Podróż ku nieskończoności - Jane Hawking

Reflow text when sidebars are open.
?
Po powrocie z Hiszpanii na próżno próbowałam skontaktować się ze Stephenem. Jego matka utrzymywała, że wrócił do Cambridge, a jego stan się pogorszył. Byłam zajęta przygotowaniami do opuszczenia rodzinnego domu, wyjazdu do Londynu i rozpoczynaniem nowego etapu życia, więc przez kolejne kilka tygodni tamtej jesieni moje myśli w całości zaprzątało życie uniwersyteckie i towarzyskie Westfield i w ogóle Londynu, w którego wir dałam się wciągnąć. Koncerty, teatry, przedstawienia baletowe - wszystko to było na wyciągnięcie ręki. Jechałam właśnie z grupą przyjaciół londyńskim metrem, kiedy moją uwagę zwróciły nagłówki prasowe informujące o zamachu na prezydenta Kennedy'ego. Mniej więcej w tym czasie, w listopadzie 1963 roku, Stephen ponownie się do mnie odezwał. Przyjeżdżał do Londynu na leczenie stomatologiczne i pytał, czy nie wybrałabym się z nim do opery. To była znacznie bardziej nęcąca perspektywa niż kolejna nudna zabawa dla pierwszoroczniaków, podczas której chłopcy, pomimo szalejącej beatlemanii, znów będą stali przyklejeni do ściany aż do ostatniego tańca. Chociaż od najmłodszych lat uwielbiałam muzykę, niewiele o niej wiedziałam, a w operze byłam tylko raz, ze szkołą, na Weselu Figara w teatrze Sadler's Wells. Jedyna próba opanowania przeze mnie gry na instrumencie - na flecie, gdy miałam trzynaście lat - szybko spełzła na niczym, bo złamałam sobie obie ręce podczas jazdy na łyżwach na zamarzniętym jeziorku w parku w Verulamium, dawnej rzymskiej osadzie, na której fundamentach wyrosło St Albans, i już nie mogłam grać.
Pewnego piątkowego popołudnia w listopadzie spotkałam się więc ze Stephenem przy Harley Street, gdzie Russell Cole, jego wuj z Australii, prowadził gabinet dentystyczny. Stephen chodził niepewnie, kiwając się na boki, i wydawał majątek na taksówki, bo musiał z nich korzystać, chcąc przemieścić się na większych odległościach. Co ciekawe, im bardziej chwiejny stawał się chód Stephena, tym bardziej stanowcze i aroganckie były jego opinie. Po drodze do Wallace Collection, muzeum znajdującego się niedaleko Harley Street, Stephen oznajmił kategorycznie, że nie podpisuje się pod powszechnym kultem zastrzelonego prezydenta jako bohatera. Jego zdaniem jedynym przymiotnikiem nadającym się do opisania sposobu, w jaki Kennedy rozwiązał kryzys kubański, był: "lekkomyślny" - to on doprowadził świat na skraj konfliktu nuklearnego, i to on, a nie Rosjanie, zagroził użyciem siły. Co więcej, stwierdził Stephen, to niedorzeczne, że Stany Zjednoczone ogłosiły się zwycięzcą tego starcia, bo przecież Kennedy zgodził się usunąć amerykańskie rakiety z terytorium Turcji, żeby ugłaskać Chruszczowa. Pomimo zdecydowania, z jakim Stephen wygłaszał swoje sądy, i mimo trudności z chodzeniem, był niestrudzony, więc po wyjściu z Wallace Collection zaraz ruszyliśmy Regent Street w poszukiwaniu restauracji. Właśnie przecinaliśmy Lower Regent Street, kiedy nagle, pośrodku jezdni, gdy światła zmieniały się na zielone dla samochodów, Stephen potknął się i upadł. Przy pomocy przypadkowego przechodnia podniosłam go i zaproponowałam, żeby wsparł się na moim ramieniu. Byliśmy zdenerwowani, zatrzymaliśmy taksówkę i pojechaliśmy nią do Sadler's Wells.
Operą, na którą Stephen miał bilety, był Latający Holender. Przedstawienie okazało się cudowne, porwało nas siłą muzyki i magią legendarnej opowieści. Holender, naznaczony klątwą nakazującą mu wędrować po morzach na przekór burzom i wiatrom, dopóki nie znajdzie kobiety, która poświęci się z miłości dla niego, był dziką, nawiedzoną postacią. Głośno lamentował nad swym losem, uczepiony takielunku okrętu targanego potęgą oceanu. Senta, dziewczyna, która się w nim zakochała, była istotą czystą i niewinną. Ale cóż, jak to zwykle bywa w przypadku sopranistek w operach Wagnera, jej tusza nie pozwalała na zbytnią aktywność i skazywała ją na siedzenie przy kołowrotku. Wyczuwając, że Stephen identyfikuje się z bohaterem opery, zaczęłam powoli rozumieć jego szaleńczą jazdę samochodem. Auto jego ojca było środkiem, za pomocą którego wyrażał wściekłość na los, jaki zgotowało mu życie. Stephen, podobnie jak Holender, miotał się, szukając ratunku, w sposób, którego nie sposób opisać inaczej, jak tylko lekkomyślny.
Tego wieczoru poczułam, że powinnam dowiedzieć się czegoś więcej na temat choroby Stephena. Zrobiłam kilka wypadów do Londynu, szukając starych znajomych, którzy podjęli studia medyczne, i odwiedzając ciasne biura różnych organizacji charytatywnych zajmujących się chorobami o charakterze neurologicznym. Nigdzie nie dopisało mi szczęście. Może zatem lepiej nie wiedzieć? Bo w końcu czy los Stephena, myślałam sobie, jest gorszy niż los, który czeka nas wszystkich? Żyliśmy w cieniu bomby atomowej i doprawdy nie mogliśmy liczyć, że dożyjemy statystycznej siedemdziesiątki.
W te ponure zimowe dni między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem miałam trochę spokoju, więc postanowiłam wpaść do Stephena do domu w St Albans. Gdy przyszłam, okazało się, że właśnie wybierają się z ojcem i siostrami do Londynu do opery. Zauważyłam, że Stephena mój widok bardzo ucieszył, więc z chęcią przyjęłam jego spontaniczne zaproszenie, by tydzień później dotrzymać towarzystwa jemu i jego ojcu na innym przedstawieniu, Kawalerze srebrnej róży Straussa. W rodzinie Hawkingów chodzenie do opery było najwyraźniej jednym z ulubionych sposobów spędzania wolnego czasu, ale ja, nowicjuszka, nadal przekonywałam się do tej hybrydy sztuk. Opera z jednej strony niewątpliwie ma ogromną emocjonalną siłę dzięki połączeniu muzyki i teatru, ale z drugiej strony bywa wręcz groteskowa, jeśli widz rozproszy się choćby na krótką chwilę. W drugim semestrze okazało się, że Stephen ma dostęp do niewyczerpanego źródła biletów na przedstawienia operowe, ciągle przyjeżdżał do Londynu i zabierał mnie do Covent Garden lub Sadler's Wells. Raz ośmieliłam się powiedzieć, że wolałabym jednak pójść na balet, który był moją pasją, od kiedy skończyłam cztery lata, ale Stephen zbył tę propozycję z miażdżącą pogardą. Balet to strata czasu, muzyka jest banalna, niewarta zachodu - tak zostałam poinformowana. Skarcona, powstrzymałam się od wyznania Stephenowi, że dzięki zrzeszeniu studentów udało mi się zdobyć bilet na Romea i Julię Czajkowskiego, z Fonteyn i Nuriejewem w rolach głównych. Poszłyśmy z dziewczynami całą grupą, zajęłyśmy tanie miejsca w amfiteatrze w Covent Garden, daleko z tyłu, wysoko ponad balkonami pierwszego piętra, na których zwykli zasiadać Hawkingowie. Przedstawienie wypadło fantastycznie, byłam głęboko poruszona.
Stephen nadal regularnie przyjeżdżał do Londynu na seminaria i wizyty u dentysty, a ja coraz częściej w sobotę lub niedzielę odwiedzałam go w Cambridge. Te wizyty, choć niecierpliwie wyczekiwane, często okazywały się rozczarowujące dla obydwojga. Bilet - dziesięć szylingów za powrotny - poważnie uszczuplał moje wynoszące dziesięć funtów miesięcznie kieszonkowe, a strzały Amora wcale nie wnikały tak gładko w nasze serca. Nie trzeba mieć bogatej wyobraźni, by rozumieć, że Stephen nie mógł brać pod uwagę stałego związku na dłuższą metę, oczywiście ze względu na fatalne rokowania jego choroby. Co najwyżej mógł sobie pozwolić na przelotny romans, o którym z kolei ja - w całej swojej niewinności, oddychająca purytańskim powietrzem wczesnych lat sześćdziesiątych, kiedy to skutecznym czynnikiem zniechęcającym do czegokolwiek był strach przed niechcianą ciążą - nawet nie mogłam pomyśleć. Takie dwie zupełnie różne wizje przyszłości doprowadzały do spięć między nami, przez co często wracałam do Londynu zalana łzami, a Stephen zapewne czuł, że swoją obecnością jedynie jątrzę ranę wywołaną jego traumą. Niewiele opowiadał o własnych uczuciach, nie chciał też poruszać tematu choroby. Ponieważ bałam się go zranić, starałam się intuicyjnie odczytywać jego emocje, nie zmuszając go do uzewnętrzniania ich - w ten sposób niechcący przyzwyczaiłam nas do braku komunikacji między nami, co z czasem stało się nie do zniesienia. Później tej samej zimy spotkałam się z nim ponownie na Harley Street, po jego wizycie u lekarza.
- Jak poszło? - zapytałam, a on tylko się skrzywił.
- Powiedział, żebym sobie darował wizyty, bo nic więcej nie może dla mnie zrobić - odparł.
Margaret Smithson, moja współlokatorka na Westfield, chodziła ze mną na spotkania Christian Union4. Miałam nadzieję otrzymać tam wsparcie i znaleźć zrozumienie dla swojej sytuacji, która z czasem, im mocniej się angażowałam, stawała się coraz bardziej zagmatwana. Stephen, podobnie jak jego rodzice, bez wahania uznał się za ateistę, mimo metodystycznej atmosfery panującej w domu jego mieszkających w hrabstwie Yorkshire dziadków. To zrozumiałe, że jako kosmolog, naukowiec badający prawa rządzące wszechświatem, nie mógł sobie pozwolić, by na jego wyliczenia miało wpływ przyznanie się do wiary w istnienie Boga Stworzyciela, już pomijając zamęt, jaki w jego głowie zasiała choroba. Ucieszyłam się, gdy wreszcie udało mi się uwolnić od monotonii coniedzielnych wizyt w kościele, ale nie chciałam całkowicie porzucić wiary. Nadal, prawdopodobnie pod wpływem matki, byłam przekonana, że w istnieniu nieba i ziemi musi być coś więcej, niżby wynikało z chłodnej, bezosobowej filozofii Stephena. Choć byłam nim wtedy całkowicie zafascynowana, oczarowana jego jasnymi, niebieskoszarymi oczami, szerokim uśmiechem i dołeczkami w policzkach, opierałam się jego ateizmowi. Wiedziałam instynktownie, że nie wolno mi poddać się tak negatywnemu wpływowi, który rodzajowi ludzkiemu nie dawał ani pociechy, ani nadziei. Ateizm zniszczyłby nas obydwoje. Musiałam uchwycić choćby najsłabszy promień nadziei i trzymać się go, pielęgnując za nas oboje wystarczająco dużo wiary w to, że los się jednak odmieni.
Na spotkaniach działającej na uczelni Christian Union nie było tłumów, z czasem przychodziło coraz mniej osób. W nowym semestrze tematem spotkań była natura bożej łaski. Szybko okazało się, że liderzy grupy, w tym młody kapelan, którego nazwisko złośliwie przekręcaliśmy na "wielebny kolacjusz", stanowczo twierdzą, iż jedynie ochrzczeni, zdeklarowani, praktykujący chrześcijanie dostąpią bożej łaski, zbawienia, czy jakkolwiek to nazwać, i że tylko oni mają odpowiednie kwalifikacje, aby wejść do Królestwa Niebieskiego. Margaret i ja poczułyśmy się tak oburzone, że pewnego razu wyszłyśmy ze spotkania, w złości stworzyłyśmy listę osób bliskich naszym sercom - dobrych ludzi, przyjaciół, członków rodziny - którzy nie spełniali stawianych warunków, i same urządziłyśmy sobie dwuosobowy klub dyskusyjny, kontynuując rozmowy na ten temat nawet w wakacje, kiedy pojechałam w odwiedziny do mieszkającej w Yorkshire rodziny Margaret.
Dziś studenci kierunków filologicznych regularnie spędzają nawet cały rok za granicą. W latach sześćdziesiątych luksusem był wyjazd choćby na jeden semestr do kraju, gdzie mówiło się językiem będącym przedmiotem studiów. My, studenci Westfield, pod koniec kwietnia wybraliśmy się w podróż do Walencji, by odbyć tam letni kurs. Na miejscu okazało się, że kurs to za dużo powiedziane, ponieważ wszystko, co uniwersytet mógł nam zaproponować, to raptem kilka zajęć o Szekspirze po hiszpańsku. Wymagano od nas tylko odebrania potwierdzenia uczestnictwa w kursie, niezależnie od tego, czy faktycznie braliśmy udział w wykładach, czy nie. Poszliśmy na jedne zajęcia, farsę na temat Makbeta, i stwierdziliśmy, że starczy tego dobrego. Całe życie uczyłam się w szkole o Szekspirze i wprost nie mogłam znieść myśli, że miałabym dodatkowo słuchać prelekcji o nim po hiszpańsku. Moi koledzy zgodzili się ze mną, dlatego następnym razem zamiast na wykład poszliśmy na plażę.
Dwa tygodnie później, choć pozostali ochoczo wybrali się na plażę, ja musiałam zostać w domu. Zamknęłam się w pokoju w mieszkaniu na siódmym piętrze, czując potworny ból głowy, który początkowo wzięłam za udar słoneczny, a który okazał się ostrym przypadkiem ospy wietrznej. Czułam się po prostu koszmarnie. I okrutnie tęskniłam za Stephenem - w tamtych czasach komunikowanie się za pomocą telefonu nie wchodziło w grę, a Stephen nie pisał do mnie, chociaż sama wysłałam do niego wiele listów. Jedyną pociechą były więc odwiedziny koleżanek z Westfield, które przynosiły mi wieści ze świata, oraz mojej gospodyni, donii Pilar de Ubedy, i Maribel, jej córki w średnim wieku, uosobienia dobroci. Powoli odzyskując siły, zachodziłam do kuchni, gdzie do?a Pilar zaczęła udzielać mi lekcji gotowania po hiszpańsku, co oczywiście okazało się dużo pożyteczniejsze niż studiowanie Szekspira. Nauczyła mnie, jak elegancko podzielić pomarańczę, jak przygotować gazpacho i paellę, i zabierała mnie ze sobą na zakupy. Na szczęście pokryta plamkami ospy twarz i towarzystwo szacownej matrony oszczędziły mi nagabywań ze strony leniwie krążących po ulicach mężczyzn. W mieszkaniu siadywałam w salonie i aż do znudzenia słuchałam dwóch kupionych przez siebie płyt: VII symfonii Beethovena i Tristana i Izoldy Wagnera. Gdy słuchałam tej drugiej, ogarniała mnie przejmująca żałość. Wreszcie nadszedł długo oczekiwany dzień. Wsiadając do pociągu do Barcelony i rozpoczynając pierwszy etap podróży powrotnej do domu, cieszyłam się, że wyjeżdżam z Walencji, która mimo soczystych pomarańczy i wszechobecnej woni gajów cytrusowych zostawiła po sobie posmak (goryczy i nieustannego napastowania seksualnego też) represyjnego reżimu, mającego w zwyczaju zamykać studentów na noc w areszcie i usuwać niestosowne treści z importowanych egzemplarzy "Timesa".
Rodzice wyjechali po mnie razem ze Stephenem. Radość z ponownego spotkania okazała się silna, ale krótkotrwała. Prędko zrozumiałam, że Stephen zmienił się podczas mojej nieobecności: co prawda jego choroba nie posunęła się tak, bym mogła to zauważyć - może z wyjątkiem tego, że chodząc, teraz już musiał wspierać się na lasce - ale na jego osobowości cieniem położyła się głęboka depresja, która objawiała się ostrym, mrocznym cynizmem, hartowanym i karmionym długimi godzinami słuchania Wagnera nastawionego na maksymalną głośność. Stephen stał się jeszcze bardziej oszczędny w słowach i niekomunikatywny, najwyraźniej tak zaabsorbowany własną osobą, że nawet kiedy na trawniku za Trinity Hall uczył mnie grać w krokieta, zdawał się zapominać, że w ogóle tam jestem. Podpierał się laską, która stała się jego nieodłącznym rekwizytem, i wydawał szorstkie komendy. Celowałam w pierwszą bramkę i zwykle nie trafiałam. Wtedy brał swój młotek, przeprowadzał moją piłkę przez całe pole i docierał do ostatniego słupka, zanim zdążyłam spróbować uderzyć po raz drugi. Stałam z otwartymi ustami, rozbawiona i jednocześnie poirytowana. To był rzeczywiście imponujący majstersztyk, pełen kiepsko ukrywanej wrogości i frustracji, jak gdyby Stephen rozmyślnie starał się zniechęcić mnie do siebie. Za późno. Związałam się z nim już tak mocno, że nie umiałam tak po prostu się wycofać.
To, że wkrótce znów mieliśmy zostać rozdzieleni, bolało, ale miało też swoje zalety. Stephen razem ze swoją siostrą Philippą wybierał się w podróż do Niemiec, na pielgrzymkę do Festspielhaus w Bayreuth, sanktuarium poświęconego Wagnerowi. Kupili bilety na cały Pierścień Nibelunga. Stamtąd mieli się udać za żelazną kurtynę, do Pragi. Tymczasem dla mnie zaplanowano wyjazd z ojcem do Dijon na międzynarodową konferencję rządową. Miałam tam zamieszkać u miejscowej rodziny, starszej pary mającej dwudziestopięcioletnią, wyjątkowo obytą w świecie córkę, pracującą i zaręczoną. Nie mogłam narzekać na nudę - konferencja taty, zaledwie po dwóch dniach wykładów i spotkań, oferowała rozrywki, w których na szczęście wolno mi było uczestniczyć. Ponieważ byliśmy w Burgundii, chodziło przede wszystkim o winnice, czyli typowe dla regionu słynne clos. Tym sposobem rozpoczął się kolejny, śmiem twierdzić, że najprzyjemniejszy, etap mojej edukacji, czyli kształtowanie wymagającego podniebienia, w trakcie którego miałam przyjemność blisko się zapoznać z najwybitniejszymi nazwami trunków i najlepszymi bukietami Burgundii, Nuits-Saint-Georges, Côtes de Beaune i Clos de Vougeot. Kuszące hasło reklamowe win z Nuits-Saint-Georges rozbudziło moją niewinną ciekawość - ich aksamitny, delikatny smak miał ponoć przypominać la nuit des noces, douce et caressante5...
Z Dijon pojechaliśmy samochodem na lotnisko w Genewie. Odebraliśmy mamę z samolotu i spędziliśmy dwa dni w naszym ulubionym ustroniu górskim w Oberlandzie Berneńskim, w Hohfluh, maleńkiej wiosce na przełęczy Brenner, z widokiem na dolinę rzeki Aare i miasteczko Meiringen, ciesząc się urzekającą okolicą. Zanim opuściliśmy Szwajcarię i udaliśmy się do Włoch, tata zabrał nas do Lucerny, średniowiecznego miasta położonego nad brzegiem jeziora, i pokazał serię obrazów "tańca śmierci". Malowidła umieszczono między krokwiami zadaszenia jednego z drewnianych mostów przerzuconych przez rzekę. Zwrócił nam uwagę na postać śmierci w bieli, która wybiera swoją ofiarę, bierze ją w kościane objęcia i wiruje coraz szybciej i szybciej, aż biedak kona.
Włochy okazały się zachwycające, prawdziwa uczta dla zmysłów i rozumu. Sztuka, historia, muzyka, światło i kolor otoczyły nas i towarzyszyły nam wszędzie, dokąd się udaliśmy - do Como, Florencji, San Gimignano, Pizy, Sieny, Werony, Padwy - przyprawiając o zawrót głowy kwiecistą bujnością. Pewnego wieczoru we Florencji, spędziwszy cały dzień na obcowaniu z dziełami Michała Anioła, Botticellego, Belliniego i Leonarda da Vinci, wyglądałyśmy z matką z okna hotelowego, patrząc na pałac Pitti znajdujący się na drugim brzegu rzeki Arno. Wybierałyśmy się na koncert do pałacu. Właśnie wtedy, w chwili wylewności, matka wyznała mi, dlaczego wyszła za mąż za mojego ojca wkrótce po wybuchu wojny: chciała mieć pewność, powiedziała, że gdyby został ranny, będzie mogła się nim opiekować. Wyznanie okazało się prorocze, bo dosłownie kilka dni później, kiedy dotarliśmy do Wenecji i zameldowaliśmy się w hotelu Della Salute, położonym na uboczu nad kanałem, za kościołem o takiej samej nazwie co hotel, jego kierownik wręczył mi zaadresowaną do mnie pocztówkę, na której widniał salzburski zamek. Pocztówka była od Stephena.
Nie posiadałam się z radości. Czyżby naprawdę Stephen myślał o mnie, tak jak ja myślałam o nim? Ośmieliłam się dopuścić do siebie nadzieję, że nie może się doczekać naszego spotkania pod koniec wakacji. Pocztówka, co było dla niego nietypowe, zawierała mnóstwo informacji. Pisał, że przyjechał do Salzburga - mocno różniącego się od Bayreuth - na ostatni punkt festiwalu. Czechosłowacja była cudowna i wyjątkowo tania - doskonała reklama komunizmu. Nie wspomniał, że niefortunny upadek w pociągu w Niemczech pozbawił go przednich zębów, których zastąpienie będzie wymagało wielu godzin bolesnych sesji u wuja przy Harley Street. Wenecja, owiana tchnieniem romansu, choćby takiego na odległość, i jej kanały, wysepki, pałace, kościoły, galerie mieniły się feerią jeszcze intensywniejszych barw, lecz mimo to, niecierpliwa i skuszona perspektywą rozpoczęcia nowego rozdziału w życiu, nie czułam żalu, kiedy ją opuściliśmy i wróciliśmy do Szwajcarii. Z Bazylei mieliśmy wylecieć do domu, samochód zabierając ze sobą na pokład samolotu. Ten ekstrawagancki gest był uzasadniony, bo przecież podczas naszych podróży po kontynencie na przestrzeni lat ojciec samodzielnie pokonał autem tysiące kilometrów.
Stephen ucieszył się z mojego powrotu. Intuicja podpowiadała mi, że zaczął widzieć nasz związek w bardziej pozytywnym świetle i być może stwierdził, że nie wszystko jeszcze stracone, że przyszłość wcale nie musi być tak czarna jak w jego najgorszych wizjach. Gdy byliśmy w Cambridge, pewnego mrocznego, mokrego sobotniego wieczoru w październiku oświadczył mi się szeptem i drżącym głosem. Ta chwila zmieniła nasze życie i położyła kres moim planom kariery w służbie dyplomatycznej.
4 Chrześcijańskie zrzeszenie studentów.
5 Noce poślubne, miękkie i czułe.
?
Historia mojego życia ze Stephenem Hawkingiem zaczęła się latem 1962 roku, ale niewykluczone, że stało się to jakieś dziesięć lat wcześniej, choć wówczas nie zdawałam sobie z tego sprawy. Kiedy na początku lat pięćdziesiątych w wieku siedmiu lat poszłam do pierwszej klasy St Albans High School for Girls, w tym samym czasie krótko chodził do niej pewien chłopiec z opadającymi na czoło złotobrązowymi włosami, który w sąsiedniej klasie zwykle zajmował miejsce pod ścianą. W tamtych latach szkoła przyjmowała do najmłodszych klas również chłopców - uczęszczał do niej między innymi mój brat Christopher - ale tamtego chłopca z opadającymi włosami widywałam jedynie wtedy, gdy z powodu nieobecności naszej nauczycielki my, pierwszoklasiści, musieliśmy tłoczyć się w jednej sali ze starszymi dziećmi. Nigdy ze sobą nie rozmawialiśmy, ale jestem pewna tego wspomnienia, ponieważ wiem, że w tamtym czasie Stephen przez jeden semestr był uczniem mojej szkoły, po czym przeniósł się do innej podstawówki, prywatnej, do której miał kilka kilometrów dalej.
Siostry Stephena łatwiej było zapamiętać, ponieważ znacznie dłużej chodziły ze mną do jednej szkoły. Starsza Mary, zaledwie półtora roku młodsza od Stephena, była wybitnie ekscentryczną postacią - grubawa, wiecznie niechlujna, z głową w chmurach, chodziła własnymi ścieżkami. Jej największy atut, doskonałą cerę, zasłaniały grube, mało twarzowe okulary. Philippa, pięć lat młodsza od Stephena, była dziewczynką o jasnych oczach, nerwową i łatwo wpadającą w ekscytację, miała krótkie jasne warkoczyki i okrągłą różową twarz. Szkoła wymagała od swoich wychowanków pełnego konformizmu, zarówno pod względem nauki, jak i dyscypliny, zaś uczniowie - tak samo jak wszędzie na świecie - bywali okrutnie nietolerancyjni wobec wszelkich przejawów indywidualizmu. Posiadanie rolls-royce'a i domu na wsi było w porządku, ale jeśli jeździło się przedwojennym autem, na przykład modelem Standard 10 jak ja - lub, co gorsza, stareńką londyńską taksówką jak Hawkingowie - z miejsca stawało się obiektem drwin i adresatem litościwej wzgardy. Dzieci Hawkingów kładły się na podłodze swojej taksówki, żeby tylko koledzy ich nie zauważyli. Szkoda, że na podłodze modelu Standard 10 nie było miejsca na taki manewr. Obydwie siostry Stephena zmieniły szkołę, zanim dotarły do wyższych klas.
Ich matkę znałam od dłuższego czasu. Ta niewysoka, żylasta, ubrana w futrzany płaszcz kobieta zwykle wystawała na rogu ulicy tuż obok przejścia dla pieszych przy mojej szkole i czekała, aż jej najmłodsze dziecko, Edward, przyjedzie autobusem z mieszczącej się poza miastem prywatnej szkoły podstawowej. Po ukończeniu klasy zerowej w St Albans High School mój brat również do niej poszedł. Szkoła ta nazywała się Aylesford House i wyróżniała się tym, że uczęszczający do niej chłopcy musieli ubierać się na różowo: różowe sweterki, różowe czapeczki. Pod każdym innym względem był to dla małych chłopców, zwłaszcza dla tych, których niespecjalnie pociągała nauka, istny raj. Najważniejszymi zajęciami były gry i zabawy, zbiórki skautów i teatrzyki, w których często na pianinie przygrywał mój ojciec. Kiedy poznałam państwa Hawkingów, Edward, ośmioletni, uroczy i wyjątkowo ładny chłopczyk, miał niejakie trudności z dostrojeniem się do swojej przybranej rodziny, być może dlatego, że jej członkowie podczas wspólnych posiłków chętnie pogrążali się w lekturze i ignorowali osoby niebędące molami książkowymi.
Moja szkolna przyjaciółka Diana King na własnej skórze doświadczyła tej charakterystycznej cechy Hawkingów, zapewne tłumaczy, co i dlaczego jakiś czas później, dowiedziawszy się o moich zaręczynach ze Stephenem, wykrzyknęła:
- Och, Jane! Staniesz się częścią szalonej, naprawdę szalonej rodziny!
To właśnie Diana zwróciła moją uwagę na Stephena latem 1962 roku, niedługo po egzaminach, kiedy to ona, moja najlepsza przyjaciółka Gillian i ja oddawałyśmy się błogiemu lenistwu pod koniec semestru. Dzięki pozycji mojego ojca, który był urzędnikiem państwowym wyższego stopnia, zdążyłam już wtedy zasmakować pewnych uroków dorosłego życia i wyjść poza schemat szkoła - lekcje - egzaminy - byłam na przykład na kolacji w Izbie Gmin i pewnego gorącego letniego dnia na garden party w pałacu Buckingham. Tego lata Diana i Gillian opuszczały mury szkoły, ja zaś w semestrze jesiennym miałam zostać uczennicą reprezentującą szkołę i zacząć starać się o przyjęcie na studia. Pewnego piątkowego popołudnia wzięłyśmy torebki pod pachy, poprawiłyśmy słomkowe kapelusze i ruszyłyśmy w miasto z zamiarem wypicia gdzieś herbaty. Uszłyśmy może sto metrów, gdy naszym oczom ukazał się przedziwny widok: po drugiej stronie ulicy w przeciwnym kierunku pędził, dziwnie podskakując, młody mężczyzna z pochyloną głową i twarzą zasłoniętą niesforną grzywą prostych brązowych włosów. Pochłonięty własnymi myślami, biegł, nie rozglądając się na boki, nieświadom grupki dziewcząt po drugiej stronie ulicy. Był ekscentrycznym zjawiskiem na tle zwyczajnego, nieco sennego krajobrazu St Albans. Gillian i ja, zdumione, gapiłyśmy się na niego dość bezczelnie, ale Diana pozostała niewzruszona.
- To Stephen Hawking. Spotykam się z nim - oznajmiła nam, oniemiałym przyjaciółkom.
- No, nie! Co ty! - roześmiałyśmy się z niedowierzaniem.
- Poważnie. Jest dziwny, ale bardzo bystry. To kolega Basila [jej brata]. Raz zabrał mnie do teatru. No i byłam u niego w domu. On chodzi na marsze pokojowe.
Uniosłyśmy brwi i ruszyłyśmy w swoją stronę. Wypad do miasta niezbyt się udał, bo choć nie umiałam tego wytłumaczyć, coś w tym młodym mężczyźnie nie dawało mi spokoju. Być może zafascynowała mnie jego ekscentryczność, tak mocno kontrastująca z moim dość przeciętnym życiem. Albo przeczuwałam, że jeszcze go spotkam. Cokolwiek to było, wydarzenie z tamtego dnia głęboko zapadło mi w pamięć.
Letnie wakacje roku 1962 dla mnie, nastolatki na progu samodzielności, były spełnieniem marzeń, dla rodziców zaś prawdziwym koszmarem, ponieważ celem mojej podróży była letnia szkoła w Hiszpanii, w owym czasie krainie równie odległej, tajemniczej i najeżonej niebezpieczeństwami jak dziś, powiedzmy, Nepal. Mocna pewnością siebie swoich osiemnastu lat, byłam święcie przekonana, że potrafię o siebie zadbać - i miałam rację. Kurs okazał się świetnie zorganizowany. Uczestników zakwaterowano grupami w prywatnych domach. W weekendy zabierano nas na wycieczki z przewodnikiem po wszelkich atrakcjach turystycznych regionu - byliśmy w Pampelunie, gdzie byki biegają po ulicach; tam po raz pierwszy i jedyny w życiu obejrzałam walkę byków, brutalną i barbarzyńską, lecz zarazem widowiskową i pasjonującą; byliśmy w Loyoli, miejscu urodzenia św. Ignacego, autora modlitwy, której tekst mnie i pozostałym uczniom St Albans High School wyryło w pamięci nieustanne powtarzanie:
Naucz nas, o Panie, Służyć Ci tak, jak tego jesteś godzien, Naucz nas dawać, a nie liczyć...
Poza tym spędzaliśmy popołudnia na plaży, zaś wieczory w porcie w restauracjach i barach, uczestnicząc w zabawach i tańcach, słuchając hałaśliwych kapel i z zapartym tchem oglądając pokazy sztucznych ogni. Prędko zaprzyjaźniłam się z osobami spoza kręgu St Albans, przede wszystkim z innymi nastolatkami uczestniczącymi w szkole letniej. Pogrążona w cudownej, egzotycznej atmosferze Hiszpanii, razem z nimi eksperymentowałam z poczuciem dorosłej niezależności, z dala od domu, rodziny i ogłupiającej szkolnej dyscypliny.
Po powrocie do Anglii niemal natychmiast wpadłam w rodzinny wir. Rodzice, odetchnąwszy z ulgą, że wróciłam cała i zdrowa, zorganizowali dla nas wszystkich wyjazd do Belgii, Holandii i Luksemburga. Było to kolejne poszerzające horyzonty doświadczenie, jeden z tych wyjazdów, w których wyspecjalizował się mój ojciec, organizując je dla nas od wielu lat, począwszy od pierwszej takiej wycieczki - do Bretanii; miałam wtedy dziesięć lat. Dzięki jego entuzjazmowi znaleźliśmy się w awangardzie ruchu turystycznego, przejechaliśmy setki kilometrów krętymi wiejskimi drogami budzącej się z wojennego koszmaru Europy, odwiedzaliśmy miasta, katedry, muzea, a wszystko to rodzice odkrywali razem ze mną. Łączyliśmy naukę - przez sztukę i historię - z czerpaniem prostych radości z życia za sprawą wina, jedzenia i letniego słońca, przeplatając to zwiedzaniem flandryjskich cmentarzy i oglądaniem pomników ku czci poległych w czasie wojny.
Wróciwszy jesienią do szkoły, poczułam, że doświadczenia tego lata dały mi niesłychaną pewność siebie. Gdy już wydostałam się z kokonu, okazało się, że szkoła oferuje mi niewiele więcej ponad blade odbicie świadomości i samodzielności, które zdobyłam, podróżując. Biorąc przykład z nowych form satyry pojawiających się w telewizji, ja, uczennica reprezentująca szkołę, postanowiłam zorganizować pokaz mody dla ostatnich klas, tyle tylko, że w naszym wykonaniu wszystkie stroje miały być z nietypowo do tego celu zaadaptowanych elementów szkolnego mundurka. Dyscyplinę diabli wzięli, kiedy cała szkoła stłoczyła się na schodach prowadzących do auli i głośno domagała się wzięcia udziału w pokazie. Panna Meiklejohn (znana jako Mick), korpulentna, zaprawiona w boju nauczycielka WF-u, na której porażająco męskich barkach spoczywała odpowiedzialność za spokój i porządek w szkole, po raz pierwszy dostała przy nas ataku szału, nie umiejąc wybić się głosem ponad panujący harmider. W akcie desperacji chwyciła megafon, zwykle używany jedynie w dzień sportu i do kontrolowania niemającego końca wianuszka uczniów, kiedy raz w semestrze maszerowaliśmy bocznymi uliczkami St Albans na nabożeństwo w opactwie.
Celem jesiennego semestru w 1962 roku miał być wybór przyszłej uczelni, a nie urządzanie pokazów mody. Jeśli chodzi o naukę z myślą o uniwersytecie, szło mi raczej kiepsko. Choć wszyscy darzyliśmy podziwem prezydenta Kennedy'ego, kryzys kubański z października tego roku wstrząsnął nami, naruszył poczucie bezpieczeństwa całego pokolenia i zniweczył nadzieje na przyszłość. Bo przecież w momencie gdy światowe supermocarstwa igrały z naszym życiem, nie mogliśmy mieć żadnej pewności, że w ogóle czeka nas jakakolwiek przyszłość. Kiedy podczas szkolnego apelu pod przewodnictwem dziekana modliliśmy się o pokój na świecie, przypomniałam sobie słowa marszałka Montgomery'ego, który pod koniec lat pięćdziesiątych przewidywał, że w ciągu najbliższej dekady wybuchnie wojna nuklearna. Każdy z nas, młody czy stary, wiedział wówczas, że ostrzeżenie przed atakiem, który położy gwałtowny kres ludzkiej cywilizacji, otrzymamy z zaledwie czterominutowym wyprzedzeniem. Komentarz mojej matki, osoby praktycznej, opanowanej i o filozoficznym nastawieniu, a propos trzeciej wojny światowej, mogącej wybuchnąć jeszcze za jej życia, był taki, że wolałaby zostać unicestwiona razem ze wszystkim i wszystkimi, niż cierpieć, patrząc, jak jej mąż i syn idą na wojnę, z której nigdy nie wrócą.
Pomijając jednak niepokoje na arenie międzynarodowej, ja sama czułam, że wypaliłam się przy okazji egzaminów końcowych na poziomie A, a po wolności, jakiej zasmakowałam latem, zwyczajnie brakowało mi entuzjazmu do nauki. Zresztą po całym tym wielkim halo wokół wyboru szkoły poczułam się upokorzona, kiedy ani Oksford, ani Cambridge nie wykazały mną zainteresowania. Zabolało mnie to tym bardziej, że od kiedy skończyłam sześć lat, mój ojciec nieustannie żywił nadzieję, że pewnego dnia zostanę przyjęta do Cambridge. Panna Gent, dyrektorka szkoły, świadoma mojego dojmującego poczucia porażki, ze współczuciem stwierdziła, że nie dostać się do Cambridge to żaden wstyd, ponieważ wielu studiujących tam mężczyzn intelektualnie znacznie ustępuje kobietom, których z braku miejsc nie przyjęto na uczelnię. W tamtych czasach zarówno w Oksfordzie, jak i w Cambridge na mniej więcej dziesięciu studentów przypadała tylko jedna studentka. Panna Gent poradziła, bym udała się na rozmowę do londyńskiego Westfield College, szkoły prowadzonej na wzór Girton College, pierwszego angielskiego college'u wyłącznie dla dziewcząt, i usytuowanej w Hampstead w pewnej odległości od głównego kampusu. I tak pewnego deszczowego grudniowego dnia wsiadłam do autobusu w St Albans i pokonałam nim dwadzieścia pięć kilometrów dzielących mnie od Hampstead.
Cały dzień okazał się tak wielką porażką, że pod wieczór z ulgą wróciłam do domu tym samym autobusem, przedzierającym się przez ponurą szarą pluchę. Najpierw podczas fatalnej rozmowy rekrutacyjnej na wydziale iberystyki, obracającej się niemal wyłącznie wokół T.S. Eliota, o którym nie wiedziałam prawie nic, strasznie kombinowałam i motałam, a potem wysłano mnie do kolejki stojącej przed gabinetem kierowniczki wydziału. Kiedy przyszła moja kolej, pani kierowniczka zachowywała się jak typowa była urzędniczka państwowa i praktycznie nie odrywała wzmocnionego okularami w rogowej oprawie wzroku od papierów. Ponieważ fiasko poprzedniej rozmowy kompletnie zbiło mnie z tropu, doszłam do wniosku, że kierowniczka musi zwrócić na mnie uwagę, choćby ostatecznie miało to pogrzebać moje szanse. Gdy więc znudzonym, obojętnym tonem zapytała, dlaczego jako główny język wymieniłam hiszpański, a nie francuski, odpowiedziałam równie beznamiętnie:
- Bo w Hiszpanii jest goręcej niż we Francji.
Papiery wypadły jej z rąk i rzeczywiście na mnie spojrzała.
Ku mojemu zdumieniu zaproponowano mi miejsce w Westfield, ale zanim nadeszło Boże Narodzenie, optymizm i entuzjazm, które odkryłam w Hiszpanii, zdążyły mnie prawie całkiem opuścić. Kiedy Diana zaprosiła mnie do siebie na imprezę, którą pierwszego stycznia 1963 roku organizowała do spółki z bratem, poszłam, owszem, schludnie ubrana w ciemnozielony strój z jedwabiu, oczywiście sztucznego. Miałam włosy zaczesane do tyłu i fantazyjnie natapirowane na kształt beczki, byłam koszmarnie nieśmiała i niepewna siebie. A tam - opierając się o ścianę w kącie, odwrócony tyłem do światła, stał Stephen Hawking. Był szczupły, a mówiąc, żywo gestykulował długimi, szczupłymi dłońmi. Włosy spadały mu na czoło i zasłaniały okulary. Miał na sobie przykurzoną marynarkę z czarnego aksamitu i do tego czerwoną aksamitną muszkę. To był ten sam młody mężczyzna, którego latem widziałam, gdy biegł ulicą, podskakując jak wariat.
Stał w pewnej odległości od innych osób i wyjaśniał koledze z Oksfordu, że właśnie rozpoczął studia kosmologiczne w Cambridge, wprawdzie nie pod patronatem Freda Hoyle'a, znanego z telewizji uczonego, pod którego opieką miał nadzieję się znaleźć, ale po okiem Dennisa Sciamy, człowieka o nietypowym nazwisku. Początkowo Stephen myślał, że nazwisko nieznanego mu bliżej promotora czyta się "skiaama", ale już w Cambridge okazało się, że poprawna wymowa brzmi "szaama". Przyznał się też, że zeszłego lata - akurat kiedy ja miałam egzaminy końcowe - z niejaką ulgą dowiedział się, że egzaminy ustne w Oksfordzie zdał na piątkę. Skonsternowani egzaminatorzy musieli zdecydować, jaką oceną podsumować wystąpienie wyjątkowo nieporadnego kandydata, w którego dokumentach widać było jednak przebłyski geniuszu: oceną najwyższą, zaledwie dobrą czy też dostateczną, przy czym ta ostatnia właściwie równała się porażce. Stephen nonszalancko poinformował komisję egzaminacyjną, że jeśli wystawią mu najwyższą ocenę, pójdzie do Cambridge i zrobi tam doktorat, stając się koniem trojańskim Oksfordu na konkurencyjnej uczelni, jeśli zaś dostanie od nich czwórkę (dzięki tej ocenie nadal będzie mógł prowadzić badania), wówczas zostanie w Oksfordzie. Egzaminatorzy przezornie ocenili go na pięć.
Następnie Stephen wyjaśnił swoim słuchaczom na imprezie - czyli koledze z Oksfordu i mnie - że on również postanowił być przezorny, doskonale rozumiejąc, że przy minimalnej pracy, jaką wykonał, otrzymanie najwyższej oceny w Oksfordzie to rzecz raczej mało prawdopodobna. Nigdy nie chodził na wykłady - pracować, gdy wołają kumple, tego się nie robi - a opowieść o tym, jak wychodząc z seminarium, porwał na kawałki to, nad czym pracował na zajęciach, i po drodze wrzucił do kosza na śmieci przy biurku opiekuna, jest całkiem prawdziwa. Obawiając się o swoje szanse na uczelni, Stephen złożył papiery do służby cywilnej, a nawet przeszedł wstępny etap selekcji, gotów był więc przystąpić do egzaminów kwalifikacyjnych zaraz po obronie pracy dyplomowej na uniwersytecie. Pewnego ranka obudził się jak zwykle późno, czując podświadomie, że oprócz zwyczajowego przesłuchania z kasety całości Pierścienia Nibelunga powinien tego dnia zrobić coś jeszcze. Ponieważ nie zapisywał niczego w kalendarzu, jedynie ufał własnej pamięci, dopiero kilka godzin później przekonał się, o co chodziło, kiedy raptem olśniło go, że powinien właśnie siedzieć i pisać egzamin do służby cywilnej.
Słuchałam go, rozbawiona i zafascynowana, zaintrygowana tą niezwykłą postacią, poczuciem humoru i niezależną osobowością. Świetnie się słuchało jego opowieści, po części dlatego, że śmiejąc się z własnych dowcipów, często autoironicznych, aż dostawał czkawki, niemal się przy tym dusząc. Zobaczyłam w nim kogoś, kto potykając się, brnie przez życie i dostrzega przy tym jego zabawną stronę. Kogoś, kto jest nieśmiały zupełnie jak ja, ale jednocześnie nie boi się wyrażać własnego zdania. Kogoś, kto w przeciwieństwie do mnie wie, ile jest wart, i ma odwagę to wykorzystywać. Pod koniec imprezy wymieniliśmy się nazwiskami i adresami, ale właściwie nie spodziewałam się, że się jeszcze kiedykolwiek spotkamy, chyba że przypadkiem. Opadające włosy i muszka były tylko fasadą, wyrazem niezależności umysłu - gdybym kiedyś jeszcze natknęła się na niego na ulicy, mogłabym przymknąć na nie oko jak Diana, zamiast gapić się w zdumieniu.
?
Dosłownie kilka dni później, 8 stycznia, Stephen zaprosił mnie na imprezę, przysyłając specjalną kartkę z pięknym odręcznym pismem, którego ogromnie mu zazdrościłam, bo sama, choć bardzo się starałam, nie potrafiłam tak kaligrafować. Poradziłam się Diany, która również otrzymała zaproszenie. Powiedziała, że to przyjęcie z okazji dwudziestych pierwszych urodzin Stephena - tej informacji na zaproszeniu akurat zabrakło. Obiecała, że wstąpi po mnie i pójdziemy razem. Ponieważ trudno mi było wybrać jakiś prezent dla osoby, którą właściwie dopiero co poznałam, postanowiłam wręczyć mu po prostu talon na płyty.
Obszerny, trzypiętrowy dom z czerwonej cegły przy Hillside Road pod numerem czternastym w St Albans był wzorem oszczędności i gospodarności. W tamtych czasach niespecjalnie się wyróżniał pod tym względem, ponieważ tuż po wojnie wszystkich nas wychowywano w szacunku dla pieniędzy i uczono, by kupować jak najtaniej i niczego nie wyrzucać. Dom, wzniesiony w pierwszych latach XX wieku, miał pewien urok, zwłaszcza że zachowano go w niezmienionym stanie, bez modernizacji w rodzaju instalacji centralnego ogrzewania czy wykładzin. Natura, żywioły oraz rodzina, w której była czwórka dzieci, odcisnęły swoje piętno na sfatygowanej fasadzie ukrytej za nieporządnym żywopłotem. Gałęzie wisterii zwieszały się nad rozlatującym się przeszklonym gankiem, a w górnej części drzwi wejściowych w ołowianych ramkach w kształcie rombów brakowało większości kolorowych szybek. Początkowo nikt nie zareagował na dzwonek do drzwi, w końcu jednak otworzyła nam ta sama osoba, która, okutana w futrzane palto, miała w zwyczaju wyczekiwać przy przejściu dla pieszych na swojego synka. Przedstawiła się jako Isobel Hawking, matka Stephena. Towarzyszył jej uroczy mały chłopiec o ciemnych kręconych włosach i błyszczących błękitnych oczach. Za ich plecami pojedyncza żarówka oświetlała długi, wyłożony żółtymi płytkami korytarz, ciężkie meble - w tym zegar dziadka - i oryginalną, nieco już spłowiałą tapetę projektu Williama Morrisa.
Kiedy w drzwiach prowadzących do salonu zaczęli się pojawiać pozostali członkowie rodziny, by powitać nowych gości, uświadomiłam sobie, że w zasadzie wszystkich ich znam: matkę Stephena pamiętałam z oczekiwania przy przejściu dla pieszych, a tym chłopczykiem w różowej czapce, którego odbierała, był z pewnością jego młodszy brat Edward; siostry Mary i Philippę widywałam w szkole, a wysoki, siwowłosy, dystyngowany mężczyzna, Frank Hawking, ojciec Stephena, był już raz u nas w domu, żeby usunąć rój pszczół z ogródka. Mój brat Chris i ja chcieliśmy popatrzeć, jak to robi, ale ku naszemu rozczarowaniu przegnał nas bezceremonialnie. Poza tym, że był jedynym pszczelarzem w mieście, Frank Hawking jako jeden z nielicznych w St Albans posiadał parę nart. Zimą śmigał z górki obok naszego domu, szusując w dół na pole golfowe, gdzie latem i wiosną urządzaliśmy sobie pikniki i zbieraliśmy dzwonki, a gdy spadł śnieg, zjeżdżaliśmy na blaszanych tacach. Czułam się, jakbym dopasowała elementy puzzli, wszystkich tych ludzi znałam z osobna, ale nie miałam pojęcia, że są ze sobą spokrewnieni. Była tam jeszcze jedna domowniczka, mieszkała w pokoju na poddaszu, w swoim samowystarczalnym świecie, i do rodziny schodziła wyłącznie przy okazjach takich jak ta - i ją również znałam: nazywała się Agnes Walker, była szkocką babcią Stephena, postacią w St Albans dobrze znaną z racji talentu do gry na pianinie, gdy raz w miesiącu łączyła siły z Molly Du Cane, naszą przesadnie entuzjastyczną instruktorką tańca ludowego, i dawała recital w ratuszu.
Taniec i tenis były właściwie jedynymi zajęciami towarzyskimi, kiedy byłam nastolatką. Dzięki nim poszerzyłam grono znajomych o przedstawicieli obydwu płci z różnych szkół i grup społecznych. Z przyjaciółmi ze szkoły wszędzie chodziliśmy całą grupą: na kawę w sobotni poranek, na tenisa wieczorem, latem na imprezy w klubie tenisowym, zimą na zajęcia z tańca towarzyskiego i ludowego. To, że na wieczorki tańca ludowego przychodziły nasze matki, jak również mnóstwo starszych i schorowanych mieszkańców St Albans, w ogóle nas nie krępowało. Siadaliśmy z dala od przedstawicieli starszego pokolenia i tańczyliśmy też we własnym kręgu. W naszym kąciku od czasu do czasu rodziły się romanse, dając początek wielu plotkom i paru kłótniom, które zwykle wygasały równie szybko, jak wybuchały. Byliśmy spokojną, przyjazną paczką nastolatków, prowadziliśmy znacznie prostsze życie niż młodzi ludzie dziś, a atmosfera wieczorków, inspirowana zaraźliwym entuzjazmem Molly Du Cane dla jej pełnej energii sztuki, była beztroska i zdrowa. Molly, ze skrzypcami pod brodą, autorytarnie zarządzała zmianę tańca, a babcia Stephena, korpulentna kobieta siedząca z wyprostowanymi plecami przy wielkim pianinie, po mistrzowsku, zwinnie przebierała palcami po klawiszach z kości słoniowej, dbając o nienaruszoną pozycję grubego pukla kręconych włosów opadających jej na czoło. Ta dostojna osoba odwracała się i przyglądała tancerzom dziwnie beznamiętnym wzrokiem. Z okazji przyjęcia, rzecz jasna, zeszła na dół, by powitać gości na uroczystości dla uczczenia dwudziestych pierwszych urodzin wnuka.
A tymi gośćmi byli zarówno znajomi, jak i rodzina. Stephen zaprosił kilka osób ze studiów w Oksfordzie, ale przeważali jego rówieśnicy, lub prawie rówieśnicy, ze szkoły w St Albans, którzy jesienią 1959 roku przyczynili się do jej sukcesu na egzaminach wstępnych na uniwersytety w Oksfordzie i Cambridge. Wtedy, w wieku siedemnastu lat, Stephen był młodszy od większości swoich kolegów ze szkoły, do niektórych brakowało mu nie roku, ale kilku lat - zwłaszcza do tych, których przyjęto do Oksfordu po odbyciu obowiązkowej służby wojskowej; od tamtej pory zrezygnowano z powszechnego poboru. Jakiś czas później Stephen przyznał, że nie przykładał się do pracy w Oksfordzie ze względu na różnicę wieku pomiędzy nim a pozostałymi studentami na studiach licencjackich.
Z całą pewnością znacznie bliższe stosunki utrzymywał ze szkolnymi kolegami niż znajomymi z Oksfordu. Poza Basilem Kingiem, bratem Diany, wiedziałam o nich jedynie tyle, że stanowią nową elitę St Albans. Mówiło się o nich jako o intelektualnych poszukiwaczach przygód naszego pokolenia, z pasją odrzucających każdy truizm, wyśmiewających każdą sztampę, każdy wyświechtany frazes, oddanych wierze w niezależność własnych poglądów i badaniu wyżyn możliwości ludzkiego umysłu. Miejscowa gazeta "The Herts Advertiser" cztery lata wcześniej ogłosiła sukces szkoły, umieszczając na pierwszej stronie wizerunki i nazwiska bohaterów. Oni mieli już za sobą studenckie lata, podczas gdy ja dopiero wstępowałam w szeregi braci akademickiej. Różnili się, to oczywiste, od moich przyjaciół, i to bardzo, czułam się więc przy nich - ja, wprawdzie bystra, ale w sumie zwyczajna osiemnastolatka - mocno onieśmielona. Na pewno żadna z tych osób nawet nie myślała o spędzaniu wieczoru na tańcach. Boleśnie świadoma swojego braku wyrafinowania, usadowiłam się w kącie, najbliżej kominka jak tylko się dało, z Edwardem na kolanach, i słuchałam rozmów, nawet nie próbując się do nich wtrącać. Jedni siedzieli, inni stali oparci o ścianę wielkiej zimnej jadalni, w której jedynym źródłem ciepła był piec ze szklanymi drzwiczkami. Rozmowa się nie kleiła, składała się przeważnie z dowcipów, z których żaden nie okazał się tak wyszukany, jak oczekiwałam. Jedyne, co zapamiętałam, to jednak wcale nie żart, ale zagadka o facecie z Nowego Jorku, który chciał się dostać na pięćdziesiąte piętro budynku, ale wjechał windą jedynie na czterdzieste szóste. Dlaczego? Bo był zbyt niski, żeby dosięgnąć przycisku na pięćdziesiąte piętro...
Musiało minąć trochę czasu, zanim znów usłyszałam o Stephenie. Jeździłam do Londynu, zapisawszy się na kurs dla sekretarek i nowej, rewolucyjnej odmiany stenografii, wykorzystującej zwykły alfabet zamiast hieroglifów i pozwalającej pomijać wszystkie samogłoski. Początkowo zaaferowana biegałam z ojcem na stację, by zdążyć na poranny pociąg o ósmej, dopóki nie odkryłam, że wcale nie muszę się pojawiać aż tak wcześnie w mieszczącej się przy Oxford Street szkole. Mogłam więc zacząć podróżować pod mniejszą presją czasu niż mój pełen poświęcenia, pracowity ojciec, szłam wolnym krokiem na pociąg o dziewiątej i jechałam z zupełnie innymi pasażerami niż wczesnoranny zbity tłum udręczonych, podstarzałych, ubranych w ciemne garnitury żywicieli rodziny. Rzadko się zdarzało, żebym nie spotkała kogoś znajomego, nigdzie się niespieszącego, ubranego całkiem zwyczajnie, wracającego do szkoły po weekendzie spędzonym w domu rodzinnym albo jadącego do Londynu na rozmowę o pracę. Lubiłam taki początek dnia, zwłaszcza że aż do wieczora, poza krótką przerwą na obiad, spędzałam czas w klasie wypełnionej stukotem staroświeckich maszyn do pisania i trajkotaniem młodych dam, które różniły się jedynie tym, ile razy zaproszono je do pałacu Buckingham, pałacu Kensington lub Clarence House.
Nowa, rewolucyjna metoda stenografii okazała się stosunkowo łatwa do opanowania, ale za to pisanie na maszynie metodą bezwzrokową było dla mnie prawdziwym koszmarem. Wiedziałam, że nauka stenografii ma sens, bo ta umiejętność może mi się przydać do robienia notatek na studiach, ale pisanie na maszynie było okropnie męczące, radziłam sobie po prostu beznadziejnie. Usiłowałam osiągnąć wymagane minimum czterdziestu słów na minutę, podczas gdy reszta grupy skończyła już kurs i opanowała wszelkie dodatkowe umiejętności sztuki sekretarskiej. Miało się okazać, że stenografia jako taka przyda mi się na krótką metę, zaś do pisania na maszynie będę w przyszłości nieraz powracała.
W weekend zapominałam o męce stukania w klawisze i spotykałam się z przyjaciółmi. Pewnego lutowego sobotniego poranka umówiłam się z Dianą, wówczas uczennicą szkoły pielęgniarskiej w szpitalu św. Tomasza, i Elizabeth Chant, inną koleżanką ze szkoły, studiującą z myślą o pracy nauczycielki w szkole podstawowej. Spotkałyśmy się w naszym ulubionym miejscu, to jest w kawiarni w Greens, jedynym domu towarowym w St Albans. Wymieniłyśmy uwagi na temat naszych kursów, a potem zaczęłyśmy rozmawiać o znajomych. Naraz Diana zapytała:
- Słyszałyście o Stephenie?
- Ach tak - odparła Elizabeth. - To okropne, prawda?
Zrozumiałam, że mają na myśli Stephena Hawkinga.
- O co chodzi? - spytałam. - Nic nie wiem.
- Podobno od dwóch tygodni leży w szpitalu - myślę, że u św. Bartłomieja, bo tam praktykował jego ojciec i tam też praktykuje Mary - wyjaśniła Diana. - Wciąż się potykał i nawet nie mógł zawiązać sobie sznurowadeł. - Zamilkła. - Zrobili mu paskudne badania i stwierdzili, że cierpi na jakąś okropną nieuleczalną chorobę. Coś z paraliżem. To przypomina stwardnienie rozsiane, ale wcale nie jest stwardnieniem rozsianym. Podobno dają mu tylko dwa lata życia.
To był szok. Dopiero co poznałam Stephena i polubiłam go za całą tę jego dziwaczność. Miałam wrażenie, że obydwoje jesteśmy powściągliwi w obecności innych, ale za to pełni wiary w siebie. To, że ktoś zaledwie dwa lata starszy ode mnie miałby tak wcześnie stanąć w obliczu śmierci, było dla mnie nie do pomyślenia. Raczej nie zaprzątaliśmy sobie głowy sprawami ostatecznymi, bo przecież my, młodzi, byliśmy nieśmiertelni.
- I jak się trzyma? - dopytywałam się, wstrząśnięta wieściami.
- Basil był u niego - odparła Diana. - Mówi, że Stephen jest załamany. Wyniki badań nie są najlepsze, a do tego parę dni temu w szpitalu umarł chłopak z St Albans, który leżał na sąsiednim łóżku. - Westchnęła. - Stephen, z tymi swoimi socjalistycznymi poglądami, uparł się, że będzie leżał we wspólnej sali, chociaż rodzice chcieli mu załatwić osobny pokój.
- Wiadomo już, co było przyczyną choroby? - spytałam w osłupieniu.
- Właściwie to nie - odpowiedziała Diana. - Lekarze podejrzewają, że kiedy przed dwoma laty wybierał się do Iranu, igła, którą podano mu szczepionkę na ospę, mogła nie być sterylna. Wirus mógł dostać się do kręgosłupa. Ale to tylko przypuszczenia, niczego nie są pewni.
W milczeniu wróciłam do domu, myśląc o Stephenie. Matka zauważyła, że coś mnie trapi. Nie znała Stephena osobiście, ale wiedziała, kim jest, i wiedziała, że go polubiłam. Na wszelki wypadek uprzedziłam ją, że bywa wyjątkowo ekscentryczny - w razie gdyby gdzieś się na niego natknęła.
- Pomódl się za niego - powiedziała cicho, zawierając w tych słowach pociechę głęboko zakorzenionej wiary, która pomogła jej przetrwać wojnę, śmiertelną chorobę ukochanego ojca i ataki depresji męża. - To może pomóc.
Jakie więc było moje zdziwienie, kiedy mniej więcej tydzień później, gdy czekałam na pociąg o dziewiątej rano, zobaczyłam Stephena idącego peronem i niosącego brązową płócienną walizkę. Wydawał się zupełnie zdrowy. Przywitał się ze mną wesoło. Wyglądał zwyczajniej i mówiąc szczerze, bardziej pociągająco niż ostatnim razem. Dawny wizerunek, który niewątpliwie wypracował w Oksfordzie - muszka, czarna aksamitna marynarka, a nawet długie włosy - ustąpił nowemu: czerwony krawat, beżowy płaszcz przeciwdeszczowy i krótsza, bardziej uładzona fryzura. Wcześniej spotkaliśmy się tylko dwukrotnie, za każdym razem wieczorem, w półmroku, a tymczasem w pełnym świetle ujawnił się jego szeroki uśmiech zwycięzcy, a do tego przejrzyste szare oczy. Sowie okulary skrywały twarz, która mnie pociągała i przypominała mi, być może podświadomie, mojego norfolskiego bohatera, lorda Nelsona. W pociągu do Londynu usiedliśmy razem i przegadaliśmy z rozkoszą całą podróż, prawie zupełnie pomijając temat choroby. Wspomniałam, jak bardzo przykro mi się zrobiło, kiedy się dowiedziałam, że trafił do szpitala, na co tylko zmarszczył nos i nic nie odpowiedział. Zachowywał się tak przekonująco, jak gdyby wszystko było w najlepszym porządku, a ja czułam, że próba drążenia tematu byłaby z mojej strony zwyczajnym okrucieństwem. Powiedział, że wraca do Cambridge, a gdy zbliżaliśmy się do dworca St Pancras, dodał, że często przyjeżdża do domu na weekendy. A może miałabym czasem ochotę wybrać się z nim do teatru? Jasne, że miałam ochotę.
Spotkaliśmy się pewnego piątkowego wieczoru w eleganckiej włoskiej restauracji w Soho, która już sama w sobie wystarczyłaby za całą atrakcję randki. Ale Stephen miał jeszcze bilety na przedstawienie, więc aby zdążyć dotrzeć na południową stronę rzeki do teatru Old Vic na sztukę Volpone, musieliśmy naszą nieprzyzwoicie drogą kolację zjeść niestety w szybkim tempie. Zjawiliśmy się w teatrze w ostatniej chwili, znaleźliśmy miejsca z tyłu na parterze, wsunęliśmy rzeczy pod fotele i przedstawienie zaraz się zaczęło. Ponieważ moi rodzice byli zapalonymi widzami, wcześniej obejrzałam już inną świetną sztukę Jonsona, The Alchemist, która bardzo mi się spodobała. Volpone okazała się równie dobra, tak że szybko wciągnęły mnie intrygi starego lisa, chcącego sprawdzić uczciwość swoich spadkobierców i bezustannie knującego, aż do nieprzyjemnego dla niego finału.
Upojeni przedstawieniem, rozmawialiśmy o nim jeszcze na przystanku autobusowym. W pewnym momencie podszedł do nas bezdomny i uprzejmie spytał Stephena, czy nie poratowałby go drobnymi. Stephen pomacał się po kieszeniach i zawstydzony wykrzyknął:
- Przykro mi, ale obawiam się, że nic mi nie zostało! Bezdomny wyszczerzył zęby i spojrzał na mnie.
- Nie szkodzi, szefie - powiedział, puszczając do mnie oko. - Rozumiem.
Podjechał autobus i wsiedliśmy do środka. Kiedy usiedliśmy, Stephen spojrzał na mnie przepraszającym wzrokiem.
- Strasznie mi przykro - odezwał się - ale nie mam nawet na bilet. Masz jakieś pieniądze?
Ponieważ dręczyły mnie wyrzuty sumienia przez to, że tak dużo wydał na nasz wieczór, odparłam, że z wielką chęcią wyświadczę mu tę przysługę. Podszedł do nas konduktor i stanął nad nami jak kat, czekając, aż znajdę portmonetkę w czeluściach torebki. Gdy uświadomiłam sobie, że nie mam jej przy sobie, poczułam, jak ogarnia mnie wstyd. Wyskoczyliśmy z autobusu na najbliższych światłach i pobiegliśmy z powrotem do teatru. Główne wejście było zamknięte, ale Stephen od razu ruszył do wejścia dla aktorów, znajdującego się z boku budynku. Drzwi były otwarte, w korytarzu paliło się światło. Weszliśmy ostrożnie do środka. W teatrze nie było żywej duszy. Gdy dotarliśmy do końca korytarza, okazało się, że trafiliśmy na pustą, lecz nadal rzęsiście oświetloną scenę. Oniemiali z wrażenia, przecięliśmy ją, idąc na palcach, i zeszliśmy po schodkach na pogrążoną w ciemnościach widownię. Bardzo szybko, ku naszej uldze, pod fotelem, na którym siedziałam, odnaleźliśmy moją zieloną skórzaną portmonetkę. Szliśmy z powrotem w stronę sceny, kiedy nagle światła zgasły i otoczyła nas nieprzenikniona ciemność.
- Daj rękę - powiedział Stephen zdecydowanym głosem. Wzięłam go za rękę i z wrażenia aż zaparło mi dech w piersi, gdy prowadził mnie po schodkach, przez scenę i korytarz. Na szczęście wejście dla aktorów nadal było otwarte. Wypadliśmy na ulicę, dusząc się ze śmiechu. Staliśmy na scenie teatru Old Vic!
?
Kilka tygodni po przygodzie w teatrze Old Vic, kiedy kurs stenografii zbliżał się już do końca, pewnego wieczoru wróciłam do domu i powitała mnie matka, z podnieceniem wymachując kartką z wiadomością od Stephena, który zadzwonił, żeby zaprosić mnie na May Ball2 w Cambridge. Kiedyś jedna z dziewcząt z niższej klasy dostała zaproszenie na May Ball i wszystkie wprost zzieleniałyśmy z zazdrości i łapczywie chłonęłyśmy każdy szczegół opowieści o tej gali jak z bajki. Nie mogłam uwierzyć, że oto nadeszła moja kolej. Kiedy Stephen zadzwonił ponownie, żeby potwierdzić zaproszenie, przyjęłam je z niekłamaną radością. Problem doboru odpowiedniego stroju wkrótce się rozwiązał, gdy na wystawie sklepu przy Oxford Street, niedaleko szkoły, w której odbywał się mój kurs stenografii, zobaczyłam jedwabną granatowo-białą suknię, cenowo nawet do przyjęcia.
Do May Ball, który z typową dla Cambridge przekorą odbywał się nie w maju, ale w czerwcu, pozostało jeszcze kilka miesięcy. Musiałam przez ten czas uzupełnić oszczędności uszczuplone po zakupie sukni balowej, żeby latem móc wybrać się w podróż po Hiszpanii. Z myślą o jakimś zajęciu zapisałam się więc do mieszczącego się w St Albans biura pośrednictwa pracy tymczasowej. W pierwszej pracy wytrzymałam półtora dnia, a konkretnie czwartkowe popołudnie i cały piątek. Poszłam do oddziału Westminster Bank w Hatfield, którego kierownik, pan Abercrombie, cierpliwy, uprzejmy mężczyzna, był znajomym mojego ojca. Skierowano mnie do centrali telefonicznej, ale ponieważ nie miałam zielonego pojęcia, co robić, widząc migające lampki, spanikowałam i zaczęłam gorączkowo ciągnąć kable na chybił trafił, jednocześnie rozpaczliwie próbując dopasować je do otworów. Udało mi się jedynie odciąć wszelkie rozmowy przychodzące i połączyć ze sobą aparaty osób siedzących w biurze naprzeciw siebie. Po tym doświadczeniu imałam się przeróżnych tymczasowych zajęć. Wiosna powoli przechodziła we wczesne lato i wielkimi krokami zbliżał się wieczór May Ball.
Kiedy pewnego gorącego popołudnia na początku czerwca Stephen przyjechał, by zabrać mnie do Cambridge, ze zdumieniem zobaczyłam, jak bardzo pogorszył się jego stan od tamtego wspólnego wypadu do teatru. Miałam wrażenie, że za chwilę zabraknie mu sił, by prowadzić samochód ojca, wielkiego, starego forda zephyra. Auto, o konstrukcji niczym czołg, mogło ponoć przeprawić się przez bród na rzece w Kaszmirze, co też rodzina Stephena osobiście sprawdziła, kiedy mieszkała przez pewien czas w Indiach - bez syna, bo został w szkole w Anglii. Obawiałam się, że parskająca maszyna pędzi zbyt szybko jak na tego kierowcę, drobnego, słabowitego, utykającego mężczyznę, który, tak to wyglądało, wykorzystywał kierownicę do podciągania się, by cokolwiek widzieć nad tablicą rozdzielczą. Przedstawiłam Stephena swojej matce. Nie okazała zaskoczenia ani też nie wydała się niczym zaniepokojona, pomachała nam na pożegnanie niczym dobra wróżka odprawiająca Kopciuszka na bal w szklanej karocy u boku księcia z bajki.
Podróż była przerażająca. Okazało się, że wzorem kierowcy był dla Stephena jego ojciec, prowadzący szybko i z wściekłością, potrafiący wyprzedzać na wzniesieniu i na zakręcie - kiedyś zdarzyło mu się nawet jechać drogą szybkiego ruchu pod prąd. Wiatr wpadający przez otwarte okna, gdy mknęliśmy z niesamowitą prędkością, mijając pola i lasy hrabstwa Hertfordshire i przecinając nagi krajobraz Cambridgeshire, wył tak, że nie sposób było rozmawiać. Bałam się spojrzeć na drogę znikającą pod kołami, zaś Stephen sprawiał wrażenie, jakby patrzył na wszystko, tylko nie na szosę. Być może czuł, że może ryzykować, skoro los wymierzył mu tak okrutny cios, dla mnie była to jednak marna pociecha, w duchu postanowiłam więc wrócić do domu pociągiem. Poważnie zaczęłam wątpić w całą tę bajkowość May Ball.
Rzuciwszy rękawicę statystykom wypadków drogowych, dotarliśmy cało do budynku, w którym Stephen wynajmował pokój - całkiem przyjemnego, zbudowanego w stylu lat trzydziestych i stojącego w cienistym ogrodzie. Pozostali imprezowicze właśnie robili ostatnie przygotowania do balu. Przebrałam się w pokoju na piętrze, przydzielonym mi przez administratora, a potem Stephen przedstawił mnie swoim sąsiadom i kolegom ze studiów. Zbiła mnie z tropu ich z pozoru paradoksalna postawa w stosunku do Stephena: rozmawiali z nim, wznosząc się na jego intelektualny poziom, czasem ze zjadliwym sarkazmem, czasem miażdżyli go krytyką, ale zawsze robili to z humorem; z drugiej strony traktowali go z czułością, opiekuńczo. Nie umiałam pogodzić ze sobą tak różnych postaw, przywykłam bowiem do pewnej konsekwencji, jeśli chodzi o stosunek do ludzi, i dlatego zdumiewali mnie koledzy Stephena, którzy w jednej chwili śmiało grali rolę adwokata diabła, zażarcie się z kimś spierając - to znaczy ze Stephenem - by za moment nie tylko zachowywać się, jak gdyby wszystko było w porządku, ale wręcz z przejęciem spełniać jego zachcianki, jakby jego słowo było dla nich rozkazem. Nie nauczyłam się jeszcze odróżniać rozsądku od uczucia i oddzielać intelektu od serca. Byłam naiwna i musiałam dostać jeszcze niejedną bolesną lekcję. Niewinność, taka jak moja, była według obowiązujących w Cambridge standardów nudna i przewidywalna.
Poszliśmy na kolację do restauracji na piętrze na rogu King's Parade. Ze swojego miejsca przy stole widziałam pinakle i wieżyczki King's College, kaplicy i stróżówki, rysujące się mrocznymi sylwetkami na tle intensywnego zachodu słońca nad wschodnią Anglią. Już sam ten widok był magiczny. Wróciliśmy do akademika na ostatnie poprawki, po czym wybraliśmy się na dziesięciominutowy spacer przez skrzące się zielenią Backs3, by dotrzeć do starego gmachu Trinity Hall, college'u Stephena. Uparł się, że weźmie ze sobą magnetofon z kolekcją taśm i zainstaluje go w college'u w pokoju znajomego, ot tak, żebyśmy go mieli pod ręką, gdybyśmy nabrali ochoty na odsapnięcie od zabawy. Ale nie był w stanie sam wszystkiego unieść.
- Och, daj spokój - mruknął dobrotliwie jeden z jego przyjaciół. - Przecież ja to wezmę. - I tak też zrobił.
Trinity Hall, bezpretensjonalny, stosunkowo nieduży i schowany nieco z tyłu, składa się z barwnego zestawu budynków - kilku bardzo starych, wielu wiktoriańskich i paru współczesnych - otoczonych trawnikiem i rabatami. Na jego tyłach znajduje się wychodzący na rzekę taras. Zbliżyliśmy się do college'u od strony przeciwległego brzegu rzeki Cam. Zatrzymaliśmy się na chwilę pośrodku nowego mostu wznoszącego się łukiem nad wodą i Stephen z poważną miną oznajmił mi, że wybudowano go całkiem niedawno ku pamięci Timothy'ego Morgana, studenta, który zmarł tragicznie w 1960 roku tuż po ukończeniu planów mostu. Przed nami roztaczał się iście bajkowy widok, który skojarzył mi się z tajemniczym wiejskim domkiem z książki Mój przyjaciel Meaulnes Alain-Fourniera, jednej z moich ulubionych lektur. Jej bohater, Augustin Meaulnes, wędruje po rzęsiście oświetlonym château, w samym środku mrocznych wiejskich okolic, i choć początkowo jest tylko rozbawionym obserwatorem, powoli daje się wciągnąć hulankom, muzyce, tańcom, nie wiedząc, czego się dalej spodziewać. Dźwięki muzyki granej przez kapele w Trinity Hall wypełniały powietrze, trawnik opadający ku rzece przystrojono błyskającymi lampkami, podobnie jak rosnący pośrodku majestatyczny buk, pod którym na podwyższeniu tańczyły pary. W wielkim namiocie ustawionym przed budynkiem Stephen przedstawił mnie kolejnym znajomym. Ruszyliśmy po przydział szampana serwowanego z balii, potem skierowaliśmy się w stronę bufetu i dalej, ku następnym rozrywkom - do zatłoczonej auli, gdzie na odległej scenie trwał w najlepsze niemy kabaret, do wyłożonego elegancką boazerią salonu, gdzie kwartet smyczkowy usiłował konkurować z hałasującym na trawniku jamajskim zespołem grającym na bębnach z beczek, do zakątka w starej bibliotece, gdzie podawano kasztany pieczone w żarzącym się koksiaku. Nasi towarzysze gdzieś zniknęli, zostawiając nas samych. Usiedliśmy na tarasie nad rzeką i patrzyliśmy, jak tancerze kręcą się w hipnotycznym rytmie muzyki.
- Przykro mi - przeprosił Stephen - ale nie tańczę.
- Nie szkodzi, naprawdę. To nieważne - skłamałam.
Taniec, jak się okazało, niezupełnie nie wchodził w grę, bo nieco później, znów zahaczywszy o bufet i wypiwszy jeszcze więcej szampana, odkryliśmy zakamuflowany w piwnicy zespół jazzowy. W pomieszczeniu panowała ciemność, z wyjątkiem dziwnej, niebieskawej poświaty. Mężczyzn prawie nie było widać, tylko mankiety i gorsy ich koszul świeciły na jasnofioletowo. Kobiet niemal nie dawało się dostrzec. Byłam zafascynowana. Stephen wyjaśnił, że światło wydobywa z męskich koszul fluorescencyjny składnik proszku do prania i dlatego ich biel staje się tak jaskrawa, ale ponieważ kobiecych sukni nie traktuje się tego rodzaju detergentami, nie emanują upiorną poświatą. W ciemnościach spowijających piwnicę udało mi się wyciągnąć Stephena na parkiet. Kołysaliśmy się niespiesznie w rytmie muzyki, śmiejąc się przy tym ze wzorów, jakie rysowało w powietrzu fioletowe światło, aż ku naszemu rozczarowaniu zespół przestał grać i się ulotnił.
Wczesnym rankiem pozostałe college'e, w których również odbywał się tradycyjny May Ball, otworzyły podwoje dla ciekawskich. Świtało, gdy chwiejnym krokiem pokonaliśmy Trinity Street i weszliśmy do Trinity College, gdzie w przestronnych salach czyjaś wyjątkowo dobrze zorganizowana i odpowiedzialna dziewczyna przygotowywała śniadanie. Opadłam na fotel i zasnęłam. Jakaś dobra dusza musiała zaprowadzić mnie, półśpiącą, do pokoju w akademiku przy Adams Road, gdzie przespałam na wygodnym łóżku prawie do południa.
Plan dnia dla partnerek uczestników May Ball został przygotowany ze starannością właściwą współczesnemu biuru podróży, tyle że okazał się dużo bardziej inspirujący. Przyjaciele Stephena, Nick Hughes i Tom Wesley, prócz tego, że pracowali nad doktoratami z chemii, bardzo mocno zaangażowali się w prace redaktorskie nad stworzeniem przewodnika po powojennych budynkach Cambridge - przewodnik, zaplanowany na rok 1964, miał się nazywać Cambridge New Architecture (Nowa architektura Cambridge). Stephen podzielał ich zainteresowania i zaangażował się w projekt jako dorywczy konsultant. Cała trójka aż paliła się więc, by pokazać obiekty swoich badań każdemu, kto okazałby się nimi zainteresowany. Choć dziś patrzy się na te budynki sceptycznym okiem, w latach sześćdziesiątych wywoływały dużo emocji i były wyrazem pewnego siebie, radosnego rozwoju, ekspansji niedbającej o stare nieruchomości, łąki bądź drzewa mogące przeszkodzić szaleństwu kładzenia nowych dróg, wznoszenia nowych budynków i w ogóle rozwojowi kampusu. Nie myślano wówczas o ochronie zabytków.
Z gorącym zapałem, typowym dla pionierów, przewodnicy zwracali nam uwagę - nam, czyli nieznającym się na niczym kobietom gościom - na charakterystyczne cechy nowych budynków, niedawno ukończonych lub nadal wznoszonych. Zobaczyłyśmy więc rozbudowę Sidgwick Site pod okiem Hugh Cassona i Churchill College, pomnik ku czci sir Winstona, którego zaskoczenie i zatroskanie brakiem środków na pracę angielskich naukowców i techników doprowadziło w 1958 roku do ufundowania tego college'u. Zabrali nas do Harvey Court, części Gonville and Caius College, przy której nawet autorom Cambridge New Architecture zabrakło słów. Opisali budynek z nadzieją jako "eksperyment, który ostatecznie być może zmusi swoich lokatorów do czerpania radości ze stylu życia, jaki narzuca" i dodali na jego obronę: "To najodważniejsza w całym Cambridge próba znalezienia nowego, doskonałego rozwiązania problemów uniwersyteckiej urbanistyki". Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że mniej więcej dwanaście lat później sama będę mieszkała w sąsiedztwie tego eksperymentu nowoczesnego budownictwa. Na koniec, by tradycji stało się zadość, nam, gościom z innych, nieco biedniejszych uczelni, pozwolono na chwilę zajrzeć do kaplicy King's College.
Po obiedzie wybraliśmy się na wspólną wycieczkę łodzią, a potem pojawiła się kwestia powrotu do domu.
- Chyba będzie lepiej, jeśli pojadę pociągiem - zaproponowałam z wahaniem, ale Stephen nawet nie chciał o tym słyszeć.
Uważając, by go nie urazić, raz jeszcze usiadłam na miejscu dla pasażera w budzącym postrach zephyrze. Droga powrotna była równie przerażająca jak podróż na uniwersytet i zanim dotarliśmy do St Albans, postanowiłam, że choć May Ball bardzo mi się spodobał, za nic po raz kolejny nie wsiądę do tego bolidu rodem z toru wyścigowego. Matka była akurat w ogrodzie, kiedy auto zajechało przed bramę. Rzuciłam tylko Stephenowi:
- Dziękuję i do zobaczenia - i pomaszerowałam do domu, nawet nie oglądając się za siebie.
Matka ruszyła za mną i udzieliła mi surowej reprymendy:
- Chyba nie zamierzasz odprawić tego biednego chłopca bez choćby filiżanki herbaty? - zapytała, zszokowana moją obojętnością.
Jej słowa wzbudziły we mnie wyrzuty sumienia. Wybiegłam z domu, licząc, że uda mi się jeszcze złapać Stephena. Siedział w samochodzie i próbował uruchomić silnik. Auto zaczęło się powoli staczać ze stromego zbocza, bo Stephen puścił hamulec, ale nie zdążył jeszcze włączyć silnika. Skwapliwie zaciągnął hamulec i zgodził się wejść na herbatę. Usiedliśmy więc w słońcu przy drzwiach prowadzących do ogrodu. Z ożywieniem zdaliśmy mojej matce relację z balu. Stephen był czarujący. Stwierdziłam, że naprawdę go polubiłam i że jestem skłonna wybaczyć mu szaleństwo na drodze, pod warunkiem jednak, że niezbyt często będę brała w nim udział.
2 Bal na zakończenie roku akademickiego (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).
3 Nazwa terenu i budynków położonych na sąsiadującym z rzeką Cam "zapleczu" (stąd nazwa: ang. back - tył) niektórych college'ów w Cambridge).
?
Kilka tygodni później zyskaliśmy na pewien czas dodatkową domowniczkę, ponieważ moi rodzice odpowiedzieli na anons z prośbą o przyjęcie pod swój dach francuskich nastolatek zwiedzających Anglię. Jedna z dziewcząt, szesnastoletnia, trafiła do nas, a jej najlepsza przyjaciółka niebywałym zbiegiem okoliczności znalazła kwaterę w domu Hawkingów. Pewnej czerwcowej soboty, niedługo po May Ball, Isobel Hawking poprosiła obydwie Francuzki i mnie, byśmy wybrały się z nią do Cambridge. Na szczęście okazała się rozważniejszym kierowcą niż jej syn, wyrażała się w pogodny sposób z intelektualną manierą i wzięła ze sobą imponujący kosz piknikowy - "zimny lekki posiłek", jak to ujęła - którego zawartość zjedliśmy na werandzie znajdującego się na parterze pokoju Stephena przy Adams Road. Takim to sposobem ja i moja rodzina nawiązaliśmy bliższy, bardziej regularny kontakt z Hawkingami, a kiedy Stephen przyjechał na weekend do St Albans, moi rodzice zaprosili go na kolację. Podjęli go z nienaganną gościnnością, tylko pozornie nieporuszeni jego wyglądem. Stephen wrócił do swojego dawnego wizerunku z czasów oksfordzkich: miał proste, dłuższe niż kiedykolwiek włosy, a jego czarna aksamitna marynarka i czerwona muszka stały się rodzajem uniformu, którego zadaniem było rzucać wyzwanie konformizmowi, reprezentowanemu choćby przez moich rodziców. Rodzice pocieszali się tym, że przynajmniej na razie było to nasze ostatnie spotkanie, ponieważ niebawem ponownie wybierałam się do Hiszpanii.
Wcześnie rano pewnego lipcowego dnia 1963 roku ojciec zawiózł mnie na lotnisko Gatwick, skąd o dziewiątej miałam odlecieć do Hiszpanii, legitymując się specjalnym studenckim biletem, by cztery godziny później wylądować w Madrycie. Ale okazało się, że lot został opóźniony ze względu na usterkę silnika. Nie przejęłam się opóźnieniem ani koniecznością naprawy samolotu, ani też tym, że po starcie z sufitu w kabinie cały czas kapała woda, która zamarzała, tworząc sople. Nie wzruszyło mnie nawet to, że kiedy studentom zaproponowano wizytę w kokpicie, kapitan i drugi pilot raczyli się szklaneczką piwa. Znajomy naszego miejscowego lekarza Bill Lewis, z którym umówiłam się w Madrycie, był bardziej zatroskany.
- Myślałem, że lecisz przez biegun północny! - zażartował, kiedy wreszcie, o piątej po południu, przeszłam odprawę celną.
Zabrał mnie do siebie i przedstawił swojej żonie, zapewniając, że każdego wieczoru po szóstej będę u nich mile widziana, a następnie odprowadził do kwatery, którą dla mnie znalazł. Pilar, moja gospodyni, była niewysoką, pełną życia, samotną kobietą o spiczastym nosie i czarnych włosach, mieszkającą w olbrzymim, nieźle urządzonym mieszkaniu, dosłownie dwa kroki od Lewisów. Druga lokatorka Pilar, Sylvia, również była Angielką, pracowała w brytyjskiej ambasadzie. Sylvii niespecjalnie podobali się niektórzy znajomi Pilar, mający zwyczaj przychodzić do niej o dowolnej porze dnia i nocy. Gdy tylko podzieliła się ze mną obawami, szybko wyłożyłam jej swój plan opuszczenia Madrytu najszybciej, jak to będzie możliwe. Wcześniej chciałam jednak skorzystać z okazji i zwiedzić piękną hiszpańską stolicę i jej najbliższe sąsiedztwo. W planach miałam wizytę w muzeum Prado i wycieczkę autobusem do pałaców królewskich w Aranjuez i Escorial. Naturalnie pojechałam też do Toledo, średniowiecznego miasta, przycupniętego na skałach nad rzeką Tag, w którym w XIII wieku Żydzi, Arabowie i chrześcijanie pracowali w ścisłej harmonii dla dobra nauki, i gdzie w XVII wieku El Greco namalował swoje największe dzieła. Wraz z grupą studentów wybrałam się na pielgrzymkę do Valle de los Caídos, doliny poległych, w zamierzeniu pomnika dla upamiętnienia uczestników hiszpańskiej wojny domowej, którzy ginęli po obydwu stronach barykady, ale w rzeczywistości grobowca wyłącznie faszystów - wkrótce również samego Franco - wzniesionego przez republikańskich więźniów wojennych. Zaczęło do mnie docierać, że okaleczeni żebracy na ulicach Madrytu to tragiczna żywa pozostałość po wojnie domowej, będącej paskudną, schizoidalną rysą na obliczu kraju. W połowie XX wieku Hiszpania nadal była krainą tych samych niepokojących kontrastów, które zobaczyłam w muzeum na obrazach Goi namalowanych pod koniec XVIII i na początku XIX wieku.
Tymczasem w mieszkaniu Pilar dręczyło mnie i Sylvię przeczucie, że szykuje się coś niedobrego. Konsekwentnie odmawiałyśmy Pilar towarzyszenia jej podczas wieczornych wypadów. W kuchni garnki dosłownie latały, posiłki stawały się coraz bardziej ryzykowne. Czując wyrzuty sumienia, że zostawiam Sylvię samą, zastosowałam manewr wymijający i wsiadłszy do klimatyzowanego pociągu, udałam się do Grenady w poszukiwaniu schronienia. Postanowiłam zatrzymać się tam na dłużej. Znalazłam pokój w międzynarodowym hostelu studenckim, w którym gościł nieprzewidywalny, żywiołowy tłum; prym wiedli w nim Hiszpanie, potrafiący jednym tchem gładko przejść od polityki do poezji. Nie chcąc zwariować, od czasu do czasu uciekałam przed intensywnością ich wymiany argumentów na rozpalone od słońca ulice Grenady, po których długo spacerowałam, przyglądając się bawiącym się przed swymi domostwami cygańskim dzieciom. Przechadzałam się po pałacu mauretańskim Alhambrze i ogrodach Generalife, nie mogąc się nadziwić wyszukanemu pięknu tego miejsca.
Bywało, że kołysana wonią róż i szmerem fontann godzinami przesiadywałam samotnie pod arkadami w poprzecinanym strumykami Generalife i stamtąd przypatrywałam się nieprzystępnym murom, skrywającym misterną sieć wewnętrznych dziedzińców Alhambry. U moich stóp leżało lśniące w słońcu miasto. Jego oślepiający blask zaburzały jedynie wysokie, połyskujące butelkową zielenią czubki cyprysów i jaskrawe, rozlewające się plamami fiolety i róże bugenwilli, przysłaniające białe, odbijające światło ściany. To piękne, lecz zarazem okrutne miejsce. Jakie inne miasto przyznałoby się bowiem do zamordowania swego najsłynniejszego potomka? To właśnie w Grenadzie, krótko po wybuchu hiszpańskiej wojny domowej, zbuntowani prawicowi frankiści zadali śmierć najwybitniejszemu hiszpańskiemu poecie XX wieku Federicowi Garcii Lorce, poecie, który poprzez kolor, rytm, wizję swych wersów otworzył przede mną piękno Andaluzji na długo, zanim postawiłam stopę na jej ziemi.
Podczas długich sesji samotnej kontemplacji w tak urzekającym otoczeniu czułam, jak ogarnia mnie fala dojmującej samotności. W przeszłości zdarzały mi się chwile wielkiego przygnębienia, których dokładnej przyczyny nie umiałam odgadnąć. Teraz powód powoli zaczynał stawać się oczywisty i zarazem najzupełniej naturalny: brakowało mi kogoś, z kim mogłabym wspólnie przeżywać właśnie takie chwile jak ta. Mało tego, prędko uświadomiłam sobie, że chciałabym, aby tą osobą był Stephen. Z naszych pierwszych kontaktów wynikało, że jest między nami harmonia, że pasujemy do siebie. Ale ze względu na jego chorobę jakikolwiek związek obarczony byłby piętnem niepewności i krótkotrwałości i wizją złamanego serca. Czy potrafiłabym mu pomóc spełnić się i znaleźć szczęście, choćby na ten krótki czas? Miałam wątpliwości, czy podołałabym takiemu zadaniu, ale gdy zwierzyłam się mojemu nowemu kręgowi międzynarodowych przyjaciół, zachęcili mnie do działania.
- Skoro on cię potrzebuje, musisz to zrobić - powiedzieli. W moim sercu szalała zawierucha. W końcu silny zew przygody wyrwał mnie z melancholijnej, magicznej Grenady, kazał wsiąść do dusznego, cuchnącego autobusu pełnego handlarzy i ich towaru - głównie żywego, trzepoczącego skrzydłami i gdaczącego - i wyruszyć w odbywaną w żółwim tempie podróż przez góry do Malagi. Czekałam właśnie na dworcu autobusowym na połączenie z La Líneą de la Concepción, ostatnim bastionem hiszpańskości przed Gibraltarem, kiedy podszedł do mnie mężczyzna i zapytał, czy nie miałabym ochoty zostać hiszpańską tancerką. Wyjaśnił, ku memu zaskoczeniu, że mam do tego odpowiednią figurę i wygląd. Muszę przyznać, że zrobiło mi się przyjemnie, chociaż do tej pory nabrałam już doświadczenia w odpieraniu namolnych ataków hiszpańskich drapieżców. Mężczyzna, pomimo moich obaw, zrobił na mnie dobre wrażenie - nie był przymilny i natrętny, raczej bezpośredni. Wręczył mi wizytówkę z adresem swojej szkoły tańca. Właśnie zastanawiałam się nad jego propozycją, kiedy na przystanek wtoczył się autobus do La Línei de la Concepción i odwiódł mnie od pokuszenia. Czasami czuję ukłucie żalu, gdy pomyślę, że ten akurat autobus wyłamał się z obowiązującej w Hiszpanii tradycji i przyjechał o czasie. Kto wie, jak potoczyłoby się moje życie, gdyby spóźnił się zaledwie o kilka minut?
W La Línei de la Concepción przekroczyłam granicę między Hiszpanią a Gibraltarem - granicę jak najbardziej namacalną, bo utworzoną przez zieloną żelazną barierę, wysoką na mniej więcej sześć metrów i wyposażoną w bramkę i posterunek celny. Gibraltar, z całą swoją osobliwą otoczką brytyjskiego kolonializmu, był dla mnie idealnym punktem wypadowym do pierwszej i ostatniej wycieczki na kontynent afrykański. Udałam się do Tangeru, aby po raz pierwszy stanąć oko w oko z Arabami, potomkami tych, którzy w 711 roku naszej ery najechali Hiszpanię i pozostali w niej przez ponad siedem stuleci. Spodobali mi się. Potraktowali mnie, młodą, samotnie podróżującą Angielkę, z wielką uprzejmością i w przeciwieństwie do Hiszpanów, którzy nie przepuszczą żadnej cudzoziemce, nie okazali mi nawet grama braku szacunku. To byli dostojni ludzie, dumni ze swych artystycznych zdolności, chętnie eksponujący własne dzieła na straganach kazby. Byli delikatni i gościnni, ciekawi życia w Europie, o czym przekonałam się, rozmawiając z nimi przy szklance gorącej, słodkiej miętowej herbaty, którą częstowali mnie za każdym razem, kiedy kupiłam u nich choćby najmniejszą drobnostkę.
W Madrycie, według opowieści Sylvii, podczas mojej nieobecności w kuchni nadal śmigały garnki. Pilar była coraz bardziej niezadowolona z pieniędzy, jakie uzyskiwała z wynajmu pokoju - bez wątpienia spodziewała się różnego rodzaju pokaźnych dodatków do czynszu - więc wymówiła pokój Sylvii i kazała jej wprowadzić się do mnie. Stwierdziłyśmy, że to w sumie dobrze, bo razem bezpieczniej, ale z drugiej strony Sylvii nie wróżyło to najlepiej na dłuższą metę, skoro ja wkrótce i tak miałam się wyprowadzić - przecież sama nie wytrzymałaby w tym domu. Wcześniej celowo powstrzymywałam się przed wyjawieniem Lewisom prawdy o kwaterze, którą dla mnie znaleźli, ponieważ nie chciałam zrobić wrażenia niewdzięcznej za ich pomoc i gościnność, ale nadszedł w końcu czas, by powiadomić ich o tym, co się dzieje w la casa de Pilar. Sylvia poszła ze mną do Lewisów na popołudniową herbatkę i razem opowiedziałyśmy im o korowodzie zdecydowanie odrażających mężczyzn, krążących po mieszkaniu Pilar. Stwierdziłyśmy, że Pilar najwyraźniej prowadzi dom publiczny na małą skalę i chyba zamierza stręczyć ładne angielskie dziewczęta swoim niemrawym, podstarzałym znajomkom. Zdałyśmy im relację z tego, jak ci faceci próbowali nas złapać, gdy w nocy wracałyśmy do domu. Chowałyśmy się przeważnie za plecami sereno, nocnego stróża, który dysponował kluczami do drzwi wejściowych wszystkich kamienic przy naszej ulicy; wystarczyło klasnąć w dłonie, a zjawiał się, by je otworzyć. Napomknęłyśmy o balangach odbywających się nocą w innych pokojach mieszkania i o złowieszczym stukocie klamki zamkniętych drzwi naszej sypialni.
Gdy ostatniego wieczoru mojego pobytu w Madrycie tak żaliłyśmy się z Sylvią przed Brytyjczykami, słuchaczami mimo woli, pani Lewis aż parsknęła ginem z tonikiem, zaś pozostali goście śmiali się rozbawieni. Momentalnie zadziałała poczta pantoflowa i w trybie pilnym rozpoczęły się poszukiwania nowego lokum dla Sylvii. Większość stałych bywalców domu Lewisów pracowała w brytyjskiej ambasadzie, podobnie jak sama Sylvia, ale żadnej z tych osób nie znała. Byli zabawni, a zarazem skromni, przekonywali mnie do służby dyplomatycznej, która naraz wydała mi się ciekawym pomysłem na karierę. Nazajutrz wróciłam do Anglii, ponownie specjalnym studenckim samolotem, ze smutkiem zostawiając za sobą doświadczenia, widoki, dźwięki, znajomych i intrygi. Lecz jednocześnie czułam, że otworzyły się przede mną liczne, różnorodne, a może nawet sprzeczne możliwości.