Podniebny taniec. Wyspa Trzech Sióstr - Nora Roberts

Kup ebooka

36.00 zł
29.88 zł (25,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Salem, stan Mas­sa­chu­setts 22 czerwca 1692

Spo­tkały się pota­jem­nie w zie­lo­nym mroku głębi lasu, na godzinę przed wscho­dem księ­życa. Wkrótce naj­dłuż­szy dzień roku miał przejść w naj­krót­szą noc -?noc świę­to­jań­ską.

Nie przy­były tu po to, by świę­to­wać, dzię­ko­wać za świa­tło i cie­pło. Ta noc była ponurą porą zabo­bonu i śmierci.

Wszyst­kie trzy ogar­niała trwoga.

-?Czy mamy wszystko, co trzeba? -?Jedna z nich, nazy­wana Sio­strą Powie­trze, bar­dziej nacią­gnęła kap­tur, tak, by w świe­tle giną­cego dnia nie było widać żad­nego jasnego kosmyka wło­sów.

-?To, co mamy, powinno wystar­czyć. -?Sio­stra Zie­mia poło­żyła swoje zawi­niątko. Co się wyda­rzyło i co jesz­cze miało się zda­rzyć dopro­wa­dzało ją do łez i sza­leń­stwa, ale ukryła głę­boko tę część swej istoty. Pochy­liła głowę i jej gęste ciemne włosy opa­dły luźno.

-?Czy nie ist­nieje dla nas inne wyj­ście? -?Sio­stra Powie­trze dotknęła dło­nią ramie­nia Sio­stry Ziemi i obie popa­trzyły na trze­cią towa­rzyszkę.

Stała smu­kła i pro­sta. W jej oczach widziały smu­tek, lecz za nim cza­iła się deter­mi­na­cja. Była Ogniem. Buń­czucz­nie odrzu­ciła kap­tur -?spły­nęły w dół fali­ste sploty czer­wieni.

-?Nie ist­nieje inne wyj­ście, bo taka jest nasza Droga. Będą ści­gać nas jak zło­dziejki i zbrod­niarki. Zamor­dują nas, tak jak zamor­do­wali już biedną, nie­winną kobietę.

-?Brid­get Bishop nie była cza­row­nicą. -?Sio­stra Zie­mia pod­nio­sła się, a w jej gło­sie brzmiała gorycz.

-?Nie. I tak powie­działa przed sądem. Tak przy­się­gała. A jed­nak ją powie­szono. Wystar­czyły kłam­stwa paru dziew­czy­nek i bred­nie fana­ty­ków, któ­rzy w każ­dym podmu­chu powie­trza zwę­szą siarkę.

-?Ale byli i tacy, co pro­sili o uła­ska­wie­nie. -?Sio­stra Powie­trze złą­czyła palce jak kobieta, która chce się modlić. Albo bła­gać. -?Nie wszy­scy są po stro­nie sądu, nie wszy­scy pochwa­lają okrutne prze­śla­do­wa­nia.

-?Za mało ich -?mruk­nęła Sio­stra Zie­mia. -?I za późno.

-?Ta śmierć nie będzie jedyna. Widzia­łam to. -?Sio­stra Ogień zamknęła oczy i znów ujrzała strasz­liwy czas, który miał nadejść. -?Nie zdo­łamy uchro­nić się przed nagonką. Znajdą nas i znisz­czą.

-?Prze­cież nic nie zro­bi­ły­śmy. -?Sio­stra Powie­trze opu­ściła ręce. - Nikomu nie wyrzą­dzi­li­śmy krzywdy.

-?A co złego zro­biła Brid­get Bishop? -?odpa­ro­wała Sio­stra Ogień. -?Czy któ­ra­kol­wiek z oskar­żo­nych i posta­wio­nych przed sądem? Sarah Osborne umarła w wię­zie­niu w Bosto­nie. Za jakie zbrod­nie? -?Ogar­nął ją gniew, gwał­towny i palący, ale natych­miast go zdu­siła. Nawet w tej chwili nie pozwa­lała, by złość i nie­na­wiść ska­ziły jej moc.

-?Pury­ta­nie są roz­ju­szeni -?cią­gnęła. -?Pio­nie­rzy. To fana­tycy, któ­rzy wywo­łają falę śmierci, zanim kie­dyś znów zapa­nuje tu rozum.

-?Może mogły­by­śmy...

-?Nie zdo­łamy powstrzy­mać ich, sio­stro.

-?Nie. -?Ski­nęła głową w stronę Ziemi. -?Możemy jedy­nie prze­żyć. Opu­śćmy więc to miej­sce, dom, który tu zbu­do­wa­ły­śmy, i życie, jakie cze­ka­łoby tu na nas. Stwórzmy je na nowo.

Deli­kat­nie ujęła w dło­nie twarz Sio­stry Powie­trze.

-?Nie, nie smuć się tym, co nie może się zda­rzyć, ale ciesz się z tego, co będzie. Jest nas trzy i nie pozwo­limy się zwy­cię­żyć.

-?Będziemy samotne.

-?Będziemy razem.

W ostat­nich bla­skach doga­sa­ją­cego dnia nakre­śliły wokół sie­bie krąg - jedna, druga, a potem trze­cia. Strze­liły z niego wysoko pło­mie­nie, które roz­dmu­chi­wał wiatr.

Trzy­ma­jąc się za ręce, stały wewnątrz magicz­nego kręgu.

Pogo­dzona z losem Sio­stra Powie­trze zwró­ciła twarz ku niebu.

-?Ofia­ru­jemy to świa­tło, gdy dzień ustę­puje nocy. Jeste­śmy wierne Dro­dze, zawsze czy­nimy dobro i to się nie zmieni. Niech prawda wyty­czy krąg pierw­szy.

-?Wybiła ostat­nia godzina. Nie pozna nikt, co było, co jest, co jesz­cze będzie. Niech naszej nie­złom­no­ści strzeże więc drugi krąg -?uro­czy­ście prze­mó­wiła Sio­stra Zie­mia.

-?Nikt nie zaznał od nas krzywdy, ale polo­wa­nie na naszą krew już trwa, dla­tego swe miej­sce znaj­dziemy gdzieś daleko. -?Sio­stra Ogień wysoko unio­sła złą­czone dło­nie. -?Z dala od śmierci i stra­chu. Niech moc, która jest wolna, wyty­czy trzeci krąg.

Wiatr ude­rzył nagłym podmu­chem, zie­mia zadrżała. W ciem­no­ści nocy buch­nął magiczny ogień. Trzy głosy brzmiały zgod­nie i potęż­nie.

-?Niech ta zie­mia umknie nie­na­wi­ści, niech się ode­rwie. Niech uciek­nie od stra­chu, śmierci i pogardy, a każda skała i drzewo, pagó­rek i potok popłyną z nami na pro­mie­niu księ­życa tej let­niej nocy hen, za urwi­sko, daleko od brzegu. Niech nas na zawsze roz­łą­czy z lądem. Zabie­rzemy tę wyspę gdzieś na morze. Niech się wypełni nasza wola.

Przez las prze­to­czył się grzmot, zawi­ro­wał gwał­towny wicher, roz­bły­snął ogień. Łowcy ści­ga­jący coś, czego ni­gdy nie mieli zro­zu­mieć, spali snem spra­wie­dli­wego, gdy wyspa unio­sła się w niebo i w sza­leń­czym wirze odda­liła się ku morzu.

Osia­dła miękko i łagod­nie na spo­koj­nych falach. Tej naj­krót­szej nocy roz­po­czy­nało się jej życie.

Rozdział 1

Wyspa Trzech Sióstr Czer­wiec 2001

Patrzyła wprost przed sie­bie na zie­lony, poszar­pany skra­wek lądu, który w miarę jak prom się do niego zbli­żał, odsła­niał swoje tajem­nice. Latar­nia mor­ska, jasne. W Nowej Anglii żadna przy­brzeżna wysepka nie może obejść się bez takiej wieży. Ta była pro­sta, olśnie­wa­jąco biała i wyra­stała ze stro­mego, urwi­stego brzegu. Dokład­nie tak, jak być powinno, pomy­ślała Nell.

W pobliżu latarni stał dom, zbu­do­wany chyba z kamie­nia. W ostrym let­nim słońcu zda­wał się szary jak mgła. Miał stromy dach i liczne szczyty, a wokół gór­nego pię­tra gale­ryjkę.

Widziała już wcze­śniej obrazki z latar­nią mor­ską z Wyspy Trzech Sióstr i domem, który roz­siadł się obok niej. Jeden z takich widocz­ków zna­la­zła w małym skle­piku na sta­łym lądzie i wła­śnie wtedy, pod wpły­wem impulsu, zde­cy­do­wała się wje­chać na prom.

I ten impuls oraz instynkt pro­wa­dziły ją przez ostat­nie pół roku. Osiem mie­sięcy temu dro­bia­zgowo prze­my­ślany i mozol­nie prze­pro­wa­dzony plan dał jej wol­ność.

Każda chwila pierw­szych dwóch mie­sięcy ozna­czała para­li­żu­jący strach. Póź­niej stop­niowo zła­god­niał, zastą­piony trwogą i nie­po­ko­jem, by nie utra­cić tego, co z takim tru­dem się wywal­czyło.

Zgi­nęła, żeby móc żyć.

Dość już ucie­czek, ukry­wa­nia się, wta­pia­nia w bez­oso­bo­wość wiel­kich miast. Marzyła o domu. Prze­cież zawsze chciała go mieć -?pra­gnęła zako­rze­nie­nia, rodziny, przy­ja­ciół, wyro­zu­mia­ło­ści bli­skich.

Może tutaj, na tym małym skrawku lądu oto­czo­nym morzem, spełni się choć cząstka tego marze­nia. Dalej niż na tę śliczną wysepkę już chyba nie dałoby się uciec z Los Ange­les, nie wyjeż­dża­jąc z kraju.

Jeśli nie dosta­nie pracy na wyspie, zosta­nie tu przy­naj­mniej parę dni. Zrobi sobie coś w rodzaju waka­cji od nie­ustan­nej wędrówki. Nacie­szy się ska­li­stymi pla­żami, mia­stecz­kiem, będzie się wspi­nać na urwi­ste brzegi i prze­mie­rzać gęstwinę lasów.

Nauczy się cenić i sma­ko­wać każdą chwilę życia. I już ni­gdy, ni­gdy wię­cej tej sztuki nie zapo­mni.

Prze­chy­lona przez reling, z zachwy­tem patrzyła na drew­niane domki roz­rzu­cone za przy­sta­nią. Wiatr roz­wie­wał jej włosy, które odzy­skały natu­ralny kolor, teraz roz­ja­śniony przez słońce. Kiedy ucie­kła, obcięła je krótko, po chło­pię­cemu. Z satys­fak­cją pozbyła się dłu­gich, fali­stych loków i zaczęła far­bo­wać na ciemny brąz. W ciągu minio­nych mie­sięcy sys­te­ma­tycz­nie zmie­niała kolor na jaskrawo rudy, potem kru­czo­czarny i deli­katny kasz­tan.

Pomy­ślała, że to coś zna­czy. Chyba już może zaak­cep­to­wać fakt, że odzy­skały swój praw­dziwy wygląd. Były teraz dość krót­kie i pro­ste.

Evan lubił ją z dłu­gimi wło­sami, bar­dzo dłu­gimi i zwi­nię­tymi w loki. Bywały dni, kiedy cią­gnął ją za nie po pod­ło­dze albo w dół po scho­dach, jak na łań­cu­chu.

Ni­gdy wię­cej nie zapu­ści dłu­gich wło­sów.

Rap­tem wstrzą­snął nią dreszcz, nagle zaschło jej w ustach, a w gar­dle poczuła ogień; bły­ska­wicz­nie obej­rzała się za sie­bie i prze­bie­gła wzro­kiem ludzi i samo­chody na pro­mie -?szu­kała wyso­kiego, szczu­płego męż­czy­zny o lśnią­cych wło­sach i obo­jęt­nym, twar­dym jak stal spoj­rze­niu.

Nie było go tu, oczy­wi­ście, że nie. Został pięć tysięcy kilo­me­trów stąd. Dla niego była mar­twa. Prze­cież setki razy mówił jej, że tylko śmierć może ją od niego uwol­nić.

Tak więc Helen Reming­ton zgi­nęła, żeby Nell Chan­ning mogła żyć.

Wście­kła na sie­bie, że wró­ciła myślą do prze­szło­ści, choćby na chwilę, Nell zamknęła oczy. Kie­dyś nawet ten pro­sty odruch nie przy­cho­dził bez bólu. Łatwiej znieść wię­zie­nie, kiedy się zamknie oczy. Powoli wcią­gnęła powie­trze. Poczuła wil­goć i sól. Wol­ność.

Napięte mię­śnie ramion roz­luź­niły się, a na ustach poja­wił nikły uśmiech. Stała przy relingu -?drobna kobieta z krót­kimi, jasnymi od słońca wło­sami, które wdzięcz­nie powie­wały wokół deli­kat­nej, zaró­żo­wio­nej z rado­ści twa­rzy. Mięk­kie, nie­uma­lo­wane usta wygięły się w uśmie­chu, a w policz­kach poka­zały się dołeczki.

Nie malo­wała się, tę decy­zję też pod­jęła świa­do­mie. Jakaś jej cząstka wciąż się ukry­wała, wciąż umy­kała przed pości­giem, dla­tego Nell robiła wszystko, by się nie wyróż­niać.

Kie­dyś, kiedy uwa­żano ją za pięk­ność, nie­sły­cha­nie o sie­bie dbała. Ubie­rała się tak, jak jej kazano -?ele­gancko, sek­sow­nie, ory­gi­nal­nie, w rze­czy wybrane przez męż­czy­znę, który twier­dził, że kocha ją naj­bar­dziej na świe­cie. Znała dotyk jedwa­biu muska­ją­cego skórę, bry­lan­tów zapi­na­nych od czasu do czasu na szyi. Helen Reming­ton poznała wszyst­kie przy­wi­leje wiel­kiego bogac­twa.

Ale od trzech lat jej życie było pasmem stra­chu i cier­pie­nia.

Nell miała na sobie zwy­kłą baweł­nianą koszulę, sprane dżinsy i tanie białe teni­sówki, w któ­rych czuła się naj­wy­god­niej. Za całą biżu­te­rię słu­żył stary meda­lion nale­żący jesz­cze do jej matki.

Są rze­czy zbyt cenne, by się z nimi roz­stać.

Prom wpły­wał do przy­stani i Nell wró­ciła do samo­chodu. Przy­by­wała na Wyspę Trzech Sióstr z jedną nie­wielką torbą, zardze­wia­łym, uży­wa­nym buic­kiem i dwu­stu ośmioma dola­rami w kie­szeni.

Jesz­cze ni­gdy nie była tak szczę­śliwa.

Zosta­wiła auto w pobliżu przy­stani i ruszyła dalej na pie­chotę; pomy­ślała, że chyba trudno zna­leźć coś bar­dziej odmien­nego od fan­ta­stycz­nych pała­ców i blich­tru Beverly Hills. I coś, co -?tego była pewna -?tak prze­ko­nu­jąco prze­mó­wi­łoby do jej serca, jak ta mała, malow­ni­cza mie­ścina z pocz­tówki. Kolory schlud­nych, wymu­ska­nych domów i skle­pów nieco wybla­kły od słońca i sło­nego mor­skiego powie­trza, a kręte, bru­ko­wane uliczki, które pięły się na wzgó­rza i scho­dziły do przy­stani, lśniły nie­zwy­kłą czy­sto­ścią.

W zadba­nych ogród­kach widać było czułą rękę wła­ści­cieli, chwa­sty nie miały prawa tam rosnąć. Za drew­nia­nymi płot­kami szcze­kały psy, a dzieci jeź­dziły na lśnią­cych wiśnio­wych i nie­bie­skich rower­kach.

Miej­scowy prze­mysł kon­cen­tro­wał się przy przy­stani. Łodzie, sieci, męż­czyźni o ogo­rza­łych twa­rzach. Nell czuła zapach ryb i potu.

Z przy­stani wspięła się na wzgó­rze, skąd roz­ta­czał się wspa­niały widok: zatoka ze stat­kami wyciecz­ko­wymi, bli­żej mały sierp piasz­czy­stej plaży - gdzie ludzie wyle­gi­wali się na ręcz­ni­kach kąpie­lo­wych albo koły­sali na falach roz­bi­ja­ją­cych się o brzeg -?maleńki czer­wony tram­waj z bia­łym napi­sem "Wycieczki po Wyspie Trzech Sióstr", który szybko wypeł­niał się tury­stami obwie­szo­nymi sprzę­tem foto­gra­ficz­nym.

Ryby i tury­styka, pomy­ślała Nell, utrzy­mują wyspę przy życiu. Takie są prawa eko­no­mii. Wyspa opiera się morzu, sztor­mom i cza­sowi, trwa i roz­kwita na swój spo­sób. To się nazywa odwaga.

Zbyt długo szu­kała jej we wła­snym życiu.

Wzgó­rze prze­ci­nała High Street. Stały wzdłuż niej sklepy, restau­ra­cje i to, co zapewne repre­zen­to­wało tutej­szy biz­nes. Pomy­ślała, że naj­pierw powinna wejść do któ­rejś z tych restau­ra­cji. Nie­wy­klu­czone, że uda­łoby się jej zacze­pić jako kel­nerka albo pomoc w kuchni, choćby na sezon letni. Gdyby zna­la­zła pracę, mogłaby wyna­jąć pokój.

I zostać tu.

W ciągu kilku mie­sięcy ludzie by ją poznali. Macha­liby do niej na ulicy albo pozdra­wiali ją po imie­niu. Nie mogła już dłu­żej być wszę­dzie obca, nie mieć do kogo otwo­rzyć ust. Żad­nego bli­skiego czło­wieka.

Zatrzy­mała się przed hote­lem. W prze­ci­wień­stwie do innych, drew­nia­nych domów, ten był z kamie­nia. Miał par­ter i dwa pię­tra z wymyśl­nymi ozdób­kami, żeliwne bal­kony i spa­dzi­ste daszki, które spra­wiały, że wyglą­dał nie­sły­cha­nie roman­tycz­nie. Nazwa, tak wydało się Nell, bar­dzo do niego paso­wała -?Cza­ro­dziej­ski Zajazd.

Byłoby cudow­nie się tu zała­pać. Poda­wać do stołu albo sprzą­tać w poko­jach. Praca jest jed­nak naj­waż­niej­sza.

Mimo to nie mogła się zmu­sić, żeby wejść do środka i zacząć dzia­łać. Potrze­bo­wała jesz­cze tro­chę czasu, odro­binę, zanim kon­kret­nie coś zde­cy­duje.

Kaprysy, powie­działby Evan. Jesteś zde­cy­do­wa­nie zbyt kapry­śna i nie­mą­dra. Nie wycho­dzi ci to na dobre, Helen. Dzięki Bogu, to ja się tobą opie­kuję.

Tak wyraź­nie sły­szała ten głos w swo­ich uszach, a słowa tak bar­dzo nisz­czyły jej z wolna odbu­do­wy­wane poczu­cie pew­no­ści sie­bie, że odwró­ciła się i poszła w prze­ciwną stronę.

Znaj­dzie tę prze­klętą pracę, kiedy będzie na to gotowa. A teraz się powłó­czy, pobawi w turystkę, w odkrywcę. Kiedy zwie­dzi już całą High Street, wróci do samo­chodu i obje­dzie dookoła całą wyspę. Nie zatrzyma się nawet w biu­rze tury­stycz­nym i nie kupi żad­nej mapy.

Szła przed sie­bie, z ple­ca­kiem na ramio­nach. Mijała sklepy z ręko­dzie­łem, z pamiąt­kami, oglą­dała wystawy. Podo­bały jej się ładne dro­bia­zgi bez żad­nego prze­zna­cze­nia, roz­sta­wione na pół­kach. Pew­nego dnia, kiedy znów zapu­ści korze­nie, urzą­dzi sobie dom tak, jak lubi, z fan­ta­zją, rado­sny i kolo­rowy.

Uśmiech­nęła się na widok lodziarni. Stały w niej białe meta­lowe krze­sła i okrą­głe stoły ze szkla­nymi bla­tami. Przy jed­nym sie­działa czte­ro­oso­bowa rodzina. Śmie­jąc się, wyja­dali bitą śmie­tanę i kolo­rowe dodatki. Sto­jący za ladą chło­pak w bia­łej czapce i far­tu­chu flir­to­wał z dziew­czyną w obci­słych, obcię­tych dżin­sach, która zasta­na­wiała się, na co się sku­sić.

Nell zatrzy­mała w pamięci ten obraz i poszła dalej.

Sta­nęła przy księ­garni i wes­tchnęła. W jej domu będzie mnó­stwo ksią­żek. Nie bez­cenne pierw­sze wyda­nia, któ­rych nikt nie otwo­rzy i nie prze­czyta, ale stosy sta­rych, obszar­pa­nych, zaczy­ta­nych i nowych błysz­czą­cych ksią­żek z opo­wia­da­niami. Szcze­rze mówiąc, mogła zacząć gro­ma­dzić je już teraz. Powieść w mięk­kiej okładce nie zaważy wiele w ple­caku, jeśli trzeba będzie nieść go dalej.

Prze­nio­sła wzrok z wystawy na cią­gnący się w poprzek okna napis goty­kiem. Kawiar­nia i Książki. Fan­ta­stycz­nie. Poszpera sobie po pół­kach, wyszuka coś zabaw­nego i przej­rzy przy fili­żance kawy.

Weszła do środka. W powie­trzu uno­sił się zapach kwia­tów i korzeni, dobie­gały dźwięki fuja­rek i harfy. Naj­wy­raź­niej nie tylko hotel jest tu cza­ro­dziej­ski, pomy­ślała, prze­kra­cza­jąc próg.

Książki wszel­kiego koloru i for­matu wypeł­niały półki w kolo­rze ciem­nego błę­kitu. Małe punk­towe lampki świe­ciły spod sufitu w dół jak gwiazdy. Kon­tu­arem był stary, dębowy sekre­ta­rzyk ozdo­biony rzeź­bio­nymi figur­kami skrzy­dla­tych wró­żek i sier­pami księ­życa.

Za sekre­ta­rzy­kiem, na wyso­kim stołku sie­działa kobieta z burzą ciem­nych wło­sów na gło­wie. Leni­wie prze­rzu­cała kartki. Pod­nio­sła oczy, uśmiech­nęła się i zdjęła oku­lary w srebr­nej oprawce.

-?Dzień dobry. Czym mogę słu­żyć?

-?Chcia­ła­bym tylko się rozej­rzeć, jeśli można.

-?Pro­szę bar­dzo. Gdy­bym mogła w czymś pomóc, pro­szę powie­dzieć.

Kobieta wró­ciła do swo­jej książki, a Nell ruszyła na poszu­ki­wa­nia. Pod prze­ciw­le­głą ścianą, przy kamien­nym kominku, stały dwa sze­ro­kie fotele, a na stole mię­dzy nimi lampa, któ­rej pod­stawę two­rzyła figura kobiety w dłu­giej sza­cie, z rękami unie­sio­nymi w górę. W róż­nych miej­scach na pół­kach Nell widziała bibe­loty, figurki z kolo­ro­wych kamieni, smoki i krysz­ta­łowe jajka. Wędro­wała wzdłuż rega­łów, wśród ksią­żek z jed­nej i rzę­dów świec z dru­giej strony.

Z tyłu kręte schody pro­wa­dziły na pię­tro. Nell weszła na górę, gdzie było jesz­cze wię­cej ksią­żek i bibe­lo­tów i gdzie mie­ściła się kawiar­nia.

Pod oknem wycho­dzą­cym na ulicę stało kilka lśnią­cych drew­nia­nych sto­łów. Z boku, za szkłem na ladzie pysz­niły się cia­sta, kanapki i kocio­łek z zupą dnia. Impo­nu­jący wybór. Ceny nie były naj­niż­sze, lecz w gra­ni­cach roz­sądku. Nell uznała, że prócz kawy może sobie pozwo­lić rów­nież na zupę.

Pode­szła bli­żej i wtedy usły­szała głosy dobie­ga­jące z otwar­tych drzwi za ladą.

-?Jane, to śmieszne i kom­plet­nie nie­od­po­wie­dzialne.

-?Nie­prawda. To wielka szansa dla Tima. I wresz­cie jakaś szansa wydo­sta­nia się z tej prze­klę­tej wyspy. Musimy z niej sko­rzy­stać.

-?Prze­słu­cha­nie sztuki, która może będzie, a może nie będzie wysta­wiona gdzieś w dru­go­rzęd­nym teatrze, nie jest żadną wielką szansą, nawet jeśli uda się wam je zała­twić. Żadne z was nie znaj­dzie pracy. Nie będzie­cie...

-?Wyjeż­dżamy, Mia. Powie­dzia­łam ci, że będę pra­co­wać dziś do połu­dnia i już.

-?Powie­dzia­łaś to nie­całe dwa­dzie­ścia cztery godziny temu.

Głos był piękny, niski, ale lekko znie­cier­pli­wiony. Nell nic nie mogła na to pora­dzić -?musiała podejść bli­żej.

-?Jak, do dia­bła, pro­wa­dzić kawiar­nię, skoro nie ma kto goto­wać?

-?I to wszystko, na co cię stać, prawda? Mogła­byś cho­ciaż życzyć nam powo­dze­nia.

-?Jane, życzę wam cudu, bo to będzie wam potrzebne. Zacze­kaj, nie obra­żaj się.

Nell zauwa­żyła jakiś ruch przy wej­ściu i odsu­nęła się. Na­dal jed­nak sły­szała roz­mowę.

-?Uwa­żaj na sie­bie. Życzę wam szczę­ścia. Och, do dia­bła! Wszyst­kiego naj­lep­szego, Jane.

-?W porządku. -?Roz­le­gło się gło­śne pocią­gnię­cie nosem. -?Prze­pra­szam, naprawdę mi przy­kro, że tak cię urzą­dzi­łam. Ale Tim musi to zro­bić, a ja muszę być z nim. Więc... będę za tobą tęsk­niła, Mia. Napi­szę.

Nell zdą­żyła wró­cić mię­dzy regały dokład­nie w chwili, gdy kobieta z pła­czem wypa­dła z zaple­cza i zbie­gła po scho­dach.

-?No i pro­szę. Pięk­nie.

Nell wyj­rzała i osłu­piała z zachwytu.

Zja­wi­sko. Nell nie przy­szło do głowy żadne inne okre­śle­nie dla kobiety, która sta­nęła w drzwiach. Ogromna masa wło­sów w kolo­rze jesien­nych liści. Czer­wień i złoto wijące się nad ramio­nami, długa, nie­bie­ska suk­nia bez ręka­wów, a na obu nad­garst­kach poły­sku­jące srebrne bran­so­lety. W nie­zwy­kłej urody twa­rzy przy­cią­gały uwagę przede wszyst­kim oczy, szare jak mgła i błysz­czące od gniewu. Wyraźne kości policz­kowe, pełne, zmy­słowe usta poma­lo­wane kuszącą czer­wie­nią. Cera jak... Nell znała porów­na­nie cery do ala­ba­stru, ale coś takiego zoba­czyła po raz pierw­szy.

Była wysoka, smu­kła jak topola. Dosko­nała.

Nell zer­k­nęła ku sto­li­kom -?czy ktoś z krę­cą­cych się tam klien­tów doznał rów­nie moc­nego wra­że­nia? Wyglą­dało jed­nak na to, że nikt nie zwró­cił uwagi ani na kobietę, ani na wrzący w niej gniew.

Wysu­nęła się odro­binę, żeby lepiej się przyj­rzeć, wtedy szare oczy drgnęły. Popa­trzyły na Nell czuj­nie.

-?Witam. Mogę w czymś pomóc?

-?Ja byłam... myśla­łam... popro­szę cap­puc­cino i por­cję zupy.

Na widok poiry­to­wa­nego wzroku Mii Nell omal nie scho­wała się z powro­tem za regały.

-?Zupę mogę podać. Dzi­siaj jest z homara. Ale obsługa eks­presu prze­kra­cza chyba moje moż­li­wo­ści.

Nell spoj­rzała na piękne urzą­dze­nie błysz­czące mie­dzią i mosią­dzem i poczuła lekki dreszcz.

-?Kawę mogę zro­bić sama.

-?Umie pani to obsłu­gi­wać?

-?Natu­ral­nie.

Szyb­kim gestem ręki Mia zapro­siła Nell za ladę.

-?Przy oka­zji mogę też zro­bić dla pani.

-?Czemu nie? -?Dzielny, mały kró­li­czek, pomy­ślała Mia, obser­wu­jąc Nell, jak uru­cha­mia eks­pres. -?A co spro­wa­dziło panią w moje progi? Tury­styka?

-?Nie. Och. -?Nell zaru­mie­niła się na myśl o swoim ple­caku. -?Nie, tylko tro­chę zwie­dzam. -?Zer­k­nęła na piękną twarz kobiety, stwier­dziła, że ta bacz­nie ją obser­wuje i sku­piła się na przy­rzą­dza­niu kawy. -?Szu­kam pracy i miesz­ka­nia.

-?Aa.

-?Prze­pra­szam, wiem, że to nie­grzeczne, ale usły­sza­łam pani roz­mowę. Jeśli dobrze zro­zu­mia­łam, ma pani kło­pot. Umiem goto­wać.

Mia patrzyła na uno­szącą się parę i słu­chała syku eks­presu.

-?Naprawdę?

-?Bar­dzo dobrze gotuję. -?Nell podała pie­niącą się kawę, patrząc Mii w oczy. -?Zaj­mo­wa­łam się cate­rin­giem, pra­co­wa­łam w pie­karni, poda­wa­łam do stołu. Potra­fię przy­rzą­dzić i podać jedze­nie.

-?Ile ma pani lat?

-?Dwa­dzie­ścia osiem.

-?Karana?

Z gar­dła Nell wydo­był się chi­chot. Przez chwilę w jej oczach bły­snęło roz­ba­wie­nie.

-?Nie. Jestem do znu­dze­nia uczciwa, nie­za­wodna w pracy i twór­czo pod­cho­dzę do goto­wa­nia.

Nie paplaj tyle, naka­zy­wała sobie, ale nie mogła się powstrzy­mać.

-?Szu­kam pracy, bo chcia­ła­bym zamiesz­kać na wyspie. Chcia­ła­bym pra­co­wać tutaj, bo lubię książki i... no więc, spodo­bała mi się atmos­fera tego miej­sca, od razu, kiedy tu weszłam.

Mia, zain­try­go­wana, prze­chy­liła głowę.

-?A co takiego pani tu poczuła?

-?Wła­sną szansę.

Dobra odpo­wiedź, pomy­ślała Mia.

-?Wie­rzy pani w swoje szanse?

Nell prze­stała się uśmie­chać.

-?Muszę.

-?Czy można? -?Do lady pode­szła jakaś para. -?Pro­simy dwie mro­żone kawy i dwie eklerki.

-?Oczy­wi­ście. Chwi­leczkę. -?Mia odwró­ciła się do Nell. -?Już ma pani pracę. Far­tuch jest na zaple­czu. Póź­niej omó­wimy szcze­góły. -?Łyk­nęła cap­puc­cino. -?Dobra -?dodała i zro­biła krok ku wyj­ściu. -?Aha, jak się pani nazywa?

-?Nell. Nell Chan­ning.

-?Witaj na Wyspie Trzech Sióstr, Nell.

*

Mia Devlin kie­ro­wała swoją firmą tro­chę tak jak wła­snym życiem. Na wyczu­cie i głów­nie dla przy­jem­no­ści. Była praw­dziwą busi­nesswo­man i bar­dzo lubiła zara­biać. Ale to ona zawsze sta­wiała warunki.

Porzu­cała to, co ją nudziło. Szła za tym, co intry­gu­jące.

Teraz intry­go­wała ją Nell Chan­ning.

Gdyby oka­zało się, że Nell prze­sad­nie wychwala swoje umie­jęt­no­ści, Mia zwol­ni­łaby ją rów­nie szybko, jak zatrud­niła, i to bez żalu. Być może w odru­chu życz­li­wo­ści pomo­głaby jej zna­leźć pracę gdzie indziej. Nie zaję­łoby to wiele czasu i w niczym nie prze­szko­dziło w funk­cjo­no­wa­niu jej firmy.

Zro­bi­łaby to tylko dla­tego, że od chwili, gdy te wiel­kie, błę­kitne oczy napo­tkały jej wzrok, coś ją w tej dziew­czy­nie pocią­gało.

Zra­niona nie­win­ność. Takie było pierw­sze wra­że­nie Mii, a swoim pierw­szym wra­że­niom ufała cał­ko­wi­cie. Facho­wość także, pomy­ślała, lecz zachwiane poczu­cie pew­no­ści sie­bie.

Jed­nak kiedy tylko Nell wło­żyła służ­bowy strój i roz­po­częła pracę, od razu stała się bar­dziej zde­cy­do­wana.

Mia nie spusz­czała jej z oka przez całe popo­łu­dnie. Zauwa­żyła, że dziew­czyna spraw­nie radzi sobie z przyj­mo­wa­niem zamó­wień, z klien­tami, kasą, a nawet z tajem­ni­czym i prze­ra­ża­ją­cym eks­pre­sem.

Trzeba będzie ją odro­binę lepiej ubrać, posta­no­wiła Mia. Na wyspie ludzie nosili się swo­bod­nie, ale jak na jej gust stare dżinsy to już tro­chę za wiele luzu.

Tak czy owak, na razie Mia była zado­wo­lona. Wró­ciła do kuchni. Zdu­miały ją czy­ste blaty i sprzęty. Jane ni­gdy nie zdo­łała utrzy­mać czy­sto­ści w kuchni, choć więk­szość potraw przy­rzą­dzała poza loka­lem.

-?Nell?

Dziew­czyna szo­ro­wała przy­pa­lone miej­sca na pły­cie. Zasko­czona, drgnęła i odwró­ciła się gwał­tow­nie. Zaczer­wie­niła się na widok Mii i mło­dej kobiety sto­ją­cej obok niej.

-?Nie chcia­łam cię prze­stra­szyć. To jest Peg. Pra­cuje od dru­giej do siód­mej.

-?Ach tak. Dzień dobry.

-?Cześć. Jezu, nie mogę uwie­rzyć, że Jane i Tom wła­śnie wyjeż­dżają. O rany, Nowy Jork. -?Oczy Peg roz­bły­sły. Była nie­duża, ruchliwa, z szopą krę­co­nych wło­sów, roz­ja­śnio­nych nie­mal do bieli. -?Jane robiła fan­ta­styczne babeczki z czar­nymi jago­dami.

-?Dobra, dobra. Teraz nie ma tu ani Jane, ani jej babe­czek z jago­dami. Chcę spo­koj­nie poroz­ma­wiać z Nell, więc zaj­mij się kawiar­nią.

-?Nie ma sprawy. Na razie, Nell.

-?Chodźmy do mnie do biura. Omó­wimy szcze­góły. Latem pra­cu­jemy od dzie­sią­tej do siód­mej. Zimą zamy­kamy wcze­śniej, o pią­tej. Peg woli popo­łu­dniową zmianę. Lubi się bawić, więc nie prze­pada za ran­nym wsta­wa­niem. W każ­dym razie powin­naś być tu już rano, bo zaczy­namy o dzie­sią­tej.

-?W porządku.

Nell poszła za Mią jesz­cze jedno pię­tro wyżej. A więc sklep ma trzy kon­dy­gna­cje. Nie zauwa­żyła tego wcze­śniej -?kilka mie­sięcy temu byłoby to nie do pomy­śle­nia. Zapa­mię­ta­łaby roz­kład i wszyst­kie wyj­ścia.

Odprę­że­nie swoją drogą, ale to nie zna­czy, że może sobie pozwo­lić na brak czuj­no­ści. Musi być w każ­dej chwili gotowa do ucieczki.

Prze­szły przez obszerny maga­zyn, zasta­wiony pudłami i rega­łami peł­nymi ksią­żek, do biura Mii.

Stare biurko z cze­re­śnio­wego drewna pasuje do niej, stwier­dziła Nell. Potra­fiła wyobra­zić sobie Mię w pięk­nym, boga­tym wnę­trzu. Były tu kwiaty i zadbane rośliny donicz­kowe, w wazach leżały małe kawałki krysz­tału i pole­ro­wa­nych kamieni. W tym ele­ganc­kim oto­cze­niu stał kom­pu­ter naj­now­szej gene­ra­cji, faks, segre­ga­tory i półki z kata­lo­gami wydaw­nictw. Mia wska­zała Nell fotel i usia­dła za biur­kiem.

-?Masz za sobą kilka godzin w kawiarni, pew­nie już zorien­to­wa­łaś się, co poda­jemy. Każ­dego dnia jest spe­cjalny rodzaj kana­pek, zupa dnia i jakieś inne kanapki do wyboru. Dwa albo trzy rodzaje zim­nych sała­tek. Ciastka, her­bat­niki, babeczki, biscotti. Do tej pory decy­zję co do menu zosta­wia­łam kucharce. Odpo­wiada ci to?

-?Tak, pro­szę pani.

-?Jestem nie­wiele star­sza od cie­bie. Mów do mnie Mia. Dopóki nie będziemy pewne, że taki tryb pracy zasko­czy, wola­ła­bym, żebyś mi poka­zy­wała menu na następny dzień. -?Wyjęła z szu­flady blo­czek i podała go Nell nad biur­kiem. -?Napisz, co pro­po­nu­jesz na jutro.

Nell poczuła, że za chwilę spa­ni­kuje i zaczną się jej trząść ręce. Wzięła głę­boki oddech, cze­ka­jąc, aż umysł uspo­koi się i roz­ja­śni. Zaczęła pisać.

-?O tej porze roku powin­ny­śmy chyba poda­wać lek­kie zupy. Bulion z dodat­kiem ziół. Sałatka tor­tel­lini, biała fasola i kre­wetki. Zro­bię pitę z kur­cza­kiem na san­dwi­cze, ostro przy­pra­wioną, i coś wege­ta­riań­skiego, ale muszę wie­dzieć, jakie dostanę jarzyny. Mogę zro­bić tarty, tylko też jesz­cze nie wiem, co z owo­cami, eklerki rów­nież dobrze idą. Przy­go­tuję dru­gie tyle. Tort z sze­ściu warstw kremu i cze­ko­lady. Fan­ta­styczne bułeczki z jago­dami... mogą też być z orze­chami. Koń­czą się biscotti z orze­chami lasko­wymi. Her­bat­niki? Na cze­ko­la­dowe zawsze jest popyt. Maca­da­mia. Zamiast trze­ciego rodzaju her­bat­ni­ków pro­po­nuję murzy­nek. Mojemu murzyn­kowi z potrójną war­stwą cze­ko­lady nikt się nie oprze.

-?Co z tego możesz przy­go­to­wać na miej­scu?

-?Sądzę, że wszystko. Ale jeżeli chcemy poda­wać ciastka i bułeczki już od dzie­sią­tej, muszę zacząć koło szó­stej.

-?A gdy­byś miała wła­sną kuch­nię?

-?Och. -?Marze­nie. -?Przy­go­to­wa­ła­bym część w przed­dzień wie­czo­rem i upie­kła­bym na świeżo rano.

-?Uhm. Ile masz pie­nię­dzy, Nell?

-?Wystar­czy.

-?Nie bądź taka szorstka -?pora­dziła ser­decz­nie Mia. -?Mogę dać ci z góry sto dola­rów. Na konto two­jej pen­sji, na począ­tek sie­dem dola­rów za godzinę. Będziesz zapi­sy­wać codzien­nie zakupy i godziny pracy. To, co ci potrzebne, zama­wiasz na rachu­nek sklepu. Codzien­nie też popro­szę o rachunki.

Nell otwo­rzyła usta, żeby coś powie­dzieć, ale Mia pod­nio­sła smu­kły palec z kora­lo­wym paznok­ciem.

-?Zacze­kaj. Do two­ich obo­wiąz­ków należy poda­wa­nie i sprzą­ta­nie ze sto­łów w godzi­nach szczytu i obsługa klien­tów przy rega­łach z książ­kami na twoim pię­trze, kiedy jest spo­kój. Masz dwie pół­go­dzinne prze­rwy, wolne nie­dziele i pięt­na­ście pro­cent zniżki dla pra­cow­ni­ków, jeśli sama będziesz chciała coś kupić. Jedze­nie i picie gra­tis, jeśli nie oka­żesz się żar­ło­kiem. Jasne?

-?Tak, ale ja...

-?Spo­koj­nie. Jestem tu każ­dego dnia. Jeżeli chcesz o coś zapy­tać albo będziesz miała pro­blem, z któ­rym sobie nie pora­dzisz, przyjdź do mnie. Gdyby nie było mnie na miej­scu, zwróć się do Lulu. Sie­dzi zwy­kle za ladą na par­te­rze i wie wszystko. Wyglą­dasz na bystrą osóbkę, więc szybko się poła­piesz, a jeżeli cze­goś nie będziesz wie­działa, nie bój się pytać. Następna sprawa: szu­kasz pokoju?

-?Tak. -?Czuła się, jakby zmiótł ją gwał­towny, nie­spo­dzie­wany podmuch wia­tru. -?Mam nadzieję...

-?Chodź ze mną. -?Mia wycią­gnęła z szu­flady pęk klu­czy i ode­szła od biurka. Nell zauwa­żyła, że nosi buty na fan­ta­stycz­nych, cie­niut­kich wyso­kich obca­sach.

Na par­te­rze skie­ro­wała się wprost do tyl­nych drzwi.

-?Lulu! -?zawo­łała. -?Będę o dzie­sią­tej.

Nell z poczu­ciem, że jest nie­mą­dra i nie­zdarna, podrep­tała za nią do nie­wiel­kiego ogrodu, przez który pro­wa­dziła ścieżka wyło­żona kamie­niami. Na jed­nym z nich wygrze­wał się ogromny czarny kot. Kiedy Mia prze­szła nad nim, otwo­rzył błysz­czące, zło­ci­ste oko.

-?To Isis. Nic ci nie zrobi.

-?Jest piękna. Sama zaj­muje się pani ogro­dem?

-?Tak. Dom bez kwia­tów to nie dom. Nie spy­ta­łam, masz jakiś śro­dek trans­portu?

-?Tak, samo­chód. Od biedy można go nazwać środ­kiem trans­portu.

-?Przyda się. Wpraw­dzie to nie­da­leko, ale nie byłoby ci wygod­nie dźwi­gać codzien­nie zakupy na pie­chotę. -?Na końcu działki skrę­ciła w lewo i ener­gicz­nym kro­kiem minęła tyły skle­pów naprze­ciw sta­ran­nie utrzy­ma­nych dom­ków.

-?Pani... prze­pra­szam, nie znam pani nazwi­ska.

-?Nazy­wam się Devlin, ale pro­si­łam, żebyś mówiła do mnie Mia.

-?Mia, jestem ci wdzięczna za pracę. Za szansę. Obie­cuję, że nie będziesz żało­wać. Tylko... mogę spy­tać, dokąd idziemy?

-?Musisz gdzieś miesz­kać. -?Skrę­ciła za róg, zatrzy­mała się i poka­zała ręką. -?Na przy­kład tam.

Mały żółty domek po dru­giej stro­nie wąskiej bocz­nej uliczki był jak rado­sny pro­mień słońca na skraju nie­du­żej kępy kar­ło­wa­tych drzew. Miał białe okien­nice i wąską, białą werandę. Obok kwi­tły kwiaty, wesołe, roz­tań­czone plamy żywych kolo­rów lata.

Stał nieco odsu­nięty od drogi, na wypie­lę­gno­wa­nym traw­niku, cały w cęt­kach świa­tła prze­sia­nego przez ocie­nia­jące go drzewa.

-?To twój dom?

-?Tak. Przy­naj­mniej na razie. -?Podzwa­nia­jąc klu­czami, Mia ruszyła wyło­żoną kamie­niami dróżką. -?Kupi­łam go wio­sną.

Zosta­łam do tego zmu­szona, pomy­ślała. Tłu­ma­czyła sobie, że to inwe­sty­cja. A jed­nak ona, busi­nesswo­man w każ­dym calu, nie zro­biła dotych­czas nic, żeby go wyna­jąć. Cze­kała, tak samo jak dom.

Otwo­rzyła fron­towe drzwi i cof­nęła się.

-?Przy­nosi szczę­ście.

-?Słu­cham?

Mia uśmiech­nęła się tylko.

-?Zapra­szam.

Ume­blo­wa­nie było raczej skąpe. Zwy­kła kanapa, roz­pacz­li­wie woła­jąca o nowe pokry­cie, głę­boki, miękki fotel, parę sto­li­ków.

-?Sypial­nie są po dru­giej stro­nie, choć ta po lewej nadaje się bar­dziej na biuro albo pra­cow­nię. Łazienka jest malutka, ale uro­cza, a kuch­nia na wprost, z tyłu, została zmo­der­ni­zo­wana i nie powinno być z nią kło­po­tów. Zaj­mo­wa­łam się tro­chę ogro­dem, lecz wymaga więk­szej dba­ło­ści. Kli­ma­ty­za­cji nie ma, za to piece dzia­łają. Prze­ko­nasz się, jakie to przy­jemne w stycz­niu.

-?Fan­ta­styczne. -?Nell chciała zoba­czyć wszystko. Zaj­rzała do sypialni i uśmiech­nęła się na widok ślicz­nego łóżka z zagłów­kiem z poma­lo­wa­nego na biało metalu. -?Jak domek z bajki. Musi ci się tu cudow­nie miesz­kać.

-?To ty tutaj miesz­kasz. Nie ja.

Nell odwró­ciła się powoli. Mia stała na środku poko­iku. W zło­żo­nych dło­niach, jak w miseczce, trzy­mała klu­cze. Przez dwa okna od frontu wpa­dało świa­tło, w któ­rego pro­mie­niach jej włosy zda­wały się pło­nąć.

-?Nie rozu­miem.

-?Potrze­bu­jesz swo­jego kąta, a ja go mam. Miesz­kam na kli­fie... wolę tam... Teraz twój dom jest tutaj. Nie czu­jesz tego?

Nell wie­działa tylko, że jest jed­no­cze­śnie szczę­śliwa i bar­dzo prze­jęta. Od chwili, kiedy weszła do tego domu, miała ochotę prze­cią­gnąć się i wyle­gi­wać, zupeł­nie jak kot na słońcu.

-?Mogę tu zostać?

-?Było ci ciężko, prawda? -?mruk­nęła Mia. -?Tak bar­dzo, że drżysz na myśl o zmia­nie na lep­sze. Będziesz pła­cić czynsz, bo nic, co przy­cho­dzi za darmo, nie ma war­to­ści. Potrą­cimy to z two­jej pen­sji, póź­niej omó­wimy warunki. Roz­gość się. Potem przyj­dziesz, pod­pi­szemy papiery i tak dalej. Zresztą to może zacze­kać do rana. Wszystko, co ci potrzebne do jutrzej­szego menu, naj­le­piej kupić na targu. Uprze­dzę ich, że przyj­dziesz, żebyś mogła kupo­wać na rachu­nek sklepu. Garnki, ron­dle, tego typu wydatki pokryję z koń­cem mie­siąca. Cze­kam na cie­bie i twoje dzieła punkt wpół do dzie­sią­tej. -?Mia pode­szła do Nell i wrzu­ciła klu­cze do jej bez­wład­nej dłoni. -?Jakieś pyta­nia?

-?Tak dużo, że nie wiem, od czego zacząć. Nie wiem, jak ci dzię­ko­wać.

-?Szkoda łez, sio­strzyczko -?wymam­ro­tała Mia. -?Są zbyt cenne. Będziesz na to wszystko ciężko pra­co­wać.

-?Nie mogę się docze­kać. -?Nell wycią­gnęła rękę. -?Dzię­kuję, Mia.

Ich dło­nie dotknęły się z lek­kim kla­śnię­ciem. Na uła­mek sekundy strze­liła błę­kitna iskra. Nell odsko­czyła z nie­pew­nym uśmie­chem.

-?Powie­trze jest chyba mocno nała­do­wane albo coś w tym rodzaju.

-?Albo coś w tym rodzaju. A więc, witaj w domu. -?Mia odwró­ciła się w stronę drzwi.

-?Mia -?wykrztu­siła wzru­szona Nell. -?Powie­dzia­łam, że to domek z bajki. A ty chyba jesteś wróżką znad mojej koły­ski.

Uśmiech Mii był olśnie­wa­jący, a jej śmiech głę­boki i dźwięczny.

-?Szybko się prze­ko­nasz, że się mylisz. Jestem po pro­stu dosko­nałą cza­row­nicą. Nie zapo­mnij o rachun­kach -?dodała i cicho zamknęła za sobą drzwi.

Rozdział 2

Mie­ścina przy­po­mi­nała, zda­niem Nell, Bri­ga­doon z opo­wie­ści Natha­niela Haw­thorne'a. W dro­dze na targ poświę­ciła tro­chę czasu, żeby zaj­rzeć tu i tam. Od kilku mie­sięcy tłu­ma­czyła sobie, że jest bez­pieczna. I wolna. Ale po raz pierw­szy, wędru­jąc po malow­ni­czych ulicz­kach ze ślicz­nymi domami, oddy­cha­jąc mor­skim powie­trzem, słu­cha­jąc twar­dego akcentu cha­rak­te­ry­stycz­nego dla Nowej Anglii, tak wła­śnie się czuła: bez­pieczna. I wolna.

Nikt jej tu nie zna, ale wkrótce ją poznają. Nell Chan­ning, dosko­nałą kucharkę, która mieszka w małym domku wśród drzew. Znaj­dzie tu przy­ja­ciół i ułoży sobie życie. Przy­szłość. Nic z prze­szło­ści już jej tu nie dotknie.

Pew­nego dnia sta­nie się cząstką tej wyspy, taką samą jak nie­wielka poczta w drew­nia­nym domku o wybla­kłej, sza­rej bar­wie albo biuro tury­styczne z fasadą ze sta­rej klin­kie­ro­wej cegły, jak dłu­gie, solidne nabrzeże, do któ­rego przy­bi­jali rybacy po cało­dzien­nym poło­wie.

By uczcić ten dzień, kupiła sobie dzwo­neczki z gwiaz­dek brzę­czą­cych na wie­trze. Pierw­szy od bli­sko roku zakup wyłącz­nie dla przy­jem­no­ści.

Pierw­szą noc na wyspie Nell spę­dziła w ślicz­nym łóżku, szczę­śliwa, wsłu­chu­jąc się w podzwa­nia­jące gwiazdki i mor­ską bryzę.

Wstała przed świ­tem, bo rwała się do pracy. Kiedy zupa dnia buzo­wała w garnku, Nell wał­ko­wała cia­sto. Kupiła różne rze­czy do kuchni i wydała pie­nią­dze do ostat­niego centa, a na doda­tek pra­wie całą zaliczkę i część pen­sji za następny mie­siąc. Ale się tym nie przej­mo­wała. Będzie miała to, co naj­lep­sze, i będzie przy­rzą­dzać naj­wspa­nial­sze dania. Mia Devlin, jej dobro­dziejka, nie znaj­dzie powodu, by żało­wać, że ją przy­jęła.

Każda rzecz w kuchni była dokład­nie taka, jak wyma­rzyła sobie Nell. Nie taka, jaką ktoś inny kazał jej zaak­cep­to­wać. W wol­nej chwili wybie­rze się do sklepu ogrod­ni­czego po zioła. Część posa­dzi w ogro­dzie od strony kuchni, a resztę w donicz­kach, które postawi na kuchen­nym para­pe­cie. Z fan­ta­zją i swo­bodą. Nic, ale to abso­lut­nie nic w jej domku nie będzie pod linijkę, wymu­skane ani ele­gancko wysty­li­zo­wane. Nie będzie tu hek­ta­rów mar­muru, wiel­kich tafli szkła, nie­bo­tycz­nych wazo­nów z nie­sa­mo­wi­tymi, egzo­tycz­nymi kwia­tami, chłod­nymi i bez zapa­chu. Nie będzie...

Wol­nego, przy­mknęła oczy. Ode­tchnęła.

Naj­wyż­sza pora prze­stać myśleć o tym, czego nie będzie, i zasta­no­wić się, co ma być. Prze­szłość będzie ją ści­gać dopóty, dopóki mocno nie zatrza­śnie i nie zary­gluje przed nią drzwi.

Gdy wstało słońce i roz­pa­liło ogniem wschod­nie okna, Nell wsu­nęła do pie­kar­nika pierw­szą bla­chę tart. Przy­po­mniała sobie rumianą kobietę, która pomo­gła jej na targu. Dorcas Bur­min­gham -?wspa­niałe jan­ke­skie nazwi­sko, pomy­ślała. Życz­liwa i cie­kaw­ska. Kie­dyś w takiej sytu­acji Nell spło­szy­łaby się i zamknęła w sobie. Tym­cza­sem tu potra­fiła gawę­dzić, a nawet śmiać się, uprzej­mie odpo­wia­dać na jedne pyta­nia i uni­kać innych.

Tarty sty­gły na sicie, a do pie­kar­nika wjeż­dżały babeczki. Kiedy w kuchni zro­biło się już jasno, Nell śpie­wała na powi­ta­nie dnia.

*

Lulu zało­żyła ręce na chu­dej piersi. Mia wie­działa, że w ten spo­sób stara się nadać sobie groźny wygląd. Ponie­waż Lulu mie­rzyła zale­d­wie pół­tora metra, ważyła czter­dzie­ści pięć kilo i miała buzię nie­szczę­śli­wego kra­sno­ludka, przy­bie­ra­nie groź­nego wyglądu wyma­gało nieco wysiłku.

-?Prze­cież nic o niej nie wiesz.

-?Wiem, że jest samotna, szuka pracy i zna­la­zła się we wła­ści­wym cza­sie na wła­ści­wym miej­scu.

-?Jest tu obca. Nie możesz tak po pro­stu zatrud­nić obcej osoby, poży­czać jej pie­nią­dze i dać dom, nic nie wie­dząc o jej prze­szło­ści. Nie ma żad­nych refe­ren­cji, Mia. Abso­lut­nie żad­nych. Wszystko wska­zuje na to, że jest psy­cho­patką, która ucieka przed pra­wem.

-?Znowu naczy­ta­łaś się kry­mi­na­łów?

Lulu rzu­ciła jej gniewne spoj­rze­nie, które na jej nie­win­nej twa­rzy przy­po­mi­nało raczej bole­sny uśmiech.

-?Są na świe­cie źli ludzie, Mia.

-?Ow­szem. -?Mia wycią­gała z dru­karki kom­pu­tera zamó­wie­nia do wysła­nia. - Są potrzebni, żeby na świe­cie była jakaś rów­no­waga. Ona przed czymś ucieka, Lu, ale nie przed pra­wem. I los skie­ro­wał ją tutaj. Do mnie.

-?Tylko że cza­sami los zadaje cios w plecy.

-?Dosko­nale o tym wiem. -?Mia wyszła z biura z wydru­kami w ręce; Lulu dep­tała jej po pię­tach. Gdyby nie to, że Lulu Cabot fak­tycz­nie ją wycho­wy­wała, Mia pora­dzi­łaby jej, by nie wty­kała nosa w nie swoje sprawy. -?A ty powin­naś wie­dzieć, że potra­fię o sie­bie zadbać.

-?Skoro przyj­mu­jesz włó­czę­gów, z twoją czuj­no­ścią nie jest naj­le­piej.

-?Ona nie jest włó­częgą, ona cze­goś szuka. To róż­nica. Coś w niej wyczu­wam -?dodała, scho­dząc na dół, by wypeł­nić zamó­wie­nia. -?Kiedy tro­chę ochło­nie, przyj­rzę się jej bli­żej.

-?Poproś przy­naj­mniej o refe­ren­cje.

Mia unio­sła brew, sły­sząc, że otwie­rają się tylne drzwi.

-?Jedną zaletę już ma. Jest punk­tu­alna. Nie cze­piaj się jej, Lulu - powie­działa sta­now­czym tonem, poda­jąc jej papiery. -?To bar­dzo wraż­liwa dziew­czyna. Dzień dobry, Nell.

-?Dzień dobry. -?Obła­do­wana przy­kry­tymi tacami, Nell zdmuch­nęła z oczu kosmyk wło­sów. -?Pod­je­cha­łam samo­cho­dem pod tylne wej­ście. Można?

-?Bar­dzo dobrze. Pomóc ci?

-?Och, nie, pora­dzę sobie. Wszystko jest przy­go­to­wane w aucie.

-?Lulu, poznaj Nell. Może­cie poznać się bli­żej póź­niej.

-?Miło mi, Lulu. Może naj­pierw to zaniosę.

-?Idź od razu. -?Mia odcze­kała, aż Nell wspięła się na górę. -?Wygląda groź­nie, co?

Lulu zaci­snęła zęby.

-?Wygląd może mylić.

Kilka chwil póź­niej Nell zbie­gła na dół. Miała na sobie zwy­kłą białą koszulkę wci­śniętą w dżinsy. Mały złoty meda­lion wyglą­dał na jej tle jak amu­let. -?Nasta­wi­łam kawę. Przy­niosę za parę sekund, ale nie wiem, jaką pije­cie.

-?Dla mnie czarna, dla Lulu słaba i słodka. Dzięki.

-?Mhm... Czy mogę pro­sić, żebyś nie wcho­dziła do kawiarni, póki nie skoń­czę? Strasz­nie bym chciała, żebyś to zoba­czyła, jak już wszystko będzie gotowe. Więc... -?Odwró­ciła się do wyj­ścia, zaru­mie­niona. - Zacze­kaj. Dobrze?

-?Bar­dzo się stara -?stwier­dziła Mia, kiedy razem z Lulu sie­działy nad zamó­wie­niami. -?Chętna do roboty. Tak, zde­cy­do­wa­nie psy­cho­pa­tyczne skłon­no­ści. Wezwij gliny.

-?Zamknij się.

Dwa­dzie­ścia minut póź­niej, zdy­szana i spięta, ale zado­wo­lona Nell znów poja­wiła się na dole. -?Możesz przyjść teraz? Jesz­cze zdążę to zmie­nić, gdyby ci się nie spodo­bało. Och, Lulu, czy możesz też przyjść? Mia powie­działa, że ty wiesz wszystko o skle­pie, więc zauwa­żysz, jeżeli coś będzie nie tak.

-?Hmm. -?Lulu nie­chęt­nie prze­rwała zama­wia­nie przez tele­fon. -?Kawiar­nia to nie moja działka. -?Wzru­sza­jąc ramio­nami, poszła jed­nak na górę za Mią.

Gablota wypeł­niona była lśnią­cymi ciast­kami, wiel­kim sto­sem babe­czek i bułe­czek z porzecz­kami. Pod wykwintną cze­ko­la­dową polewą błysz­czał wysoki tort ozdo­biony bitą śmie­taną. Na dwóch deli­kat­nych bia­łych pod­kład­kach z papieru leżały kru­che cia­steczka wiel­ko­ści męskiej dłoni. Z kuchni docho­dził zapach gotu­ją­cej się zupy.

Na tablicy wid­niała wypi­sana wprawną ręką spe­cjal­ność dnia. Lśniło wypo­le­ro­wane szkło, kawa wspa­niale pach­niała, a na ladzie stał jasno­nie­bie­ski dzba­nek z lasecz­kami cyna­monu.

Mia obcho­dziła te dzieła dookoła, jak gene­rał na prze­glą­dzie wojsk, a Nell stała, usi­łu­jąc nie wykrę­cać sobie rąk.

-?Nie wysta­wi­łam jesz­cze zupy i sała­tek. Pomy­śla­łam, że jeżeli zacze­kam z tym, powiedzmy, do jede­na­stej, ludzie zje­dzą w tym cza­sie ciastka. Na zaple­czu jest jesz­cze wię­cej tart i murzynka. Nie wyj­mo­wa­łam ich, bo chyba lepiej, żeby klient nie myślał, że cze­goś jest za dużo. A murzy­nek naj­le­piej pasuje do lun­chu i na popo­łu­dnie. Wysta­wi­łam tort, mam nadzieję, że przy­cią­gnie uwagę i ludzie wrócą po jesz­cze jeden kawa­łek. Ale mogę to wszystko zmie­nić, jeżeli wola­ła­byś raczej...

Urwała, gdy Mia unio­sła palec.

-?Spró­bujmy któ­rąś z tych tart.

-?Och. Oczy­wi­ście. Przy­niosę z kuchni. -?Popę­dziła na zaple­cze i wró­ciła z tartą w małej papie­ro­wej ser­wetce.

Mia w mil­cze­niu podzie­liła ją na pół i kawa­łek podała Lulu. Kiedy ugry­zła pierw­szy kęs, uśmiech­nęła się.

-?Co powiesz o takich refe­ren­cjach? -?mruk­nęła, po czym odwró­ciła się do Nell. -?Jeżeli będziesz tak zde­ner­wo­wana, klienci zaczną podej­rze­wać, że coś jest nie w porządku z two­imi wypie­kami, nie będą ich zama­wiać i stracą coś zupeł­nie nie­by­wa­łego. Masz talent, Nell.

-?Sma­kuje ci? -?Nell roze­śmiała się z ulgą. -?Pró­bo­wa­łam dziś rano wszyst­kiego po kolei. Ledwo żyję. -?Z uśmie­chem przy­ci­snęła dłoń do żołądka. -?Chcia­łam, żeby się udało.

-?I udało się. Odpręż się teraz, bo kiedy tylko rozej­dzie się wieść, że mamy w kuchni geniu­sza, spad­nie na cie­bie masa roboty.

*

Nell nie wie­działa, czy jaka­kol­wiek wieść się roze­szła, bo wkrótce była zbyt zajęta, by się dener­wo­wać. O wpół do jede­na­stej parzyła kolejny dzba­nek kawy i ukła­dała na tacach kolejną por­cję wypie­ków. Każdy brzęk kasy wywo­ły­wał w niej lekki dreszcz. A kiedy pako­wała do torebki pół tuzina babe­czek klientce, która stwier­dziła, że ni­gdy w życiu nie jadła cze­goś rów­nie smacz­nego, z tru­dem powstrzy­mała się, by nie zatań­czyć na środku sali.

-?Dzięki. Zapra­szamy.

Wymie­niły pro­mienne uśmie­chy i Nell zajęła się następ­nym klien­tem.

Taką ujrzał ją Zack po raz pierw­szy. Ładną blon­dynkę w bia­łym far­tuszku, z sze­ro­kim uśmie­chem i dołecz­kami. Mile zasko­czony w odpo­wie­dzi sam się do niej uśmiech­nął.

-?Sły­sza­łem o babecz­kach, ale nie sły­sza­łem o uśmie­chu.

-?Jest gra­tis. Za babeczki musi pan zapła­cić.

-?Popro­szę jedną. Z jago­dami. I dużą czarną kawę na wynos. Jestem Zack. Zack Todd.

-?Nell. -?Napeł­niła kubek prze­zna­czony do kawy na wynos. Nie musiała na niego zer­kać. Doświad­cze­nie nauczyło ją szybko czy­tać z twa­rzy i zapa­mię­ty­wać rysy. Przy­go­to­wu­jąc kawę, wciąż miała go przed oczami.

Opa­lony, z deli­kat­nymi zmarszcz­kami w kąci­kach prze­ni­kli­wych, zie­lo­nych oczu. Mocna szczęka z intry­gu­jącą uko­śną bli­zną. Ciemne włosy, odro­binę przy­dłu­gie i lekko krę­cone, już w czerwcu roz­ja­śnione od słońca. Szczu­pła twarz z dłu­gim, pro­stym nosem, usta skłonne do śmie­chu, który odsła­niał tro­szeczkę krzywe przed­nie zęby.

Ude­rzyła ją szcze­rość tej twa­rzy. Opa­no­wa­nie i życz­li­wość. Posta­wiła kawę na ladzie i zdej­mu­jąc z tacy babeczkę, jesz­cze raz zer­k­nęła na niego.

Miał bar­czy­ste ramiona i mocne ręce. Rękawy koszuli wypło­wia­łej od słońca i wody były pod­wi­nięte, a dłoń trzy­ma­jąca kubek z kawą -?duża i sze­roka. Nell instynk­tow­nie ufała męż­czy­znom o dużych dło­niach. Wąskie i wypie­lę­gno­wane potra­fiły zadać śmier­telny ból.

-?Tylko jedna? -?spy­tała, paku­jąc babeczkę.

-?Na razie mi wystar­czy. Podobno przy­pły­nęła pani na wyspę dopiero wczo­raj.

-?Jak się oka­zało, w naj­lep­szym dla mnie momen­cie. -?Wystu­kała należ­ność za jego zakup. Z zado­wo­le­niem patrzyła, jak Zack otwiera torbę i wącha.

-?Dla nas wszyst­kich tutaj to będzie naj­lep­szy moment, jeżeli to sma­kuje rów­nie dobrze, jak pach­nie. Skąd pani przy­je­chała?

-?Z Bostonu.

Nasta­wił uszu.

-?Coś mi nie wygląda na Boston. Pani akcent -?wyja­śnił, kiedy popa­trzyła na niego.

-?Och. -?Spo­koj­nie przy­jęła pie­nią­dze i wydała mu resztę. -?Nie pocho­dzę stam­tąd, ale z małego mia­steczka na Środ­ko­wym Zacho­dzie... w oko­licy Colum­bus. Czę­sto się prze­pro­wa­dza­łam. -?Była wciąż uśmiech­nięta, kiedy poda­wała mu para­gon. -?Pew­nie dla­tego nie mam wyraź­nego akcentu skąd­kol­wiek.

-?Moż­liwe.

-?Cześć, sze­ry­fie.

Zack rzu­cił okiem przez ramię i kiw­nął głową.

-?Witam, pani Macey.

-?Pój­dzie pan poga­dać z Pete'em Stah­rem o tym jego psie?

-?Wła­śnie idę w tamtą stronę.

-?Ten kun­del wyta­rzał się w zde­chłej rybie. I oczy­wi­ście nie miał nic lep­szego do roboty, jak tylko upać­kać moje roz­wie­szone pra­nie. Musia­łam pra­wie wszystko prać na nowo. Nie prze­pa­dam za psami.

-?Rozu­miem.

-?Pete powi­nien tego psa trzy­mać na smy­czy.

-?Poroz­ma­wiam z nim jesz­cze przed połu­dniem. Niech pani kupi jedną z tych babe­czek, pani Macey.

-?Przy­szłam tylko po książkę. -?Spoj­rzała jed­nak na gablotę, ścią­gnąw­szy usta. -?Rze­czy­wi­ście wyglą­dają kusząco. Jesteś nowa?

-?Tak. -?Gar­dło Nell było suche i gorące. Bała się, że czuć to w jej gło­sie. -?Na imię mi Nell. Mogę czymś pani słu­żyć?

-?Może wezmę jedną z tych tart do her­baty. Uwiel­biam dobre tarty z owo­cami. Tylko pro­szę, żadne tam wymyślne her­baty. Daj mi porząd­nej czar­nej o smaku poma­rań­czo­wym. Powiedz temu Pete'owi, żeby trzy­mał swo­jego psa z dala od mojego pra­nia -?dodała, zwra­ca­jąc się do Zacka. - Bo ina­czej będzie prał za mnie.

-?Tak jest, pro­szę pani. -?Znów uśmiech­nął się do Nell. Patrzył na nią badaw­czo. Widział, jak pobla­dła, gdy Gla­dys Macey nazwała go sze­ry­fem. - Miło było cię poznać, Nell. -?Lekko ski­nęła mu głową. Jej ręce są zajęte pracą, ale odro­binę nie­spo­kojne, zauwa­żył.

Czego wła­ści­wie, zasta­na­wiał się, młoda, ładna kobieta może się oba­wiać ze strony prawa? No cóż, pomy­ślał, scho­dząc na dół, nie­któ­rzy ludzie instynk­tow­nie uni­kają gli­nia­rzy.

Rozej­rzał się po par­te­rze i spo­strzegł Mię ukła­da­jącą książki na pół­kach z lite­ra­turą ezo­te­ryczną. Tak czy ina­czej, zde­cy­do­wał, nie zaszko­dzi, jeśli zada jej przy oka­zji kilka pytań.

-?Duży dziś ruch?

-?Mmm. -?Nie patrząc na niego, wsu­nęła książki na wolne miej­sca. - Sądzi­łam, że będzie więk­szy. Jest sezon, a ja mam w kawiarni nową, tajną broń.

-?Wła­śnie ją widzia­łem. Wyna­ję­łaś jej żółty domek.

-?Zga­dza się.

-?Spraw­dza­łaś, gdzie przed­tem pra­co­wała i jakie są jej refe­ren­cje?

-?Słu­chaj, Zack. -?Mia odwró­ciła się. Na obca­sach pra­wie dorów­ny­wała mu wzro­stem i nieco poufale pokle­pała go po policzku. -?Jeste­śmy przy­ja­ciółmi od dawna. Wystar­cza­jąco długo, żebym mogła ci powie­dzieć, byś nie wsa­dzał nosa w nie swoje sprawy. Nie życzę sobie, żebyś przy­cho­dził do mojej kawiarni prze­słu­chi­wać mi per­so­nel.

-?W porządku. W takim razie zawlokę ją na komi­sa­riat i wycią­gnę pałkę.

Mia uśmiech­nęła się, nachy­liła i musnęła war­gami jego poli­czek. -?Ty bru­talu. Nie martw się o Nell. Nie narobi kło­po­tów.

-?Drgnęła, kiedy zorien­to­wała się, że jestem sze­ry­fem.

-?Kocha­nie, jesteś tak przy­stojny, że wszyst­kie dziew­częta drżą na twój widok.

Odprę­żył się na tyle, by się uśmiech­nąć.

-?Na tobie to się ni­gdy nie spraw­dziło.

-?Dużo wiesz. Teraz idź już, muszę się zająć firmą.

-?Idę. Muszę wypeł­nić swoje obo­wiązki i ochrza­nić Pete'a Stahra za to, że jego pies śmier­dzi.

-?Sze­ry­fie, taki pan mężny. -?Mia zatrze­po­tała rzę­sami. -?Cóż byśmy my, biedni wyspia­rze, poczęli, gdyby nie opieka pana i pań­skiej dziel­nej sio­stry?

-?Ha, ha. Ripley powinna wró­cić połu­dnio­wym pro­mem. Od razu dosta­nie sprawę psa.

-?Czyżby tydzień już się koń­czył? -?Mia skrzy­wiła się i wró­ciła mię­dzy półki. -?No cóż, nic co dobre, nie trwa wiecz­nie.

-?Nie zamie­rzam wię­cej wty­kać nosa mię­dzy was dwie. Wolę już mieć do czy­nie­nia z Pete'em i jego psem.

Mia roze­śmiała się, ale tuż po wyj­ściu Zacka spoj­rzała w stronę scho­dów, pomy­ślała o Nell i zadu­mała się.

Celowo poszła na górę bli­żej połu­dnia. Nell wysta­wiła już sałatki i zupę, przy­go­to­wu­jąc się do więk­szego ruchu w porze lun­chu. Mia zauwa­żyła, że sałatki wyglą­dają świeżo i ape­tycz­nie, a zapach zupy musi sku­sić każ­dego, kto wej­dzie do lokalu.

-?Jak leci?

-?W porządku. Wresz­cie chwila spo­koju. -?Nell wytarła ręce w far­tuch. - Inte­res dzi­siaj kwit­nie. Babeczki wygrały kon­ku­ren­cję, ale tarty nie­mal je dogo­niły.

-?Masz regu­la­mi­nową prze­rwę. Zajmę się klien­tami, chyba że ktoś będzie chciał cze­goś, co wymaga uży­cia tej strasz­li­wej maszyny.

W kuchni Mia usia­dła na stołku i zało­żyła nogę na nogę.

-?Wpad­nij do mojego biura po pracy. Pod­pi­szemy umowę.

-?Okej. Myślę o menu na jutro.

-?O tym też pomó­wimy póź­niej. Zrób sobie kawę i choć tro­chę odpocz­nij.

-?Jestem za bar­dzo nakrę­cona. -?Nell otwo­rzyła jed­nak lodówkę i wyjęła małą butelkę wody. -?To mi wystar­czy.

-?Urzą­dzi­łaś się już cał­kiem w domu?

-?Super. Jesz­cze ni­gdy nie spa­łam tak dobrze i nie zbu­dzi­łam się tak łatwo. Mia­łam otwarte okna i sły­sza­łam szum fal, brzmi jak koły­sanka. Widzia­łaś dziś rano wschód słońca? Nie­sa­mo­wity.

-?Wie­rzę ci na słowo. Sta­ram się uni­kać wscho­dów słońca. Upar­cie odby­wają się wcze­snym ran­kiem. -?Wycią­gnęła rękę i ku zdu­mie­niu Nell wypiła łyk wody z jej butelki. -?Sły­sza­łam, że roz­ma­wia­łaś z Zackiem Tod­dem.

-?Tak? -?Nell natych­miast zła­pała ścierkę i zaczęła pole­ro­wać kuch­nię. - Ach, z sze­ry­fem Tod­dem? Tak, kupił kawę i babeczkę z jago­dami na wynos.

-?Tod­do­wie sie­dzą tu na wyspie od wie­ków, a Zachary szcze­gól­nie im się udał. To dobry czło­wiek -?powie­działa z roz­my­słem. -?Opie­kuń­czy i uczciwy, a jed­no­cze­śnie nie ponu­rak.

-?Czy to twój... -?Słowo "chło­pak" nie­zbyt paso­wało do kobiety takiej jak Mia. -?Czy coś was wiąże?

-?Tak roman­tycz­nie? Nie. -?Mia zaśmiała się gar­dłowo i oddała Nell butelkę. -?Jest abso­lut­nie za dobry dla mnie. Cho­ciaż lekko się w nim durzy­łam, kiedy mia­łam pięt­na­ście albo szes­na­ście lat. To zresztą pierw­szo­rzędny egzem­plarz. Chyba zauwa­ży­łaś.

-?Męż­czyźni mnie nie inte­re­sują.

-?Rozu­miem. To dla­tego ucie­kasz? Od męż­czy­zny? -?Nell nie odpo­wie­działa, więc Mia pod­nio­sła się. -?Jeśli kie­dyś będziesz miała ochotę o tym poga­dać, potra­fię być dosko­na­łym słu­cha­czem. I życz­li­wym.

-?Mia, jestem ci wdzięczna za wszystko, co dla mnie zro­bi­łaś. Po pro­stu chcę pra­co­wać.

-?Roz­sąd­nie. -?Brzęk­nął dzwo­nek oznaj­mia­jący wej­ście klienta. -?Nie, masz prze­rwę -?przy­po­mniała Mia, zanim Nell zdą­żyła wybiec z kuchni. - Na razie ja zajmę się wszyst­kim. I nie rób smut­nej miny, sio­strzyczko. Nikt cię o nic nie pyta, nikomu nie musisz odpo­wia­dać. Chyba że samej sobie.

Nell, dziw­nie uspo­ko­jona, została w kuchni. Sły­szała śmiech Mii i szmer jej głosu, gdy roz­ma­wiała z klien­tami. W skle­pie brzmiała teraz muzyka fle­tów i wyczu­wała jakieś flu­idy. Mogła zamknąć oczy, wyobra­zić sobie sie­bie w tym samym miej­scu, dokład­nie tu, następ­nego dnia. I za rok. Będzie pra­co­wać. Będzie spo­kojna i bez­pieczna. Szczę­śliwa.

Nie ma powo­dów do smutku ani obaw, nie ma też sensu przej­mo­wać się sze­ry­fem. Dla­czego miałby na nią zwró­cić uwagę i grze­bać w jej prze­szło­ści? A jeśli to zrobi, co znaj­dzie? Była ostrożna i skru­pu­latna.

Nie. Koniec z ucie­ka­niem. Zna­la­zła swoje miej­sce. I tu zosta­nie.

Dopiła wodę i wycho­dziła z kuchni dokład­nie w chwili, kiedy Mia do niej wra­cała. Zegar na placu zaczął wybi­jać połu­dnie powol­nymi, cięż­kimi ude­rze­niami.

Pod­łoga pod sto­pami Nell zadrżała, roz­bły­sło jaskrawe świa­tło. Nell sły­szała coraz gło­śniej­sze dźwięki muzyki, jakby jed­no­cze­śnie zabrzmiało tysiące harf. Wiatr, przy­się­głaby, że poczuła gorący wiatr, który dmuch­nął jej w twarz i roz­wiał włosy. Zapach­niało woskiem i świeżą, wil­gotną zie­mią.

Świat zady­go­tał i zawi­ro­wał, po czym w mgnie­niu oka uspo­koił się, jakby nic się przed chwilą nie wyda­rzyło. Nell potrzą­snęła głową, żeby oprzy­tom­nieć, i napo­tkała głę­bo­kie spoj­rze­nie sza­rych oczu Mii.

-?Co to było? Trzę­sie­nie ziemi? -?I nagle uświa­do­miła sobie, że nikt w lokalu niczego nie zauwa­żył. Ludzie krą­żyli, sie­dzieli, roz­ma­wiali, coś popi­jali. -?Zda­wało mi się... czu­łam...

-?Tak, wiem. -?Głos Mii był spo­kojny, ale dźwię­czał w nim ton, któ­rego Nell wcze­śniej nie sły­szała. -?To wszystko tłu­ma­czy.

-?Co tłu­ma­czy? -?Nell, wstrzą­śnięta, zła­pała Mię za nad­gar­stek. I wtedy prze­szedł ją prąd.

-?Poroz­ma­wiamy o tym. Póź­niej. Wła­śnie przy­pływa połu­dniowy prom. -?I wraca Ripley, pomy­ślała. Wszyst­kie, cała trójka, są teraz na wyspie. - Będzie dużo roboty. Poda­waj zupę, Nell -?powie­działa miękko i wyszła.

*

Mia rzadko pozwa­lała się zasko­czyć, ale to, czego przed sekundą doświad­czyła w kon­tak­cie z Nell, było dużo sil­niej­sze i głęb­sze, niż ocze­ki­wała, i to ją zanie­po­ko­iło. Powinna być lepiej przy­go­to­wana. Ona jedyna wie, wie­rzy i rozu­mie, co przy­niósł los przed wie­loma laty i co może przy­nieść teraz.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki