdźcie specjalistów i pozyskajcie autorytety. Zaczynamy kampanię od dzieci, potem znajdziemy coś dla kobiet, mężczyzn i seniorów. Każda dobra matka w waszym kraju ma wiedzieć, że jeśli chce, żeby jej dziecko radziło sobie w szkole, to po prostu musi dać mu nasz baton z magnezem na drugie śniadanie. Czy to jest jasne?
Tak, to było zupełnie jasne.
Marta od razu zaczęła się zastanawiać, kogo wybrać na partnera projektu: Instytut Żywności i Żywienia? Wydział Dietetyki z SGGW? Akademię Medyczną? Instytut Matki i Dziecka? Chętnych do takiej współpracy nigdy nie brakowało, ale musiała postawić na odpowiednią osobę: dość elastyczną i gotową odpowiednio modelować przekaz, a przy tym wciąż wiarygodną dla mediów i budzącą zaufanie. Osobę potrafiącą mówić ładnie i przekonująco. Robiła w pamięci szybki przegląd znajomych profesorów i doktorów, którzy mogliby stać się twarzą kampanii edukacyjnej dotyczącej roli magnezu w żywieniu dzieci.
Wszystko zostało już powiedziane. Spotkanie dobiegło końca. Dyrektorzy PR z całej Europy zaczęli się podnosić, szurać krzesłami, zamawiać taksówki na lotnisko. W tym rozgardiaszu Victoria poprosiła Martę do siebie.
Szły sterylnymi korytarzami. Przeszklone ściany pomieszczeń ukazywały ludzi pochylonych nad monitorami. Ale gabinet Victorii zapewniał dyskretną izolację: jego ściany miały mlecznoperłowy odcień, a z okna rozciągał się widok na najładniejszą część parku z klombami hortensji, lawendy i róż. Victoria usiadła przy masywnym biurku w swoim fotelu obitym ciemnozieloną skórą i wskazała Marcie miejsce naprzeciwko.
- Mam coś dla ciebie, Marto - powiedziała.
Sięgnęła do szuflady biurka i wyjęła z niej ozdobne srebrne etui.
- Przeglądałam monitoring prasy. Polskie wyniki znowu są całkiem dobre. Dlatego mam dla ciebie specjalny prezent. Potraktuj to jako dowód uznania.
Victoria położyła przed nią srebrny futerał. Marta uchyliła wieczko i zobaczyła ułożone na białym jedwabiu kosztowne czarne pióro z logotypem firmy wygrawerowanym srebrnymi literami na skuwce. Znów poczuła przyspieszone tętno. Te specjalne pióra ofiarowywano w firmie tym menedżerom, których praca została dostrzeżona i doceniona przez zarząd. Należało do dobrego tonu wyciągać takie pióro na oficjalnych spotkaniach i podpisywać nim dokumenty. Podnosiło pozycję posiadacza w biurowej hierarchii. Ale trzeba było sobie na nie zasłużyć.
- Dziękuję bardzo - powiedziała Marta poruszona tym wyróżnieniem.
- Excuse me... - rzuciła Victoria i wybiegła z gabinetu.
Marta wyszła z biura w doskonałym nastroju. Rozpierała ją duma! Projekt kampanii edukacyjnej promującej magnez sam zaczął jej się rysować w głowie. Lubiła nowe wyzwania. Znów poczuła to szczególne pulsowanie, ten zew ambicji, który kazał jej tak przygotować kampanię, żeby polska realizacja okazała się najlepsza w Europie. Był piątek. Przed nią krótki lot do Warszawy, weekend i już od poniedziałku będzie mogła się zabrać do nowego projektu. Co za przyjemna perspektywa!
Lotnisko Heathrow było zatłoczone, jak zawsze w piątkowe popołudnia. Marta stała cierpliwie w kolejce do odprawy, gdy usłyszała pikanie esemesa. Kto to? Alex! Zdziwiła się, ale i ucieszyła.
Alex nie odzywał się od tak dawna. Był konsultantem, który w zeszłym roku wdrażał w ich firmie nowy program informatyczny, mający służyć także komunikacji wewnętrznej, więc Alex szkolił Martę z jego używania. Tak im się to spodobało, że po pracy poszli razem na kawę. Spotkali się jeszcze parę razy, a kiedy pewnego wieczoru projekt został wdrożony, Alex odprowadził ją do domu, a ona zaprosiła go na górę. Zostali kochankami. Było całkiem miło.
Ich drogi się rozeszły (wiadomo: każdy taki zapracowany), ale Marta uznała, że chętnie odnowiłaby tę relację. Jeśli Alex będzie chciał się spotkać, może zaprosi go do siebie na weekend? Otworzyła wiadomość. Przeczytała:
Zapraszam Cię serdecznie na mój ślub, który odbędzie się za tydzień w...
Nie doczytała gdzie.
Ślub?!
Telefon o mało nie wypadł jej z rąk.
Przecież byli nowoczesnymi ludźmi, parą singli, którzy ławo wchodzili w niezobowiązujące relacje. Którzy nade wszystko cenili sobie swoją pozycję zawodową, karierę i wolność. Tak myślała. Ale może Alex uważał inaczej? Przypomniała sobie teraz, jak nocą, raz czy dwa, zapytał ją, czy nie chciałaby czegoś więcej, czy nie myśli o ustabilizowanym życiu. Roześmiała się wtedy tylko. Jej stabilizacją były firma i dyrektorska posada. Proponował, żeby zamieszkali razem, ale uznała, że wygodniej im będzie oddzielnie. Chciał ją zabrać do swoich rodziców, ale wypadł jej wyjazd służbowy. Potem dzwonił już rzadziej. Następnie w ogóle przestał się odzywać. Aż do dziś.
Marta wróciła do treści esemesa, żeby wyczytać szczegóły. Kim jest szczęśliwa wybranka?
Zapraszamy serdecznie, Alex i Edytka
Edytka... Pulchna recepcjonistka, która pierwsza witała gości w ich biurze. Alex gawędził z nią czasem, kiedy czekał, aż Marta skończy pracę. Jakiś czas temu zniknęła. Marta nie skojarzyła tego w żaden sposób z Alexem, zresztą nie przywiązywała się szczególnie do dziewczyn z recepcji, które często się zmieniały.
Ukłuło ją to dużo boleśniej, niż mogłaby się spodziewać.
"Czy chciałabym być na miejscu Edytki?" - zastanawiała się, przechodząc przez rękaw do samolotu. Oczywiście, że nie. Przecież wybrała świadomie swoją wolność. I swoją karierę. Obce jej było marzenie wielu kobiet o małżeństwie i posiadaniu dużej rodziny. Może dlatego, że jej własna rodzina była mała i nietypowa.
Marta wychowała się w starej, przedwojennej kamienicy na Mokotowie. Bez mamy, która umarła, gdy dziewczynka miała zaledwie trzy lata. Ojciec nie ożenił się po raz drugi, a swoje romanse z pielęgniarkami i lekarkami ze szpitala okrywał dyskretnym milczeniem. Po pogrzebie żony poprosił swoją matkę, Liliannę, by zamieszkała z nimi i pomogła mu zaopiekować się małą Martą. I tak stworzyli nietypową, trzypokoleniową rodzinę, w której Marta czuła się dobrze. Babcia Lilka z oddaniem zastępowała jej mamę, o której po latach przypominała tylko czarno-biała fotografia.
To właśnie babcia Lilka nauczyła ją, że kobieta powinna liczyć tylko na siebie - powtarzała to tak często i tak sugestywnie, że Marta już w dzieciństwie postanowiła nigdy nie wychodzić za mąż. "Mężczyźni zawodzą i rozczarowują. Nie warto zawracać sobie nimi głowy. W końcu i tak zostajesz sama". Marta uwierzyła na słowo. Mądre i głębokie jak studnia oczy babci budziły zaufanie. A do tego, odkąd Marta sięgała pamięcią, babcia rzeczywiście była sama. To znaczy nie miała męża, choć miała syna - ojca Marty. I nie sprawiała wrażenia, by brakowało jej mężczyzny u boku. Oczywiście wnuczce zdarzało się mimo tych przestróg zakochiwać w kolegach z klasy czy z roku, ale sama odbierała tym uczuciom wagę i nie wiązała z nimi swojej przyszłości. Tak samo potraktowała Alexa. Jak kolejne miłe urozmaicenie w zabieganym życiu. On jednak chciał więcej. I zrealizuje to z Edytką, która patrzyła cielęcym wzrokiem, jakby nie umiała zliczyć do trzech. Ale umiała pod bokiem Marty owinąć sobie wokół palca i zaciągnąć do ołtarza najfajniejszego konsultanta, jaki pojawił się w firmie.
Marta zatęskniła za babcią Lilką. Tak by chciała usiąść z nią w kuchni przy herbacie i popatrzyć w jej mądre oczy, posłuchać jej głosu. Upewnić się co do słuszności swoich wyborów. Niestety, babcia już od lat nie żyła.
Myśląc o niej, Marta przypomniała sobie prośbę ojca, której spełnienie odsuwała z braku czasu. Otóż ojciec powiedział jej niedawno, że porządkując piwnicę, odnalazł stary, zaginiony pamiętnik Lilki z młodości, który miał po jej śmierci trafić do rąk Marty. Babcia umarła tak niespodziewanie, że nikt nie miał głowy do szukania jej zapisków, o których wkrótce zapomniano. Wprawdzie ojciec wspomniał Marcie o tym pamiętniku po pogrzebie, ale Marta wciąż odkładała na później odnalezienie go, zawsze zajęta kolejnym projektem, skupiona na kolejnej kampanii. Dopiero niedawno, przy gruntownych porządkach przedwojenny zeszyt wpadł w ręce ojca. Marta obiecywała mu wielokrotnie, że go odwiedzi i zabierze pamiętnik, ale ciągle coś stawało na przeszkodzie. Postanowiła to nadrobić. Pojedzie do ojca prosto z lotniska, weźmie zapiski babci Lilki i spędzi z nimi samotny weekend. A już od poniedziałku zabierze się całą parą do kampanii magnezowej.
W samolocie usiadła wygodnie w przestronnej strefie business class. Próbowała myśleć o "autorytetach medycznych", które mogłyby potwierdzić, że nowe batony wzbogacone o magnez pomogą dzieciom w nauce i w życiu. Ale przed oczy uparcie powracał obraz Alexa i pulchnej Edytki opiętej białą suknią. Na co go złapała? Na dziecko? Na duży biust? Na ciepłe obiadki? Marta pomyślała z niechęcią o domu pełnym krzyku dzieci, porozrzucanych zabawek i zapachu kotletów. Nie, to nie dla niej. Woli swoje czarne pióro na białym jedwabiu i tę magię wytwarzania w umysłach ludzi potrzeby kupienia dzieciom nowych batonów wzbogaconych o magnez.
"Ale jednak Alexa trochę żal..." - pomyślała, kiedy samolot podchodził do lądowania na lotnisku Chopina w Warszawie.
Wyszła przez bramkę do zatłoczonej hali przylotów. Zawsze irytował ją ten tłum oczekujących mężów i narzeczonych z kwiatami. Jakby ich żony nie mogły wrócić do domu taksówką. Na Martę nikt nigdy nie czekał. Ale jej podniebny apartament położony był ledwie piętnaście minut drogi od lotniska, więc dla dorosłej kobiety, dysponującej służbową kartą kredytową, pokonanie tego dystansu bez męskiego wsparcia (nie licząc taksówkarza) naprawdę nie stanowiło problemu. Zresztą bez tego wsparcia Marta obywała się doskonale także we wszelkich innych okolicznościach. Nie liczyła na księcia z bajki, liczyła na siebie.
Mieszkanie ojca znajdowało się trochę dalej od lotniska niż jej apartament. Postanowiła pojechać tam od razu. Taksówka wiozła ją szybko przez rozświetlone miasto i już po chwili Marta stanęła przed drzwiami mieszkania swojego dzieciństwa. Wciąż wracała tu jak do domu.
Ojciec otworzył jej drzwi w swoim domowym czarnym swetrze. Mimo podeszłego wieku trzymał się świetnie i nikt nie dałby mu jego siedemdziesięciu z okładem lat. Marta pocałowała go w pachnący wodą kolońską policzek.
- O, nareszcie cię widzę! Wyglądasz na zmęczoną. Jadłaś kolację? - zapytał, gdy weszła do środka.
- W samolocie - odpowiedziała, wciągając znajomy zapach jabłek i starych książek.
Ojciec pokręcił głową.
- Za dużo pracujesz. To niebezpieczne.
- Mówisz jak lekarz - odparła z uśmiechem.
- Bo jestem lekarzem. I widzę, że bladziutko wyglądasz. Przydałyby ci się wakacje - stwierdził tonem, w którym mieszały się zrzędliwość i troska.
- Oj, tato. W listopadzie?
- Choćby i w listopadzie. Większość chorób bierze się z przepracowania i ciągłego stresu.
- Tato, wiesz dobrze, że ja kocham tę pracę - mówiła, idąc za ojcem do salonu.
- Wiem. Ale mimo to powinnaś odpocząć, zmienić otoczenie. Pracujesz zbyt ciężko od lat.
To była prawda. Marta coraz częściej czuła silne zmęczenie, które zabijała kolejnymi kawami. Pracowała ciężko, ale też mówiła sobie, że ma to szczęście, że jej praca jest jednocześnie jej pasją. A czasem nawet zabawą.
- Mam coś dla ciebie - powiedziała i podała ojcu torebkę z Heathrow. Patrzyła, jak wyciąga z niej jedwabny lawendowy krawat.
- Dziękuję, córeczko. Chcesz ze mnie zrobić najmodniejszego doktora w klinice? - zapytał z uśmiechem.
Usiadła na kanapie w przytłumionym świetle stojącej lampy, której złotawy abażur nadawał ciepły blask drewnianemu parkietowi i meblom. Swój apartament urządziła w stylu nowoczesnym i minimalistycznym, w chłodnych szarościach przełamanych błyskami szkła i chromu, ale to tu, w przytulnym, pełnym starych mebli i książek mieszkaniu ojca odprężała się natychmiast.
Wodziła wzrokiem po znajomych obrazach namalowanych przez jej prababkę Marię, która w przedwojennym Wilnie była wziętą malarką. Sielskie pejzaże, bukiety kwiatów i portrety dzieci tak się kiedyś podobały Marcie, że najpierw próbowała je kopiować, a potem wybrała liceum plastyczne. Dziś już nie żałowała, że za radą babci Lilki porzuciła marzenia o studiach malarskich dla pragmatycznej anglistyki i PR.
Ojciec przyniósł z kuchni świeżo zaparzoną herbatę i filiżanki.
Marta ustawiła je na stole i zaczęła nalewać esencję.
- Pamiętasz, tato, o tym pamiętniku babci? - zapytała, stawiając przed nim filiżankę z herbatą.
- Czeka na ciebie cierpliwie.
- Przeczytałeś go?
- Nie. Powiedziała przed śmiercią, że jest przeznaczony dla ciebie. Tylko dla ciebie. Nawet mnie to wtedy trochę zirytowało. A po dwóch dniach już nie żyła. - Ojciec zamyślił się na chwilę. - Nie było cię wtedy, więc spakowałem jej rzeczy, wyniosłem do piwnicy i zapomniałem o tym zeszycie na całe lata.
Marta pamiętała to dokładnie. Babcia umarła w lipcu, w klinice, gdzie ojciec zabrał ją, żeby zrobić badania, gdy miała już coraz mniej sił. Nie zdążył nawet postawić diagnozy, bo nazajutrz już się nie obudziła. Marta długo nie mogła wybaczyć ojcu, że nie zawiadomił jej o tym. Studiowała wtedy i wyjechała do Liechtensteinu na letnie stypendium, którego nie chciał jej przerywać. Dlatego nie poszła nawet na pogrzeb babci i nadal czuła się tak, jakby się z nią nie pożegnała. Ten odnaleziony po latach głos babci Lilki z czasów jej młodości był teraz czymś niezwykłym.
- Chciałabym przeczytać ten pamiętnik - powiedziała. - Mogę go zabrać?
- Oczywiście - odpowiedział ojciec, wstał i wyszedł z pokoju.
Po chwili wrócił z grubym zeszytem oprawionym w ciemnobrązową skórę. Gdy usiadł z nim obok Marty na kanapie, zobaczyła wytłoczone złote litery: Pamiętnik.
Marta poczuła wzruszenie i jakiś ucisk w gardle. Jak gdyby młoda babcia Lilka chciała ją zaprosić do swego przedwojennego świata. Marta zawsze trochę za nim tęskniła, choć przecież nie mogła go pamiętać.
Wzięła zeszyt do rąk i opuszkami palców przesunęła po wytłoczonych, złoconych literach. Ostrożnie otworzyła tom i przebiegła wzrokiem pierwsze zdanie:
Ten pamiętnik ofiarowała mi dziś moja mama, wierząc zapewne, że pisanie pomoże uleczyć moją melancholię, której wszyscy już mają serdecznie dosyć...
Zamknęła zeszyt z głośnym trzaskiem. Oczy jej zwilgotniały. Musi przeczytać to w zaciszu własnego mieszkania, sama ze sobą. I z babcią.
Następnego dnia, w sobotę rano, gdy listopadowe niebo nad Warszawą zasnuwał ciemny woal deszczowych chmur, Marta zaparzyła sobie kawę i z przyjemnością wróciła z nią do ciepłego łóżka, zabierając po drodze pamiętnik babci Lilki. Moszcząc się wygodnie, otworzyła oprawny w skórę zeszyt i zaczęła czytać:
Ten pamiętnik ofiarowała mi dziś moja mama, wierząc zapewne, że pisanie pomoże uleczyć moją melancholię, której wszyscy już mają serdecznie dosyć...