19. Z Głuboska.
Dziś rano puściliśmy się na morze. Przyjaciele nasi odprowadzili mię aż do portu, i żegnali
nas znakami poty, pokiśmy ich tylko zoczyć mogli. Wkrótce potym
weszliśmy w ten labirynt wysp, który niegdyś Czajkom kozackim
służył za schronienie. Widzieliśmy z daleka bujne nadbrzeża, gdzie
wznosiły się już wsie i znaczne domy w kraju, w którym przed kilku
latami widać tylko było namioty i trzody. O szóstéj przybliżyliśmy się do wnijścia Limanu: tak się
nazywa Golf gdzie Dniepr wpada, czyli raczéj sama ta rzeka ma w tém
miejscu szerokości więcéj, jak mil trzy. Niezręczność sternika
naszego który zapomniał okrętowi potrzebnéj dać wagi, i
nadzwyczajna jego niewiadomość miejsc i obrotów morskich,
przymusiły nas schronić się do portu Gluboska, gdzie mi dano za
mieszkanie zemlankę czyli podziemną chatkę. Winszuję sobie jednak,
że w niéj jestem, gdyż wiatr się wzmaga, i wały Limanu toczące się
nad mojém schronieniem sprawiłyby mi noc dość niespokojną, gdybym
podróż mą daléj odprawiał.
Z Stansława.
Niemogłem wczoraj rano wyjechać, bo majtkowie nasi
nieumieli nigdy korzystać z wiatru, wieczór zaś dla tego, że byli
pijani. Dziś nakoniec wypłynęliśmy z pomyślnym wiatrem, i w czas
dość pogodny. Po dwóch godzinach żeglugi, czas się zachmurzył i
wiatr dmąc raz urywkami, drugi raz ze szturmem bliską obiecywał
burzę. Majtkowie chcieli daléj płynąć, alem ich przymusił udać się
do portu Stanslawa. Na dobre nam to wyszło; bo zaledwie wysiedliśmy
na ląd, wiatr tak się wzmocnił, iż rzucał nam na twarz piasek a
nawet i zwir tak silnie, że ledwie postępować mogliśmy. Słowem, był
to uragan, czyli szturm mocny, i z ciężkością dostaliśmy się do
pierwszych we wsi domostw.
25.
Z Oczakowa.
Dwudziestego drugiego przybyłem do Oczakowa; chciałem
stanąć w mieście, alem więcéj w tym znalazł trudności niżelim się
spodziewał: napełnione jest teraz żołnierstwem świeżo przybyłem
którym wiele daje się wolności dla tego, żeby nie powrócili do
domów. Basza chcąc zapobiedz kłótniom, zakazał cudzoziemcom aby nie
wychodzili z dolnéj części miasta gdzie jest port i magazyny, tam
też się kończą wszystkie moje przechadzki. Trawię czas w
kafenhauzie gdzie widuję wiele Turków, którzy tytuń palą i nic nie
mówią. Przychodzą czasem i Tatarowie przybyli z Krymu, łatwo ich
można poznać po ich fizognomii; Turcy pogardzają nimi. Dali tego
dowód zakazując Janczarom nosić kołpaków, którém to nakryciem
szczególniéj Tatarzy się różnią.