Podręcznik dla inkwizytorów - António Lobo Antunes

Kup ebooka

52.00 zł
41.60 zł (41,10 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

opo­wia­da­nie

Wcho­dząc do sądu w Li­zbo­nie, my­śla­łem o dwo­rze. Nie o dwo­rze ta­kim, jaki jest w tej chwili, z po­kru­szo­nymi sta­tu­ami w ogro­dzie, pu­stym ba­se­nem, z trawą, która za­ro­sła psiar­nię i grządki, o domu bez da­chu, przez który deszcz pa­dał na pia­nino ze zdję­ciem kró­lo­wej z au­to­gra­fem, na stół do sza­chów, w któ­rych bra­ko­wało bie­rek, na po­dartą wy­kła­dzinę i alu­mi­niowe łóżko, które zmon­to­wa­łem w kuchni i usta­wi­łem obok pieca, gdzie sy­pia­łem, całe noce tra­piony śmie­chem kru­ków

wcho­dząc do sądu w Li­zbo­nie, nie my­śla­łem o dwo­rze w obec­nym sta­nie, tylko o domu i go­spo­dar­stwie z cza­sów mo­jego ojca, kiedy Se­túbal

(mia­sto tak mało zna­czące jak zwy­kła pro­win­cjo­nalna wio­ska, o świa­tłach tań­czą­cych wo­kół wiaty kon­cer­to­wej w drżą­cym mroku, roz­dzie­ra­nym uja­da­niem psów)

jesz­cze nie do­tarł do bramy i do wierzb przy mu­rze i biegł w dół, wzdłuż rzeki, wzdłuż kłę­bo­wi­ska ry­bac­kich ło­dzi i ta­wern, Se­túbal, do któ­rego och­mi­strzyni za­bie­rała mnie na za­kupy w nie­dzielne po­ranki, cią­gnąc za ło­kieć po­śród wrzawy go­łębi

o domu i go­spo­dar­stwie z cza­sów mego ojca, o scho­dach ozdo­bio­nych ka­mien­nymi anio­łami i o hia­cyn­tach ro­sną­cych wzdłuż ścian, o krzą­ta­ni­nie słu­żą­cych na ko­ry­ta­rzach, ta­kiej sa­mej jak krzą­ta­nina lu­dzi w hallu sądu

(był li­piec i drzewa na ulicy Ma­rqu?s da Fron­te­ira skrę­cały się w słońcu przy fa­sa­dach do­mów)

grona lu­dzi, zbie­ra­ją­cych się i roz­sy­pu­ją­cych koło wind w ner­wo­wym po­śpie­chu, i na­gle mój ad­wo­kat po­śród świad­ków i oskar­żo­nych, i straż­ni­ków są­do­wych, przy­trzy­muje mnie za ko­szulę i wska­zuje stop­nie

- Tędy pa­nie in­ży­nie­rze roz­wody tędy

a ja, obo­jętny na sąd, na niego, wspo­mi­na­łem ten dawny li­piec w Pal­meli

(mia­łem wtedy ja­kieś pięt­na­ście, szes­na­ście lat, bo wła­śnie bu­do­wali nowy ga­raż obok bu­ków, trak­tor krę­cił się za ogro­dem i że­la­zne ło­patki młyna skrzy­piały w upale)

kiedy na­gle usły­sza­łem szepty i kroki i szem­ra­nia w ka­plicy i nie były to kury nie były sy­no­gar­lice nie były wrony, byli to lu­dzie, może Cy­ga­nie z Aze­it?o krad­nący świętą i drew­niane świecz­niki

(ko­biety w czar­nych spód­ni­cach, męż­czyźni dmu­cha­jący w sto­jące na ogniu czaj­niki, chude smutne muły)

i chwy­ci­łem jedną z la­sek sto­ją­cych przy wej­ściu w por­ce­la­no­wym sto­jaku i prze­bie­głem przez sa­lon

- Tędy pa­nie in­ży­nie­rze roz­wody tędy

z krysz­ta­ło­wym ży­ran­do­lem rzu­ca­ją­cym szklane cie­nie na ob­rus, prze­sko­czy­łem grządkę stre­li­cji, prze­sa­dzi­łem jed­nym su­sem pe­tu­nie, drzwi do ka­plicy były przy­mknięte, świece mi­go­tały we wnę­kach i nie zo­ba­czy­łem Cy­ga­nów z Aze­it?o

(ko­biety w czar­nych spód­ni­cach, męż­czyźni dmu­cha­jący w sto­jące na ogniu czaj­niki, chude smutne muły)

zo­ba­czy­łem ku­charkę le­żącą na ple­cach na oł­ta­rzu, z ubra­niem w nie­ła­dzie i far­tu­chem na szyi, a mój oj­ciec pur­pu­rowy na twa­rzy, z cy­ga­retką w ustach i w ka­pe­lu­szu na gło­wie, trzy­mał ją za bio­dra i pa­trzył na mnie bez za­sko­cze­nia ni zło­ści, i tej nie­dzieli po udzie­le­niu od­po­wie­dzi na krzyki księ­dza po ła­ci­nie, przy chło­pach, och­mi­strzyni, słu­żą­cych, mój oj­ciec za­pa­lał cy­ga­retkę pod­czas ko­mu­nii

(wiatr wstrzą­sał da­liami i eu­ka­lip­tu­sami na ba­gnie, które sta­wały się wyż­sze lub niż­sze w za­leż­no­ści od po­ziomu błota)

za­wo­łał mnie do ga­bi­netu z oknem wy­cho­dzą­cym na szklar­nię z or­chi­de­ami i na mor­ską bryzę

- Oby pań­ska żona się nie spóź­niła pa­nie in­ży­nie­rze w prze­ciw­nym ra­zie sę­dzia prze­su­nie roz­prawę ad ca­len­das Gra­ecas

(jed­nak mimo to nie wi­dać było mew, nie ma mew po tej stro­nie gór)

i wstał, ob­szedł biurko, wy­cią­gnął z kie­szeni ka­mi­zelki ben­zy­nową za­pal­niczkę i po­ło­żył mi otwartą dłoń na karku ge­stem, ja­kim oce­niał owce i inne zwie­rzęta w obo­rze

- Ro­bię wszystko czego tylko one chcą ale ni­gdy nie ścią­gam z głowy ka­pe­lu­sza żeby było wia­domo kto tu rzą­dzi.

Oj­ciec z otwartą dło­nią na karku córki pa­robka, bo­sej na­sto­latki, brud­nej, ru­dej, wiecz­nie ucze­pio­nej kro­wich sut­ków, sku­lo­nej na drew­nia­nym stołku, trzyma ją za kark i zmu­sza do po­chy­le­nia się nad żło­bem bez po­sta­wie­nia na ziemi wia­der z mle­kiem, oj­ciec znowu pur­pu­rowy i ude­rza­jący pęp­kiem o jej po­śladki, z za­pa­loną cy­ga­retką skie­ro­waną w stronę be­lek po­wały, a córka pa­robka nie pro­te­sto­wała, pa­ro­bek nie pro­te­sto­wał, nikt nie pro­te­sto­wał ani na­wet nie wy­obra­żał so­bie, że mógłby to zro­bić, oj­ciec za­biera rękę z mego karku i z po­gardą wska­zuje kuch­nię, po­kój słu­żą­cych, sad, cały dwór, świat

- Ro­bię wszystko czego tylko one chcą ale ni­gdy nie ścią­gam z głowy ka­pe­lu­sza żeby było wia­domo kto tu rzą­dzi.

Oj­ciec, który w so­boty po sje­ście wy­sy­łał szo­fera po dwie­ście pięć­dzie­siąt gra­mów her­bat­ni­ków i ka­zał się za­wo­zić do Pal­meli, gdzie przy stro­mej dro­dze do zamku miesz­kała wdowa po ap­te­ka­rzu, w bliź­niaku z ro­bio­nymi na szy­dełku fi­ran­kami i z gip­so­wym ko­tem na kre­den­sie, i który nocą wra­cał do dworu, roz­sie­wa­jąc za­pach ta­nich per­fum, i naj­da­lej po pół­go­dzi­nie sły­sza­łem, jak chra­pał na fo­telu w sa­lo­nie z ka­pe­lu­szem na­cią­gnię­tym na oczy i z ostat­nią cy­ga­retką do­pa­la­jącą mu się w ustach, pod­czas gdy pu­cha­cze z ba­gna ga­wo­rzyły w ogro­dzie, a ad­wo­kat w ubra­niu dro­giego ad­wo­kata, z ko­szulą do­pa­so­waną ko­lo­rem do skar­pe­tek, ude­rzał w szkiełko ze­garka

- Je­śli pań­ska żona spóźni się na roz­prawę je­ste­śmy za­ła­twieni

ad­wo­kat, któ­rego opła­ciła mi naj­star­sza córka po tym, jak po­ja­wiła się we dwo­rze, żeby na mnie na­krzy­czeć po przej­rze­niu z obu­rze­niem okien bez szyb i spróch­nia­łych de­sek pod­łogi, po obej­rze­niu z obu­rze­niem garnka z zimną zupą sto­ją­cego na pia­ni­nie obok por­tretu kró­lo­wej, spo­glą­da­jąca w obu­rze­niu na łu­piny na dy­wa­nie

- Jak mo­żesz żyć w ta­kim chle­wie?

Drogi ad­wo­kat o wło­sach ostrzy­żo­nych u dro­giego fry­zjera przy­jął mnie w dro­gim ga­bi­ne­cie z dro­gimi ob­ra­zami z książ­kami w dro­gich opra­wach na dro­gich pół­kach droga żona i dzieci dro­gie uśmie­chają się ze srebr­nej oprawki a me­ble są nie­mal tak dro­gie jak me­ble mego ojca, ad­wo­kat uda­wał, że nie wi­dzi sznurka słu­żą­cego mi za pa­sek, nie­wy­pa­sto­wa­nych bu­tów, skar­pe­tek bez gumki, znisz­czo­nych spodni, ob­ser­wo­wał mnie ze znu­dzo­nym lek­ce­wa­że­niem, z ja­kim moja te­ściowa wpa­try­wała się we mnie, gdy po raz pierw­szy wsze­dłem za­wsty­dzony, prze­wra­ca­jąc bi­be­loty, do pa­ła­cyku w Es­to­ril, moja te­ściowa gra­jąca w bry­dża ze szwa­gier­kami w po­żo­dze pier­ścion­ków i uno­sząca brew po­nad pa­trzą­cym na mnie okiem, ja­kim mie­rzy się nie­kom­pe­tent­nego ogrod­nika win­nego znisz­cze­nia buksz­pa­nów na ta­ra­sie

- Chłop­cze czy ty masz pie­nią­dze żeby utrzy­mać So­fię na po­zio­mie do ja­kiego jest przy­zwy­cza­jona?

Ad­wo­kat za­że­no­wany moją zbyt krótką ma­ry­narką, mo­imi po­wy­py­cha­nymi spodniami, mo­imi ko­micz­nymi wą­si­kami, ba­wiący się srebr­nym dłu­go­pi­sem w ob­ło­kach wody po go­le­niu i usi­łu­jący jed­no­cze­śnie po­zbyć się sprawy i nie ura­zić mo­jej córki

- Zo­ba­czymy co się da zro­bić pa­nie in­ży­nie­rze ni­czego nie obie­cuję

a gdy wy­cho­dzi­łem, te­le­fo­nistka spoj­rzała na mnie, jak­bym był świad­kiem Je­howy albo jak­bym sprze­da­wał en­cy­klo­pe­die, a moja star­sza córka, grze­biąc w szu­fla­dach kuchni, gdzie majtki mie­szały się ze sztuć­cami, rze­kła

(po­wy­gi­nane wi­delce za­śnie­działe łyżki noże zbyt tępe by co­kol­wiek ukroić)

- Nie masz przy­naj­mniej ja­kie­goś po­rząd­nego gar­ni­turu?

i So­fia otrze­pu­jąca mi ra­miona wierz­chem dłoni

- Mógł­byś się tro­chę do­pro­wa­dzić do po­rządku idąc po­znać moją matkę

te­ściowa za­po­mniała o kar­tach, gdy tylko strą­ci­łem na pod­łogę lampę ze szkla­nym aba­żu­rem

- Chłop­cze je­steś głup­cem czy uda­jesz?

ja w są­dzie w Li­zbo­nie, eskor­to­wany przez ad­wo­kata, stu­ka­ją­cego pa­znok­ciem w szkiełko ze­garka, przy­po­mi­na­jący so­bie po­czer­niałe od rdzy ło­patki młyna, które prze­stały pra­co­wać po­mimo wia­tru, pu­stą psiar­nię i głodne owczarki al­zac­kie ga­lo­pu­jące bez celu po gó­rach albo wy­jące na ba­gnie w chwili, kiedy funk­cjo­na­riuszka sądu za­częła wy­czy­ty­wać na­zwi­ska i sta­wiać ołów­kiem krzy­żyk przy tych, któ­rzy od­po­wie­dzieli, przy­po­mi­na­łem so­bie, jak przy­wio­złem na­rze­czoną do dworu w sierp­niu, a mój oj­ciec znaj­do­wał się na pa­tio w bu­ja­nym fo­telu i pił le­mo­niadę z żoną sier­żanta, damą w ba­ro­ko­wych atła­sach, która przy­jeż­dżała au­to­bu­sem z Se­tu­balu, gdy jej mąż zo­sta­wał w ko­sza­rach na służ­bie, i po­wie­dzia­łem do ojca

- Tato So­fia

a oj­ciec przy­glą­dał się jej z przy­mru­żo­nym okiem tak samo jak pa­trzył na ku­charkę córkę pa­robka Cy­ganki słu­żące, dwoma pal­cami zsu­wa­jąc ka­pe­lusz na oczy

- Rób wszystko czego ona tylko chce ale ni­gdy nie ścią­gaj ka­pe­lu­sza z głowy żeby wie­działa kto tu rzą­dzi

a ad­wo­kat nie­spo­koj­nie po­ka­zuje mi ze­ga­rek

- Co też mo­gło się stać z pań­ską żoną?

So­fia po­pra­wia­jąca opa­skę we wło­sach, czer­wie­niąca się ze wstydu, kruki skrze­czące na bu­kach, od­bi­cie domu drżące w ba­se­nie, żona sier­żanta wy­krzy­wia­jąca twarz do nas w uśmie­chu cioci, oj­ciec tak­su­jący So­fię, ode­zwał się roz­tar­gnio­nym gło­sem, ja­kim ma­wiał do zwie­rząt w obo­rze

- Wie­szak szkie­let ni­gdy się ni­czego nie na­uczy­łeś o ja­łów­kach

i ad­wo­kat na­gle uspo­ko­jony, na­gle po­ważny, przy­biera wy­pro­sto­waną po­stawę, pa­trzy w stronę windy i ob­ciąga man­kiety ko­szuli

- Wresz­cie pa­nie in­ży­nie­rze

i oto zbli­żała się So­fia bez opa­ski bez dwu­dzie­stu lat nie czer­wie­niąc się ze wstydu nie otrze­pu­jąc mi ra­mion wierz­chem dłoni, eskor­to­wana przez ad­wo­kata, tak po­dob­nego do mo­jego, że mo­gliby sie­bie uznać za lu­strzane od­bi­cia, za re­pliki, bliź­niaki, obaj z wło­sami ostrzy­żo­nymi u dro­giego fry­zjera, obaj w ma­ry­nar­kach z an­giel­skiej wełny szy­tych na miarę, obaj pewni sie­bie au­to­ry­tarni su­rowi, pła­wiący się w tej sa­mej wo­dzie ko­loń­skiej, z ma­je­sta­tem wę­go­rza, So­fia z pier­ścion­kiem mo­jej te­ścio­wej na palcu ser­decz­nym z po­gar­dliwą swo­bodą matki

(- Chłop­cze je­steś głup­cem czy uda­jesz?)

nie pa­trząc na mnie nie uśmie­cha­jąc się do mnie nie mó­wiąc

- Mógł­byś się tro­chę do­pro­wa­dzić do po­rządku Jo?o

a ja mó­wiąc do swo­jego, ale też do jej ad­wo­kata

- Ni­gdy nie po­wi­nie­nem był ścią­gać ka­pe­lu­sza żeby było wia­domo kto tu rzą­dzi

i ad­wo­kat z wy­żyn an­giel­skiej ma­ry­narki, nie ro­zu­mie­jąc

- Co pro­szę?

ad­wo­kat po­dobny do ad­wo­ka­tów, ban­kie­rów, dy­rek­to­rów, po­słów i mi­ni­strów, przy­jeż­dża­ją­cych do dworu w cza­sach mo­jego ojca, nie­ru­cho­mych za ma­to­wymi szy­bami po­su­wa­ją­cych się sznu­rem po­grze­bo­wych sa­mo­cho­dów, ja­dą­cych drogą wy­sa­dzaną cy­pry­sami, która łą­czyła bramę z do­mem, w roz­tar­gnie­niu brali mnie pod brodę, na­wet na mnie nie pa­trząc

- Aleś ty urósł

za­my­kali się w sa­lo­nie z pia­ni­nem na całe po­po­łu­dnie, ze słu­żą­cymi w bia­łych rę­ka­wicz­kach raz za ra­zem przy­no­szą­cymi ko­lejne tace z kuchni, och­mi­strzyni ka­zała mi się ba­wić na ty­łach domu, pa­ro­bek pło­szył kruki i uci­szał psy, ad­wo­kaci, ban­kie­rzy, dy­rek­to­rzy, po­sło­wie i mi­ni­stro­wie, wra­ca­jący już nocą do swych ogrom­nych sa­mo­cho­dów, ni­kli na dro­dze do Li­zbony i oj­ciec o nich za­po­mi­nał, zwró­cony do po­grą­żo­nego w opa­rach ba­gna, gdzie zni­kały ostat­nie sy­no­gar­lice, So­fia prze­cho­dząca obok mnie z po­gar­dliwą swo­bodą swej matki i ad­wo­kat, nic nie­ro­zu­mie­jący, który na­chyla się do mnie, żeby le­piej sły­szeć

- Co pro­szę?

a ja nie w są­dzie, we dwo­rze, kie­ru­jąc się do ojca po­śród łka­nia żab

- Ni­gdy nie po­wi­nie­nem był ścią­gać ka­pe­lu­sza żeby było wia­domo kto tu rzą­dzi

i ad­wo­kat z unie­sio­nymi ze zdu­mie­nia brwiami prze­suwa dło­nią po wło­sach

- Co pro­szę?

jakby po­wie­dział, opę­tany, nie tu­taj w są­dzie, ale w Es­to­ril, przy bry­dżu w Es­to­ril, przy oknie wy­cho­dzą­cym na palmy Ka­syna, pa­trząc na sko­rupy lampy, którą wła­śnie stłu­kłem

- Chłop­cze je­steś głup­cem czy uda­jesz?

pa­ła­cyk w Es­to­ril, do któ­rego po­sze­dłem z moim oj­cem, ubra­nym jak chłop, z mie­dzia­nym łań­cusz­kiem, w bu­tach z su­ro­wej skóry, w sta­rym ka­pe­lu­szu na gło­wie i z cy­ga­retką w zę­bach, moim oj­cem, który zo­sta­wił na­sha w ga­rażu z kie­rowcą w li­be­rii, po­le­ru­ją­cym chro­mo­wane czę­ści, i wziął je­dyną tak­sówkę w Pal­meli, którą pro­wa­dzi swego ro­dzaju klaun w czapce z dasz­kiem, za­trzy­mu­jący się we wszyst­kich ta­wer­nach pod pre­tek­stem ochło­dze­nia sil­nika i spę­dza­jący go­dziny po­śród wi­no­ro­śli i much, mój oj­ciec w to­wa­rzy­stwie wdowy po ap­te­ka­rzu, skry­wa­ją­cej się za ka­meą z masy per­ło­wej i za se­wil­skim wa­chla­rzem, w któ­rym brak było desz­czu­łek, z mi­kro­sko­pij­nym pie­skiem skam­lą­cym na jej ko­la­nach, wdowa i ja sma­ży­li­śmy się w tak­sówce śmier­dzą­cej sta­rym pu­dłem po bu­tach, a mój oj­ciec i klaun w czapce z dasz­kiem wy­chy­lali kie­li­szek za kie­lisz­kiem i wa­chlo­wa­niem chło­dzili chłod­nicę, po­pla­mieni sa­dzą, tak więc do­tar­li­śmy do Es­to­ril grubo po obie­dzie, kiedy już prze­stano na nas cze­kać i grano w bry­dża na ta­ra­sie nad plażą i me­wami, a moja te­ściowa za­miast się obu­rzyć na brak wy­cho­wa­nia mego ojca, wpy­cha­ją­cego do domu wdowę i jej mi­kro­sko­pij­nego pie­ska w weł­nia­nym wdzianku

- Chłop­cze je­steś głup­cem czy uda­jesz?

zo­sta­wiw­szy klauna na pa­tio, za­ta­cza­ją­cego się po­śród hor­ten­sji, skrę­ca­ją­cego i roz­krę­ca­ją­cego sil­nik tak­sówki, który wy­rzu­cał z sie­bie ago­nalne wy­bu­chy, mój oj­ciec z fi­li­żanką her­baty w dło­niach, spo­glą­da­jący na matkę So­fii i na jej szwa­gierki spod pół­przy­mknię­tych po­wiek, tak jak pa­trzył za­wsze na ku­charkę, na córkę pa­robka, na Cy­ganki, na słu­żące, nie ścią­gnąw­szy ka­pe­lu­sza i nie prze­sta­jąc pa­lić, bo za chwilę wcią­gnie któ­rąś z nich do pierw­szego wol­nego po­koju w celu pod­nie­sie­nia jej spód­nicy i spłasz­cze­nia po­ślad­ków o szafę albo ko­modę, któ­rej szu­flady skrzy­pią, in­for­mu­jąc każ­dego, kto wej­dzie

- Ro­bię wszystko czego ona chce ale ni­gdy nie ścią­gam ka­pe­lu­sza z głowy żeby było wia­domo kto tu rzą­dzi

oj­ciec z fi­li­żanką her­baty, wdowa po ap­te­ka­rzu kar­miąca ka­wa­łecz­kami bisz­kopta okrop­nego pie­ska, i moja te­ściowa nie wście­kła, nie obu­rzona, wy­ro­zu­miała

- Jaka szkoda że pań­ski syn nie odzie­dzi­czył pań­skiego po­czu­cia hu­moru Fran­ci­sco

mo­rze za pal­mami i mewy na po­mo­ście spo­kojne i białe, tak inne od roz­czo­chra­nych kru­ków ze dworu

- Jaka szkoda że pań­ski syn nie odzie­dzi­czył pań­skiego po­czu­cia hu­moru Fran­ci­sco

mój oj­ciec mil­czący, skru­pu­lat­nie tak­su­jący szwa­gierki od bry­dża ze znu­dzoną cier­pli­wo­ścią, z jaką oglą­dał krowy w obo­rze, scy­zo­ry­kiem zdra­pu­jący błoto z bu­tów, a jed­nak cie­bie lu­bi­łem, oj­cze, lu­bi­łem cię, nie po­tra­fi­łem ci tego po­wie­dzieć, ale lu­bi­łem cię, matka So­fii czę­sto­wała to­stami, za które oj­ciec na­wet nie po­kwa­pił się po­dzię­ko­wać, tak był za­jęty bło­tem na bu­tach, matka So­fii sta­rała się

- Mój brat Pe­dro roz­ma­wiał z pa­nem kilka razy z po­wodu kło­po­tów w banku kiedy był pan se­kre­ta­rzem stanu z pew­no­ścią pa­mięta pan Pe­dra

a w są­dzie w Li­zbo­nie ad­wo­kat do mnie

- Sę­dzia nas we­zwał pa­nie in­ży­nie­rze

ad­wo­kat za­nie­po­ko­jony, nie­spo­kojny, pro­szący, na­gle w ta­niej i pod­nisz­czo­nej an­giel­skiej ma­ry­narce, fry­zura na­gle po­spo­lita, mo­de­lo­wana przez fry­zjera z rogu na Penha de Fra­nça albo w Ama­do­rze

- Pro­szę nie otwie­rać ust pod­czas roz­prawy pa­nie in­ży­nie­rze niech pan nie za­czyna z tymi hi­sto­riami o rzą­dze­niu

ko­ry­tarz z pra­cow­ni­kami pi­szą­cymi na ma­szy­nie, na kor­ko­wej ta­blicy we­zwa­nia i ob­wiesz­cze­nia za­ka­zu­jące pa­le­nia, cze­ka­jący lu­dzie, a na końcu ko­ry­ta­rza półka z książ­kami, ka­len­darz na ścia­nie, akta na pod­ło­dze, pu­bliczny urzę­dowy stół za­wa­lony ko­dek­sami i ak­tami pro­ce­so­wymi i oko­pany sę­dzia z ołów­kiem, jakby pre­zen­to­wał broń za ba­ry­kadą praw, jakby to on miał się przed nami bro­nić, wy­glą­dał zu­peł­nie jak na­uczy­ciel w szkole pod­sta­wo­wej, z po­łową twa­rzy za­sło­niętą przez trak­taty z po­wty­ka­nymi kar­te­lusz­kami za­zna­cza­ją­cymi strony, pa­trzył na mnie, jakby pro­sił o wy­ba­cze­nie, tak samo jak ja pa­trzy­łem na mo­jego ojca ty­dzień albo dwa ty­go­dnie po re­wo­lu­cji

(żoł­nie­rze woj­skowe mar­sze broń wię­zie­nia moja te­ściowa i jej szwa­gierki w Hisz­pa­nii w ho­te­lach trze­ciej klasy na obrze­żach Ma­drytu bez wa­li­zek po­dróż­nych bez pasz­por­tów prze­ra­żone bez­sku­tecz­nie usi­łu­jące do­dzwo­nić się do Li­zbony usi­łu­jące do­dzwo­nić się do ma­jątku ziem­skiego i chłopi ob­ra­żali je krzy­cząc moja te­ściowa i jej szwa­gierki w Hisz­pa­nii z kil­koma fu­trami po­wkła­da­nymi jedno na dru­gie z kil­koma zło­tymi ze­gar­kami na każ­dym z nad­garst­ków i bra­cia mo­jej te­ścio­wej upo­ko­rzeni przez cy­wi­lów z pi­sto­le­tami w to­wa­rzy­stwie ubez­pie­cze­nio­wym upo­ko­rzeni przez cy­wi­lów z pi­sto­le­tami w Gu­in­cho bra­cia mo­jej te­ścio­wej trans­por­to­wani w cię­ża­rów­kach z rzeźni do Ca­xias do Pe­ni­che do Vale de Ju­deus)

tak jak pa­trzy­łem na mo­jego ojca, kiedy ty­dzień albo dwa ty­go­dnie po re­wo­lu­cji spro­wa­dził nas do dworu, So­fię, dzieci i mnie, i za­mknął drzwi na klucz, po­cho­wał ob­razy i sre­bra, wy­pu­ścił owczarki al­zac­kie z psiarni i zwol­nił służbę, i cze­kał na nas u szczytu scho­dów, ze strzelbą pod pa­chą i z kie­sze­niami wy­pcha­nymi ła­dun­kami, mój oj­ciec, który nie prze­sta­wał pa­lić cy­ga­re­tek, w ka­pe­lu­szu na gło­wie

- Pierw­szy ko­mu­ni­sta który od­waży się wejść do­sta­nie kulę mię­dzy rogi

wy­gra­żał strzelbą ba­gnu, spi­chle­rzowi, sa­dowi i cy­pry­so­wej alei, owczarki al­zac­kie ta­rzały się na klom­bach, wy­ko­pu­jąc nar­cyzy

- Pierw­szy ko­mu­ni­sta który od­waży się wejść do­sta­nie kulę mię­dzy rogi

a ad­wo­kat po ci­chu

- Może pan usiąść

owczarki al­zac­kie, które pę­dem umy­kały z domu, prze­wra­ca­jąc krze­sła, roz­dzie­ra­jąc fo­tele, nisz­cząc za­słony w drzwiach, wra­cały do ogrodu w bu­rzy garn­ków i ta­le­rzy, z ka­wał­kami po­du­szek, za­słon, ob­ru­sów, a mój oj­ciec strze­lał, stra­sząc kruki

- Pierw­szy ko­mu­ni­sta który od­waży się wejść do­sta­nie kulę mię­dzy rogi

zmu­szał mnie do pa­tro­lo­wa­nia ze sobą spi­chle­rza, ogrodu, ga­rażu, eu­ka­lip­tu­sów na ba­gnie, po­śród któ­rych łkały żaby, wy­cią­gał re­wol­wer zza pasa, po­da­wał mi re­wol­wer i mam­ro­tał pod ka­pe­lu­szem

- Je­śli zo­ba­czysz ja­kie­goś ko­mu­ni­stę strze­laj

mój oj­ciec bar­dziej sa­motny, niż wy­da­wał mi się przez całe ży­cie, bez żony, bez przy­ja­ciół, bez pod­wład­nych, bez wspól­ni­ków, cio­sami kolby od­ga­nia­jący krowy w obo­rze, żeby szu­kać re­wo­lu­cjo­ni­stów w żło­bach, w kan­kach z mle­kiem, w wor­kach z ziar­nem, w sło­mie, oj­ciec naj­pierw na ko­la­nach, a po­tem na brzu­chu, w ka­łuży od­cho­dów i uryny, grze­biący wśród na­rzę­dzi

- Nic nie sły­sza­łeś nic nie sły­sza­łeś?

i owcza­rek al­zacki za­wył na ze­wnątrz i oj­ciec, pró­bu­jąc wstać, po­śli­znął się

(- Jaka szkoda że pań­ski syn nie odzie­dzi­czył pań­skiego po­czu­cia hu­moru Fran­ci­sco)

po­now­nie pró­bo­wał wstać

- To oni

i ko­lejne uja­da­nie psów, wię­cej na­trzą­sa­nia się kru­ków, wię­cej wes­tchnień mię­dzy bu­kami, oj­ciec wpadł na be­czułkę, wpadł na gra­bie, na czwo­ra­kach zmie­rzał do wyj­ścia

- Strze­laj

So­fia za­częła od­po­wia­dać na py­ta­nia bry­dżo­wym to­nem, to­nem matki, jak­bym ja nie ist­niał, jak­bym ni­gdy nie ist­niał, i ad­wo­kat zro­bił znak do sę­dziego

- Pro­szę nie otwie­rać ust pa­nie in­ży­nie­rze pro­szę po­zwo­lić mó­wić mnie

ale we dwo­rze nie było ni­kogo, żad­nych cy­wi­lów z ka­ra­bi­nami ma­szy­no­wymi na dro­dze do Li­zbony, żad­nych ko­mu­ni­stów przy bra­mie, nie było ni­kogo, prócz kru­ków na eu­ka­lip­tu­sach i ka­mien­nych anioł­ków, a od chwili kiedy zna­la­złem się w se­pa­ra­cji, nie było we dwo­rze ni­kogo oprócz mnie, bu­du­ją­cego łódkę w ga­rażu, żeby któ­re­goś dnia od­pły­nąć, So­fia umil­kła, sę­dzia na­uczy­ciel po­ru­szył brodą zza oko­pów akt pro­ce­so­wych, jakby przy­rze­kał nie ob­le­wać jej na eg­za­mi­nie, i ad­wo­kat, któ­rego an­giel­ska ma­ry­narka znowu była droga, wtrą­cił się

- Je­dy­nym ma­jąt­kiem mo­jego klienta jest po­sia­dłość bez war­to­ści

moja te­ściowa w Es­to­ril, za­po­mniaw­szy o kar­tach, przy­gląda się memu ubra­niu, z nie­do­wie­rza­niem

- Chłop­cze czy ty masz pie­nią­dze żeby utrzy­mać So­fię na po­zio­mie do ja­kiego jest przy­zwy­cza­jona?

tak więc po ślu­bie za­pro­po­no­wali mi, że­bym pra­co­wał w banku, z tym że będę pod­pi­sy­wał li­stę płac na ko­niec mie­siąca i nie będę miał żad­nych za­chcia­nek ani po­my­słów, że nie będę za­bie­rał głosu na ze­bra­niach i nie będę po­ja­wiał się w pracy, a więc de facto pod wa­run­kiem, że nie będę ist­niał, tak jak nie ist­nia­łem dla mo­jej te­ścio­wej, jak nie ist­nia­łem dla mo­jej żony, jak nie ist­nia­łem dla mo­ich dzieci

- Jak mo­żesz żyć w ta­kim chle­wie?

ja bu­do­wa­łem łódkę w ru­inach ga­rażu, któ­remu za­gra­żał dąb też bli­ski ru­iny

(ga­łę­zie przy­gnia­tały dach, a ko­rze­nie pod­wa­żały pod­łogę)

bu­do­wa­łem łódkę, aby pew­nego dnia stąd od­pły­nąć, a nie zo­stać jak mój oj­ciec, roz­cią­gnięty w ka­łuży mo­czu i od­cho­dów w obo­rze, bez­sku­tecz­nie, na czwo­ra­kach usi­łu­jący do­stać się do wyj­ścia

- Strze­laj

a przy wyj­ściu na­tknę się na mar­twe pola, na am­pu­to­wane anioły, na okna bez szyb, na ogród stra­to­wany przez psy, łóżko opie­ra­jące się o piec na drewno bez drewna i na echo mego kaszlu w pu­stych po­ko­jach, na ad­wo­kata sta­ra­ją­cego się wspiąć na kor­dy­lierę ko­dek­sów, na któ­rej oku­lary sę­dziego od czasu do czasu pusz­czały umy­ka­ją­cego za­jączka

- Mój klient zre­zy­gno­wał z ate­lier pro­jek­tów aby przez lata zaj­mo­wać się jedną z firm ro­dziny swej żony za co nie otrzy­mał prze­wi­dzia­nych pra­wem na­leż­nych mu od­szko­do­wań w mo­men­cie zwol­nie­nia

prawda jed­nak jest taka, że oni mnie nie zwol­nili, ogra­ni­czyli się do na­ka­za­nia por­tie­rowi, żeby mnie nie wpusz­czał do bu­dynku, ja w hallu, a on z rę­koma pod­nie­sio­nymi ku gó­rze

- Bar­dzo mi przy­kro pa­nie in­ży­nie­rze mam ta­kie po­le­ce­nia niech się pan nie de­ner­wuje na pewno prze­ślą panu pen­sję cze­kiem do domu

do domu też nie po­zwo­lili mi wejść, tym ra­zem nie por­tier, tylko ku­zyni mo­jej żony cze­kali w Es­to­ril, żeby za­gro­dzić mi wej­ście do ogrodu, nie wro­dzy, nie agre­sywni, nie gwał­towni, obo­jętni

- So­fia chce się z tobą roz­wieść więc przy­je­chała fur­go­netka z firmy ubez­pie­cze­nio­wej i za­wieź­li­śmy twoje graty do Pal­meli

jedna wa­lizka, jedna torba z ubra­niami, al­bum ze zdję­ciami, krzy­żyk z ko­ści sło­nio­wej mo­jej matki, skrzynka z na­rzę­dziami i pla­nami stat­ków, była noc w Es­to­ril i pa­dało, palmy na­chy­lały się nad Ka­sy­nem, a ja jesz­cze z klu­czem w dłoni, nie­zdolny do żad­nej re­ak­cji

- Dla­czego?

w taki sam spo­sób, jak za­py­ta­łem por­tiera w hallu banku, pod­czas gdy te­le­fo­nistka i se­kre­tarki z ża­lem wo­dziły oczyma po pla­mach na mej ma­ry­narce

(a moja star­sza córka grze­bie w szu­fla­dach kuchni, gdzie le­żały prze­mie­szane majtki i sztućce

po­wy­gi­nane wi­delce za­śnie­działe łyżki noże zbyt tępe by co­kol­wiek ukroić

- Nie masz przy­naj­mniej ja­kie­goś po­rząd­nego gar­ni­turu?)

- Dla­czego?

i za­nim szkła sę­dziego po­now­nie za­częły się wy­nu­rzać spo­śród akt szpie­gu­jąc wszyst­kich ni­czym bo­jaź­liwe zwie­rzątka, drugi ad­wo­kat, jego lu­strzane od­bi­cie, re­plika, bliź­niak, przed­sta­wia do­wody księ­go­wo­ści, fo­to­ko­pie, ra­chunki, nu­mery, dia­gramy i ry­sunki z ko­lo­ro­wymi strzał­kami w górę po bo­kach

- Zaj­mo­wał się firmą która zban­kru­to­wała?

ja się ni­czym nie zaj­mo­wa­łem, ogra­ni­cza­łem się do wpi­sy­wa­nia mo­jego na­zwi­ska tam, gdzie mi wska­zali, oraz pod­pi­sy­wa­łem ra­chunki i po­kwi­to­wa­nia, które przed­sta­wiał mi dy­rek­tor per­so­nalny

- Nad pie­cząt­kami pa­nie in­ży­nie­rze bar­dzo dzię­kuję

bo ja w ogóle nie zna­łem się na po­życz­kach, ani na ra­chun­kach, ani na po­kwi­to­wa­niach, nie przy­szło mi do głowy, że dy­rek­tor per­so­nalny za­mie­rzał uciec do Jo­han­nes­burga z pie­niędzmi banku, a bra­cia mo­jej te­ścio­wej, już nie w Ca­xias albo Pe­ni­che, albo Vale de Ju­deus, we­zwali mnie na ze­bra­nie, nie po­pro­sili mnie, że­bym usiadł, i ma­chali mi przed oczyma pli­kiem dłu­gów

- Co to jest?

długi, we­ksle, umowy, ce­sje ak­cji, kupno, sprze­daż, fi­kołki wy­miany wa­luty, ka­ta­stro­falne ope­ra­cje

- Co to jest?

oku­lary sę­dziego wznio­sły się spo­nad ko­dek­sów, za­wi­sły przez chwilę, po­now­nie się ukryły, So­fia w wieku swej matki, do­kład­nie taka sama jak ona, prze­stała grać w karty, prze­stała grać w bry­dża

- Chłop­cze je­steś głup­cem czy uda­jesz?

i lu­strzane od­bi­cie, re­plika, bliź­niak, roz­cią­ga­jący się w swym akwa­rium wody ko­loń­skiej, wy­ciąga z kie­szeni ko­lejne za­świad­cze­nia, ko­lejne spra­woz­da­nia, ko­lejne hi­po­teki, ko­lejne po­życzki, ko­lejne do­wody na zde­frau­do­wane do­lary

- Zaj­mo­wał się firmą którą do­pro­wa­dził do upadku albo do­pu­ścił do tego by upa­dła ale wię­cej o tym nie mówmy wo­limy o tym za­po­mnieć je­dyne czego żąda moja klientka to za­ło­że­nie hi­po­teki na dwór na jej ko­rzyść

dwór obec­nie opusz­czony, bez krów, bez owiec, bez trak­tora, bez świń, które ba­gno stop­niowo po­że­rało ra­zem ze swymi mon­stru­al­nymi eu­ka­lip­tu­sami i ża­bim łka­niem, drzewa w sa­dzie po­krę­cone i bez­listne, ka­nały na­wad­nia­jące po­łknięte przez traw­nik, buki i cy­prysy osku­bane przez kruki, woda w ba­se­nie nie­przej­rzy­sta, gni­jąca ni­czym mar­twy oczo­dół, nie dawny dwór i dom, nie dwór i dom mo­jego ojca, obecny dwór i dom, pia­nino z pod­pi­sa­nym przez kró­lową zdję­ciem nie­zdolne do wy­da­nia z sie­bie ani jed­nego dźwięku, ob­razy na ziemi, spło­wiałe dy­wany, ka­plica za­ro­śnięta pną­czami, z jasz­czur­kami i ro­ba­kami w chrzciel­nicy, na oł­ta­rzu, w sza­fie z pa­ra­men­tami w strzę­pach, ad­wo­kat i So­fia, i ro­dzina So­fii, msz­czący się za coś, czego nie zro­bi­łem, czego na­wet gdy­bym chciał, nie po­tra­fił­bym zro­bić, i żą­dają hi­po­teki na nic, bo tak na­prawdę mam już tylko torbę z ubra­niem, al­bum ze zdję­ciami, krzyż z ko­ści sło­nio­wej i ten jacht w ga­rażu, bez sil­nika ni ża­gli, żeby któ­re­goś dnia od­pły­nąć, jacht tak samo bez­u­ży­teczny jak ze­psuty wę­glowy piec, jak młoc­kar­nia bez wia­traka, jak młyn ze sta­wami unie­ru­cho­mio­nymi rdzą, sę­dzia zre­du­ko­wany do krót­ko­wzrocz­nego gło­siku i do so­cze­wek scho­wa­nych za wzgó­rzami praw przy­znał im hi­po­tekę na dwór, na cie­nie nę­dzy i kra­ka­nie wron, a kiedy przy­jadą ją zre­ali­zo­wać z taką samą pompą, z jaką kie­dyś przy­jeż­dżały po­grze­bowe li­mu­zyny ad­wo­ka­tów, ban­kie­rów, dy­rek­to­rów, po­słów, mi­ni­strów, za­staną mnie sie­dzą­cego na scho­dach po­śród ło­dyg hia­cyn­tów i po­śród owczar­ków al­zac­kich, ści­ga­ją­cych kró­liki, py­skami i ła­pami roz­grze­bu­jąc im nory, albo za­miast spo­tkać mnie na scho­dach, cze­ka­ją­cego na nich, nie sły­szą­cego ich ani nie wi­dzą­cego, sku­pio­nego na go­łę­biach z Pal­meli, la­ta­ją­cych po­mię­dzy zam­kiem a gó­rami, może pójdę na czwo­ra­kach jak mój oj­ciec, unu­rzany w mo­czu i od­cho­dach obory

- Jaka szkoda że pań­ski syn nie odzie­dzi­czył pań­skiego po­czu­cia hu­moru Fran­ci­sco

wpa­da­jąc na wia­dra z mle­kiem, an­tałki, mie­rząc do nich z nie na­bi­tej strzelby, któ­rej bra­kuje spu­stu, ście­ra­jąc chu­s­teczką błoto i słomę z twa­rzy, wy­ta­rzany w mo­czu, wy­ta­rzany w gnoju, wrzesz­czący do re­wo­lu­cjo­ni­stów z ka­ra­bi­nem ma­szy­no­wym z Se­tu­balu albo z Aze­it?o, któ­rzy na­pa­dali na mój dom, po­ka­zu­jąc na­kaz są­dowy, na­kaz prawny

- Odejdź­cie stąd nie do­ty­kaj­cie mnie pierw­szy ko­mu­ni­sta który tu wej­dzie do­sta­nie kulę mię­dzy rogi.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki