Podróż do Kalina - Anna Makowiecka-Siudut, Radek Knapp

-
Proszę czekać
Rozdział I

JULIUSZ WERKAZY OTRZYMUJE TELEFON

I MARTWI SIĘ O SWOJĄ ARAUKARIĘ

Odkąd tylko sięgał pamięcią, Juliusz Werkazy zawsze dzielił problemy na dwie kategorie: na takie, których mógł uniknąć, jak niezapłacone rachunki, i takie, których chyba nigdy nie będzie mógł się pozbyć, jak na przykład swoje nazwisko. I za każdym razem kiedy widział je na drzwiach swojego biura, sądził, że tak podejrzanym mianem obdarowały go jakieś wyjątkowo podstępne i złośliwe moce. A w dodatku to pseudonazwisko będzie musiał znosić nie tylko na drzwiach, ale któregoś dnia także na swoim nagrobku.

Aby zapomnieć o tej myśli, po wejściu do biura wlał sobie do herbaty kilka kropel swojego drogocennego Otarda, po czym przez dłuższą chwilę przyglądał się uważnie obrazowi wiszącemu nad biurkiem. Przedstawiał zamożnego mężczyznę trzymającego na ramieniu żółtego kota. I chociaż kot sprawiał wrażenie dość ciężkiego, mężczyzna szybował kilka centymetrów nad ziemią i był pełen takiego spokoju, jakiego nie dane było zaznać Werkazemu nawet wtedy, kiedy śmiertelnie zmęczony padał wieczorem na łóżko. Tak właśnie wyobrażał sobie nie tylko perfekcyjnego detektywa, ale także człowieka noszącego nazwisko, które nie brzmiało jak podejrzany pseudonim.

Tego ranka, kiedy Werkazy akurat zamierzał rozpocząć liczenie wszystkich żółtych plamek na sierści kota, zupełnie nieoczekiwanie zadzwonił telefon. Detektyw ostrożnie odstawił filiżankę z  herbatą i  nieufnie popatrzył na brzęczący aparat. Jeśli jakaś agencja odrzucała tak mało spraw jak jego firma, to już samo podniesienie słuchawki stawało się wyrafinowaną sztuką. Nie było mądrze natychmiast rzucić się do aparatu i poprzez to zdradzić ewentualnemu klientowi, jak naprawdę przedstawia się sytuacja Agencji Werkazy, z drugiej strony nie należało też zbytnio się ociągać, aby dzwoniący nie zrezygnował. Werkazy opanował tę sztukę znakomicie - przeliterował teraz słowo "araukaria" wstecz, co trwało dobre dziesięć sekund. Był to jego zdaniem idealny czas oczekiwania. Tym razem detektywowi wydało się jednak, że dzwoniący jest uparty ponad miarę, dołożył więc jeszcze dwie sekundy i  dopiero wtedy podniósł słuchawkę, podając tak jak zwykle przy zgłoszeniu nazwę swojej agencji.

- Czy mówię z szefem Agencji Werkazy, czy też z jednym z pracowników? - zabrzmiał z  drugiej strony słuchawki silny męski głos.

- Mówi pan z  właścicielem osobiście - potwierdził Werkazy, ciągle jeszcze nie wymieniając przy tym swojego nazwiska.

Głos nie przypominał głosu przeciętnego klienta. Brzmiał jak głos kogoś, kto zazwyczaj nie dzwoni sam, lecz zleca to swojej sekretarce albo pracownikowi. Ale teraz najwidoczniej stało się coś, co zmusiło mężczyznę do tego, że sam chwycił za słuchawkę.

- Pozwoli pan, że się przedstawię - powiedział nieznajomy. - Moje nazwisko Osmos, dzwonię z miasta, które zwą Kalino.

Werkazy rzadko czytał gazety, ale niemożliwe było nie znać nazwy Kalino, czy też nazwiska jego założyciela F. Osmosa. Było to mniej więcej tak, jak gdyby dostało się telefon z Watykanu i w  słuchawce odezwał się sam papież.

Werkazy ani nie był zbyt religijny, ani też nie wiedział o Kalinie nic więcej ponad to, że było to miasto od dziesiątków lat tak dokładnie odizolowane od zewnętrznego świata, iż praktycznie nikt nie mógł powiedzieć o nim nic pewnego.

Utkwił wzrok w filiżance z herbatą i  powiedział bardziej do niej niż do Osmosa:

- Zamieniam się w  słuch. Czym mogę służyć?

- No, słowo służyć może nie jest najwłaściwsze - odparł Osmos. - Chodzi o pewien incydent, który już miał miejsce i którego nie da się cofnąć. Teraz należy jedynie ograniczyć zasięg szkód, aby nie doszło do jeszcze większego nieszczęścia.

Dlaczego władcy i możni tego świata zachowują się zawsze tak wyniośle, kiedy coś wymyka im się spod kontroli?, pomyślał Werkazy i  odpowiedział:

- Czy może mi pan choćby pobieżnie nakreślić, o jaki rodzaj szkód tutaj chodzi?

- Obawiam się, że to trwałoby zbyt długo. Musi pan wiedzieć, że ta rozmowa nie jest czymś oczywistym. Aby nawiązać połączenie, trzeba było wyłączyć wszystkie systemy bezpieczeństwa w Kalinie. W tej chwili życie całego miasta zamarło właśnie z powodu tego telefonu.

Gdyby Werkazy otrzymywał choćby jednego centa za każdego klienta, który nie chciał zdradzić istoty swojej sprawy przez telefon, to nie potrzebowałby już żadnego honorarium. Jednak to wyjaśnienie wydało mu się najbardziej oryginalne ze wszystkich, jakie dane mu było do tej pory usłyszeć. Najbardziej zdumiewające było to, że Osmos mówił prawdę. Po wielu latach pracy u  Werkazego rozwinęło się coś na kształt wewnętrznego radaru natychmiast identyfikującego kłamstwa. W Kalinie jakieś wielkie przedsięwzięcie chybiło celu - i to w sposób zasadniczy.

- A więc proszę pozwolić, że sformułuję swoje pytanie inaczej - odparł. - Czy zaistniała szkoda dotyczy jednej osoby?

Słów takich jak "morderstwo" czy "zbrodnia" Werkazy unikał od lat.

- Muszę niestety potwierdzić.

- Czy to ktoś, kogo znał pan osobiście?

- Znam każdego mieszkańca Kalina z osobna.

- Czy ta osoba jeszcze żyje?

- I tak, i nie.

- A więc jest martwa i nie jest?

- Jest mi nad wyraz nieprzyjemnie mówić zagadkami, dlatego zaproponuję panu inne rozwiązanie: proszę przyjechać do Kalina i osobiście zapoznać się ze wszystkim na miejscu. Będzie pan mógł wówczas spokojnie zdecydować, czy zajmie się tą sprawą, czy też nie. Ma pan na to moje słowo.

Werkazy umilkł na chwilę, pozwalając, aby w rozmowie nastąpiła krótka przerwa.

- Niezręcznie mi to mówić, ale pańskie słowo mi nie wystarczy. W grę wchodziłaby jeszcze kwestia zabezpieczeń - odparł.

Także jeśli chodziło o pieniądze, Werkazy nigdy nie używał tego słowa, i co ciekawe, nigdy jeszcze nie spotkał klienta, który nie zrozumiałby natychmiast, co miał na myśli.

- To nie stanowi problemu. Nasza gratyfikacja będzie kilkakrotnie wyższa niż pańskie zwykłe honorarium. Mówiąc "kilkakrotnie", mam na myśli słowo "dziesięciokrotnie". Decydującą sprawą jest to, kiedy będzie pan mógł do nas przybyć. Czynnik czasowy ma tu największe znaczenie.

- Chwileczkę, proszę. Zaraz sprawdzę.

Wziął do ręki kalendarz. W  ciągu najbliższych dwóch tygodni miał do załatwienia tylko dwie sprawy: wizytę u dentysty, którą i tak chciał przesunąć, oraz spotkanie z klientką, która uciekła ze swoim fryzjerem. Werkazy szeleścił kartkami kalendarza możliwie głośno, aby było to dobrze słychać po drugiej stronie linii. W takich chwilach nie po raz pierwszy uświadamiał sobie, jak wiele wspólnego praca detektywa miała z fachem aktora.

- Mógłbym przyjechać w najbliższy czwartek.

- Tak długo nie możemy niestety czekać. Co sądzi pan o dniu jutrzejszym?

- Jutro? Wykluczone.

- Jak już mówiłem, honorarium nie podlega w tym przypadku żadnej dyskusji. Jestem gotów użyć słowa "dwudziestokrotnie" zamiast użytego poprzednio "dziesięciokrotnie".

- Nie wiem. Musiałbym przesunąć na inny termin mnóstwo pracy.

- Może będzie dla pana zachętą fakt, że byłby pan pierwszą osobą, która odwiedzi Kalino. To miejsce jedyne w swoim rodzaju. Wiele znaczących osobistości uważałoby się za szczęśliwe, gdyby wolno im było spędzić tu choćby tylko jeden dzień.

Werkazy nie był specjalnie łasy na przywileje. Czymś o wiele bardziej kuszącym była dlań natomiast perspektywa zapłacenia rachunków z  ostatniego miesiąca.

- Zobaczę, co da się zrobić - odpowiedział. - Muszę to jeszcze ustalić z moim partnerem.

- Wspaniale. Nie będzie pan żałował, mogę to panu obiecać.

Werkazy nie chciał w tym momencie wypowiadać się na temat wiarygodności składanej mu przez telefon obietnicy i zmienił temat:

- Zanim zakończymy rozmowę, chciałbym dowiedzieć się jeszcze jednej rzeczy. Dlaczego wybrał pan akurat moją agencję? Jest wiele innych agencji, a niektóre są o wiele bardziej renomowane niż nasza.

Było to mistrzostwo świata w  bagatelizowaniu zasług własnej firmy, której numer telefonu znajdował się też w  książce telefonicznej. A w księgach tej firmy kolor czerwony trafiał się o wiele częściej niż w znajdującej się w bliskim sąsiedztwie dzielnicy rozkoszy.

- Gdy tylko znajdzie się pan w Kalinie, dowie się pan, dlaczego wybraliśmy właśnie pana. W każdym razie to nie przypadek.

- A w jaki sposób mam do was przyjechać?

- Jedną z  osobliwości Kalina jest fakt, że można tam dotrzeć tylko naszym pociągiem. Jutro rano, o ósmej, zawieziemy pana do tego pociągu. Zadbaliśmy już o wszystko, co konieczne.

Werkazy nie zaprotestował. Zawsze panicznie bał się latać i lubił jeździć pociągami.

- A więc punktualnie o ósmej. Zanotowałem sobie.

- Cieszę się, że poznam pana osobiście.

Obaj odłożyli słuchawki równocześnie.

Werkazy wypił łyk herbaty i popatrzył na obraz nad swoim biurkiem.

- Słyszałeś? - odezwał się do mężczyzny z  kotem. - Wprawdzie nie potrafię szybować nad ziemią, ale czasami mam szczęście.

Odstawił filiżankę i pomaszerował wprost do biura swojego partnera. Wszedł energicznie, nawet nie pukając.

Bruno siedział właśnie nad zepsutym wykrywaczem metalu i próbował za pomocą pęsety wydobyć z jego obudowy jakąś drobną i  delikatną część. Mężczyzna miał na sobie T-shirt z  napisem Wczoraj latałem na statku UFO i  wyglądał na nieco skacowanego. Werkazy wybrał go jako partnera z dwóch powodów: sam miał tak niewielkie pojęcie o  nowoczesnej technice, że uważał procesor za jakiś wymarły gatunek ryby i  był w  związku z  tym niejako skazany na czyjeś pośrednictwo w  kontaktach z  wynalazkami XXI wieku. Pomijając fakt, że Bruno bez trudu spełniał tę rolę, to kolekcjonował też namiętnie średniowieczne przybory kuchenne. Werkazy był czasami naprawdę sentymentalny i taka mieszanka przekonywała go o wiele bardziej niż najlepsze referencje.

- Zdaje się, że jak na razie nasze finansowe problemy rozwiązały się same - oświadczył.

- O, czyżbyśmy coś wygrali? - wymamrotał Bruno, usiłując wyłowić pęsetą maleńką śrubkę.

- Tak, wygląda na to, że wycieczkę do Kalina.

Trzymana przez Brunona pęseta zadrżała i wyłowiona z takim trudem śrubka znów wpadła do obudowy. Bruno podniósł głowę i spojrzał na Werkazego.

- Do Kalina? Myślałem, że tam nikt nie ma prawa wstępu.

- Najwyraźniej robią wyjątek. Przed chwilą dzwonił do mnie F. Osmos.

- Sam założyciel Kalina? I jakie zrobił na tobie wrażenie?

- Jak ktoś, kto ma za dużo władzy i dobrze wie, w jaki sposób to ukryć. W tej chwili interesuje mnie przede wszystkim jedno: czy Kalino jest rzeczywiście takie bogate, jak twierdzi Osmos?

Bruno oparł się wygodnie w fotelu, jak gdyby odpowiedź na to pytanie miała sprawić mu ogromną przyjemność, którą chciał się odpowiednio nasycić.

- Kalino jest nie tylko bogate. Kalino jest ekstremalnie bogate i ekstremalnie tajemnicze.

- Czy mógłbyś być tak miły i przestać używać tak często słowa "ekstremalny"? Co masz na myśli, mówiąc "tajemnicze"?

- Mam na myśli to, że oni stworzyli tam nową rzeczywistość.

- Nową rzeczywistość? A co to znaczy?

- Tego właśnie tak naprawdę nikt nie wie. - Partner Werkazego podniósł w  górę pęsetę, jak gdyby nagle coś przyszło mu do głowy. - Ale to znaczy też, że mieszkańcy Kalina są ekstremalnie inteligentni. W  czasie, którego potrzebuje na przykład nasz listonosz Maksymilian, aby pomnożyć osiem przez dziewięć, oni rozwiązaliby rachunek różniczkowy.

- No, to nie jest aż takie trudne. W tym czasie można też bez trudu pochłonąć jakiś obiadek.

- Mają też ponoć inną przemianę materii niż my, dzięki czemu są zawsze w lepszej formie. I w ogóle wszystko idzie tam jak po maśle.

- Jeśli jak po maśle, to tak było tylko do wczoraj. Coś tam właśnie poszło źle, i to bardzo.

- A co?

- Tego właśnie Osmos niestety mi nie powiedział. I w związku z tym mam do ciebie dwie prośby, jedną mniejszą, a  drugą większą. Czy w  czasie mojej nieobecności zatroszczyłbyś się o moją araukarię, tak abym po powrocie mógł ją rozpoznać?

- Spróbuję. A ta mniejsza prośba?

- Potrzebny mi jest nadajnik, aby móc w  każdej chwili nawiązać z tobą kontakt. Coś takiego, czego używaliśmy w tej sprawie przed czterema miesiącami.

- Nadajnik w Kalinie? - powtórzył jego partner i pozwolił sobie przy tym na uśmiech. - Czemu nie żądasz od razu czarodziejskiej różdżki?

- Dlaczego?

Bruno podrapał się pęsetą po prawej brwi.

- Kalino jest całkowicie odizolowane od świata zewnętrznego. Udało im się nawet zatrzymać fale elektromagnetyczne.

- Czy byłbyś tak miły i wytłumaczył mi, co masz na myśli?

- To znaczy, że żaden sygnał, podkreślam - żaden sygnał, ani nie może tam dotrzeć, ani też się stamtąd wydostać. Kalino otoczone jest swego rodzaju murem, który wytwarza ekstremalne pole magnetyczne. Kalińska technologia rzeczywiście graniczy z czarami. Właściwie to ja powinienem tam pojechać, a nie ty.

- Niestety oni nie wpuszczają tam ludzi z  deskorolkami.

Werkazy umilkł i zaczął rozmyślać nad tym, co jego partner powiedział na temat muru wokół Kalina. Po dłuższej chwili zapytał:

- Czy powiedziałem ci, co w tej sprawie ma szczególne znaczenie?

- Nie, to akurat opuściłeś.

- Że jeśli odniosę sukces, to spodziewaj się znacznej podwyżki wynagrodzenia.

- Juliuszu - westchnął jego partner w  odpowiedzi - jedyne, co mi w  związku z  tym teraz podwyższyłeś, to ciśnienie krwi. Jeśli więc chciałbyś, abym dokonał jakiegoś cudu, to musisz zadać sobie więcej trudu.

- Wesprzyj mnie więc, proszę. Czy nie byłeś najlepszym studentem na wydziale elektroniki?

- Byłem. No i co z tego?

- Jak słyszałem, wszyscy twoi dawni koledzy ze studiów pracują w wielkich koncernach. Jeden z nich jeździ ponoć samochodem służbowym, którego kierownica wykonana jest z  czystego złota. I to tylko dlatego, że wynalazł jakiś wyłącznik, który teraz znajduje się w  każdym tosterze.

- To był termostat zbudowany na bazie litu.

- Wyobrażam sobie, jak ci geniusze elektroniki śmieją się w kułak, kiedy myślą o tobie. Nie zrozum mnie, proszę, źle. Wy, geniusze, nie jesteście zbyt uspołecznieni. A mimo to na twoim miejscu jakoś gryzłoby mnie to, że ludzie tacy jak oni śmieją się ze mnie. I na twoim miejscu miałbym ochotę zatkać im gęby, konstruując taki nadajnik, który pokona nawet mur wokół Kalina.

Bruno potrząsnął głową, spoglądając na leżący przed nim na wpół rozłożony wykrywacz metalu.

- Gdybyś był nie detektywem, lecz kaznodzieją, to miałbyś już nie tylko kierownicę, lecz cały samochód ze złota. Ale wiesz, co jest najgorsze? Że ja za każdym razem daję się na to nabrać.

- To znaczy, że spróbujesz?

- Może znajdzie się jakaś możliwość. Zobaczę, co da się zrobić - oświadczył w końcu Bruno i spytał: - A na kiedy potrzebny ci ten nadajnik?

- Na jutro.

- To wynoś się stąd! Bo wygląda na to, że dzisiejszej nocy nie zmrużę oka.

- I nie będziesz tego żałował - podsumował Werkazy i ruszył w stronę drzwi.

- Już żałuję - odparł jego partner i zawołał za nim: - Juliuszu! Nie zapominaj o jednym: to będzie tylko nadajnik, a nie czarodziejska różdżka! I coś takiego nie rozwiąże wszystkich twoich problemów, a  już zwłaszcza tego największego, z którym mógłbyś zetknąć się w Kalinie.

- To znaczy?

- Znasz przecież to powiedzenie: miast otoczonych murem nigdy nie opuszcza się tą samą drogą, którą się do nich weszło.

- Naprawdę? A  kto ci naopowiadał takich bzdur?

- Ty sam.

Werkazy nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek coś takiego mówił. Ale ktokolwiek to powiedział, trafił z pewnością w samo sedno.

Rozdział II

WITAMY W KALINIE. PROSZĘ ZA NAMI!

Kiedy Werkazy obudził się z niespokojnego i męczącego snu, spróbował jak każdy, kto chwilowo stracił orientację przestrzenną, rozeznać się w  nieznanym pomieszczeniu. Dopiero kiedy dostrzegł osobliwe meble znajdujące się w wagonie kolejowym - regał, biurko z mahoniu i mosiężną secesyjną lampę, a wszystko solidnie przymocowane do podłogi - jednocześnie przyszły mu do głowy dwie rzeczy, a mianowicie, że po pierwsze, od wielu godzin znajdował się w  pociągu jadącym do Kalina, a po drugie, że cel jego podróży powinien już dawno znaleźć się w polu widzenia. Detektyw pomasował sobie zesztywniały kark, rozkoszując się zbyt szybko ustępującym uczuciem ulgi, i wyjrzał przez okno. Jego instynkt, na który mógł zdać się z całym spokojem zarówno we śnie, jak i na jawie, nie zawiódł go: w polu widzenia pojawiło się Kalino. Miasto leżało na wzgórzu i z oddali sprawiało wrażenie potężnej twierdzy. Teraz jednak, w promieniach zachodzącego słońca, wyglądało wręcz idyllicznie. Tuż poniżej granicy lasu Werkazy dostrzegł to, o czym opowiadał jego partner - mur. Wyglądał bardzo niepozornie i mierzył najwyżej trzy metry. Lśnił jak elastyczna błyszcząca tkanina i sprawiał wrażenie żywego organizmu zawierającego miliony czujników.

- Może rzeczywiście czarodziejska różdżka najlepiej by tu pasowała - mruknął Werkazy i  ściągnął walizkę z  półki na bagaż. Walizka przymocowana była do stelaża z małymi kółkami i mimo firmowego logo, na którym umieszczono sentencję o treści: Pomożemy Państwu pokonać grawitację, już przy zakupie wydała się Werkazemu zdumiewająco ciężka. Nauczył się już nie pakować do niej niczego ciężkiego. I  najcięższy przedmiot, który teraz miał ze sobą, to była jego stara maszynka do golenia. Pomysł, aby właśnie w niej ukryć nadajnik, nie był zbyt oryginalny. Ale Werkazy wychodził z założenia, że mieszkańcy Kalina wiedzieli równie mało o  sztuczkach jego świata, co on o ich wybiegach.

Kiedy chwilę później pociąg jak sejf na kółkach wtoczył się na peron dworca w Kalinie, Werkazy czekał już cierpliwie ze swoją walizką przed drzwiami wagonu. Przez chwilę obawiał się, że będzie potrzebował łomu, aby wyjść na peron, ale jak tylko zbliżył się do drzwi, te otworzyły się automatycznie, jak gdyby czekały właśnie na niego. Rozsunęły się tak bezszelestnie, jakby były z papieru, a z pewnością ważyły przynajmniej pół tony. Werkazy nie był człowiekiem, na którym ciekawostki techniczne tego rodzaju robiły wrażenie, ale nawet on poczuł się tym razem nieco zaskoczony. W  końcu to tylko przedsmak spotkania z  używaną w  Kalinie technologią. Może rzeczywiście powinieneś był przybyć tu zamiast mnie, partnerze, pomyślał i wysiadł z wagonu.

W życiu widział już wiele dworców, ale nigdy takiego jak ten; nie było tu poczekalni, kasy, nie mówiąc już o rozkładzie jazdy, ani nawet drzwi, przez które można byłoby wyjść na zewnątrz. Cały peron otaczał rodzaj aluminiowej ściany, wypolerowanej tak, że przypominała lustro.

I zupełnie jak gdyby chciano dać Werkazemu jak najmniej czasu na rozejrzenie się, ściana nagle rozstąpiła się i wyszło zza niej dwóch mężczyzn. Obaj mieli ponad dwa metry wzrostu i  ubrani byli w osobliwe, wykonane z delikatnego materiału mundury. Materiał wydawał się bardzo drogi. Każdy z mężczyzn miał na lewej piersi kilka jaskrawozielonych symboli, co sprawiało dziwne wrażenie, ale w żadnym wypadku nie podważało ich urzędowej godności. Przeciwnie, w  uniformach mężczyzn było coś tajemniczego, coś, co nieomal sugerowało, że obaj dysponowali jakimiś szczególnymi zdolnościami, daleko wykraczającymi ponad zwykłą miarę.

Obaj kalinianie podeszli do Werkazego i  jeden z  nich, osobnik o  krótko obciętych rudoblond włosach, wykonał niezgrabny ukłon, czego z pewnością nauczono go na tę okazję.

- Witamy w Kalinie, Juliuszu Werkazy - powiedział mężczyzna. - Należymy do służby perfekcji i naszym zadaniem jest powitać pana.

Policjanci, pomyślał Werkazy. Tych wszędzie rozpoznam.

Funkcjonariusz służby perfekcji o rudoblond włosach wskazał na wnętrze korytarza, z którego obaj przed chwilą wyszli, i dodał:

- Zanim dotknie pan ziemi Kalina, musi pan poddać się pewnej procedurze. Według pańskiego zegarka zaprzątnie ona tylko kilka minut. Proszę udać się za nami.

Dotknąć ziemi? Zaprzątnąć kilka minut? Interesujący sposób wyrażania się, pomyślał Werkazy i chwycił swoją walizkę.

Wszyscy trzej weszli do dużego pomieszczenia, w którym znajdował się tylko mały stół. Pierwszy funkcjonariusz służby perfekcji podszedł do mebla i wskazał go Werkazemu.

- Zechce pan położyć tutaj swój bagaż. Musimy poddać krótkiej ekspertyzie jego zawartość.

Werkazy podniósł walizkę, umieścił ją na blacie stołu i  cofnął się o  krok. Chciał znaleźć się już w Kalinie, ale jeśli chodzi o kontrole, to zasady wszędzie były takie same. I jeśli miały trwać krótko, to najlepiej było współpracować i nie dać poznać po sobie zdenerwowania.

- Czy mogę się dowiedzieć, jak się to otwiera? - zapytał funkcjonariusz służby perfekcji o  rudoblond włosach.

- Trzeba pociągnąć za to - odpowiedział Wer kazy, wskazując na zamek błyskawiczny.

Kalinianin pociągnął za zamek i  dość niezdarnie otworzył walizkę.

Ukazały się osobiste rzeczy Werkazego. Było ich niewiele - trochę ubrań i  para butów. Na wierzchu leżała gazeta, którą detektyw kupił jeszcze przed wyjazdem.

Funkcjonariusz służby perfekcji wyjął przezroczystą rękawiczkę i naciągnął ją na dłoń. Najwyraźniej obawiał się, że skażenie grozi nie tylko miastu Kalino, ale i jemu samemu. Ujął w dwa palce gazetę i przejechał po niej drugą ręką.

- Do czego służy ten przedmiot?

- Nazywamy to gazetą. Znajdują się w  niej wszystkie informacje o  tym, co wydarzyło się u nas w ostatnich dniach.

- Żałujemy, ale ten przedmiot musi tutaj pozostać. Informacje z pańskiego świata nie odgrywają w Kalinie żadnej roli. Żaden kalinianin nie wiedziałby, co z nimi począć.

Ręka kalinianina zagłębiła się w walizce Werkazego. Jego ruchy były coraz bardziej skoordynowane. Werkazy nie widział kogoś, kto uczyłby się tak szybko.

Trzymająca cztery buteleczki Otarda ręka kalinianina wynurzyła się nagle z walizki.

- Do czego to służy?

- To moje lekarstwo. Cierpię na chroniczny rozstrój żołądka i muszę zażywać je regularnie - odpowiedział Werkazy i  pomyślał: Moja druga żona podskoczyłaby z radości w tym momencie. Bo właśnie publicznie przyznałem się do tego, że jestem pijakiem.

- Żałujemy, ale lekarstwa pochodzące z  zewnątrz są w Kalinie także zabronione.

Drugi funkcjonariusz służby perfekcji dodał:

- Gdyby stan pańskiego zdrowia drastycznie się pogorszył, z pewnością znajdziemy inny sposób, aby pan wyzdrowiał.

Wątpię, pomyślał Werkazy, ale skinął posłusznie głową.

Kalinianin położył buteleczkę z  Otardem obok gazety, a jego ręka znów zanurzyła się w  walizce i wydobyła po chwili na światło dzienne maszynkę do golenia.

- Proszę wyjaśnić nam zasadę działania tego urządzenia.

- To służy do pielęgnacji twarzy. Nazywamy to maszynką do golenia.

- Wiemy, co to jest maszynka do golenia. Ale czy ona nie jest nieproporcjonalnie duża?

- Nie, to u nas ostatni krzyk mody.

- Ostatni krzyk mody? - Funkcjonariusz służby perfekcji wymienił ze swoim kolegą ironiczne spojrzenie i  otworzył kasetę maszynki, w której znajdowały się baterie.

Werkazy nie dał po sobie niczego poznać, ale cieszył się, że nie był podłączony do aparatu mierzącego puls.

Funkcjonariusz służby perfekcji wyciągnął baterie i  oglądał je przez chwilę. Potem przyjrzał się obudowie i zdjął jej górną część. Była to z pewnością pierwsza maszynka do golenia tego rodzaju, którą dane mu było trzymać w  ręku. A jednak wydawało się, że zna się na niej lepiej niż Werkazy, który używał jej codziennie od lat. Kalinianie najwyraźniej mieli niebywałą zdolność obchodzenia się z urządzeniami.

- Dosyć prymitywna technika. Co z  tym zrobimy? - spytał funkcjonariusz służby perfekcji swojego kolegi.

- Nie powinniśmy przyczyniać się jeszcze bardziej do negatywnego wyglądu naszego gościa. I tak wygląd ten odbiega w znaczący sposób od naszych norm - zauważył drugi funkcjonariusz.

- Zgoda. - Pierwszy funkcjonariusz zmontował maszynkę i włożył ją z powrotem do walizki. Werkazy odetchnął z ulgą.

- Prosimy o  zrozumienie, ale Kalino jest szczególnie wrażliwe na wszelkie materiały z  zewnątrz. Wkrótce sam pan to zrozumie. Czy mogę pana prosić o założenie tego czipa identyfikacyjnego na szyję, aby rozpoznawano pana jako kogoś obcego? - Funkcjonariusz służby perfekcji podał Werkazemu plastikową kartę zawieszoną na cienkiej czarnej taśmie.

Werkazy znosił aż do tej chwili bez słowa protestu wszystkie procedury związane z  kontrolą, ale żywił głęboką niechęć w stosunku do kart identyfikacyjnych. Zwłaszcza jeśli chodziło o  te wieszane na szyi. Potrząsnął głową.

- Czy naprawdę sądzi pan, że nie będę rozpoznawany jako obcy? Sam pan przecież właśnie powiedział, że mój wygląd odbiega znacząco od waszych norm, cokolwiek to znaczy.

Obaj funkcjonariusze popatrzyli na siebie.

- On ma rację - wyszeptał jeden z  nich. - Jego twarz to wystarczający dowód.

- Zgoda. Ale mimo wszystko proszę zawsze nosić to ze sobą.

Rudawy blondyn skinął głową i wskazał na drzwi, mówiąc:

- Proszę za nami.

Werkazy bez słowa schował identyfikator do kieszeni i  wziął swoją walizkę. Minęli kolejny korytarz i podeszli do drzwi, które były jeszcze bardziej masywne niż drzwi w  wagonie kolejowym. Funkcjonariusz służby perfekcji położył na nich rękę i drzwi się otworzyły. Werkazy zobaczył podziemny garaż, a  wyprowadzający z niego tunel wydawał się nie mieć końca. Przed nimi stała limuzyna o przyciemnionych szybach, obok czekał kierowca. Bez wątpienia nie był on funkcjonariuszem służby perfekcji, ani też kalinianinem.

- To kierowca, który zawiezie pana do założyciela miasta - wyjaśnił drugi funkcjonariusz i nie czekając na odpowiedź Werkazego, otworzył bagażnik, po czym umieścił tam walizkę. Mężczyzna był obdarzony nadzwyczajną koordynacją ruchową, która najwyraźniej charakteryzowała wszystkich kalinian. Ale była jeszcze jedna przyczyna jego niezwykle precyzyjnych i  szybkich ruchów: Werkazy miał jak najprędzej znaleźć się w samochodzie.

- Proszę usiąść i nie opuszczać szyb w czasie jazdy.

Werkazy wykonał polecenie i posłusznie zajął miejsce w aucie.

- Życzymy panu udanego, niczym niezakłóconego pobytu w Kalinie i pomyślnego wykonania pańskiego zaszczytnego zadania.

- Mojego zaszczytnego zadania? - zdziwił się Werkazy.

- Jest pan tutaj, aby napisać artykuł na temat wyjątkowości Kalina. Oby wypadł pozytywnie.

- Na pewno tak będzie - odparł Werkazy i  pomyślał: Czy oni wiedzą, z  jakiego powodu naprawdę tutaj jestem?

Drzwi limuzyny zatrzaśnięto od zewnątrz i funkcjonariusz służby perfekcji dał znak do odjazdu. Kierowca włączył silnik i powoli wyjechał z podziemnego garażu.

Kiedy tylko limuzyna ruszyła, Werkazy natychmiast zwrócił się do prowadzącego:

- Chyba niezłe z nich ziółka. Czy wszyscy kalinianie są tacy?

- Mniej więcej - odpowiedział kierowca. - Ale człowiek się do tego przyzwyczaja. W gruncie rzeczy są całkiem w porządku.

Kierowca wyglądał na mniej więcej pięćdziesiąt lat, miał rzadkie włosy i był nieco otyły, jak to mężczyźni, którzy niewiele się ruszają. Ale doskonale znał się na swoim fachu. Limuzyna sunęła po ulicy niemal bezszelestnie.

- Ale pan nie jest jednym z nich? Mam na myśli to, że raczej należy pan do mojej kategorii wiekowej.

- Tak jest. Ja należę do personelu.

- Do personelu?

- Jesteśmy z zewnątrz, tak jak pan. Tylko my jesteśmy tutaj już nieco dłużej. A poza tym, jaka jest temperatura tam u  pana z  tyłu? Wszystko w porządku?

- Dziękuję, czuję się jak w siódmym niebie.

Prowadzona pewną ręką limuzyna pędziła jak strzała przez ciemny tunel, który wkrótce przeszedł w gładką szosę wijącą się w górę pomiędzy wzniesieniami. Z prawej i lewej strony nie było widać nic oprócz lasów. Werkazy daremnie wypatrywał domów, czy też ludzi.

- Czy mi się tylko wydaje, czy też umyślnie jedziemy taką drogą, na której nikogo nie spotkamy?

- Założyciel miasta chce pana zobaczyć natychmiast i jest trochę nerwowy. Wszystko z  powodu tego ostatniego wypadku.

- Z powodu wypadku? Jakiego wypadku?

- Przykro mi, ale nie wolno mi powiedzieć na ten temat nic oprócz tego, że to prawdziwa tragedia.

Werkazy spróbował wyobrazić sobie tragedię, do której mogłoby dojść w Kalinie, ale bez powodzenia. Wszystko tu było inne niż na zewnątrz. Tragedie z pewnością też. Zwrócił więc uwagę na łysą równinę, która pojawiła się po prawej stronie. Sprawiała wrażenie stworzonej sztucznie.

- A co to za pusta przestrzeń po mojej prawej stronie?

- To granica Kalina. Tam, gdzie kończy się pole, znajduje się mur. Za nim są już tylko przeszkody.

- Zabawne. Nie widzę żadnego muru.

- On jest niewidoczny.

- Ale przecież widziałem go bardzo wyraźnie w czasie jazdy pociągiem.

- To z tego powodu, że funkcjonuje on jak przezroczyste lustro. Widać go z zewnątrz, a od wewnątrz wydaje się, że nie istnieje. Jeśli jednak zbliży się pan do niego, poczuje pan rosnące napięcie w powietrzu. Mur nie pozwala nikomu podejść zbyt blisko. To diabelskie urządzenie. Można by pomyśleć, że on myśli.

Kierowca urwał i nagle wskazał na przednią szybę.

- Niech pan tylko spojrzy. Widać już rezydencję założyciela miasta. Zaraz będziemy na miejscu.

Przed nimi pojawiła się wielka posiadłość, otoczona ze wszystkich stron staroświeckim kamiennym obmurowaniem z  ciężką bramą. Kierowca przycisnął jakiś guzik na desce rozdzielczej i brama otworzyła się powoli i bezszelestnie, mimo że wykonana była z masywnej stali i  ważyła z pewnością kilka ton. Wszystkie wejścia w  Kalinie funkcjonowały najwidoczniej na tej samej zasadzie. Limuzyna potoczyła się do środka i po chwili skręciła w prowadzącą na niewielkie wzgórze aleję obsadzoną piniami. Słychać było tylko hałas kół sunących po żwirze. Kilkaset metrów za zakrętem w polu widzenia pojawiła się nowoczesna płaska budowla. Miała oliwkowozielony kolor i  była tak zgrabnie osadzona w  krajobrazie, że Werkazy omal jej nie zauważył. Budowla przypominała mu supernowoczesną prywatną klinikę. Na jej dachu znajdowało się logo z nazwą Centrum Met.

- Co to za budynek tam na dole? - spytał Werkazy.

- To centrum metamorfozy. Przewidziane do przechodzenia.

- Przechodzenia? Z czego do czego?

- Najlepiej proszę spytać o  to założyciela miasta. Widzi pan, już jesteśmy.

Przed nimi pojawił się zamek. Był to bez żadnych wątpliwości zamek średniowieczny, ale jego konstrukcję uzupełniały nowoczesne elementy ze szkła i aluminium. Werkazy widział już w życiu wielkie wille i posiadłości, ale ta, którą miał przed oczami, z pewnością należała do najbardziej luksusowych. I to zarówno jeżeli chodziło o  wyczucie smaku, jak i koszty budowy. Była to perfekcyjna mieszanka dawnej i najnowszej architektury.

- Czegoś takiego nie dostanie się na pchlim targu, prawda? - spytał kierowca. Z  jego głosu przebijała wyraźna duma, jak gdyby część budowli należała także do niego.

- Ani nawet w supermarkecie - potwierdził Werkazy.

- To jeszcze nic. Niech pan poczeka, aż pan zobaczy to od środka.

Limuzyna zatrzymała się przed wejściem. Kierowca wysiadł i  otworzył przed Werkazym drzwi samochodu, po czym wprowadził gościa do rezydencji. Szli przez liczne korytarze ozdobione małymi gotyckimi łukami, a  ich kroki odbijały się w ciszy głośnym echem, zupełnie jak wystrzały z pistoletu.

Po kilku minutach dotarli do drzwi.

- Dalej nie wolno mi iść - oświadczył kierowca, zatrzymując się. - Proszę przejść przez te drzwi i zaczekać na założyciela. On zaraz się tu zjawi.

- A co pan będzie robił w tym czasie? - spytał Werkazy, którego walizka ciągle znajdowała się w bagażniku limuzyny.

- Zaczekam w  samochodzie i  zawiozę pana potem do pańskiej kwatery. - Kierowca zniżył głos i dodał: - Zostać przyjętym w tym miejscu to naprawdę przywilej. O ile wiem, jest pan pierwszym człowiekiem z zewnątrz, któremu wolno tutaj wejść. Może pan być z tego naprawdę dumny.

Kierowca ukłonił się nieznacznie i odszedł.

Werkazy odwrócił się i ujął za klamkę, która według wszelkiego prawdopodobieństwa była wykonana z litego złota. Pomyślał, że być może Kalino jest zupełnie inne, ale jedno jest tutaj takie samo jak wszędzie: musi wydarzyć się tragedia, aby zostać dopuszczonym przed oblicze kogoś będącego na samej górze.