Podróż do tyłu - Hanna Fronczak

-
Proszę czekać

COPYRIGHT ? BY Hanna Fronczak COPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2011

WYDANIE I

ISBN 978-83-7574-511-5

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

PROJEKT OKŁADKI Paweł Zaręba

GRAFIKA NA OKŁADCE Iwo Widuliński

ILUSTRACJA Daniel Grzeszkiewicz

REDAKCJA Małgorzata Koczańska

KOREKTA Barbara Caban, Bogusław Byrski

SKŁAD "Grafficon" Konrad Kućmiński

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl

 

1

ROZDZIAŁ

Łowca burzy

achor wrzeszczał.

Herbert Niemiec obserwował go z niezdrowym zainteresowaniem. Drobniutki, słomianowłosy trzylatek zacisnął powieki i ryczał jak buhaj, który czuje krowę. Buzia chłopczyka poczerwieniała, po jego policzkach spływały łzy. Co chwila na moment przerywał swoje popisy i ukradkiem zerkał na matkę, ona jednak, najwyraźniej przyzwyczajona do podobnych ekscesów, siedziała na wozie nieruchomo i obojętnie wpatrywała się w przestrzeń.

Wiejska rodzina podróżująca furmanką dołączyła do konwoju wczesnym rankiem, lecz Herbert zauważył jej obecność dopiero wieczorem, w chwili kiedy chłopaczek zapragnął przesiąść się na kozioł obok ojca, a matka z nieznanych powodów nie chciała na to pozwolić. Mały, widać przyzwyczajony do rodzicielskich zakazów, zdecydował jednak postawić na swoim i wydarł się popisowo, płosząc ptaki z okolicznych drzew. Niestety, wyglądało na to, że ojcu i matce jego wrzaski są kompletnie obojętne. Dzieciak nie miał zamiaru łatwo oddać pola, miał zdrowe płuca i potrafił je wykorzystać. Coraz więcej uczestników konwoju z groźnym marsem na czole przesyłało nieżyczliwe spojrzenia chłopskiej rodzinie, a chłopiec, rad z zainteresowania, darł się jak opętany.

Jadący na czele karawany młody mężczyzna o rozczochranych czarnych włosach zwolnił nieco. Gdy zrównała się z nim wioząca hałaśliwego dzieciaka furmanka, przechylił się w kulbace i powiedział coś wprost do ucha rozwrzeszczanego malca. Skutek był natychmiastowy. Leśny dukt, którym posuwała się kolumna, spowiła błoga cisza, a Herbert z ulgą przymknął oczy. Od świtu powietrze było lepkie i ciężkie, a gdzieś z tyłu jego czaszki, za oczami, zaczynał się sadowić podstępny ból. Na szczęście był wieczór, a do miejsca popasu pozostało już niewiele drogi.

Rozłożenie przez karawanę nocnego obozowiska w lesie wbrew pozorom nie stanowiło niefrasobliwego wystawiania się na niebezpieczeństwo. Okolica uważana była za spokojną, od co najmniej dwóch lat nie zdarzył się tu atak zbrojnej bandy. Z karawaną podążało dwudziestu pięciu zatrudnionych przez kompanię konwojentów, a trzy czwarte jej uczestników stanowili mężczyźni, również mogący w razie potrzeby wyciągnąć broń. Zresztą... na co tu napadać? Nie wieźli pieniędzy, kierownik karawany miał list zastawny, który nabierał wartości dopiero po okazaniu go w faktorii w Prichsenstadt. Owszem, na konwój można napaść, kierownika zabić, a list zrabować, ale władze kompanii od lat rozpowszechniały wiadomość, że pieniądze może pobrać wyłącznie ich delegat. Wysłanników uprawnionych do pobierania gotówki było niewielu i wszyscy faktorzy doskonale ich znali. W takiej sytuacji skradziony list nie był do niczego przydatny.

Herbert wytarł konia, narzucił mu derkę na grzbiet. Zanim spoczął przy ognisku, opłukał twarz i ręce. Rozsiadł się wygodnie, spoglądając z ulgą w ciemniejące niebo. Do Prichsenstadt pozostały jeszcze trzy dni drogi. Tam konwój przyjmie ładunek dwustu osiemdziesięciu beczek wina i po krótkim wypoczynku uda się w drogę powrotną do Pragi. Owszem, wtedy prawdopodobieństwo napadu będzie większe. Ale i w tym przypadku kupcy nie będą wieźli ze sobą pieniędzy, a uprowadzenie ładunku z uwagi na jego rozmiary i ciężar jest mało prawdopodobne.

Przeciągnął się. Lubił krótkie wyjazdy. Miło było wrócić, pójść do łaźni, wymoczyć się w ciepłej wodzie. Radka zawsze była miła i uśmiechnięta, a Bernhard witał go z radością. Tylko że...

Tylko że od pewnego czasu Herbert Niemiec zaczął czuć się nieswojo w domu przy Złotej Uliczce. Kiedy dowiedział się, że jego "brat" związał się z kobietą, poczuł wielką radość. Jak nikt inny zdając sobie sprawę z samotności i wyobcowania magistra, cieszył się, że jego "bliźniak" poradził sobie z trawiącym go poczuciem beznadziei, znalazł nowy cel w życiu i towarzyszkę, piękną i mądrą. Tylko że...

Tylko że dom Bernharda przestał już być domem Herberta. Nie, Herbert do tej pory nie miał okazji poznać Amalii - jeśli wierzyć słowom "brata", kobiety uroczej, utalentowanej i pod każdym względem wyjątkowej - ale wszędzie wyczuwał jej obecność. Zabawiła w Pradze pół roku, praktycznie przemieszkując u magistra, akurat wtedy, gdy Herbert odbywał podróż do Konstantynopola, ciągnącą się od jesieni do wczesnej zimy następnego roku. Kiedy wrócił z wyprawy, magister z ogniem w oczach oznajmił mu, że obiecała wrócić tak szybko, jak będzie to możliwe. Herbert był ogromnie ciekaw wybranki "brata", ale pod pewnymi względami wcale nie palił się do jej poznania. Wniosła chaos do świata Herberta. W szafie odkrył pozostawione przez nią suknie, zza ławy w kuchni wyciągnął szmacianą lalkę z porcelanową buzią, a sprzed łóżka w pokoiku przy laboratorium zniknęła lekko wyleniała skóra z dzika. Owszem, zastąpił ją piękny kolorowy dywan - ale Herbert poczuł się niemile zaskoczony. Stawiał nogi na dziczym futrze od swojego pierwszego poranka w tym domu, szorstki dotyk zwierzęcej sierści działał na niego kojąco. Tak, wiedział, że niepoznana jeszcze Amalia zrobiła mu prezent ze szczerego serca, lecz jednocześnie nie mógł się otrząsnąć z niesmaku, że ktoś urządza jego mieszkanie bez zapytania, co on, Herbert Niemiec, o tym sądzi.

To nie był już jego dom. Kiedy zamieszkiwali w nim z Bernhardem, dwaj samotni mężczyźni, wszystko było w porządku. Obaj byli sobie panami. Ale teraz magister wkroczył na inną ścieżkę. Oby podążał nią jak najdłużej, oby było mu na niej jak najlepiej - co nie zmieniało faktu, że dla Herberta dom przy Złotej Uliczce nie był już domem. Przebywał w nim w gościnie u "brata" i czuł się nie jak mieszkaniec, lecz jak obcy, przejezdny. Różnica niby niewielka, ale jednak istotna.

Podczas ostatniego pobytu w Pradze starał się jak najmniej przebywać pod dachem "brata". Milcząca obecność obcej kobiety irytowała go. Dla zabicia czasu i odpędzenia ponurych myśli chodził na targ z Radką, do wyczerpania pływał między jednym a drugim brzegiem Wełtawy, a wieczorami przesiadywał w gospodach. Któregoś dnia w "Weneckiej Szklanicy" zwrócił uwagę na skromnie ubranego, brodatego mężczyznę w ciemnym ubraniu, który przelewał piwo z kufla do kielicha i - wysuwając komicznie język - zapisywał coś na skrawku papieru. Zaintrygowany przysiadł się do niego i zapytał o cel osobliwej działalności. Nowo poznany przedstawił się jako Johannes Kepler i wyjaśnił, że właśnie opracowuje wzory na obliczanie objętości rozmaitych brył geometrycznych. Herbert, sam nie wiedząc kiedy, wdał się w ognistą dyskusję z uczonym doktorem. Opuścili gospodę nad ranem, pijani winem, świeżo uzyskaną wiedzą i swoim towarzystwem. Do końca pobytu w Pradze Herbert spotkał się z Keplerem kilkakrotnie, za każdym razem wysłuchując jego natchnionych teorii i niekiedy uśmiechając się pod nosem. Nowy znajomy posiadał wielką wiedzę i otwarty umysł, lecz niektóre z przedmiotów jego zainteresowania wydały się Herbertowi niepoważne. Bo czy można traktować serio mężczyznę, który potrafi godzinami wpatrywać się w płatki śniegu?

Niestety, z każdej gospody trzeba było wrócić do domu, do roześmianego Bernharda i niewidzialnej Amalii. Kiedy skończy się wyprawa do Prichsenstadt, wszystko się powtórzy.

Herbert ziewnął szeroko i podniósł się z ziemi. Nie ma co zadręczać się przed nocą, z tego biorą się złe sny. Szarpaniną myśli nie zmieni stanu rzeczy. Dopóki nie ma planu, co można przedsięwziąć dalej, niech zostanie tak, jak jest. Może kiedyś będzie dysponował wystarczająco dużą sumą pieniędzy, by utrzymać dom w mieście. Jednak - czy to najmądrzejsze rozwiązanie? Jeśli nie zmieni trybu życia, rzadko będzie się cieszył własnym mieszkaniem...

Póki co - jest ognisko i derka, a to wystarczy, by uczynić znośnym stan przejściowy. Herbert wyciągnął z juków kawał nieco twardawego już chleba i zimnej pieczeni oraz skórzany bukłak, w którym przelewało się wino. Usiadł na ziemi, odgryzł kęs chleba, po czym rozejrzał się z ciekawością.

Tuż obok niego siedział na kulbace młody mężczyzna z szopą rozwichrzonych czarnych włosów. Patrzył w płomienie ogniska z nieobecną miną, jego dłonie łamały patyk i rzucały kawałeczki drewna w ogień z jakąś niedobrą, nerwową zaciętością. Herbert przyjrzał mu się uważniej: z prawą ręką młodego człowieka było coś nie tak. Niby trzymał nią kijek, ale jakoś słabo, podczas łamania raczej opierał gałązkę o kolano. Zmordowany konwojent uśmiechnął się do przypadkowego towarzysza i podsunął mu swój bukłak.

- Może łyczek wina na przegnanie czarnych myśli? - zaproponował wesoło.

- Wina? - Mężczyzna spojrzał na niego nieprzytomnie. - Wina? Nie, dziękuję. Nie mogę patrzeć na wino. - Urwał na moment. - Niedługo będę miał o wiele więcej wina, niż jestem w stanie znieść. To ostatni moment, kiedy mogę za nie podziękować - zakończył, nieładnie krzywiąc usta.

- Chciałbym mieć dużo wina - mruknął Herbert. - Nie uważam piwa za napój. Jak można wlewać w siebie coś podobnego do kozich szczyn?

Liczył na to, że niewybrednym porównaniem rozweseli ponuraka. Pomylił się. Młody człowiek dalej był chmurny jak listopadowa noc. Nie spoglądał już w płomienie, lecz zwiesił głowę i wpatrywał się we własne uda. Włosy opadły mu na twarz, a jego postawa dawała do zrozumienia, że całe piękno świata w tej chwili nie ma do niego dostępu.

- Albo nie - rozmyślił się po chwili smętny sąsiad. - Poproszę. Każda chwila jest dobra, żeby zalać robaka. Wino, cudowne wino, dobre wino. Powinienem się przyzwyczajać. Ostatecznie już niedługo będzie mnie utrzymywać.

Przyjął od Herberta bukłak i pociągnął z niego solidny łyk.

- Hoimar zum Uttenhof - przedstawił się, nie podając jednak towarzyszowi prawicy. - Saksończyk.

- Herbert Niemiec - odwzajemnił się starszy z mężczyzn. - Z Pragi. Ach! - Ożywił się, a jego twarz nagle pojaśniała. - To byłeś ty! To ty uciszyłeś tego wstrętnego bachora, który darł się przez cały ranek! Co mu powiedziałeś?

- Że jeśli nie przestanie wyć, ukręcę mu głowę i wyrzucę ją w krzaki - wyszczerzył się Hoimar i parsknął cichutkim, złośliwym śmieszkiem. - Choć do straszenia dzieci ty jednak bardziej byś się nadawał.

Herbert zawtórował mu gardłowym chichotem i spróbował spojrzeć na siebie oczyma wrzaskliwego chłopczyka. Od początku wyprawy, czyli od ponad miesiąca, nie zawracał sobie głowy goleniem, więc jego twarz pokryła niechlujna szczecina, długa na dwa palce. Pochylając się ku dzieciakowi przybrałby odpowiednio odpychającą minę i obnażył zęby jak głodny pies. Ogolony, uczesany i w dobrym humorze uchodził za człowieka o miłej aparycji, teraz jednak przywodził na myśl obdartego wyrzutka pożerającego dzieci na śniadanie.

Zum Uttenhof znowu pociągnął łyk wina.

- Powinienem uczyć się podejścia do dzieci - stwierdził kwaśno po chwili. - Będzie mi to potrzebne. Już niedługo.

- Czyżby twoja małżonka była przy nadziei? - zainteresował się Herbert. - Przyjmij, proszę, najszczersze gratulacje!

- Nie mam żony - ponuro odparł młodszy mężczyzna. - Jeszcze. Już niedługo będę miał. Jadę do Prichsenstadt poślubić winnicę. To, niestety, wszystko, na co mnie stać.

- Jestem kawalerem - stwierdził Herbert ostrożnie - ale wydaje mi się, że małżeństwo to nie jest taki zły stan. Są tacy, którzy go sobie chwalą. A jaka jest twoja narzeczona? Miła? Ładna?

- Nie mam pojęcia - mruknął ze złością Hoimar, wbijając wzrok w ziemię. - Nigdy jej nie widziałem. Jest wdową po producencie wina, starszą ode mnie o dziesięć lat i bogatą. Zawarliśmy kontrakt przez swata: ja zapewnię jej dziedziców o szlacheckim nazwisku, ona mnie utrzymanie i dach nad głową do końca życia. A ponieważ Amor vincit omnia, zwłaszcza jej brak mężczyzny i mój chorobliwy niedostatek, ksiądz przypieczętuje nasz sakramentalny związek w kościele. I będziemy żyli długo i szczęśliwie - dokończył jadowicie.

Herbert przyjrzał się swojemu sąsiadowi uważniej.

- Ile ty masz lat, chłopie?

- Dwadzieścia trzy - odparł zum Uttenhof.

- Człowieku, tyś oszalał. - Jego towarzysz znacząco postukał się w czoło. - Czy ja dobrze rozumiem? Żenisz się z właścicielką winnicy? Z kobietą, która ma trzydzieści trzy lata? I nazywasz ją starą? Niewiasta w tym wieku to sam miód, zapewniam cię. - Uśmiechnął się szeroko. - Obiecałeś jej dziedzica? No cóż, mogę powiedzieć, że ci zazdroszczę. Ja sam nie mam potomstwa, uważam jednak, że najprzyjemniejsza rzecz związana z dziećmi to ich robienie.

- Nie chcę tego - warknął Hoimar i przypiął się do bukłaka.

- To po co się żenisz? - zdziwił się jego rozmówca.

- A co mogę zrobić innego?! - wybuchnął młody szlachcic. - Majątek Uttenhof dawno przeszedł w obce ręce dzięki mojemu ukochanemu dziadziusiowi, oby smażył się w piekle! Ojciec nauczył mnie władać bronią i nie było źle. Wojenne rzemiosło to szlachetne rzemiosło. Ale teraz? Co ja mogę zrobić... z tym?

Wyciągnął przed siebie prawą rękę i podwinął mankiet. Od wewnętrznej strony nadgarstek znaczyła krwistoczerwona, ściągnięta, nie do końca wygojona blizna. Dłoń była skurczona i jakby mniejsza niż należy. Hoimar ledwo dostrzegalnie poruszył palcami.

- Widzisz? - warknął ze złością. - To wszystko, na co mnie stać. Nie ma mowy o utrzymaniu miecza, ba, kufla, nawet kawałek chleba chwytam z trudem. Służyłem u landgrafa Notkara von Kitzingena, walczyłem, dobrze mi się działo. Tu jest Frankonia, tu musi być porządek! Aż w końcu przyszła ta koszmarna bójka w zajeździe. Nie spodobałem się miejscowemu osiłkowi, ruszył na mnie z nożem, człowiek góra, wyższy ode mnie o półtorej głowy. Nie miałem żadnych szans, potrząsnął mną jak kociakiem. Któryś z moich kolegów zdzielił go ławką w głowę, ale chłop, choć pijany, wcześniej zdążył wyciągnąć nóż. Zasłoniłem się... celował w brzuch. Przeciął mi ścięgno w nadgarstku.

Lewą ręką nabrał garść piachu i z furią rzucił go w płomienie.

- I taki był koniec Hoimara zum Uttenhofa. Landgraf umył ręce, powiedział, że nie wypłaci odprawy rannemu w karczemnej awanturze. Służyłem u niego od dwunastego roku życia! Owszem, zapewnił mi medyka, ale gdy się podkurowałem, kazał iść precz. Co mam robić? Zostać markietanem? Koniuchem? Ciurą obozowym? Rękę mam niesprawną, ale tam, na dole - wskazał między nogi - mogę jeszcze powalczyć. Czy ładna? To nieistotne. Czy miła? A jakie to ma znaczenie? Tylko na to mnie stać: na poślubienie winnicy. O tak, będę wiernym mężem. - Skrzywił się z goryczą. - Jeszcze, nie daj Boże, dorwałby mnie jakiś zazdrosny rywal i uciął ostatnią rzecz, którą mogę władać!

Podniósł nadłamany patyk i z wściekłością wbił go w ziemię.

- A rozum masz? - niewinnie dopytał się Herbert. - Czy głowę też ci ucięli?

- Co ty możesz wiedzieć o szlacheckim honorze - syknął wściekle były żołnierz landgrafa. - Winiarz! Mam być winiarzem na utrzymaniu kobiety! Mój ród pochodzi z Saksonii i mało jest starszych od niego, wywodzi się od Henryka Ptasznika. Moi przodkowie nosili królewskie korony, a ja będę wylewał gnój pod krzaki winorośli! - Młody szlachcic splunął w krzaki, jakby poczuł w ustach nagłą gorycz. - Oto, jak wygląda kompletny upadek: żenię się ze starą wdową po winiarzu, której nigdy na oczy nie widziałem! Tylko dlatego, że nie jestem już w stanie zadbać o siebie samodzielnie!

- Nie desperujesz aby za bardzo? - spytał z powątpiewaniem Herbert.

- Nie. - Hoimarem wstrząsnął suchy szloch. - W Kitzingen, w siedzibie landgrafa, były kobiety wynajmujące się mężczyznom. Nieważne było dla nich, jacy są klienci - starzy czy młodzi, łagodni czy brutalni, trzeźwi czy pijani. Przyjmowały wszystkich bez wyjątku. Interesowało je tylko to, czy byli wypłacalni. W tej chwili - kontynuował, nieświadomie ściszając głos - doskonale wiem, jak czuły się te niewiasty: tak samo jak ja. Jeśli się nie sprzedam, zdechnę gdzieś pod płotem.

- Ciekawe, co by na to powiedziała twoja narzeczona - sarknął Herbert. - Nie to, żebym kiedykolwiek prowadził wnikliwe badania kobiecej natury, ale wiem, że dla nich małżeństwo to świętość... zazwyczaj. A nie handlowa transakcja, czy jak tam to zwał.

- To jest transakcja - powiedział dobitnie Hoimar. - Wyrachowana i do bólu zimna. Ja mam tytuł. Jestem ostatnim potomkiem wielkiego rodu, którego członkowie wojowali w Ziemi Świętej u boku Baldwina I, króla Jerozolimy. Ona ma pieniądze. Kupiła mnie dla nasienia i nazwiska, dzięki któremu jej dzieci będą mogły patrzeć z wyższością na swoich kuzynów, niemogących poszczycić się tak starym mianem. Dzieci, które - skrzywił się ze złośliwym lekceważeniem - będą darły się tak samo potępieńczo jak ten bachor na wozie.

Herbert miał zamiar powiedzieć coś obraźliwego, ale nie zdążył. Spomiędzy wozów wypadł znany im już wrzaskliwy dzieciak i popędził w stronę ogniska. Nieumarły złapał go odruchowo, by nie wpadł w płomienie, i poznał, że trzyma tego samego dzieciaka, który tak straszliwie darł się rankiem.

- No co, smyku - przemówił dobrodusznie. - Zgubiłeś matkę? No idź, już tam czeka na ciebie...

- Mama... - wymamrotał trzylatek i kurczowo uczepił się ramienia Herberta. - Mama! - krzyknął i wskazał poza krąg światła ogniska, a jego oczy lśniły zaciekawieniem. - Tato! - zawołał przeraźliwie.

Zza najbliższej furmanki wynurzył się siwowłosy, starszawy chłop, zbliżył się do ognia i wziął dziecko na ręce.

- Wracamy - mruknął do ucha synkowi. - Już dobrze, nic złego się nie dzieje. Nie przeszkadzaj panom, mają swoje sprawy. - Przytulił małego, odwrócił się na pięcie i odszedł.

Kiedy znalazł się przy wozach, zza jednego z nich wytoczyła się kobieta; szła niepewnie, zataczając się, jak pijana lub osłabła. Ojciec chłopczyka szarpnął ją za ramię i nie zwracając uwagi na opór, brutalnie pociągnął w stronę furmanki z płócienną budą.

- No cóż. - Herbert odprowadził ich wzrokiem i pociągnął z bukłaka. - Nie ma to jak zgodne stadło - westchnął cynicznie. - Jesteś wojownikiem, Hoimarze, na pewno nauczysz się przewodzić w swojej rodzinie. Dostatecznie długo byłeś żołnierzem, by zorientować się, że każdy z nas - wskazał brodą w stronę wozu, za którym zniknęła chłopska rodzina - najchętniej wybiera sobie takiego przeciwnika, którego może bez trudu zwyciężyć.

Hoimar zacisnął usta, wstał z kulbaki, przeciągnął się i rozwinął derkę.

- Idę spać - mruknął ze złością. - Moja pani czeka. Zapłaciła za mnie, więc nie mogę zanadto się eksploatować. Jestem ogierem zarodowym.

- Raczej baranem - skonstatował Herbert, niegłośno, acz wyraźnie.

Wkrótce poszedł za przykładem towarzysza. Nie przepadał za spaniem na ziemi, ale cóż, był środek lata. Bywało gorzej. Gdy staną w Prichsenstadt, pójdzie do gospody i zamówi kapłona duszonego w winnym sosie, następnie wyszoruje się do czysta, a potem padnie na łoże i nie wstanie z niego do następnego ranka. Odkąd zaczął czuć się nieswojo pod dachem Bernharda, każdy zajazd był dla niego jak dom. I tu, i tam nie miał na nic wpływu.

Hoimar częściowo go rozbawił, częściowo zainteresował, częściowo wreszcie natchnął zniechęceniem. Iluż jemu podobnych spotkał już na szlaku! Wyrzucających z siebie gorycz i zadawniony żal, pełnych pretensji do samych siebie, opanowanych strachem przed konsekwencjami własnego wyboru. Początkowo przejmował się ich losem, próbował uspokajać, udzielał rad... jednak po dwóch, trzech latach przestał. Czasami miał wrażenie, że życiem przypadkowych znajomych przejmuje się bardziej niż oni sami. Każdą wskazówkę dotyczącą wyjścia z zagmatwanej sytuacji witali z ledwo dostrzegalną niechęcią, jakby już sami je odnaleźli, a nie skorzystali z niego powodowani wyłącznie fatalizmem, ogólną beznadzieją albo siłą bezwładu.

Zresztą - może tak właśnie było?

Herbert przewrócił się na plecy i zapatrzył w czarną kratownicę gałęzi rysującą się na tle granatowego nieba. Ognisko dogasało, członkowie karawany ułożyli się już do snu. Było cicho. Miał wrażenie, że na polanie jest zupełnie sam.

Młody szlachcic był tak mocno przytłoczony nieznaną przyszłością, tak bardzo pozbawiony wszelkiej nadziei. Ciekawe, czy przyjąłby radę obcego poznanego na szlaku?

Ranek wstał chłodny i mglisty, ale mlecznobiałe tumany szybko uniosły się, odsłaniając czyste, błękitne niebo. Na leśnym poszyciu perliły się krople rosy. Karawana sposobiła się do odjazdu. Herbert, nieco skostniały, strzepnął derkę i podłożył ją pod siodło. Zacisnął popręg, poklepał konia po zadzie i szybko znalazł się w siodle.

Jego wczorajszy rozmówca, naburmuszony, z włosami przypominającymi rozrzuconą przez wiatr kopę siana, stał przed wielkim karym ogierem. Pieszczotliwym ruchem gładził konia po chrapach, coś do niego szeptał, a następnie wtulił twarz w bujną grzywę. Herbert, który miał zamiar przywitać szlachcica złośliwym komentarzem, na ten widok powściągnął cierpkie słowa. Młody mężczyzna wprawnie dosiadł wierzchowca.

- Szczęść Boże - rzucił sztywno, umykając wzrokiem.

- Nawzajem - odparł Herbert. Podjechał do Hoimara i stanął obok niego strzemię w strzemię. - Zanim ruszymy, zrób coś dla mnie, dobrze?

- Dobrze - mruknął młodzieniec. - Co mianowicie?

- Pokaż mi rękę - zażądał jego towarzysz - chcę ją obejrzeć przy dziennym świetle.

- Po co? - żachnął się zum Uttenhof. - Co tu jest do oglądania?

- Twoja ręka - odparł bezczelnie Herbert. - Proszę, żebyś mi ją pokazał.

Skołowany i nie do końca jeszcze przebudzony Hoimar wyciągnął ku niemu prawą dłoń.

- No i co - zauważył po chwili kąśliwie - podoba się? Też chciałbyś taką?

- Cicho - mruknął Herbert, ostrożnie dotykając opuszkami palców suchej, sztywnej blizny, naciskając z wyczuciem przegub i kręcąc okaleczoną dłonią na wszystkie strony. - Ćwiczysz? Poruszasz nią? Zaciskasz pięść? Obracasz nadgarstkiem jak podczas szermierczej finty?

- Nie! - wrzasnął badany, wyszarpując dłoń. - Mam przecięte ścięgno!

- Owszem, masz - przyznał pogodnie Herbert - ale nie do końca. - Jeśli weźmiesz się w garść i poćwiczysz, nie będziesz musiał się martwić, że upuścisz chleb. Albo kufel. - Mrugnął porozumiewawczo. - Z rozsznurowaniem spodni w kroku też powinieneś sobie poradzić.

- A miecz? - zapytał zachłannie młody szlachcic.

- O mieczu zapomnij - stwierdził Herbert. - Ta droga jest już dla ciebie zamknięta.

Potomek Henryka Ptasznika uderzył konia piętami i wolno ruszył do przodu, nie zaszczycając towarzysza spojrzeniem. Herbert zrównał się z nim i przez chwilę jechali w milczeniu.

- Kiedy zamkniesz oczy, blizna nie zniknie - stwierdził, patrząc w przestrzeń. - Dlatego gdy przyjedziesz do miasta - kontynuował niewzruszenie - postaraj się o gęsi smalec i cztery razy dziennie mocno nacieraj nim miejsce zranienia, zwłaszcza przed pójściem spać. Twoja ręka do pełnej sprawności już nie wróci, ale jeśli rozruszasz mięśnie... kto wie co może się stać. Ścięgno trochę trzyma, zauważyłem to już wczoraj. Gdybyś miał je przecięte do końca, nie poruszałbyś palcami. Ten, który cię leczył, powinien żaby misić, a nie zajmować się opatrywaniem rannych.

- A ty co? - nie wytrzymał Hoimar. - Kim ty właściwie jesteś? Ochroniarzem karawany czy medykiem?

- Jednym i drugim - wyszczerzył się Herbert. - Przez cztery lata studiowałem w Heidelbergu. Pół roku byłem chirurgiem w posiadłości śląskiego arystokraty. Uwierz mi, twoja blizna jest jedną z mniejszych, jakie widziałem.

- To co tutaj robisz? - Oczy ostatniego z Uttenhofów zrobiły się okrągłe jak u dziecka.

- Jadę do Prichsenstadt - medyk uśmiechnął się i puścił oko. - W tamtejszej gospodzie "Pod Bocianem" dają najlepszego kapłona na świecie. Właściwie nie o kapłona mi chodzi... ale ten winny sos...

Jechali w milczeniu. Etap drogi, jaki mieli dziś do przebycia, kończył się w osadzie zwanej Popielną Polaną. Zamieszkiwali ją głównie węglarze, niektórzy samotni, inni z kobietami. Kolonia liczyła około czterdziestu dusz i mogła się poszczycić nawet czymś na kształt gospody. Bliskość szlaku, jakim podążały liczne konwoje, zapewniała jej właścicielowi niezły zarobek i możliwość wyżywienia rodziny. Zajazd dysponował nawet trzema pokojami gościnnymi, Herbert nie sądził jednak, by dane mu było zatrzymać się w którymś z nich; zazwyczaj zajmowali je przewodnicy karawan i niekiedy podróżujące z konwojami co zamożniejsze kobiety. Reszcie musiał wystarczyć nocleg w stodole. Sen na miękkim sianie był jednak milszy i spokojniejszy niż pod gołym niebem.

Herbert, pozornie wpatrzony w drogę przed sobą, zezował w kierunku towarzysza podróży. Hoimar puścił wodze luźno, zamknął oczy i jechał, poddając się kołysaniu konia. W świetle dnia było widać wyraźnie, że ubrany jest nędznie, ale jego koń ma piękny rząd, dostatnio zdobione siodło i zdecydowanie nie wygląda na szkapę od pługa.

- To holsztyńczyk - przemówił Hoimar, nie otwierając oczu, a Herbert wzdrygnął się, gdyż przez chwilę miał wrażenie, iż młody towarzysz podsłuchuje jego myśli. - Nazywa się Tezeusz. Dużo razem przeszliśmy. To ostatnie, co mam cennego.

- Zawsze myślałem, że najcenniejszą rzeczą, jaką dysponuje człowiek, jest jego głowa - powiedział Herbert.

- Co ty z tą głową! - zirytował się młodzieniec. - Na życie nią nie zarobię, nie chodziłem do szkół, nie jestem uczony. Co mam robić, twoim zdaniem? Co ty w ogóle wiesz o szlachcie? O jej powinnościach?

- Ruszyć głową nigdy nie zaszkodzi - parsknął Herbert. - A co do szlacheckich powinności... Mój brat jest synem grafa von Rövershagena. - Uśmiechnął się. - Można powiedzieć, że ja też całe dzieciństwo spędziłem w zamku. Chyba jednak wiem, jakie obowiązki nakłada na człowieka szlachetna krew.

- Jesteś nieślubny? - ni to spytał, ni to stwierdził Hoimar. - Nie było ci żal, kiedy patrzyłeś na brata? Nie porównywałeś się z nim?

- To nie takie proste. - Herbert uśmiechnął się szelmowsko. - Widzisz, Bernhard jest dla mnie najbliższym człowiekiem na świecie i spokojnie mogę powiedzieć, że zawdzięczam mu życie. Jest poważnym uczonym, mieszka w Pradze. Proponował mi, bym towarzyszył mu przy naukowych eksperymentach, ale ja widziałem przed sobą inną przyszłość.

- Ilu ludzi, tyle historii... - zauważył obojętnie młodzieniec.

- Ano, tu wyjątkowo masz rację - skinął głową jego towarzysz. - A jaka jest historia twojej narzeczonej?

- Nie mam pojęcia - warknął były żołnierz landgrafa. - Wiem tylko tyle, ile powiedział mi swat. Ma o dziesięć lat więcej niż ja, przed czterema laty zmarł jej mąż. Odziedziczyła trzy winnice i niezły kapitalik, domek w mieście i wytwórnię wina. Szuka małżonka z koneksjami lub z tytułem, najlepiej najmłodszego syna bez ziemi. To mi wystarczy. Ech... jeszcze dwa dni wolności, a potem niech się dzieje, co chce. Dla mnie życie już się skończyło.

- Gdybyś nie był ranny - stwierdził jego towarzysz - porządnie bym ci przyłożył. Człowieku, przed tobą zasobna przyszłość i kobieta na dokładkę. Co masz jej do zarzucenia?

- Nie kocham jej - wyznał szczerze młody szlachcic. - Po prostu.

- I to wszystko? - Herbert parsknął śmiechem. - To dlatego mówisz o niej per winnica? Świetne masz podejście do przyszłej żony, moje najszczersze gratulacje! Czy ona w ogóle ma jakieś imię? A może na chrzcie dali jej Winnica?

- Dagmar - mruknął Hoimar. - Na imię ma Dagmar. Nazywa się... Schwarzkeller. Albo jakoś tak.

- I nie kochasz jej? A jak mógłbyś, skoro nigdy jej nie widziałeś?

- To wdowa po winiarzu - prychnął zum Uttenhof. - Pewno jest tłusta, pazerna i kłótliwa, a ponadto zadziera nosa. Czy w Prichsenstadt nie ma wolnych mężczyzn? Jak myślisz, dlaczego szuka męża przez swata? Czyżby była aż tak zdesperowana, że godzi się na poślubienie człowieka, którego nie zna? Może ja też nie jestem dla niej Hoimarem, tylko upragnionym tytułem?!

- A ty? - odparował Herbert. - A ty, panie zum Uttenhof? Dlaczego szukasz żony przez swata? Czyżby w siedzibie landgrafa nie było wolnych kobiet?

- Były, a jakże. - Hoimar wzruszył ramionami. - Ale ja nie chcę dziewuchy, którą łobzowało piętnastu moich kompanów. Pragnę czegoś więcej.

- Może ona też? - podsunął jego towarzysz. - Może i twoja Dagmar nie chce poślubić żadnego z okolicznych winiarzy, bo ma ambicje i mierzy wyżej? O tym nie pomyślałeś? Może robi to dla swoich przyszłych dzieci? Żeby z racji urodzenia miały możliwości, o które ona musi zabiegać, narażając się na niewybredne komentarze? Takie jak twoje?

Młody szlachcic westchnął, a twarz rozjaśnił mu nagły uśmiech. Ściągnięte rysy ostatniego z Uttenhofów wygładziły się, a szare oczy spojrzały w sposób niemal marzycielski. Herbert nie był przesadnie wrażliwy na męską urodę, a przedstawicieli własnej płci klasyfikował z uwagi na charakter, a nie na wygląd, teraz jednak, patrząc na towarzysza, musiał przyznać w duchu, że jest on niezwykle przystojnym mężczyzną.

- Zawsze chciałem mieć żonę - wyznał cicho młody szlachcic. - Tylko wydawało mi się, że będzie młodsza ode mnie. Że przede mną nie pozna żadnego mężczyzny. Że będę ją kochał. A taki związek... jadę do niej jak ogier prowadzony do klaczy rezydującej w wygodnej stajni. To nie tak miało być.

- Takie jest życie - skwitował Herbert.

- Ja chciałbym ją kochać - mówił cicho młodzieniec, wciąż z tym samym rozmarzonym uśmiechem. - Miłość powinna być jak burza, jak piorun, co spada z jasnego nieba. Chciałbym czuć gorączkę i niemoc, i śnić o mojej pani, i czuć dreszcz, gdy ją widzę. A nie tak... dla tytułu i pieniędzy. To nieludzkie. To wbrew naturze.

Herbert przyglądał mu się spod oka z nieodgadnioną miną.

- A w domu wszyscy zdrowi? - zapytał po chwili, uśmiechając się dobrotliwie. - Nie pomyliły ci się stulecia? Naczytałeś się Walthera von der Vogelweide? Dô het er gemachet alsô rîche von bluomen eine bettestat. Des wirt noch gelachet inneclîche, kumt iemen an daz selbe pfat? Powiedz mi, człowieku, czy ty w ogóle byłeś kiedyś z kobietą?

- No pewnie! - Zum Uttenhof uniósł wysoko głowę. - Chłopaki landgrafa zawsze mieli powodzenie! Niczego mi nie brakuje!

Starszy mężczyzna ryknął śmiechem.

- Ja nie pytam, czy miałeś kobietę - wyjaśnił po chwili, wciąż złośliwie chichocząc. - Ja pytam, czy byłeś z kobietą. Czy czułeś się za nią odpowiedzialny, mieszkałeś z nią w jednym domu, zarabiałeś na wasze wspólne życie, nosiłeś jej wodę ze studni i znosiłeś humory, kiedy miała swoje złe dni. No jak? Byłeś?

Hoimar zacisnął zęby i bez słowa popędził konia. Herbert, wciąż nie potrafiąc opanować śmiechu, obserwował go przez chwilę, wkrótce jednak stwierdził, że letni las jest o wiele ciekawszy niż napięte jak struna plecy urażonego młodego szlachcica. Czerwiec grzał się w słońcu jak leniwy kocur, pachniało piachem i igliwiem.

Herbert wzruszył ramionami i odprowadził jeźdźca wzrokiem. Oto kolejny niezadowolony, pragnący za wszelką cenę oddalić to, na co się zdecydował. Jeszcze jeden człowiek bez wiary w przyszłość, dążący do nieuchronnej porażki. Zachowuje się tak, jakby miał lat nie dwadzieścia trzy, a trzynaście. Los mu sprzyja, okazja sama pcha się w ręce, a on robi wszystko, żeby się nie udało. Żeby zachować resztki dobrego mniemania o sobie, odrobinę własnej godności, najłatwiej jest zwalić odpowiedzialność za klęskę na tę drugą stronę. To nie ja jestem winien. To ona. To ona!

Dojrzałość i konsekwencja godne dziecka.

Dagmar Schwarzkeller... nie wiedział, czy powinien podziwiać jej odwagę, czy raczej jej współczuć. Zresztą o co ten cały szum? Jak świat światem istniały małżeństwa kojarzone przez swatów. A ten młodzik... jedzie do Prichsenstadt z taką miną, jakby mieli go tam żywcem obłupić ze skóry. Poezja! Marzenie o młodziutkiej dziewicy! Jakby nie był zahartowanym w bojach żołnierzem landgrafa, a nieopierzonym żółtodziobem, który nigdy nie widział niewiasty bez koszuli.

Henryk Ptasznik, dobre sobie! Miłość jak burza! Zawrót głowy i dreszcze! Czasy minnesangu dawno się skończyły. Młody szlachcic pomylił chyba chuć z uczuciem.

Zresztą - nie on pierwszy, nie on ostatni.

Słońce przygrzewało. Herbert zdjął kamizelę i został w samej koszuli. Odruchowo pogładził maczugę umocowaną do uchwytu przy siodle. Powstrzymując konia, przesunął się ku końcowi karawany. Na koźle wozu wiozącego rodzinę rozwrzeszczanego chłopczyka tym razem siedziała kobieta. Miała podbite oko, a jej górna warga nabrzmiała i przybrała barwę owocu jeżyny.

- A gdzie mały? - zagadnął przyjaźnie. - Zmęczony? Usnął?

- Usnął - lakonicznie potwierdziła matka, odwracając głowę.

- Czy coś się stało? - dopytywał się medyk. - Potrzebujesz pomocy? Lekarskiej - uściślił.

- Patrzycie na moje oko? - prychnęła, odgarniając włosy z czoła; była ładna wyzywającą, agresywną urodą. - Tak, to mój mężulek. Jedyna pomoc, jakiej możecie mi udzielić, to poderżnąć mu gardło, kiedy zaśnie. Wtedy będę miała święty spokój.

Z rozpiętej nad furmanką płóciennej budy wynurzyła się posiwiała męska głowa.

- Z kim gadasz?! - Mężczyzna charknął i splunął przez burtę. - Znowu jakiś kochaś do ciebie uderza? A męża ślubnego przygarnąć nie łaska?!

- Śpij, pijaku. - Kobieta obróciła się na koźle i sięgnęła po bat. - Śpij, bo ci...

Chłop spróbował wstać, ale nie bardzo mu to wyszło.

- Jeszcze tu jesteś? - Strzeliła z bata nad jego głową tak głośno, że cofnął się i zniknął za luźno powiewającą zasłoną. - Chowaj się, chowaj... - mruknęła. - Jeszcze się policzymy.

- Jakieś kłopoty? - indagował Herbert.

Kobieta, nie wypuszczając z dłoni biczyska, owinęła lejce wokół kołka wystającego z burty wozu, otarła pot z czoła i z westchnieniem ulgi poluzowała sznurowanie sukienki, ukazując światu większą część jędrnych, białych piersi.

- Spił się jak świnia - warknęła z miną usatysfakcjonowanej męczennicy. - Niech odeśpi, może wieczorem będzie milszy... Przynajmniej mam trochę wytchnienia. A wy? - zapytała, nagle uśmiechając się sympatycznie i nawet jakby zalotnie. - Nie zmęczyła was konna jazda? Może przesiedlibyście się na kozioł obok mnie? Tak tu przyjemnie, ciepło i miło...

- Nie mogę - wykręcił się mężczyzna. - Jestem w pracy.

Poskrzypywały koła wozów, końskie kopyta wzbijały obłoczki kurzu, słońce niestrudzenie kontynuowało swoją wędrówkę ku zachodowi. Regulamin konwoju stanowił, że około południa jego uczestnicy zatrzymują się na króciutki popas - ot, żeby rozprostować kości, skoczyć w krzaki czy wyciągnąć z bagaży nieco jedzenia. Popielna Polana była coraz bliżej, dlatego nikt nie sposobił się do bardziej obfitego posiłku.

Herbert jechał samotnie. Hoimar demonstracyjnie trzymał się z przodu kolumny i udawał, że go nie zna. Medyk nie mógł zdecydować, czy myśli o chimerycznym towarzyszu ze zrozumieniem, czy z politowaniem. No cóż... starcie z twardą rzeczywistością może się okazać nieprzyjemne. Wiedział, że człowiekowi, który cierpi, należy się chwila skupienia, najlepiej na osobności. Dlatego nie popędzał konia i nie dążył do rozmowy. Poczeka, aż młody zum Uttenhof przemyśli jego słowa i dojrzeje do kontynuowania wymiany poglądów. Bo w to, że dojrzeje, Herbert nie wątpił ani przez chwilę.

Słońce było jeszcze dosyć wysoko, kiedy wiatr przyniósł woń palonego drewna - niezawodny znak, że karawana zbliża się do kolonii. Jeźdźcy popędzili konie do ostatniego wysiłku, woźnice strzelili lejcami. I oto po chwili znaleźli się nad brzegiem strumienia. Po jego drugiej stronie widniało niewielkie wzgórze i ustawione na nim mielerzyska. Końskie kopyta z chlupotem zagłębiły się w płytkiej wodzie, gdy konwój przechodził przez strumyk.

Herbert z ulgą powitał osadę. Z pewnością nie będzie mu dane zanocować w gospodzie, ale dobrze przespać się pod dachem, choćby na stryszku albo w stodole.

Z zajazdu wynurzył się właściciel. O dziwo, nie podszedł do kierownika karawany, lecz krzyknął na całe gardło:

- Czy jest tu Hoimar zum Uttenhof?!

- To ja. - Młody szlachcic wolno wyjechał przed zatrzymujących się gdzie popadnie uczestników konwoju. - Czy coś się stało? - spytał z przestrachem. - Masz dla mnie wiadomość?

- Czeka na was piękna panna - roześmiał się oberżysta. - Już od południa.

Trzasnęły drzwi gospody i na zatłoczony placyk wypadła poruszająca się jak iskra drobna postać. Herbert popatrzył z ciekawością. Stał dosyć blisko, więc niewiele umknęło jego uwagi.

Kobieta, nieomylnie domyślając się, który z mężczyzn jest Hoimarem, podbiegła do jego wierzchowca i zatrzymała się odeń o pół kroku. Szlachcic, wciąż tkwiąc w siodle, prześliznął się zdumionym wzrokiem po jej smukłej sylwetce w szafirowej sukience, nieosłoniętych chustką złocistych włosach splecionych w dwa grube warkocze, owiniętych wokół głowy i upiętych nad czołem w koronę, policzkach zaróżowionych od szybkiego biegu jak jabłuszka, by w końcu spojrzeć w uniesione ku niemu pełne nadziei oczy barwy chabrów.

- Hoimarze - odezwała się kobieta, a lekkie zawstydzenie walczyło w jej głosie z ciekawością - tak bardzo się niecierpliwiłam! Wyjechałam ci na spotkanie... Chciałam cię poznać jak najszybciej!

- Dagmar? - wyszeptał z niebotycznym zdumieniem ostatni z Uttenhofów. - To ty?

Dla Herberta zabrakło miejsca nie tylko w zajeździe, ale również w stojącej niedaleko gospody stodółce. Zakrzątnął się przy koniu, a gdy wierzchowiec zanurzył pysk w worku z obrokiem, mężczyzna zebrał swój niewielki dobytek i usiadł pod drzewem. Do zachodu słońca pozostało jeszcze około pół godziny, wciąż było gorąco, wokół prowizorycznego obozowiska brzęczały gzy i końskie muchy. Herbert rozejrzał się. Być może rozsądniej byłoby ochłodzić się w potoku przy mielerzach, na razie jednak nie miał ochoty ruszać się z miejsca. Całodzienny wyczerpujący upał odebrał mu nie tylko apetyt, ale i chęć do bodaj najdrobniejszego działania; z ulgą ułożył się na ziemi w cieniu rosochatej sosny.

Zachichotał w duchu na wspomnienie miny Hoimara. Kiedy młody szlachcic wreszcie odzyskał mowę, zeskoczył z konia i uprzejmie, choć nieco sztywno przywitał się z narzeczoną. Odeszli szybko, Herbert podejrzewał, że udali się do jednego z trzech pokoi gościnnych. Pani Dagmar zdecydowanie nie wyglądała na taką, która będzie nocować na sianie.

Zum Uttenhof sprawiał wrażenie człowieka, który dostał po głowie obuchem. No cóż, wdowa po winiarzu absolutnie nie odpowiadała paskudnemu wizerunkowi, jaki zdążyć sobie stworzyć w wyobraźni. Stara kobieta, dobre sobie. Poruszała się jak młódka, patrzyła ufnie i ciepło, a jej włosy... Herbert miał słabość do kobiecych włosów. Gdyby zburzyć misternie upiętą fryzurę Dagmar i rozpleść warkocze, jedwabista zasłona okryłaby ją z pewnością aż do bioder. Mężczyzna przełknął ślinę. Mój Boże, co za kobieta! Ambitna - jaka inna będzie szukać męża z wyższej sfery? Śmiała - gdyby tak nie było, nie wyjechałaby narzeczonemu na spotkanie. A poza tym bogata i piękna. Czegóż chcieć więcej?

Gorąco nieco zelżało, a Herbert zapadł w przyjemne odrętwienie. Po całym dniu konnej jazdy lubił wyciągnąć się wygodnie. Minął kolejny dzień i nic się nie stało. Żadnych rozbójników, żadnych niedźwiedzi. Wieść gminna głosiła, że w okolicy łatwiej o dzikiego zwierza niż o zbója; zmordowany ochroniarz liczył na to, że nigdy nie sprawdzi, jak sprawy mają się w praktyce.

W spokojną ciszę wdarł się odgłos kroków. Porzucając krainę, gdzie sen miesza się z jawą, Herbert otworzył oczy, automatycznie sięgnął po maczugę. I natychmiast ją odłożył.

Od strony gospody nadciągał Hoimar, ponury jak gradowa chmura. Ze złością kopał leżące szyszki, w zdrowej ręce zaciskał płaski, obiecująco wyglądający baniaczek. Na policzkach miał ciemne rumieńce, a wzrokiem mógłby wypalać dziury w leśnym poszyciu.

- I jak tam narzeczona? - wesoło zagaił Herbert. - Brzydka? Kłótliwa? Stara?

Młody szlachcic ciężko opadł na ziemię.

- Bimber - stwierdził drewnianym głosem. - Dałem za niego węglarzom mój sztylet. Dziś piwo czy wino będą za słabe.

Upił potężny łyk i oddał naczynie towarzyszowi.

- Ejże, co się dzieje? - zainteresował się konwojent. - Myślałem, że już cię dziś nie zobaczę. Wiesz - mrugnął porozumiewawczo, pociągając oszczędnie z baniaka - gospoda, narzeczona, łóżko z czystą pościelą... Co ty tu robisz, człowieku?

- Piję - odparł zwięźle Hoimar, na powrót przypinając się do bukłaka. Zamknął oczy i z determinacją ciągnął łyk za łykiem, jakby nie miał do czynienia z ordynarnym, mocnym samogonem, lecz z czystą wodą.

- Co się stało? - powtórzył Herbert.

- Żenię się - mruknął były żołnierz, krzywiąc się z goryczą. - Oto, co się stało. Przed chwilą potwierdziłem akt kupna-sprzedaży. Radujmy się! - wycedził i wzniósł oczy ku niebu. - Być może za dziewięć miesięcy doczekam się dziedzica!

Herbert poczuł, jak wzbiera w nim wściekłość. Chwycił Hoimara za kaftan.

- Coś ty jej zrobił?! - warknął, potrząsając rozmówcą jak pies flakiem. - Coś ty jej zrobił, bezmózgi capie!?

- Zostaw mnie. - Od jego towarzysza zionęło bimbrem, najwyraźniej po drodze mocno zdążył już naruszyć zawartość baniaczka; nie stawiał oporu, zwisł mu w rękach jak łachman. - Za kogo ty mnie masz?

- Ty pijany, zawszony... To tak według ciebie wygląda szlachecki honor?

- Zaraz, zaraz. - Młody mężczyzna zaskakująco zdecydowanym ruchem uwolnił się i spojrzał bystro na towarzysza. - Co ty sobie wyobrażasz? Że co? Wziąłem ją gwałtem?

- A nie? - upewnił się Herbert.

- Nie - odparł zdecydowanie Hoimar. - Ale myśmy... no wiesz... Nie mogłem się powstrzymać. Ona... Wyobrażałem ją sobie zupełnie inaczej. To po prostu się stało. Ale to nie tak miało być! Jak ona na mnie patrzyła! Jakbym był nie wiadomo jakim darem od losu!

- Zatem skąd ta rozpacz? - Starszy z mężczyzn oparł się plecami o pień sosny. - Bo zachowujesz się tak, jakbyś właśnie zrobił coś odrażającego.

- Ona ma być moją żoną - wykrzyknął z pretensją młody szlachcic - a ja... jak zwierzę! To nie jest zahartowana wojskowa dziewucha, żeby tak ją... - Łyknął samogonu. - Ale przecież ja nie mogę jej pokochać, ona jest prosta! Wiesz, o czym ona mówi!? O winogronach, gruntach, miejscowych obyczajach! Czy tak ma wyglądać moje życie?

- Słuchaj no - Herbert rozsierdził się nie na żarty - dorośnij wreszcie! Dałeś jej słowo? Dałeś! Podjąłeś decyzję? Dobrowolnie? Bez przymusu? To się jej trzymaj! Wiedziałeś, kogo bierzesz, wiesz, dlaczego to robisz! Może okaż samemu sobie trochę szacunku, dobrze? Uszanuj swój wybór i przestań dopatrywać się w niej samych wad! Najpierw słyszałem, że jest stara i brzydka. Teraz z kolei, kiedy okazała się uroczą, młodą kobietą, masz jej za złe, że jest prosta? O czym ty chcesz z nią dyskutować? O obrotach sfer niebieskich? Jadę z tobą od dwóch dni i nie zauważyłem, żebyś przejawiał tendencję do poruszania podobnych tematów! Proszę bardzo, jeśli pragniesz, możesz wymienić poglądy ze mną. Odebrałem wszechstronne wykształcenie, będę znakomitym partnerem do rozmowy. Nie chcesz? A może jesteś na to zbyt prosty?!

Hoimar zmierzył go wściekłym spojrzeniem, ale nie powiedział ani słowa.

- Zostaw ten baniak. - Herbert wyjął towarzyszowi z ręki manierkę, zakręcił ją pieczołowicie i zatknął mu za pas. - Widzę, że potrzeba ci zimnej wody na gorącą głowę. Idziemy do potoku, ja też się z przyjemnością opłuczę.

Ostatni z Uttenhofów posłusznie podniósł się z ziemi i ruszył, powłócząc nogami. Szedł ze wzrokiem wbitym w ziemię, o pół kroku za towarzyszem. Na skraju niewielkiej polanki jego przewodnik nagle zatrzymał się, a przebywający myślami w odległych krainach Hoimar stuknął go nosem między łopatki.

- Cicho - wyszeptał starszy z mężczyzn. - Tu ktoś jest.

Istotnie, ktoś tu był. I to nie jeden ktoś. W przeświecającym między koronami drzew delikatnym blasku zachodzącego słońca obaj wędrowcy ujrzeli scenę starą jak rodzaj ludzki. O pień młodej sosenki opierała się plecami kobieta oplatająca bosymi nogami biodra mężczyzny. Gałęzie drzewa dygotały w rytm jego pchnięć, coraz szybszych i coraz bardziej energicznych. Herbert, nieco zmieszany, zapatrzył się na brudne pięty niewiasty. Gdzieś z głębin jego jestestwa wydobył się bezgłośny chichot. Ciekawe, czy roznamiętniona para zdąży skończyć, zanim pieniek drzewa złamie się z trzaskiem...

Kochankowie mieli jednak szczęście, młoda sosna okazała się dostatecznie sprężysta. Szczęśliwie dobili do upragnionego finału. Kobieta, pisnąwszy cienko, uczepiła się rękoma ramion mężczyzny, opuściła stopy na ziemię i uniosła głowę do tej pory opartą o szyję partnera. Nieproszeni świadkowie gorących chwil spojrzeli jej prosto w twarz.

Herbert ze świstem wciągnął powietrze, a jego twarz wykrzywił szyderczy uśmiech. Pociągnął Hoimara za rękaw i z podniesioną głową, przemaszerował obok matki wrzaskliwego chłopczyka. Kiedy ją mijał, soczyście splunął kobiecie pod nogi.

Mężczyzną, z którym oddawała się igraszkom, był muskularny drab o połamanych zębach, jeden z członków eskorty konwoju.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.