Wstęp
W 1939 r., gdy Polska znalazła się pod okupacją dwóch wrogich państw totalitarnych - niemieckiego i sowieckiego - klęska militarna nie złamała ani społecznej woli oporu, ani ducha bojowego żołnierzy. Zaledwie osiem miesięcy po Wrześniu wojskowi z orłami na hełmach stanęli u boku zachodnich sojuszników, by walczyć przeciwko Niemcom "za wolność naszą i waszą". Jako pierwsi wyruszyli w bój na lądzie żołnierze Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich (SBSP). Los tej formacji skupia - jak w soczewce - złożoną sytuację międzynarodową, tragizm II wojny światowej i skomplikowane historie ludzi, którzy stawili czoła zbrodniczemu reżimowi niemieckiemu.
Podhalańczycy trafili w 1940 r. aż za koło podbiegunowe. Wbrew pierwotnym planom, przewidującym ich udział w wojnie zimowej po stronie zaatakowanej przez ZSRS Finlandii, musieli walczyć przeciwko siłom Wehrmachtu o norweski Narwik wraz z elitarnymi oddziałami: brytyjską 24 Brygadą Gwardii Królewskiej, norweskimi strzelcami narciarskimi, francuską 27 Półbrygadą Strzelców Alpejskich i 13 Półbrygadą Legii Cudzoziemskiej. Polska formacja odniosła podczas wojny w Skandynawii kilka znaczących sukcesów, zapisując się na trwałe w dziejach polskiej wojskowości.
Niestety Samodzielną Brygadę spotkał tragiczny koniec. Po ewakuacji z Norwegii trafiła - mimo międzylądowania na Wyspach Brytyjskich - do Francji. W pierwszych dniach czerwca 1940 r. została wycofana z walk i przetransportowana do niegościnnej Bretanii, gdzie wzięła udział w ciężkich zmaganiach z przeważającymi siłami niemieckimi. Części żołnierzy rozbitej Brygady udało się przedostać do Wielkiej Brytanii - bezpośrednio lub przez Hiszpanię, podczas gdy inni dołączyli do szeregów francuskiego ruchu oporu.
O czym nie jest ta książka
Książka, którą Czytelnik dostaje do rąk, nie jest monografią poświęconą Samodzielnej Brygadzie Strzelców Podhalańskich; nie prezentuje nowych ustaleń dotyczących losów tej formacji, poszczególnych jej oddziałów lub żołnierzy; nie stanowi też monografii walk o Norwegię ani bitwy o Narwik.
Jest to rzecz popularnonaukowa mająca spełnić jedno podstawowe zadanie: zachować pamięć o dziejach pierwszej lądowej formacji Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie (PSZ), która podjęła misję kontynuowania zmagań o wolność ojczyzny. Choć żywot SBSP był krótki, jej wysiłek miał ogromne znaczenie dla morale aliantów, a także dowiódł wartości bojowej polskiego żołnierza. Tylko dokumentując i utrwalając w powszechnej świadomości tę historię, możemy powstrzymać proces zapominania o poświęceniu naszych rodaków w walce o wolność - zarówno swoją, jak i narodów sprzymierzonych.
Dziś, gdy młodzieży i dorosłym często brakuje dostatecznej wiedzy o historycznych wydarzeniach, które ukształtowały współczesny świat, książka popularnonaukowa - napisana przystępnym językiem (taką żywię nadzieję), wzbogacona ilustracjami i anegdotami - może zainteresować Czytelników, nie tylko przyczyniając się do ich edukacji, ale również budując poczucie dumy oraz tożsamości narodowej.
Opowieść o dziejach Samodzielnej Brygady to niezwykle inspirujący przykład odwagi i poświęcenia. Historia podhalańczyków, którzy walczyli w surowych warunkach górzystej Norwegii, motywuje do przezwyciężania trudności i przeciwności losu, a ich determinacja oraz duch walki przypominają, że nawet w beznadziejnych sytuacjach trzeba zachować honor i bić się o to, w co się wierzy.
W pracy podkreślono również solidarność aliantów podczas II wojny światowej, ukazując, jak cenna jest współpraca międzynarodowa - równie istotna w dzisiejszych niestabilnych politycznie czasach.
Wcześniejsze prace jako punkt odniesienia
Udział polskich żołnierzy w walkach w Skandynawii był już przedmiotem badań i opracowań - szczególnie wartościowe są publikacje Narwik 1940 Janusza Odziemkowskiego (Warszawa 1988) oraz Samodzielna Brygada Strzelców Podhalańskich Tadeusza Paneckiego (Warszawa 1992).
Temat ten podejmowali również autorzy prac popularnonaukowych, a nawet opowiadań, by wspomnieć utwory literackie polskiego pisarza kaszubskiego rodem z Torunia, uczestnika walk o Narwik Lecha Bądkowskiego. Uwiecznił on akty odwagi i poświęcenia towarzyszy broni, a sam wykazał się męstwem i sumiennością w wykonywaniu rozkazów, za co 21 lipca 1941 r. został w szkockiej miejscowości Douglas odznaczony przez gen. Władysława Sikorskiego Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari.
Fot. 1. Lech Bądkowski (domena publiczna)
O Narwik bił się także Ksawery Pruszyński, który na kanwie własnych wspomnień napisał krótką powieść Droga wiodła przez Narwik, wydaną po raz pierwszy w Londynie już w 1941 r. Zobrazował w niej żywym językiem starcia z Niemcami, przedstawił często trudne relacje między żołnierzami SBSP, a także podjął rozważania na temat patriotyzmu i poświęcenia. Uwiecznił siebie jako podchorążego Andrzeja Czeczela i ukazał frontową rzeczywistość widzianą jego oczyma.
Po wojnie ukazały się wspomnienia uczestników zmagań z Niemcami w zimnej Skandynawii, m.in. Jana Meysztowicza Saga Brygady Podhalańskiej (Warszawa 1957) i Polacy w bitwie o Narwik 1940 (Warszawa 1968), Władysława Deca Narwik i Falaise (Warszawa 1957), a także Felicjana Majorkiewicza Lata chmurne, lata dumne (Warszawa 1983). Najlepiej literacko prezentują się prace Meysztowicza (w czasie kampanii podchorążego), którego barwne sformułowania, np. "brunatne chryzantemy wybuchów", budzą autentyczny podziw dla jego talentu. Obie książki mają jednak jedną wadę: Meysztowicz chciał im nadać walor edukacyjny, pozostały zatem ni to wspomnieniami uczestnika wydarzeń, ni to monografiami. Autor balansuje gdzieś w połowie drogi między obiema tymi formami.
Mniej literackie, a bardziej konkretne są wspomnienia Władysława Deca. Sięgałem po nie wielokrotnie i je właśnie uważam za najciekawsze. Zawodowy wojskowy nie miał talentu literackiego Bądkowskiego, Pruszyńskiego ani Meysztowicza, ale jak mało kto rozumiał wojenne realia - podczas kampanii norweskiej dowodził najbardziej ostrzelanym 2 batalionem i dokładnie opisał życie żołnierzy tej jednostki. Nie brakuje u niego kolokwializmów (np. "żyć smrodem kompanii"), sarkastycznego humoru oraz opisów żmudnej codzienności i żołnierskich rozrywek. Nie pomija relacji damsko-męskich (wspomina o swojej przelotnej paryskiej znajomości z blondwłosą "cyceronką"), napięć między żołnierzami (np. kłopotów z musztrą u nieprzestrzegających dyscypliny, choć znakomicie ostrzelanych dąbrowszczaków) ani ilości wypijanego przez żołnierzy wina, rumu i koniaku - godnej sienkiewiczowskich Sarmatów. Cechy te nadają książce Władysława Deca szczególny powab autentyczności, gorąco zachęcam zatem do zapoznania się z nią.
Materiał zawarty we wspomnieniach i broszurach z czasów wojny, a także cytaty uczestników wydarzeń są zbyt ciekawe, by ich nie wykorzystać. Śródtytuły w rozdziałach książki pochodzą ze wspomnień (np. "Nawet muł się zbuntował"), są tytułami broszur lub cytatami z wypowiedzi uczestników wydarzeń historycznych (np. "Sprzeczne z dyscypliną wojskową i honorem żołnierza polskiego"). Ufam, iż dzięki temu zabiegowi (i zaciągniętemu przeze mnie u poprzedników długowi) Czytelnik będzie czerpał więcej satysfakcji z lektury.
Zanim wyruszyli na Północ
"Konglomerat ludzki zebrany zrządzeniem losu w jedną całość"
Po klęsce wrześniowej 1939 r. tysiące Polaków docierały różnymi szlakami do Francji, by wstąpić do powstającej tam polskiej armii lub formacji sojuszniczych i kontynuować walkę z Niemcami. Byli wśród nich weterani przegranej kampanii, którzy przeszli do Rumunii, na Węgry oraz do państw bałtyckich, gdzie zostali internowani i skąd części z nich udało się następnie ewakuować w zorganizowanej akcji na Zachód. Na własną rękę przekradali się w tym samym kierunku żołnierze zbiegli z obozów internowania w tych krajach oraz ochotnicy z ziem polskich. Tymczasem w kraju zaczęły powstawać organizacje konspiracyjne różnej proweniencji politycznej ze Służbą Zwycięstwu Polski na czele.
Priorytetem rządu RP na uchodźstwie we Francji z premierem Władysławem Sikorskim na czele było odtworzenie Polskich Sił Zbrojnych. Podpisano umowy z Brytyjczykami i Francuzami, snuto ambitne plany, które przewidywały sformowanie nawet stutysięcznej armii. Ostatecznie 4 stycznia 1940 r. sygnowano polsko-francuski układ wojskowy i umowę lotniczą.
Zakładano, że trzon armii na Zachodzie stanowić będą weterani Wojska Polskiego oraz ochotnicy, którzy przedostali się z okupowanego kraju. Liczebność PSZ zamierzano zwiększyć przez rekrutację polskich emigrantów we Francji i w Belgii oraz - w późniejszym czasie - wśród Polonii rozsianej po całym zachodnim świecie.
Szacuje się, że do Francji dotarło przez Węgry około 22 tys. ewakuowanych weteranów Września, przez Rumunię - drugie tyle, a z krajów bałtyckich trafiła zaledwie garstka (od 500 do 1000). Ochotnicy z okupowanego kraju i uciekinierzy z obozów internowania przybywali różnymi drogami: przechodzili przez węgierską granicę i podróżowali przez Jugosławię oraz Włochy; docierali do rumuńskich i bułgarskich portów, skąd płynęli do Marsylii; przedostawali się przez Skandynawię; przedzierali się nawet przez Rzeszę Niemiecką do państw Beneluksu.
Z kręgów półmilionowej Polonii francuskiej do służby w PSZ zgłosiło się aż 44 tys. osób, należy jednak pamiętać, że Francuzi sami kierowali emigrantów bez obywatelstwa francuskiego do sojuszniczych polskich formacji. Wielu potencjalnych rekrutów, zwłaszcza urodzonych i wychowanych w tym kraju, uznawało się za Francuzów polskiego pochodzenia i wolało odbyć służbę we francuskiej armii. Zgłaszali się więc do tamtejszych biur werbunkowych lub ubiegali się o naturalizację.
Niechęć do zaciągu okazywała również Polonia w USA, Kanadzie, Argentynie i Brazylii, gdyż żywa była tam wciąż pamięć o losie weteranów Błękitnej Armii gen. Józefa Hallera, którzy - schorowani i okaleczeni - wracali z wojny do swych rodzin za Atlantykiem, gdzie nie przyznawano im praw kombatanckich za walkę w szeregach polskiej armii, a od II Rzeczypospolitej nie otrzymywali żadnej pomocy. Nie bez znaczenia było również przekonanie, że służba wojskowa w krajach zamieszkania jest pewniejsza, bo daje gwarancję uzyskania praw kombatanckich i opieki w razie kalectwa. Z Wysp Brytyjskich natomiast, gdzie Polonia była tradycyjnie niezbyt liczna, zgłosiło się nadspodziewanie wielu ochotników - do lata 1940 r. blisko 1000 osób.
Ten "konglomerat ludzki zebrany zrządzeniem losu w jedną całość"1 liczył od 82 do 90 tys. ludzi. Już do wiosny 1940 r. utworzono we Francji wielkie jednostki: 1 Dywizję Grenadierów pod dowództwem gen. Bronisława Ducha, 2 Dywizję Strzelców Pieszych pod komendą gen. Bronisława Prugara-Ketlinga, Samodzielną Brygadę Strzelców Podhalańskich gen. Zygmunta Bohusza-Szyszki oraz Polskie Siły Powietrzne (sformowano jeden zwarty dywizjon I/145 Warszawski). W trakcie organizacji i szkolenia były kolejne formacje: 3 i 4 Dywizje Piechoty oraz 10 Brygada Kawalerii Pancernej pod dowództwem gen. Stanisława Maczka. W Syrii - ówczesnym francuskim terytorium mandatowym - powstawała Brygada Strzelców Karpackich pod komendą gen. Stanisława Kopańskiego.
Samodzielną Brygadę Strzelców Podhalańskich zaczęto formować 9 lutego 1940 r. - tego właśnie dnia dowódca 1 Dywizji Grenadierów gen. Bronisław Duch otrzymał polecenie wydzielenia ze swej jednostki trzech batalionów oraz kilku pododdziałów specjalnych i skierowania ich na szkolenie. Podobny rozkaz dotarł do dowódcy 2 Dywizji Strzelców Pieszych, który wyznaczył dwie kompanie strzeleckie z plutonem ciężkich karabinów maszynowych. Oddziały te oddano pod dowództwo płk. Zygmunta Bohusza-Szyszki, awansowanego 19 kwietnia 1940 r. do stopnia generała brygady.
Fot. 2. Generał Zygmunt Bohusz-Szyszko, dowódca Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich (domena publiczna)
"Polski koczkodan"
Żołnierzy PSZ, w tym także włączonych w skład SBSP, szkolono w obozie w bretońskim Coëtquidan. Miejsce to żołnierze przechrzcili od razu prześmiewczo na "polski koczkodan"2. Ta kpiarska nazwa ironicznie współgrała, jak się rychło okazało, z chaosem organizacyjnym, który panował w przeformowywanej w spartańskich warunkach Brygadzie.
Już 20 lutego 1940 r. ruszyły niezwykle wyczerpujące i czasochłonne szkolenia żołnierzy. Odbywały się one w wielkim pośpiechu, gdyż wysłanie wojska przez norweski Narwik do walczącej z sowiecką agresją Finlandii było kwestią pilną. Na sen pozostawiano żołnierzom jedynie do czterech godzin na dobę. Rekrutów na nogach trzymać miały serwowane w mizernych kafejkach "słabe wino, siarczysty calvados i kawowata lura"3.
Fot. 3. Obóz szybko zapełniał się polskimi żołnierzami (Polish troops in Norway. A photographic record of the campaign at Narvik, oprac. J. Lewitt, G. Him, Londyn 1943)
Oficerowie spędzali wprawdzie na ćwiczeniach fizycznych mniej czasu niż strzelcy, lecz musieli się zmagać z piętrzącą przeszkody francuską biurokracją, by SBSP umundurować, przeszkolić i dozbroić. Przydzielony do asystowania Polakom oficer łącznikowy płk Frédéric Molle nie wykonywał swoich obowiązków z entuzjazmem - koncentrował się na zaspokojeniu potrzeb francuskich żołnierzy, problemy formacji złożonej z cudzoziemców uznawał za uciążliwe, a wsparcie dla Brygady - za sprawę, z którą musiał się, by rzec dobitnie, użerać.
Jednostka zorganizowana została w teorii na wzór francuskiej brygady strzelców alpejskich (Chasseurs Alpins) i nazwą nawiązywać miała do polskich tradycji formacji górskich - dlatego zdecydowano się na określenie "podhalańska". SBSP składała się z dowództwa i sztabu, dwóch półbrygad liczących po dwa bataliony, dysponujących własnymi sztabami oraz pionami łączności, zwiadowczymi, gospodarczymi i sanitarnymi, a także z pododdziałów brygadowych.
W skład batalionu wchodziły pluton dowodzenia, kompania gospodarcza i trzy kompanie strzelców oraz jedna kompania ciężkich karabinów maszynowych. W każdej kompanii strzelców znalazły się pluton dowodzenia i cztery plutony strzelców. Kompanię karabinów maszynowych tworzyły pluton dowodzenia, cztery plutony karabinów maszynowych i pluton broni towarzyszącej (każdy uzbrojony w dwa moździerze i dwa działa przeciwpancerne).
Wyposażenie jednostki pozostawiało wiele do życzenia. Nie miała własnej artylerii, dział przeciwlotniczych ani czołgów. Sprzęt łączności, zwłaszcza radiowy, był zużyty i wręcz archaiczny. Liczba karabinów maszynowych oraz moździerzy nie zaspokajała - zdaniem gen. Bohusza-Szyszki - potrzeb na polu walki, szczególnie w trudnym górskim terenie. Formacja dysponowała 3660 karabinkami, 197 karabinami, 566 pistoletami, 163 garłaczami, 191 ręcznymi i 68 ciężkimi karabinami maszynowymi. Pistoletów maszynowych, w jakie wyposażone były niemieckie oddziały, nie było. Jako ciężkie wsparcie służyć miało 30 moździerzy (po 15 moździerzy kal. 60 mm i 81 mm) oraz 25 armatek przeciwpancernych. Wszystko to zostało kupione za zwrotne kredyty przyznane Polsce jeszcze przed wybuchem wojny.
Cały sprzęt pochodził z francuskich fabryk, a dostarczyć go mieli francuscy kwatermistrzowie, ci jednak nie kwapili się z wypełnianiem zobowiązań - priorytet stanowiło dla nich wyekwipowanie własnych wojsk. Większość wyposażenia była mocno przestarzała. Czasy świetności karabinów (np. dostarczonych Berthier 1896) przypadły na okres wojen bałkańskich, broń ta nadawała się więc jedynie do musztry i ćwiczenia walki na bagnety. 1 batalion otrzymał wprawdzie podwójną liczbę biedek (małych dwukołowych wozów konnych do transportu karabinów maszynowych Hotchkiss 1917), ale bez uprzęży, deficyty należało więc pokryć z własnej kieszeni. Skargi kierowane do płk. Frédérica Molle'a pozostawały bez odpowiedzi. Piętrzyły się problemy aprowizacyjne.
Formacja dysponować miała 22 samochodami osobowymi, 174 półciężarówkami, 9 ciężarówkami, 51 motocyklami z przyczepami i kolejnymi 19 bez przyczep - do Norwegii dowieziono znikomą część z nich. Pojazdy mechaniczne były niezbędne, gdyż indywidualny ekwipunek każdego żołnierza ważył ponad 18 kg bez amunicji, prowiantu i sprzętu saperskiego, choć z zapasową parą butów (różnego typu), dodatkowymi swetrem oraz kocem, a także charakterystyczną obszerną peleryną. Ciepłe peleryny, pod które można było włożyć futrzane ubranie, okazały się jednak niepraktyczne, bowiem z irytującą łatwością zaczepiały się o skalne załomy i wystające kamienie lub gałęzie.
Szczególnie kłopotliwe było transportowanie ciężkich skrzyń z amunicją. Niemieccy żołnierze używali lekkich aluminiowych skrzyń, podczas gdy we francuskiej armii ciągle stosowano drewniane skrzynie z metalowym okuciem. Podhalańczycy pomstowali także na zbędne ich zdaniem drewniane chodaki - niewygodne i ciężkie saboty przydzielone przez pozbywającą się starych zapasów francuską intendenturę.
Fot. 4. Treningi były coraz cięższe i bardziej intensywne: ataki, obrona i marsze z pełnym ekwipunkiem trwały całymi godzinami (Polish troops in Norway. A photographic record of the campaign at Narvik, oprac. J. Lewitt, G. Him, Londyn 1943)
W każdej formacji strzelców alpejskich były muły - krępe zwierzęta transportujące sprzęt wszędzie tam, gdzie dowiezienie go było równie niemożliwe, jak przeniesienie na plecach. Na nieszczęście podhalańczykom nie dostarczono mułów z górzystych rejonów Francji, lecz najtańsze dostępne zwierzęta z dalekiego i słonecznego Maroka. Choć te powinny były dobrze znosić zarówno wysokie, jak i niskie temperatury oraz trudy górskiej wyprawy, a także obciążenie sprzętem, to wykorzystanie "oślich synów"4 rodziło problemy.
Zwierzęta nie przeszły żadnego szkolenia, nie reagowały więc na polecenia, a nawykłe do noszenia juków, nie chciały ciągnąć wózków. Nawet obyci ze zwierzętami roboczymi żołnierze pochodzący ze wsi nie potrafili zmusić ich do pracy. Żartowano, że muły nie rozumieją po polsku, a jedynie po francusku i arabsku.
Braki w zaopatrzeniu odbijały się również na jakości szkolenia: zamiast granatami rzucano kamieniami, a obsługę karabinów maszynowych ćwiczono, zaprzęgając do dwukołowych biedek strzelców z cenzusem. Wszystkie problemy wynikłe z niedostatecznego wyszkolenia żołnierzy PSZ miały dać o sobie znać zwłaszcza podczas walk we Francji.
Z powodu niezwykle skromnych środków ogniowych przydzielonych Samodzielnej Brygadzie przez Francuzów należało traktować określenie "samodzielna" w kategoriach prestiżowych, gdyż żadnych działań nie można było prowadzić bez wsparcia sojuszników.
"Z papierosem ledwie przyklejonym do ust"
Mimo trudności z wyekwipowaniem nie tylko SBSP, ale i całych Polskich Sił Zbrojnych, nie brakowało chętnych, którzy chcieli trafić do obozu w "koczkodanie". Niestraszne im były ani spartańskie warunki, ani ogrom wysiłku podczas czekającego ich szkolenia, więc skład osobowy SBSP systematycznie się rozrastał. Na tle innych formowanych jednostek wyróżniała się ona wartością kadry.
Fot. 5. Żołnierze musieli opanować sztukę rozkładania i składania broni w ciągu kilku minut (Polish troops in Norway. A photographic record of the campaign at Narvik, oprac. J. Lewitt, G. Him, Londyn 1943)
Większość ze 182 oficerów miała za sobą przeszłość bojową i już wcześniej nabyła szerokie umiejętności (choć głównie w formacjach kawaleryjskich, a nie górskich). Wszyscy dowódcy batalionów z wyjątkiem mjr. Arnolda Jaskowskiego byli absolwentami Wyższej Szkoły Wojennej.
Doświadczenie wojskowe dowódcy, płk. Zygmunta Bohusza-Szyszki, sięgało czasów carskich. Służył kolejno w armii rosyjskiej, II Korpusie Polskim w Rosji, 2 Dywizji Litewsko-Białoruskiej podczas wojny polsko-bolszewickiej, w Korpusie Ochrony Pogranicza i wreszcie dowodził dywizją piechoty w kampanii wrześniowej. Licząca 742 osoby kadra podoficerska również cieszyła się dobrą opinią, a wielu podoficerów zdobyło swoje stopnie wcześniej w Wojsku Polskim lub w armii francuskiej.
Najliczniejsze było naturalnie grono 3809 szeregowców - w przytłaczającej większości emigrantów lub ich potomków zamieszkałych we Francji. Marginalną grupę tworzyli ochotnicy ze skupisk polonijnych w krajach Beneluksu. W 1 batalionie rekruci z Francji stanowili 68 proc., w 2 batalionie - 65 proc., a w 3 batalionie - ponad 70 proc. Jedynie w 4 batalionie było ich mniej niż 50 proc. Średnia wieku wynosiła między 25 a 30 lat. Wywodzili się oni głównie z rodzin robotniczych (rzadziej rzemieślniczych) w północnej Francji oraz rolniczych w okolicach Calais. Wielu z nich było w momencie wybuchu wojny bez pracy i zaciąg stanowił dla nich okazję do zarobienia pieniędzy. Prawie żaden nie miał za sobą doświadczenia wojskowego.
Obecność tak licznej grupy żołnierzy pochodzących z emigracji wywoływała początkowo napięcia w Samodzielnej Brygadzie. "Francuscy Polacy" podzielali zdanie znacznej części francuskiej opinii publicznej zszokowanej upadkiem państwa polskiego we wrześniu 1939 r. Obwiniali wojskowych o rozmiar klęski, a zatem perspektywa, że będą dowodzeni przez ludzi w ich mniemaniu współodpowiedzialnych za porażkę, nie budziła entuzjazmu. Dopiero wspólne wyczerpujące ćwiczenia pozwoliły zbudować powoli zaufanie do oficerów.
Specyficzną grupą emigrantów byli tzw. dąbrowszczacy - weterani hiszpańskiej wojny domowej, podczas której służyli po stronie republikańskiej w XIII Brygadzie Międzynarodowej im. Jarosława Dąbrowskiego. Było ich wprawdzie niewielu, bo około stu, ale uchodzili za dobrze ostrzelanych. Walczyli wytrwale z siłami gen. Francisco Franco, m.in. w bitwach pod Guadalajarą i nad rzeką Ebro, gdzie zdobyli cenne doświadczenie.
Zdaniem dowodzącego 2 batalionem (jeszcze w stopniu majora) Władysława Deca "czerwoni Polacy" byli prawdziwymi rodzynkami, choć okazywali zupełną pogardę dla wojskowej dyscypliny - zamiast nocować w koszarach "spali u kelnerek"5, a na zbiórki stawiali się "z papierosem ledwie przyklejonym do ust"6. Ponadto ich republikańska przeszłość budziła wątpliwości natury politycznej. Brygady Międzynarodowe miały mocno lewicowy sznyt, choć nie zawsze wyrażał się on sympatyzowaniem z ZSRS, formalnie przyjaznym republikańskiej Hiszpanii. Wśród ochotników z tego środowiska nie brakowało radykalnych socjalistów, anarchistów i trockistów wrogo nastawionych do Stalina.
Pozbawiony pełnego rozeznania w tej materii i dlatego niepewny ich lojalności gen. Sikorski sprzeciwiał się początkowo zaciągowi "czerwonych" do PSZ. Szczególne opory dotyczyły ich ewentualnego wykorzystania w walkach z bolszewikami w Finlandii. Ostatecznie jednak nie doszło do alianckiej interwencji podczas wojny zimowej, a ponieważ dąbrowszczacy cieszyli się dobrą opinią przełożonych, wysłano ich w szeregach 2 i 4 batalionu do norweskiego Narwiku. W opracowaniach peerelowskich pisano o nich, rzecz jasna, jako o elemencie "wysoce patriotycznym".
Ochotnicy z kraju byli zazwyczaj mocno zmotywowani patriotycznie i ideologicznie, a poza tym z reguły obwiniali władze sanacyjne o klęskę w wojnie obronnej. Samodzielna Brygada skupiała przedstawicieli wszystkich warstw społecznych - od rolników po arystokratów. Wyróżniała się w niej liczna grupa inteligencji: studentów, pracowników naukowych, plastyków, dziennikarzy, którzy stanowili znaczący odsetek formacji (w samym tylko 2 batalionie - 20 proc. stanu osobowego). Większość ukończyła kursy podoficerskie.
Fot. 6. Pułkownik Władysław Dec, dowódca 2 batalionu Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich (domena publiczna)
Obecność tak wysokiej liczby dobrze wykształconych podoficerów rodziła pytania o zasadność wysłania ich do służby liniowej - zakładano, że będą potrzebni w przyszłej Polsce. Spodziewano się również, że różnice klasowe wywołają napięcia w jednostce, obawy te okazały się jednak płonne. Inteligenci nie psuli atmosfery, a wręcz przeciwnie - przyczyniali się do integrowania formacji. Za przykład niech posłuży goniec z 2 batalionu Władysław Sławny, z zamiłowania fotograf, który zrobił mnóstwo zdjęć. On i jego koledzy przekazali swoje prace kpt. Rudolfowi Naumanowi, a ten - dwóm angielskim grafikom, George'owi Himowi i Janowi Lewittowi, polskim emigrantom żydowskiego pochodzenia (pochodzący z Łodzi Him nazywał się przed brytyjską naturalizacją Jerzy Himmelfarb, a Lewitt rodem z Częstochowy - Jan Lewi). Ci opracowali i wydali je pod patronatem rządu na uchodźstwie w albumie Polish troops in Norway. A photographic record of the campaign at Narvik (Londyn 1943).
Tak zróżnicowana formacja wymagała innego sposobu dowodzenia niż oddziały Wojska Polskiego podczas kampanii wrześniowej. Oficerowie, niekoniecznie najlepiej wykształceni, nie mogli wymagać od podwładnych ślepego posłuszeństwa ani bezwarunkowego szacunku. By zdobyć ich zaufanie, zrezygnowali z przywilejów, np. z wygodnych kwater oficerskich, kasyna i osobnych posiłków. Jedli to samo co podkomendni i pili ten sam alkohol. "Życie smrodem kompanii"7 przyniosło spodziewane efekty - udało się zbudować wzajemną lojalność.
Dalsza część w wersji pełnej
1 J. Meysztowicz, Polacy w bitwie o Narwik 1940, Warszawa 1968, s. 19.
2 F. Majorkiewicz, Lata chmurne, lata dumne, Warszawa 1983, s. 43.
3 J. Meysztowicz, Polacy w bitwie..., s. 3.
4 W. Dec, Narwik i Falaise, Warszawa 1981, s. 39.
5 Ibidem, s. 27.
6 Ibidem.
7 Ibidem, s. 32.