jeden
Bóg nosił imię Bondru Dharm, co, według lingwistów, którzy pracowali z Owlbritami przed śmiercią ostatniego z nich, oznaczało coś związanego z południem. Najczęściej zgadywano, że chodziło o Południe Odkryte,
chociaż niektórzy sugerowali Południe Odnalezione bądź Południe
Ogłoszone. Kiedy Ziemię Hobbsa zasiedliła Spółka Spożywcza Hobbs
Transystem, żyła tam już tylko garstka Owlbritów. Wkrótce zmarli wszyscy
poza jednym, więc utracono szansę na wyjaśnienie znaczenia dźwięków,
jakie wydawali.
Osadnicy na Ziemi Hobbsa, lubiący korzystać z pozostałości języka
Owlbritów, nazywali Boga jego imieniem, Bondru Dharm, chociaż ci
najbardziej przemądrzali używali określenia Stary Bondy. Domem Boga była
świątynia, wzniesiona w tym celu przez Owlbritów, niewielki okrągły
budynek, który mieszkańcy Pierwszej Osady utrzymywali w porządnym stanie
zgodnie z wymogami Zespołu do spraw Przedwiecznych Pomników w Radzie
Spraw Tubylczych.
Nikt dokładnie nie pamiętał, kiedy osadnicy zaczęli składać ofiary.
Niektórzy twierdzili, że rytuał sięgał czasów, gdy zmarł ostatni z Owlbritów, ale nie pojawiają się o nim żadne wzmianki w rejestrach z pierwszych dwóch lat istnienia osady. Po raz pierwszy wspomina się o nim
w rejestrze z trzeciego roku. Natomiast nie ulegało wątpliwości, że
ofiary były zalecane przez samych Owlbritów.
Każde słowo, które Owlbritowie wypowiedzieli od chwili, gdy spotkali ich
pierwsi osadnicy, zachowano w postaci digifaksów na komunikatorach, a podczas nielicznych zrozumiałych rozmów z ostatnim Owlbritem pojawiła
się wzmianka dotycząca składania ofiar.
-?Konieczne? -?spytał lingwista, opierając swoje zrozumienie tego słowa
na tłumaczeniu pochodzącym z urządzenia Alsense. Pytanie skierowano do
ostatniego żyjącego Owlbrita w jego malutkim okrągłym domku niedaleko
świątyni.
-?Niekonieczne -?wyskrobał chrapliwym szeptem Przedwieczny za pomocą
zakończonych rogami macek. -?Co jest konieczne? Życie? Konieczne do
czego? Nie, ofiary nie są konieczne, tylko zalecane. To jedna z dróg,
wygoda, serdeczność.
Ta odpowiedź, brzmiąca jak odgłos delikatnie piłowanego drewna, zajęła
Owlbritowi mniej więcej trzydzieści sekund, ale ksenolingwiści spierali
się o nią przez co najmniej trzydzieści lat. Wciąż dysputowali na temat
znaczenia drogi, wygody i serdeczności, a szkoła rekonstrukcyjna
upierała się, że delikatne skrobanie macek Przedwiecznego tak naprawdę
oznaczało układ, styl życia i pociechę. Niezależnie od
rzeczywistego znaczenia, już w trzecim roku istnienia osady nakazano co
miesiąc składać ofiarę z kilku przypominających myszy ferfów, a rytuał z czasem stawał się coraz bardziej złożony za sprawą ozdobników
wprowadzanych przez Tych. Jako że Vonce Djbouty zmarł w minionym roku,
dziś pozostał już tylko jeden spośród Tych, Birribat Shum.
Birribat, który ostatnio stał się bardziej jawny i natarczywy niż
zazwyczaj.
-?Mówię wam, że Bondru Dharm umiera -?poinformował Samasniera Girata,
Przewodniczącego, wykręcając dłonie i ustawiając kolana oraz łokcie pod
dziwacznymi kątami, przez co wyglądał jak niezgrabny ptak. -?Sam, on
umiera!
Młody Birribat (który już nie był taki młody, ale nazywano go tak z przyzwyczajenia) już od pewnego czasu utrzymywał, że Bóg umiera, chociaż
nigdy wcześniej nie głosił tego z takim naciskiem.
Samasnier Girat podniósł wzrok znad raportu dotyczącego plonów, już o kilka dni spóźnionego, i znad zamówienia dotyczącego części do siewnika,
które następnego ranka musiało trafić do Centralnego Kierownictwa.
Zmarszczył czoło z dyrektorską irytacją.
-?Dajcie mu kilka ferfów.
Birribat wykonał gest, pozornie niemający żadnego znaczenia. Machnął
lewą dłonią i zacisnął w powietrzu prawą, jakby chwytał linę powiewającą
na wietrze. Ale najwyraźniej miało to jakieś znaczenie dla niego,
ponieważ na koniec złożył dłonie w modlitewnej pozycji i głośno
przełknął ślinę.
-?Proszę, Sam, nie rób tego. Nie mów o nim z takim lekceważeniem. To
bardzo utrudnia mi życie.
Sam zazgrzytał mocnymi białymi zębami, starając się zachować
cierpliwość.
-?Birribat, poszukaj Sal. Powiedz jej, co cię tak oburzyło. Porozmawiam
z nią o tym dziś wieczorem.
Albo za tydzień, albo za rok. Bóg siedział w swojej świątyni od
początków osady, czyli już od około trzydziestu lat, i nie wyglądało na
to, by cokolwiek robił. Sam Girat widział to na własne oczy, ponieważ
również spędzał czas w świątyni, głównie nocami, z osobistych powodów.
Ale nie wierzył, by Bóg naprawdę był "żywy", zatem myśl o tym, że może
umrzeć, nieszczególnie go niepokoiła. Mimo wszystko jako Przewodniczący
musiał brać pod uwagę, że to, o czym mówił Birribat, może wywołać
niespodziewane reakcje pośród wiernych, których było wystarczająco wielu
w osadzie -?we wszystkich jedenastu osadach.
Birribat wyszedł i Sam po chwili zobaczył jego kościstą sylwetkę na
ulicy. Mężczyzna kierował się w stronę centrum rekreacji. Kiedy Sam
ponownie podniósł wzrok, Birribat i Sal razem zmierzali w przeciwnym
kierunku, ku świątyni.
Saluniel Girat, siostra Sama, która pracowała na stałe jako oficer w centrum rekreacji, była zarazem łagodniejsza i bardziej cierpliwa od
swojego brata. Poza tym lubiła Birribata, a przynajmniej uważała chudego
pietystę za osobliwego i ciekawego, a kiedy powiedział jej, że Bóg
umiera, zatroskała się na tyle, by pójść to sprawdzić. Podobnie jak
Birribat zatrzymała się przed bramą świątyni i opłukała dłonie wodą, a następnie przysiadła na kamiennej werandzie, by zdjąć buty, po czym
uklękła przy wąskich drzwiach z kratą, wzięła całun z wieszaka i owinęła
nim głowę i ciało. Sal nie chodziła regularnie do świątyni, ale
wystarczająco często widziała składanie ofiar, by wiedzieć, co przystoi
osobie, która wchodzi do środkowej komnaty. Pomieszczenie przypominało
komin o średnicy około czterech i wysokości dziesięciu metrów. Na
kamiennej plincie na środku stał Bóg, kawałek jakiejś materii o rozmiarach człowieka i kształcie cebuli. Miał niebieskawy kolor, a na
jego powierzchni co jakiś czas pojawiały się pajączkowate rozbłyski
światła.
-?Co on mówi? -?wyszeptała Sal.
-?Że umiera -?odpowiedział cicho Birribat.
Sal usiadła na jednym z kamiennych siedzisk przy kracie i zapatrzyła się
na pojawiające się i znikające światła na powierzchni Boga. Kiedy
ostatnio tutaj była, rytmiczne migotanie przypominało bicie serca.
Światła pojawiały się przy zaokrąglonej podstawie, stopniowo
przemieszczały ku górze i gasły. Teraz widziała tylko okazjonalne
rozbłyski, jasne punkty, z których tęsknie wyciągały się w ciemność
nitki podobne do pajęczych nóg.
-?Umiera? Czy są o tym jakieś wzmianki w archiwum?
Birribat pokiwał głową, nie spuszczając wzroku z Boga.
-?Owlbritowie powiedzieli lingwistom, że Bondru jest ostatnim z Bogów,
których kiedyś było więcej. Tak mi się przynajmniej wydaje.
Sal postanowiła sprawdzić to w archiwum. Patrzyła jeszcze przez chwilę,
a następnie zostawiła Birribata w obecności bóstwa, wyszła przez drzwi z kratą, odwiesiła całun, włożyła na werandzie buty i ruszyła pustą ulicą
do biura brata, które okazało się równie opustoszałe. O tej porze dnia
mieszkańcy wioski byli na polach, nie licząc dzieci w szkole, niemowląt
w żłobku oraz kilkorga specjalistów takich jak Sal. Sam zapewne też się
tam udał, by nadzorować pracę, a siedziba biura Dostaw i Administracji
pozostała pusta, co wcale nie przeszkadzało Saluniel. Mogła zrobić
więcej, gdy nikt jej nie przeszkadzał.
Archiwa Ziemskie Hobbsa znajdowały się głęboko w trzewiach dobrze
chronionego Centralnego Kierownictwa, daleko od innych zabudowań, ale
akta były dostępne dla osadników za pośrednictwem ich osobistych
komunikatorów, takich jak model o wysokiej rozdzielczości stojący na
biurku Sama. Sal stanęła pomiędzy krzesłem a biurkiem i nakazała
urządzeniu poszukać w archiwach wszystkiego, co dotyczyło Bogów. Wkrótce
jej oczom ukazała się niekończąca się lista wyników, słów i obrazów,
poczynając od starożytnych bóstw, takich jak Baal, Thor czy Zeus,
których czczono w Kolebce Ludzkości, przez innych ludzkich i nieludzkich
bogów, jakich napotkano bądź wymyślono w kolejnych wiekach.
-?Bogowie Owlbritów -?rzuciła zniecierpliwiona, a urządzenie wypluło w jej stronę malutką eksplozję czerwono-fioletowych fajerwerków; w powietrzu pojawiła się nowa lista. Większość punktów dotyczyła nudnych
naukowych prac, które zarchiwizowano od czasu założenia osady. One jej
nie interesowały. -?Pierwotne relacje -?szepnęła, zastanawiając się,
dlaczego wszystko zawsze udaje jej się dopiero za trzecią albo czwartą
próbą. -?Autorstwa Owlbritów -?dodała i mruknęła z zadowoleniem, gdy jej
oczom ukazał się wywiad z Przedwiecznym, który siedział nieruchomo w kącie, niczym rzepa z delikatnymi nóżkami rozpostartymi jak koronkowa
freza, naprzeciwko bladego lingwisty oraz maszyny Alsense o irytująco
popiskującym napędzie. Wywiad nie był godny uwagi ze względu na
klarowność czy dramatyzm, ale kiedy obejrzała go do końca, zrozumiała,
że Birribat miał rację. Przedwieczny powiedział, że ten Bóg, Bondru
Dharm, był ostatni. "Tylko Owlbritowie trwają", rzekł Przedwieczny,
dając lingwistom kolejny powód do sporów.
Wywiad nie pozwalał stwierdzić, czy byli Bogowie wciąż istnieją, ale w Pierwszej Osadzie znajdowało się wystarczająco wiele pozostałości innych
świątyń -?dwie z nich stały na wzniesieniu za północną granicą, a dwie
kolejne niedaleko świątyni Bondru Dharma -?by móc domyślić się
odpowiedzi. Jako że jedna ze świątyń na północ od osady była niemal
kompletna, nie licząc dachu, logika wskazywała, że przynajmniej jeden z Bogów żył w niedawnych czasach.
Sal nie dowiedziała się o tych ruinach z archiwum. Dyskutowano o nich
już od lat. Czy powinno się je zniszczyć? Czy można było wykorzystać je
do innych celów? Nie licząc tych najnowszych, cała reszta ruin miała
postać zburzonych zewnętrznych i wewnętrznych kolistych ścian, niskich
pozostałości rozchodzących się promieniście łuków, kilku fragmentów
metalowych krat i szczątkowych mozaik. Nawet najnowsza świątynia nie
miała dachu, drzwi, okien ani siedzeń w sali zgromadzeń, chociaż
podłużne pomieszczenie i tak nie nadawałoby się dla ludzi. Zważywszy na
toczące się dysputy, zaskakujące było to, że ruiny w ogóle przetrwały.
Dwie budowle w środku osady zajmowały tereny, które z pewnością można
było wykorzystać lepiej. Gdyby Bondru Dharm rzeczywiście umarł, dyskusja
niewątpliwie rozgorzałaby na nowo.
Sal podniosła wzrok znad nieruchomych obrazów w komunikatorze i zobaczyła swojego brata, który stał obok niej z obojętną miną, co było w jego przypadku rzadkością. Sam w kontaktach ze światem zazwyczaj
uśmiechał się albo krzywił i marszczył czoło, upodabniając się do
gargulca, dzięki czemu był w stanie wydobyć odpowiedzi od nawet
najbardziej niechętnych i małomównych rozmówców. W milczeniu usiadł obok
niej. Sprawiał wrażenie zatroskanego i chorego. Sal słyszała ludzi
kłębiących się na ulicy. Zamiast ciszy typowej przed zmierzchem
rozlegało się szuranie licznych stóp.
-?Sam? -?odezwała się. -?Wydarzył się jakiś wypadek?
Nie odpowiedział. Podeszła do okna i zobaczyła cichy tłum, który
zgromadził się w dalszej części ulicy, nie dokładnie przed świątynią,
ale z boku. Kilka setek mężczyzn i kobiet, a także dzieci -?praktycznie
cała populacja osady. Na jej oczach w niekontrolowany sposób padli na
kolana. Wykrzyknęła i również uklękła, ogarnięta odbierającym głos
poczuciem straty. Nie była w stanie nawet jęczeć, mogła tylko klęczeć, a potem nachylić się, dotknąć głową podłogi i wyprostować nogi,
przywierając policzkiem i całym ciałem do ziemi, jakby chciała odcisnąć
głęboko w jej powierzchni swój kształt. Jakaś jej cząstka zdawała sobie
sprawę, że Sam jest obok, a wszyscy mieszkańcy na ulicy również leżą z twarzami w piasku i być może nigdy nie powstaną, ponieważ Bondru Dharm
właśnie umarł.
Następnego dnia, gdy nieco doszli do siebie, z Boga nic nie pozostało.
Kiedy pierwszy z osadników zdołał wstać i wejść do świątyni, ołtarz,
jeśli to w ogóle był ołtarz, był pusty i zakurzony. Birribat wciąż
znajdował się tam, gdzie zostawiła go Sal, w środkowej komnacie, tylko
że teraz leżał zwinięty na posadzce, pokryty drobnym czarnym pyłem,
martwy.
Sam i kilka innych osób owinęli ciało Birribata kocem i zanieśli je na
północną stronę miasta, w pobliże zrujnowanych świątyń, mimo że nie było
tam miejsca pochówku. Cmentarzysko znajdowało się na wzgórzu na wschód
od osady, ale ci, którzy nieśli ciało Birribata, uznali, że jeden z Tych
powinien spocząć blisko świątyni, nawet zburzonej. Ułożyli go w płytkim
grobie, a ludzie wkrótce zaczęli mówić, że Bóg, umierając, zabrał ze
sobą swojego tłumacza.
Najpierw wszyscy w osadzie pozostawali bezczynni przez osiem albo
dziewięć dni, ponieważ nie byli w stanie nic robić. Ludzie wyruszali na
pole i zaraz wracali do domów klanowych, gdzie wbijali wzrok w ścianę.
Zaczynali gotować posiłki, ale po jakimś czasie kładli się na podłodze.
Matki szły doglądać swoich dzieci, lecz nie docierały na miejsce, a grupki malców wylegiwały się w ospałym bezruchu. Nawet niemowlęta nie
płakały, nie sprawiały wrażenia głodnych i prawie się nie moczyły.
Dziesiątego dnia ten stan zaczął mijać i ktoś zdobył się na
powiadomienie Centralnego Kierownictwa. W ciągu kilku godzin okolica
zaroiła się od techników medycznych i śledczych, głodne niemowlęta się
rozwrzeszczały, a zrzędliwi dorośli warczeli na siebie nawzajem.
-?Czy to się stało także w jakimś innym miejscu? -?chciał wiedzieć Sam.
Drapał się po brodzie, ocierał maź z kącików oczu i czuł się tak, jakby
nie spał od tygodnia. Wcześniej miał w zwyczaju spotykać się co kilka
wieczorów z przyjacielem, ale teraz uświadomił sobie, że nie widział go
od czasu tego wydarzenia. To jeszcze bardziej go rozdrażniło i zaniepokoiło.
-?Czy cokolwiek takiego stało się w jakimś innym miejscu? -?powtórzył
gniewnie.
-?To jedyna osada wzniesiona na miejscu wioski Owlbritów -?odpowiedziała
udręczona główna techniczka, pobierając próbkę krwi. -?Wszystkie inne
ruiny Owlbritów znajdują się na skarpie. A zatem nie, nic takiego nie
stało się w innych miejscach.
-?Czy macie jakiś pomysł, co wywołało to... przygnębienie? -?Pamiętał, że
czuł się przygnębiony i niewymownie smutny, chociaż obecnie był tylko
nieco nerwowy, a jego nogi drgały, jakby chciał uciec.
-?Według jednej z teorii to coś roztaczało wokół siebie rodzaj pola, do
którego wszyscy się przyzwyczailiście. Może to było oddziaływanie
chemiczne. Na przykład feromony. Mniej prawdopodobne wydaje się pole
elektromagnetyczne. Cokolwiek to było, kiedy zniknęło, musieliście się
dostosować.
-?To wszystko? -?Samowi takie wyjaśnienie wydawało się niewystarczające.
Miał ochotę się o to pokłócić i powstrzymały go tylko rozsądek oraz
długie doświadczenie na stanowisku Przewodniczącego, który więcej się
nauczył dzięki słuchaniu niż mówieniu.
-?To nie wystarczy? Niektórych z nas zajmie to na dłuższy czas.
Sam nie potrafił odpuścić.
-?Czy pierwsze ekipy bezpieczeństwa znalazły jakiekolwiek pole? Przecież
nikt nie sprzeciwiał się założeniu tutaj osady, prawda? -?Myśl, że mogło
dojść do niedopatrzenia, jeszcze bardziej go drażniła. Wziął głęboki
wdech i zapanował nad nerwami.
Techniczka również stawała się nieco poirytowana, co dało się wyczuć w jej uszczypliwym tonie.
-?Nikt nie miał ku temu powodu. Sprawdziliśmy wszystkie dane dostępne w archiwum i nic nie znaleźliśmy. Nikt nie znalazł tutaj niczego dziwnego
poza samym obiektem.
Sam warknął pod nosem.
Kobieta mówiła dalej, wymachując palcem.
-?Jako że był on święty dla Owlbritów, nasi zwierzchnicy postanowili, że
nie będziemy go ruszać, a jedynie przebadamy pod kątem radioaktywności
oraz szkodliwych emanacji, których nie stwierdzono. Kiedy umarł ostatni
z Owlbritów, wasza wioska uznawała już Boga za maskotkę, a Centralne
Kierownictwo miało ważniejsze problemy niż analizowanie jakiegoś
zwierzęcia, warzywa czy minerału, które nikomu nie szkodziły, a taka
analiza mogłaby się komuś nie spodobać. Z tego, co wiedzieliśmy, było to
unikatowe zjawisko, a dopiero dziesięć dni temu zauważyliśmy w nim coś
osobliwego.
Sam wzruszył ramionami, co miało być próbą przeprosin.
Techniczka westchnęła.
-?A skoro o osobliwych sprawach mowa, rozumiem, że pochowaliście ciało
poza uznanym terenem pogrzebowym. To kwestia zdrowia publicznego,
dlatego pochówek należy powtórzyć.
Sam jak przez mgłę pamiętał, że Birribat został pochowany, ale nie
pamiętał, kto to zrobił ani gdzie. Po krótkich i bezcelowych
poszukiwaniach grobu przedstawiciele ochrony zdrowia dali za wygraną.
-?Myśli pani, że najgorsze już za nami? -?spytał Sam.
-?Jesteście w żałobie -?odpowiedziała. -?Psychologowie twierdzą, że cała
osada zdradza jej objawy. Mimo że nie byliście świadomi, jaką stratę
ponieśliście, właśnie tak wyglądało wasze zachowanie. Sądzę, że to już
minęło. Biologowie plują sobie w brodę, że wcześniej nie przeprowadzili
badań, ale poza tym wszystko raczej wraca do normy.
Techniczce można było wybaczyć. Wysławiała się tak, jak mieli w zwyczaju
medyczni specjaliści, z pozycji władzy. Czuła się w obowiązku pocieszać
innych, a jednocześnie nie dopuszczała żadnych wątpliwości, wyjątków ani
świadomości ludzkiej słabości. Jak wielu medyków w historii, bardzo się
myliła.
Osoby odwiedzające Ziemię Hobbsa po raz pierwszy, przynajmniej te, które
przybywały tam w oficjalnych sprawach, zazwyczaj uczestniczyły w zajęciach zapoznawczych organizowanych w Centralnym Kierownictwie. Za
ich prowadzenie często odpowiadał kierownik produkcji Horgy Endure,
ponieważ doskonale sobie z tym radził, mimo że zatytułował swoje zajęcia
szokująco mało oryginalnie: Wszystko o Ziemi Hobbsa. Pewnego ranka,
wkrótce po śmierci Bondru Dharma (wobec którego Horgy nie miał żadnych
zobowiązań, więc go ignorował), prowadził szkolenie dla grupy złożonej z pięciu osób: dwóch inżynierów z Phansure (phansurscy inżynierowie byli w Układzie wszechobecni jak pchły na kocie i równie uciążliwi, choć nieco
łagodniejsi) oraz najnowsze trio niekończących się asystentek,
ślicznotek z Ahabaru, z których większość była pozbawiona mózgu.
Inżynierowie, specjaliści od projektowania robotów, wybierali się do
Pierwszej Osady, by spotkać się z Samem Giratem, a ślicznotki miały
zostać w Centralnym Kierownictwie i dowiedzieć się, czego Horgy może ich
nauczyć. Dwie już miały okazję poznać próbkę jego możliwości i chciały
więcej.
Horgy zgromadził całą piątkę w Sali Kadrowej wokół komunikatora, który
wyświetlał oszałamiające obrazy towarzyszące jego doskonale
przygotowanej prezentacji. Horgy lubił te kursy. Lubił słuchać swojego
głosu -?głębokiego, ciepłego i pasującego do jego zmysłowych ust.
Kiedy się zebrali, komunikator już ukazywał elegancki model Układu, trzy
malutkie wewnętrzne planety wirujące na swoich orbitach, następnie
Thyker, Ahabar, Pas i w końcu Phansure. Okrojony model zawierał
wszystkie okupowane światy oraz większość okupowanych księżyców, ale nie
zewnętrzne planety, które się nie zmieściły, a poza tym nie były istotne
dla treści prezentacji. Horgy odchrząknął i model ustąpił miejsca
holograficznemu obrazowi Pasa, mijającego Bounce i Pedarię oraz kilka
innych z piętnastu tysięcy jego światów. Komunikator niepotrzebnie
wskazywał, że chociaż niektóre z planet były zamieszkane, innym tylko
nadano nazwy, a inne otrzymały numery i jeszcze ich nie zbadano.
Większość planet w Pasie była malutka, na kilku znaleziono życie,
niektóre miały własną atmosferę, na innych wytworzono ją sztucznie,
przeważnie umieszczając na orbicie potężne żagle słoneczne, które
gromadziły ciepło niezbędne do wzrostu roślin, by przekształcić je w planety uprawne.
-?Ten świat obecnie nazywamy Ziemią Hobbsa -?powiedział Horgy, a komunikator jak na zawołanie wyświetlił ciemnozieloną kulę otoczoną
ukośnym ciemniejszym pasem, niebieską na biegunach i poprzecinaną
cienkimi chmurami sięgającymi od polarnych oceanów do równika. -
Bezzałogowy okręt badawczy Theosphes K. Phaspe sporządził jego mapę i pobrał próbki mniej więcej sześćdziesiąt lat temu. Jakieś dwadzieścia
lat później, kiedy wzajemne położenie orbit Phansure i nowo opisanej
planety sprawiło, że stało się to ekonomicznie opłacalne, na Ziemi
Hobbsa powstała osada założona przez Spółkę Spożywczą Hobbs Transystem
pod kierownictwem Mysore Hobbsa Pierwszego.
-?Mysore Pierwszy zmarł w zeszłym roku -?odezwał się starszy z dwóch
Phansuryjczyków do jednej ze ślicznotek. -?Cudowny staruszek. Teraz
wszystkim kieruje Mysore Drugi.
Horgy przytaknął z uśmiechem, nie dając się wybić z rytmu.
-?Z głównej siedziby Transystemu na Phansure wysłano okręt z częściami
niezbędnymi do zbudowania Wrót oraz zespołem techników.
Komunikator ukazał techników uwijających się jak pchły. Nowo zbudowane
Wrota migotały błękitnym ogniem, gdy materiały budowlane, ludzie i maszyny pojawiły się na pasie transmisyjnym. Prezentacja holograficzna
pokazała maszyny i ludzi wznoszących budynki Centralnego Kierownictwa -
wieżę administracyjną, warsztat, magazyny, kwatery dla pracowników i gości oraz kompleks rekreacyjny -?które rosły jak grzyby po deszczu. Na
szczycie budynku Administracji migotał na czerwono i żółto napis:
"ZIEMIA HOBBSA, osada rolnicza Spółki Spożywczej Transystem".
-?Budowa kompleksu Centralnego Kierownictwa trwała w najlepsze, gdy
ekipy badające powierzchnię planety odkryły, że rzekomo niezamieszkany
świat tak naprawdę był domem ludu Owlbritów, przedwiecznej rasy, z której tylko dwanaścioro przedstawicieli dożyło kontaktu z osadnikami.
Obrazy przedstawiały malutkie wioski, okrągłe domki oraz grube,
przypominające rzepy istoty, które z trudem przemieszczały się na
delikatnych nogach.
-?Tylko dwanaścioro? -?spytał Theor Close, starszy z dwóch phansurskich
inżynierów. -?Naprawdę tylko dwanaścioro?
-?Zgadza się -?odrzekł Horgy stanowczo. -?A przynajmniej tylko tylu
udało się odnaleźć. No i trzech albo czterech z ich Bogów, z których
wszyscy poza jednym natychmiast umarli.
-?To smutne -?stwierdziła jedna z asystentek, smukła blondynka o niesamowitych rzęsach. -?Chociaż nie są zbyt ładni.
Horgy posłał jej obezwładniająco uroczy uśmiech. Dzięki niemu przekonał
do tej pory całe legiony asystentek -?Horgy zawsze zatrudniał kobiety -
że są najcudowniejszymi istotami we wszechświecie.
-?To rzeczywiście było smutne -?przyznał drżącym głosem. -?Ale masz
rację, nie byli zbyt ładni.
-?A więc co się stało z tą dwunastką ocalałych? -?wtrącił się drugi
inżynier, Betrun Jun.
-?No tak... -?Horgy przypomniał sobie, co mówił. -?Dzięki wysiłkom
czołowych filologów i ksenolingwistów udało się ustalić, że Owlbritowie
nie tylko nie są niechętnie nastawieni do obecności ludzi na ich
świecie, ale też cieszą się z powstania osady. Powiedzieli, że zostało
to przepowiedziane. Obiecali im to ich Bogowie, a w ten sposób miała się
spełnić ich wola.
-?To miło dla nas, ludzi -?stwierdził Betrun Jun i puścił oko do swojego
towarzysza.
Horgy przytaknął i kontynuował:
-?Ostatni z Owlbritów umarł mniej więcej pięć lat po założeniu osady,
ale ostatni z ich Bogów jeszcze do niedawna pozostawał w stanie, który
nazywano "życiem".
-?Dlaczego nic nie wiedziałam o tych Owlbritach? -?spytała ciemnowłosa
członkini tria Horgy'ego, oszałamiająco obdarowana przez naturę młoda
dama. -?Nie słyszałam o nich ani słowa.
-?Wygląda na to, że niczego nie zbudowali -?odparł z namysłem Theor
Close. -?Żadnych dróg, pomników ani miast.
-?Niczego nie stworzyli -?dodał drugi z Phansuryjczyków. -?Żadnej
sztuki, literatury ani wynalazków. Co po sobie zostawili, Endure? Kilka
zrujnowanych wiosek?
Horgy, zbity z tropu, ale wdzięczny za zainteresowanie, ponownie zebrał
się w sobie i uroczo uśmiechnął.
-?To w zasadzie wszystko. Z kosmosu te skupiska niewielkich budowli
przypominają kratery po upadku meteorytów i zapewne dlatego początkowo
je przegapiono. Badacze znaleźli dziesięciu żywych Owlbritów,
mieszkających pojedynczo lub w parach pośród ruin na skarpie. Odkryli
jedną w większości zburzoną wioskę na równinie, gdzie mieszkali dwaj
Owlbritowie, którzy twierdzili, że na nas czekali. "Czekali, aż ktoś się
pojawi", jak przetłumaczyli lingwiści. Właśnie tam założono Pierwszą
Osadę. Zamieszkała w niej dwójka ksenologów, którzy pozostali na miejscu
aż do śmierci ostatniego Owlbrita. Czytałem, że ostatni z nich
powiedział jednemu z lingwistów, że obserwowanie ludzi tak go ciekawiło,
że żył nadspodziewanie długo.
-?Zatem naprawdę nic po nich nie zostało -?rzekł Theor Close. W jego
głosie pobrzmiewały zarazem zachwyt i żal.
-?Ruiny oraz kilka słów i zwrotów, które przejęliśmy -?przyznał Horgy. -
Nazwy miejsc i przedmiotów. Kril to jedna z miejscowych ryb. Bondru
oznacza południe. Niestety możemy się tylko domyślać brzmienia tych
słów. Nie potrafimy odtworzyć dźwięków ich mowy.
-?To dlatego nigdy o nich nie słyszałam -?odezwała się brunetka. -
Zniknęli, zanim się urodziłam. -?Ton jej głosu wskazywał na to, jak
nieistotne było wszystko, co wydarzyło się przed jej przyjściem na
świat. Asystentki Horgy'ego często były zapatrzone w siebie.
Tyle że miała rację. Owlbritowie, lud bardziej enigmatyczny niż
legendarny, rzeczywiście zniknęli, z czego zdawali sobie sprawę
mieszkańcy Ziemi Hobbsa. Ksenologowie w różnych miejscach czytali lub
pisali książki na ich temat, ale żadne analizy nie wykraczały poza
przeświadczenie, że Owlbritowie kiedyś żyli, ale już przestali istnieć.
Horgy zwrócił się do inżynierów:
-?Zanim pójdziecie porozmawiać z Samem Giratem w Pierwszej Osadzie,
kilka słów o geografii Ziemi Hobbsa... -?Przywołał obrazy pofalowanych i niezwykle nudnych równin, by wrócić na właściwy trop.
Kiedy Samasnier Girat, jego siostra Saluniel oraz ich matka Maire
przybyli na Ziemię Hobbsa i po raz pierwszy postawili stopę poza
Wrotami, a wiatr wiejący na tym dziwnym świecie zmierzwił im włosy,
matka Sama uklękła i dotknęła gruntu.
"Dzięki Bogu!" -?wykrzyknęła Maire. "Nie ma tutaj żadnych legend".
Wypowiedziała te słowa z pewną fatalistyczną satysfakcją, jak kobieta,
która pakuje dobytek i postanowiła porzucić jakiś kłopotliwy przedmiot,
chociaż wie, że później będzie za nim tęskniła. Jej słowa, zbiegiem
okoliczności wypowiedziane w chwili ich przybycia, miały wagę proroctwa,
a całe to wydarzenie wydawało się tak nacechowane determinacją, że Sam
nigdy go nie zapomniał. Nawet kiedy dorósł, wciąż pamiętał dotyk wiatru,
woń powietrza -?którą zarówno wtedy, jak i później uważał za pustą -
udręczoną, ale piękną twarz matki pod ciemną chustką, jej ciężkie buty
obok jego drobnych stóp stojących na ziemi, oraz torbę, którą odstawiła,
a w której znajdowały się ich ubrania, lalka Sal i jego figurki
wojowników o imionach Gniew, Żelazo i Voorstod, choć mama nie pozwoliła
mu zabrać bicza. Torba była poprzecierana i poplamiona, miała skórzane
troczki, a mama niosła ją aż z miasteczka Scaery w Voorstodzie na
planecie Ahabar.
W dzieciństwie Sam zawsze uważał legendy za coś, co porzuciła jego mama.
Nie były czymś bezużytecznym, jak znoszone buty, tylko czymś
niewygodnym, z czym trudno podróżować, być może ciężkim, z wystającymi
gałkami albo nawet kółkami, ale i fascynującym. Chociaż sam nigdy o tym
nie wspominał i z pewnością nie pytał o to Maire, zakładał, że jedną z tych niewygodnych rzeczy, które mama pozostawiła, był tata Sama, Phaed
Girat. Nie miał pewności, czy kiedyś będzie zdolny jej to wybaczyć, czy
może już to nieświadomie uczynił.
Maire dała Samowi wybór, jeszcze w Voorstodzie na Ahabarze, w kuchni w Scaery, gdzie blask ognia wypełniał kąty cieniami, a wszystko przenikała
woń dymu. Sam nie pamiętał czasów bez tej woni i bez ziemistego zapachu
bladych narośli na wilgotnych ścianach. "Sal i ja wyjeżdżamy",
powiedziała mama. "Możesz zostać z tatą albo pojechać z nami. Wiem, że
jesteś za młody, by podjąć tę decyzję, ale muszę cię o to spytać. Sal i ja nie możemy tu zostać. Voorstod to nie jest miejsce dla kobiet i dzieci".
Chciał zostać z tatą. Ta odpowiedź czaiła się w jego krtani, lecz tam
pozostała. Od urodzenia dysponował cechą uznawaną przez niektórych za
zwykłą nieśmiałość, a która w istocie była nietypową dla dziecka
roztropnością. Często nie mówił tego, co przychodziło mu do głowy.
Pragnął zostać z tatą, ale zdawał sobie sprawę, że może nie przetrwać,
jeśli to zrobi. Tata raczej nie mógł mu pomóc w nauce czytania, ugotować
kolacji albo uprać ubrań. Nie robił takich rzeczy. Tata wyrzucał go
wysoko w powietrze i łapał, prawie zawsze. Podarował mu bicz i nauczył z niego strzelać oraz przewracać za jego pomocą butelki. Nazywał go "jego
silnym małym Voorstodyjczykiem" i nauczył go wołać "Gniew, Żelazo i Voorstod", gdy nadchodzili prorocy, a wszystkie kobiety musiały się
chować w swoich pokojach. Niestety zdarzało się, że tata prawie go nie
zauważał i warczał na niego jak jeden z niuchaczy przykutych za domem. W takich chwilach Sam myślał, że jego staruszek jest kimś innym, kto tylko
nosi maskę taty.
Poza tym zastanawiał się, czy po śmierci jego brata Maechy'ego -?mama
powiedziała, że nie żyje i nigdy nie wróci -?mama nie będzie
potrzebowała syna, który się nią zaopiekuje. Tata twierdził, że nikt nie
jest mu potrzebny. Ludzie Sprawy potrzebowali tylko siebie i Wszechmogącego, niezależnie od tego, czy pierwotnie byli ludźmi Gniewu,
Żelaza czy Voorstodu.
Dlatego Sam, roztropnie i posłusznie, zapewnił mamę, że dołączy do niej
i Sal. Kiedy Maire powiedziała mu, że będzie musiał zostawić bicz, uznał
to za swoją powinność, chociaż nigdy nie był pewien, czy podjął właściwą
decyzję, nawet gdy dorósł. Czasami śnił mu się tata. A przynajmniej miał
takie wrażenie, gdy się budził. Śnił także o dłoniach, które zakrywały
mu oczy, i głosie, który szeptał: "Nie widzisz ich, Sammy. Ich tam nie
ma. Nie widzisz ich". Budził się wściekły, że nie pozwolono mu zobaczyć
czegoś ważnego, że wybrał podróż do Ziemi Hobbsa albo że tata z nimi nie
pojechał.
Ale pamiętał tatę i domyślał się, dlaczego Maire zostawiła go razem z resztą legend. Tata był za ciężki, by go zabrać. Kiedy Sam wspominał
Phaeda Girata, właśnie takim go widział: niezgrabny i ponury kształt
pozbawiony uchwytów. Ta myśl w pewien sposób dodawała mu otuchy. Skoro
tatę tak trudno było przemieścić, to zapewne wciąż był w Voorstodzie,
gdzie Sam mógł go odnaleźć, gdyby kiedyś go potrzebował. Voorstod na
Ahabarze zawsze będzie w tym samym miejscu, na wpół ukryte pośród mgieł,
cuchnące dymem i bladymi grzybami porastającymi ściany.
Na Ziemi Hobbsa -?jak w większości miejsc w Układzie -?dzieci miały
wujków, a nie ojców, i Sam musiał dorastać pozbawiony pieczy starszego
mężczyzny. Chociaż Maire miała braci w Voorstodzie, żaden z nich nie
miał zamiaru zdradzać Sprawy poprzez wyprowadzkę z miasta. Sam udawał,
że jego figurki wojowników to ojciec i wujkowie. Stawiał je na stoliku
przy łóżku, gdzie mógł na nie patrzeć przed zaśnięciem. Gładko ogolony
Gniew w sandałach i kamizelce, z tarczą i mieczem, brodaty Żelazo w powłóczystej szacie i nakryciu głowy, z zakrzywionym ostrzem, oraz
wąsaty Voorstod w ciężkich butach i z biczem przy pasie. Jego imię
oznaczało "Bicz Śmierci" i był najbardziej surowy z całej trójki. Sam
uważał, że jego ojciec czasami go przypominał.
Sam wyrósł na obowiązkowego i upartego chłopca, który zgadzał się na
wszystko, by uniknąć kłopotów, ale potem i tak robił to, na co miał
ochotę.
Był posłuszny, ale nie potulny, do tego pomysłowy i pamiętliwy. Czasem
można było odnieść wrażenie, że kwestionuje wszystkie swoje doznania.
Jakby cukier nie był słodki, a ocet kwaśny, i oba kryły w sobie jakiś
inny smak. "Dobrze, ale...", zdawał się mówić, co irytowało wszystkich
wokół. Zachowywał się tak, jakby pod każdym doznaniem i za każdym
wyjaśnieniem kryło się coś ważniejszego i bardziej doniosłego.
W wieku około dwudziestu lat czasami kładł się na łóżku i patrzył na
nienazwane gwiazdozbiory, rozmyślając o sobie, o tym, czym jest Ziemia
Hobbsa i czy tam jest jego miejsce. Osadnicy rozmawiali o rozmaitych
światach, zarówno prawdziwych, jak i wyobrażonych. Ziemia Hobbsa musiała
być prawdziwa, bo kto zadawałby sobie trud, by wymyślić taki świat?
Nikt. Była to nudna i monotonna planeta, niewarta zachodu. Nie licząc
kilku punkcików (drobnych jak pryszcze) o powierzchni kilku tysięcy mil
kwadratowych, czyli pól, gospodarstw, winnic i sadów, gdzie żyli ludzie,
na tym świecie nie było żadnych śladów ludzkiej historii ani przygód.
Wzniesione ludzką ręką mury nie wspinały się na niskie wzgórza, menhiry
nie sterczały posępnie na skarpach, malunki przedstawiające zwierzęta
nie hasały w świetle pochodni w jaskiniach, pełnych cudów, tajemnic i niebezpieczeństw, przywołując wizje straszliwych prymitywnych czasów.
Oczywiście ludzie na Ziemi Hobbsa nigdy nie byli prymitywni. Przybyli
przez Wrota z bagażem opowieści, wspomnień i technologii z innych
miejsc. Przybyli z niespokojnego Ahabaru, opasanego morzami Phansure,
mosiężnego Thykera oraz rozmaitych księżyców. Przylecieli jako
cywilizowani ludzie, chociaż nie stanowili jednego narodu, co mogłoby im
zapewnić wspólną tożsamość, na jakiej zależało Samowi.
Tak naprawdę nie miało większego znaczenia, kto pojawił się na planecie.
Na Ziemi Hobbsa nie było żadnych pomników, wzniesionych przez
cywilizowane bądź niecywilizowane ludy. Nie toczono tutaj żadnych bitew,
nie pokonano żadnych wrogów. Krajobraz był nudny jak flaki z olejem,
nieskażony ludzkimi zmaganiami, wyzuty z triumfów.
Przynajmniej tak Sam sobie powtarzał, gdy leżał na swoim posłaniu i tęsknił za czymś więcej. Za czymś nienazwanym.
Kilka lat później w pewien rozgwieżdżony wieczór pocałował Chinę Wilm
przy zagrodach dla drobiu i uznał, że być może znalazł to, czego
pragnął. Przyglądał się nieznanym emocjom, by powiedzieć jej, co czuje.
Nie potrafił znaleźć właściwych słów i obwiniał o to Ziemię Hobbsa.
Chciał znaleźć poetyckie porównania, by opisać dotyk jej ust, które były
jak jedwab i miały niespodziewaną moc; szukał cudownych słów, by
opowiedzieć o niepokoju, który czuł w żołądku, podbrzuszu i umyśle, ale
nic na Ziemi Hobbsa nie było tak burzliwe ani zachwycające.
-?Sam, ona jest jeszcze dzieckiem! -?wykrzyknęła mama, nie tyle
przerażona, ile zażenowana. China Wilm była dwunastolatką, a Sam miał
dwadzieścia dwa lata.
Dobrze o tym wiedział! Ale był gotów na nią zaczekać! Obserwował jej
rozwój, odkąd była małym dzieckiem. Wybrał ją! Nie miał zamiaru jej się
narzucać, ale postanowił, że należała do niego, nawet jeśli nie zdawała
sobie z tego sprawy. Mimo ledwie dwudziestu dwóch wiosen był gorliwym i elokwentnym kochankiem, który miłował nie tylko ciałem, ale także
umysłem. Dlatego pocałował ją w niewinny sposób, powiedział tylko tyle,
by ją zaintrygować, po czym dał jej spokój -?na razie -?przekonany, że
to utracone legendy tak go frustrują. Był pewien, że pośród nich
odnalazłby wszystkie niezbędne porównania i przykłady. Gdyby miał okazję
porozmawiać z tatą, z pewnością dowiedziałby się od niego, jak to
wszystko poukładać.
Nieopatrznie powiedział to wszystko Maire Giret. Kiedy tylko te słowa
opuściły jego usta, zdał sobie sprawę, że nie powinien był ich
wypowiedzieć. Maire odwróciła się do niego plecami, a po chwili
uświadomił sobie, że się rozpłakała. Jej łzy zbiły go z tropu i spróbował naprawić sytuację.
-?Ale nie wszystko było złe w Voorstodzie! Byłaś tam kimś ważnym,
prawda, mamo? Ludzie pytali, czy jestem z ciebie dumny, byłaś sławna.
-?Tylko dla niektórych -?odrzekła, ocierając oczy. -?Dla nielicznych.
-?Dzięki swojemu śpiewowi -?ciągnął, z trudem podtrzymując rozmowę,
zastanawiając się, tak naprawdę po raz pierwszy, dlaczego przestała
śpiewać.
-?Tak. Właśnie dlatego -?odpowiedziała lekceważąco i zacisnęła usta.
-?Śpiewałaś o miłości, mamo?
Zaskoczona, roześmiała się chrapliwie.
-?O miłości, Sammy? O tak, śpiewałam o miłości. Z miłości. Dla miłości.
-?Czy w takim razie w Voorstodzie istniały legendy o miłości?
Wykrzywiła kącik ust.
-?Prorocy w Voorstodzie mówili, że to, co ludzie nazywają miłością, to
zwykła żądza i należy nad nią panować za wszelką cenę. Powiadano, że
kobiety prowokują tę nieświętą żądzę i dlatego powinny zasłaniać twarze
oraz ciała i przebywać w ukryciu. Mężczyźni byli zbyt wartościowi, by
wystawiać się na takie pokusy. To, co my czułyśmy, nie miało znaczenia.
Oni mogli paradować z odsłoniętymi twarzami, ale my musiałyśmy się
zakrywać. Takie nauki nie pozostawiają zbyt wiele przestrzeni na miłosne
pieśni.
Jego mina powiedziała jej, że miał na myśli coś innego.
-?O co chodzi, Sammy? -?spytała.
-?Muszę się dowiedzieć! -?wykrzyknął, chociaż wcale tego nie planował. -
Muszę się dowiedzieć... skąd pochodzimy.
Omal nie powiedział "kim jestem", powstrzymując się w porę. Miał
dwadzieścia dwa lata i mężczyzna w tym wieku z pewnością powinien
wiedzieć, kim jest. A on tak naprawdę nie był tego pewien. Próbował
zakładać różne maski, lecz żadna na niego nie pasowała. Maire nie
rozumiała go na tyle dobrze, by mu to powiedzieć.
-?Skąd pochodzimy -?powtórzył, uznając, że właśnie to miał na myśli.
Maire opowiedziała mu o swoim życiu w Voorstodzie, o drobnym
ciemnoskórym ludzie Gharm, który traktowano jak niewolników, a także o swoim małżeństwie z jego ojcem oraz powodach odejścia. Nim opowieść się
rozwinęła, na twarzy Sama pojawiła się typowa dla niego osobliwa mina.
Nie to chciał usłyszeć. Jej słowa spływały po jego uprzedzeniach jak
krople deszczu po liściu. Opowiadała o Fess i Bitty, swoich dziecięcych
przyjaciółkach z ludu Gharm, ale nie na takich wspomnieniach mu
zależało. Przecież nigdy nie spotkał żadnego Gharmijczyka. Odepchnął od
siebie ulotne wspomnienie dłoni zakrywających mu oczy i wmówił sobie, że
jej słowa nie opisują takiego Voorstodu, jaki nosił w sercu.
Mimo wszystko w jakimś sensie przyswoił tę opowieść. Później, kiedy
przebywał bardzo daleko od domu, wspominał Fess i Bitty, jakby
pochodziły z przeczytanej historii albo obejrzanej sztuki. Ale kiedy
Maire mu o nich opowiadała, po prostu jej nie słuchał.
Mniej więcej cztery lata po ich pierwszym pocałunku China Wilm dojrzała
do prawdziwej miłości. Miała szesnaście lat, co stanowiło akceptowalny
wiek na romanse oraz macierzyństwo pośród kobiet z Ziemi Hobbsa. Sam
miał dwadzieścia sześć lat i zdążył już doświadczyć miłosnych uciech za
sprawą licznych chętnych mieszkanek osady. Nie dał Chinie Wilm szansy
związania się z nikim innym. Ubóstwiał ją z całych sił i China wkrótce
urodziła mu syna, któremu nadali imię Jeopardy Wilm. W duchu Sam nazywał
siebie jego ojcem, chociaż nikt inny tak go nie określał. Jeśli ludzie w ogóle wspominali o ich wzajemnej relacji, mówili, że Sam jest
protoplastą Jepa, ale nawet tego słowa nie używano na co dzień. Jeżeli
kobieta nie popełniła jakiegoś oczywistego głupstwa, z genetycznego
punktu widzenia, nikogo poza nią nie obchodziło pochodzenie dziecka. Tak
było na Ziemi Hobbsa, Phansure, Thykerze, a nawet w większości miejsc na
Ahabarze.
Niezależnie od tego, jak nazywano rolę Sama, on dalej uwielbiał Chinę
Wilm, podziwiał ją i jej pożądał. Kłócił się z nią i awanturował, aż
pewnego dnia jego mama wzięła go na bok i powiedziała mu, że
najwyraźniej odziedziczył po ojcu okrucieństwo wobec kobiet, skoro nie
chce zostawić dziewczyny w spokoju.
-?Przyłapałam ją na płaczu -?powiedziała Maire. -?Zresztą nie pierwszy
raz. Spytałam, co się stało, a ona odpowiedziała, że to przez ciebie.
Wyznała, że nie wie, czego od niej pragniesz! Powiedziałam, że nie jest
jedyna, ponieważ ja też mam z tobą ten sam problem, ale przynajmniej już
dawno przestałeś mnie nękać! Zaakceptuj ją taką, jaka jest, albo zostaw
w spokoju, chłopcze. Nie jesteśmy w Voorstodzie, gdzie można zamęczyć
kobietę na śmierć, a potem ją pobić za to, że płacze. Jesteś na Ziemi
Hobbsa i jesteś jej winien chociaż odrobinę szacunku!
Zignorował to, co powiedziała o Voorstodzie, ale uważnie wysłuchał całej
reszty. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak jest uciążliwy. Czuł się tak
blisko związany z Chiną Wilm, jakby ona była częścią niego i mogła mu
pomóc lepiej zrozumieć siebie. Chciał dzięki niej poznać to, co było dla
niego zagadką, znaleźć swoje miejsce w świecie i poradzić sobie z tęsknotą, którą wzbudzała w nim Ziemia Hobbsa. Czasami ogarniało go
surowe uczucie, niczym młode wino, które drażni podniebienie, a czasami
doznawał pustki, jakby próbował połknąć wiatr. Myślał, że jeśli spłodzi
dziecko, poczuje, że stał się częścią Chiny i Ziemi Hobbsa, ale tak się
nie stało. Syn Chiny Wilm był tak silnie związany z klanem Wilmów, że
Sam Girat poczuł się jeszcze bardziej zagubiony i wyobcowany.
To wszystko w jakiś sposób łączyło się z legendami, które porzuciła jego
matka, i z ojcem, który został w Voorstodzie. "Maire to wszystko
zostawiła, ale ja nie!" -?krzyczał do swoich myśli w domu braci, tłukąc
pięściami w ścianę jak rozgniewany trzylatek. Wiedział, że nawet jeśli
będzie delikatniej traktował Chinę, to nigdy nie zostawi Jepa, choćby
tego wymagał zwyczaj. Znalazł sposób na przypodobanie się chłopcu!
Udał się do archiwum, z całkowicie niewinnymi zamiarami, i poprosił o bajki dla dzieci. Postanowił, że zostanie gawędziarzem, a to bezpieczne
hobby pozwoli mu zabawiać najmłodszych, nikogo przy tym nie obrażając.
Jednak w archiwum nie przechowywano opowieści dla dzieci. To, co jedna
kultura uznawała za właściwe dla nieletnich, dla innych mogło być
zakazane. Archiwum pod hasłem "bajki" przechowywało całe morze eposów i sag o władcach i włóczęgach, potworach, wojnach, krucjatach i wyprawach.
Oczom Sama ukazały się niezliczone mity, historie, dramaty i krotochwile, od których zakręciło mu się w głowie. Nie przyszłoby mu do
głowy, by odwiedzić archiwum w poszukiwaniu legend, których pragnął, ale
je tam odnalazł. Wszystkie. Co do jednej.
Na jakiś czas zanurzył się w archiwum, żył i śnił tym, co tam zobaczył,
nasiąkał tą wiedzą i pływał w niej jak ryba. Znalazł liczne ojczyzny i ojców, z których większość była bogami, herosami i królami. Uznał, że
właśnie tym powinien być ojciec: bogiem, herosem, królem!
Zwłaszcza jedna legenda zrobiła na nim wrażenie, zupełnie jakby sam ją
napisał. Pewien król wybrał się w podróż i spłodził syna. Ze
szlachcianką, ponieważ herosi nie zadawali się z pospólstwem. Potem
ruszył w dalszą drogę. Kobieta ani dziecko nie mogły zakłócić jego
misji, więc zakopał miecz i parę własnych butów pod ciężkim kamieniem i powiedział matce chłopca, że kiedy jej syn stanie się wystarczająco
silny, by dźwignąć ten kamień, będzie mógł zabrać miecz i buty, a następnie wyruszyć na poszukiwanie ojca. Syn z czasem nabrał krzepy,
znalazł buty i miecz, a potem także ojca i swoje przeznaczenie.
Przeznaczenie! Los! Cel życia ważniejszy od zwykłej egzystencji, który
jest jak dalekie światło lśniące na mrocznej górze! Jego serce
podpowiadało: "Wespnij się na nią". Każdy oddech podpowiadał: "Znajdź
je". Przeznaczenie wzywało Sama Girata. Wiedział o tym, zupełnie jakby
jakaś wyrocznia wyszeptała mu to do ucha. Ta opowieść traktowała o nim.
Pod wpływem nagłego olśnienia, które spadło nań jak grom z jasnego
nieba, zrozumiał, że Phaed Girat wcale nie chciał wypuścić go z rąk.
Gdzieś tam krył się kamień, pod nim spoczywała tajemnica, która mogła
pozwolić mu wrócić do domu, gdzie czekał na niego tata.
To nic, że Sam nie był skrępowany i mógł w dowolnej chwili wybrać się do
Voorstodu. Osadnicy nie byli niewolnikami, mogli swobodnie opuszczać
planetę. Dla Sama "powrót do domu" oznaczał coś więcej. Dla niego
znaczenie tej opowieści było jasne i nie ulegało wątpliwości. Jej
nielogiczność czyniła ją jeszcze pewniejszą i bardziej intrygującą.
Oczywiście, że ta historia była nielogiczna. Oczywiście, że była
dziwaczna. Legendy były osobliwe, a przeznaczenie nie musi kłaniać się
logice. Sam nigdy nie słyszał słów credo quia absurdum est, które
czasami cytowali Wybitni Uczeni, ale w mig pojąłby ich znaczenie.
Chociaż ta konkretna historia była najlepsza, Sam wkrótce doszedł do
wniosku, że wszystkie historie tak naprawdę są jedną opowieścią.
Wszystkie legendy są jedną legendą. A u podstaw każdej z nich znajduje
się potrzeba bądź pytanie skłaniające kogoś do wyruszenia w drogę, na
której czekają niebezpieczeństwa i radość. Wszyscy bohaterowie szukają
jednego: swoich ojców, nieśmiertelności, dobra, wiedzy albo kombinacji
tych cudów, a ich odnalezienie jest ich przeznaczeniem. Na poszukiwanie
niemal zawsze wyruszają mężczyźni, co również wiele nauczyło Sama i potwierdziło jego wcześniejsze opinie dotyczące Maire i Chiny. Nie ma
sensu zadawać kobietom pewnych pytań, ponieważ nie są zainteresowane
odpowiedziami. One po prostu nie rozumieją tych spraw!
Później Sam wielokrotnie wybierał się na długie spacery po skalistych
terenach na północy, gdzie przesuwał głazy, wierząc, że pod jednym z nich jego ojciec mógł ukryć miecz, buty albo jakiś inny przedmiot. Robił
to nawet wtedy, gdy uświadomił sobie, że "kamień" i "miecz" mogą mieć
znaczenie symboliczne. Robił to, chociaż wiedział, że Phaed Girat nigdy
nie postawił stopy na Ziemi Hobbsa. W świecie cudów Phaed mógł przecież
posłać kogoś, kto latał między planetami. Dlaczego nie miałaby to być
prawda? Ta zdolność wynikała z mocy ojca, herosa, króla, którzy mogli
uczynić niemożliwe możliwym.
Jeopardy Wilm miał kuzynkę, Sobotę, córkę siostry jego matki, Afryki
Wilm, która zaczerpnęła to imię z części archiwum dotyczącej Kolebki
Ludzkości. Tego języka już nikt nie używał. Osadnicy czasami wybierali
dawne imiona z uwagi na ich znaczenie, a czasem z powodu ich brzmienia.
Afryka Wilm wybrała Sobotę ze względu na brzmienie, a także dlatego, że
była to część serii słów, które mogła wykorzystać dla piątki albo
szóstki dzieci, które planowała mieć. Afryka później dodała do tej listy
trzech chłopców i kolejną dziewczynkę. Przypadły im imiona od Wtorku do
Piątku, a potem uznała, że piątka pociech wystarczy.
Od wczesnego dzieciństwa Sobota śpiewała. Nawet jako niemowlę
świergotała jak ptaszek. Na Ziemi Hobbsa było niewiele istot
przypominających ptaki i żadna z nich nie potrafiła ładnie śpiewać, więc
Sobota nie miała konkurencji w walce o funkcję głównej śpiewaczki osady.
Afryka oznajmiła surowym tonem swojej córce, że ta ma dar, na który sama
nie zapracowała, dlatego powinna ciężko pracować także w innych
dziedzinach i wykorzystywać talent, by dawać szczęście innym.
Sobota solidnie przykładała się do wszystkiego i jednocześnie śpiewała,
a kiedy miała około dziesięciu lat, poznała Maire Girat, która, choć już
się tym nie zajmowała, kiedyś była uznaną śpiewaczką. A przynajmniej tak
twierdziło wielu osadników, nawet ci z Phansure czy Thykera. Wielu z nich znało piosenki Maire Manone, gdyż takie nazwisko nosiła w Voorstodzie. To Maire nauczyła Sobotę oddychać, zmieniać powietrze w lśniącą kolumnę emanującą z płuc, bez najmniejszej pauzy, i budzić nuty
do życia. To Maire Girat nauczyła dziewczynkę ozdabiać piosenki trylami,
gamami i skokami, dzięki czemu jej głos płynął jak woda.
Zostały przyjaciółkami -?wysoka, wymizerowana, barczysta, milcząca
kobieta i drobna, gadatliwa, frywolna dziewczynka. Spędzały razem
mnóstwo czasu. Sobota zadawała pytania, a Maire odpowiadała powolnym,
rzeczowym głosem o szorstkich, kudłatych krawędziach.
-?Dlaczego już nie śpiewasz, Maire? -?spytała Sobota pewnego dnia.
Chciała zadać to pytanie już od dawna, ale zawsze coś ją powstrzymywało.
Wrażliwość lub skrupulatyzm podpowiadały jej, że odpowiedź sprawi
kobiecie ból.
-?Nie mogę -?odpowiedziała Maire ze smutkiem. Nie chciała rozmawiać z tym radosnym dzieckiem o Fess i Bitty ani o nawiedzających ją niegdyś
snach o wielkich hymnach rozbrzmiewających między gwiazdami. Muzyka
kiedyś bezustannie mieszkała w jej umyśle. Kiedy muzyka umarła, Maire
opuściła Voorstod, ale nie chciała o tym opowiadać.
-?Tutaj nie istnieje nic z tego, o czym śpiewałam, dziecko -?odparła. -
Śpiewałam o wzburzonych morzach i strzelistych górach. Tutaj ziemia
przypomina dziecięcą piaskownicę, jest gładka. O czym mogłabym śpiewać?
Sobota uważała, że nie brakowało dobrych tematów. Chociaż wszyscy
powtarzali, że Ziemia Hobbsa jest nudna, ona uważała ją za piękną.
Bardzo prostą i pospolitą, ale właśnie dlatego tak atrakcyjną.
-?W Voorstodzie zbierają się mgły, które tworzą niewielkie przestrzenie,
gdziekolwiek staniesz -?wyjaśniła Maire. -?Jeśli dziewczyna ma kochanka,
mogą spacerować sami, szczelnie otuleni, jakby na świecie nie było
nikogo poza nimi. Kobiety mogą zdejmować całuny i całować swoich
ukochanych, ryzykując dla miłości, ponieważ w każdej chwili z nieba może
opaść wiatr, rozwiać mgłę i nagle wszystko znów się ukaże -?potworne
kamienie, czarne i wysokie, oraz morze, w którym słońce odbija się jak w potężnym lustrze. Wszystko staje się zielone, błękitne i złote -?łąki,
góry i morze -?a kochankowie muszą czmychnąć. Właśnie o tym tam
śpiewałam.
-?Tylko o tym? O kochankach we mgle? -?W głosie Soboty pobrzmiewało
niedowierzanie.
Maire się zamyśliła. Kochankowie byli fikcją. Kobiety nie śmiały robić
takich rzeczy, a mężczyźni nie byli gotowi narażać w ten sposób swojego
życia, ale miło było przez chwilę udawać, że to prawda. Kłamstwo
zmieniło się w gorycz w jej krtani i wypluła je w postaci prawdy.
-?Okłamuję siebie i ciebie, dziecko. Nie śpiewałam o kochankach.
Śpiewałam o śmierci. Kiedy umarł mój synek Maechy, napisałam piosenkę.
Nosiła tytuł Ostatnia skrzydlata istota i opowiadała o aniele Nadziei,
który przychodzi do Scaery, by spytać, czy wezwałam go tak, jak wezwałam
inne anioły. Nadzieja była ostatnią skrzydlatą istotą.
Sobota popatrzyła z zachwytem w jej przymrużone oczy.
-?Co się wydarzyło? W tej piosence?
-?To, co zawsze się dzieje w Voorstodzie. Anioł umarł, tak jak pozostałe
anioły. Miłość, Radość, Pokój, wszystkie są martwe. Voorstod oddycha
śmiercią, tak zawsze powtarzałyśmy jako kobiety. A skoro umarła
nadzieja, nie mogłam już dłużej śpiewać, więc wyjechałam.
-?Jak ona brzmiała, Maire? Tamta piosenka?
-?Nie mogę jej zaśpiewać. Ostatnie słowa brzmiały: "...pocałuj mnie, mały,
żegnaj, mój mały, chodź ze mną, a wyruszymy".
Sobota pokręciła głową, wyraźnie zaskoczona.
-?Nie rozumiem.
-?Kobiety z Voorstodu to rozumieją. Opuszczamy Voorstod od stuleci.
Kiedy jesteśmy gotowe, gdy już powiadomiłyśmy naszych mężów, że
odchodzimy, a oni nas wyśmiali z niedowierzaniem, gdy spakowałyśmy
wszystko, co damy radę udźwignąć, i wypłakałyśmy oczy, mówimy "pocałuj
mnie" do naszych synów i mężów, "żegnaj" do nich i do wszystkich
przyjaciół oraz zmarłych dzieci, a potem "chodź za mną" do malców i córek, które zabieramy ze sobą. Pożegnałam się ze swoim synem Maechym,
który zginął z ręki Voorstodu. Nakazałam Samowi i Sal, żeby poszli ze
mną. To była moja ostatnia pieśń. Nigdy więcej nie zaśpiewam.
Na Ziemi Hobbsa nastaje noc, różniąca się, choć nikt tego nie
podejrzewa, od wszystkich innych nocy. Szepcze o ciążach bliskich
rozwiązania, o potwornych skrzydlatych prawdach, zwiniętych w łonie
cienia, gotowych wybuchnąć. Takie noce nie potrzebują księżyca, ponieważ
rozświetla je ich własny spokój.
Sam, który ma już dwadzieścia osiem lat, nie może zasnąć. Ciemność
tworzy namacalne cienie tętniące możliwościami. W taką noc można
wypowiedzieć słowo. Można wyznać prawdę. Coś może się wydarzyć. Sam tej
nocy nie ma ochoty przepychać głazów ani świecić pod nie malutką latarką
w poszukiwaniu sekretów. Ma już tego dosyć. Dlatego rusza na wschód,
poza teren osady, a potem z powrotem, szukając nieznanego, wędrując
wzdłuż pól, na których małe zagłębienia w ziemi lśnią srebrzyście w blasku gwiazd, a uprawy wyciągają się w górę, mamrocząc coś, zupełnie
jakby były rozumne. Wszystko efektownie błyszczy, jakby z nieba zstąpił
obłok cudów. Niewidzialna ręka prowadzi jego stopy, miękko stąpające po
ścieżkach, których Sam nie mógłby dostrzec w świetle dnia. Gwiazdy
obracają się nad nim i tworzą potężne koła światła, a on czuje ich
obroty, jakby to były elementy silnika. Sam Girat przemierza noc
potężnymi krokami i wraca do Pierwszej Osady wkrótce przed świtem, nie
pozostawiwszy za sobą ani odrobiny snu.
Niedaleko stoi świątynia Bondru Dharma, mała i ciemna, wydaje z siebie
odgłos przypominający dyszenie, przeciągłe wzdychanie, delikatne jak
oddech smacznie śpiącego dziecka. Powietrze unosi się w budynku,
przynosząc chłód. Bóg przysiadł w kolumnie wznoszącego się powietrza,
oblany światłem. Właśnie takim zapamiętał go Sam -?ta wizja nagle do
niego powraca, chociaż nie był w świątyni od lat -?i ogarnia go czuły
szacunek, a może tylko zaciekawienie włóczęgi, zmieniające się w coś
przypominającego sympatię.
Drzwi świątyni otwierają się łatwo, niemal same. Wklęsła posadzka nie
stanowi zagrożenia. Sam znajduje drzwi z kratą i kuca przed nimi. Wbija
wzrok w ciemność, wypatrując świateł, bladych gwiazdozbiorów ognia,
które pojawiają się w dolnej części ciała Boga i stopniowo się wznoszą,
po czym znikają w ciemności. Światła płyną w górę, jakby przemierzały
nieskończony kosmos.
Samowi opadają powieki. W nogach czuje wielokilometrową wędrówkę.
Przekonuje siebie, że odpocznie tylko kilka minut, a potem wróci do domu
braci. Po chwili zwija się w kłębek niczym robak w orzechu na posadzce
pokrytej mozaiką, opiera głowę na muskularnej ręce, podwija nogi i zasypia jak bezwładny kociak, podczas gdy światła Boga pulsują i gasną,
pulsują i gasną, pulsują i gasną.
Powietrze się unosi. Noc zbiera się w mroczne fałdy, jak sieć, którą za
chwilę ktoś zarzuci na świat. Na jej krawędziach kryje się światło świtu
napierające na horyzont. Kiedy Sam budzi się i wstaje, drobne macki
pełzające między kamieniami łaskoczą jego ciało, a on ze zdziwieniem
zauważa obecność; wyczuwa ją, zanim jest w stanie ją zobaczyć albo
usłyszeć. Coś roztopionego i złotego rozgrzewa powietrze w świątyni jak
rozpalony koksownik.
-?Spokojnie tutaj -?odzywa się ta obecność.
Sam widzi herosa i od razu go rozpoznaje. Heros lśni, jakby coś
rozświetlało go od środka, brązowy płomień, prześwitujący przez krótką
tunikę i tańczący wokół sandałów i miecza. Na posadzce obok niego, jakby
nieopatrznie porzucony, leży złoty hełm z herbem, który płonie jak małe
słońce.
-?Tezeusz -?wzdycha Sam, a jego głos zmienia się w modlitwę. -?Tutaj!
-?A dlaczego nie? -?pyta heros z serdecznym uśmiechem, łagodnie
przekrzywiając głowę, a jego oczy świecą. -?Przybyłem, by wyciągnąć do
ciebie braterską dłoń. Szukałeś mnie, prawda?
Sam chwilowo nie pamięta. Nie przyszło mu do głowy, żeby prosić o pomoc
Tezeusza, ale w tej samej chwili przyznaje, że być może pragnął... czyjejś
pomocy. Zatem dlaczego nie Tezeusza?
-?Naprawdę? -?szepcze i zastanawia się, czy to nie sen. Uznaje, że
wyszedłby na gbura, gdyby odmówił herosowi, nawet jeśli tylko go wyśnił.
-?Oczywiście, że tak.
-?Jak już mówiłem... -?ciągnie heros, krążąc po mozaice pod łukami -
...tutaj jest spokojnie, ale nudno. Możliwości przygód są ograniczone.
Najbliższa okolica nie napełnia zachwytem, nie jest majestatyczna, nie
budzi żadnych emocji poza apatią. Nie ma tutaj kanionów, urwisk, jaskiń.
Nie macie bandytów, despotów, Prokrustów, którzy by was ukształtowali...
-?Wszyscy jesteśmy ukształtowani -?protestuje Sam, dochodząc do siebie.
Uświadamia sobie, że tylko słucha z szeroko otwartymi ustami i nie
bierze udziału w tym, co się dzieje. -?O tak, wszyscy jesteśmy
ukształtowani! Mamy miejsce tylko na niektóre zwyczaje i postawy.
Konstruktywność. Niezawodność. Uczciwość i solidność. Nie mamy miejsca
na eposy, sagi ani legendy -?bełkocze, zaskoczony tym, że wcale nie jest
zaskoczony. Widzi herosa. To nie jest wyobrażenie, złudzenie ani
hologram. Kiedy wyciąga rękę, dotyka ciała, skóry i metalu. Kiedy
pociąga nosem, czuje pot. Oczywiście może mu się śnić, że dotyka i czuje... -?Wszyscy jesteśmy ukształtowani! Psychologicznie! -?wykrzykuje.
-?Przycięto nam wszystkie legendy. Jak gałęzie z drzewa.
-?Czyli wasze życie stało się nudne -?prowokuje heros z uśmiechem, lekko
z niego kpiąc. -?Nudne, Samasnierze Giracie. Czyż nie? Masz ochotę na
wyprawę, nieprawdaż? Zapewne tak samo jak kiedyś ja. W końcu jesteśmy
pobratymcami. Towarzyszami. Przybyłem, żeby ci pomóc.
-?Pomóc?
-?Podnieść kamień. Znaleźć sandały, dzierżyć miecz. Znaleźć ojca.
-?Ale ja wiem, gdzie on jest...
-?Ja też wiedziałem, gdzie jest mój ojciec. Co nie znaczy, że łatwo było
tam dotrzeć. Na drodze stało mi wiele przeszkód. Musiałem się pozbyć
wielu złoczyńców. Dokonać wielu bohaterskich czynów. A kiedy to wszystko
robiłem, pojawiały się kobiety, które podążały za mną, lgnęły do mnie.
Trzeba na nie uważać...
-?Jak to uważać?
-?Kobiety są podstępne.
-?Tak. -?Sam uświadamia sobie, że heros właśnie zdradził mu wielką
mądrość. -?To prawda.
-?Nie rozumieją mężczyzn. Czasami udają, że jest inaczej, ale naprawdę
ich nie rozumieją -?dodaje Tezeusz, a jego głos słabnie. -?Nie
postrzegają świata tak, jak my go widzimy...
Sam kiwa głową, wierząc w te słowa, chociaż nie jest pewien, co bohater
ma na myśli.
-?Potrzebujesz pasa, Samie Giracie -?szepcze heros. -?Nie będziesz miał
do czego przypasać miecza, gdy go znajdziemy.
-?Nie odchodź! -?wykrzykuje Sam, zauważając, że sylwetka bohatera staje
się wątła i mglista. Wyciąga rękę i dotyka czegoś gąbczastego,
nierzeczywistego.
-?Wrócę -?odpowiada heros szeptem. -?Później. Wypatruj mnie.
Po chwili już go nie ma. Znika także noc. Przez wąskie okna wciskają się
blade macki poranka i pełzną po posadzce świątyni. Sam wychodzi i patrzy
na niebo na wschodzie, gdzie świt kreśli rozciągającą się ku górze
fioletowo-śliwkową linię, która błyskawicznie eksploduje w różowe
światło dnia.
-?Widziałem go! -?woła z radosnym śmiechem. -?Naprawdę go widziałem.
Tezeusza! Widziałem go!
Bryka jak kozica. Tańczy. Swawolnym krokiem zmierza do domu braci,
wzbudzając zainteresowanie, zachwyt, a może także lęk w ludziach, którzy
wcześnie wstali i widzą, jak pląsa po ścieżce niczym młoda mleczna
vlisha. W domu kładzie się do łóżka i od razu zapada w głęboki sen,
podczas gdy świat budzi się do życia wokół niego.
W kolejnych latach Sam pamięta, jak obudził się po wydarzeniach w świątyni, z całkowitą pewnością, że heros był prawdziwy. Tego samego
dnia zaczął tworzyć pas na podstawie wzoru znalezionego w Archiwum.
Wykonał go z wyprawionej skóry, w której osadził półszlachetne kamienie.
Można je było znaleźć w strumieniach na całej Ziemi Hobbsa. Sam
specjalnie wybrał się na targ rzemieślniczy w Centralnym Kierownictwie,
żeby pożyczyć maszynę do polerowania. Nie przywykł do takiej pracy i zajęło mu to sporo czasu, ponieważ chciał, by pas był doskonały.
Kiedy skończył, powiesił gotowy pas w głębi szafy, za domowymi szatami.
Później, także za namową herosa, wykonał hełm ozdobiony złotymi
medalionami, by mieć na sobie odpowiedni strój, gdy znajdzie przedmiot
lub przedmioty pod kamieniem. Nie wątpił, że tego dokona. Tezeusz nie
pozostawił co do tego żadnych wątpliwości. Sam nie tylko odnajdzie
miecz, ale także przygody, wyzwania, które pozwolą mu zostać bohaterem.
Znajdzie swoje przeznaczenie, dostosowane do tego, kim naprawdę jest,
ponieważ z pewnością nie jest rolnikiem na nudnej Ziemi Hobbsa,
poświęcającym czas zbożom i roślinom strączkowym oraz hodowli mlecznych
vlishy o włochatych nogach.
-?Cierpliwości -?powtarzał heros.
Chociaż mijały lata, Tezeusz był zaskakująco słabo zniechęcony.
-?Cierpliwości. Nadchodzi ta chwila -?mówił Samowi. -?Zbliża się
nieuchronnie. Kiedy nadejdzie czas, to się wydarzy, po prostu.
Sam był cierpliwy. Skończył trzydzieści lat, potem trzydzieści jeden i trzydzieści dwa, a następnie został Przewodniczącym. To w pewnym sensie
wzmocniło jego cierpliwość. Jako Przewodniczący czuł się trochę jak
król, bohater, a nawet bóg, co na jakiś czas go zadowoliło.
A w Voorstodzie na Ahabarze wciąż żył jego ojciec, jak zawsze. Pośród
legend.
W Voorstodzie, w miasteczku Cloudport (często nazywanym po prostu
Cloud), przy brukowanej ulicy, prowadzącej od placu w górę wzgórza aż do
cytadeli proroków, stała Tawerna Pod Powieszonym Królem. Na jej szyldzie
widniał wizerunek króla w koronie, którego powieszono za nogi i przebito
sztyletami. Był to wyraz nienawiści mieszkańców Voorstodu wobec rodziny
królewskiej z Ahabaru, gdyż król na malowidle miał twarz pierwszego
władcy, króla Jimmy'ego. Nie było roku, by któryś z klientów nie
zaproponował przemalowania szyldu, aby przedstawiał oblicze i sylwetkę
aktualnej monarchini, królowej Wilhulmii. Jako że oznaczałoby to
konieczność zmiany nazwy tawerny, właściciel sprzeciwiał się temu
pomysłowi. "Królowie i królowe przemijają, a Tawerna Pod Powieszonym
Królem trwa wiecznie", żartował.
Przy stoliku w kącie, z blatem pokrytym okrągłymi plamami po kuflach
oraz przypalonymi śladami w miejscach, gdzie mężczyźni wytrząsali fajki,
siedział niewzruszony Phaed Girat o masywnej szyi i rozmawiał z drobnym
człowiekiem, którego dopiero co poznał, a który podobno został do niego
posłany z Sarby. Mężczyzna miał do powiedzenia kilka zabawnych rzeczy o Sarby, na dalekiej północy, gdzie mgły były gęste jak wełna. Twierdził,
że, podczas gdy w Cloud pranie schnie tydzień, w Sarby ubrania nigdy nie
są suche. Ludzie chodzą tam mokrzy jak żaby i oglądają słońce raz na
dziesięć lat. A przynajmniej tak powiedział ten drobny człowiek o żartobliwym głosie, ściągniętych nozdrzach i podejrzliwym spojrzeniu.
-?Co więc porabiacie tam w Sarby? -?mruknął Phaed, pocierając grubym
kciukiem bicz przy pasie. -?Pewnie macie mądrych proroków i licznych
Wiernych. Czekacie na apokalipsę i popieracie Sprawę, nieprawdaż? -
Uniósł czapkę i otarł czoło rękawem. W tawernie było ciepło, ponieważ
właściciel rozpalił ogień, by przegnać wilgoć.
-?Tak samo jak inni -?odrzekł mężczyzna. Nazywał się Mugal Pye i powiadano, że równie sprawnie władał słowem jak nożem. Słynął także z wprawnego posługiwania się rozmaitymi śmiercionośnymi materiałami
wybuchowymi oraz ukrytą bronią. Ponoć był pod tym względem sprytny jak
Phansuryjczyk. -?My w Sarby po prostu robimy to, co do nas należy.
-?No cóż, właśnie tego nam potrzeba. Ludzi oddanych Sprawie, mądrych
proroków i odrobiny szczęścia.
-?Bóg Wszechmogący kieruje, Bóg Wszechmogący daje pewność -?odparł z namaszczeniem mężczyzna. Prorocy nauczali, że Sprawa jest koniecznością,
ponieważ tak nakazał Bóg, a fakt, że królowa Ahabaru chwilowo się im
sprzeciwiała, nie miał większego znaczenia. Szczęście nie miało tutaj
nic do rzeczy.
-?Posłali cię do mnie, byś cytował aforyzmy? -?spytał Phaed.
Mugal zaśmiał się bezgłośnie, pokazując język w kąciku ust. Miał
wykręconą twarz o sterczących kościach policzkowych i spiczasty
podbródek. Spod przymrużonych i pomarszczonych powiek zerkały oczy jak
sztylety, jasne i przenikliwe. Trzeba było dwóch albo trzech takich jak
on, by dorównać Phaedowi Giratowi, ale najwyraźniej się tym nie
przejmował.
-?Wątpię, Phaedzie Giracie. Może chodziło raczej o to, by poznać twoją
opinię na różne tematy. Na przykład w kwestii trunków. Albo kobiet.
-?Trunków? Nie mam nic przeciwko, chyba że w pobliżu znajduje się jeden
z proroków. A jeśli chodzi o kobiety, to jakiejś potrzebujesz? Czy
raczej chcesz się którejś pozbyć? A może interesuje cię, co należy
zrobić, gdy któraś z nich nie daje ci spokoju? A jeśli po prostu chcesz
popieprzyć, to mogę sprzedać ci soczystą małą Gharmijkę, zaledwie
dziesięcioletnią, a ty ją sobie przygotujesz.
Mugal ponownie się roześmiał, tym razem przygryzając język wąskimi
białymi zębami.
-?Nie interesują mnie Gharmijki, tylko prawdziwe kobiety. A dokładniej
te z Voorstodu.
-?Co tym razem przeskrobały?
-?Dlaczego uważasz, że tak się stało?
-?A o co innego może chodzić? Jeśli ktoś stara się zaszkodzić Sprawie,
to właśnie kobiety. Jęczą, płaczą, biadolą i domagają się pokoju.
Prorocy zaiste obiecują raj, gdy mówią, że po apokalipsie nie będziemy
potrzebowali żon. -?Phaed wypił duży łyk z kufla i westchnął ze
znużeniem. -?Kobiety! Z ich kapłanami, kościołami i innymi bzdurami.
Stale narzekają na swoje nieznośne dzieci, wyprowadzają się na rolnicze
planety albo zamartwiają się o los szczeniaków z Gharm. Chyba nie
zaprzeczysz, Mugalu Pye? Kobiety są zakałą Sprawy.
Drobny mężczyzna przyglądał się Phaedowi spod przymrużonych powiek.
Pokiwał głową, chociaż nie wyglądało na to, by się zgadzał.
-?Pewnie tak. A skoro masz o nich takie zdanie, cieszę się, że to nie o nich mam z tobą rozmawiać.
-?Dla mnie to też ulga.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu, aż w końcu Phaed spytał z naciskiem:
-?A więc wysłali cię po to, żebyś porozmawiał ze mną o czymś konkretnym?
Kufel, z którego popijał drobny mężczyzna, zostawiał na blacie okrągłe
ślady.
-?Wysłali mnie, żebym porozmawiał o pewnej harfistce na Ahabarze, która
zwróciła naszą uwagę.
Phaed warknął cicho przez zaciśnięte zęby.
-?Wiem, o kogo chodzi! Czy w Sarby słyszeliście, co zamierza królowa
Ahabaru? Słyszeliście, że chce w jakiś tajemniczy sposób uhonorować tę
Gharmijkę? Co oni sobie myślą?! To policzek dla każdego mężczyzny z Voorstodu.
-?Dla nas wszystkich -?zgodził się Mugal Pye, a jego oczy zalśniły. -
Dla wszystkich, człowieku. Ta Gharmijka za długo panoszy się na
Ahabarze, zwraca na siebie uwagę i z nas kpi, podczas gdy tamtejsi
ludzie wychwalają ją pod niebiosa. Najwyższy czas położyć temu kres.
-?Jak ją nazywają? -?warknął Phaed. -?Stenta Thilion, prawda? Nadali jej
dwa imiona, jakby była człowiekiem. Ma jakieś potomstwo?
-?Miała partnera, ale on już dawno nie żyje -?odrzekł Mugal. -?Jeśli
chodzi o jej potomstwo, nie przebywa w Trzech Hrabstwach, tylko gdzieś
na Ahabarze.
-?Gdzie osiedli?
-?Słyszałem, że we wschodnich prowincjach, niedaleko Fenice.
-?Już wcześniej dobrze sobie radziliśmy na tamtych terenach.
-?To prawda, to prawda. Ale zawsze staraliśmy się, żeby to wyglądało na
wypadek, Phaedzie. To wydawało nam się najlepsze. Na Ahabarze lepiej nie
działać otwarcie.
-?Najwyższa pora to zmienić! Czas zacząć likwidować Gharmijczyków,
najlepiej całymi grupami.
Mugal Pye zmrużył oczy i z namysłem obrócił szklankę w dłoniach.
-?Niektórzy twierdzą, że sprowadzimy sobie na głowę wojsko.
-?Wiesz, że to bzdury. Wilhulmia nie wezwie wojska bez zgody Autorytetu
-?stwierdził Phaed i uderzył pięścią w stół.
Na Autorytecie, jednym z licznych księżyców Phansure, znajdowała się
siedziba władz Układu, podczas gdy armia rezydowała na innym satelicie,
zwanym Egzekucją. Od Autorytetu i Egzekucji zależały rządy Układu, a przynajmniej tak zakładano, chociaż niektórzy uważali, że Autorytet jest
w stanie zarządzać najwyżej niewielką radą.
-?Nadszedł czas, Mugalu Pye -?ciągnął Phaed. -?Co zrobi Ahabar? Powiem
ci, co zrobią. Królowa będzie się złościć i płakać, a potem nakaże
Autorytetowi, by nas zdyscyplinował. Oni z kolei po długim wahaniu nie
wypowiedzą się jednoznacznie i przekażą sprawę do Doradców Religijnych,
z zapytaniem, czy posiadanie niewolników jest zgodne z religią. Doradcy
następnie zwrócą się do Panelu Teologicznego, a my po to przekazujemy im
cenne metale i klejnoty, by zagwarantować sobie z ich strony brak
stanowczego stanowiska, choćby przez tysiąc lat. Ostatecznie nic się nie
wydarzy. Panel nie odpowie Doradcom. Doradcy nie odpowiedzą
Autorytetowi. Autorytet pozostanie bezczynny. Tak samo jak Ahabar.
Tymczasem będziemy mogli pozbyć się zdradzieckiej Gharmijki i zaszczepić
trwogę przed Wszechmogącym w tysiącach jej pobratymców!
-?Phaedzie Giracie, chociaż mogę tego pożałować, powiem ci prawdę.
Niektórzy z proroków się z tobą zgadzają.
-?A zatem zróbmy to.
-?No cóż, zrobilibyśmy, tylko nikt nie wie, gdzie na Ahabarze jest
Stenta Thilion. Królowa ukrywa ją i jej rodzinę. Właśnie dlatego
przychodzę do ciebie.
-?Potrzebujesz mojego nosa? Mam ją wywęszyć. Dobrze, znajdziemy ją! -
Phaed zmarszczył czoło. -?Każdy szanujący się muzyk musi od czasu do
czasu wyjść z ukrycia, żeby wystąpić. Dowiem się osobiście, kiedy i gdzie to się stanie.
Pili w milczeniu, nie zauważając Gharmijczyków, którzy zamiatali
podłogę, wycierali stoły i przynosili butelki z piwnicy. Gharmijczycy
byli drobni, ciemnoskórzy i pod względem intelektu przypominali
mieszkańców Voorstodu, ale pozostawali niewidoczni. Phaed nie myślał o nich, gdy głaskał swój bicz i marszczył czoło, planując, w jaki sposób
znajdzie harfistkę Stentę Thilion, której rodzina od trzech pokoleń
mieszkała na Ahabarze i która zyskała sławę we wszystkich prowincjach.
Harfistkę, której pradziadkowie uciekli z Voorstodu ponad sto lat
wcześniej, ale w północnych krainach wciąż byli traktowani jak zbiegli
niewolnicy.
Mugal Pye wypił nieco więcej niż powinien, a następnie wyszedł z tawerny, chwiejnym krokiem wspiął się na wzgórze, skręcił za róg i znalazł się przed drzwiami ciemnego wąskiego domu o zasłoniętych oknach.
Zapukał trzy razy, ponownie trzy razy, a potem jeszcze raz, opierając
się o drzwi, żeby nie stracić równowagi.
Drzwi otworzyły się ze skrzypieniem i na progu stanął starzec z białymi
włosami do kolan, niejaki Preu Flandry. Ostrożnie rozejrzał się po
ulicy, a następnie wpuścił Mugala do środka.
-?A więc go poznałeś -?odezwał się, kiedy Pye zdjął czapkę i rozpuścił
włosy, które opadły niczym mroczny deszcz aż do ud. Właśnie takie
fryzury nosili Wierni, ponieważ we włosach kryła się ich potęga.
-?Owszem -?przytaknął, odgarnął do tyłu splątane loki i z pośpiesznym
szacunkiem skłonił głowę przed niszą, w której znajdowała się czaszka. W taki sposób Wierni oddawali rytualny hołd śmierci.
-?No i co myślisz? -?spytał gospodarz, prowadząc go do zakurzonego
pomieszczenia po prawej stronie korytarza.
-?O czym?
-?O Phaedzie, człowieku! Pomoże nam czy nie?
-?Jest oddany Sprawie. Pomoże znaleźć Gharmijkę. -?Mugal Pye czknął i pokręcił głową.
-?Już wiedzieliśmy, że to zrobi! Po prostu potrzebowaliśmy jakiegoś
tematu do rozmowy. Bardziej interesuje nas jego żona. Wiemy, że był w niej zadurzony.
-?To było lata temu. Wtedy była młoda i ładna. Pewnie już nie jest.
-?Rozmawiałeś z nim o kobietach?
-?Owszem. -?Mugal raz za razem powoli przytakiwał, jakby zapomniał, że
jego głowa się porusza. -?Wydawało się, że nie jest nimi zainteresowany.
Wręcz przeciwnie.
-?Tego nas nauczono -?odrzekł cicho staruszek. -?Właśnie to nam wpajali
prorocy. "Porzućcie kobiety", powtarzali. "Nasza wiara jest wiarą dla
mężczyzn". Naucza się tak w całym Voorstodzie.
Mugala dalej kiwał głową, przyjmując tę prostą prawdę.
-?A więc Phaed miał żonę, którą był zauroczony. A ona odeszła, jak to
kobieta. -?Usiadł i z trudem zbierał myśli. -?Nie rozumiem, dlaczego
chcecie ją odnaleźć.
Staruszek pokręcił głową i zacisnął usta.
-?Prorocy tego pragną. Przez pokolenia powtarzali nam, żebyśmy porzucili
kobiety, a teraz stało się coś, co przekonało ich, że może zabraknąć
kobiet, które urodzą nam synów -?wyjaśnił niemal przepraszającym tonem,
ale w oczach Mugala i tak płonął gniew.
-?Sądziłem, że zbliża się eschatos, Preu Flandry! -?wykrzyknął napiętym
głosem. -?Koniec wszystkich rzeczy miał rychło nadejść. Obiecano nam
apokalipsę. Powiedziano, że nadejdzie za naszego życia!
-?Może tak się zdarzyć -?wyszeptał starzec.
-?Eschatos, koniec rzeczy, kiedy ruszymy przez światy z mieczem w dłoni.
-?Drobny mężczyzna podniósł głos, jak głodne dziecko narzekające na swój
los.
-?Może się tak zdarzyć -?powtórzył jego rozmówca, wykonując uspokajające
ruchy dłońmi.
Mugal Pye uderzał pięścią w stół w rytmie wypowiadanych słów.
-?Eschatos, kiedy ruszymy poprzez światy z mieczem w jednej i biczem w drugiej dłoni. Kiedy rzucimy te światy na kolana. Kiedy niewierni
zakrzykną "biada!", a poganie będą zgrzytać zębami, kiedy Bóg
Wszechmogący przybędzie jako słup burzy. -?Wytrzeszczył oczy. Światło w ciemnym pokoju osłabło i zamigotało, jakby pojawiła się jakaś ohydna
obecność, która je przyćmiła, jednocześnie rozniecając płomień w ich
sercach. Głos Mugala przypominał śpiew. -?Eschatos: kiedy rzeki spłyną
krwią, kiedy ciała odstępców będą się piętrzyły jak góry, kiedy
przestrzeń między światami wypełni smród śmierci!
-?Jeszcze może się tak zdarzyć -?zgodził się starzec, poruszony zapałem
Mugala. Kiwał głową w rytmie jego słów, a oba głosy zabrzmiały unisono:
-?Nie wiedzą, że czeka na nich śmierć. Nie wiedzą, że po nich przyjdzie.
A jednak tak się stanie.
Flandry łapczywie chwytał powietrze, wydając z siebie ciche odgłosy
przypominające stęknięcia rozkoszy, jakby czyjś dotyk wprawił go w ekstazę. Kiedy był chłopcem, opowieściom o apokalipsie zawsze
towarzyszyły cielesne pieszczoty, właśnie po to, by zawsze kojarzył te
słowa z przyjemnością. Niecierpliwie otarł wilgotny podbródek.
Na korytarzu, tuż poza ich polem widzenia, gharmijski niewolnik, który
mył schody, usłyszał jęki i przywarł do ściany. W takich chwilach lepiej
było nie zwracać na siebie uwagi. Opuścił głowę i pomyślał o wężu.
Gharmijczycy często właśnie tak postrzegali Voorstod. Tak jak wąż, mógł
leżeć na widoku i udawać coś innego. Tak jak wąż, mógł wydzielić
truciznę, na którą nie było odtrutki. Tak jak wąż, nie dbał o to, kogo
ugryzie, i mógł zabić ofiarę, nim ta zda sobie sprawę, że została
dotknięta.
Pomieszczenie, w którym siedzieli mężczyźni, pulsowało niczym serce
trzymane w zaciśniętej dłoni. Śpiew stopniowo ucichł. Z oczu wyznawców
uniosła się mgła i ponownie ujrzeli świat.
-?Jeśli apokalipsa nadejdzie jutro, jak nam zapowiedziano, to po co nam
synowie? -?spytał szorstko Mugal Pye.
-?Sprawy się opóźniły. -?Staruszek westchnął, łapczywie chwytając
powietrze opuchniętą krtanią.
-?Jak to opóźniły?
-?Coś się wydarzyło na Egzekucji. Coś, czego nie planowaliśmy. Podobno
nasi agenci zawiedli. Prorok pobladł z wściekłości, ale kiedy odzyskał
nad sobą panowanie, powiedział, że na wszelki wypadek musi stworzyć
plany dla kolejnego pokolenia. Jeśli koniec nadejdzie wkrótce, nie
zabraknie nam ludzi, ale jeśli będziemy musieli zaczekać dłużej... -?Preu
Flandry umilkł wyraźnie zagniewany.
Mugal jęknął.
-?Ale koniec miał nadejść już za chwilę! Praktycznie jutro, tak
słyszałem. Staliśmy na progu kresu! Rozkoszowałem się tym, Flandry.
Odkąd byłem małym chłopcem.
-?Podobnie jak ja, ale z jakiegoś powodu pojawiło się opóźnienie. A jeśli będziemy musieli zaczekać, potrzebne będzie kolejne pokolenie.
-?W takim razie po co nam te bzdury z żoną Sama Girata? Musimy
sprowadzić armagedon na cały Układ, a rozmawiamy o jednej głupiej
kobiecie!
Staruszek westchnął przeciągle i ponownie otarł podbródek.
-?Powiedziałem ci tylko połowę. Jako że w Voorstodzie zostało tak
niewiele kobiet, napaleńcy dają się prowadzić swoim żądzom na Ahabarze.
Udają się do abolicjonistów w Jeramish, gdzie narzucają się kobietom
siłą. Jeśli to będzie trwało, Ahabar zmobilizuje wojsko.
Mugal Pye wzruszył ramionami i uśmiechnął się kpiąco.
-?No i co? To nic nie znaczy. Autorytet nie pozwoli im zadziałać.
-?Płacimy Panelowi Teologicznemu wystarczająco dużo, by nigdy nie
wypowiedzieli się jednoznacznie na temat niewolnictwa, ale gwałty i porwania to coś zupełnie innego!
-?Nie uznają tego za kwestię religijną, prawda?
Preu skrzywił się w odpowiedzi na ten żart.
-?Raczej nie. A armia Ahabaru to nie przelewki. Chociaż królowa nie
zaatakowała nas z powodu Gharmijczyków, prorocy uważają, że zrobi to w odpowiedzi na kilkaset gwałtów w Jeramish, a jeśli prorocy czegoś nie
chcą, zwłaszcza tak blisko końca, to wojskowej okupacji!
Mugal podszedł do komody, znalazł butelkę i przyniósł ją do stołu razem
z dwiema szklaneczkami. Nalał i obaj pociągnęli po solidnym łyku,
rozważając te kwestie.
-?Nadal nie wyjaśniłeś, dlaczego mielibyśmy sprowadzić Maire Manone z powrotem! Ona jest już stara! Nie może mieć dzieci. A wątpię, że chcesz,
by głosiła abstynencję wśród napaleńców.
Siwowłosy mężczyzna parsknął.
-?Mugalu Pye, sądziłem, że masz więcej wyobraźni! Potrzebujemy jej ze
względów propagandowych! Musimy coś zrobić, by zatrzymać tutaj kobiety i sprowadzić inne z powrotem, potrzebujemy głosu, którego usłuchają. A jaka kobieta ma większy posłuch w Voorstodzie niż Maire Manone?
-?Propaganda? Nic więcej?
-?Symbol, tak mówią prorocy. Dobrze wiemy, że to, co powiemy dziesięć
razy, staje się prawdą, ale przekaz musi być wiarygodny. Prorocy
stwierdzili, że potrzebny jest symbol. Ktoś, kogo głos zostanie
wysłuchany, kobieta, która sprawi, że to zostanie potraktowane poważnie.
Któż nada się lepiej niż dawny Głos Voorstodu? Słodka Śpiewaczka ze
Scaery?
-?Tylko propaganda!
-?Przynajmniej pozornie, chociaż zapewne dojdzie też do rekrutacji.
Jeśli ktoś nas oskarży, możemy powiedzieć: "Porwana dziewczyna? Bzdury.
Usłyszała śpiew Maire Manone i przyszła do nas z własnej woli".
Mugal Pye pokręcił głową, rozmyślając o tym, jak dalekie od
apokaliptycznych wizji były te plany porwania. Zajmowali się takimi
głupstwami. Nieistotnymi i niegodnymi. Zacisnął usta, jakby chciał
splunąć, ale się powstrzymał. Prawdziwi Wierni wykonują bez zastrzeżeń
polecenia proroków, a skoro wydano taki rozkaz...
-?Właśnie dlatego chcieliśmy sprawdzić, co o tym sądzi Phaed -?rzekł
Preu. -?W końcu jest jej mężem.
-?Ale nie powiesz mu o tym.
-?Jeszcze nie. Dopiero kiedy będziemy bliżej celu.
-?A jak zamierzasz sprowadzić ją z powrotem?
-?Damy jej dobry powód do powrotu.
-?Chyba nie sądzisz, że Phaed się po nią wybierze?
-?Jeszcze nie podjęliśmy decyzji, Mugalu Pye. To musi wyglądać tak,
jakby wróciła z własnej woli, a naszym zadaniem jest wymyślenie sposobu,
by ją do tego skłonić.
-?Na twoim miejscu byłbym ostrożny podczas rozmowy o tym z Phaedem. To
jednak jego żona. Wciąż może coś do niej czuć.
-?Z pewnością -?szepnął Preu Flandry. -?Właśnie dlatego chcieliśmy,
żebyś wybadał jego stanowisko. W końcu każdy z nas musi złożyć coś w ofierze.
-?No tak, każdy -?zgodził się Mugal Pye. -?Ponieważ czeka nas nagroda.
Ponieważ nic nie stanie nam na drodze. Nic we wszystkich światach nam
się nie przeciwstawi. -?Ponownie uśmiechnął się gniewnie, a czaszka w zagłębieniu w ścianie odpowiedziała uśmiechem.
Gharmijski niewolnik wymknął się z korytarza, zastanawiając się, czy
istnieje jakieś miejsce, do którego Gharmijczycy mogliby uciec przed
zbliżającą się zagładą, którą Voorstod niedługo miał przynieść wszystkim
światom, i czy ktokolwiek może powstrzymać nadchodzącą grozę.
* * *
Obok zrujnowanej świątyni na północ od Pierwszej Osady w płytkim grobie
spoczywał Birribat Shum. Leżał tuż pod powierzchnią, z kawałkami korzeni
i okruchami liści na oczach, z cząsteczkami piasku między palcami stóp,
a drobne podziemne stworzonka pracowały nad jego dłońmi, których skóra
rozkładała się komórka po komórce. Birribat Shum leżał w glebie,
przykryty nagrzaną słońcem ziemią, ponad zacienionymi głębinami, wilgoć
wznosiła się obok niego i w nim, bulgoczące gazy przenikały porowatą
glebę, podczas gdy słońce wspinało się po niebie, zawisało nad nim w samo południe i znów zachodziło. Birribat Shum leżał w glebie, gdy
nadchodziła noc, ziemia stygła i wszystko opadało, jakby tuliło się do
gruntu, by o świcie ponownie się wznieść. Birribat Shum leżał w glebie,
a ona go pożerała.
W jego ubraniach zadomowili się mali intruzi, niektórzy z nogami, inni
bez nóg, zbyt mali, by ich zobaczyć, zbyt mali, by ich usłyszeć,
niewidzialni i niesłyszani. Pełzali wzdłuż szwów, kryli się w fałdach
gnijącej koszuli, gdzie się mnożyli, by skubać przemoczoną tkaninę i nieść jej kawałki do ziemi, oddziały rozpadu, armia zgnilizny, z każdym
dniem coraz liczniejsza.
Grunt ponad ciałem -?którego nawet nikt nie spiętrzył, by oznaczyć
położenie grobu -?stopniowo się zapadał, gdy zwłoki Birribata Shuma się
rozkładały, pozostawiając płytkie zagłębienie, w którym gromadziła się
woda powoli przenikająca w głąb, gdy słońce powracało i nagrzewało
ziemię. W tym zagłębieniu Samasnier Girat czasem kładł się późną nocą i rozmawiał ze swoim przyjacielem, nieświadomy tego, kto lub co spoczywa
pod nim.
Na skórze Birribata Shuma, w jego porwanych ubraniach, na krawędziach
butów, w wilgotnej plątaninie włosów, w zapadniętych oczodołach
gromadził się pył ze świątyni Bondru Dharma, pył, który pojawił się
nagle, gdy tylko Bóg zniknął -?ciemny i delikatny jak barwnik utarty w moździerzu, lekki jak piórko. Pojedynczy oddech mógł go rozwiać, ale w glebie, w której spoczywał Birribat, nie było żadnego oddechu.
Wilgotny pył osiadał w łonie ziemi, nasiąkał i się przemieniał.
Pojedyncze cząsteczki pęczniały i mnożyły się, raz za razem. Z pojedynczego ziarenka wyrosło włókno, cieńsze od włosa, białe jak
światło gwiazd. Lśniło blado, przeciskało się między małymi ziarenkami
piasku i mikroskopijnymi resztkami ciała, wyciągając się poprzez szmaty
ubrania ku glebie. Wpierw jedno, potem dwa, potem pięćdziesiąt, potem
pięć tysięcy. W końcu nie dało się ich zliczyć, aż ciało będące kiedyś
Birribatem Shumem pokryło gęste futro złożone z kruchych włókien,
otulających je, przenikających, pożerających i zużywających, aż
pozostały tylko twarde kości. Wokół nich nici również utworzyły grubą
powłokę, splatając się w twardą masę, walcowaty materac zbitych włókien,
którego krawędzie niezauważenie zlewały się z otaczającą glebą. Zwiewne
włókna rozprzestrzeniały się po okręgu, wnikały pod najbliższą
zrujnowaną świątynię, otaczały ją, brnęły ku osadzie, ku jej domostwom i sklepom, ku magazynom ze sprzętem, ku polom i łąkom, gdzie przebywali
ludzie.
Wszędzie tam, gdzie sięgała sfilcowana powłoka włókien, coś powoli
powstawało. Tutaj pojawiła się pojedyncza komórka, tam nasionko, tam
latorośl, coś malutkiego, co powoli rosło z każdym ciepłym dniem.
W glebie leżał Birribat Shum. A raczej to, co z niego pozostało; to,
czym się stał.
dwa
Po szkoleniu u Horgy'ego Endure'a Theor Close i Betrun Jun udali się do
parku pojazdów i wypożyczyli maszynę latającą. Podczas krótkiego, ale
nudnego lotu do Pierwszej Osady rozmawiali o tym, że ich pierwsze
wrażenia dotyczące Ziemi Hobbsa w pełni się potwierdziły. To był
monotonny świat. Dwaj inżynierowie przylecieli z rozświetlonego
wulkanami, opasanego oceanami kosmopolitycznego Phansure z dziesięcioma
tysiącami miast i miliardami niezwykle bystrych mieszkańców. Wszyscy
Phansuryjczycy wiedzieli, że ich planeta jest najpiękniejszym i jedynym
cywilizowanym światem w Układzie, być może nawet w całej galaktyce, a Betrun i Theor bez wątpienia byli Phansuryjczykami.
Nie byli jednak szowinistami. Wmawiali sobie, że Ziemia Hobbsa zapewne
jest całkiem ładna, tylko po prostu słabo obdarowana przez naturę i żałośnie mało rozwinięta. Przekonywali siebie nawzajem, że powinni być
mili dla Sama Girata, skoro biedak musi mieszkać w takim miejscu.
Sam również to sobie powtarzał. Skoro Mysore Hibbs II stale wysyłał
inżynierów i projektantów z Phansure na światy w Pasie, by coś
naprawili, odgrywanie roli gospodarza weszło mu w krew. Przed powitaniem
takich gości przypominał sobie, co jego nauczycielka ze szkoły średniej
mówiła o Phansure, zawsze z lekko kpiącym uśmiechem. Twierdziła, że
mieszka tam zbyt wielu ludzi, którzy są jak rój. Prawie nie mają lasów
ani zwierząt, a wszyscy wąchają sobie nawzajem pachy. Kiedy goście z Phansure grzecznie i efektownie przedstawiali się Samowi, jak mieli w zwyczaju, Sam zawsze traktował ich z wielką serdecznością.
Jako że obie strony bardzo się starały, wzajemne powitania przeciągały
się i były niezwykle wylewne, a dopiero kiedy rytuałom stało się zadość,
Theor Close i Betrun Jun odnieśli się do problemów, które Sam wymienił w oczekiwaniu na ich przybycie. Po krótkiej dyskusji udali się do szopy z ciężkim sprzętem, gdzie w pierwszej kolejności przyjrzeli się
poczerniałej wyrzutni.
-?Nie zaprojektowaliśmy tego -?stwierdził z niesmakiem Theor Close.
-?Wiem -?odrzekł cierpliwie Sam. -?Gdybyście to zrobili, nie mielibyśmy
problemu. -?Wszyscy Phansuryjczycy byli geniuszami. Każdy to wiedział.
Nie musieli mu o tym przypominać.
Theor nadął się z dumy.
-?Na czym polega problem?
-?Jeden z osadników doznał poparzeń twarzy i szyi. Podszedł za blisko i dopadły go płomienie odbite od tarczy.
-?Do czego tego używacie? -?spytał Betrun.
-?Niektóre składniki gleby się wyczerpują i musimy je odnawiać. Chodzi o tak mikroskopijne ilości, że nie opłaca się dodawać ich do nawozów,
dlatego czekamy na odpowiednie prądy powietrza, oddalamy się od osady
pod wiatr i używamy tej wyrzutni, by wyrzucić wybuchający pojemnik na
trzy kilometry w górę. W środku znajduje się bardzo drobna mieszanka,
którą wiatr przez kolejne dni równomiernie roznosi na powierzchni setek
kilometrów kwadratowych. To prymitywna i mało schludna metoda, ale
skuteczna i wydajna.
-?Wyrzutnia musi mieć komorę ochronną -?stwierdził Betrun Jun. -
Pierścień w kształcie torusa u podstawy. -?Szybko ją naszkicował. -?Z przegrodami.
Sam parsknął.
-?Śmiesznie wygląda. Jak pączek przebity rurą.
-?Nieważne, jak wygląda. Ognisty podmuch rozejdzie się wokół kręgu i nikogo nie poparzy. To prosta konstrukcja i od razu się nią zajmiemy.
Ile sztuk potrzebujecie?
-?Jedenaście, po jednej dla każdej osady plus kilka zapasowych.
Jun dodał jedenaście osad do swojej listy tutejszych placówek, na której
znajdowały się już kopalnie, fabryka nawozu oraz Centralne Kierownictwo.
-?Co dalej?
Sam odznaczył drugi punkt.
-?Coś się popsuło w podajniku paliwa w kultywatorze
siedemnaście-zero-jeden. Jeden z kierowców pochorował się od oparów
gozonu.
-?Komuś stała się krzywda?
-?Tylko kierowcy. Kręciło mu się w głowie i był wściekły, to wszystko.
-?Macie szczęście -?odrzekł Theor Close. -?Jeden z operatorów na Pedarii
zaciągnął się gozonem i zabił trzy osoby, zanim udało się go
powstrzymać.
-?Dziwne, że chemicy nie potrafią wymyślić czegoś bezpieczniejszego -
odparł Sam.
-?Wymyślili, ale nie jest tak wydajne. Jeśli stosuje się odpowiednie
zabezpieczenia, gozon nie jest groźny. -?Theor Close założył ochronną
maskę, którą wyjął z torby z narzędziami, a następnie otworzył klapę
kultywatora 1701 i wysunął zbiornik. -?Gdzie mam to położyć?
Sam obejrzał się i wskazał pusty stół roboczy pod ścianą.
Theor położył na nim zbiornik i wrócił do klapy.
-?Jeśli pojawiają się opary, zapewne macie problem ze szczelnością
zaworu. Tak samo było na Pedarii. Pracujemy nad nowym modelem, niedługo
wymienimy wszystkie podzespoły.
-?A co mamy robić, dopóki tak się nie stanie?
-?Na razie to naprawimy. -?Theor wsunął się do otworu i zaczął coś
mruczeć pod nosem. Potem wyskoczył na zewnątrz jak korek z butelki i zwrócił się do Betruna Juna: -?Rzucisz na to okiem? Musi być coś nie tak
z uszczelką, ale nie widzę żadnego uszkodzenia.
Jeden z osadników wjechał do szopy na niewielkim wielozadaniowym
traktorku, za którym ciągnął maszynę do natrysków.
Betrun wszedł do otworu.
-?Niczego nie znalazłeś, ponieważ nic nie jest uszkodzone! -?zawołał po
chwili. Jego głos odbijał się echem w zamkniętej przestrzeni, po czym
wyskoczył na zewnątrz jak ferf z dziury. -?Jesteś pewien, że to ten
sprzęt, Sam?
-?Tak -?odrzekł stanowczo Sam, porównując numer wymalowany na klapie z tym na liście.
Mężczyzna przy drzwiach zaczął wycofywać traktorek.
Jun zerknął jeszcze raz i wyjrzał na zewnątrz.
-?Coś musi być nie tak z samym zbiornikiem na paliwo. Gdzie go
położyłeś?
Sam obrócił się i w jednej straszliwej chwili zobaczył, jak maszyna do
natrysków uderza w stół, ten się przewraca, zepsuty zbiornik upada na
ziemię, a z niego tryska purpurowa mgiełka, która ogarnia kierowcę
traktorka.
-?Boże -?szepnął Theor Close, gwałtownie otwierając torbę z narzędziami
i wyjmując z niej kolejną maskę. Wepchnął ją w ręce Sama, a on przyjął
ją bez namysłu. Wbijał wzrok w kierowcę, który początkowo zastygł jak
manekin, ale już po chwili na jego twarzy pojawił się przebiegły grymas,
a następnie wściekłość. Mężczyzna obejrzał się na nich i zaczął powoli
schodzić z traktorka.
-?Pozabija nas, jeśli będzie miał szansę -?odezwał się Betrun Jun. -?Nas
albo kogoś innego, kto stanie mu na drodze.
Mężczyzna podniósł z podłogi stalowy pręt i ruszył w ich stronę. Był
potężny i poruszał się jak robot.
-?Hever, oddaj mi pręt -?odezwał się Sam.
-?On cię nie słyszy -?wyszeptał Close. -?Jest całkowicie zamknięty w sobie.
-?Hever -?powtórzył Sam. -?Oddaj pręt. Daj mi go. -?Odsunął się od
pozostałych, ściągając na siebie wzrok kierowcy. Przemieszczał się
powoli, żeby mężczyzna nie stracił go z oczu.
-?Czy jest jakaś odtrutka? -?spytał.
-?Nie -?odrzekł Close. -?Nie tutaj.
-?Masz coś, co może pozbawić go przytomności? -?spytał Sam.
-?Nie przy sobie.
-?Więc jaki z ciebie pożytek? -?żachnął się Sam, nie przestając się
przesuwać. -?Na ścianie wisi apteczka. To czerwone pudełko. W środku są
ampułki ze środkiem przeciwbólowym. Myślisz, że uda ci się do niej
dotrzeć?
-?Masz przy pasie broń -?zauważył Jun. -?Szczypce do metalu.
-?Jest jakiś konkretny powód, dla którego życzysz Heverowi śmierci? -
spytał Sam. -?Albo kalectwa? Przecież się z tego otrząśnie, prawda?
-?W końcu tak -?przyznał Close, któremu zaschło w gardle, gdy patrzył,
jak Jun cofa się w stronę apteczki. -?Ale nie jestem pewien, czy środki
przeciwbólowe go uśpią. Te opary, których się nawdychał, czynią ofiarę
trzy do czterech razy silniejszą i szybszą od normalnych ludzi.
-?Możemy spróbować, prawda? -?spytał Sam, nie zatrzymując się ani na
chwilę. Doprowadził złowrogo milczącego kierowcę prawie do drzwi i teraz
wiódł go z powrotem. -?Nie mogę ryzykować wypuszczenia go na zewnątrz.
Mógłby zobaczyć kogoś innego.
-?Mam ampułki -?wyszeptał Jun.
-?Myślisz, że dasz radę... położyć je gdzieś na mojej drodze? Na przykład
na osłonie tamtego małego kombajnu?
Jun bezszelestnie zbliżył się do maszyny i położył na niej leki.
-?Otwórz je! -?poprosił Sam. -?Na litość boską, człowieku, nie będę miał
na to czasu.
Jun ponownie wziął opakowanie do rąk, wytrząsnął pół tuzina ampułek na
dłoń, a następnie ułożył je na płaskiej osłonie.
-?No dobrze -?powiedział Sam, wciąż sunąc tanecznym krokiem, prowadząc
milczącego mężczyznę o martwym obliczu. -?Obok apteczki znajduje się
przycisk alarmowy. Czy mógłbyś go wcisnąć i powiedzieć, bardzo wyraźnie,
że musimy kogoś obezwładnić i unieruchomić?
-?Sam, czy mógłbyś przynajmniej wyjąć szczypce zza paska? -?poprosił
Close.
-?Muszę mieć wolne ręce -?odparł Sam. -?Stań za kombajnem, Theorze, żeby
Hever cię nie zauważył, kiedy będziemy szli w tamtą stronę.
Theor go posłuchał.
Milczący mężczyzna zaatakował. Rzucił się na Sama i groźnie zamachnął
się prętem. Sam odsunął się na bok, podstawił napastnikowi nogę i skoczył w stronę kombajnu. Chwycił ampułki i wrzucił je do kieszeni.
Zdjął osłonki z igieł i zacisnął dłonie na dwóch ampułkach, a kiedy
Hever podniósł się z podłogi, dopadł do niego i wbił mu igły w plecy.
Potem odrzucił puste ampułki i wyjął z kieszeni kolejne dwie.
-?No dalej, Hever -?wyszeptał. -?Oddaj staremu Samowi pręt, bądź
grzeczny.
Hever go nie słyszał, jego wyraz twarzy nie zmienił się ani o jotę. Sam
równie dobrze mógłby mu wstrzyknąć dwie porcje wody. Wydawało się, że
mężczyzna nawet przyśpieszył. Ponownie zamachnął się prętem, a ten minął
głowę Sama o centymetry. Sam uchylił się i wbił igły w klatkę piersiową
napastnika. Hever próbował go pochwycić, ale Sam przetoczył się po
podłodze, a potem wstał i wyjął z kieszeni ostatnie dwie ampułki.
-?Obezwładnić i unieruchomić -?powtarzał Jun raz za razem. -?Doszło do
wycieku paliwa. Musimy kogoś obezwładnić i unieruchomić. Proszę się
pośpieszyć.
-?Sam, na miłość boską -?prosił Theor Close. -?Przynajmniej odetnij mu
jedną nogę. Potem możemy mu wyhodować nową na Phansure!
-?To nie takie proste -?wydyszał Sam. -?Będzie niesprawny przez dłuższy
czas, a jest mi potrzebny. Produkcja już i tak spadła. -?Skoczył
naprzód, potem odskoczył do tyłu i znów zaszarżował. -?Poza tym utrata
kończyny jest bardzo bolesna. Podobnie jak wyhodowanie nowej!
Hever ponownie zamachnął się prętem i tym razem zdołał zahaczyć Sama.
Tylko trącił go w rękę, ale ta od razu zdrętwiała i ampułka wysunęła się
z dłoni na podłogę.
-?Psiakrew -?zaklął Sam. -?A niech to. -?Padł na jedno kolano i podniósł
ampułkę. Próbował zgiąć rękę, lecz ta nie chciała go słuchać.
Hever zbliżył się, wymachując prętem...
A potem nagle upadł na twarz niemal w tym samym miejscu, w którym
przyklęknął Sam. Jeszcze przez chwilę się wił, po czym znieruchomiał.
W drzwiach stanęli trzej osadnicy z paralizatorami i kajdankami.
-?Nie żyje? -?spytał jeden.
-?Wstrzyknąłem mu cztery ampułki środka przeciwbólowego -?wyjaśnił Sam.
-?Ale i tak może się ocknąć i znów wpaść w szał, więc nie ryzykujcie.
-?A co z tobą?
Sam wzruszył ramionami ze zbolałą miną.
-?Chyba mam złamaną rękę.
Theor i Betrun poszli razem z nim na oddział szpitalny i czekali, aż
lekarze zbadają i unieruchomią rękę. Sam dostał zastrzyk środka
leczącego oraz środka przeciwbólowego i usłyszał, że ma wrócić do domu i odpocząć do końca dnia.
-?Wybaczcie -?rzekł do Phansuryjczyków. -?Ręka nie jest złamana, ale nie
czuję się na siłach, żeby iść do pracy.
-?Nic nie szkodzi -?odrzekł Theor Close. -?Naprawdę, Sam, to żaden
problem.
-?Możecie wrócić beze mnie i skończyć to, co zaczęliśmy -?zaproponował
Sam. Zatoczył się, a obaj mężczyźni go podtrzymali, po czym poprowadzili
w stronę domu braci.
-?Moglibyśmy to zrobić -?przyznał Betrun Jun. -?Powiedz mi, Sam, czy ten
człowiek... Hever... jest twoim przyjacielem?
Sam popatrzył na niego obojętnie.
-?Nie, raczej nie.
-?Aha -?odrzekł Jun. -?No nic, myślę, że możemy jeszcze trochę
popracować, a potem... pozwiedzać, dopóki nie poczujesz się lepiej.
-?Nie wiem, co tutaj można zwiedzać. Wszystko wygląda podobnie. -?Sam
wskazał zdrową ręką otaczające ich pola. -?Na północy jest skarpa. -
Wskazał pojedyncze wzniesienie, które przypominało węża opasującego
świat i po obu stronach kończyło się urwistymi klifami. -?Tam znajdują
się ruiny wiosek Owlbritów, jeśli coś takiego was interesuje. W okolicy
można też znaleźć kilka jezior i przedstawiciela miejscowej fauny, czyli
zwierzę, które nazywamy wyżynnym wszystkożercą. Ma tak wytrzymały
żołądek, że żywi się niemal wszystkim, wliczając skały. Może uda się wam
go zobaczyć.
-?Skarpa wydaje się niezbyt ciekawa -?odrzekł ponurym głosem Jun. Był
zły na siebie, na Theora, na wszystko. Postanowił, że w przyszłości
każdy phansurski inżynier będzie wyposażony w paralizator. Wydawało się
to oczywiste, ale z jakiegoś powodu nigdy o tym nie pomyślał. -?To
bardzo nudna planeta, z geograficznego punktu widzenia.
Theor Close go kopnął, ale bezskutecznie.
Jun przeszedł na pedantyczny ton.
-?Oczywiście to jej zaleta. Znacznie ułatwia to zadanie projektantom,
którzy nie muszą radzić sobie z ekstremalnymi warunkami.
-?Może i nudna, ale doskonale nadaje się pod uprawy -?odrzekł Sam,
dziwiąc się, dlaczego poczuł się osobiście urażony.
-?Myślę, że powinniśmy wrócić do tamtego kultywatora -?zaproponował
Theor Close i wbił wzrok w zawstydzoną twarz Juna. -?W końcu
zostawiliśmy tam wadliwy zbiornik. -?Poklepał Sama po ramieniu i wyszedł
z domu braci, zabierając Juna ze sobą.
-?Po co poruszyłeś ten temat? -?warknął po chwili. -?To nie jego wina,
że ten świat jest taki nudny.
Betrun Jun przez chwilę się nad tym zastanawiał, starannie i analitycznie, jak mieli w zwyczaju Phansuryjczycy.
-?To chyba dlatego, że dokądkolwiek polecimy, czuję się... lepszy -
odrzekł w końcu. -?Nieważne, gdzie jesteśmy. Na Thykerze. Na Ahabarze.
Wszędzie. Jesteśmy najmądrzejsi. Najlepsi. Rozumiesz, o co mi chodzi.
-?Rozumiem -?przyznał Theor i oblał się rumieńcem.
-?Ale on... Przy nim poczułem się... sam nie wiem.
-?Ponieważ nie chciał skrzywdzić tamtego człowieka?
-?Tak, właśnie dlatego.
-?Masz rację -?odrzekł Theor. -?Mi też wydało się to dosyć... niepokojące.
-?Nawet nie brał tego pod uwagę!
-?No właśnie.
-?Wszyscy mogliśmy zginąć! Mógł chociaż rozważyć taką możliwość!
Theor Close pokiwał głową.
-?Oczywiście miał wtedy pełne ręce roboty, a gdyby chodziło o ciebie,
też pewnie byś wolał, żeby Sam nie odciął ci nogi.
Betrun Jun się skrzywił.
-?Pewnie masz rację.
-?Gdyby kiedyś wydarzyło się coś... niebezpiecznego, wolałbym, żeby na
czele stał właśnie ktoś taki.
-?Już podjąłem decyzję.
Theor poklepał kolegę po ramieniu.
-?Chodźmy sprzątnąć tamten zbiornik z paliwem, zanim komuś innemu stanie
się krzywda.
Sam wszedł do swojego domu braci w paskudnym nastroju. Bolała go ręka, a z perspektywy czasu było mu głupio, że pozwolił się tak uszkodzić. Nie
było to zbyt... bohaterskie. Powinien ruszać się szybciej. Stary Hever
zazwyczaj był dość ślamazarny. Sam czuł się otępiały za sprawą środka
przeciwbólowego, a do tego zirytowali go ci dwaj Phansuryjczycy.
Wiedział, że Ziemia Hobbsa to nic specjalnego i trudno tutaj o przygody
-?Tezeusz sam to powiedział -?ale nie musieli mu o tym przypominać ci
dwaj mądrale z Phansure.
Wydobył butelkę wina ze skrytki i usiadł w swoim pokoju, żeby się napić
i pobawić książkami, dopóki nie zachce mu się spać albo nie poczuje się
lepiej. Zabawa książkami zazwyczaj poprawiała mu humor.
Zajął się oprawianiem książek kilka lat przed tym, jak został
Przewodniczącym, i podtrzymywał tę pasję, mimo przekonania wielu osób,
że nie zdoła pogodzić tego hobby z licznymi obowiązkami.
-?Nie będziesz już miał czasu na swoje książki -?współczuła mu matka,
kiedy został wybrany na Przewodniczącego. -?Wielka szkoda, bo bardzo je
lubię, Sammy. Tak ładnie pachną.
To rzeczywiście była prawda, ponieważ używał rzadkich skór i drewna,
które zdobywał na rynku rzemieślniczym w Centralnym Kierownictwie. Treść
książek oczywiście była generowana przez Archiwum, chociaż Sam starał
się mieć kontrolę nad ich rozmiarem, rodzajem czcionki oraz ułożeniem
akapitów. Ponadto wybierał ilustracje, każdorazowo decydując, czy dany
tom będzie ilustrowany w stylu drzeworytów, grawerunków czy malowideł
lub nawet fotorealistycznych obrazów, które Archiwum potrafiło generować
równie łatwo jak tekst. W każdej książce znajdowały się jedna bądź kilka
opowieści, które znalazł w Archiwum -?zaczął od historii Tezeusza -?za
każdym razem zmodyfikowane i wzbogacone przez Sama, napisane od nowa, by
zabrzmieć odpowiednio heroicznie, tak jak lubił. Po wydrukowaniu
oprawiał je w twarde, solidne okładki z eleganckimi wyklejkami, które
zamawiał u pewnej kobiety w jednej z pozostałych osad, i z tłoczonymi
złotymi tytułami. Kiedy kończył pracę, jego dzieła wyglądały jak tomy
przechowywane w próżniowych pojemnikach w muzeach, których liczące kilka
tysięcy lat tytuły przypominały o Kolebce Ludzkości.
-?One tak ładnie pachną -?powiedziała Maire, choć nigdy nie przyszło jej
do głowy, by zapoznać się z ich zawartością. Nie przeczytała ani jednej
ze staroświeckich książek, zresztą jak większość osób, nie licząc ludzi
na uczelniach i w wielkich bibliotekach. Jeśli ktoś chciał poznać treść
któregoś z tych starych tomów, o wiele łatwiej było poprosić o jej
streszczenie, komentarz, a nawet efektowną adaptację.
-?Po co poświęcasz na to tyle czasu? -?spytała Sal, nie dopuszczając
dzieci do półek, by nie ściągnęły książek na ziemię i ich nie popsuły.
Sam sięgnął po swój ulubiony tom i usiadł z dzieckiem na kolanach. Dwoje
dzieci stanęło za jego plecami, a on pokazywał im ilustracje i zachwycał
opowieścią o starożytnym bohaterze z Kolebki Ludzkości, któremu ojciec
pozostawił miecz i parę butów pod ciężkim kamieniem. A kiedy heros już
odnalazł ojca, został posłany do walki z podłym Minotaurem.
-?Dlaczego król to zrobił? -?zapytał najstarszy z siostrzeńców Sama. -
Przecież Tezeusz dopiero do niego przybył.
-?Kto to jest ojciec? -?spytał chłopiec, drugi pod względem
starszeństwa.
-?To ktoś taki jak protos -?odpowiedział Sam, lekko rozdrażniony. -?Król
wiedział, że jego syn chce być bohaterem, więc pozwolił mu dokonać
czegoś heroicznego. -?W Archiwum tego nie napisano, ale Sam uznał, że
właśnie tak musiało być, a Tezeusz nie zaprzeczył.
-?Mogłem być bezpieczny w Atenach -?wyjaśnił mu heros. -?Ale samo
bezpieczeństwo by mi nie wystarczyło, dlatego zgłosiłem się na ochotnika
do wyprawy na Minos. Ruszyłem na spotkanie z Minotaurem z pieśnią na
ustach. A przynajmniej można to było wyczytać z mojej twarzy. -?Gdy się
uśmiechnął, jego twarz upodobniła się do maski, która promieniowała
pewnością siebie i odwagą.
-?Wiem -?westchnął Sam. -?Musiałeś bez mrugnięcia okiem stawić czoło
niebezpieczeństwom i śmierci, by udowodnić, że jesteś godzien zostać
królem.
-?Ale bohater i jego ojciec ostatecznie zostali ze sobą, prawda? -
spytała Sal cierpkim tonem, który Sam zignorował. -?Taki jest sens tej
opowieści, zgadza się?
-?Pewnie tak -?odrzekł Sam, przypominając sobie, że opowieść wcale nie
skończyła się tak szczęśliwie. Ojciec herosa zginął z powodu czegoś, co
jego syn zrobił albo czego nie zrobił. Ale właśnie tak działa
przeznaczenie. Śmierć od początku była mu pisana.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki