Podręcznik wojownika światła - Paulo Coelho

Kup ebooka

34.00 zł
28.21 zł (28,21 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Chło­piec powró­cił na plażę i wytę­żył słuch, ale do jego uszu dobie­gał jedy­nie szum mor­skich fal i krzyk mew.

Kiedy zapa­dła noc, przy­szli po niego rodzice. Lecz już następ­nego ranka, skoro świt, znów wró­cił na plażę. Obraz nie­zna­jo­mej nie dawał chłopcu spo­koju. Wyda­wało mu się nie do pomy­śle­nia, aby osoba tak piękna mogła kła­mać. Jeśli ona któ­re­goś dnia powróci, chciałby móc jej powie­dzieć, że choć nie doj­rzał wyspy, to sły­szał dzwony świą­tyni pusz­czone w ruch przez fale.

Mijały mie­siące. Z cza­sem chło­piec zapo­mniał o tajem­ni­czej kobie­cie, lecz pamię­tał o skry­wa­ją­cej skarby pod­wod­nej świą­tyni. Gdyby posły­szał dźwięki dzwo­nów, miałby przy­naj­mniej pew­ność, że rybacy mówili prawdę. A gdy doro­śnie mógłby zgro­ma­dzić dość pie­nię­dzy, by zor­ga­ni­zo­wać wyprawę w poszu­ki­wa­niu zato­pio­nych skar­bów.

Nie inte­re­so­wała go już szkoła ani zabawy z kole­gami. Stał się ulu­bio­nym celem kpin innych dzieci, które powta­rzały w kółko: "On nie jest taki jak my. Woli prze­sia­dy­wać nad brze­giem morza, niż bawić się z nami, bo lęka się prze­gra­nej". I śmiały się gło­śno na widok chłopca sie­dzą­cego na plaży.

Wciąż nie uda­wało mu się posły­szeć sta­rych dzwo­nów, lecz każ­dego ranka uczył się cze­goś nowego. Na początku odkrył, że kiedy wsłu­chuje się w szum morza, fale nie roz­pra­szają już jego uwagi. Tro­chę póź­niej przy­wykł do krzyku mew, do brzę­cze­nia psz­czół, do sze­le­stu wia­tru w pal­mo­wych liściach. W bez mała pół roku po pierw­szym spo­tka­niu z tajem­ni­czą kobietą, żaden hałas nie był już w sta­nie go roz­pro­szyć, lecz i tak nie potra­fił dosły­szeć bicia dzwo­nów zato­pio­nej świą­tyni.

Cza­sami przy­cho­dzili do niego rybacy. "My je sły­szymy" - mówili z prze­ko­na­niem. Chłopcu to się cią­gle nie uda­wało. Z cza­sem słowa ryba­ków stały się inne: "Jesteś zbyt prze­jęty tymi dźwię­kami dzwo­nów. Daj temu spo­kój i wra­caj do zabaw z kole­gami. Pew­nie tylko rybacy mogą je usły­szeć".

Po roku dał za wygraną. "A jeśli ci ludzie mają rację? Lepiej będzie, jak uro­snę i zostanę ryba­kiem. Wtedy każ­dego ranka będę wra­cał na brzeg i kie­dyś na pewno usły­szę dzwony. A zresztą, może to tylko legenda? Może pod­czas trzę­sie­nia ziemi roz­trza­skały się wszyst­kie dzwony i ni­gdy już nie zagrają?" - myślał w duchu.

Tego popo­łu­dnia posta­no­wił wró­cić do domu i dać sobie spo­kój z zato­pioną wyspą. Zbli­żył się do oce­anu, by go poże­gnać i raz jesz­cze ogar­nął wzro­kiem jego bez­miar. A ponie­waż nie zaprzą­tał już sobie głowy dzwo­nami, mógł rado­wać się po pro­stu śpie­wem mew, szu­mem fal i sze­le­stem wia­tru w pal­mo­wych liściach. W oddali posły­szał roz­ba­wione głosy dzieci i poczuł się szczę­śliwy, że znów powróci do zabaw z rówie­śni­kami. Pew­nie na początku jego kole­dzy będą się z niego naśmie­wać, ale szybko zapo­mną o tym co się zda­rzyło i, jak daw­niej, znów przyjmą go do swego grona. Roz­pie­rała go radość i tak jak może to uczy­nić tylko dziecko - podzię­ko­wał za dar życia. Był pewien, że nie stra­cił czasu na marne, bo nauczył się obco­wać z przy­rodą i sza­no­wać ją. I nagle, nie­spo­dzie­wa­nie, kiedy słu­chał morza, mew, sze­le­stu palm i gło­sów swo­ich przy­ja­ciół w oddali, dobiegł go pierw­szy dźwięk dzwonu.

I następny.

A potem jesz­cze następny, aż w końcu ode­zwały się wszyst­kie dzwony zato­pio­nej świą­tyni, wypeł­nia­jąc rado­ścią jego serce.

Wiele lat póź­niej, kiedy był już doro­słym męż­czy­zną, powró­cił do swo­jej rodzin­nej wio­ski. Nie zamie­rzał już wydo­by­wać z głę­bin morza zato­pio­nych skar­bów. Pew­nie cała ta histo­ria była jedy­nie wytwo­rem jego dzie­cię­cej wyobraźni. Może ni­gdy nie sły­szał bicia zato­pio­nych dzwo­nów? Ale poszedł na plażę, by posłu­chać szumu fal i śpiewu mew. Jakież było jego zdzi­wie­nie, kiedy na pia­sku ujrzał sie­dzącą kobietę, tę samą, która kie­dyś opo­wie­działa mu o wyspie i o świą­tyni.

- Co tu robisz? - spy­tał.

- Cze­kam na cie­bie.

Cho­ciaż od ich spo­tka­nia upły­nęło wiele lat, była tak samo piękna jak daw­niej. Ten sam, wcale nie spło­wiały welon okry­wał jej włosy. Podała mu zeszyt w błę­kit­nej okładce.

- Pisz. Kiedy wojow­nik świa­tła pra­gnie dowie­dzieć się, czy jakaś osoba jest godna zaufa­nia, wtedy spo­gląda na nią oczami dziecka, bowiem dzieci potra­fią patrzeć na świat bez gory­czy.

- A kim jest wojow­nik świa­tła?

- Czło­wie­kiem, który umie doce­nić, jakim cudem jest życie; który do samego końca wal­czy o to, w co wie­rzy i potrafi usły­szeć bicie dzwo­nów koły­sa­nych w głę­bi­nach oce­anu.

Męż­czy­zna ni­gdy dotąd nie sądził, że jest wojow­ni­kiem świa­tła. Nie­zna­joma zda­wała się czy­tać w jego myślach:

- Wszy­scy to potra­fią. Ale nikt nawet nie podej­rzewa, że jest wojow­ni­kiem świa­tła. Każdy czło­wiek może nim być.

Spoj­rzał na białe, nie­za­pi­sane kartki zeszytu. Kobieta znów się uśmiech­nęła:

- Pisz.