As myśliwski...
Określenie "as myśliwski" czy też "as przestworzy" powstało w zamierzchłych czasach pierwszej wojny światowej, gdy lotnicy francuscy
użyli słowa "as" dla oznaczenia najlepszych i najodważniejszych pilotów
myśliwskich tamtego okresu. Powszechnie uznanym, chociaż nie zawsze
słusznym kryterium oceny danego myśliwca jest liczba strąconych przez
niego samolotów wroga. Francuzi terminem "as" wyróżniali każdego lotnika
bojowego, który poszczycić się mógł zniszczeniem co najmniej pięciu
statków powietrznych przeciwnika.
Dlaczego statków powietrznych, a nie po prostu samolotów czy też - jak
wówczas mówiono - aeroplanów? Otóż w tamtych ciekawych czasach
zestrzeliwano nie tylko samoloty, ale również sterowce i balony
obserwacyjne. Takie zestrzelenia również uznawano za zwycięstwo.
Przyznać trzeba, iż o oficjalne potwierdzenie zwycięstwa bywało czasem
trudno. Przyznawano je z reguły wtedy, gdy poświadczały je załogi
własnych balonów lub gdy dana maszyna spadła po własnej stronie frontu.
Kiedy zaś, jak często bywało, poszczególni myśliwcy dobierali się do
skóry lotnikom nieprzyjacielskim po drugiej stronie frontu, nierzadko
miał miejsce fakt, iż mimo niewątpliwych zwycięstw nie zaliczano im
zestrzałów.
Z tej to przyczyny tacy wybitni lotnicy, jak bohater narodowy Francji,
René Fonck, oficjalnie zaliczonych mieli znacznie mniej zwycięstw, niż
ich rzeczywiście odnieśli. René Fonck figuruje na czele listy z oficjalną liczbą 75 zestrzeleń. W rzeczywistości miał ich około 150.
To samo odnosi się do drugiego asa francuskiego, Charlesa Guynemera, i do wielu innych.
Już w tamtym czasie zwyczaj kreowania asów po pięciu zestrzałach
przejęli od Francuzów Amerykanie i utrzymali go do ostatnich lat. Inne
kraje, wśród nich również Polska, nie warunkowały "asostwa" jakąś ściśle
określoną liczbą zwycięstw powietrznych. Trudno było brać przykład z Amerykanów, którzy w czasie drugiej wojny światowej asem nazywali nawet
takiego pilota, który zestrzelił choćby jeden samolot w powietrzu i zniszczył cztery na ziemi. Tego rodzaju wyróżnienie, może odpowiadające
mentalności amerykańskiej, stawało się wprost śmieszne w innych krajach.
Dla Polaków pojęcie asa myśliwskiego, czy w ogóle asa lotniczego,
kojarzy się z wysoką klasą pilotażu w czasie pokoju, a w czasie wojny
także z innymi walorami, nie tylko z mechanicznie rejestrowaną liczbą
zestrzeleń, które - jak wykazywała praktyka - czasem bywały kwestią
przypadku, a czasem nawet... fantazji danego lotnika.
W latach drugiej wojny światowej w walkach powietrznych ginęły tysiące
samolotów, a piloci myśliwscy poszczególnych krajów wyrabiali się na
pierwszorzędnych fachowców. Wielu z nich poniosło śmierć, inni z czasem
wytworzyli swego rodzaju elitę, potrafili zdobyć "konto" idące w dziesiątki zwycięstw. Ci właśnie stali się podniebnymi asami,
niezwyciężonymi rycerzami powietrza.
Gdy w roku 1945 zamilkły wreszcie działa i ucichły odgłosy eksplozji
bomb lotniczych, piloci myśliwscy krajów alianckich poszczycić się mogli
nie byle jakimi wynikami, a pewne nazwiska stały się głośne na cały
świat. W Stanach Zjednoczonych Richard Bong, w Wielkiej Brytanii James
Edgar Johnson, we Francji Pierre Clostermann, w Związku Radzieckim Iwan
Kożedub i Aleksander Pokryszkin...
Bohaterskimi wyczynami tych właśnie podniebnych asów zapisane zostały
następne kartki tego tomiku.
"Johnnie" Johnson
Upalne lato roku 1940. Nad południową i wschodnią Anglią szaleje zacięta
walka powietrzna, której wyniki zadecydować mogą o losach Imperium
Brytyjskiego. Niemieckie bombowce, osłaniane przez myśliwskie
Messerschmitty, nieustannie niemal bombardują porty, miasta i lotniska
wyspiarzy. Setkom i tysiącom wrogich maszyn zawzięcie przeciwstawiają
się nieliczne dywizjony Hurricane'ów i Spitfire'ów. Do bitwy o Anglię
Niemcy rzucają około 3500 samolotów bojowych pierwszej linii i około
2100 samolotów rezerwy. Po stronie angielskiej w obronie bierze udział
około 850 maszyn myśliwskich1.
W niezliczonych pojedynkach powietrznych wyrastają prawdziwe sławy
myśliwskie. Posyła wrogie samoloty do ziemi osławiony "Sailor" Malan, u którego liczba zestrzeleń wynosi 32, dzielnie spisuje się młodziutki Bob
Finucane, legitymujący się przy końcu wojny taką samą ilością zwycięstw.
Legendarną postacią staje się Douglas Bader. W szranki wstępują Polacy,
szukający na obczyźnie odwetu za klęskę wrześniową. Do boju ruszają
dywizjony 302 i 303. Nazwiska Witolda Urbanowicza, Stanisława
Skalskiego, Karola Pniaka i Zdzisława Henneberga cieszą się sławą nie
tylko wśród lotników polskich, ale - nieco przekręcone i zniekształcone
- powtarzane są z szacunkiem w całym RAF-ie2. Po początkowym
okresie nieufności dowódcy królewskiego lotnictwa piszą entuzjastyczne
opinie i raporty o polskich lotnikach.
Bitwa o Anglię przedłuża się. Marszałkowie Albert Kesselring i Hugo
Sperrle bezustannie wysyłają Dorniery i Heinkle, Junkersy i Messerschmitty. Niemieccy "rycerze przestworzy" raz po raz meldują, iż
wszystkie siły powietrzne przeciwnika są ostatecznie zlikwidowane i...
siły te raz po raz odradzają się, startują i zadają najeźdźcom potężne
ciosy. Luftwaffe zgłasza zestrzelenie podczas walk 3058 samolotów
brytyjskich. Okazuje się, iż w istocie RAF traci 915 maszyn. Chłodni i opanowani Anglicy nie popadają w tak wielką przesadę. Zgłosili 2698
samolotów zestrzelonych, podczas gdy faktycznie straty niemieckie
wynosiły 1733 samoloty3.
Pod koniec sierpnia 1940 roku w myśliwskim dywizjonie 19, stacjonującym
na lotnisku Duxford, zameldował się młody, dwudziestoczteroletni
podporucznik rezerwy, James Edgar Johnson, przez kolegów przezwany
zdrobniale "Johnnie". Nie miał on wówczas zbyt wielkiego doświadczenia
lotniczego. Prawdę mówiąc, nie miał go wcale. Technik z wykształcenia,
kilkakrotnie przed wybuchem wojny starał się dostać na kurs pilotażu dla
rezerwistów, ale zawsze bez skutku. W aeroklubie nie mógł się szkolić.
Kosztowało to zbyt słono, a Johnnie kapitałów nie posiadał. Dopiero po
wybuchu wojny, gdy wyżsi dowódcy RAF-u doszli do przekonania, iż mimo
wszystko rezerwy będą potrzebne, udało się Johnsonowi ukończyć kurs
pilotażu podstawowego, a latem roku 1940 również kurs doskonalenia
myśliwskiego, na którym po raz pierwszy zetknął się z samolotem
Supermarine Spitfire, najpowszechniej używanym w wojnie myśliwcem
brytyjskim. Smukły i zgrabny Spitfire był jednomiejscowym,
jednosilnikowym dolnopłatem, zdolnym przeciwstawić się z powodzeniem
Messerschmittowi Me-109, najpowszechniej używanemu przez stronę
przeciwną4.
Wreszcie uznano, iż Pilot Officer5 Johnson nadaje się do
działań bojowych. Była to oczywiście wielka przesada. Johnnie wylatał co
prawda dwieście godzin, z czego dwadzieścia na samolocie Spitfire, ale
jego wiedza myśliwska była minimalna. Gdy meldował się w Duxford, miał
wiele wątpliwości, do głowy cisnęły się dziesiątki pytań, na które nie
mogli czy też nie chcieli poprzednio odpowiedzieć instruktorzy i na
które odpowiedź musiał wynaleźć sam.
"Czy Messerschmitt Me-109 jest równie zwrotny jak Spitfire?".
"Jak najlepiej atakować przeciwnika?".
"Jak odkładać poprawkę celu?".
"Jak uniknąć zestrzelenia?".
"Na czym polega nowoczesna taktyka myśliwska?".
Ale i w bojowym dywizjonie 19 piloci nie mieli czasu ani na pouczanie
nowego kolegi, ani na trenowanie go w powietrzu. Stał się zawadą w jednostce, biorącej udział w ciągłych walkach. Dlatego też prędko
postanowiono przenieść go, by we względnie spokojnych warunkach
doszlifować i uzupełnić jego wiedzę lotniczą.
Tak więc Johnnie znalazł się w dywizjonie 616, stacjonującym w Coltishall na północy Anglii. Dywizjon ten poprzednio operował z Kenley
na południu kraju, poniósł duże straty i został chwilowo wycofany z akcji. Tam właśnie Johnnie otrzymał niezbędny dodatkowy trening oraz
kilka cennych rad od dowódcy. Zapamiętał szczególnie jedną:
- Pamiętaj chłopcze - mówił dowódca - że myśliwiec musi w powietrzu
rozglądać się bezustannie na wszystkie strony, musi wszystko widzieć.
Nasze życie zależy od tego, czy dostrzeżemy Messerschmitta, zanim on nas
zobaczy!
Johnson długo jednak musiał czekać na pierwszy lot bojowy, a niewiele
brakowało, by się nań w ogóle nie doczekał. Jeszcze bowiem przed wojną,
w jakimś meczu rugby, doznał złamania obojczyka. Kość zrosła się
wówczas, ale nieprawidłowo. Teraz zaś w czasie latania odczuwał stałe i narastające bóle. Zmuszony był zasięgnąć porady lekarzy, a ci odesłali
go do szpitala. Obojczyk złamano i złożono ponownie, tym razem
prawidłowo. Wszystko to jednak trwało kilka miesięcy i dopiero w końcu
roku 1940 Johnson powtórnie znalazł się w dywizjonie 616, by kontynuować
trening i zaznajamiać się z taktyką myśliwską.
W tym czasie ustalony został w ogólnych zarysach sposób ugrupowania
bojowego. Już podczas bitwy o Anglię Brytyjczycy, nie zważając na rady
doświadczonych w bojach Polaków, uparcie trzymali się jeszcze
przedwojennego systemu latania czterema ciasno ugrupowanymi trójkami w szyku odwróconego V. Była to formacja piękna dla oka, ale oczywiście
błędna i śmiertelnie niebezpieczna. Mała zwrotność i brak wzajemnego
ubezpieczenia powodowały, iż nieraz jednostki w ten sposób lecące
doznawały nagłych i bolesnych strat. Nieco później zastosowano innowację
- formację trzech "sznureczków" po cztery maszyny. I ten system zawiódł,
znów z powodu braku odpowiedniej obserwacji i ubezpieczenia. Zdarzało
się, iż jakiś pojedynczy Messerschmitt podlatywał od tylu do
"sznureczka" i kolejno zestrzeliwał, jak kaczki, niespodziewających się
niczego Anglików.
Wreszcie zerknięto jednym okiem na Polaków, drugim na Niemców i znaleziono właściwy układ samolotów. System trzech czwórek lecących w ławie okazał się najlepszy. Czwórka składała się z dwóch par -
podstawowego elementu taktycznego. Środkowa czwórka dywizjonu leciała
najniżej, czwórka od strony słońca nieco wyżej, czwórka od strony
przeciwnej słońcu znacznie wyżej. Zapewniało to zarówno zwrotność całej
formacji, jak i doskonałą obserwację, szczególnie pod słońce, a wiadomo
każdemu, iż nieprzyjaciela właśnie w słońcu trzeba szukać; kryje się on
w oślepiających promieniach i w miarę możności atakuje z góry, z przewagą prędkości.
Co więcej, myśliwcy RAF-u doszli do wniosku, iż para stanowić winna
nierozerwalną całość. Prowadzący miał za zadanie wyszukać nieprzyjaciela
i atakować go, prowadzony ubezpieczał z tyłu i odpędzał ewentualne ataki
wroga. Taki właśnie system stosowali w swych jednostkach Polacy,
podobnie latali i doświadczeni w bojach Niemcy, szybko system ten
zastosowali również myśliwcy radzieccy.
Pierwszy lot bojowy był dla Johnsona dosyć pamiętny. Doszło wówczas do
pierwszej w jego życiu walki.
Dywizjon 616 stacjonował wtedy na lotnisku Kirton-in-Lindsey na północy
Anglii. W połowie stycznia 1941 roku Operations Room, czyli naziemna
kontrola radiowa i centrum dowodzenia, powołało w powietrze sekcję
alarmową dywizjonu, składającą się z porucznika Dundasa i podporucznika
Johnsona. Piloci błyskawicznie dopadli do maszyn i w dwie minuty później
znaleźli się w powietrzu.
Kontroler6 z naziemnej stacji radarowej spokojnym i zrównoważonym głosem podał pilotom kurs, wiodący ponad pokrytymi
śniegiem polami w stronę Morza Północnego, nakazując stale zwiększać
wysokość. Okazało się, iż obiektem pary alarmowej miał być jakiś
pojedynczy samolot wroga, prawdopodobnie dwusilnikowy bombowiec. Gdy
maszyny wyszły daleko w morze, piloci dojrzeli w dole duży konwój
statków kierujących się na południe. Prawdopodobnie on właśnie był celem
nieprzyjacielskiego samolotu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki