Podróż do N. Groteska w III aktach - Michał Pieper

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (25,75 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PrologPodróż do N. ?

Ostała myśl, która przybliża człowiekowi bliskość życia. Trzask drzwi. Drzewa parku szumiały nieustanne, postrzegane zgoła jako eliksir na rodzącą się wokoło obcość. Szeptało znajomo głosem znanym i rozpoznawalnym. Cierpliwość niosła szczęście. Można przecież w takim stanie, usprawiedliwiająco nie dociekać sensu. A bramę od parku zamykano przed nocą, grzechocząc starymi kluczami, gdzie pamiętano dotąd o lesie i dzikiej naturze. Jakże odmienne obrazy od zwierciadeł zza szyb autobusów i pociągów. Tamże zawsze jesteś w tle, pomiędzy zmieniającym się krajobrazem. Pocałunki duszy. I po cóż to zapisywać w smartfonie, kiedy się jest częścią stworzenia. Drzewa widocznie poznały niejednego podobnego wędrowca, pozostały stałe i tolerancyjne, dając cień i odpoczynek. Okoliczni zaś mieszkańcy raz popierali, w drugim z politowaniem wracano do swego życia. Ogon domysłów pozostał w słodko kwiecistym smaku deszczy, a lato zapowiadało się upalne. Tylko wtedy pocałunki są spoza zwierciadeł, a noc jest rześka i pełna nadziei. Usiadłem przed bramą, która ucichła od tajemniczych skrzypnięć, wyciągnąłem nogi. Spóźniony gołąb nadlatujący od łąk, zawitał do niszy w wieży kościoła. Nic nie spało na pośpiesznie malowanym obrazie, choć dróżki błogo się wyludniły, wywoływały poetykę nocy. Zresztą, tutaj nie jest tłoczno i w ciągu dnia. Przemknęłaś drogą, nieopodal stylowej herbaciarni oraz wiekowej z nazwy biblioteki. Eleganckie zaś kamienice, naginając się wobec obecnego socrealizmu, próbowały przywołać harmonię. Podobnie jak nabyte umiejętności, aby wtapiać się niezauważonym w obecność podróży wobec uczestników, stanowią wyłącznie o chwili miejsca. Czegoś znów zabrakło? Pożegnanie powinno składać uszanowanie powitań. Tak jakby syczący ekspres od kawy, szept stewardesy, chłodnawa noc w bezpiecznym autobusie jadącym przed siebie, jest sprzymierzeńcem i przyjacielem. A pojawiający się napis przed szoferką kierowcy, informujący o dłuższym postoju, jest wiadomością najmilszą. Przede wszystkim skierowaną i do mnie. Niemniej Ona wciąż spała, którą próbowałem osłonić od lekkiego chłodu bawełnianym swetrem. Zapach kofeiny i perfum, zmieszał się podczas przerwy z aromatem palących tytoń.

Zaczęły się przetaczać kolejne miasta i osady, służące pokornie swym mieszkańcom. Zachwycające swą bezpieczną formą i sielskim wypełnieniem. I sama wolność, wobec tego stanu staje się bezradna. I podglądasz okna ujarzmionych niebieskich aniołów, rozkoszujesz się ich szczęściem, a krajobraz goni nowe widoki. Choć dopiero świta i zaledwie delikatne promienie słońca, budzą, napotkane swoiście zaczarowane domy. A tutaj, teraz, wewnątrz rozchwianej architektonicznej harmonii stylów, zaułki upominały się o własną erę świetności. Wtedy przeważnie, gdy czas zapisany jest na wieki w kamieniu, słychać znany z dzieciństwa lękliwy głos i prośba bliskiej mi osoby. Patrzałem, słucham, nie dopuszczony bliżej, nie wiedząc cóż to miało znaczyć. - Mamo ja nie chcę umierać, powtarzał. Skąd on wówczas wiedział, cokolwiek o śmierci? Od tego momentu uwiodła mnie dal.

Wysiadając nie zabrała sweter, chociaż ranny ziąb usilnie prosił i nalegał. Odeszła swobodnie, prędko i młodzieńczo w znaną jej stronę. Niedaleko od autobusowego terminalu, odleciało w kwadrans pięć samolotów.

Wokoło ścielą się winnice, altanka i rozmowa. Jakiż głupiec wybiera wtedy wodniste zagadki losu, nie bacząc na śpiew i taniec. Zasypiając obserwowałem Cię, imaginując setki tysięcy twarzy spotkanych i czekające na odkrycie. Spotykałem później tą myśl, pośród miejskich tłumów i samotnych widzów. Wszystkie stawały się iluzorycznie podobne, nawet twarze w urzędach, przemawiały za ówczesną imaginacją. Wówczas zabrakł kwadrans, aby ponownie zmienić cel trasy. Urastały tytuły rozdziałów książki, a obrazom mówiłem dziękuję. Poszukiwać ludzi z świeczką, na tle rozkładów i kas biletowych. - Usiądę nagi na skraju lasu, mowę zmienię. - krzyczał anioł, a Bóg sprowadził go z Raju do ludzi.

Turkoczą koła taboru, miarowo w takt posegregowanych w tornistrze literek i liczb. A zza okna wagonu wydaje się, że najmniejsze źdźbło rośnie tutaj na odkrycie. Chociaż wszystko wolniej i milej się kołysze. Śpi w odległym śnie. Historia krajobrazu wylewa się nadmiarem z czary dziejów, a odbiera się to jako zwyczajna naturalność. Przedziwne, zewsząd dobija się wbrew logice czasów, co starsze i wiekowe. Niemniej kamieni, nie za wiele widać. Dynamika sunie wraz z pejzażem zórz i jakiegoś błogiego lęku. Jakże odmiennie, gdy turkoczące koła przywożą nad krajobraz traktów z dzieciństwa. Poznajesz i tęsknisz? Za myślami, czy za wyciętym szpalerem drzew, starym i nierównym chodnikiem. Starą reklamą i nieistniejącym domem pamiętającym przyjaciół. I cisza. Poetyczny frazes... - nikt nie czeka, a szarość okrywa na złość pogodne lica słońca. Czyżby wystarczy klęknąć skromnie zapłakać, aby łzy, kurz, pył drwin, opadły na freski z tańczącymi aniołami. Trąby w fanfarze psalmodii i antyfon, obwieściły łaskawe... To "ja", to o "mnie", one śpiewają według i podług "mnie". Ach, czy to wolność?

I jedno i drugie, katedra kamieni i obfita natura przyciągały, ale najpiękniej i najcudniej park. Zaczekać na ranne skrzypnięcie bram, kiedy znany klucznik marszcząc brwi przywita...

- Dzień dobry. Aby następnie w szumie wieczornych drzew i tęsknego skrzypnięcia ogromnej bramy usłyszeć... - Dobranoc. Z przyjaznym uśmiechem księżyca, spacerem udać się - do zatopionych w zielonych ogródkach - domu. Przy otwartym oknie witać wschód słońca i druha, piejącego koguta.

Akt. IIScena A, Pan "Sza"

- Niezła historia, i to u nas... Któżby pomyślał? I tamże spotkał Pan mnie z dalszą propozycją na przejazd autobusem do wskazanego miejsca. Ciekawie potrafi Pan opowiadać. Ileż żywotności i zarazem zadumy, nawet refleksji. Szkoda, że nie zdawał Pan na filozofię. Naprawdę brawo Panie Szaknicki i był, znaczy się, jest Pan tylko zwykłym przedstawicielem klasy społecznej, czekającej całe życie na sukces. Zresztą, jak wszyscy, wciąż czekamy nie wiadomo na co... Ale pora wracać, Panie Szaknicki do realiów, tutaj nikt nas nie uwięzi na piętnaście minut, podczas upałów w przedziale kolejowym. - uważniejsze spojrzenie na Szaknickiego, doszukiwało się wrócenie do stanu normalnego. Rzeczywiście, Szaknicki pomału dochodził do siebie, po dość, może nie oryginalnym, lecz na pewno wyszukanym zdarzeniu. Szaknicki zauważył tą nieco dłuższe spojrzenie, zreflektował się prędko.

- Miejsce docelowe, - żachnął się, - Proszę podać cel wędrówki nocnej. I czy jest Pan pewien co do czasu?

- Tak idźmy teraz, kiedy okoliczności i czas nas odnalazł. Nie sądzi Pan, że może to przeznaczenie? Wszak określić się magiem od gwiazd, na pewno mogło wzburzyć, no powiedzmy troszkę mniej psychicznie silniejszych. Jeśli Pan czujesz się magiem, to czemuż nie oni? Nieprawdaż? Tyle, że ja domyślam się o co Panu chodziło, wybrańcem gwiazd. Czyż nie tak? - widząc zdezorientowanie Szaknickiego, rozmówca sam odpowiedział, konkludując swą myśl.

- Ale proszę się nie martwić, niemal wszyscy czują się wybrańcami, to pozytywny objaw. I ja też posiadam osobistą, intymną relację z Czymś, idące ponad nad własną rozumnością. Niech i będzie, łączący się gdzieś z Kimś w gwiazdach. Ale od razu mag?

- Czysta prowokacja i masochistyczny przegląd na obrót spraw. - odburknął, troszkę niezadowolony z odkrycia, skrzętnie przygotowanego fortelu Szaknicki.

- Nie powiem teraz wyszukany, ale mocno oryginalne i ekscentryczne. Od zawsze Pan tak czynisz?

- Od czasu, kiedy zrozumiałem zależności interpersonalne.

- I dużo się Pan dowiedział, pojąc się tą strategią? - lekki uśmiech zwiastował raczej za triumfem, niźli za poczuciem przegranej.

- Znacznie więcej, niźlibym próbował tłumaczyć własne racje. - tym razem Szaknicki wyprostował się i zmarszczył mentorsko brwi. Widać, zastosowana poza, sprawiała mu wiele bólu, ale i niekwestionowaną godność. Samo-zadośćuczynienie swym myślom.

- Niezłe, naprawdę niezłe. Pan wewnętrznie zawsze wygrywasz..., gdyż inicjacja pochodzi od Pana, tyleż kokon informacyjny roztacza własną narrację. Nie w tym przypadku przepraszam, jesteś Pan nie tyle astrologiem, ale doktorem własnej duszy. To nie absurd, to prawdziwe życie, choć wielu bierze ją za grę i jakąś tam służbę. To rywalizacja, ale nie destrukcja, miłość siebie, ale nie bałwochwalstwo, religia, ale nie utopia, pomoc, ale nie błaganie o litość, w końcu praca, ale nie poczucie niewoli. Można by wyliczać bez końca, nasuwające się logiczne sprzeczności. Choćby zantagonizowaną wiarę, wiara czy też zakres wiedzy i ułomności, z ograniczoną percepcją człowieka.

Wywołana astrologia w połączeniu z wiarą, życiem, postawiła dwu przechodniów w lekkim zakłopotaniu. Spojrzeli jednocześnie w niebo, otaczającą naturę. Od pewnego czasu byli już w drodze, tym razem jednak wiedzieli, po takich słowach należy na moment zamilknąć, który przeważnie przerywa zerkniecie na tarczę zegarka. Wynalazek, postrzegany w świecie myśli za łagodny nietakt. Albowiem myśli nie poddają się obrotowi ciał niebieskich, ale podobnie do fal elektromagnetycznych, rozprzestrzeniają się od promiennie od centrum. A czymże jest czas, obserwacją przelatujących nad głową planet. Myśli są zatem doskonalsze, gdyż nie postrzeżone, a co najważniejsze, o odbiorniku decyduje Najwyższy. Ludzkie zestawienie wiary z życiem, nieczęsto kojarzy się z intratą oraz stratą, otwierając otoczony murem folwark dyrektyw. Tutaj walka o doskonałość, to przede wszystkim poznanie niedoskonałości. Mówiąc wprost, zaznajomienie się ze złem całego świata. Nasi wycieczkowicze patrzeli wciąż na szarzejące się niebo.

- I cóż Pan zobaczył, Panie Szaknicki? Pewnie nie za wiele, późno dosyć. - przewidywane zerknięcie na zegarek, odświeżyło poczucie świadomości.

- Smugę świateł i parę cieni, - w krótkim zripostował zamyślony pan Szaknicki. Niezmiennie obserwując odległą dal figurującą blisko nieopodal. - Za mało czasu, aby powiedzieć coś sensowniejszego, a nie lubię narzekać. Rozumie Pan?

- A tak, zdecydowanie, biadolenie niczemu nie służy. - zerknął po raz drugi na elegancką tarczę zegarka. - Uważa Pan... - towarzysz poprawił głos, odchrząknął, które niektóre gremia mogły by potraktować jako zbyt grubiański nietakt podług wolności stanu i wyboru. Nieoczekiwanie zaś delikatnie zagadnął - ... mogła być tam dusza. Tą, którą określa się niekiedy Istotą z innego wymiaru.

- Dusza? - Szaknicki spojrzał przenikliwie, - raczej zwykły duch, lecz nie brnąłbym na obecną sytuację, aż tak dalece w eschatologiczną przestrzeń. Rozumie Pan, wyobraźnia, a niedługo wchodzimy w las, księżyc zaświeci się słońcem. Przybierze światło nie swoje, udając planetę, którą w istocie nie jest.