Podpisz, że mnie pragniesz. Niegrzeczna Kolekcja - AT. Michalak

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Selena

Gdyby ktoś powiedział mi pół roku wcześniej, że w dusznej kawiarni dwie przecznice od luksusowych butików w Miami będę liczyć ostatnie wymięte banknoty jednodolarowe i poważnie się zastanawiać, czy odpowiedzieć na ogłoszenie, które przypomina propozycję jak z kiepskiego romansu, roześmiałabym się mu prosto w twarz. Przecież miałam dwadzieścia pięć lat i cały świat u stóp. Albo przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki ten świat nie postanowił brutalnie skopać mnie po dupie. Przypomniał mi w ten sposób, że dla imigrantki z Wenezueli american dream to tylko dobrze prezentująca się iluzja.

Sześć miesięcy temu wydawało mi się, że mam idealny plan, dopracowany w najdrobniejszych szczegółach. Kiedy wyjeżdżałam z Caracas, chciałam uciec wystarczająco daleko, tak by nikt nie mógł mi powiedzieć, że nie dam rady. Moje rodzinne miasto nauczyło mnie jednego: jeśli nie zawalczysz o swoje życie zębami i pazurami, ktoś zrobi to za ciebie i na pewno nie spodoba ci się scenariusz, który dla ciebie przygotowano. Zamiast wegetacji wybrałam marzenia i pierwszy raz postawiłam siebie oraz własne pragnienia ponad to, czego ode mnie oczekiwano. Nie chciałam przeciętności i nie zamierzałam dłużej tkwić tam, gdzie wydawało mi się, że nie pasuję.

Miałam ważną wizę pracowniczą, wymarzoną pracę na pełen etat w eleganckiej butikowej galerii sztuki w samym sercu artystycznej dzielnicy Wynwood i chłopaka, który chciał budować ze mną przyszłość. Wynajmowałam z moją przyjaciółką Camilą małe mieszkanie z mikroskopijnym balkonem. Okna wychodziły na wąską uliczkę, w której wiecznie pachniało smażonymi owocami morza, solą z oceanu i rozgrzanym asfaltem. Do tego nosiłam w sobie naiwne, głupie przekonanie, że jeśli będę wystarczająco ciężko pracować, organizować wernisaże, dbać o artystów, spędzać po dwanaście godzin w galerii, to świat w końcu zaoferuje mi coś więcej.

Chciałam osiągnąć w życiu więcej niż moi znajomi w Wenezueli. Większość z nich utknęła w martwym punkcie, bez perspektyw na wyrwanie się z biedy. Nie uważałam ich za nieudaczników, to system ich zawiódł, ale ja od dziecka mierzyłam wysoko. Czułam, że jestem stworzona do odkrywania piękna i dzielenia się nim z innymi. Jednak los, jak zwykle, miał w stosunku do mnie własne plany i teraz bezczelnie śmiał mi się w twarz, karząc za to, że w ogóle ośmieliłam się marzyć.

Wszystko posypało się jak domek z kart w zaledwie kilka tygodni. Najpierw dowiedziałam się, że Mateo, mój chłopak, który wciąż powtarzał, jak bardzo mnie kocha, i obiecywał mi wspólną przyszłość, uznał nagle, że "nie chce komplikacji". W praktyce oznaczało to, że przez ostatnie dwa miesiące potajemnie sypiał z jakąś bogatą dziewczyną. Poznał ją na ekskluzywnej imprezie na jachcie, na którą nawet mnie nie zabrał. Odkryłam to w najgorszy możliwy sposób: zobaczyłam ich, kiedy siedzieli razem w restauracji, w której rzekomo Mateo odbywał spotkanie biznesowe. Zdrada bolała. Był ostatnią osobą, którą mogłam podejrzewać o cokolwiek. Byłam naiwna, wierząc mu i dając mu się oszukać. Zwykły pendejo, dupek. Chociaż w głębi duszy cieszyłam się, że poznałam jego prawdziwą naturę teraz, a nie po ślubie. Ale to, co nadeszło chwilę później, zbiło mnie z nóg i sprawiło, że złamane serce zeszło na dalszy plan.

Właściciel mojej ukochanej galerii, uroczy osiemdziesięciolatek, który miał być moim mentorem, z dnia na dzień postanowił przejść na emeryturę i sprzedać lokal bezwzględnym deweloperom. Nie miałam pojęcia, jak wpłynęli na niego, by podjął taką decyzję, ale dałabym sobie rękę uciąć, że nie zrobiłby tego, o ile nie zostałby do tego przymuszony. Zamknął galerię z końcem miesiąca. Obrazy zdjęto ze ścian, a moje biurko opustoszało. Utrata pracy w Miami to jedno, można przecież znaleźć inną, ale dla mnie oznaczało to znacznie więcej - utratę oficjalnego sponsora mojej wizy pracowniczej.

Ostatni element tej strasznej układanki przyszedł dziś rano.

Siedziałam przy stoliku pod oknem kawiarni i czytałam maila od kancelarii prawnej zajmującej się moimi dokumentami imigracyjnymi. Był napisany uprzejmym, ale do bólu chłodnym językiem. Nie zostawiał miejsca na negocjacje ani współczucie. Litery na ekranie zaczęły mi się zlewać, gdy zapiekło mnie pod powiekami.

Szanowna Pani,

z przykrością informujemy, że w związku z rozwiązaniem stosunku pracy z dotychczasowym pracodawcą utraciła pani podstawę prawną do dalszego pobytu w Stanach Zjednoczonych. Jeśli w ciągu najbliższych sześćdziesięciu dni nie przedstawi pani nowej umowy zatrudnienia u pracodawcy gotowego przejąć sponsoring wizy i nie złoży pani wniosku o zmianę statusu pobytowego, będzie pani zobowiązana opuścić kraj.

Sześćdziesiąt dni. Dwa miesiące do momentu, w którym mój amerykański sen zamieni się w nakaz deportacji. Byłam załamana. Wydawało mi się, że już nic gorszego nie może mnie spotkać.

Zacisnęłam palce na tekturowym kubku z kawą tak mocno, że niebezpiecznie się ugiął. Moja kawa dawno wystygła i stała się gorzką lurą, ale ja przez dłuższą chwilę tylko tępo patrzyłam na ekran telefonu, jakby od samego wpatrywania się w te przerażające słowa miało magicznie pojawić się jakieś rozwiązanie. W skrzynce odbiorczej, tuż pod wiadomością od prawnika, były jeszcze dwa inne maile. W pierwszym Camila przypominała o zbliżającym się terminie zapłaty naszego astronomicznie wysokiego czynszu. W drugim znalazłam kolejną zautomatyzowaną odmowę z portalu z ofertami pracy, wysyłałam zgłoszenia nawet na takie stanowiska, na które miałam zbyt wysokie kwalifikacje. Nikt nie chciał bawić się w skomplikowane i kosztowne procedury wizowe dla kuratorki sztuki. Życie nie było bajką, jak to sobie naiwnie wyobrażałam. Musiałam coś znaleźć, nie chciałam wracać do Wenezueli - dla mnie byłaby to największa porażka i straszne upokorzenie.

Marzyłam o tym, by zamknąć oczy, a potem je otworzyć i znaleźć się w innej rzeczywistości, w której wszystkie moje problemy znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a moja kariera zawodowa pięknie się rozwija.

Claro... Jasne... - mruknęłam cicho pod nosem. Przesunęłam kciukiem po pękniętym ekranie telefonu bardziej z absolutnej bezsilności, niż żywiąc jakąkolwiek nadzieję.

I właśnie wtedy moje spojrzenie padło na to ogłoszenie. Wyróżniało się wśród wakatów dla sekretarek i pracowników call center, ukryte w dziwnej zakładce "Asystenci i zlecenia specjalne". Nie towarzyszyło mu logo żadnej firmy, nie było też nazwy stanowiska. Jedynie krótki, precyzyjnie sformułowany tekst.

Poszukuję kobiety do odegrania roli partnerki podczas wyjazdu biznesowego. Wymagania: absolutna dyskrecja, wysoka kultura osobista, swoboda w kontaktach towarzyskich oraz pełna dyspozycyjność w najbliższych tygodniach. Brak uwikłań emocjonalnych. Wynagrodzenie bardzo atrakcyjne, płatne z góry. Tylko poważne odpowiedzi.

Przeczytałam to raz. Potem drugi. I trzeci. Podczas każdej kolejnej lektury miałam wrażenie, że coś mi w tym anonsie nie pasuje, choć nie potrafiłam wskazać co dokładnie. To było tak absurdalne, że aż nierealne. ?Qué locura! Co za szaleństwo! To nie było w moim stylu. Nic w tej propozycji nie było zgodne z tym, kim chciałam być, czyli profesjonalną ekspertką od sztuki nowoczesnej, która pracuje na własne nazwisko. Tu miałam być wynajętym milczącym dodatkiem do garnituru jakiegoś bogacza, który z jakiegoś powodu musiał udawać, że ma dziewczynę. Pewnie był obleśnym i pomarszczonym starcem, który musi płacić za towarzystwo.

A mimo to moje palce niemal zdrętwiały nad ekranem. Nie zamknęłam strony.

Ciekawość, a może raczej czysta desperacja oraz świadomość zbliżającej się wielkimi krokami deportacji, pokonała resztki zdrowego rozsądku. Kliknęłam, by poznać szczegóły.

Z krótkiego opisu wynikało, że wyjazd miał odbyć się dosłownie za kilka dni. Obejmował oficjalne wydarzenia biznesowe, bankiety i kolacje z inwestorami. Jedyne, czego wymagano, poza samą obecnością i nienagannym wyglądem, to żelazna dyskrecja i opanowanie w stresujących sytuacjach. Brakowało nazwiska zleceniodawcy, brakowało jakichkolwiek konkretów o branży, brakowało wszystkiego, co pozwoliłoby uznać tę ofertę za normalną propozycję pracy, którą można wpisać do CV.

A jednak wciąż nie potrafiłam oderwać wzroku od tekstu ogłoszenia. Wpatrywałam się w zdanie: "Wynagrodzenie bardzo atrakcyjne, płatne z góry". Byłam pewna, że oferta finansowa za tego typu zlecenie, które wymagało całkowitej poufności, byłaby więcej niż godziwa. Może wystarczająca, by opłacić drogich, topowych prawników imigracyjnych, którzy znaleźliby jakąś lukę prawną i kupili mi czas. Może nawet zostałoby mi tyle pieniędzy, by otworzyć coś własnego.

Ostatnie miesiące w Miami były dla mnie wyczerpujące, pracowałam na coś, co ostatecznie i tak zostało pogrzebane. Umiejętność zachowania spokoju pod presją nie była dla mnie żadnym problemem. Umiałam uśmiechać się wtedy, gdy wszystko w moim życiu waliło się w gruzy. Potrafiłam z nieskazitelną gracją i pewnością siebie opowiadać bogatym klientom galerii o pociągnięciach pędzla, a w rzeczywistości po nocach liczyłam każdy cent na jedzenie i dławiłam się łzami wściekłości po zdradzie Matea. Umiałam patrzeć ludziom prosto w oczy, podczas gdy mój mozolnie budowany świat walił się w gruzy.

W sumie nie miałam nic do stracenia, poza własną dumą, bezużyteczną w tej sytuacji. Przecież w ogłoszeniu nie było nic o seksie czy tego typu usługach towarzyskich. A jednak biorąc tę propozycję pod uwagę, czułam się jak bohaterka kiepskiego filmu.

Nie byłam pewna, czy w ogóle potrafię udawać czyjąś partnerkę. Miałam w sobie teraz tyle żalu, goryczy i nieufności do mężczyzn, że wykrzesanie z siebie ciepła czy zakochanego spojrzenia graniczyło z cudem. Bałam się również tego, że może po prostu nie sprostam zadaniu. W końcu byłam kuratorką sztuki, a nie pieprzoną aktorką z Hollywood.

Telefon nagle zawibrował w mojej dłoni, co gwałtownie wyrwało mnie z zamyślenia. Gdy zobaczyłam zdjęcie Camili na ekranie, przez krótką chwilę miałam ochotę po prostu wyciszyć urządzenie. Dokładnie wiedziałam, co usłyszę. Znowu będzie pytała, z tą swoją irytującą troską w głosie, czy załatwiłam cokolwiek z pracą i czy zebrałam swoją część czynszu, płatnego pod koniec tygodnia. A moja odpowiedź nadal była taka sama, dalej nie miałam pieniędzy i nie wiedziałam, skąd ją wezmę.

Wróciłam wzrokiem do ogłoszenia na ekranie. Mój kciuk zawisł nad przyciskiem "Odpowiedz". Rozsądek, ten nudny, zachowawczy głosik w mojej głowie, próbował mnie jeszcze zatrzymać: "Nie rób tego. To niebezpieczne. To szalone". Jednak słyszałam też inny głos, który przekonywał: "Zrób to. Inaczej wracasz do Caracas...".

Miałam w głowie dwie osobne Seleny, które gorączkowo szeptały mi do ucha, a każda ciągnęła w swoją stronę.

Przymknęłam oczy i przypomniałam sobie wiadomość z kancelarii prawnej dotyczącą mojej wizy, pomyślałam też o pustym w tym momencie koncie. A jak to mówią, tonący brzytwy się chwyta.

Otworzyłam nową wiadomość i zaczęłam pisać. Uderzałam w klawiaturę tak szybko, żeby nie zdążyć się ostatecznie rozmyślić.

Dzień dobry!

W odpowiedzi na Państwa ogłoszenie pragnę zgłosić swoją kandydaturę. Posiadam doświadczenie w pracy z klientami z sektora premium, biegle posługuję się trzema językami i gwarantuję absolutną dyskrecję. Od razu zaznaczę, że mam problemy wizowe i dlatego liczę na prawdziwą umowę o pracę, na okres co najmniej dwóch miesięcy, oczywiście w zamian za spełnienie wymagań z ogłoszenia.

Dołączyłam swoje CV z galerii sztuki, które świadczyło o obyciu kulturalnym. Dodałam też zdjęcie, nie zwykłe selfie, ale profesjonalną fotografię, zrobioną na jednym z wernisaży. Miałam wtedy na sobie elegancką czarną suknię, włosy upięte w gładki kok. Chciałam, by ogłoszeniodawca zobaczył, jak mogę wyglądać na oficjalnych spotkaniach. Wyglądałam jak kobieta z klasą.

Gdy tylko mail był gotowy, szybko kliknęłam "Wyślij". Nie było już odwrotu.

Serce zabiło mi żywiej, zwiastując narastającą panikę. Czy aby na pewno zrobiłam dobrze?

Wyrzuciłam niedopitą kawę do kosza i wyszłam z kawiarni na zewnątrz. Słońce bezlitośnie grzało, oślepiający blask odbijał się od masek samochodów. Turyści w kolorowych koszulach śmiali się głośno, luksusowe kabriolety powoli toczyły się w stronę Ocean Drive, a z pobliskiego baru dobiegał dudniący rytm reggae. Wszyscy wokół wyglądali, jakby mieli beztroskie i nieskomplikowane życie, tylko moje takie nie było.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej