Podróż do miłości - Sandi Lynn

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

EMER­SON

Ni­gdy nie za­trzy­muj się w jed­nym miej­scu zbyt długo. To było moje motto. Świat jest ogromny, a nam dano tak nie­wiele czasu na zo­ba­cze­nie go - taki więc mia­łam plan: zwie­dzać świat. Do­póki nie za­częły mi się koń­czyć pie­nią­dze. Sie­dząc w swym ma­ciu­peń­kim miesz­kanku w Tek­sa­sie, zła­pa­łam za te­le­fon i za­dzwo­ni­łam do mo­jego brata, Adama.

- Cześć, Emer­son.

- Cześć, bra­ciszku. Słu­chaj, po­trze­buję jesz­cze tro­chę go­tówki.

- Em, to ko­niec. Wy­czer­pa­łaś swoje fun­du­sze pra­wie do końca. Mó­wi­łaś, że zo­sta­niesz gdzieś na stałe i znaj­dziesz pracę.

- Mia­łam pracę. Rzu­ci­łam ją. Czas ru­szać da­lej. Mam dość Tek­sasu, Adam, mu­szę wy­je­chać.

Usły­sza­łam, jak wzdy­cha.

- Emer­son, masz dwa­dzie­ścia sześć lat. Czas już skoń­czyć z tym, co ro­bisz, i gdzieś się osie­dlić. Mieć gdzieś swój dom. My­śla­łem, że już o tym roz­ma­wia­li­śmy.

- Adam, po­trze­buję tro­chę kasy na wy­jazd z Tek­sasu. Nie mogę tu dłu­żej zo­stać.

- Co się stało z tym kow­bo­jem, z któ­rym się uma­wia­łaś? Są­dzi­łem, że mię­dzy wami jest coś po­waż­nego.

- Nie. Był miły i w ogóle, ale trak­to­wał to co­raz bar­dziej se­rio. Za­czął wspo­mi­nać o ślu­bie i dzie­ciach. Ro­zu­miesz już, dla­czego mu­szę wy­je­chać?

- Nie mo­żesz da­lej tak funk­cjo­no­wać, Em. Moja od­po­wiedź brzmi "nie". Nie do­sta­niesz już wię­cej pie­nię­dzy, bo nic z nich nie zo­stało. Ostrze­ga­łem cię w tej kwe­stii ja­kiś rok temu. Niech to szlag. Pora, że­byś do­ro­sła.

- Je­stem do­ro­sła. Fakt, że nie lu­bię tkwić w jed­nym miej­scu i wieść nud­nego, zwy­czaj­nego ży­cia jak więk­szość lu­dzi, nie zna­czy jesz­cze, że je­stem dziec­kiem.

- Z tobą to za­wsze ta sama roz­mowa.

- Do­bra, Adam. Po­zwól, żeby sio­stra zo­stała bez­domną.

Klik.

Rzu­ci­łam ko­mórkę na ka­napę i prze­spa­ce­ro­wa­łam się po po­koju. Po­byt w Tek­sa­sie za­czy­nał do­pro­wa­dzać mnie do sza­leń­stwa, więc mu­sia­łam jak naj­szyb­ciej się stąd wy­rwać. Mia­łam jesz­cze inne miej­sca do od­wie­dze­nia. On nie ro­zu­miał. Nie po­tra­fił zro­zu­mieć. Nie­ważne, ile razy usi­ło­wa­łam tłu­ma­czyć, Adam nie chciał słu­chać. To, że sam był szczę­śliwy w oko­wach biu­ro­wej po­sady, pra­cu­jąc po osiem go­dzin dzien­nie, jesz­cze nic nie zna­czyło.

Na­stęp­nego ranka, kiedy pi­łam kawę i igno­ro­wa­łam po­łą­cze­nia od Billy'ego, roz­dzwo­niła się ko­mórka. To był Adam.

- Czego? - rzu­ci­łam z iry­ta­cją.

- Tylko nie tym to­nem, sio­strzyczko. Słu­chaj, tak so­bie my­ślę, że po­win­naś wró­cić na tro­chę do Ka­li­for­nii. Mu­simy usiąść i po­ga­dać.

- Masz na my­śli, że to ty mu­sisz usiąść i pal­nąć mi wy­kład? Ja wcale nie chcę tam wra­cać.

Wes­tchnął.

- Firma wy­syła mnie na trzy mie­siące do Ten­nes­see, gdzie spró­buję ura­to­wać pewne przed­się­bior­stwo przed ban­kruc­twem. Ku­pi­łem ci bi­let na sa­mo­lot, za­trzy­masz się u mo­jego przy­ja­ciela. Na­zywa się Alex Par­ker.

- Czemu nie mogę miesz­kać u cie­bie, gdy­bym zde­cy­do­wała się wró­cić?

- Po­nie­waż pod­czas mo­jej nie­obec­no­ści wcho­dzi ekipa re­mon­towa i nie bę­dzie się tam dało żyć.

- Więc chcesz, że­bym za­miesz­kała u two­jego kum­pla? Jaki brat robi sio­strze coś ta­kiego? Każe jej się wpro­wa­dzić do ob­cego fa­ceta?

- Wierz mi. Nie masz się czym mar­twić, je­śli cho­dzi o Alexa. Poza tym jest mi winny przy­sługę i wczo­raj wie­czo­rem mu o tym przy­po­mnia­łem. Trzy mie­siące, Em, a po­tem wrócę i utniemy so­bie po­ga­wędkę. Ale w cza­sie tych trzech mie­sięcy masz za­sta­no­wić się nad swoim cho­ler­nym ży­ciem i zde­cy­do­wać, gdzie na tym świe­cie na do­bre za­pu­ścisz ko­rze­nie. Dom Alexa jest ogromny, a jego pra­wie ni­gdy nie ma, więc rzadko kiedy bę­dziesz go wi­dy­wała.

- No nie wiem, Adam. Nie chcę wra­cać i do­brze o tym wiesz.

- Chcesz się wy­rwać z Tek­sasu czy nie? To twoja je­dyna opcja - oznaj­mił z po­wagą.

- Zgoda - wes­tchnę­łam. - Ka­li­for­nio, przy­by­wam. Kiedy mam lot?

- Ju­tro o ósmej rano. Więc bierz się do pa­ko­wa­nia.

- Zo­ba­czymy się ju­tro?

- Nie. Wy­ru­szam, jesz­cze za­nim ty wy­lą­du­jesz. Wy­ślę ci ad­res Alexa. Weź tak­sówkę i urządź się tam tro­chę. Ja wrócę za trzy mie­siące.

Prze­wró­ci­łam oczami.

- Do­bra. Skoro po­ukła­da­łeś mi już całe ży­cie, to chyba nie mam wy­boru.

- Bez­piecz­nego lotu i do zo­ba­cze­nia nie­długo.

Klik.

Ko­cha­łam mo­jego brata. Był je­dyną osobą, która mi na tym świe­cie zo­stała, ale cza­sami po­tra­fił za­cho­wy­wać się jak praw­dziwy du­pek i te­raz, wy­mu­sza­jąc na mnie po­wrót do Ka­li­for­nii, znów dał tego do­wód.

ALEX

Spo­tka­łem się z Ada­mem na ko­la­cji i drinku przed jego wy­jaz­dem do Ten­nes­see. Nie mo­głem uwie­rzyć, że na­prawdę zgo­dzi­łem się wziąć do sie­bie jego młod­szą sio­strę na czas jego nie­obec­no­ści.

- Jesz­cze raz dzię­kuję, że zgo­dzi­łeś się przy­jąć Emer­son, stary.

- Nie ma sprawy. Od czego są przy­ja­ciele? No nie? - Po­sła­łem mu nie­pewny uśmiech.

- Chyba po­wi­nie­nem cię przed nią ostrzec. W pew­nym sen­sie jest lek­ko­du­chem. Po­trafi być bar­dzo py­skata i bun­tow­ni­cza. Ale serce ma szcze­ro­złote, no i po­trafi go­to­wać. Już jej wspo­mi­na­łem, że ni­gdy nie ma cię w domu, więc pew­nie i tak nie bę­dzie­cie się wi­dy­wać.

- To prawda. Nie martw się. Po­sta­ram się, żeby po­czuła się jak u sie­bie. A wła­ści­wie po­pro­szę Jennę, żeby się o to za­trosz­czyła. To tylko na trzy mie­siące, tak?

- Tak. Gdy tylko wrócę, przy­jadę ją ode­brać. I z góry prze­pra­szam za wszyst­kie nie­przy­jemne czy nie­uprzejme rze­czy, które od niej usły­szysz.

Za­śmia­łem się ci­cho.

- Kiedy wró­cisz, dam ci znać, czy przyj­muję prze­pro­siny.

- Jenno, przez na­stępne trzy mie­siące bę­dziemy mieli go­ścia. Na imię ma Emer­son i jest młod­szą sio­strą mo­jego przy­ja­ciela Adama. Upew­nij się, pro­szę, że je­den z po­koi go­ścin­nych jest dla niej przy­go­to­wany, a kiedy się zjawi, opro­wadź ją po domu. Lą­duje dziś po po­łu­dniu. Będę wtedy w biu­rze i nie wiem do­kład­nie, o któ­rej wrócę. Przy­pil­nuj też, z ła­ski swo­jej, żeby nie do­ty­kała ni­czego cen­nego.

- Oczy­wi­ście, pa­nie Par­ker. - Jenna po­ki­wała głową.

Wdra­pa­łem się na tylne sie­dze­nie ben­tleya i po­in­for­mo­wa­łem o Emer­son mo­jego kie­rowcę, Phil­lipa.

- Je­śli aku­rat nie bę­dziesz w tra­sie ze mną, a panna Ja­mes ze­chce do­kądś się udać, do­wieź ją, pro­szę, bez­piecz­nie na miej­sce. Gdyby po­pro­siła, że­byś za­brał ją gdzieś ab­sur­dal­nie da­leko, skon­sul­tuj się naj­pierw ze mną.

- Nie ma pro­blemu, Alex. Mu­szę po­wie­dzieć, że je­stem szcze­rze zdu­miony, że po­zwa­lasz jej u sie­bie miesz­kać. Po­dej­mo­wa­nie go­ści - to do cie­bie nie­po­dobne.

Wes­tchną­łem.

- Wy­świad­czam przy­sługę przy­ja­cie­lowi. Wierz mi. To się wię­cej nie po­wtó­rzy.

Uśmiech­nął się i za­wiózł mnie do biura. Czu­łem się z tą sy­tu­acją nie­swojo, a do tego za­po­mnia­łem za­py­tać Adama, ile lat ma jego sio­stra. Ale ostrze­gał mnie, że jest py­skata i bun­tow­ni­cza, więc zga­dy­wa­łem, że koło osiem­na­stu. Tego mi wła­śnie było trzeba: pa­łę­ta­ją­cego się po domu dzie­ciaka. Będę mu­siał usta­lić ja­kieś za­sady, któ­rych ona po­winna prze­strze­gać, i to bez żad­nych "ale". W Ada­mie dziwne wy­da­wało mi się to, że ni­gdy nie wspo­mi­nał o swo­jej ro­dzi­nie. Zna­łem go od trzech lat, a wła­śnie po raz pierw­szy usły­sza­łem o sio­strze. Ale do­bry był z niego fa­cet, a rok temu wy­świad­czył mi ogromną przy­sługę. Kiedy za­dzwo­nił i spy­tał, czy Emer­son mo­głaby u mnie po­miesz­kać, nie bar­dzo mo­głem od­mó­wić.

Rozdział 2

EMER­SON

Gdy tylko wy­sia­dłam z sa­mo­lotu i po­sta­wi­łam stopę na ka­li­for­nij­skiej ziemi, za­częło mi bra­ko­wać tchu. Mu­sia­łam zna­leźć ła­zienkę i wziąć się w garść. Mia­łam stąd złe wspo­mnie­nia i nie bez po­wodu wy­je­cha­łam. Niech Adama szlag trafi za to, że mnie tu ścią­gnął. Ży­wi­łam ociu­pinkę na­dziei, że ośmio­let­nia nie­obec­ność wszystko uła­twi. Ale my­li­łam się. Okrut­nie się my­li­łam.

Skie­ro­wa­łam się do punktu od­bioru ba­gażu, chwy­ci­łam swoje dwie wiel­kie wa­lizki i wsia­dłam do tak­sówki. Po­ka­za­łam kie­rowcy wy­świe­tlacz te­le­fonu, pro­sząc, aby za­wiózł mnie pod przy­słany przez Adama ad­res. Zdzi­wiło mnie, że znaj­do­wał się w Ma­libu. Kim był ten Alex Par­ker? Czas go wy­go­oglo­wać i się do­wie­dzieć. Kiedy wpi­sa­łam na­zwi­sko w wy­szu­ki­warkę, oczy do­słow­nie wy­szły mi z or­bit. Cho­dziło o tego Alexa Par­kera. Sław­nego na cały świat de­we­lo­pera bu­dow­la­nego. Był wła­ści­cie­lem nie­mal wszyst­kiego: ho­teli, firm kre­dy­to­wych, bu­dyn­ków miesz­kal­nych, apar­ta­men­tów, re­stau­ra­cji i paru re­sor­tów roz­pro­szo­nych po ca­łej kuli ziem­skiej. Kur­czę! Był mi­liar­de­rem, a skoń­czył do­piero trzy­dzie­ści lat! Czy to w ogóle moż­liwe? Cho­lera, był też sek­sowny. A niech mnie. Jak, u dia­bła, Adam mógł ocze­ki­wać, że za­miesz­kam w jed­nym domu z tym przy­stoj­nym męż­czy­zną? Brat mó­wił wpraw­dzie, że w ogóle nie mu­szę przej­mo­wać się Ale­xem, więc mo­głam się za­ło­żyć, że mój go­spo­darz okaże się dup­kiem. Dup­kiem z ro­dzaju: drę­twy, bo­gaty play­boy, któ­remu się zdaje, że cały świat na­leży do niego. Do­póki bę­dzie mi scho­dził z drogi, ja będę scho­dziła z drogi jemu, a są­dząc po licz­bie róż­nych ko­biet, z któ­rymi po­ja­wiał się na zdję­ciach, pa­nicz­nie bał się zo­bo­wią­zań. Je­śli tak, to przy­naj­mniej tyle mie­li­śmy wspól­nego.

To­czy­li­śmy się długą, krętą drogą do­jaz­dową, aż za­trzy­mała nas czarna brama z ku­tego że­laza. Tak­sów­karz wci­snął gu­zik i wrota otwarły się, pod­je­chał więc pod sam dom. Wy­siadł i wy­jął z ba­gaż­nika moje wa­lizki. Uiści­łam opłatę, a kiedy od­je­chał, ja wciąż sta­łam w miej­scu i ga­pi­łam się na ogrom­nia­sty, przy­cup­nięty na zbo­czu wzgó­rza dom. Na­gle fron­towe drzwi sta­nęły otwo­rem i wy­ło­niła się z nich ja­kaś ko­bieta. Wy­glą­dała, jakby nie­dawno prze­kro­czyła trzy­dziestkę, była drobna, a czarne włosy spięła w kok.

- Dzień do­bry, ty mu­sisz być panną Ja­mes. Je­stem Jenna, go­spo­dyni pana Par­kera. - Po­słała mi cie­pły uśmiech.

Wy­cią­gnę­łam do niej rękę.

- Emer­son. Miło mi cię po­znać.

Wzięła jedną z mo­ich wa­li­zek i wpro­wa­dziła mnie do środka. Już we foyer za­mar­łam w pół kroku i ro­zej­rza­łam się po pięk­nie urzą­dzo­nym domu pana Par­kera. Jenna oznaj­miła, że za­bie­rze mnie do sy­pialni po­ło­żo­nej w głębi par­teru.

- Yyy, Jenno. Jak duży jest ten dom? - spy­ta­łam.

- Sześć­set pięć­dzie­siąt me­trów kwa­dra­to­wych.

- Jezu. Komu po­trzebna aż tak duża po­wierzch­nia?

Za­śmiała się.

- To twój po­kój. Bę­dziesz tu miała wię­cej pry­wat­no­ści, no i to naj­więk­sza go­ścinna sy­pial­nia. A do tego ma naj­lep­szy wi­dok.

Gdy otwo­rzyła drzwi, wcią­gnę­łam gło­śno po­wie­trze. Po­kój był więk­szy od mo­jego miesz­ka­nia w Tek­sa­sie. Cho­lera, był więk­szy od ja­kie­go­kol­wiek miej­sca, w któ­rym kie­dy­kol­wiek się za­trzy­ma­łam. Sko­śny su­fit, ściany w ko­lo­rze kawy z mle­kiem oraz białe ozdobne gzymsy nada­wały mu ele­gan­cji w naj­czyst­szej po­staci. Po­tężne łóżko z wy­so­kim wez­gło­wiem przy­le­gało do jed­nej ze ścian, na­prze­ciwko niego znaj­do­wał się ko­mi­nek, a wy­żej - wbu­do­wany te­le­wi­zor. Duże prze­szklone drzwi pro­wa­dziły na pa­tio wy­po­sa­żone w dwa krze­sła oraz stół. Je­dwabne za­słony zwi­sały ele­gancko do sa­mej pod­łogi. Ale to wi­dok bły­ska­wicz­nie przy­kuł moją uwagę. Wi­dok na Pa­cy­fik.

- Tu­taj masz szafę - po­in­for­mo­wała Jenna, otwie­ra­jąc po­dwójne drzwi.

Za­parło mi dech, gdy we­szłam do prze­stron­nej gar­de­roby, a może ra­czej: do pięk­nej, ogrom­nej, bia­łej świą­tyni próż­no­ści. Szlag, na­wet szafa była więk­sza niż moje miesz­ka­nie. Na­prawdę da­łoby się w niej urzą­dzić.

- To nie­sa­mo­wite.

Jenna się uśmiech­nęła.

- Po­cze­kaj, aż zo­ba­czysz ła­zienkę.

Wy­szły­śmy z gar­de­roby i prze­mie­rzy­ły­śmy krótki ko­ry­tarz, który pro­wa­dził do ła­zienki. Nie żar­tuję, gdy mó­wię, że chyba do­świad­czy­łam or­ga­zmu. Znaj­do­wała się tu ol­brzy­mia, wpusz­czona w pod­łogę wanna z ma­sa­żem, w któ­rej zmie­ści­łyby się przy­naj­mniej cztery osoby, gi­gan­tyczny wy­ka­fel­ko­wany prysz­nic o szkla­nych ścia­nach oraz po­tężny blat z dwiema umy­wal­kami. Całe po­miesz­cze­nie wy­koń­czono w be­żo­wym mar­mu­rze i za­dbano o per­fek­cyjny wy­strój.

- Nie de­ko­ro­wał domu sa­mo­dziel­nie, co? - spy­ta­łam.

- Nie. Kiedy pan Par­ker go bu­do­wał, za­trud­nił też de­ko­ra­tora wnętrz.

- Ile już tu mieszka? - za­py­ta­łam z cie­ka­wo­ści.

- Ja­kieś pięć lat. Chodź ze mną, po­każę ci resztę domu.

Prze­szły­śmy przez bu­dy­nek, aż Jenna do­pro­wa­dziła mnie do kuchni, gdzie na­stą­pił or­gazm nu­mer dwa. Było to urze­czy­wist­nie­nie ma­rzeń każ­dego szefa kuchni. Ja­sny gwint. Pa­trząc na dwa pie­kar­niki, po­dwójną ku­chenkę, po­kaźną gra­ni­tową wy­spę w sa­mym środku oraz naj­więk­szą lo­dówkę z nie­rdzew­nej stali, jaką w ży­ciu wi­dzia­łam, nie­trudno było so­bie wy­obra­zić mnó­stwo ele­ganc­kich po­sił­ków, które można by tu przy­go­to­wać. Ca­ło­ści do­peł­niały szafki i gzymsy z ciem­nego wi­śnio­wego drewna ota­cza­jące duże wy­ku­szowe okno z wy­ło­żoną po­dusz­kami ławą, z któ­rej roz­cią­gał się wi­dok na ocean.

Po tej wy­cieczce wy­szły­śmy do ogrodu na ty­łach. Mu­sia­łam na­piąć mię­śnie nóg z po­wodu or­ga­zmu nu­mer trzy. Wspa­niały wi­dok, obrze­żony drze­wami te­ren, ba­sen z ilu­zją nie­skoń­czo­no­ści, ja­cuzzi i mnó­stwo in­nego wy­po­sa­że­nia - wszystko to było nie­wia­ry­godne.

- Je­śli zej­dziesz po tych stop­niach - Jenna wska­zała w bok - tra­fisz na plażę.

- Tu jest pięk­nie. Na­prawdę pięk­nie.

- Wiem. Praca tu to praw­dziwy za­szczyt - uśmiech­nęła się.

Unio­słam wzrok w stronę pierw­szego pię­tra i za­uwa­ży­łam cią­gnący się wo­kół ca­łego bu­dynku bal­kon.

- A co jest tam?

- Na pię­trze mie­ści się sy­pial­nia oraz ga­bi­net pana Par­kera.

Unio­słam brew, zer­ka­jąc na nią.

- Jego sy­pial­nia i ga­bi­net zaj­mują całe pię­tro?

- Tak. Na ten po­ziom nie ma wstępu. Nikt nie może tam wcho­dzić, chyba że do­sta­nie zgodę pana Par­kera.

- A ty?

- Ja mu­szę tam sprzą­tać, więc wła­ści­wie sta­no­wię je­dyny wy­ją­tek.

- Ro­zu­miem. Mam py­tanko. Czy pan Par­ker jest drę­twy?

Z jej gar­dła wy­do­był się ci­chy śmie­szek.

- Tak. Tro­szeczkę.

- Świet­nie. No cóż, przy­naj­mniej ni­gdy nie ma go w domu. Nie będę wi­dy­wała go zbyt czę­sto, prawda?

- Zga­dza się. Od czasu do czasu za­gląda tu w ciągu dnia. Je­śli cho­dzi o noce, to, szcze­rze mó­wiąc, nie mam po­ję­cia. Wy­cho­dzę co­dzien­nie o pią­tej. On jest bar­dzo to­wa­rzy­ską osobą, więc spę­dza wiele czasu na przy­ję­ciach cha­ry­ta­tyw­nych i nie tylko, i na­prawdę rzadko bywa w domu.

- Co za strata, mieć taki dom i ni­gdy nie móc się nim cie­szyć.

Po­ki­wała lekko głową.

- Je­śli po­zwo­lisz, mu­szę wra­cać do pracy. Pan Par­ker ka­zał ci prze­ka­zać, że­byś się roz­go­ściła. Je­śli je­steś głodna, w lo­dówce znaj­dziesz mnó­stwo je­dze­nia i pi­cia.

- Dzię­kuję, Jenno.

- Nie ma za co, panno Ja­mes.

- Tylko bez for­mal­no­ści. Nie cier­pię for­mal­no­ści. Mów mi Emer­son.

- Do­brze, Emer­son. Je­śli bę­dziesz cze­goś po­trze­bo­wała, proś bez wa­ha­nia.

ALEX

Do­tar­łem do domu o dzie­więt­na­stej, żeby po­znać mo­jego go­ścia, wziąć prysz­nic i prze­brać się na randkę, na którą by­łem umó­wiony. Gdy tylko prze­kro­czy­łem próg, po­wie­trze wy­peł­niło się nie­sa­mo­wi­tym aro­ma­tem. Odło­ży­łem ak­tówkę i ru­szy­łem do kuchni, gdzie za­sta­łem ko­bietę ubraną w nie­zwy­kle krót­kie dżin­sowe szorty i sto­jącą przy moim piecu.

- Ekhem - od­chrząk­ną­łem. Nie od­wró­ciła się, więc zro­bi­łem to po­now­nie: - Ekhem.

Wes­tchną­łem i pod­sze­dłem do niej, by stuk­nąć ją lekko w ra­mię. Pod­sko­czyła i okrę­ciła się na pię­cie.

- Jezu Chry­ste, ale mnie prze­stra­szy­łeś - rzu­ciła, wyj­mu­jąc z uszu słu­chawki.

Co, do cho­lery? Nie była osiem­na­sto­latką. Pod­czas gdy ona przy­ło­żyła dłoń do serca, ja wpa­try­wa­łem się w jej nie­bie­skie ni­czym ocean oczy.

- Pró­bo­wa­łem się do cie­bie od­zy­wać, ale oczy­wi­ście mnie nie usły­sza­łaś. - Wska­za­łem słu­chawki.

- Ty mu­sisz być Alex Par­ker. Ja je­stem Emer­son Ja­mes. Sio­stra Adama. - Wy­cią­gnęła rękę.

- Miło mi cię po­znać. Ile masz lat?

- Słu­cham? - spy­tała, mru­żąc oczy.

- To przez spo­sób, w jaki Adam o to­bie mó­wił. My­śla­łem, że masz coś koło osiem­nastki. Oczy­wi­ście, są­dząc po wy­glą­dzie, wcale tak nie jest.

- Mam dwa­dzie­ścia sześć lat.

- Ro­zu­miem. Do­bra. Wi­taj w moim domu, panno Ja­mes, i pro­szę, czuj się jak u sie­bie. Za­kła­dam, że Jenna opro­wa­dziła cię po te­re­nie.

- Ow­szem. Była bar­dzo miła. A co kon­kret­nie mó­wił o mnie Adam? - do­py­ty­wała ze ścią­gnię­tymi brwiami.

- Nie­wiele. Po pro­stu za­ło­ży­łem, że je­steś młod­sza. Co go­tu­jesz? - Po­chy­li­łem się i zaj­rza­łem do sto­ją­cego na ku­chence garnka.

- Ma­ka­ron z do­mo­wej ro­boty so­sem pa­lo­mino.

- Pach­nie wy­śmie­ni­cie. Adam wspo­mi­nał, że nie­zła z cie­bie ku­charka.

- Chcesz tro­chę? - spy­tała z uśmie­chem.

Uprzej­mie od­mó­wi­łem, wkła­da­jąc dłoń do kie­szeni.

- Idę na ko­la­cję. To randka, na którą zresztą mu­szę się przy­go­to­wać. Więc je­śli mi wy­ba­czysz...

- Och, ja­sne. Baw się do­brze.

Od­wró­ci­łem się i skie­ro­wa­łem ku drzwiom kuchni. Za­trzy­ma­łem się jed­nak, okrę­ci­łem na pię­cie i spoj­rza­łem na nią jesz­cze ostatni raz, za­nim ru­szy­łem na górę.

- Dzię­kuję - rzu­ci­łem.

Cho­lera. Sio­stra Adama była piękna, nie­zwy­kle piękna. Brą­zowe włosy z ja­snymi pa­sem­kami, które no­siła spięte w ku­cyk, współ­grały z opa­loną skórą oraz oczyma w ko­lo­rze oce­anu. Z tego, co zdo­ła­łem za­uwa­żyć, ciało miała do­sko­nałe. Wy­spor­to­wane, szczu­płe i tak w sam raz umię­śnione we wszyst­kich wła­ści­wych miej­scach, a jej ko­szulka na ra­miącz­kach cia­sno opi­nała wiel­kie, krą­głe piersi. Po­krę­ci­łem głową i udało mi się po­wstrzy­mać fiuta przed stward­nie­niem. By­łem, bądź co bądź, męż­czy­zną, który zna­lazł się w obec­no­ści pięk­nej mło­dej ko­biety, i nic nie dało się na to po­ra­dzić. Bio­rąc prysz­nic, nie mo­głem prze­stać roz­my­ślać o re­ak­cji mo­jego pe­nisa na Emer­son. Nor­mal­nie nie staje mi na sam wi­dok ja­kiejś tam ko­biety. Wi­duję piękne ko­biety każ­dego dnia, i to ni­gdy wcze­śniej się nie zda­rzyło. Co tu się, do cho­lery, wy­pra­wia?

Rozdział 3

EMER­SON

Zdję­cia Alexa nie od­da­wały mu spra­wie­dli­wo­ści. Ten męż­czy­zna pre­zen­to­wał się jesz­cze ape­tycz­niej na żywo niż w sieci. Miał nieco po­nad metr osiem­dzie­siąt wzro­stu, krót­kie brą­zo­wawe włosy w lekko pia­sko­wym od­cie­niu i brą­zowe oczy. Ko­ści po­licz­kowe jak spod dłuta oraz mocna szczęka czy­niły go bar­dzo przy­stoj­nym, nie wspo­mi­na­jąc już o po­po­łu­dnio­wym za­ro­ście, który zbli­żał go do per­fek­cji. Cho­lera. I ow­szem, zer­k­nę­łam w dół, na jego mę­skie za­lety, by spraw­dzić, czy może się po­chwa­lić czymś du­żym. Trudno to było oce­nić w czar­nych gar­ni­tu­ro­wych spodniach. Mu­sia­ła­bym go zo­ba­czyć w dżin­sach albo krót­kich spoden­kach.

Kiedy na­kła­da­łam so­bie ma­ka­ron na ta­lerz i za­nim jesz­cze wy­szłam na pa­tio, usły­sza­łam, jak fron­towe drzwi otwie­rają się, a po­tem za­my­kają. Ten za­pach. Do mo­ich noz­drzy do­tarła smuga mę­skich per­fum, która przy­dry­fo­wała aż do kuchni. Zna­łam tę woń. Spry­skał się do­lce & gab­baną, moim naj­ulu­bień­szym mę­skim za­pa­chem wszech cza­sów. Wes­tchnę­łam, chwy­ci­łam ta­lerz i wy­szłam z nim na ze­wnątrz. Był piękny wie­czór. Słońce już za­szło i za­czy­nały po­ka­zy­wać się gwiazdy. Cie­pła bryza owie­wa­jąca mi twarz przy­po­mniała, jak bar­dzo uwiel­bia­łam swego czasu miesz­ka­nie w Ka­li­for­nii. Gdy ja­dłam, za­dzwo­nił mój te­le­fon. To był Adam.

- Cześć.

- Upew­niam się tylko, że do­tar­łaś bez­piecz­nie. Jak tam?

- Na ra­zie do­brze. Nie mó­wi­łeś, że twój Alex Par­ker to ten Alex Par­ker.

- Szcze­rze mó­wiąc, na­wet o tym nie po­my­śla­łem. Robi ci to ja­kąś róż­nicę?

- Nie. Ale jego dom to praw­dziwy dwór.

- No. Od­jaz­dowy, nie? Hej, nie prze­szka­dza ci, że je­steś tam? Mam na my­śli, z po­wro­tem w Ka­li­for­nii?

Och, te­raz o to pyta?

- Ow­szem. Tro­chę prze­szka­dza i je­śli mam być szczera, je­stem wście­kła, że zmu­si­łeś mnie do przy­jazdu.

- Mu­sisz zo­sta­wić prze­szłość za sobą, Em. Wiem, że to trudne, ale mu­sisz po­pchnąć swoje ży­cie do przodu.

- Ależ ja już dawno je po­pchnę­łam, Adam! Po pro­stu po­sta­no­wi­łam, że po­pchnę je z dala od tego miej­sca. Ta roz­mowa za­wsze przy­biera ten sam ob­rót. Mu­szę le­cieć.

Klik.

Za­czy­na­łam czuć się zmę­czona, więc po­sprzą­ta­łam i skie­ro­wa­łam się do sy­pialni. Gdy już prze­bra­łam się w pi­żamę, otwo­rzy­łam prze­szklone drzwi, aby wpu­ścić do środka bryzę. Wdra­pa­łam się do łóżka, na­cią­gnę­łam na sie­bie prze­ście­ra­dło i wpa­try­wa­łam się w noc, słu­cha­jąc fal roz­bi­ja­ją­cych się o brzeg.

Za­wsze by­łam ran­nym ptasz­kiem. W moim od­czu­ciu nie ma sensu mar­no­wać choćby mi­nuty dnia. Wsta­łam z łóżka, wśli­zgnę­łam się w krótki je­dwabny szla­frok w kre­mo­wym ko­lo­rze i wy­szłam z po­koju na pa­tio. Wcią­gnę­łam w płuca świeże po­ranne po­wie­trze i spoj­rza­łam na ocean. Po twa­rzy prze­mknął mi uśmiech, kiedy do­strze­głam w wo­dzie dwa del­finy.

Po­szłam do kuchni i na­sta­wi­łam dzba­nek kawy. Pod­sko­czy­łam, gdy roz­dzwo­nił się mój te­le­fon. Kto, do cho­lery, może chcieć się ze mną skon­tak­to­wać o tak wcze­snej po­rze? Och. To był Billy. Kur­czę. Ode­bra­łam, prze­łą­czy­łam na gło­śno­mó­wiący i wy­ję­łam z lo­dówki jajka.

- Cześć.

- Gdzie ty się, u dia­bła, po­dzie­wasz, Em? Wy­bra­łem się wczo­raj wie­czo­rem do two­jego miesz­ka­nia, ale cię nie za­sta­łem. Pró­bo­wa­łem dzwo­nić, ale ode­słało mnie pro­sto na pocztę.

- Je­stem w Ka­li­for­nii i wie­czo­rem wy­łą­czy­łam te­le­fon.

- W Ka­li­for­nii! Co ty tam, u dia­bła, ro­bisz i czemu mi nie po­wie­dzia­łaś, że wy­jeż­dżasz?

- Brat ka­zał mi tu przy­je­chać i za­po­mnia­łam ci o tym wspo­mnieć.

- Kotku, pro­szę, nie okła­muj mnie. Przy­kro mi z po­wodu tam­tego wie­czoru. Nie chcia­łem cię zde­ner­wo­wać.

- Nie zde­ner­wo­wa­łeś mnie, a ja nie kła­mię.

Roz­bi­łam jajka na pa­telni, wło­ży­łam kromkę chleba do to­stera i za­bra­łam się do kro­je­nia awo­kado.

- Kotku, kiedy wra­casz do domu? Mu­simy usiąść i po­waż­nie po­roz­ma­wiać.

Alex wma­sze­ro­wał do kuchni, spoj­rzał na moją ko­mórkę, a po­tem na mnie.

- Nie wra­cam do Tek­sasu, Billy.

- Co to ma, do dia­bła, zna­czyć, że nie wra­casz do Tek­sasu?! - wrza­snął.

- Nie ro­zu­miesz po an­giel­sku?

Za­uwa­ży­łam, że Alex uśmiech­nął się pod no­sem.

- Z nami ko­niec, Billy. A ja skoń­czy­łam też z Tek­sa­sem. Na sa­mym po­czątku po­wie­dzia­łam ci, że praw­do­po­dob­nie nie zo­stanę długo.

- Ale, Em, co z nami? Mie­li­śmy prze­cież plany, do cho­lery!

- Ty mia­łeś plany, Billy. Plany, które snu­łeś bez wcze­śniej­szego po­ro­zu­mie­nia ze mną. Mnó­stwo rze­czy so­bie za­ło­ży­łeś.

- Więc tak po pro­stu uciek­niesz od na­szego związku? Masz ja­kie­kol­wiek po­ję­cie, jak okrut­nie te­raz cier­pię, kotku?

- Na mi­łość bo­ską, prze­stań na­zy­wać mnie "kot­kiem" i przy­kro mi, je­śli cię zra­ni­łam. Ale ja idę na­przód, Billy, i su­ge­ruję, że­byś ty zro­bił to samo.

- Ale, Em, ja cię ko­cham. Pro­szę, nie rób nam tego. Co mogę zro­bić, żeby wszystko na­pra­wić?

- Billy, to za wcze­sna pora na tę dys­ku­sję, a ja nie zdą­ży­łam jesz­cze na­wet wy­pić kawy. Nic nie mo­żesz zro­bić. Nie wra­cam i to ko­niec. Za­słu­gu­jesz na ko­goś lep­szego niż ja. Mu­szę le­cieć. Prze­pra­szam.

Klik.

- Kawy? - spy­ta­łam Alexa, który opie­rał się o blat.

- Tak. Kawa do­bra rzecz. Nie­zła z cie­bie ła­maczka serc. Współ­czu­łem Billy'emu - uśmiech­nął się krzywo.

Prze­wró­ci­łam oczami, wrę­cza­jąc mu fi­li­żankę kawy.

- Billy'emu nic nie bę­dzie. Jajka? - za­pro­po­no­wa­łam.

- Nie. Nie mam czasu. Je­stem umó­wiony na spo­tka­nie. Mi­łego dnia, panno Ja­mes.

- Dość tych for­mal­no­ści, Alex. Mów mi Emer­son, Em, Em­mie - jak chcesz. Byle nie "panno Ja­mes".

Prze­krzy­wił głowę i uśmiech­nął się.

- My­ślę, że będę cię na­zy­wał "ła­maczką serc".

- Uch. - Zło­ży­łam głowę na bla­cie, a kiedy Alex wy­cho­dził, do­le­ciał mnie jesz­cze jego ci­chy śmie­szek.

ALEX

Uzna­łem, że nie mu­szę usta­na­wiać żad­nych re­guł, skoro Emer­son jest do­ro­sła. Do­ro­sła, piękna i już cał­kiem ukształ­to­wana, co mo­gło mnie osta­tecz­nie wpę­dzić w kło­poty, je­śli nie za­cho­wam ostroż­no­ści. Niech Adama trafi szlag za to, że nie po­wie­dział mi, jaka ona jest go­rąca. Ale go­rąca czy nie, była sio­strą przy­ja­ciela, co sta­no­wiło nie­prze­kra­czalną gra­nicę. Poza tym nie była w moim ty­pie. Nie była... jak by to ład­nie ująć? Nie była wy­star­cza­jąco wy­su­bli­mo­wana. Ko­biety, z któ­rymi się uma­wia­łem i pie­przy­łem, po­cho­dziły z wyż­szych sfer. Miały klasę, któ­rej Emer­son, zdaje się, bra­ko­wało. Mia­łem swoje stan­dardy, a ona nie­stety ich nie speł­niała. I na­wet do­brze się skła­dało. Nie po­tra­fi­łem jed­nak prze­stać się za­sta­na­wiać, czemu wy­je­chała z Tek­sasu w taki spo­sób. Przy­słu­chi­wa­nie się jej roz­mo­wie z Bil­lym oka­zało się nie­złą za­bawą, a to, jak go spła­wiła, po­ka­zało, że ma jaja. Ko­biety, z któ­rymi się spo­ty­ka­łem, były inne. Były Bil­lymi na­szego związku. Bła­ga­ją­cymi i prze­ko­nu­ją­cymi, bym z nimi zo­stał, za­wsze pró­bu­ją­cymi się dla mnie zmie­niać. Emer­son Ja­mes kryła w so­bie ja­kąś hi­sto­rię, a ja nie mo­głem po­wstrzy­mać się przed pró­bami od­gad­nię­cia jej na­tury. Czy mia­łem po­znać jej treść? Nie. Nie moja sprawa. Emer­son za­trzy­mała się u mnie na trzy mie­siące i ani dnia dłu­żej. Póki nie wtrą­cała się w moje ży­cie, póty ja nie za­mie­rza­łem wtrą­cać się w jej.

Rozdział 4

EMER­SON

Jenna zja­wiła się w kuchni, gdy by­łam w trak­cie sprzą­ta­nia.

- Dzień do­bry, Emer­son. Jak ci mi­nęła pierw­sza noc?

- Dzień do­bry. Świet­nie. Spa­łam w tym łóżku jak nie­mowlę.

Za­śmiała się.

- To do­brze. Ja­kieś pro­blemy z pa­nem Par­ke­rem?

Zmarsz­czy­łam twarz, zer­ka­jąc na nią.

- Nie. Czemu py­tasz?

- Tak się tylko za­sta­na­wia­łam. Cza­sami po­trafi być tro­chę, jak by to po­wie­dzieć, nie­grzeczny i nie­wraż­liwy.

- Och. Jak na ra­zie wy­daje się w po­rządku.

- Świet­nie. Mi­łego dnia, Emer­son - uśmiech­nęła się i wy­szła z kuchni.

Skoro już wró­ci­łam do Ka­li­for­nii, nad­szedł czas na od­no­wie­nie kon­tak­tów z daw­nymi przy­ja­ciół­kami. Przy­ja­ciół­kami, któ­rych nie wi­dzia­łam od ośmiu lat, ale z któ­rymi kon­tak­to­wa­łam się od czasu do czasu przez Fa­ce­bo­oka. Naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami, które po­rzu­ci­łam, wy­jeż­dża­jąc i ni­gdy nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Ru­szy­łam do po­koju, otwo­rzy­łam lap­topa i wy­wo­ła­łam stronę pro­fi­lową Chri­stine Howl, mo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki z cza­sów li­ce­al­nych. Była te­raz mę­żatką i nie­pra­cu­jącą mamą jed­nego dziecka.

Cześć, Chri­stine. Wró­ci­łam na tro­chę do Ka­li­for­nii i li­czy­łam, że uda nam się spo­tkać na lunch i nad­robić stra­cony czas.

Od­po­wie­działa po za­le­d­wie paru mi­nu­tach.

O mój Boże! Nie mogę uwie­rzyć, że je­steś z po­wro­tem. Tak! Mo­żemy umówić się na lunch jesz­cze dzi­siaj? Za­dzwo­nię do Bayli i do­wiem się, czy ma wolne. Wiem, że bar­dzo chcia­łaby się z tobą zo­ba­czyć.

Dziś mi pa­suje. Może spo­tkamy się o pierw­szej w Polo Lo­unge? Swego czasu uwiel­bia­ły­śmy tę knajpę.

Brzmi świet­nie. Nie mogę się do­cze­kać.

Ja tak samo.

Te­raz mu­sia­łam we­zwać tak­sówkę. Kiedy do­tar­łam do kuchni, uj­rza­łam ja­kie­goś męż­czy­znę roz­ma­wia­ją­cego z Jenną.

- Emer­son, to jest Phil­lip. Oso­bi­sty szo­fer pana Par­kera.

- Miło mi cię po­znać, Emer­son. Wła­ści­wie przy­sze­dłem wła­śnie po to, żeby się przed­sta­wić. Pan Par­ker po­le­cił, że­bym za­wiózł cię, gdzie tylko bę­dziesz chciała.

- Na­prawdę?

- Tak, na­prawdę. Pod wa­run­kiem że on nie bę­dzie mnie aku­rat po­trze­bo­wał.

- Masz do­sko­nałe wy­czu­cie czasu, Phil­li­pie, bo na pierw­szą mu­szę do­trzeć do Polo Lo­unge na lunch z przy­ja­ciółką.

- Do­brze, a za­tem po­je­dziemy do Polo Lo­unge - uśmiech­nął się. - Po­win­ni­śmy wy­ru­szyć koło po­łu­dnia, pod­jadę cię zgar­nąć.

- Dzię­kuję. To bar­dzo miło z two­jej strony.

Kiw­nął głową i wy­szedł. Był przy­stoj­nym dżen­tel­me­nem o ciem­no­brą­zo­wych wło­sach, zie­lo­nych oczach i krótko przy­strzy­żo­nej bro­dzie. Strze­la­łam, że ma czter­dzie­ści parę, naj­wy­żej pięć­dzie­siąt lat. Nie mo­głam uwie­rzyć, że Alex po­pro­sił go, by wo­ził mnie po oko­licy. Może Alex Par­ker nie był wcale aż ta­kim bez­na­dziej­nym przy­pad­kiem.

Wsko­czy­łam pod prysz­nic, ubra­łam się i cze­ka­łam, aż Phil­lip po mnie przy­je­dzie. Kiedy się zja­wił, otwarł przede mną drzwi ben­tleya, a ja wśli­zgnę­łam się do środka.

- Jak długo pra­cu­jesz dla Alexa? - spy­ta­łam.

- Ja­kieś trzy lata - uśmiech­nął się. - Co cię spro­wa­dza do Ka­li­for­nii?

- Mój brat, Adam. Tak na­prawdę nie bar­dzo mia­łam wy­bór i mu­sia­łam na tro­chę wró­cić.

- Wró­cić? Miesz­ka­łaś tu już wcze­śniej?

- Tak. Do­ra­sta­łam w Los An­ge­les.

- Czemu wy­je­cha­łaś? - za­py­tał, zer­ka­jąc na mnie w lu­sterku wstecz­nym.

- To długa i nie­cie­kawa hi­sto­ria.

Wresz­cie do­tar­li­śmy do Polo Lo­unge, a kiedy wy­sia­da­łam z auta, Phil­lip wrę­czył mi swój nu­mer te­le­fonu.

- Za­pisz go so­bie w ko­mórce i dzwoń albo pisz, je­śli bę­dziesz chciała się gdzieś do­stać. Mogę cię ode­brać naj­póź­niej o czwar­tej.

- Nie ma sprawy. Je­śli mia­ła­bym zo­stać dłu­żej, zła­pię po pro­stu tak­sówkę.

- Mi­łego lun­chu z przy­ja­ciół­kami, Emer­son.

- Dzię­kuję, Phil­li­pie.

Jesz­cze za­nim do­szłam do wej­ścia do re­stau­ra­cji, usły­sza­łam, jak ktoś woła mnie po imie­niu od strony pa­tio. Obej­rza­łam się i do­strze­głam Chri­stine oraz Bayli ma­cha­jące do mnie od sto­lika.

- Spójrz tylko na sie­bie - ode­zwała się Chri­stine, przy­tu­la­jąc mnie. - Świet­nie wy­glą­dasz.

- Dzięki. Ty też.

- Dawno się nie wi­dzia­ły­śmy, ko­chana. - Bayli uśmiech­nęła się, gdy się uści­ska­ły­śmy. Czu­łam się, jak­by­śmy znów były Trzema Musz­kie­ter­kami.

Gdy nad­ra­bia­ły­śmy za­le­gło­ści, zer­k­nę­łam w bok i za­uwa­ży­łam Alexa zaj­mu­ją­cego miej­sce przy sto­liku na­prze­ciwko. To­wa­rzy­szyła mu piękna wy­soka ko­bieta. On rów­nież uniósł wzrok, a gdy mnie zo­ba­czył, na jego twa­rzy od­ma­lo­wał się szok. Uśmiech­nę­łam się lekko i da­lej roz­ma­wia­łam z Chri­stine i Bayli. Po dru­gim kie­liszku wina prze­pro­si­łam i ru­szy­łam do ła­zienki. Kiedy z niej wy­szłam, przed drzwiami za­sta­łam cze­ka­ją­cego na mnie Alexa.

- Eee. Cześć. Czemu cze­kasz na ko­ry­ta­rzu?

- Co ty tu ro­bisz? - spy­tał.

Unio­słam brew.

- Jem lunch z przy­ja­ciół­kami. Co ty tu­taj ro­bisz?

- Do­kład­nie to samo.

Sy­tu­acja była dzi­waczna i wpra­wiała mnie w za­kło­po­ta­nie.

- Nie wie­dzia­łem, że masz przy­ja­ciół w Los An­ge­les - ode­zwał się znowu.

- No to te­raz już wiesz. Więc je­śli mi wy­ba­czysz, le­piej do nich wrócę.

Przez chwilę się we mnie wpa­try­wał.

- Mi­łej dal­szej czę­ści spo­tka­nia.

- Na­wza­jem. - Po­kle­pa­łam go po twar­dej ni­czym skała piersi.

Nie­długo po tym, jak wró­ci­łam do sto­lika, Alex po­now­nie zja­wił się przy swoim i kon­ty­nu­ował roz­mowę z piękną, wy­soką ko­bietą. Za­sta­na­wia­łam się, czy to jego dziew­czyna. Kiedy oboje wstali, by wyjść, Alex po­słał mi jesz­cze ostat­nie spoj­rze­nie. Uda­wa­łam, że tego nie za­uwa­żam.

ALEX

Gdy tam­tego dnia koło je­de­na­stej wie­czo­rem do­tar­łem do domu, za­sta­łem Emer­son w ba­se­nie. Wy­sze­dłem na pa­tio i cze­ka­łem, aż skoń­czy pły­wać tam i z po­wro­tem.

- Parę dłu­go­ści wie­czo­rową porą? - za­gad­ną­łem.

- Aha. Mamy dziś piękną noc.

Kiedy wdra­pała się na brzeg, nie mo­głem nie za­uwa­żyć jej cu­dow­nego ciała odzia­nego w czarne bi­kini. Cho­lera. Po­rwa­łem le­żący na krze­śle ręcz­nik i po­da­łem jej.

- Idziesz wkrótce do łóżka? - spy­ta­łem.

- A czemu? Chcesz się do mnie przy­łą­czyć?

- Słu­cham? - rzu­ci­łem zszo­ko­wany.

- Wy­lu­zuj, Alex. Żar­to­wa­łam - ro­ze­śmiała się. - Ża­łuj, że nie wi­dzia­łeś swo­jej miny.

- Bar­dzo za­bawne, Emer­son. Śpij do­brze.

- Taki mam za­miar. I ty też.

- Tak zro­bię.

- Do­brze - stwier­dziła z uśmie­chem.